WOJCIECH KUDER

 

<< Gdy kolorowo ubrani roześmiani tancerze poddają się rytmom radosnej muzyki przy aplauzie ulicznego tłumu, to znak, że rozpoczyna się karnawał. To święto hucznej zabawy i niczym nie skrępowanej radości stanowi okazję do udziału w wielobarwnych paradach i tajemniczych maskaradach, balach i głośnych fetach pełnych mocniejszych trunków, szampana, wina i śpiewu. Pora więc oddać się szaleństwu i ruszyć szlakiem najbardziej interesujących karnawałów na naszym globie! Już w lutym 2013 r. niemal cały świat będzie się bawić na słynnych, dorocznych imprezach. My polecamy szczególnie 10 z nich – od brazylijskiego Rio de Janeiro przez włoską Wenecję czy walońskie Binche aż do amerykańskiego Nowego Orleanu. >>

Karnawał (od łac. caro – mięso i vale – bądź zdrów, żegnaj, lub carnis privium, czyli uwolnienie się do mięsa) w tradycji chrześcijańskiej to czas poprzedzający nadejście Wielkiego Postu. Trwa zazwyczaj od święta Trzech Króli do środy popielcowej. Wiele ze znanych nam obecnie karnawałowych zwyczajów wywodzi się jednak z wcześniejszych kultów związanych z płodnością i uprawą ziemi, a sam ich początek wiąże się ze starożytnymi Dionizjami – greckimi uroczystościami na cześć boga wina Dionizosa. W języku polskim okres ten nazywano zapustami, a jego ostatnie trzy dni – ostatkami (tego słowa używa się zresztą do dziś). Co ciekawe, staropolszczyzna przyswoiła sobie nawet kalkę łacińskiego pierwowzoru i ochrzciła karnawał mianem mięsopustu.

 

Chyba nikogo nie dziwi fakt, że karnawałowe szaleństwo cieszy się od wieków olbrzymią popularnością niemal na całym świecie. W niektórych miejscach na ziemi to wręcz okazja do organizowania wielkich imprez dla setek tysięcy, a nawet milionów osób. Warto przyjrzeć się bliżej temu, jak bawią się w tym czasie mieszkańcy różnych krajów. Być może zachęci Was to, Drodzy Czytelnicy, aby do nich dołączyć i balować w lutym 2013 r. razem z Brazylijczykami, Kolumbijczykami, Boliwijczykami, Włochami, Walonami czy Kanaryjczykami...

 

Rio de Janeiro

O słynnym karnawale w 6,5-milionowym Rio de Janeiro (Cidade Maravilhosa, czyli „Cudownym Mieście”) mówi się, że jest największym festynem świata. Nie ma w tym nic dziwnego, wszak co roku na 4 dni przed środą popielcową do tej drugiej pod względem wielkości brazylijskiej metropolii (po São Paulo) ściągają setki tysięcy (ponad 1,1 mln w 2012 r.) turystów z całego globu, aby bawić się wspólnie z cariocas (mieszkańcami Rio)i podziwiać niezmiernie barwne parady. A jest tu na co popatrzeć! Kolorowe pióra, błyszczące cekiny oraz piękne kobiety tańczące zalotnie w rytm głośnej muzyki to nieodłączny element tej porywającej zabawy. Czas świętowania rozpoczyna wręczenie kluczy do miasta Królowi Karnawału (Rei Momo). Jak nakazuje tradycja, na miejscowym Sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí) prezentuje się 12 najlepszych szkół samby. Można tu zobaczyć m.in. potężne dekoracje w kształcie smoków i wszelkich innych stworzeń oraz niezwykłe, ogromne pojazdy (carros alegóricos). Jednak, jak łatwo się domyślić, główną rolę odgrywają w tym spektaklu tancerze, którzy przygotowują specjalną sambę karnawałową(enredo). Karnawał w Rio de Janeiro to najważniejsze wydarzenie w życiu jego mieszkańców, szczególnie tych pochodzących z najbiedniejszych dzielnic (faveli). Raz do roku mogą się oni poczuć niczym prawdziwi królowie, na których patrzy z podziwem niemal cały świat.

 

Barranquilla

Kolumbia słynie z doskonałej kawy, wyśmienitego rumu, wspaniałych szmaragdów i pięknych kobiet. Pochodzą stąd m.in. laureat Literackiej Nagrody Nobla z 1982 r. Gabriel García Márquez i znana ze światowych list przebojów piosenkarka Shakira. W 1,5-milionowym kolumbijskim mieście Barranquilla, położonym na wybrzeżu Morza Karaibskiego, odbywa się trzeci co do wielkości karnawał na świecie (zaraz po Rio de Janeiro i Salvador da Bahia), który każdego roku na 4 doby zamienia nadbrzeża miejscowej rzeki Magdaleny w królestwo gorących rytmów (na czele z cumbią) i scenę spektakularnych widowisk. Carnaval de Barranquilla został ogłoszony w 2002 r. przez Senat Republiki Kolumbii Dziedzictwem Kulturalnym Narodu (Patrimonio Cultural de la Nación), a 6 lat później UNESCO wpisało go na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości. Jak przystało na typowe miasto portowe i latynoamerykańskie, obecne są tu wpływy różnych kultur, które widać najlepiej podczas tych kilku dni poprzedzających Wielki Post. Ubrani w kolorowe stroje uczestnicy fiesty wykonują tańce z wielu zakątków świata – pochodzący z Hiszpanii paloteo, afrykański congo czy popularny w gronie potomków rdzennych mieszkańców tych ziem micos y micas. Wśród barwnych kostiumów i masek uwagę turystów przyciąga ubrany w czapkę z dzwonkami i wyposażony w laskę klauna farsowy król Momo (Rey Momo), który kieruje całą zabawą. Ta tradycja przywędrowała do brzegów Ameryki Południowej z Europy. Uwielbiana przez wszystkich postać, której pierwowzorem był bożek żartów i kpin, wywodzi się z mitologii greckiej (Momos) i rzymskiej (Momus). Do Kolumbii przybyła wraz z hiszpańskimi kolonizatorami. Niepowtarzalny karnawał w Barranquilli, rodzinnym mieście słynnej Shakiry, łączy we wspaniały sposób trzy kultury – europejską, afrykańską i indiańską. Według danych jego organizatorów (Fundación Carnaval de Barranquilla) w 2012 r. wzięło w nim udział łącznie ponad 1,5 mln osób.

