MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Każdego roku rośnie liczba polskich pasjonatów piwa i wina korzystających z ofert zagranicznych wyjazdów turystycznych stworzonych specjalnie z myślą o nich. Coraz więcej rodzimych biur podróży przygotowuje programy dedykowane koneserom piwnych i winnych zapachów i smaków. Łączą one przyjemność podróżowania, zwiedzania największych atrakcji danego kraju lub regionu z możliwością poznania w lokalnych browarach i winnicach procesów powstawania miejscowych niepowtarzalnych trunków, zamkniętych w kuszących butelkach z pięknymi etykietami. Na uczestników takich wypraw czekają także degustacje świeżo warzonych złocistych napojów z pianką czy najprzedniejszych win. Wśród polskich turystów dużą popularnością cieszą się wyjazdy piwne (turystyka browarna lub birofilska) m.in. do Belgii, zwłaszcza do Walonii i Brukseli. W tym państwie wytwarza się obecnie aż ponad 500 gatunków piwa. Nic więc dziwnego, że na pielgrzymki po belgijskich browarach ciągną miłośnicy złocistego napoju z całej Europy. Natomiast wycieczki winne (enoturystyczne) z Polski często prowadzą na Węgry – do kraju naszych bratanków, gdzie znajdują się aż 22 regiony winiarskie. Nie masz wina nad węgrzyna! – te słynne staropolskie powiedzenie może dziś potwierdzić wielu naszych miłośników szlachetnych gronowych trunków, którzy mieli przyjemność zwiedzać winiarnie w Egerze, Badacsony nad Balatonem czy Villány.

 

Belgia to raj dla piwoszy, państwo tysięcy uroczych piwiarni. Każda z nich ma swoją interesującą historię, oryginalne wnętrze i niepowtarzalny klimat przyciągający turystów z całego świata. Będąc na przepięknym Wielkim Placu (Grand-Place) w stołecznej Brukseli, możemy podziwiać liczne lokale w zabytkowych budynkach serwujące najlepsze regionalne piwa. Jest w czym wybierać, bowiem Belgia słusznie cieszy się opinią producenta wysokiej jakości złocistych napojów z pianką, w dodatku tworzonych z wielką fantazją… To samo, z tym że w odniesieniu do win, można powiedzieć o Węgrzech. Kraj naszych bratanków należy do czołówki państw wytwarzających szlachetne gronowe trunki, a wiele madziarskich produktów uznaje się za jedne z najlepszych na świecie. Wystarczy tylko wspomnieć o tokajach aszú lub szamorodni,czerwonych winach z lokalnego szczepu winogron Kékfrankos z regionu Villány czy słynnej „Byczej krwi” z Egeru – Egri Bikavér.     

W Belgii piwo jest czymś więcej niż tylko napojem z pianką. To przede wszystkim wspaniała tradycja narodowa – zarówno francuskojęzycznych Walonów, jak i posługujących się niderlandzkim Flamandów. W tym niezmiernie zróżnicowanym kulturowo kraju istnieje bardzo dużo kolorów i smaków piwa oraz wiele metod produkcyjnych. Większość gatunków ma długie dzieje, które zaczynają się często w czasach średniowiecza. Nic więc dziwnego, że już w XIV stuleciu powstały tutaj pierwsze cechy piwowarów – w 1308 r. w Brugii, w 1357 r. w Liège i w 1365 r. w Brukseli. Natomiast za najstarszy browar w Belgii z funkcjonującym nadal oryginalnym, XIX-wiecznym wyposażeniem uważa się waloński La Thiérache, dawniej znany jako Fevrier, stworzony w 1825 r. w Momignies w prowincji Hainaut. Każda miejscowość, w której warzono własne piwo, pilnie strzegła jego receptury, dlatego też istniały niezliczone gatunki tego trunku, a każdy z nich posiadał (i tak jest do dziś!) typowy dla siebie kufel. Obecnie działa w tym kraju, mimo fuzji lub kupienia przez zagranicznych inwestorów, ok. 125 belgijskich browarów (na początku XX w. było ich aż ponad 3200!).

