CENNIK REKLAM:

Rozmiar

Cena netto

Strona – 1/1

6900 PLN

Strona – 1/2

4400 PLN

Strona – 1/3

3300 PLN

Strona – 1/4

2600 PLN

Strona – 1/6

1800 PLN

Strona – 2/1

13.000 PLN

1 strona wewnątrz wydania

7.500 PLN

Okładka – II strona

7900 PLN

Okładka – III strona

7700 PLN

Okładka – IV strona

9000 PLN

Okładka II str. + 1/1

15.500 PLN

Insert (do 200 g)

0,21 PLN/szt.

 PARAMETRY TECHNICZNE:

 • Objętość: 180-220 stron.

 • Format: 200 x 283 mm.

 • Technika kolorystyczna: 4+4 kolory.

 • Przekazywanie materiałów: pliki PDF / TIFF / EPS / JPG o wysokiej rozdzielczości (300 dpi), obrazy CMYK. Powtórne reklamacje będą przyjmowane tylko z wcześniej załączonym schematem kolorów (cyfrowy proof lub cromalin).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

WYMIARY REKLAM:

Rozmiar reklamy

Rozmiar

Spady (rozmiar + 5mm)

1/1

200 x 283 mm

210 x 293 mm

1/2 poziomo

200 x 135,2 mm

210 x 145,2 mm

1/2 pionowo

95,7 x 283 mm

105,7 x 293 mm

1/3 poziomo

200 x 88,7 mm

210 x 98,7 mm

1/3 pionowo

68,1 x 283 mm

78,1 x 293 mm

1/4 poziomo

200 x 67,6 mm

210 x 77,6 mm

1/4 narożna

106,38 x 143,38 mm

Narożna (bez spadów)

1/6 poziomo

200 x 46,5 mm

210 x 56,5 mm

 

WAŻNE: oprócz spadów dodatkowo należy zachować margines bezpieczeństwa równy 5 mm odsunięty od formatu netto do wewnątrz formatu – nie należy umieszczać w nim ważnych elementów, jak np. logo, teksty i inne ważne elementy reklamy. W obszarze marginesu powinna znaleźć się jedynie grafika tła.

 

LIST OF PRICES:

Size

Net Price

Page 1/1

2100 EUR

Page 1/2

1300 EUR

Page 1/3

1100 EUR

Page 1/4

750 EUR

Page 1/6

560 EUR

Page 2/1

3400 EUR

1st page inside the magazine

2300 EUR

Cover II

2700 EUR

Cover III

2500 EUR

Cover IV

2900 EUR

Cover II + 1/1

4400 EUR

Insert (till 200 g)

0,06 EUR/copy

 TECHNICAL PARAMETERS:

 • Extent: 180-220 pages.

 • Format: 200 x 283 mm.

 • Colour technique: 4+4 color.

 • Handing in materials: PDF/TIFF/EPS/JPG files with high resolution (300 dpi), CMYK images. Follow-up reclamations will be accepted only with   previously attached color scheme (digital proof or cromalin).

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

TECHNICAL DATA:

Size of page

Trim

Bleed (Trim + 5mm)

1/1

200 x 283 mm

210 x 293 mm

1/2 horizontal

200 x 135,2 mm

210 x 145,2 mm

1/2 vertical

95,7 x 283 mm

105,7 x 293 mm

1/3 horizontal

200 x 88,7 mm

210 x 98,7 mm

1/3 vertical

68,1 x 283 mm

78,1 x 293 mm

1/4 horizontal

200 x 67,6 mm

210 x 77,6 mm

1/4 in box

106,38 x 143,38 mm

in box (no bleed)

1/6 horizontal

200 x 46,5 mm

210 x 56,5 mm

 

IMPORTANT: in addition to the bleeds, a safety margin of 5 mm should be kept off from the net format! It should not contain important elements such as logos, texts, etc. of the advertisement. The margin area should only contain background graphics.