FOT. PROEXPORT COLOMBIA

Karnawał w Barranquilli to ok. 500 grup folklorystycznych

 

Oruro

Położone wysoko w Andach (ok. 3700 m n.p.m.) 250-tysięczne Oruro, nazywane „stolicą folklorystyczną Boliwii”, słynie z widowiska nie z tej ziemi, którego początki sięgają XVIII w. Ku czci Matki Bożej Gromnicznej (Virgen de la Candelaria del Socavón), patronki tutejszych górników i samego miasta, każdego roku w ostatnią sobotę karnawałowych zabaw dziesiątki tysięcy tancerzy przebranych w długie płaszcze i demoniczne maski tańczą tu słynną diabladę, czyli taniec uosabiający według chrześcijańskiej interpretacji odwieczną walkę dobra ze złem. Jednak przebrani w diaboliczne stroje uczestnicy parady zgodnie z dawnymi wierzeniami symbolizują boga Supaya – czczonego przez Inków władcę podziemia. Nasycony religijną symboliką karnawał w Oruro fascynuje przybyszów z Europy. Poświęcenie, zaangażowanie i pasja, z jakimi oddają się tej tradycji lokalni mieszkańcy, a także wyjątkowa wartość kulturowa tego zjawiska spowodowały, że zostało ono wpisane w 2008 r. na elitarną Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Rijeka

Chorwaci słyną z gorącego temperamentu i zamiłowania do dobrej zabawy. Najlepszą okazją, aby przekonać się o tym na własne oczy, jest karnawał w 130-tysięcznej Rijece w północno-zachodniej części kraju, gdzie nad lazurowymi wodami Adriatyku co roku odbywa się prawdziwa bałkańska feta. W tych dniach na miejskich placach, wąskich, kamiennych uliczkach i nadmorskiej promenadzie króluje taniec i rakija, a wszyscy zapominają o troskach i problemach dnia codziennego. Można tu spotkać w tym czasie m.in. Węgrów i Rosjan, Polaków, Czechów i Amerykanów w każdym wieku, którzy wraz z mieszkańcami Chorwacji radośnie wznoszą kolejne toasty w ulicznym zgiełku. Nie istnieją żadne zasady dotyczące obowiązujących kostiumów, dlatego nikogo nie dziwi widok bawiących się razem starożytnych Rzymian, diabłów i diablic, Szkotów w kraciastych kiltach, Indian w pióropuszach, groźnych Tatarów, Stalina, Hitlera czy Margaret Thatcher, a nawet bohaterki popularnej bajki dla dzieci Pszczółki Mai. Kulminacyjnym punktem karnawału jest głośny pochód otwierany uroczyście przez ciężarówkę z ogromnym kotłem, pod którym bucha ogień. Jak na Bałkany przystało, zabawa z czasem zmienia się w pełną radości z życia biesiadę. Obcy ludzie częstują się nawzajem alkoholem, dochodzi do przyjacielskiej wymiany strojów, a w lokalnych klubach i dyskotekach muzyka gra do białego rana.

FOT. RIJECKI-KARNEVAL.HR 

Karnawał w Rijece uchodzi za jeden z największych w Europie

 

Wenecja

Karnawał w Wenecji uchodzi za największą uliczną zabawę w całej Europie. Początkowo jego celem było zamazywanie różnic pomiędzy biednymi i bogatymi mieszkańcami Republiki Weneckiej. W trakcie tego unikatowego święta na placu przed Bazyliką św. Marka i dalej w zamglonych zaułkach 270-tysięcznego miasta panuje atmosfera anonimowości i tajemniczości, a wszystko to za sprawą noszonych przez jego uczestników tradycyjnych masek – dzięki nim każdy może pozostać incognito. Wyjątkowy nastrój współtworzą też aktorzy spektakli, mimowie, muzycy i kuglarze. W ramach karnawałowego maratonu teatralnego występują znane miejscowe teatry operowe, np. Gran Teatro La Fenice. Podczas hucznego balu na Placu św. Marka zobaczymy paradę prezentującą wytworne XVII- i XVIII-wieczne stroje. Ważny element karnawału w Wenecji stanowi również rozpoczynający go tzw. Lot Anioła (Volo dell'Angelo), czyli widowisko nawiązujące do zapierających dech w piersiach popisów dawnych weneckich akrobatów, którzy zjeżdżając na linie z dzwonnicy Bazyliki św. Marka, dawali świadectwo swej odwagi. Dziś zwyczaj ten jest nadal żywy i co roku podobnego wyczynu dokonują znani mieszkańcy miasta i światowej sławy gwiazdy. Zaszczytu wystąpienia w tej roli dostępują zarówno kobiety, jak i mężczyźni, a wśród tych, którzy już zainaugurowali wenecki festiwal można wymienić m.in. słynną włoską pływaczkę Federicę Pellegrini i amerykańskiego rapera Coolio.

 

Binche

Mogłoby się wydawać, że karnawałowe szaleństwo to zjawisko charakterystyczne tylko dla krajów południowej Europy lub Ameryki Łacińskiej. Jednak gdy poranny przymrozek przykrywa srebrnym szronem rozległe plantacje chmielu i jęczmienia, a ciepły szalik staje się nieodłącznym elementem ubioru, mieszkańcy średniowiecznego walońskiego Binche (nieopodal zabytkowego Mons, Europejskiej Stolicy Kultury w 2015 r.) w Belgii wychodzą na ulicę, aby udowodnić, że również w ich żyłach płynie gorąca krew. Jak mówi jedna z teorii, karnawał w tym 35-tysięcznym mieście położonym na południe od Brukseli sięga swą historią aż do XVI w., kiedy to ówczesna namiestniczka Niderlandów Maria Habsburżanka (1505–1558) zorganizowała pierwszą barwną procesję z udziałem Inków przywiedzionych z Nowego Świata. Dziś każdego roku świętuje się tutaj przez 3 ostatnie dni przed środą popielcową. Zabawa rozpoczyna się w niedzielę, kiedy to na ulicach miasta można zobaczyć Mam’selles, mężczyzn przebranych w ekstrawaganckie kobiece stroje. Kulminacyjny punkt uroczystości stanowi Mardi Gras (Tłusty Wtorek). Pojawiają się wówczas słynni Gilles, czyli chłopcy i mężczyźni z Binche ubrani w charakterystyczne stroje w barwach belgijskiej flagi, z pokrytymi woskiem maskami z zielonymi okularami oraz w drewnianych chodakach na nogach. Zbierają się oni przed Ratuszem, aby w końcu wyruszyć na Wielki Plac (Grand-Place), odsłonić twarze, włożyć na głowę białe pióropusze i zacząć obrzucać widzów pomarańczami. Warto podkreślić, że widowiskowy karnawał w Binche został wpisany w 2008 r. na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Również w położonym po sąsiedzku 80-tysięcznym La Louvière obchodzi się od XIX stulecia huczny karnawał, nazywany tutaj Laetare (dosłownie „raduj się”, od łac. laetor – radować się, cieszyć się). Trwa on także 3 dni, od niedzieli do wtorku, ale ma miejsce w połowie Wielkiego Postu. Słynie z niebywałych kostiumów, które na tę okazję przygotowują tutejsi Walonowie.