                Jeszcze dłuższą tradycją od belgijskiego piwa może się pochwalić węgierskie wino. Od czasów panowania pierwszego króla Madziarów Stefana I Świętego, czyli od ok. 1000 r., produkcja szlachetnego gronowego trunku stała się niezmiernie ważną gałęzią gospodarki Węgier. Wzmianki o uprawie winorośli na Pogórzu Tokajskim (Tokaj-Hegyalja) znajdziemy już w dokumentach z XII w. W drugiej połowie XIII stulecia, w wyniku napływu francuskich i włoskich kolonistów, tutejsze winiarstwo rozwinęło się na dość znaczną skalę. Natomiast w XVI w. Tokaj stał się najważniejszym regionem winiarskim w całym kraju. Zawdzięczał to w dużym stopniu bliskości polskiej granicy i zajęciu przez Turków w 1595 r. konkurującego z nim Egeru. Znane było wówczas powiedzenie Vinum Hungariae natum, Poloniae educatum, czyli wino pochodzące z Węgier, a w Polsce „wykształcone”. Mówiono tak, bowiem sprowadzane do naszego kraju madziarskie szlachetne trunki (nazywane węgrzynami) składowano w beczkach, aby dać im szansę dojrzeć. Słynny tokaj aszú pojawił się po raz pierwszy w dokumencie pochodzącym z 1571 r., a rozsławił go na całą Europę władca Francji Ludwik XIV Wielki (1638–1715), który nadał mu tytuł Wina Królów, Króla Win (Vinum Regum, Rex Vinorum).  

 

PIWNYM SZLAKIEM PO MALOWNICZEJ WALONII

Region Waloński znany jest z kilku dużych browarów, jak np. Dubuisson w Pipaix (Leuze-en-Hainaut), Val-Dieu – opactwo koło miasteczka Aubel, Bocq w Purnode, Val de Sambre w Gozée (Thuin) czy Achouffe we wsi o tej samej nazwie położonej w Ardenach, a także z wielu małych producentów. Wytwarzają oni razem ogromną liczbę różnorodnych piw wysokiej jakości. Z pewnością warto odwiedzić Brasserie Dubuisson z 1769 r. Browar ten, znajdujący się niedaleko zabytkowego miasta Tournai, uważa się za najstarszy i najbardziej autentyczny nie tylko w prowincji Hainaut, ale i w całej Walonii. Koniecznie trzeba tu spróbować Bush Ambrée, stworzonego w 1933 r., mającego charakterystyczny bursztynowy kolor i aż 12 proc. zawartości alkoholu, co czyni z niego najmocniejsze belgijskie piwo.

                Niezmiernie interesującym miejscem jest też dawne opactwo cysterskie Val-Dieu z XIII w. Wznosi się ono nieopodal Aubel w prowincji Liège. To jedyny klasztor w Belgii, który ocalał z pożogi rewolucji francuskiej (1789–1799). Historyczny browar prowadzony tutaj przez zakonników przez wiele wieków został zburzony pod koniec XIX stulecia. W 1997 r. udało się jednak przywrócić tradycję warzenia piwa w murach opactwa. Do specjalności browaru Val-Dieu należą cztery gatunki trunków: „blond” (blonde) – lager (poddane dolnej fermentacji, 6-procentowe), „ciemne” (brune) – ale (wytwarzane przy pomocy drożdży górnej fermentacji, o delikatnym smaku kawowo-czekoladowym, 8-procentowe), „trójniak” (triple) – mocne, mające 9 proc. zawartości alkoholu – oraz tzw. Bière de Noël (Piwo św. Mikołaja), stanowiące zawsze prawdziwą niespodziankę dla birofilów.

                Warto również zajrzeć do Bocq usytuowanego w samym sercu Ardenów, w dolinie małej rzeki, od której wziął swoją nazwę, we wsi Purnode koło Yvoir w prowincji Namur. Ten uroczy, malowniczo położony tradycyjny browar został założony przez rodzinę Belot w 1858 r. Od tego czasu poświęciła się ona sztuce warzenia piwa. Możemy się tu dowiedzieć wielu interesujących rzeczy o technikach produkcji, a na koniec naszej wizyty skosztować wytwarzanych w Brasserie du Bocq wyśmienitych trunków: Gauloise (jasne, ciemne, bursztynowe, różowe owocowe, świąteczne na koniec roku i od niedawna mocne, 10-procentowe), Saison Regal, Triple Moine, Blanche de Namur, Saint-Benoît (jasne i ciemne) czy wreszcie lekkich, owocowych Applebocq czy Redbocq.

