WOJCIECH KUDER

 

<< Gdy kolorowo ubrani roześmiani tancerze poddają się rytmom radosnej muzyki przy aplauzie ulicznego tłumu, to znak, że rozpoczyna się karnawał. To święto hucznej zabawy i niczym nie skrępowanej radości stanowi okazję do udziału w wielobarwnych paradach i tajemniczych maskaradach, balach i głośnych fetach pełnych mocniejszych trunków, szampana, wina i śpiewu. Pora więc oddać się szaleństwu i ruszyć szlakiem najbardziej interesujących karnawałów na naszym globie! Już w lutym 2013 r. niemal cały świat będzie się bawić na słynnych, dorocznych imprezach. My polecamy szczególnie 10 z nich – od brazylijskiego Rio de Janeiro przez włoską Wenecję czy walońskie Binche aż do amerykańskiego Nowego Orleanu. >>

Karnawał (od łac. caro – mięso i vale – bądź zdrów, żegnaj, lub carnis privium, czyli uwolnienie się do mięsa) w tradycji chrześcijańskiej to czas poprzedzający nadejście Wielkiego Postu. Trwa zazwyczaj od święta Trzech Króli do środy popielcowej. Wiele ze znanych nam obecnie karnawałowych zwyczajów wywodzi się jednak z wcześniejszych kultów związanych z płodnością i uprawą ziemi, a sam ich początek wiąże się ze starożytnymi Dionizjami – greckimi uroczystościami na cześć boga wina Dionizosa. W języku polskim okres ten nazywano zapustami, a jego ostatnie trzy dni – ostatkami (tego słowa używa się zresztą do dziś). Co ciekawe, staropolszczyzna przyswoiła sobie nawet kalkę łacińskiego pierwowzoru i ochrzciła karnawał mianem mięsopustu.

 

Chyba nikogo nie dziwi fakt, że karnawałowe szaleństwo cieszy się od wieków olbrzymią popularnością niemal na całym świecie. W niektórych miejscach na ziemi to wręcz okazja do organizowania wielkich imprez dla setek tysięcy, a nawet milionów osób. Warto przyjrzeć się bliżej temu, jak bawią się w tym czasie mieszkańcy różnych krajów. Być może zachęci Was to, Drodzy Czytelnicy, aby do nich dołączyć i balować w lutym 2013 r. razem z Brazylijczykami, Kolumbijczykami, Boliwijczykami, Włochami, Walonami czy Kanaryjczykami...

 

Rio de Janeiro

O słynnym karnawale w 6,5-milionowym Rio de Janeiro (Cidade Maravilhosa, czyli „Cudownym Mieście”) mówi się, że jest największym festynem świata. Nie ma w tym nic dziwnego, wszak co roku na 4 dni przed środą popielcową do tej drugiej pod względem wielkości brazylijskiej metropolii (po São Paulo) ściągają setki tysięcy (ponad 1,1 mln w 2012 r.) turystów z całego globu, aby bawić się wspólnie z cariocas (mieszkańcami Rio)i podziwiać niezmiernie barwne parady. A jest tu na co popatrzeć! Kolorowe pióra, błyszczące cekiny oraz piękne kobiety tańczące zalotnie w rytm głośnej muzyki to nieodłączny element tej porywającej zabawy. Czas świętowania rozpoczyna wręczenie kluczy do miasta Królowi Karnawału (Rei Momo). Jak nakazuje tradycja, na miejscowym Sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí) prezentuje się 12 najlepszych szkół samby. Można tu zobaczyć m.in. potężne dekoracje w kształcie smoków i wszelkich innych stworzeń oraz niezwykłe, ogromne pojazdy (carros alegóricos). Jednak, jak łatwo się domyślić, główną rolę odgrywają w tym spektaklu tancerze, którzy przygotowują specjalną sambę karnawałową(enredo). Karnawał w Rio de Janeiro to najważniejsze wydarzenie w życiu jego mieszkańców, szczególnie tych pochodzących z najbiedniejszych dzielnic (faveli). Raz do roku mogą się oni poczuć niczym prawdziwi królowie, na których patrzy z podziwem niemal cały świat.

 

Barranquilla

Kolumbia słynie z doskonałej kawy, wyśmienitego rumu, wspaniałych szmaragdów i pięknych kobiet. Pochodzą stąd m.in. laureat Literackiej Nagrody Nobla z 1982 r. Gabriel García Márquez i znana ze światowych list przebojów piosenkarka Shakira. W 1,5-milionowym kolumbijskim mieście Barranquilla, położonym na wybrzeżu Morza Karaibskiego, odbywa się trzeci co do wielkości karnawał na świecie (zaraz po Rio de Janeiro i Salvador da Bahia), który każdego roku na 4 doby zamienia nadbrzeża miejscowej rzeki Magdaleny w królestwo gorących rytmów (na czele z cumbią) i scenę spektakularnych widowisk. Carnaval de Barranquilla został ogłoszony w 2002 r. przez Senat Republiki Kolumbii Dziedzictwem Kulturalnym Narodu (Patrimonio Cultural de la Nación), a 6 lat później UNESCO wpisało go na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości. Jak przystało na typowe miasto portowe i latynoamerykańskie, obecne są tu wpływy różnych kultur, które widać najlepiej podczas tych kilku dni poprzedzających Wielki Post. Ubrani w kolorowe stroje uczestnicy fiesty wykonują tańce z wielu zakątków świata – pochodzący z Hiszpanii paloteo, afrykański congo czy popularny w gronie potomków rdzennych mieszkańców tych ziem micos y micas. Wśród barwnych kostiumów i masek uwagę turystów przyciąga ubrany w czapkę z dzwonkami i wyposażony w laskę klauna farsowy król Momo (Rey Momo), który kieruje całą zabawą. Ta tradycja przywędrowała do brzegów Ameryki Południowej z Europy. Uwielbiana przez wszystkich postać, której pierwowzorem był bożek żartów i kpin, wywodzi się z mitologii greckiej (Momos) i rzymskiej (Momus). Do Kolumbii przybyła wraz z hiszpańskimi kolonizatorami. Niepowtarzalny karnawał w Barranquilli, rodzinnym mieście słynnej Shakiry, łączy we wspaniały sposób trzy kultury – europejską, afrykańską i indiańską. Według danych jego organizatorów (Fundación Carnaval de Barranquilla) w 2012 r. wzięło w nim udział łącznie ponad 1,5 mln osób.