FOT. OPT/ALEX KOUPRIANOFF

Gilles w Binche podczas Mardi Gras

 

Kolonia

Mieszkańcy ponad 1-milionowej Kolonii w Niemczech tak bardzo pokochali zwyczaj hucznego imprezowania w okresie poprzedzającym Wielki Post, że nazwali swój lokalny karnawał „piątą porą roku” (Fünfte Jahreszeit). Rozpoczyna się ona oficjalnie już 11 listopada o godz. 11.11, kiedy to ogłasza się początek nowego sezonu karnawałowego, i trwa aż do środy popielcowej. Pełna jest niezwykłych, charakterystycznych tylko dla tego miejsca obrzędów. Olbrzymią rolę odgrywają w nich tutejsze kobiety, które zgodnie ze starym zwyczajem, w ostatni wtorek karnawału (Weiberfastnacht) szturmują miejski ratusz, aby odebrać klucze do miasta, a następnie uzbrojone w nożyce obcinają mężczyznom krawaty! Jak na Niemcy przystało, zabawie towarzyszy głośna parada, tańce i lejące się strumieniami piwo. Kolończycy tak poważnie traktują przygotowania do corocznej fety, że zrzeszają się w specjalne towarzystwa karnawałowe i już od 11 listopada zbierają się regularnie na spotkaniach, które czasem same stanowią przedsmak szalonej zabawy… Na początek powszechnego karnawału muszą jednak czekać do 6 stycznia, czyli do święta Trzech Króli.

FOT. NIEMIECKA CENTRALA TURYSTYKI 

W Kolonii odbywa się największy karnawał w Niemczech

 

Teneryfa

Nazywana „wyspą wiecznej wiosny” Teneryfa znana jest z niezmiernie przyjaznego klimatu, wybornej kuchni opartej na świeżych rybach i owocach morza oraz zapierających dech w piersiach widoków. Polscy turyści przybywający do tego rajskiego zakątka świata zimą mają dodatkowo okazję przekonać się o jego cudownie roztańczonej duszy. Dostrzeżemy ją najlepiej podczas tutejszego szalonego karnawału (Carnaval de Santa Cruz de Tenerife). Wielka zabawa, na którą miejscowi szykują się przez cały rok, rozpoczyna się w 220-tysięcznej stolicy wyspy Santa Cruz de Tenerife i powoli, niczym lawa z pobliskiego wulkanu Teide, rozprzestrzenia się po rozsianych wokół nadmorskich miastach i górskich osadach. Karnawał na Teneryfie trwa chyba najdłużej na świecie, bowiem huczne uroczystości zaczynają się już pod koniec stycznia, a kończą tuż przed Wielkim Postem. Słynie on nie tylko z ulicznych tańców, ale i fantazyjnych pojazdów (carrozas), które biorą udział w paradach, oraz szalonych strojów z połyskujących materiałów, strusich piór, sztucznych pereł i wielobarwnych kryształów. W tym czasie w Santa Cruz zamykane są szkoły i urzędy, a zakupy można robić tylko w godzinach popołudniowych. Poza obserwowaniem głośnych korowodów i udziałem w ulicznych tańcach największą atrakcję stanowią wybory królowej karnawału (Reina del Carnaval) i widowiskowy… pogrzeb sardynki (entierro de la sardina), na który, jak nakazuje tradycja, trzeba wybrać się w odpowiednim na tę okazję żałobnym stroju.

 

Salvador da Bahia

Takiej eksplozji radości nie doświadczy się nigdzie indziej na świecie! Salvador da Bahia, zabytkowa pierwsza stolica kolonialnej Brazylii (od 1549 do 1763 r.), ze względu na widoczne wpływy afrykańskie nazywana Roma Negra („Czarnym Rzymem”), przyciągnęła w 2012 r. aż ponad 600 tys. turystów spragnionych szalonej zabawy podczas tutejszego karnawału, którego światła widać nawet z kosmosu. W czasie tego 6-dniowego święta nie brak pięknych tancerek poruszających się w rytm gorącej samby, żonglerów, klaunów oraz przyjacielskiego tłumu turystów krążącego traktami komunikacyjnymi (25 km ulic wzdłuż promenady nadbrzeżnej oraz w centrum miasta zamyka się na potrzeby głównego pochodu). Jedną z największych miejscowych atrakcji jest korowód ciężarówek (trios eléctricos), na których grają dziesiątki zespołów muzycznych reprezentujących najróżniejsze style, techniki i obecne w tej części świata grupy etniczne. Spontaniczna zabawa trwa dzień i noc, bez żadnej przerwy. Uczestnicy karnawału (w 2012 r. było ich ok. 2 mln!), którym na ten czas burmistrz tego trzeciego co do wielkości miasta Brazylii (ponad 2,7 mln mieszkańców), nazywanego słusznie Capital da Alegria, czyli „Stolicą Radości”, wręcza klucze do Salvadoru, mają wtedy specjalne prawa.

 

Nowy Orlean

Amerykanie wiedzą, co znaczy beztroska zabawa, o czym najlepiej można się przekonać, odwiedzając Nowy Orlean w trakcie miejscowego karnawału, którego ostatni dzień zwie się Mardi Gras (z franc. Tłusty Wtorek). Tradycja ta przywędrowała do tego największego miasta w stanie Luizjana (na południu Stanów Zjednoczonych) wprost z Paryża, a wraz z nią zawitała moda na organizowanie hucznych imprez i tajemniczych balów maskowych. Nowoorleański karnawał jest jedyny w swoim rodzaju. Składa się z kilku osobnych parad, które organizują krewes, czyli specjalne towarzystwa reprezentujące poszczególne dzielnice miasta. Unikalną tradycję stanowią tutaj podarunki rzucane z platform w stronę rozentuzjazmowanego tłumu imprezowiczów. Są to najczęściej niewielkie drobiazgi, np. kolorowe koraliki, maskotki czy też monety ozdobione symbolami szkół organizujących pochody. Niektóre parady w Nowym Orleanie wręcz emanują erotyzmem, skupiając tysiące roznegliżowanych osób dających wyraz swej tolerancji i wyznawanej wolności seksualnej. Nie brak też akcentów kulinarnych charakterystycznych dla tego regionu. Głodne tłumy z zachwytem zajadają się potrawami kuchni kreolskiej opartej na owocach morza i mieszance aromatycznych przypraw. Największym przysmakiem karnawałowym jest królewskie ciasto przyozdobione lukrem w kolorach fioletowym (symbol sprawiedliwości), zielonym (symbol wiary) i złotym (symbol władzy). W jego wnętrzu ukrywa się plastikową figurkę, której znalezienie zgodnie z tutejszym zwyczajem zobowiązuje daną osobę do zorganizowania przyjęcia...