Artykuły wybrane losowo

Nieprzewidywalna Islandia

MICHAŁ MOC

www.icelandic.pl

 

<< Islandia, patetycznie nazywana krainą ognia i lodu, w rzeczywistości okazuje się przede wszystkim mozaiką kolorowych krajobrazów, zadziwiającej roślinności bohatersko wdzierającej się na pola lawy i miejscem, gdzie nawet najbardziej doświadczony obieżyświat musi odrzucić swoje przyzwyczajenia. Tutaj zbytnia pewność siebie i przekonanie o własnej racji może narazić na śmieszność, a nawet sprowadzić na przybysza poważne kłopoty. Za to na uważnych obserwatorów, podróżników otwartych i wyrozumiałych (głównie wobec siebie) i osoby, które właściwie przygotowały się do wyprawy, czeka rzeczywistość nadająca życiu nowy wymiar. >>

 

Wycieczka w głąb południowej części wyspy

©MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Na Islandii będziemy podziwiać widoki, jakich nie widzieliśmy nawet w snach, spotkamy ludzi silnych i potrafiących walczyć z przeciwnościami losu jak nikt inny w Europie oraz zwierzęta (konie islandzkie, owce, maskonury, wieloryby, lisy polarne, renifery, ogrom ptaków) żyjące z nimi w niezwykłej symbiozie. Kraj ten stał się nowym turystycznym rajem, a jego popularność wciąż rośnie. I trzeba przyznać, że w pełni zasługuje na swoją wysoką pozycję w rankingach na idealny cel podróży życia!

Na wyspę można dotrzeć bez przesiadek samolotem z kilku miast Polski (Warszawy, Wrocławia, Katowic, Poznania, Gdańska) – lot trwa od 3,5 do 4 godz. Jedyne międzynarodowe lotnisko to Port Lotniczy Keflavík, który zapewnia blisko 100 bezpośrednich połączeń, w tym z większością europejskich stolic.

 

PO PRZYLOCIE

Na miejscu warto wypożyczyć samochód. Oprócz znanych światowych korporacji na Islandii działają też cieszące się dobrą opinią firmy lokalne, w których łatwo trafić na polskich pracowników, a nawet… właścicieli. Wybór pojazdu, obok zakwaterowania, należy do strategicznych decyzji osób planujących zwiedzanie. Wielkość budżetu wyprawy determinuje sposób eksplorowania wyspy. Koszty są bardzo mocno zróżnicowane w zależności od miesiąca i typu wypożyczanego samochodu. Od połowy czerwca do mniej więcej połowy września za wynajem na tydzień małego auta odpowiedniego do poruszania się po głównych drogach asfaltowych trzeba zapłacić kilkaset euro. Wypożyczenie standardowego samochodu z napędem na cztery koła i prześwitem większym niż 20 cm, umożliwiającego wjazd na drogi wewnątrz lądu (w szczególności te oznaczone literą F, zarezerwowaną dla traktów trudniejszych, górskich, kamienistych lub poprzecinanych brodami i rzekami) kosztuje już… kilka tysięcy euro. Z nastaniem chłodniejszych i bardziej deszczowych miesięcy ceny wynajmu stopniowo maleją, aby osiągnąć poziom europejski, ale równocześnie – szczególnie w zimie – rośnie ryzyko znacznego pogorszenia się warunków pogodowych (zdarzają się silne opady śniegu i huraganowe wiatry). Wiele dróg, w tym głównych i wydawałoby się zawsze przejezdnych, może wówczas być zamkniętych. Czasem nie sposób nawet wyjechać ze stołecznego Reykjavíku.

                Pierwszą noc po przylocie warto spędzić w Keflavíku lub okolicach (np. Grindavíku – portowym miasteczku na południowym wybrzeżu półwyspu Reykjanes, ze świetnym basenem, komfortowym kempingiem, a także knajpką „Bryggjan Kaffihús” słynącą z niesamowitej… zupy z owoców morza). Ceny są tu niższe niż w Reykjavíku, można zacząć się aklimatyzować i przyjrzeć nieco otoczeniu, a poza tym w przypadku większości korzystnych cenowo połączeń przylot zaplanowany jest na późny wieczór. Następny dzień dobrze rozpocząć od wizyty w tutejszych sklepach tanich sieci Bonus lub Netto. Wbrew obiegowym opiniom nie warto zapełniać bagażu zabieranego z Polski dużymi zapasami jedzenia (istnieją zresztą istotne prawne ograniczenia dotyczące wwożenia na wyspę produktów spożywczych). Korzystniej postawić na zdrową i niewiele droższą islandzką żywność kupowaną na miejscu. Owszem, cena bagietki (w przeliczeniu ok. 6–9 złotych) czy bochenka chleba (10–24 złotych) nie wydaje się zbyt zachęcająca, ale jakość większości produktów (pieczywo bywa niechlubnym wyjątkiem od tej zasady) jest porównywalna do tych kupowanych w ekskluzywnych sklepach spożywczych w naszym kraju. Warto jedynie zwrócić uwagę, czy artykuły w koszyku są faktycznie lokalne, a nie importowane z Danii, Norwegii, USA lub… Polski (jak popularny tutaj od lat znany polski batonik w złotym opakowaniu). Produkty, które rzeczywiście kosztują więcej, to przede wszystkim alkohol (dostępny w niezbyt dużym wyborze w specjalnych sklepach Vínbúðin) i wyroby tytoniowe. Szczęśliwie używki nie stanowią o magnetycznej sile Islandii. Na spożywanie trunków w trakcie zwiedzania zwykle nie wystarcza czasu (choć smak lokalnych piw bywa niezapomniany, podobnie jak wysokość rachunku), a palenie rzucić tu szczególnie łatwo – przekonują do tego ceny papierosów i znakomita jakość islandzkiego powietrza. Po zakupach pozostaje zadbać o pełen bak paliwa (najtańsze stacje to Orkan oraz Olís i ÓB – w czerwcu 2018 r. litr benzyny bezołowiowej kosztował na nich w przeliczeniu ok. 8 zł).

