ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

<< Nigdzie indziej w Europie czy na świecie nie ma takiego zagęszczenia zamków i pałaców w jednym rejonie. Na brzegach Loary i jej dopływów Cher, Indre czy Vienne wznosi się ich ponad 300. Wiele z nich zyskało miano wybitnych obiektów architektonicznych. Należą do nich np. Château de Chambord czy perła epok renesansu i oświecenia Château de Chenonceau. Ta wspaniała francuska kraina nie tylko otwiera przed nami podwoje swoich wytwornych rezydencji otoczonych cudowną przyrodą, lecz także zaprasza do spróbowania wyśmienitej kuchni i win. >>

Piękno Doliny Loary pomiędzy Sully-sur-Loire i Chalonnes-sur-Loire doceniła organizacja UNESCO, która w 2000 r. wpisała ją na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W uzasadnieniu decyzji przeczytamy m.in., że region ten to wyjątkowy krajobraz kulturowy o niezwykłej urodzie, składający się z historycznych miast i wsi oraz zabytków architektury najwyższej klasy (châteaux), a także ziem uprawnych, ukształtowanych przez wieki w wyniku wzajemnego oddziaływania człowieka i jego środowiska naturalnego, a w szczególności samej rzeki Loary.
To drugie zaraz po Paryżu najczęściej odwiedzane przez turystów miejsce we Francji. Co roku przybywa ich tu ponad 3 mln. Co sprawia, że przyjeżdżają właśnie tutaj? Na to pytanie postaram się odpowiedzieć.

 

PAŁACE JAK Z BAJKI
Zamków w Dolinie Loary jest tyle, że nie sposób opisać ich wszystkich w jednym krótkim artykule. Przedstawię więc 5 – moim zdaniem – najpiękniejszych, których zdecydowanie nie wolno pominąć podczas wizyty w tym malowniczym zakątku Europy.
    Pierwszy z nich – Château du Clos Lucé – leży w miejscowości Amboise, słynącej z budowli o tej samej nazwie (Château d’Amboise), nie wartej jednak zbytniej uwagi. Pod koniec XV w. król Francji Karol VIII Walezjusz (1470–1498) zamienił średniowieczną twierdzę w pałac dla żony Anny Bretońskiej (1477–1514). Kolejny gospodarz – Franciszek I Walezjusz (1494–1547) zbyt długo w rezydencji nie mieszkał i nie ingerował znacząco w jej wygląd. Sławę przyniósł jej pewien gość francuskiego władcy. W trakcie swojej podróży do Włoch król poznał artystę i wynalazcę Leonarda da Vinci (1452–1519). Zafascynowany jego osobowością i talentem sprowadził go w 1516 r. do Clos Lucé. Włoski mistrz spędził w nim ostatnie 3 lata swojego życia, które poświęcił na dopracowywanie wielu ze swoich niesłychanie wizjonerskich pomysłów. W tutejszym muzeum można dziś podziwiać jego prototypy czołgu, karabinu maszynowego czy helikoptera.