 

Artykuły wybrane losowo

Muzyczna podróż po Kolumbii

MAGDALENA LECHOWSKA
WWW. MAGDALENALECHOWSKA.MANIFO.COM

 

<< Kolumbia jest krajem niespotykanych bogactw naturalnych oraz wielkiej bioróżnorodności (pod tym względem zajmuje drugie miejsce na świecie, po Brazylii), niezmiernie malowniczych pejzaży i egzotycznych plaż, zapierających dech w piersiach widoków i oszałamiającej kolorami przyrody. Mało kto jednak wie, że to kolebka cumbii i vallenato: gatunków muzycznych, których dziś słucha cały świat. W jej karaibskim mieście Barranquilla stawiała swoje pierwsze kroki Shakira, z Medellín pochodzi Juanes, wykonawca piosenki „La Camisa Negra”, a z Santa Marty – piosenkarz, aktor i kompozytor Carlos Vives. Ci kolumbijscy artyści wielokrotnie zdobywali statuetki Grammy oraz MTV Video Music Awards. Każdy region w kraju ma swoje charakterystyczne melodie, tańce i festiwale. >>

Więcej…

Pod słońcem południowej Hiszpanii

pano2net.jpg

Widok na marinę w Alicante z Zamku św. Barbary na wzgórzu Benacantil

©AYUNTAMIENTO DE ALICANTE

MAGDALENA BARTCZAK


Choć wśród polskich turystów odwiedzających Hiszpanię wciąż największą popularnością cieszą się przede wszystkim Barcelona i region Costa Brava czy Wyspy Kanaryjskie – na czele z Fuerteventurą i Teneryfą – oraz Madryt, to warto pamiętać o tym, jak niezmiernie fascynującym miejscem jest południe tego kraju. Ten rozpalony słońcem fragment Półwyspu Iberyjskiego wypełniają piękne miasta i pokrywają liczne, wciąż jeszcze nieodkryte plaże. Koniecznie trzeba się o tym przekonać. 

Więcej…

Veneto – peregrynacje nie tylko weneckie

Verona   Piazza Bra  di fronte il municipio e a destra l arena

Przy Piazza Bra w Weronie stoją m.in. Palazzo Barbieri i rzymski amfiteatr

© FOTOTECA REGIONE DEL VENETO

 

MAKSYMILIAN CZORNYJ

 

Jeżeli jak pisał amerykański pisarz i scenarzysta Truman Capote: „Być w Wenecji to jakby zjeść całe pudełko czekoladek z likierem naraz”, to odwiedziny w regionie Veneto należałoby przyrównać do wizyty w cukierni albo jeszcze trafniej – w wielkiej fabryce słodkości. Znajdziemy w nim wszystko, z czego słyną Włochy: miasta pełne najwyższej klasy zabytków, morze, plaże, urokliwe wysepki, malownicze jeziora i góry. Nie brakuje tu modnych kurortów, ośrodków rozrywkowych, tras narciarskich, doskonałych enotek i winnic.

 

Wszak Veneto, czyli Wenecja Euganejska, to Italia w miniaturze. Aby zobrazować skalę tej miniatury, wystarczy wspomnieć, że region ten ma powierzchnię porównywalną do województwa pomorskiego lub łódzkiego (blisko 18,5 tys. km²). Zamieszkuje go niespełna 5 mln osób, a szacuje się, że samą Wenecję odwiedza rocznie nawet sześć razy więcej turystów.

 

Kształtem Veneto przypomina konia stojącego dęba. Pysk opiera o wschodnie Dolomity i sięga nim aż do granicy z Austrią, grzbiet pręży ku jezioru Garda, zad unosi ponad deltą rzeki Pad, a nogami oplata wybrzeże Adriatyku. Z racji różnorodności rejonu dla pewnego porządku w tekście będę się trzymać tras kolejowych i to z ich perspektywy rozpoczniemy zwiedzanie miast. Bramy do nich stanowić będą właśnie dworce.

 

 Villa La Rotonda colza

Villa Rotonda w Vicenzy – renesansowa rezydencja projektu Andrei Palladia

© CONSORZIO VICENZA È/WWW.VICENZAE.ORG

 

WENECJA

 

Podczas peregrynacji po Veneto nie wypada pominąć Wenecji. To słynne miasto na wodzie jest obowiązkowym celem wypraw każdego turysty i podróżnika. Plac św. Marka, Most Westchnień, Bazylika św. Marka czy Pałac Dożów – któż o nich nie słyszał?

 

Jednak Wenecja to znacznie więcej. Poznać ją od innej strony można, gdy przybędzie się na stację kolejową Venezia Santa Lucia. Znajduje się ona przy Canal Grande, ale w innym miejscu niż najsłynniejsze zabytki. Park naprzeciw stacji, zwany Giardini Papadopoli, jest jednym z nielicznych zielonych fragmentów w historycznym centrum miasta. Po drugiej stronie kanału stoi Kościół św. Mikołaja z Tolentino (Chiesa di San Nicola da Tolentino) – świątynia niepozorna, rzadko odwiedzana przez turystów, a mogąca poszczycić się zachwycającymi freskami i chyba najpiękniej oświetlona naturalnym światłem w całej Wenecji. Właśnie takie, położone na uboczu miejsca pozwalają odkryć prawdziwe oblicze tego miasta. Tak wygląda niezadeptana przez zwiedzających Wenecja, zwyczajna i rozbrzmiewająca jedynie szumem przepływającej obok wody.