 

WŁASNYMI SIŁAMI

Alternatywą dla podróży samolotem i wypożyczenia auta na miejscu jest przyjazd własnym samochodem (jedyny prom M/S Norröna, przewoźnika Smyril Line z Wysp Owczych, pływa z duńskiego Hirtshals do portu Seyðisfjörður na wschodzie Islandii raz na tydzień). Podróż trwa niemal 3 doby w jedną stronę, a pod jej koniec można podziwiać niezmiernie urokliwe, ociekające dziesiątkami wodospadów wschodnie fiordy. Niemniej na niekorzyść tego rozwiązania przemawiają koszty takiej przeprawy (szczególnie w lecie), jej czas (należy jeszcze doliczyć dojazd z Polski do północnej Danii) oraz ryzyko ekstremalnych przeżyć na morzu (głównie poza sezonem). Jest to więc dobry pomysł dla osób zakochanych w Islandii i odwiedzających ją po raz kolejny. Dzięki własnemu autu mają szansę poznać ją lepiej, odkryć skarby ukryte przed oczami większości turystów i wejść w bliski kontakt z tutejszą naturą.

                Oczywiście, można spotkać śmiałków przemierzających wyspę na własnych nogach. Gdzieniegdzie podróżowanie autostopem jest popularne lub wręcz oficjalnie sugerowane za pomocą specjalnych znaków drogowych. Jednak poza turystycznym południem ten sposób zwiedzania może też wymagać spędzania na poboczach w trudnym do opisania deszczu i przy huraganowym wietrze wielu godzin, szczególnie jeśli nie sprawdzimy wcześniej, ile aut przejeżdża wybraną drogą. Ogromna dobowa zmienność islandzkiej pogody i występowanie skrajnych zjawisk wyjątkowo silnie kłócą się z nieprzewidzianymi postojami w oczekiwaniu na okazję. Poprzedzone przygotowaniami i poważnym rozeznaniem modne na Islandii letnie wędrówki są warte polecenia, ale wycieczki stopem na wschód, północ albo Fiordy Zachodnie (Vestfirðir) poza sezonem lub w przypadku osób bez dużego doświadczenia łatwo mogą przerodzić się w walkę z czasem, ciężkimi warunkami pogodowymi i własnymi słabościami. Respekt budzi przemierzanie kraju na rowerze (głośnym wyczynem była wyprawa Kuby Witka z 2016 r., po której w kolejnym roku powstał Isoland – wyreżyserowany przez niego film dokumentalny o polskich emigrantach), ale to już zdecydowanie propozycja dla osób z doświadczeniem, siłą woli i świetną kondycją. Niemniej rowerzystów na wyspie spotyka się w wielu rejonach więcej niż autostopowiczów i można odnieść wrażenie, że ten sposób jej poznawania, choć ambitny i nieco ekstremalny, zyskuje na popularności.