 FOT. LÉONARD DE SERRES

Komnata mistrza Leonarda da Vinci w Château du Clos Lucé


    Chyba najbardziej rozpoznawalny ze wszystkich zamków nad Loarą Château de Chenonceau powstał w obecnym kształcie w XVI w. Ród Marques sprzedał wtedy jego teren wraz ruinami fortecy i młynem szambelanowi króla Karola VIII Walezjusza – Thomasowi Bohierowi. Gdy brał on udział w kampaniach wojennych we Włoszech na początku XVI stulecia, wówczas prac budowlanych doglądała jego żona Katherine Briçonnet. W związku z podejrzeniami o malwersacje finansowe Franciszek I Walezjusz skonfiskował włości w 1535 r. Jego następca Henryk II Walezjusz (1519–1559) podarował je swojej metresie Dianie de Poitiers (1499–1566). Było to nie po myśli królowej Katarzyny Medycejskiej (1519–1589), która odebrała zamek w Chenonceau ukochanej faworycie męża dopiero po jego śmierci. Walka między kochanką a małżonką króla odbiła się na samej posiadłości – na każdym kroku widać tu konkurujące ze sobą style. Rezydencja przetrwała Wielką Rewolucję Francuską (1789–1799), ponieważ przylegał do niej jedyny w okolicy most na rzece Cher. Znajdowała się wówczas w rękach bogatej rodziny Dupin. Kupiła ona zamek od Bourbonów w 1733 r. Podobno Louise Dupin (1706–1799) usunęła z nazwy Chenonceaux literę x, będącą oznaką przynależności do królewskiego majątku. Ze względu na fakt, że obiektem zarządzały przez stulecia kobiety, zyskał on sobie miano Château des Dames – Zamku Dam.
    W Château d'Ussé wciąż mieszkają jego właściciele. Jego dolną część, ozdobioną XIX-wiecznymi tapiseriami i meblami udostępnili publiczności. Ponoć francuski autor baśni Charles Perrault (1628–1703) właśnie tą ukrytą wówczas wśród lasów budowlą zainspirował się przy pisaniu opowieści o śpiącej królewnie. Woskowe figury przedstawiające bajkowe postacie obejrzymy dziś w zamkowych wnętrzach. W czasie wizyty w tym miejscu kupimy też wina i szampany pochodzące z tutejszej winnicy.
    Potężny Château de Chambord przybrał swoją obecną formę w XVI w., gdy Franciszek I Walezjusz pod wpływem Leonarda da Vinci zaplanował wznieść pałac myśliwski w stylu renesansu. Król miał chcieć nawet zmienić bieg Loary tak, aby przepływała naprzeciw głównej fasady kompleksu. Podczas rewolucji francuskiej rebelianci splądrowali rezydencję i wytrzebili zwierzynę w okolicznych lasach. Od tego momentu majątek przechodził z rąk do rąk. Dopiero w latach 30. XX w. stał się własnością państwową. W latach II wojny światowej to właśnie w nim przechowywano najcenniejsze francuskie dzieła sztuki, w tym samą Monę Lisę. Chambord to przykład geniuszu renesansowej myśli architektonicznej. Co roku odwiedza go ponad 700 tys. turystów, co czyni go jednym z najpopularniejszych zamków w Dolinie Loary.

FOT. ATOUT FRANCE/LØONARD DE SERRES

Château de Chambord to prawdziwa perła architektury renesansu


    Stosunkowo mały Château d'Azay-le-Rideau jest dość oddalony od głównych szlaków. Należy jednak do najbardziej znanych posiadłości w regionie, a sam wielki pisarz realista Honoré de Balzac (1799–1850) nazwał go „fasetowanym diamentem osadzonym w Indre” (stoi na wyspie otoczonej przez tę rzekę). Zachwyt gości wzbudzają niezwykłe wnętrza zamku z okresu renesansu. Wśród jego murów odkryjemy też sale urządzone według kanonów z różnych epok, w tym komnaty niczym z XIX-wiecznej powieści Victora Hugo. Sławę przyniosły mu jednak przede wszystkim rzadkie i wspaniałe arrasy flamandzkie z XVI i XVII w.
Wszystkie te zamki znajdują się jedynie 2–3 godz. jazdy samochodem od Paryża (autostradą A10). Ze stolicy można również pociągiem TGV dotrzeć do Tours, a następnie skorzystać z kolei regionalnej lub autobusów. Zwiedzanie każdego z obiektów zajmie nam również ok. 2–3 godz.

FOT. ATOUT FRANCE/PHILIPPE MAILLE

Narodowe Muzeum Prehistorii w Les Eyzies-de-Tayac-Sireuil

 

POWRÓT DO JASKINI
Dolina Loary zaskakuje na każdym kroku. To właśnie w niej spotkamy współczesnych jaskiniowców, którzy mieszkają w grotach wykutych w skałach. Prowadzą w nich również hotele i restauracje. Troglodyci, bo tak o sobie mówią, pochodzą w wielu przypadkach z wielkich miast, ale postanowili porzucić metropolie i żyć bliżej natury. Obecnie co dwa lata starają się organizować zjazd pod nazwą Rendez-vous Troglos („Spotkanie Troglodytów”), który przyciąga setki turystów.
W tym rejonie znajdują się tysiące jaskiń. Od zawsze służyły one ludziom na różne sposoby: jako źródło piaskowca do budowy zamków, składnice win, miejsca hodowli grzybów, schronienie dla najuboższych. Podczas wojny ukrywały się w nich osoby poszukiwane przez hitlerowców. W latach 70. XX w. rozpoczęła się moda na urządzanie mieszkań w grotach. Specjaliści twierdzą, że ten trend odzwierciedla zainteresowanie współczesnego społeczeństwa takimi sprawami jak ekologia, powrót do natury, zachowywanie tradycji. Wiele pieczar przekształcono w hotele, a chętnych, żeby w nich zanocować, nie brakuje.