 

Tutaj najlepiej jest się zgubić. Zamiast podążać za tłumami turystów, gnać ślepo wzdłuż wykreślonych wcześniej na mapie szlaków warto zatracić się w atmosferze, zagłębić się w zaułki i tajemnice La Serenissimy, czyli Najjaśniejszej, jak mówią o swoim mieście wenecjanie. Podczas takiego spaceru przejdziemy przez bramę prowadzącą na niespełna metrowe nadbrzeże nad jednym z ponad 170 kanałów, dostrzeżemy wenecjanina cumującego łódkę bezpośrednio przy drzwiach kamienicy lub trafimy na maleńki targ pełen najświeższych ryb i owoców morza.

 

Tylko jeśli się zgubimy, unikniemy lokali, gdzie zwykły obiad kosztuje więcej niż wykwintna kolacja w luksusowej restauracji, i oszustów oferujących kurs wodną taksówką za bajońską sumę czy wystaw pełnych tandetnych masek karnawałowych sprowadzonych wprost z Chin lub Tajwanu. Błądząc wśród zaułków, poczujemy mistycyzm miasta wyrastającego z wody, w którym samochody, karetki i śmieciarki zostały zastąpione przez łodzie. Wenecja sprawia czasem wrażenie opuszczonej i wymarłej. Tak, naprawdę są w niej takie miejsca. Jeżeli skierujemy się np. w stronę Canale della Giudecca, trafimy na niemal bezludne place, przejdziemy uliczkami, na których spotkamy jedynie gołębie i koty.

 

Podczas dłuższego pobytu w Wenecji warto korzystać z tramwajów wodnych i udać się na inne wysepki Laguny Weneckiej. Na zainteresowanie zasługują szczególnie Murano (słynąca z wyrobów szklanych), Burano (pełna niezmiernie kolorowych domów) i Torcello (jeden z najstarszych tutejszych ośrodków, z Bazyliką Wniebowzięcia NMP – Basilica di Santa Maria Assunta).

 

Tramwajem wodnym (vaporetto) dotrzemy także znacznie dalej, np. do przylegającej do północno-wschodniego brzegu Laguny Weneckiej gminy Jesolo. Leży w niej jeden z najsłynniejszych włoskich kurortów – Lido di Jesolo rozciągnięte na zewnętrznej stronie cypla, wzdłuż wybrzeża Adriatyku. Jego wizytówkę stanowi długa na ok. 15 km i szeroka miejscami na prawie 200 m piaszczysta plaża. W 2017 r. ponownie otrzymała ona Błękitną Flagę, dzięki czemu możemy mieć pewność, że jest czysta i posiada odpowiednią infrastrukturę. Mimo dość dużych rozmiarów w sezonie w dzień plaża zwykle bywa szczelnie wypełniona ludźmi, którzy po zapadnięciu zmroku przenoszą się na niedaleki niewiele krótszy bulwar. Warto wiedzieć, że za wstęp na przeważającą jej część trzeba zapłacić, a niektóre fragmenty należą do pobliskich hoteli. Znajduje się tu również odcinek wydzielony dla naturystów. Poza tym w pobliżu funkcjonuje port jachtowy. Infrastruktura gastronomiczna jest bardzo bogata – w okolicy plaży można zjeść dania niemal z całego świata, a nawet wybrać się do restauracji, którym przyznano gwiazdki w prestiżowym przewodniku Michelin.

 

W Lido di Jesolo na turystów czekają oprócz tego profesjonalne 18-dołkowe pole golfowe klasy mistrzowskiej, tor gokartowy Pista Azzurra i rozległy park wodny Aqualandia. W SEA LIFE i Tropicarium Park zobaczymy ryby i zwierzęta wodne z całego świata. Kluby nocne zapewnią z kolei szaloną zabawę do białego rana.

 

Pamiętajmy jednak, że Veneto to nie tylko pełna atrakcji Laguna Wenecka, dlatego trzeba odwiedzić i inne miejsca w regionie. Warto więc zawrócić na kolejowy szlak, po czym ruszyć na zachód.

 

PiazzaSanMarcoDSC 8787

Wenecka Piazzetta San Marco z dwiema kolumnami

© SERVIZIO COMUNICAZIONE VISIVA DEL COMUNE DI VENEZIA

 

PADWA

 

Polakom Padwa znana jest przede wszystkim ze względu na uczących się tu niegdyś studentów. Wszak wiedzę zdobywali w niej Mikołaj Kopernik, Jan Kochanowski i Jan Zamoyski (wybrany nawet w 1563 r. rektorem tutejszej uczelni), ale założony w 1222 r. uniwersytet stanowi tylko jeden z wielu klejnotów w padewskiej koronie.

 

Według Eneidy Wergiliusza miasto mieli założyć Trojanie, którzy po upadku własnej stolicy wznieśli tu gród o nazwie Patavium. Przez setki lat osada rozrastała się, a w średniowieczu stała się istotnym ośrodkiem gospodarczym i dydaktycznym.

 

Trafienie z dworca kolejowego do historycznego centrum nie powinno przysporzyć problemów. Wystarczy kierować się główną arterią,Corso del Popolo, która po kilkuset metrach płynnie przechodzi w Corso Giuseppe Garibaldi. Gdy miniemy rozległy zielony park (Giardini dell’Arena), możemy zwolnić kroku. Po chwili z lewej strony dostrzeżemy ruiny rzymskiego amfiteatru, a po prawej klasycystyczną bryłę Pałacu Zuckermanna (Palazzo Zuckermann), w którym funkcjonują dwa muzea – sztuki użytkowej i numizmatyczne.

 

Jeśli będziemy szli dalej, po kilkunastu minutach dotrzemy do Pałacu Bo (Palazzo Bo). Pod tą niewiele mówiącą nazwą kryje się w rzeczywistości główny gmach uniwersytecki. Przy jego schodach stoi pomnik Eleny Lucrezii Cornaro Piscopii (1646–1684), matematyczki i filozofki. W 1678 r. jako pierwsza kobieta w historii otrzymała stopień naukowy doktora. Wewnątrz budynku zachowała się m.in. katedra, z której nauki wygłaszał Galileusz (Cattedra di Galileo), a także teatr anatomiczny, czyli pomieszczenie, gdzie najsłynniejsi włoscy medycy w tajemnicy przeprowadzali przed studentami sekcje zwłok.

 

Na północny zachód od uniwersytetu leży Piazza della Frutta, gdzie odbywają się miejskie festyny, a lokalni producenci i wytwórcy wystawiają towary. Niemalże całą południową pierzeję placu zajmuje Palazzo della Ragione. Wielokrotnie przebudowywany gmach nabrał nieco pokracznej, przysadzistej formy, jednak szczyci się podobno największą w Europie powierzchnią dachu, którego nie podpierają kolumny.