                Miłośników piwa nie zawiedzie także zwiedzanie z przewodnikiem małego browaru Val de Sambre mieszczącego się w dolinie Paix, w centrum dawnego opactwa Aulne w mieście Thuin w prowincji Hainaut. W średniowieczu cystersi produkowali tu dwa rodzaje trunków: mocne, zarezerwowane dla ojców przełożonych i ich gości, oraz lżejsze dla braci zakonnych i biedaków. W 1752 r. opactwo zostało niemal całkowicie zniszczone przez pożar. Jednak w 1796 r. zakonnikom udało się reaktywować historyczny browar, który zakończył ostatecznie swoje działanie przed 1850 r. Dopiero po 150 latach przywrócono tradycję warzenia piwa w tym zabytkowym miejscu. W 2000 r. otworzono tutaj Brasserie du Val de Sambre, gdzie wytwarza się obecnie tzw. Aulne Abbey Beers (ADA) – prawdziwe piwa zakonne, tworzone na bazie dawnych receptur cystersów. 

                Żaden szanujący się birofil nie powinien ominąć też założonego w 1982 r. browaru Achouffe, w którym produkuje się przez cały rok napoje z pianką o nazwie La Chouffe (jasne, złociste, z dodatkiem kolendry) i Mc Chouffe (ciemne, nazywane „szkocką Ardenów”, mające 8 proc. zawartości alkoholu), a w okresie zimowym również N’Ice Chouffe (mocne, 10-procentowe, ciemne, przyprawiane tymiankiem i curaçao). Te doskonałe piwa warzone są na bazie czystej wody źródlanej, nie podlegają filtrowaniu ani pasteryzacji. 

                W sumie w całej Walonii turyści mogą złożyć wizytę w ponad 40 interesujących browarach. Wybór jest więc ogromny. My jednak po zwiedzaniu i pysznych degustacjach, które czekały na nas w przedstawionych powyżej 5 miejscach, udajemy się już z niecierpliwością do Brukseli, nazywanej przecież „europejską stolicą piwa”...  

 

BRUKSELA – PIWNA METROPOLIA

Piwo to ulubiony napój brukselczyków, jak również gości odwiedzających to miasto. Najsłynniejszymi gatunkami, których muszą tutaj spróbować uczestnicy wyjazdów piwnych, są m.in. lambic (poddany fermentacji spontanicznej, produkowany ze słodu jęczmiennego z dodatkiem pszenicy), gueuze (powstający przez zmieszanie kilku roczników tego pierwszego, a następnie ponownie fermentujący w butelkach typu szampańskiego), kriek (z wiśniami), faro (tworzony przez kupażowanie lambika, dosładzany kandyzowanym lub  skarmelizowanym cukrem, zawiera od 4 do 6 proc. alkoholu) czy framboise (klasyczny lambic miesza się z konwencjonalnie fermentowanym napojem z pianką, potem dodaje się wyciąg z malin). Każdy prawdziwy birofil nie powinien przegapić wizyty w zabytkowym Domu Piwowarów (Maison des Brasseurs). Wznosi się on przy zachwycającym Wielkim Placu (Grand-Place). Działa tu obecnie interesujące Muzeum „Belgijskich Piwowarów” (Musée des „Brasseurs Belges”). Jego zwiedzanie połączone jest (nie może być przecież inaczej!) z degustowaniem regionalnego piwa. Miłośników tego trunku nie powinno także zabraknąć w słynnym rodzinnym browarze Cantillon, założonym w 1900 r., mieszczącym się w brukselskiej dzielnicy Anderlecht. W tym miejscu niemal nic się nie zmieniło od ponad 110 lat. Funkcjonuje w nim muzeum (Musée Bruxellois de la Gueuze) lokalnych rodzajów piwa – gueuze i kriek (oraz wielu innych!). Zdobędziemy tutaj naprawdę mnóstwo ciekawych informacji o dziejach, składzie, tradycyjnej technice produkcji oraz dostępnych na rynku typowo belgijskich gatunkach napoju z pianką. A na koniec zwiedzania browaru Cantillon czeka na nas następna wyśmienita degustacja...   