 

DWA MIASTA
W tej malowniczej krainie warto zatrzymać się również w niemal 300-tysięcznym Nantes, choć nie zajmuje ono czołowej pozycji na liście najczęściej odwiedzanych miast we Francji. Jednak dawna stolica książąt bretońskich przeszła w ostatnich latach prawdziwą metamorfozę. Podczas II wojny światowej została zbombardowana i przez pewien czas straszyła ruinami z osmolonymi fasadami i opustoszałymi dzielnicami. Lokalne władze po latach starań uczyniły z gruzów i zgliszczy ośrodek nowoczesny, awangardowy i przyciągający rzesze turystów.
Jeszcze 10 lat temu miasto było zdominowane przez samochody. Stopniowo zaczęto więc wprowadzać strefy płatnego parkowana, aby zachęcić mieszkańców do korzystania z komunikacji publicznej. Stworzono też sieć ścieżek rowerowych i udostępniono miejski system wypożyczania rowerów. Poza tym pełno tu ogrodów warzywnych i owocowych. Podobno każdy nantejczyk mieszka maksymalnie 300 m od parku i ma do dyspozycji 57 m2 zielonej przestrzeni.
Nantes tętni życiem kulturalnym. Odbywa się w nim wiele festiwali – filmowych, muzyki klasycznej, jazzu czy sztuki współczesnej. Z myślą o przybyszach zorganizowano interesujący szlak Le Voyage à Nantes („Podróż do Nantes”), ciągnący się przez ok. 10 km. Na jego trasie umieszczono m.in. pracownie licznych artystów, miejsca koncertów, a także Château des ducs de Bretagne (Zamek Książąt Bretanii), z którego wieży roztacza się wspaniały widok na okolicę.
Zaledwie godzinę drogi stąd leży urocza, 150-tysięczna miejscowość Angers, słynąca ze średniowiecznej twierdzy zbudowanej z łupków i wapienia (Château d’Angers). Tę niegdysiejszą stolicę Andegawenii nazywano czarnym miastem ze względu na kolor dachów domów oraz rządzące nim przez długi czas wspólnoty religijne.
Najważniejszy tutejszy zabytek stanowi wspomniana XIII-wieczna siedziba książąt andegaweńskich, otoczona grubym murem z 17 wieżami obronnymi. Obejrzymy w niej niezwykły arras o długości 144 m i szerokości 6,1 m, składający się z 6 sekcji. Został on utkany pod koniec XIV w. na zamówienie Ludwika I Andegaweńskiego (1339–1384) i przedstawia fragmenty Apokalipsy św. Jana. W XVIII w. pocięto go na kawałki przeznaczone m.in. na ścierki. Na szczęście, kilkadziesiąt z nich uratowano przed ostatecznym zniszczeniem, odtworzono i odrestaurowano. Dzięki temu możemy dziś podziwiać 71 z 90 scen arrasu.
W mieście zachowało się oprócz tego około setki uliczek w oryginalnym kształcie, z domami pochodzącymi nawet z XII w. Natomiast Cathédrale Saint-Maurice d'Angers (Katedrę św. Maurycego) zdobią przepiękne witraże z XII i XV w. Specjalnością Angers jest likier Cointreau produkowany z suszonych i świeżych skórek pomarańczy i dodawany do znanych naleśników Suzette (crêpes Suzette). Warto też nadmienić, że w latach 1939–1940 w położonym na obrzeżach miejscowości Château de Pignerolle znalazł azyl rząd RP na uchodźstwie z premierem gen. Władysławem Sikorskim (1881–1943) i prezydentem Władysławem Raczkiewiczem (1885–1947).