 

Jeszcze dalej znajduje się Piazza dei Signori. Wschodni kraniec zamyka tu Kościół św. Klemensa (Chiesa di San Clemente), wzniesiony na miejscu jednej z najstarszych chrześcijańskich świątyń, a przeciwległy – ledwie 30-metrowa, lecz zgrabnie wkomponowana w miejski krajobraz Wieża Zegarowa (Torre dell’Orologio). Na trzecim piętrze umieszczono w niej wspaniały mechanizm wprawiający w ruch zegar astronomiczny, który po niedawnej renowacji ponownie odmierza turystom i padewczykom czas. Spostrzegawcze osoby dostrzegą, że na tarczy znaków zodiaku brakuje wagi, ale nie ma tutaj dość miejsca, aby poruszać legendy uzasadniające ten stan rzeczy.

 

Jeśli poszlibyśmy dalej prosto, dotarlibyśmy do Muzeum Nauk Archeologicznych i Sztuki. Odbijemy jednak w lewo i nie przejdziemy przez bramę Wieży Zegarowej. Wąska uliczka wijąca się pośród kamienic wiedzie do placu katedralnego. Katedra (Duomo di Padova) miała zostać wzniesiona według projektu Michała Anioła, lecz kierujący pracami architekci wprowadzili liczne zmiany i nadali budowli dość ostre, surowe rysy. Również jej wnętrze jest zimne i skromne. Znacznie ciekawsze są XIV-wieczne freski w przylegającym do świątyni baptysterium. Jego kopułę pokrywa monumentalne przedstawienie raju z Chrystusem otoczonym zastępami świętych.

 

Po skierowaniu się znowu na południe i przejściu wąskiego miejskiego kanału zbliżymy się do jednego z najbardziej rozpoznawalnych miejsc Padwy – Prato della Valle. Ten największy plac we Włoszech (aż ok. 90 tys. m² powierzchni!) znajduje się w pobliżu słynnych bazylik: św. Antoniego i św. Justyny. Na jego środku leży otoczona eliptycznym kanałem wysepka Memmia. Wokół ustawiono 78 posągów osób zasłużonych dla miasta. Co ciekawe, wśród nich są także statuy Stefana Batorego i Jana III Sobieskiego, ufundowane przez Stanisława Augusta Poniatowskiego.

 

Na zakończenie padewskiej wędrówki koniecznie należy odwiedzić obie wspomniane bazyliki. Bez wątpienia każda z nich wywiera większe wrażenie niż szacowna miejska katedra. Bazylika św. Antoniego z Padwy charakteryzuje się architektonicznym przemieszaniem stylu romańskiego i gotyckiego – przysadzistą, jakby przygiętą do ziemi fasadę zdobią ostrołukowe wnęki i arkady wspierane na filarach, a również jakże typowa rozeta zdobiona maswerkiem. Budowla ma osiem kopuł, z których centralna, umieszczona ponad skrzyżowaniem naw, została oparta na bryle ostrosłupa zwieńczonego latarnią. We wnętrzu bazyliki znajduje się grób jej patrona. Ołtarz główny jest autorstwa Donatella, jednak był wielokrotnie przekształcany i całkowicie zatracił swój pierwotny charakter.

 

Bazylika św. Justyny z Padwy, męczennicy ściętej 7 października 304 r. za panowania cesarza Dioklecjana, została wzniesiona na miejscu romańskiego kościoła zniszczonego przez trzęsienie ziemi. Budowla zachwyca już samymi rozmiarami – ma ponad 118 m długości i przeszło 82 m szerokości. W kampanili zawieszonych jest siedem dzwonów, z których największy waży niemal 2,5 t. W świątyni znajdują się liczne zabytki sztuki oraz relikwie świętych, w tym szczątki św. Łukasza Ewangelisty i św. Macieja Apostoła.

 

Pomiędzy obiema bazylikami leży zabytkowy ogród botaniczny (Orto Botanico di Padova), założony w 1545 r. jako miejsce, w którym ówcześni studenci medycyny mieli zapoznawać się z roślinami leczniczymi. To w nim uprawiano pierwsze warzywa sprowadzone z nowo odkrytych Ameryk.

 

Prato della Valle PH andrea babetto1

Prato della Valle – kanał i posągi

© PADOVAMERAVIGLIA PHOTO CONTEST/ANDREA BABETTO

 

VICENZA

 

Mniej więcej w połowie drogi pomiędzy Wenecją a Weroną, trzy kwadranse koleją od obu z nich, znajduje się miasto, które większość turystów albo omija, albo podziwia jedynie przez okna pociągu. Przyjezdni gnają spod balkonu szekspirowskiej Julii ku placowi św. Marka, spod Mostu Westchnień ku werońskiej Arenie. Blask Vicenzy bezsprzecznie przygasiła bliskość tych dwóch bodaj najsłynniejszych ośrodków północnej Italii. Położone u podnóża monumentalnych gór miasto sprawia wrażenie, jakby spłynęło z alpejskiego stoku i zastygło w bezruchu. Gdy zanurzymy się w jego uliczkach, uderzy nas ich spokój i wytworność, nieuchwytne w wielu innych, zadeptanych przez turystów miejscach Veneto.

 

Spójność architektoniczna tutejszej zabudowy, jej głęboka harmonia, choć trudno w to uwierzyć, jest dziełem jednego architekta. Andrea Palladio (właściwie Andrea di Pietro della Gondolo) urodził się w 1508 r. w rodzinie padewskiego młynarza, lecz niemal całe dorosłe życie związał właśnie z Vicenzą. Wykreślił fasady Bazyliki Palladiana (Basilica Palladiana), Katedry (Cattedrale di Santa Maria Annunciata), wspaniałych rezydencji i miejskich pałaców. Lekkość odrodzenia, liczne nawiązania do starożytnych rozwiązań i świeżość, które dostrzec można w tej architekturze, sprawiają, że miasto kontrastuje z gotyckim wspomnieniem Wenecji. Nic dziwnego, że główna arteria Vicenzy nosi imię Andrei Palladia (Corso Andrea Palladio). Zaczyna się przy Torrione di Porta Castello, monumentalnym fragmencie średniowiecznych fortyfikacji, i ciągnie przez ponad 700 m ku wijącej się rzece Bacchiglione.