FOT. PROEXPORT COLOMBIA

Karnawał w Barranquilli to ok. 500 grup folklorystycznych

 

Oruro

Położone wysoko w Andach (ok. 3700 m n.p.m.) 250-tysięczne Oruro, nazywane „stolicą folklorystyczną Boliwii”, słynie z widowiska nie z tej ziemi, którego początki sięgają XVIII w. Ku czci Matki Bożej Gromnicznej (Virgen de la Candelaria del Socavón), patronki tutejszych górników i samego miasta, każdego roku w ostatnią sobotę karnawałowych zabaw dziesiątki tysięcy tancerzy przebranych w długie płaszcze i demoniczne maski tańczą tu słynną diabladę, czyli taniec uosabiający według chrześcijańskiej interpretacji odwieczną walkę dobra ze złem. Jednak przebrani w diaboliczne stroje uczestnicy parady zgodnie z dawnymi wierzeniami symbolizują boga Supaya – czczonego przez Inków władcę podziemia. Nasycony religijną symboliką karnawał w Oruro fascynuje przybyszów z Europy. Poświęcenie, zaangażowanie i pasja, z jakimi oddają się tej tradycji lokalni mieszkańcy, a także wyjątkowa wartość kulturowa tego zjawiska spowodowały, że zostało ono wpisane w 2008 r. na elitarną Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Rijeka

Chorwaci słyną z gorącego temperamentu i zamiłowania do dobrej zabawy. Najlepszą okazją, aby przekonać się o tym na własne oczy, jest karnawał w 130-tysięcznej Rijece w północno-zachodniej części kraju, gdzie nad lazurowymi wodami Adriatyku co roku odbywa się prawdziwa bałkańska feta. W tych dniach na miejskich placach, wąskich, kamiennych uliczkach i nadmorskiej promenadzie króluje taniec i rakija, a wszyscy zapominają o troskach i problemach dnia codziennego. Można tu spotkać w tym czasie m.in. Węgrów i Rosjan, Polaków, Czechów i Amerykanów w każdym wieku, którzy wraz z mieszkańcami Chorwacji radośnie wznoszą kolejne toasty w ulicznym zgiełku. Nie istnieją żadne zasady dotyczące obowiązujących kostiumów, dlatego nikogo nie dziwi widok bawiących się razem starożytnych Rzymian, diabłów i diablic, Szkotów w kraciastych kiltach, Indian w pióropuszach, groźnych Tatarów, Stalina, Hitlera czy Margaret Thatcher, a nawet bohaterki popularnej bajki dla dzieci Pszczółki Mai. Kulminacyjnym punktem karnawału jest głośny pochód otwierany uroczyście przez ciężarówkę z ogromnym kotłem, pod którym bucha ogień. Jak na Bałkany przystało, zabawa z czasem zmienia się w pełną radości z życia biesiadę. Obcy ludzie częstują się nawzajem alkoholem, dochodzi do przyjacielskiej wymiany strojów, a w lokalnych klubach i dyskotekach muzyka gra do białego rana.

FOT. RIJECKI-KARNEVAL.HR 

Karnawał w Rijece uchodzi za jeden z największych w Europie

 

Wenecja

Karnawał w Wenecji uchodzi za największą uliczną zabawę w całej Europie. Początkowo jego celem było zamazywanie różnic pomiędzy biednymi i bogatymi mieszkańcami Republiki Weneckiej. W trakcie tego unikatowego święta na placu przed Bazyliką św. Marka i dalej w zamglonych zaułkach 270-tysięcznego miasta panuje atmosfera anonimowości i tajemniczości, a wszystko to za sprawą noszonych przez jego uczestników tradycyjnych masek – dzięki nim każdy może pozostać incognito. Wyjątkowy nastrój współtworzą też aktorzy spektakli, mimowie, muzycy i kuglarze. W ramach karnawałowego maratonu teatralnego występują znane miejscowe teatry operowe, np. Gran Teatro La Fenice. Podczas hucznego balu na Placu św. Marka zobaczymy paradę prezentującą wytworne XVII- i XVIII-wieczne stroje. Ważny element karnawału w Wenecji stanowi również rozpoczynający go tzw. Lot Anioła (Volo dell'Angelo), czyli widowisko nawiązujące do zapierających dech w piersiach popisów dawnych weneckich akrobatów, którzy zjeżdżając na linie z dzwonnicy Bazyliki św. Marka, dawali świadectwo swej odwagi. Dziś zwyczaj ten jest nadal żywy i co roku podobnego wyczynu dokonują znani mieszkańcy miasta i światowej sławy gwiazdy. Zaszczytu wystąpienia w tej roli dostępują zarówno kobiety, jak i mężczyźni, a wśród tych, którzy już zainaugurowali wenecki festiwal można wymienić m.in. słynną włoską pływaczkę Federicę Pellegrini i amerykańskiego rapera Coolio.