 

W RĘKACH LOSU

Zamiast wypożyczać samochód po przylocie mamy wreszcie możliwość wykupienia wycieczek (pojedynczych lub w pakiecie) w lokalnych biurach podroży. To bardzo rozsądna propozycja, w szczególności dla osób, które doceniają, że tutejszy przewodnik trafia od razu we właściwe miejsca, wie, ile czasu na nie poświęcić, zna aktualny stan ścieżek, szlaków i dróg, stale obserwuje najdokładniejszą prognozę pogody oraz przekazuje więcej informacji niż przewodniki książkowe. Podróż po Islandii jest trudna do planowania. Choć wydany w minionym roku przewodnik informuje, że jedyna w promieniu 50 km restauracja serwuje posiłki do 21.00, to może się zdarzyć, iż o 18.30 zastaniemy zamknięte drzwi. Na wyspie wszystko cały czas się zmienia. Droga do konkretnej atrakcji staje się nieprzejezdna, lodowa jaskinia zawala się pod wpływem skoków temperatury, a właściciel gruntu, na którym leży słynny wrak samolotu, ogradza go ze względu na zniszczenia powodowane przez turystów. Niewiele ponad 350 tys. mieszkańców nie jest w stanie sprawnie obsługiwać milionów gości z całego świata, szybko naprawiać bocznych dróg i zużytych samochodów czy remontować hoteli. Jednak to nie komfort stanowi o wyjątkowości tego kraju. Lokalny przewodnik lub farmer oferujący pokój w swoim gospodarstwie zawsze poradzi sobie z codziennymi niedogodnościami albo sprawi, żeby były one jak najmniej uciążliwe. O ostrzeżeniu przed powodzią lodowcową poinformuje swoich gości, zanim otrzymają mrożące krew w żyłach oficjalne SMS-y o niebezpieczeństwie, podpowie też, gdzie widziano renifery, obudzi przyjezdnych podczas zimowego spektaklu zorzy polarnej i wskaże najlepsze miejsce do jej podziwiania.

Samodzielny, nawet najbardziej oczytany turysta (lub korzystający z europejskiego biura podróży z niezbyt zorientowanym przewodnikiem) ma na poznanie prawdziwej Islandii mniejsze szanse. Potwierdzającym to przykładem niech będzie stosunek do pogody i planu wyprawy. Myślący po europejsku przybysze rozplanowują zwiedzanie z dokładnością co do godziny – wyliczają, jak szybko zamierzają się przemieszczać i na jak długo się zatrzymywać. Zakładają, że najpierw dotrą do interesującego ich miejsca, a potem je dokładnie obejrzą. Jednak na Islandii nie podróżuje się od punktu do punktu, tu po prostu się jest!

Warto więc nastawić się na pogodzenie się z warunkami pogodowymi i odkrywanie widoków za kolejnym zakrętem. Na stronie internetowej www.vedur.is dostępna jest najdokładniejsza islandzka prognoza pogody, zawierająca szczegóły dotyczące prędkości wiatru, stopnia zachmurzenia, prawdopodobieństwa opadów czy też… pojawienia się zorzy. Obok www.vegagerdin.is –z podglądem dróg i wiadomościami o ich przejezdności – to podstawowe źródło niezbędnych codziennych informacji dla Islandczyków. Dzięki tej wiedzy można często spędzić w słońcu (lub przynajmniej nie w deszczu) większą część pobytu, ciesząc wzrok cudownymi kolorami i krajobrazami. Prawdziwy urok Islandii tkwi w tym, że chłonie się chwilę, zostaje na dłużej tam, gdzie nam się spodoba, zatrzymuje się w miejscach rozświetlonych promieniami słońca. Często takie spontaniczne, niezaplanowane postoje zapisują się w pamięci jako najpiękniejsze momenty podróży, nie mniej emocjonujące niż oglądanie atrakcji znanych z pocztówek i przyciągających ludzi z całego świata. Przemierzać wyspę i przyglądać się jej to najlepszy sposób na zwiedzanie. Czasem gdy upartemu turyście trudno porzucić przyzwyczajenia, natura sama go ogrywa: akurat na te pół godziny zasłania lodowiec, przemacza poziomym deszczem trzy warstwy podobno nieprzemakalnej odzieży, boleśnie przewraca spontanicznym podmuchem o prędkości 90 km/godz. na nieutwardzonej (a jakże!) ścieżce lub z pomocą silnego wiatru… wyrywa z auta drzwi, zaledwie lekko uchylone z myślą o otwarciu. Śledzenie prognozy pogody, rozsądek i dbanie o swoje bezpieczeństwo są tu ważniejsze niż plan, a nawet pozorne oszczędności. Nagrodą za poddanie się siłom natury jest niezapomniana przygoda na Islandii, która ze sloganowej krainy ognia i lodu zmienia się w krainę marzeń i niesamowitości!