 

Główne atrakcje Vicenzy znajdują się w promieniu kilkudziesięciu metrów od wspomnianego corso. Jak na najważniejszą z miejskich ulic jest ona dość wąska i tłoczna, głośna od warkotu skuterów i pokrzykiwań przechodniów. W zabytkowych kamienicach wznoszących się po obu stronach mieszczą się sklepy, restauracje, kawiarnie i kwiaciarnie. Jeśli spojrzymy w górę, bez trudu odnajdziemy gotyckie pozostałości w zabudowie, lecz nie dostrzeżemy ani kopuły Katedry, ani wieży Bazyliki Palladiana, ani wspaniałego Teatru Olimpijskiego (Teatro Olimpico). Aby je zobaczyć, musimy nieco zboczyć z obranej trasy. Wpierw jednak warto przyjrzeć się zwartej bryle Pałacu Thiene Bonin Longare (Palazzo Thiene Bonin Longare), monumentalnej kolumnadzie Pałacu Trissino Baston (Palazzo Trissino Baston), a wreszcie szeregowi figur obserwujących przechodniów z Pałacu Chiericati (Palazzo Chiericati). We wnętrzu tego ostatniego działa muzeum z ciekawym zbiorem malarstwa (pinakoteką).

 

Jeżeli zapuścimy się w boczne uliczki, dotrzemy do wspomnianejBazyliki Palladiana.Wbrew nazwie nie jest ona świątynią, a budynkiem użyteczności publicznej powstałym po przebudowie mniejszych kamienic i później jeszcze przerabianym. Dawniej stanowiła siedzibę władzy administracyjnej i sądowniczej, a w dolnych arkadach znajdowały się tu lokale rzemieślnicze i kupieckie. Wspaniale prezentuje się zachód słońca obserwowany z sąsiedniego placu (Piazza dei Signori). Wieża zegarowa (82-metrowa Torre Bissara) i dach gmachu zdają się wtedy tonąć w złocistych promieniach, podczas gdy marmurowe arkady okrywa kojący półcień. Nie ma nic bardziej włoskiego niż delektowanie się kawą przy takim widoku.

 

Kilkadziesiąt metrów dalej po drugiej stronie corso trafimy na Teatr Olimpijski – ostatnie dzieło wielkiego Andrei Palladia (z 1580 r.). To pierwowzór wielu europejskich teatrów. Jego scena stanowi doskonałe odzwierciedlenie rzymskiej tradycji stałej i przemyślanej dekoracji. Dostrzega się w nim antyczny rodowód miasta, który architekt tak doskonale potrafił uwypuklić.

 

Jeżeli mamy więcej czasu, koniecznie powinniśmy udać się do znajdującej się poza obrębem historycznego centrum Villi Rotonda. Do tej kolejnej realizacji projektu Palladia można dojechać bez problemu autobusem (numer 8, 108 i 132 z przystanku przy dworcu). Każdy z boków zbudowanej na wzniesieniu rezydencji znaczą klasyczne, jońskie portyki. Jej centralny punkt stanowi okrągła sala okryta kopułą. Ten symetryczny obiekt jest zwieńczeniem drogi, jaką architekt obrał w swoim literackim opus vitae zatytułowanym Cztery księgi o architekturze (1570 r.), i stał się inspiracją dla nurtu (palladianizm), w którym wzniesiono m.in. warszawską Królikarnię.

 

W Vicenzy warto zwrócić również uwagę na inne pałace – Palazzo del Capitaniato, Palazzo Valmarana i Palazzo Porto. Oczywiście, w każdym z nich widać wyjątkową rękę Palladia.

 

WERONA

 

Po opuszczeniu werońskiego dworca kolejowego powinniśmy skierować się ku ufortyfikowanej południowej bramie miejskiej o nazwie Porta Nuova, zbudowanej w latach 1532–1540. Jeśli pójdziemy stąd na wprost, już po kilku minutach dotrzemy do pięciokątnej wieży (Torre Pentagona) oraz łukowatych przejść (Portoni della Bra), powstałych w miejscu średniowiecznych murów. W 1872 r. między tymi drugimi zamontowano dwustronny zegar. To bezpośrednio za nimi, w zakolu Adygi, leży historyczna część Werony. W tej okolicy można wstąpić do Muzeum Lapidarnego Maffeiano (Museo Lapidario Maffeiano). Znajdują się w nim bogate zbiory etruskiej, greckiej i rzymskiej ceramiki, kamieni nagrobnych oraz inskrypcji.

 

Po minięciu Portonidella Bra wkraczamy na największy tutejszy plac miejski (Piazza Bra), gdzie stoją trzy istotne zabytki – amfiteatr, Palazzo Barbieri i statua Wiktora Emanuela II. O każdym z nich należy wspomnieć choć w kilku zdaniach.

 

Amfiteatr rzymski, przez werończyków zwany po prostu Areną, powstał w I w. Mógł pomieścić nawet prawie 30 tys. widzów i stanowił scenę walk gladiatorów czy spektaklów. Obecnie jest jednym z najsłynniejszych obiektów Werony, na którym odbywają się rozmaite wydarzenia kulturalne, w tym liczne koncerty gwiazd muzyki.

 

Palazzo Barbieri, encyklopedyczny przykład neoklasycyzmu, pierwotnie zajmował sztab armii austriackiej. Obecnie budynek pełni funkcję ratusza miejskiego. Na ścianę tuż obok wejścia został przeniesiony XIV-wieczny fresk przedstawiający ukrzyżowanie Chrystusa. Liczne sale zdobią zabytkowe płótna i tapiserie.

 

Brązową statuę króla Wiktora Emanuela II odsłonięto w styczniu 1883 r. Warto zwrócić na nią uwagę, choć nie jest to dzieło wybitne. Zarówno sylwetka konia, jak i władcy rażą sztucznością i brak im lekkości.

 

Na północny wschód od Areny uliczki stają się coraz gęściej wypełnione turystami. Niedaleko znajduje się najsłynniejsza atrakcja Werony – Casa di Giulietta. Nie da się potwierdzić, czy piękna Julia z dramatu Williama Szekspira wzdychała tu do Romea. Pewne jest, że w mieście żyły rodziny Montecchich i Cappellettich. Aby uczynić zadość tradycji, turyści zostawiają w murze kamienicy listy. Robią też sobie zdjęcia pod osławionym balkonem. Za wstęp na dziedziniec nie ma opłat.

 

Stąd już tylko kilka kroków dzieli nas od innego werońskiego placu, obowiązkowego celu wędrówek po mieście. Piazza delle Erbe leży w miejscu starożytnego rzymskiego forum. Wokół wznoszą się średniowieczne kamienice, wieże i pałace. Na zainteresowanie zasługuje przede wszystkim Casa dei Mercanti (Domus Mercatorum) – budynek gildii kupieckiej. Z jego niskimi arkadami doskonale współgrają ciągnące się wzdłuż fasady zgrabne bifory (okna podzielone kolumienką na dwie części) i wieńczące ściany blanki.