 

Binche

Mogłoby się wydawać, że karnawałowe szaleństwo to zjawisko charakterystyczne tylko dla krajów południowej Europy lub Ameryki Łacińskiej. Jednak gdy poranny przymrozek przykrywa srebrnym szronem rozległe plantacje chmielu i jęczmienia, a ciepły szalik staje się nieodłącznym elementem ubioru, mieszkańcy średniowiecznego walońskiego Binche (nieopodal zabytkowego Mons, Europejskiej Stolicy Kultury w 2015 r.) w Belgii wychodzą na ulicę, aby udowodnić, że również w ich żyłach płynie gorąca krew. Jak mówi jedna z teorii, karnawał w tym 35-tysięcznym mieście położonym na południe od Brukseli sięga swą historią aż do XVI w., kiedy to ówczesna namiestniczka Niderlandów Maria Habsburżanka (1505–1558) zorganizowała pierwszą barwną procesję z udziałem Inków przywiedzionych z Nowego Świata. Dziś każdego roku świętuje się tutaj przez 3 ostatnie dni przed środą popielcową. Zabawa rozpoczyna się w niedzielę, kiedy to na ulicach miasta można zobaczyć Mam’selles, mężczyzn przebranych w ekstrawaganckie kobiece stroje. Kulminacyjny punkt uroczystości stanowi Mardi Gras (Tłusty Wtorek). Pojawiają się wówczas słynni Gilles, czyli chłopcy i mężczyźni z Binche ubrani w charakterystyczne stroje w barwach belgijskiej flagi, z pokrytymi woskiem maskami z zielonymi okularami oraz w drewnianych chodakach na nogach. Zbierają się oni przed Ratuszem, aby w końcu wyruszyć na Wielki Plac (Grand-Place), odsłonić twarze, włożyć na głowę białe pióropusze i zacząć obrzucać widzów pomarańczami. Warto podkreślić, że widowiskowy karnawał w Binche został wpisany w 2008 r. na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

Również w położonym po sąsiedzku 80-tysięcznym La Louvière obchodzi się od XIX stulecia huczny karnawał, nazywany tutaj Laetare (dosłownie „raduj się”, od łac. laetor – radować się, cieszyć się). Trwa on także 3 dni, od niedzieli do wtorku, ale ma miejsce w połowie Wielkiego Postu. Słynie z niebywałych kostiumów, które na tę okazję przygotowują tutejsi Walonowie.

FOT. OPT/ALEX KOUPRIANOFF

Gilles w Binche podczas Mardi Gras

 

Kolonia

Mieszkańcy ponad 1-milionowej Kolonii w Niemczech tak bardzo pokochali zwyczaj hucznego imprezowania w okresie poprzedzającym Wielki Post, że nazwali swój lokalny karnawał „piątą porą roku” (Fünfte Jahreszeit). Rozpoczyna się ona oficjalnie już 11 listopada o godz. 11.11, kiedy to ogłasza się początek nowego sezonu karnawałowego, i trwa aż do środy popielcowej. Pełna jest niezwykłych, charakterystycznych tylko dla tego miejsca obrzędów. Olbrzymią rolę odgrywają w nich tutejsze kobiety, które zgodnie ze starym zwyczajem, w ostatni wtorek karnawału (Weiberfastnacht) szturmują miejski ratusz, aby odebrać klucze do miasta, a następnie uzbrojone w nożyce obcinają mężczyznom krawaty! Jak na Niemcy przystało, zabawie towarzyszy głośna parada, tańce i lejące się strumieniami piwo. Kolończycy tak poważnie traktują przygotowania do corocznej fety, że zrzeszają się w specjalne towarzystwa karnawałowe i już od 11 listopada zbierają się regularnie na spotkaniach, które czasem same stanowią przedsmak szalonej zabawy… Na początek powszechnego karnawału muszą jednak czekać do 6 stycznia, czyli do święta Trzech Króli.

FOT. NIEMIECKA CENTRALA TURYSTYKI 

W Kolonii odbywa się największy karnawał w Niemczech

 

Teneryfa

Nazywana „wyspą wiecznej wiosny” Teneryfa znana jest z niezmiernie przyjaznego klimatu, wybornej kuchni opartej na świeżych rybach i owocach morza oraz zapierających dech w piersiach widoków. Polscy turyści przybywający do tego rajskiego zakątka świata zimą mają dodatkowo okazję przekonać się o jego cudownie roztańczonej duszy. Dostrzeżemy ją najlepiej podczas tutejszego szalonego karnawału (Carnaval de Santa Cruz de Tenerife). Wielka zabawa, na którą miejscowi szykują się przez cały rok, rozpoczyna się w 220-tysięcznej stolicy wyspy Santa Cruz de Tenerife i powoli, niczym lawa z pobliskiego wulkanu Teide, rozprzestrzenia się po rozsianych wokół nadmorskich miastach i górskich osadach. Karnawał na Teneryfie trwa chyba najdłużej na świecie, bowiem huczne uroczystości zaczynają się już pod koniec stycznia, a kończą tuż przed Wielkim Postem. Słynie on nie tylko z ulicznych tańców, ale i fantazyjnych pojazdów (carrozas), które biorą udział w paradach, oraz szalonych strojów z połyskujących materiałów, strusich piór, sztucznych pereł i wielobarwnych kryształów. W tym czasie w Santa Cruz zamykane są szkoły i urzędy, a zakupy można robić tylko w godzinach popołudniowych. Poza obserwowaniem głośnych korowodów i udziałem w ulicznych tańcach największą atrakcję stanowią wybory królowej karnawału (Reina del Carnaval) i widowiskowy… pogrzeb sardynki (entierro de la sardina), na który, jak nakazuje tradycja, trzeba wybrać się w odpowiednim na tę okazję żałobnym stroju.

 

Salvador da Bahia

Takiej eksplozji radości nie doświadczy się nigdzie indziej na świecie! Salvador da Bahia, zabytkowa pierwsza stolica kolonialnej Brazylii (od 1549 do 1763 r.), ze względu na widoczne wpływy afrykańskie nazywana Roma Negra („Czarnym Rzymem”), przyciągnęła w 2012 r. aż ponad 600 tys. turystów spragnionych szalonej zabawy podczas tutejszego karnawału, którego światła widać nawet z kosmosu. W czasie tego 6-dniowego święta nie brak pięknych tancerek poruszających się w rytm gorącej samby, żonglerów, klaunów oraz przyjacielskiego tłumu turystów krążącego traktami komunikacyjnymi (25 km ulic wzdłuż promenady nadbrzeżnej oraz w centrum miasta zamyka się na potrzeby głównego pochodu). Jedną z największych miejscowych atrakcji jest korowód ciężarówek (trios eléctricos), na których grają dziesiątki zespołów muzycznych reprezentujących najróżniejsze style, techniki i obecne w tej części świata grupy etniczne. Spontaniczna zabawa trwa dzień i noc, bez żadnej przerwy. Uczestnicy karnawału (w 2012 r. było ich ok. 2 mln!), którym na ten czas burmistrz tego trzeciego co do wielkości miasta Brazylii (ponad 2,7 mln mieszkańców), nazywanego słusznie Capital da Alegria, czyli „Stolicą Radości”, wręcza klucze do Salvadoru, mają wtedy specjalne prawa.