 

CENNE ATRAKCJE

Dzięki temu, że w czasie turystycznego sezonu słońce potrafi świecić niemal całą dobę (na początku lata przy dobrej pogodzie ciemno nie robi się wcale), kluczowe islandzkie atrakcje można odwiedzać w porach innych niż robią to autokary biur podróży, szczególnie iż nie ma tutaj bram, płotów, kas itp. Oferowane na miejscu wycieczki z doświadczonymi lokalnymi przewodnikami nie są tanie (od kilkuset złotych np. za rejs połączony z obserwowaniem wielorybów, spacer po lodowcu czy nurkowanie w międzykontynentalnej szczelinie pomiędzy płytami tektonicznymi, do 1,5 tys. złotych za wyjazd w interior lub pokonanie oszałamiającej górskiej drogi i przejażdżkę śnieżnymi skuterami). Jednak warto ponieść te koszty. Na Islandii turysta zostawia zazwyczaj znacznie więcej pieniędzy niż zakładał, przy czym trzeba przyznać, że wcale tego nie żałuje, a nawet – w miarę możliwości – usiłuje ów wyczyn z nie mniejszym rozmachem powtórzyć. Z kolei Islandczycy uważają, że ceny są takie, jakie być powinny: po prostu rzecz lub usługa kosztuje tyle, ile jest warta i ile ktoś chce za nią otrzymać, zatem właśnie tyle należy mu zapłacić. Poza stołecznym Reykjavíkiemzniżki – afsláttur – stosuje się tu dużo rzadziej niż w kontynentalnej Europie, najczęściej w sklepach spożywczych przy żywności z kończącym się terminem przydatności do spożycia.

 

NA POŁUDNIE, NA ZACHÓD

W przypadku pobytu na wyspie trwającego od pięciu do siedmiu dni, zorganizowanego samodzielnie, mamy do wyboru właściwie dwa kierunki zwiedzania – wyprawę wzdłuż południowego wybrzeża lub w stronę półwyspu Snæfellsnespołożonego na zachodzie. W ich trakcie nie trzeba wjeżdżać w głąb wyspy ani przekraczać rzek. Żadna z nich generalnie nie wymaga poruszania się autem z napędem na cztery koła (korzystanie z takiego samochodu rekomendowane jest od listopada do marca z uwagi na możliwe oblodzenie dróg, silne wiatry i zmienny stan nawierzchni). W przypadku obu wypraw można po drodze odwiedzić słynne kąpielisko termalne Błękitna Laguna (Blue Lagoon), Reykjavík i Golden Circle – Złoty Krąg. Na ten ostatni składają się trzy główne popularne atrakcje: obszar Þingvellir (gdzie w 930 r. po raz pierwszy obradował narodowy parlament Althing), gejzery – Geysir (to od niego wzięła się nazwa tego typu gorącego źródła) i Strokkur (w przeciwieństwie do pierwszego ten wciąż jest aktywny i regularnie wyrzuca strumień wody) – i w końcu Gullfoss, jeden z najbardziej znanych islandzkich wodospadów (ogląda się go zarówno z platform widokowych, jak i – w miesiącach letnich – z głazów wcinających się w przyspieszającą przed kipielą wodę).

Wyprawę po regionie południowym kontynuuje się, podążając drogą nr 1 ponad 300 km na wschód wzdłuż wybrzeża aż do słynnych lodowcowych zatok. Warte obejrzenia są m.in. wodospady: Seljalandsfoss, który obchodzi się ścieżką wokół, Gljúfrabúi (Gljúfrafoss) ukryty w szczelinie skalnej czy Skógafoss tworzący opadającą ścianę wody o wymiarach ok. 15 x 60 m, wciąż czynny wulkan Eyjafjallajökull, wrak samolotu Douglas C-47 Skytrain (zwanego Dakotą) spoczywający na plaży Sólheimasandur, klify na półwyspie Dyrhólaey i sąsiednia czarna plaża Reynisfjara z bazaltowymi skałami, grotą i wystającymi z wody ostańcami znanymi z teledysków islandzkiej piosenkarki Björk. Za Vík í Mýrdal zachwycają: spektakularny, niezmiernie fotogeniczny kanion Fjaðrárgljúfur, pola mchu, Skaftafell (rejon popularnych pieszych wędrówek wokół jęzorów lodowca Vatnajökull i po nich, gdzie można też – poza sezonem letnim – wykupić wycieczki do jaskiń lodowych), jezioro Fjallsárlón, a nieco dalej laguna Jökulsárlón (to tutaj pływa się amfibią lub pontonem wśród gór lodowych z cielącego się lodowca, a po przeciwnej stronie drogi, od strony morza, przechadza się między lśniącymi bryłami lodu o futurystycznych kształtach).