                Po wizycie w nim każdy birofil powinien zapamiętać, że jedynie w Brukseli i jej okolicach wytwarza się najbardziej winne z piw produkowanych na całym świecie – lambic. Powstaje ono tylko w tym miejscu, w dolinie rzeki Senne, bowiem wyłącznie tu może podlegać spontanicznej fermentacji (bez użycia tradycyjnych drożdży) w olbrzymich drewnianych kadziach, co zawdzięcza występującej tutaj bakterii Brettanomyces. Czyste piwo lambic (rzadko dostępne w tej formie) jest prawie niegazowane, niesłodzone i niemieszane, nie ma pianki, a w smaku przypomina trochę sok jabłkowy. Taki trunek wytwarza się właśnie w browarze Cantillon.   

                Legendarne brukselskie Delirium Café,składające się z kilku pięter i słynące z doskonałej atmosfery, szczyci się ogromną liczbą ponad 2 tys. różnych gatunków piwa. Nic więc dziwnego, że miejsce to znalazło się nawet w Księdze Rekordów Guinnessa. Znajdziemy je na uroczej uliczce Impasse de la Fidélité, jedynie 100 metrów od Grand-Place. Skosztować tu możemy zarówno tradycyjnie warzonych lokalnych piw belgijskich, jak i tych wyszukanych, bardzo oryginalnych, o różnych, czasami zaskakujących smakach, m.in. czekolady, banana czy grejpfruta. Spośród wielu piwiarni znajdujących się na brukselskim Wielkim Placu i w jego najbliższych okolicach polecamy też kultową À la Mort Subite. Będąc w stolicy Belgii i degustując tutejsze wyśmienite trunki, z pewnością nauczymy się na pamięć toastu à votre santé!, czyli Wasze zdrowie!. Uczestnikom podróży piwnych przyda się również rada od brukselczyków, którzy mówią, że jeśli za pierwszym razem nie zasmakowało się w lambiku, to znaczy, że należy go spróbować ponownie… À votre santé!

 

TOKAJ – WINO KRÓLÓW I KRÓL WIN

Z kolei wielbicieli wina z pewnością nie trzeba namawiać do odwiedzin zawsze atrakcyjnych i przyjaznych nam Węgier oraz tutejszych dwóch słynnych regionów winiarskich – Tokaju i Egeru. Krajobraz kulturowy tego pierwszego, położonego na północy kraju naszych bratanków i ustanowionego oficjalnie w 1737 r., został nawet wpisany w 2002 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obok niego znajdują się na niej jeszcze tylko trzy inne regiony winne: francuskie Saint-Emilion w Akwitanii oraz portugalskie Alto Duoro (górne Duero) i Pico w archipelagu Azorów, gdzie wytwarza się porto. Na Pogórzu Tokajskim (Tokaj-Hegyalja) powstaje najszlachetniejsze słodkie wino świata, jakim jest tokaj aszú. Historia tych ziem zawsze związana była z uprawą winorośli. Krajobraz kulturowy Tokaju w żywy sposób świadczy o długiej tradycji produkcji wina w tym malowniczym regionie, który tworzą niewysokie pagórki oraz doliny rzeczne. Zawiła siatka winnic, uroczych zabytkowych wiosek i miasteczek, z ich historycznym labiryntem piwnic, prezentuje wszystkie etapy powstawania tutejszych słynnych szlachetnych gronowych trunków. Warto przypomnieć, że swoją światową karierę tokaj aszú, zdobywca ponad 10 tys. złotych medali na konkursach winiarskich, zawdzięcza polskim kupcom, którzy zaczęli nim handlować na szeroką skalę w XVI w. Przywozili węgrzyna do kraju, a potem spławiali Wisłą do Gdańska i sprzedawali w całej Europie. Nic więc dziwnego, że wiele węgierskich możnych rodzin posiadało na Pogórzu Tokajskim własne piwnice – wystarczy choćby wymienić Batorych, Bethlenów, Rakoczych czy Thökölych. Król Francji Ludwik XIV Wielki, lord protektor Anglii, Szkocji i Irlandii Oliver Cromwell (1599–1658), car Rosji Piotr I Wielki (1672–1725) czy cesarzowa Katarzyna II Wielka (1729–1796) to tylko niektóre z wybitnych postaci, które uwielbiały pochodzące stąd wino.