 

Nowy Orlean

Amerykanie wiedzą, co znaczy beztroska zabawa, o czym najlepiej można się przekonać, odwiedzając Nowy Orlean w trakcie miejscowego karnawału, którego ostatni dzień zwie się Mardi Gras (z franc. Tłusty Wtorek). Tradycja ta przywędrowała do tego największego miasta w stanie Luizjana (na południu Stanów Zjednoczonych) wprost z Paryża, a wraz z nią zawitała moda na organizowanie hucznych imprez i tajemniczych balów maskowych. Nowoorleański karnawał jest jedyny w swoim rodzaju. Składa się z kilku osobnych parad, które organizują krewes, czyli specjalne towarzystwa reprezentujące poszczególne dzielnice miasta. Unikalną tradycję stanowią tutaj podarunki rzucane z platform w stronę rozentuzjazmowanego tłumu imprezowiczów. Są to najczęściej niewielkie drobiazgi, np. kolorowe koraliki, maskotki czy też monety ozdobione symbolami szkół organizujących pochody. Niektóre parady w Nowym Orleanie wręcz emanują erotyzmem, skupiając tysiące roznegliżowanych osób dających wyraz swej tolerancji i wyznawanej wolności seksualnej. Nie brak też akcentów kulinarnych charakterystycznych dla tego regionu. Głodne tłumy z zachwytem zajadają się potrawami kuchni kreolskiej opartej na owocach morza i mieszance aromatycznych przypraw. Największym przysmakiem karnawałowym jest królewskie ciasto przyozdobione lukrem w kolorach fioletowym (symbol sprawiedliwości), zielonym (symbol wiary) i złotym (symbol władzy). W jego wnętrzu ukrywa się plastikową figurkę, której znalezienie zgodnie z tutejszym zwyczajem zobowiązuje daną osobę do zorganizowania przyjęcia...

 

Artykuły wybrane losowo

W Argentynie, kraju różnorodności

 

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

 Wieczór z tangiem w Buenos Aires, degustacja wina w Mendozie, delektowanie się stekami w niemal każdym rejonie w kraju – to tylko kilka atrakcji czekających na turystów w Argentynie. Poza tym znajdą tu oni otwarte przestrzenie Patagonii, lodowce, wodospady i wybrzeże oceanu. Są też wulkany okryte śniegiem, pustynia zasypana solą i chłodna Ziemia Ognista. W Argentynie jest po prostu wszystko i jeszcze więcej.

 

Taka różnorodność krajobrazu i klimatu nie powinna dziwić. Ten drugi po Brazylii największy kraj Ameryki Południowej zajmuje ponad 15 proc. całego kontynentu (ma ok. 2,8 mln km² powierzchni). Dzieli niemal 6,7 tys. km granicy z Chile i ma prawie 5 tys. km linii brzegowej. Wilgotne lasy z wodospadami Iguazú na północy, majestatyczne Andy z najwyższym szczytem Aconcagua (6961 m n.p.m.) i najwyższym aktywnym wulkanem na ziemi Ojos del Salado (6893 m n.p.m.) na zachodzie, surowe krajobrazy najdalej na południe wysuniętych zakątków kontynentu i bezkres oceanu na wschodzie – jedno życie nie wystarczy na zobaczenie i poznanie wszystkich skarbów Argentyny, ale warto próbować.

 

Ponieważ miejsc do odwiedzenia w tym południowoamerykańskim kraju jest tak wiele, wyjazd trzeba dobrze zaplanować. Nie ma jednego sposobu na udaną wyprawę. Jednak właśnie dlatego każda wizyta w Argentynie staje się wyjątkowym przeżyciem.

 

34465836134 7d01e9dd81 o

Para tańcząca tango w San Telmo, jednej z najstarszych dzielnic Buenos Aires

© ENTE DE TURISMO DE LA CIUDAD DE BUENOS AIRES

 

TANGO I KOLOROWE ULICE

 

Naszą podróż zaczniemy od stolicy kraju, która przyciąga jak magnes turystów i miłośników tanga z całego świata. Szczerze mówiąc, nigdy nie przypuszczałam, że będę tańczyć ten zmysłowy taniec w Buenos Aires, czyli tu, gdzie się narodził, choć tak naprawdę o miano kolebki tanga to argentyńskie miasto walczy z urugwajskim Montevideo. Wszak to w obu tych ośrodkach, leżących po dwóch stronach La Platy (Río de la Plata – Srebrnej Rzeki), cieszyło się ono rosnącą popularnością od połowy XIX w. Rozpowszechniać zaczęli je imigranci, choć nie wiadomo, czy pierwsi byli ci z Montevideo czy Buenos Aires. Jednak nie to jest najważniejsze, a fakt, że taniec zyskał sobie grono miłośników nie tylko w tym regionie, ale i na całym świecie. Dziś istnieje co najmniej kilkanaście różnych jego odmian. Poza tym w 2009 r. na wspólny wniosek Argentyny i Urugwaju tango zostało wpisane na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Być w Buenos Aires i nie zobaczyć pokazu tanecznego to moim zdaniem duży błąd. Występy profesjonalnych tancerzy w klubach tanga naprawdę zachwycają. Jeszcze lepszym doświadczeniem będzie nauka tańca. W argentyńskiej stolicy znajduje się wiele miejsc, w których oferuje się płatne lub darmowe lekcje. Wystarczy przejść się wieczorem wąskimi ulicami dzielnicy San Telmo, żeby na nie trafić. Do tego rejonu Buenos Aires warto również wybrać się w poszukiwaniu pamiątek – w każdą niedzielę zamienia się on w wielkie targowisko ze starociami, rękodziełem i najróżniejszymi drobiazgami (Feria de San Telmo). Niedaleko tej urokliwej dzielnicy pełnej kawiarń i sklepów ze starymi, pięknie stylizowanymi szyldami, w samym ścisłym centrum (Microcentro) stoi Różowy Dom (Casa Rosada) –siedziba prezydenta kraju, z której okna Madonna wcielająca się w rolę Evy Perón (1919–1952) w filmie Evita śpiewała piosenkę Don’t cry for me Argentina (Nie płacz za mną, Argentyno).