Do wypadów w południowym regionie wyspy dobrą bazą są okolice miejscowości Hella. Na tle nielicznych (i zazwyczaj absurdalnie drogich) ofert zakwaterowania gdzieś wzdłuż lodowców te wypadają zdecydowanie korzystniej pod względem ceny i dostępności. Odpocząć lub przeczekać złą pogodę można w otwartym w 2017 r. nowoczesnym interaktywnym muzeum LAVA Centre w Hvolsvöllur. Godny uwagi jest także znajdujący się obok dobrze wyposażony sklep z islandzkim rękodziełem. W razie niesprzyjających prognoz dla odleglejszych części wybrzeża warto wybrać się na krótki rejs na malowniczo piętrzący się archipelag Vestmannaeyjar. Główna z wysp – Heimaey – wciąż pozostaje zamieszkana mimo widocznych do dziś skutków wybuchu tutejszego wulkanu Eldfell w styczniu 1973 r.

Jeśli zamiast eksplorowania południa Islandii wybraliśmy wycieczkę na Snæfellsnes, wówczas z okolic obszaru Þingvellir warto wyruszyć na północ nowym asfaltowym fragmentem drogi 550 (na niektórych mapach 52) z widokiem na interior. Po ok. 25 km najlepiej odbić w lewo w stronę Borgarnes i podążać dalej na północny zachód w kierunku półwyspu. Jeszcze przed wspomnianym miasteczkiem (dobrym miejscem na nocleg i zakupy) można odwiedzić pola geotermalne Deildartunguhver, wzgórze trolli w Fossatún lub drogą 520 dotrzeć na okalającą pobliski fiord – Hvalfjörður – trasę 47, skąd prowadzi dość wymagająca, ale bardzo ceniona przez piechurów ścieżka do wysokiego na 198 m wodospadu Glymur. Na Snæfellsnes czekają za to kolonie fok (m.in. na prawo od parkingu przy plaży Ytri Tunga), lawowa jaskinia Vatnshellir, niezliczone ptaki wokół przepięknych, postrzępionych nadbrzeżnych skał w wiosce Arnarstapi, urokliwe zatoki pamiętające świetność niewidocznych dziś osad rybackich, których historie znaczą wraki statków. Po północnej stronie półwyspu na wyróżnienie zasługują malownicze pole lawowe Berserkjahraun, Muzeum Rekina (na farmie Bjarnarhöfn, gdzie można spróbować specyficznego sfermentowanego mięsa z tej ryby), prom Baldur ze Stykkishólmur pływający na odizolowaną wysepkę Flatey i Fiordy Zachodnie czy znana z wielu turystycznych folderów góra Kirkjufell (463 m n.p.m.). W drodze powrotnej warto zajrzeć nieco w głąb lądu nad rozłożysty wodospad Hraunfossar oraz skorzystać z najpopularniejszej z nowych islandzkich atrakcji – wycieczki na lodowiec Langjökull potężnym busem z napędem na wszystkie osiem kół i spaceru do wnętrza lodowca specjalnie wyżłobionym tunelem (Into the Glacier).

 

Kirkjufellsfoss, wodospad w sąsiedztwie góry Kirkjufell na półwyspie Snæfellsnes

© PROMOTE ICELAND

 