 

DROGI LĄDOWE I WODNE
W Dolinie Loary poprowadzono ponad 800 km szlaków dla rowerów. Dzięki temu wielbiciele dwóch kółek mogą wybrać się na wycieczkę po 2 regionach: Centre (Centralnym) i Pays de la Loire (Kraju Loary), 6 departamentach: Cher, Loiret, Loir-et-Cher, Indre-et-Loire, Maine-et-Loire, Loire-Atlantique oraz 6 miastach: Orleanie, Blois, Tours, Saumur, Angers i Nantes. Trasy stanowią część europejskiego projektu EuroVelo 6, który ma na celu zbudowanie sieci dróg rowerowych, ciągnących się od Saint-Nazaire (Loara Atlantycka) aż do rumuńskiej Konstancy. Trasę La Loire à Vélo pokonuje rocznie ponad 800 tys. turystów ze wszystkich zakątków świata.
Od kilku lat coraz popularniejsze staje się przemierzanie Francji barką (pénichette): wypożyczoną na własny użytek bądź w wersji bardziej luksusowej – nawigowaną przez doświadczoną załogę. Na wyprawę po francuskich rzekach i kanałach najlepiej wybrać się pod koniec lata i na początku jesieni. Statek porusza się z prędkością ok. 7 km na godz., dlatego to dobry środek transportu dla tych, którzy lubią podróżować bez pośpiechu. Jeśli chcemy samodzielnie prowadzić barkę, nie potrzebujemy żadnych dokumentów poświadczających nasze umiejętności, musimy tylko przejść odpowiednie szkolenie, dotyczące zwłaszcza przekraczania śluz. Przed rejsem łódź zostaje zatankowana do pełna. Po jego zakończeniu płacimy za zużyte paliwo. Jednostki wyposażone są w zapewniające komfortowy wypoczynek kabiny, mogące pomieścić nawet 12 osób, oraz kuchnię. W trakcie takiej wycieczki o wszystkim decydujemy sami: zarówno o trasie i długości podróży, jak i o kolejnych postojach. To wyjątkowo rodzinny rodzaj turystyki. Oferta pływających hoteli zaciekawi natomiast zamożniejszych turystów. Jeżeli ktoś ceni sobie luksus, wykwintną kuchnię, wyśmienite francuskie wina dobierane przez najlepszych sommelierów, ta propozycja przypadnie mu z pewnością do gustu.

 

***

Niezmiernie barwna historia, liczne wspaniałe zabytki architektury i urokliwa przyroda Doliny Loary należą do prawdziwych skarbów Francji. Tę gościnną krainę można odwiedzić o każdej porze roku, zawsze czeka na nas z otwartymi ramionami. Według niektórych szczególnie czarująco wygląda jesienią, kiedy liście drzew i krzewów malują jej krajobraz na złoto, pomarańczowo i czerwono. Ten cudowny widok najlepiej podziwiać z kieliszkiem wybornego miejscowego wina w dłoni.

Artykuły wybrane losowo

Wietnam w pięciu smakach

DSC_0561.jpg

Stare Miasto w Hội An na północnym brzegu rzeki Thu Bồn

©POLKA TRAVEL/MAJKA SZURA

 


MAGDALENA BARTCZAK

 

Wietnamczycy tworzą jedną z najliczniejszych mniejszości narodowych mieszkających w Polsce. Jeśli wierzyć aktualnym statystykom, ich populacja w naszym kraju sięga dziś ponad 50 tys. osób. Mimo tego wydaje się, że większość Polaków nadal niewiele wie o tym narodzie oraz jego fascynującej ojczyźnie, pełnej kontrastów i emanującej zauważalną na każdym kroku energią. 

Więcej…

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!

 

Rwanda – oko w oko z gorylami górskimi

ROBERT GONDEK „GERBER”
www.stronagerbera.pl


<< Rwanda leży w Afryce Środkowo-Wschodniej. Graniczy z Demokratyczną Republiką Konga, Tanzanią, Ugandą oraz Burundi. To jedno z najmniejszych afrykańskich państw. Jego powierzchnia wynosi 26 338 km2, czyli ok. 8,4 proc. obszaru Polski, co odpowiada mniej więcej wielkości województwa lubelskiego. >>

Więcej…