 

Na zwiedzanie argentyńskiej stolicy trzeba przeznaczyć co najmniej tydzień. Do zobaczenia poza San Telmo i Microcentro jest jeszcze Puerto Madero – nowoczesny port, jeden z piękniejszych i najbardziej znanych cmentarzy świata, czyli Cementerio de la Recoleta, Palermo – dzielnica hipsterskich kawiarń, klubów i nowoczesnych hosteli, a do tego ciekawe muzea, zabytkowa i bardzo kolorowa dzielnica La Boca i tysiące ciekawych murali rozsianych w najróżniejszych rejonach. Buenos Aires upodobali sobie uliczni malarze z całego świata, dzięki czemu podczas poznawania miasta można odkrywać ich dzieła w zaskakujących miejscach.

 

Stolica Argentyny leży, jak wspomniałam, nad La Platą – estuarium (szerokim lejkowatym ujściem), które tworzą wody rzek Paraná i Urugwaj przed połączeniem się z Oceanem Atlantyckim. Argentyńczycy i Urugwajczycy nazywają je rzeką, choć wedle definicji geograficznych mogłoby być także zatoką lub morzem przybrzeżnym. Río de la Plata ma ok. 290 km długości oraz zaledwie kilka kilometrów szerokości w głębi lądu i 220 km przy granicy z Atlantykiem. Warto wybrać się tu na rejs na pokładzie jednego z niewielkich promów, które pływają z Buenos Aires do urugwajskiego miasteczka Colonia del Sacramento – ulubionego celu weekendowych wycieczek wielu Porteños (jak nazywają siebie mieszkańcy portowego argentyńskiego miasta). Ponad 400 km na południe od stolicy Argentyny leży Mar del Plata (Morze Srebra). To 700-tysięczne miasto słynie z piaszczystych, ale też zatłoczonych plaż, bogatego życia nocnego, kasyn i kuchni opartej na rybach i owocach morza. Porteños bardzo chętnie spędzają w nim wakacje.

 

WODOSPADY I MISJE JEZUICKIE

 

Skoro jesteśmy przy temacie rzek i wody, nie sposób nie wspomnieć o wodospadach Iguazú – jednej z największych atrakcji całego kontynentu. Nazwa tego niezwykłego cudu natury wywodzi się z języka guarani, którego użytkownicy zamieszkiwali tutejsze tereny na długo przed wytyczeniem granic dzielących Argentynę z Brazylią i Paragwajem. Iguazú, a właściwie Yguasu, znaczy po prostu Wielka Woda, co znakomicie oddaje rzeczywistość. Wodospady mają szerokość ok. 2,7 km, a woda w najwyższym punkcie (Garganta del Diablo, czyli Diabelska Gardziel) spada z wysokości aż 80 m. Są więc dużo potężniejsze od Niagary w Ameryce Północnej czy Wielkiej Siklawy w polskich Tatrach Wysokich. Podobno sama pierwsza dama Stanów Zjednoczonych Eleanor Roosevelt (1884–1962) straciła respekt dla majestatu Niagary, gdy ujrzała Iguazú. Warto zobaczyć je na własne oczy. Po argentyńskiej stronie można chodzić przed kaskadami, obok nich i nad nimi (a nawet pod nie podpłynąć). Na podziwianiu wodospadów z bliska da się spędzić nawet cały dzień. Z części brazylijskiej rozpościera się jednak lepszy widok na całe Iguazú. Najlepiej więc wybrać się na zwiedzanie po obu stronach granicy.

 

Te wspaniałe wodospady leżą w prowincji Misiones wciśniętej pomiędzy Brazylię i Paragwaj. To niezmiernie atrakcyjny region, choć – niestety – często odwiedzany tylko ze względu na Iguazú. W tych tropikalnych, porośniętych gęstymi, soczyście zielonymi lasami okolicach znajdują się pozostałości jezuickich misji (zwanych również redukcjami), które powstawały w XVII w. w tej części Ameryki Południowej na terenie dzisiejszego Paragwaju, Argentyny i Brazylii. Jezuici nawracali miejscowych Indian Guarani na wiarę katolicką, dzieci posyłali do szkoły, a dorosłych przyuczali do wykonywania zawodów rzemieślniczych. W drugiej połowie XVIII stulecia misje jezuickie zostały zlikwidowane w wyniku działań politycznych i wojskowych Hiszpanów i Portugalczyków, a misjonarze wypędzeni. Dziś w każdym z trzech krajów można odnaleźć pozostałości po nich. W Argentynie najlepiej zachowała się redukcja San Ignacio Miní, ale oprócz niej warte obejrzenia są jeszcze Santa Ana, Nuestra Señora de Loreto i Santa María la Mayor. Wszystkie umieszczono w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Choć z jednej strony wydają się do siebie podobne, każda z nich jest jednocześnie inna.