GORĄCA ZIEMIA

Kto ma 10–14 dni na zwiedzanie Islandii, może już pokusić się o objechanie wyspy dookoła niemal w pełni wyasfaltowaną drogą nr 1. Jeśli jest się gotowym na planowanie noclegów na bieżąco, przy wyborze kierunku najrozsądniej zdać się na… pogodę. Wydaje się to rozwiązaniem nieco droższym, ale w rzeczywistości uwalnia od kłopotliwego pokonywania dziesiątek lub setek kilometrów do zarezerwowanych wcześniej miejsc zakwaterowania i pozwala zobaczyć wiele atrakcji przy akurat sprzyjających warunkach pogodowych. Wschodnie i północne rejony Islandii są światami dalece odmiennymi od turystycznego południa. Należałoby im poświęcać odrębne przewodniki. Fiordy wschodnie czy księżycowe krajobrazy między miastem Egilsstaðir a jeziorem Mývatn, potężny wodospad Dettifoss na rzece Jökulsá á Fjöllum, wulkaniczne obszary wokół miejscowości Reykjahlíð – widoki przekraczają tu możliwości wyobraźni, choć wizyta na południu wyspy już była dla niej ogromną dawką inspiracji. Nieograniczone przestrzenie przynoszą szczególne poczucie wolności, ale i uświadamiają małość i kruchość człowieka. Gdzieniegdzie odnosi się wrażenie, że dane miejsce aż po horyzont zostało przygotowane… tylko dla nas. Tutaj, zaraz za wzniesieniami oddzielającymi zabudowania od gorących jeszcze pól lawowych Krafla i bulgoczącej ziemi Hverarönd (Hverir), znajduje się konkurujące ze słynną Błękitną Laguną (ceną, widokami i kameralnym charakterem) kąpielisko termalne Jarðböðin (Mývatn Nature Baths). Nad jeziorem Mývatn lub w Akureyri (wspaniałym, młodym duchem akademickim mieście, gdzie zamiast czerwonych świateł na skrzyżowaniach zapalają się czerwone serduszka) wykupimy niezapomnianą wycieczkę do wnętrza lądu, np. do kaldery Askja, aby po przeprawie specjalnym busem przez rzeki i marsjańskie krajobrazy podziwiać polodowcowe jezioro Öskjuvatn, wykąpać się w ciepłej, mlecznej wodzie wypełniającej wulkaniczny krater, a nieopodal obejrzeć rozległe pola lawy Holuhraun powstałe w wyniku erupcji wulkanu Bárðarbunga z lat 2014–2015. Jeżeli ktoś ma więcej czasu, w trakcie wyprawy wokół Islandii powinien też rozważyć wypłynięcie na obserwowanie wielorybów ze słynącego z tej atrakcji Húsavíku, choć trzeba przyznać, że podobne rejsy oferuje się w wielu islandzkich portach otwartych na północne wody i to najczęściej w niższej cenie.


NIEPRZYSTĘPNA KRAINA

Najbardziej odizolowane i tajemnicze są imponujące ogromem przewyższeń i klifów, wzbudzające szczególne emocje w oglądających Fiordy Zachodnie, według miejscowych legend kraina… magii i czarów (Strandagaldur, Museum of Icelandic Sorcery & Witchcraft – Muzeum Islandzkiej Magii i Czarów znajduje się w miasteczku Hólmavík). Północno-zachodnie krańce wyspy, jeszcze kilkanaście lat temu niemal niedostępne przez znaczną część roku ze względu na strome i zasypywane śniegiem szutrowe drogi wijące się wzdłuż brzegu morza i przez wysoko położone przełęcze, obecnie stały się nieco łatwiejsze do przemierzania (za wyjątkiem wyłączonego z ruchu i działalności człowieka Rezerwatu Naturalnego Hornstrandir) dzięki prawie w całości utwardzonym drogom 60 i 61. To chyba najbardziej lubiany cel wycieczek samych Islandczyków. Znajdują się tu gorące baseny i naturalne oczka kąpielowe, głębokie fiordy (które można oglądać także z perspektywy kajaka, wypożyczonego np. w Ísafjörður, albo końskiego grzbietu), najrzadziej odwiedzane jary i wodospady, małe rybackie osady i w końcu opuszczone przetwórnie rybne czy wraki (statków, samochodów i samolotów). To Islandia ze wspomnień, bez śladów przemysłu, ufna i prosta – z jajkami i marmoladami wystawianymi na sprzedaż w okolicy samotnych farm, jagodowymi krzewami opanowującymi we wrześniu ciągnące się kilometrami zbocza, pokazująca jak zwyczajne było życie dawniej. To raj dla ptaków i wolnych ludzi, a jednocześnie koniec świata, który jesienna lub wiosenna śnieżyca potrafi odciąć od reszty wyspy albo podzielić na odizolowane od siebie enklawy na długie dni. Mieszkańcy tej części kraju traktują jej trudne warunki jako zwykłą kolej rzeczy, wielu z nich lubi tę surowość, ciszę i siłę, również w niełatwych zimowych miesiącach, mimo szczególnie depresyjnego wówczas nastroju. Z perspektywy turystów magia Fiordów Zachodnich może jednak wyglądać inaczej. Utknąć w śniegu na 10 godz. lub w zapomnianym hoteliku na cztery nieplanowane dni tylko dlatego, że nie śledziło się kilka razy dziennie zmieniającej się dynamicznie prognozy pogody, to nie dla wszystkich atrakcyjne doświadczenie.