 

Najwyższa wieża widoczna z placu to Torre dei Lamberti. Mierzy 84 m i znajduje się na niej XVIII-wieczny zegar. W środku wiszą dwa słynne dzwony (a w sumie cztery) – Marangona i Rengo, które odmierzały czas i regulowały życie mieszkańców Werony. Pierwszy z nich (o średnicy 130 cm i wadze 1300 kg) oznajmiał koniec dnia pracy dla miejscowych rzemieślników, w tym stolarzy (marangoni), i ogłaszał również alarm w przypadku pożaru. Z kolei Rengo (184 cm i 4215 kg) odzywał się, żeby zainicjować zebrania rajców i wezwać ludzi do broni w czasach wojny. Oba dzwony nadal rozbrzmiewają z okazji pogrzebów. Budynkiem, z którego zdaje się wyrastać Torre dei Lamberti, jest Palazzo della Ragione, miejsce dawnych zebrań mieszczan i skład soli.

 

Kiedy podążymy na północny wschód, niejako wzdłuż koryta Adygi, trafimy na jeszcze jeden wyjątkowy zabytek – Kościół św. Anastazji (Chiesa di Sant’Anastasia). Doskonale widać go zresztą z opisywanej wieży. Tę największą świątynię Werony wzniesiono w stylu gotyckim, lecz jej budowa nie została do tej pory zakończona. Choć z zewnątrz kościół nie sprawa szczególnego wrażenia, koniecznie należy wykupić bilet i wejść do środka. Krzyżowo-żebrowe sklepienie, które wspiera 12 potężnych marmurowych kolumn, zdaje się być zawieszone znacznie wyżej niż można przypuszczać, gdy patrzy się z zewnątrz. Pod nim znajdziemy bogate kaplice, barwne freski i precyzyjne detale.

 

Niedaleko kościoła stoi kolejny zabytek werońskiej architektury sakralnej – Katedra (Duomo di Verona). Świątynia powstała na miejscu dwóch kościołów zniszczonych przez trzęsienie ziemi w 1117 r. Jej wielokrotnie przebudowywana fasada to prawdziwa mozaika stylów, na którą składa się romańska bryła, gotyckie okna, barokowe dodatki i zaczątek renesansowej dzwonnicy. Jeśli ruszymy wzdłuż katedralnych murów i przejdziemy dalej, trzymając się linii kamienic wzniesionych tuż nad Adygą, dotrzemy do Kamiennego Mostu (Ponte Pietra). Wbrew temu, co często pisze się w przewodnikach, nie jest to oryginalna rzymska konstrukcja. W trakcie wieków pierwotna przeprawa była wielokrotnie niszczona i odbudowywana, a wreszcie została pieczołowicie zrekonstruowana (częściowo z dawnego budulca) po tym, jak w 1945 r. wysadziły ją wycofujące się wojska niemieckie.

 

Doskonałym zwieńczeniem wizyty w Weronie będzie chwila zadumy nad szumiącym nurtem Adygi, w którym odbija się złocisty zachód słońca. Miasto rzeczywiście emanuje niepowtarzalnym nastrojem.

 

GARDALAND

 

Wspomniałem na początku o tym, że w Veneto nie brakuje również ośrodków rozrywkowych. Oczywiście, w każdym z nadmorskich kurortów kwitnie życie nocne, odbywają się liczne festyny i imprezy uliczne. Jednak nieco ponad 20 km na zachód od Werony (zjazd z autostrady – Peschiera del Garda) znajduje się prawdziwe centrum zabawy. Gardaland, bo o nim mowa, to najczęściej odwiedzany park rozrywki we Włoszech (niemal 2,9 mln gości rocznie!). Na powierzchni ponad 200 tys. m² w malowniczym sąsiedztwie jeziora Garda ulokowano mnóstwo atrakcji, kilka barów i restauracji.

 

Park został podzielony tematycznie (m.in. na strefy: Średniowiecze, Rio Bravo, Akademia Kung Fu Pandy, Atlantyda, Piraci czy Królestwo Fantazji), dzięki czemu nadaje się zarówno dla dorosłych, jak i rodzin z dziećmi. Znajdziemy tu trzy rodzaje atrakcji – Fantasy (Fantazja), Adventure (Przygoda) i Adrenaline (Adrenalina), a także kino 4D. Oczywiście, największym zainteresowaniem cieszą się ekstremalne rollercoastery: Blue Tornado i Oblivion The Black Hole. Krzyki pędzących na nich osób niosą się daleko po tafli jeziora...

 

Ceny karnetów na cały sezon zaczynają się już od 50 euro (tzw. Season Pass One). Taki abonament uprawnia do nielimitowanych wejść i korzystania ze wszystkich rozrywek parku. Należy pamiętać, że Gardaland jest otwarty od wiosny do jesieni (w 2018 r. od 29 marca do 4 listopada). Poza sezonem odbywają się w nim widowiskowe wydarzenia tematyczne (np. Gardaland Magic Winter).

 

W REGIONIE

 

Oczywiście, w artykule udało mi się przedstawić jedynie drobny wycinek Veneto. Ten region Włoch idealnie nadaje się również m.in. dla miłośników sportów zimowych. Ów pysk konia skierowany ku Dolomitom przecinają jak mocowania uzdy szlaki narciarskie i wyciągi, a znaczy go najwyższy szczyt tego malowniczego pasma górskiego – Marmolada (3343 m n.p.m.). W gminie Cortina (Cortina d’Ampezzo) wytyczono 85 km doskonale przygotowanych tras zjazdowych.

 

Veneto to także ojczyzna grappy (z uroczym, pochylonym nad rzeką Brentą miastem Bassano del Grappa), kraina doskonałych win (przeszło 90 tys. ha winnic) i rejon słynący z carpaccio. W Wenecji Euganejskiej znajduje się też przycupnięta nad brzegiem Gardy turystyczna miejscowość Malcesine, skąd możemy dostać się koleją (tym razem linową) na szczyt masywu Monte Baldo (2218 m n.p.m.). Panorama roztaczająca się z niego w pogodne dni zapiera dech w piersiach.

 

Nie sposób opisać całego Veneto na kilku czy nawet kilkunastu stronach jednego artykułu. Trzeba po prostu samemu przybyć do tego regionu Italii. Podczas poznawania jego atrakcji możemy delektować się najlepszymi słodyczami z tej osobliwej cukierniczej fabryki.