 

POLACY I YERBA MATE

 

Kolejny powód do odwiedzenia prowincji Misiones można nazwać patriotycznym. W tym regionie żyje sporo potomków naszych rodaków, którzy wyemigrowali do Argentyny pod koniec XIX i na początku XX w. Pierwszym Polakom nie było łatwo. Zastali tu żyzną, ale porośniętą gęstym lasem ziemię, a kiedy opuścili pokład statku, zostali zdani tylko na siebie. Musieli zmagać się z nieznośnym upałem, komarami i tropikalnymi chorobami. Mieli jednak ręce gotowe do pracy i tymi rękoma karczowali lasy i przygotowywali glebę pod uprawy, żeby przeżyć. Rolnictwa uczyli się od nowa, na miejscu, wszak z uwagi na inny klimat wiedza przywieziona z Europy niemal na nic się zdała. Wielu z nich zmarło, a ci, którzy przetrwali, pomimo odniesionego sukcesu (imigranci ujarzmili nieprzyjazne człowiekowi tereny i zaczęli żyć z roli) nie byli do końca szczęśliwi. Brakowało im polskiego jedzenia, języka i tradycji. Starali się więc kultywować rodzime zwyczaje w swoich domach. Dziś wielu ich potomków wciąż pamięta o tych korzeniach, interesuje się kulturą przywiezioną przez przodków i nie pozwala jej zaniknąć. Działają tutaj zespoły taneczne, odbywają się lekcje języka polskiego i sprzedaje się przysmaki i dania naszej kuchni. W miastach i miasteczkach, takich jak Posadas (stolica prowincji Misiones), Wanda, Oberá czy Apóstoles, można odkryć polskie nazwy ulic, przykłady architektury, kościoły, młyny i odnaleźć polskie domy i stowarzyszenia oraz spotkać potomków emigrantów.

 

W Oberze co roku we wrześniu odbywa się Fiesta Nacional del Inmigrante, czyli Narodowy Festiwal Imigrantów, którzy przybywali tu od początku XX w. z wielu krajów świata. W tej barwnej imprezie biorą udział wspólnoty popularyzujące kulturę i zwyczaje przywiezione przez przodków ze swoich ojczyzn. Wydarzenie organizowane jest w Parku Narodów (Parque de las Naciones), w którym stoi 14 tradycyjnych domów poszczególnych społeczności imigranckich. Polskę reprezentuje duży, piękny budynek w stylu zakopiańskim. W środku można spróbować lepionych na miejscu pierogów czy golonki lub wypić kieliszek polskiej wódki. Obserwowanie Argentyńczyków z pieczołowitością i zapałem kultywujących tradycje przekazane im przez rodziców lub dziadków to naprawdę wzruszające przeżycie.

 

W Apóstoles znajduje się za to Muzeum Historyczne Jana Szychowskiego (Museo Histórico Juan Szychowski) poświęcone Polakowi, który stworzył jedną z najbardziej znanych na świecie marek produkujących yerba mate – Amandę. Sam zbudował maszyny do mielenia ryżu, mąki kukurydzianej i liści ostrokrzewu paragwajskiego (z tej rośliny powstaje yerba mate) i w latach 20. XX w. rozpoczął produkcję. Dziś torebki z yerba mate z logo tej firmy można kupić praktycznie w każdym zakątku naszego globu.

 

Argentyńczycy piją napar z ostrokrzewu paragwajskiego niemal bez przerwy. Nie rozstają się z mate (naczyniem zrobionym z tykwy, drewna, metali, ceramiki, a nawet plastiku), bombillą (specjalną rurką do picia) i termosem z gorącą wodą, służącą do ponownego zalewania suszu. W Misiones, jak też w Paragwaju i na południu Brazylii, równie popularna jest wersja yerba mate zwana tereré, czyli przygotowywana na zimno, z kostkami lodu, ziołami i często również z sokiem z owoców. Taki napój idealnie orzeźwia w upalne dni! Napar nie tylko odpowiednio się przyrządza, lecz także pija w grupie w określony sposób: każde zalanie suszu przeznaczone zostaje dla jednej osoby, ale wszyscy korzystają z tego samego mate i używają jednej bombilli. Kiedy ktoś wypije swoją porcję, przekazuje naczynie posiadaczowi termosu, a on ponownie je uzupełnia dla następnego członka grupy. I tak trwa to kilka tur, aż yerba mate przestanie nadawać smak wodzie. Jeśli jakaś osoba nie ma już ochoty na picie, gdy oddaje mate, mówi gracias, czyli dziękuję – to znak dla nalewającego, żeby więcej nie wręczał jej naparu.

 

Activa - Turismo de Aventura - Trecking - Tolar Grande Salta

Trekking w okolicy wioski Tolar Grande (ponad 3500 m n.p.m.) w prowincji Salta

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

POCIĄG DO CHMUR I GÓRY

 

Na północy Argentyny znajduje się wiele ciekawych miejsc. W drodze z Misiones na zachód warto się zatrzymać na spacer po mieście Corrientes leżącym nad rzeką Paraná. Kolonialna architektura miesza się tutaj z nowoczesnym budownictwem. Znakiem rozpoznawczym tego miejsca jest wielki most generała Manuela Belgrano, który łączy Corrientes z miastem Resistencia położonym już w sąsiedniej prowincji – Chaco. Podczas wyprawy na zachód kraju przez tę ostatnią warto zawitać do Salty. Ma ona ciekawą kolonialną zabudowę, ale turystów przyciąga ze względu na swoje położenie. Miasto stanowi dobrą bazę wypadową w Andy, u stóp których leży. W okolicy można wybrać się na trekking, pojeździć na rowerach górskich lub koniach. Popularną atrakcją jest Pociąg do Chmur (Tren a las Nubes). Wprawdzie od dwóch lat nie odjeżdża on już z samej Salty, jednak stąd najłatwiej wyruszyć na wycieczkę. Rano autobus zabiera chętnych do San Antonio de los Cobres, gdzie wsiadają do wagonów. Pociąg wwozi pasażerów na wiadukt La Polvorilla położony na wysokości 4200 m n.p.m. To dzieło inżynierii z lat 30. XX w. stanowi najbardziej malowniczy punkt krótkiej trasy. Wiadukt jest wysoki na 63 m i waży prawie 1,6 tys. t. W założeniu linia kolejowa miała połączyć Argentynę z Chile i służyć mieszkańcom, ale w 1971 r. postanowiono zrobić z niej atrakcję turystyczną, która dziś przyciąga zarówno miłośników kolejnictwa, jak i osoby lubiące piękne górskie widoki. W drodze powrotnej do Salty autobus zatrzymuje się w małej wiosce Santa Rosa de Tastil, przy której znajdują się ruiny XIV- i XV-wiecznego miasta Tastil zbudowanego tylko z kamienia, bez użycia żadnej zaprawy. Pod koniec XV stulecia, zanim dotarli do niego Inkowie, mieszkało tu ponad 2 tys. osób. Ludność ta trudniła się uprawą kwinoa i kukurydzy oraz wypasaniem lam.