 

WIELKA SIŁA PRZYCIĄGANIA

Na turystycznej mapie świata łatwo znaleźć wiele miejsc, gdzie za określoną kwotę można się zrelaksować, wygrzać w słońcu, zaznać komfortu i spokoju, wyłączyć myśli. Jest to formuła tak popularna, jak przewidywalna – kierując się doświadczeniami przyjaciół, opiniami z internetu, artykułu lub przewodnika, decydujemy się na sprawdzoną wycieczkę organizowaną samodzielnie lub przez biuro podróży w formie pakietu all inclusive, dopasowaną do naszych gustów i możliwości. Islandia zachęca do uprawiania zupełnie innego typu turystyki, opartej na eksploracji, ruszaniu w nieznane, odmienności i zmienności. To znamienne, że trudno trafić na osoby, które odwiedziły ten kraj i nie chciałyby do niego wrócić. Nawet 10 lat regularnych turystycznych wypraw w te strony nie daje przekonania, iż poznało się wszystkie malownicze zakątki, a magnetyczna moc wyspy – nigdy ponownie takiej samej – potrafi wielu zawrócić w głowie. Islandia zmienia się jak topniejące lodowce: rok po roku traci odrobinę północnego charakteru, ale równocześnie gdzie może walczy, aby czas i turyści nie pokonali jej zbyt łatwo. Warto przyjechać tu, żeby spojrzeć na świat z szerszej perspektywy i poznać… samego siebie. Nie wolno zwlekać zbyt długo, bo Islandczycy coraz dotkliwiej odczuwają skutki popularności swojej ojczyzny, którą nie każdy przybysz należycie szanuje, czym wywołuje niekiedy frustrację właścicieli tutejszych terenów i doprowadza do zamknięcia czy ogrodzenia kolejnych atrakcji. Mimo dużego zainteresowania Islandią wśród obcokrajowców oraz wysokich cen lokalnych usług i towarów jej mieszkańcy wciąż nie traktują turystów jako dostawców świeżej gotówki lub co gorsza intruzów. Pozostaje więc tylko życzyć sobie odpowiedzialnych przygotowań i dobrej pogody oraz aby wspomnianego ognia i lodu nigdy nie spotkać w jednym miejscu i czasie. Po wizycie na tej niesamowitej wyspie postrzeganie świata i podróżowanie nie jest już takie jak wcześniej. I wyjątkowo często korci, żeby znów stanąć wśród lawy i mchów, oko w oko ze zdziwionymi baranami, wyłuskując z kieszeni grubej kurtki kolejnego lukrecjowego cukierka.

 

Fiordy Zachodnie są jednym z najmniej zaludnionych obszarów wyspy

© MICHAŁ MOC/WWW.ICELANDIC.PL

 

Wydanie Lato 2018

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

Księżna Andora

ELŻBIETA PAWEŁEK

 

<< Ma wszystko, czym można uwieść gości – spektakularną scenerię Pirenejów, rwące górskie potoki, parki przyrody i piękne szlaki wędrowne. Narciarzom oferuje biały raj na stokach Grandvaliry, smakoszom – wyborną kuchnię, łowcom okazji – zakupy w strefie wolnocłowej. Na dodatek znajduje się tutaj jedno z największych górskich SPA w Europie! Tak wielu pokusom nikomu nie uda się oprzeć. >>

 

Andora powierzchnią ustępuje Warszawie i jest znakomitym przykładem na to, że małe jest piękne. W księstwie nie ma kryzysu ekonomicznego, a wskaźnik bezrobocia pozostaje bardzo niski. Niegdyś był to kraj rolników, pasterzy i mekka… szmuglerów. Dziś przeżywa gospodarczy i turystyczny boom, wprawiając w zdumienie ekonomistów. – Jako niewielkie państwo wciąż jesteśmy słabo znani przez Polaków. Ale to się szybko zmieni – wyraził nadzieję Francesc Camp Torres, minister turystyki i środowiska Księstwa Andory, podczas czerwcowego pobytu w Polsce.  

Więcej…