 

Z Salty warto się także wybrać na północ, do miasta Jujuy, a właściwie San Salvador de Jujuy, które leży u wejścia do wąwozu Humahuaca (Quebrada de Humahuaca). Ta niezwykła głęboka dolina ma ok. 150 km długości. Zimą jest sucha, a latem wypełnia ją Rzeka Wielka (Río Grande). W 2003 r. Humahuaca trafiła na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jedną z największych atrakcji okolicy stanowi Wzgórze Siedmiu Kolorów (Cerro de los Siete Colores), wznoszące się nad małą, urokliwą miejscowością Purmamarca. Swoje barwne warstwy zawdzięcza ono procesom geologicznym. Legenda mówi jednak, że zboczy nie zdobiły kolorowe pasy, gdy powstała Purmamarca. Miejscowym dzieciom zamarzyła się wielobarwna góra, która ożywiłaby okolicę, ale ich rodzice nie chcieli o tym słuchać. Dlatego przez siedem nocy ich pociechy wymykały się z domów i domalowywały kolejne warstwy na skalnych ścianach, dzięki czemu dziś możemy podziwiać ten prawdziwie malowniczy widok. Warto zostać chwilę w Purmamarce i przyjrzeć się spokojnemu życiu tego górskiego miasteczka.

 

Komu będzie jeszcze mało pięknych krajobrazów z górami w roli głównej, powinien zajrzeć do Cafayate, skąd wyrusza się na wycieczki do dolin Calchaquíes (Valles Calchaquíes). Można w nich podziwiać wspaniałe widoki na kolorowe formacje skalne, wśród których dominują wszelkie odcienie pomarańczu. Ze względu na żyzne ziemie okolica słynie z produkcji wyśmienitych win.

 

MIASTO NIEPODLEGŁOŚCI I KOLONIALNA PERŁA

 

Ważne miasto dla Argentyńczyków stanowi San Miguel de Tucumán. To właśnie tutaj 9 lipca 1816 r. podpisano deklarację niepodległości. Co roku, na ten jeden dzień San Miguel de Tucumán zostaje stolicą Argentyny. Szczególnie hucznie obchodzono 200. rocznicę podpisania dokumentu (w 2016 r.) i to nie tylko w tym miejscu. W Buenos Aires przygotowano piękny spektakl przedstawiający najważniejsze wydarzenia z historii kraju. Miałam szczęście zarówno oglądać samo przedstawienie, jak i podziwiać ogromny tłum Argentyńczyków śpiewających znane patriotyczne piosenki wraz z artystami ze sceny. To był naprawdę wzruszający widok!

 

Kolejnym interesującym miejscem jest położona ponad 550 km na południe od San Miguel de Tucumán 1,5-milionowa Córdoba (założona już w 1573 r.). To drugi największy pod względem liczby ludności ośrodek w Argentynie po jej stolicy. Należy do najstarszych kolonialnych miast w kraju – znajduje się tu pierwszy argentyński uniwersytet (Narodowy Uniwersytet w Córdobie – Universidad Nacional de Córdoba, utworzony w 1613 r.). Warto pochodzić wśród historycznej zabudowy i zwiedzić wpisaną na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO dzielnicę jezuicką z urokliwą architekturą (Manzana Jesuítica). Jak przystało na ośrodek studencki, w Córdobie kwitnie również życie kulturalne i nocne.

 

Z miasta polecam przenieść się na łono natury – do Parku Narodowego Talampaya leżącego w prowincji La Rioja przy granicy z prowincją San Juan. Można w nim oglądać spektakularny kanion czy niezwykłą formację skalną Talampaya mierzącą 143 m. Do tego obszaru przylega Park Prowincjonalny Ischigualasto (Parque Provincial Ischigualasto, położony już w prowincji San Juan), zwany także Doliną Księżycową (Valle de la Luna) ze względu na nieziemski krajobraz, jaki rozpościera się tu przed oczami przybyłych.

 

KRAINA WINA, STEKÓW I „ASADO”

 

Zarówno prowincje La Rioja i San Juan, jak i Mendoza, Salta, Córdoba czy Catamarca słyną z win. Argentyna jest obecnie szóstym krajem na świecie pod względem wytwarzanych ilości tego produktu. Argentyńczycy piją bardzo dużo czerwonego wina, więc nie ma się co dziwić, że jego butelka bywa tańsza od wody. Poza tym w 2010 r. wino zostało ogłoszone tu narodowym trunkiem, a to zobowiązuje.

 

Kieliszek miejscowego malbecu idealnie pasuje do tutejszych steków wołowych, z których – zasłużenie – ten kraj słynie na całym świecie. Tak wielką popularność temu daniu przyniosła nie tylko wysoka jakość argentyńskiej wołowiny, ale również sposób, w jaki Argentyńczycy potrafią ją przyrządzić. Weekend spędzony ze znajomymi będzie nieważny, jeśli przynajmniej raz nie zorganizuje się asado. Nazwa ta oznacza zarówno spotkanie przy typowym argentyńskim grillu, jak i samo grillowane mięso. Upieczona na ogniu lub nad żarem z węgla drzewnego wołowina z lampką czerwonego wina smakuje wyśmienicie! Do tego podaje się zwykle jakąś zieloną sałatkę i pieczywo, ale dla wielu Argentyńczyków są one tylko niezbyt istotnym dodatkiem. Na ruszcie porcji znajduje się zawsze za dużo, a to dlatego, że jak mawiają niektórzy, asado jest nieudane, jeśli całe mięso zostało zjedzone.

 

R5B 2 - Gourmet - Gastronomia - Asado Buenos Aires

Asado – baranina pieczona w stylu patagońskim z lampką argentyńskiego wina

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

LODOWCE I KONIEC ŚWIATA

 

Autentica - Patrimonio de la Humanidad - Ballenas Puerto Madryn Chubut

W okolicach Puerto Madryn można od czerwca do grudnia podziwiać walenie

© INSTITUTO NACIONAL DE PROMOCIÓN TURÍSTICA DE ARGENTINA

 

W Argentynie im przemieszczamy się dalej na południe, tym robi się bardziej surowo i zimno, ale i ciekawiej. Patagonia słynie z ogromnych przestrzeni, niezwykłych krajobrazów i swoich letnich wiatrów, które niemal urywają głowy. Ten region leży w strefie ryczących czterdziestek (stałych wiatrów zachodnich o bardzo dużej prędkości wiejących pomiędzy 40 i 50° szerokości geograficznej). Jednym z najbardziej znanych miast tej krainy jest 120-tysięczne San Carlos de Bariloche, położone nad południowym brzegiem pięknego polodowcowego jeziora Nahuel Huapi, na terenie parku narodowego o tej samej nazwie, niedaleko granicy z Chile. W okolicy trudno się nudzić. Latem można wybrać się na trekking w góry lub wyruszyć do któregoś z punktów widokowych, a zimą zjeżdżać na nartach czy snowboardzie na ośnieżonych stokach największego w Argentynie kompleksu narciarskiego. Szczególnie wart uwagi jest lodowiec Czarna Zaspa (Ventisquero Negro) na wygasłym wulkanie Tronador (Cerro Tronador, 3491 m n.p.m.). Woda spływa z niego po wysokim klifie, tworząc malowniczy wodospad.

 

Dla odmiany nad Atlantykiem znajduje się półwysep Valdés. To miejsce, wpisane w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, stanowi ważny obszar ochrony życia morskiego. Można tutaj zobaczyć m.in. walenie południowe (zazwyczaj od maja do grudnia), pingwiny magellańskie, uchatki patagońskie, orki, kotiki południowe, słonie morskie (mirungi) czy toniny (delfiny) czarnogłowe. To prawdziwy raj dla miłośników fauny.

 

Dalej na południe, w Parku Narodowym Lodowców (Parque Nacional Los Glaciares) panuje już wieczna zima. Swoimi granicami obejmuje on Południowy Lądolód Patagoński, który jest trzecim największym lądolodem na ziemi po tych na Antarktydzie i Grenlandii. Na tym terenie znajduje się 49 dużych lodowców (leżących w Argentynie i Chile), w tym najbardziej popularny wśród turystów Perito Moreno (zajmujący powierzchnię ponad 250 km²). Ten ostatni robi naprawdę olbrzymie wrażenie na oglądających – sunie do przodu, stuka, trzeszczy, a bryły wielkości autobusu odłupują się od niego i spadają do wody z hukiem przypominającym wybuch bomby. Do tego ten argentyński lodowiec mieni się odcieniami bieli i błękitu. Perito Moreno ma 5 km szerokości, 30 km długości i wystaje nad poziom jeziora Argentino średnio na wysokość 74 m, czyli mierzy mniej więcej tyle, ile ok. 20-piętrowy budynek! Większa jego część (jeszcze jakieś 100 m) kryje się pod powierzchnią wody. To jeden z niewielu lodowców na świecie, który postępuje zamiast się cofać.

 

Podczas pobytu w tej części Argentyny nie można odpuścić sobie wizyty w 60-tysięcznej Ushuai, uchodzącej za położone najdalej na południe miasto na naszym globie (choć dalej znajduje się jeszcze chilijska miejscowość Puerto Williams). Leży ona na archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego) oddzielonym od kontynentu Cieśniną Magellana. Rejs po Kanale Beagle, podglądanie uchatek patagońskich, amfitryt lamparcich (lampartów morskich), mirung oraz pingwinów królewskich, magellańskich i maskowych (latem), wizyta w Parku Narodowym Ziemia Ognista (Parque Nacional Tierra del Fuego) czy odwiedziny w muzeum morskim (Museo Marítimo) mieszczącym się w dawnym więzieniu (Ushuaia była niegdyś kolonią karną) to obowiązkowe atrakcje turystyczne w tym mieście na końcu świata. Pod względem kulinarnym Ushuaia słynie z wielkich krabów królewskich, które można sobie samemu złowić przed przygotowaniem przez kucharza – takie doświadczenie będzie prawdziwą gratką dla odważnych smakoszy. Wreszcie, to tu kończy się słynna Droga Panamerykańska (hiszp. Carretera Panamericana) wiodąca przez obie Ameryki aż od Alaski (przerwana tylko przez przesmyk Darién) i tutaj następuje kres naszej wspaniałej podróży. Argentyno, do zobaczenia następnym razem!

 

Indonezja – wakacje w tysiącach odcieni

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl

Posągi na terenie świątyni Pura Nunggu
99


Indonezja leży wzdłuż równika. W jej granicach znajduje się 17 508 wysp Archipelagu Malajskiego, z których tylko mniej więcej jedna trzecia – ok. 6 tys. – jest zamieszkała. Tworzą one niezwykłą mozaikę kultur, krajobrazów, zwyczajów, architektury, kuchni i religii. Wciąż można w tym kraju znaleźć wiele jeszcze nieodkrytych miejsc. Czeka w nim na nas z jednej strony błogi wypoczynek w niezmiernie komfortowych warunkach, a z drugiej – fascynująca przygoda. To prawdziwy wakacyjny i podróżniczy raj. 

Więcej…

GRECJA DLA KAŻDEGO

WOJCIECH KUDER

 

Gdzie wyjechać na urlop, żeby ani przez chwilę się nie nudzić? Jak połączyć marzenia o beztroskim wypoczynku, fascynującej podróży w czasie i przygodach, o których z wypiekami na twarzy opowiada się potem przez szereg długich, zimowych wieczorów? Rozwiązaniem w tym przypadku może być z pewnością Grecja… Mityczna kraina wszechmocnych bogów i odważnych bohaterów, ojczyzna poetów, słońca i wyśmienitego wina, po którym świat wygląda jakby wyszedł spod pędzla mistrzów impresjonizmu. To jedno z tych miejsc, gdzie wraca się wielokrotnie. Jest niby zaginione pośród morskich fal królestwo wiecznej szczęśliwości, w którym każdy znajdzie coś dla siebie!

Więcej…