Dzisiaj turystów przyciąga tu m.in. wzniesiona w XV w. słynna piwnica Rakoczych (Rákóczi Pince) w mieście Sárospatak, kulturalnym centrum regionu. Można w niej spróbować wyśmienitych, wielokrotnie nagradzanych tokajskich szlachetnych gronowych trunków. O ich doskonałym smaku decyduje łagodny i ciepły klimat, urodzajne wulkaniczne gleby oraz unikalny skład pleśni w miejscowych piwnicach winnych. Uczestnicy podróży enoturystycznych (w tym i my!) nie omijają również Bortemplom, czyli Kościoła Winnego w Sátoraljaújhely (obecnie jedynego tego typu na Węgrzech), w którego podziemiach składowano wino. W tym sympatycznym mieście, rozsławionym w Polsce przez pierwszą część filmu C.K. Dezerterzy, warto także zajrzeć do tutejszych piwnic (Ungvári Pince). Na koniec naszej krótkiej wizyty na Pogórzu Tokajskim udajemy się jeszcze do wspaniałej historycznej winnicy Oremus w miejscowości Tolcsva. Założył ją w 1616 r. książę Siedmiogrodu Jerzy I Rakoczy (1593–1648). Od 1993 r. znajduje się ona w rękach hiszpańskiej rodziny Álvarez. Czas nas jednak nagli i musimy już jechać do Egeru… Obiecujemy sobie, że w przyszłym roku wrócimy na dłużej do pięknego tokajskiego regionu winiarskiego.  

 

GWIAZDY EGERU

Eger, usytuowany w północno-wschodniej części kraju, stanowi kolebkę najsłynniejszego węgierskiego czerwonego wina – Egri Bikavér. Początki uprawy winorośli na tych ziemiach sięgają XI w., kiedy to za panowania króla Stefana I Świętego założono tu biskupstwo (w 1009 r.), a przybywający w te strony zakonnicy sprowadzili ze sobą winne grona.

Stolicą regionu winiarskiego jest Eger, modne uzdrowisko ze źródłami wód termalnych, położone malowniczo między Górami Bukowymi i pasmem górskim Mátra. Ta 60-tysięczna miejscowość może się pochwalić m.in. uroczym historycznym centrum (Belváros), nazywanym często „barokową perłą Europy”, wspaniałym średniowiecznym zamkiem (znanym wszystkim Madziarom ze zwycięskiej obrony przed Turkami w 1552 r.), zabytkowymi kościołami i pałacami czy wreszcie biegnącym pod ulicami i budynkami całym systemem piwnic winnych, który rozciąga się na długości ponad 140 km. Tłumy turystów przyciągają tutaj znajdujące się na każdym kroku klimatyczne winiarnie i kawiarnie. Żelaznym punktem wycieczek enoturystycznych jest tzw. Dolina Pięknej Pani (Szépasszony-völgy), leżąca 1,5 km od centrum. Słynie ona z ok. 200 wykutych w wulkanicznym tufie piwniczek winnych oraz licznych gospód z tradycyjną kuchnią węgierską, nazywanych czardami. Koniecznie trzeba też obejrzeć należącą do 4-gwiazdkowego Hotelu Korona ponad 220-letnią Piwnicę Świętego Stefana i Narodowe Muzeum Wina (István Pince és Nemzeti Bormúzeum), gdzie prezentowane są zbiory przedstawiające dzieje węgierskiego winiarstwa (wszystkich 22 regionów), przeprowadza się degustacje wyśmienitych szlachetnych trunków pochodzących od najlepszych miejscowych winiarzy i organizuje występy folklorystyczne.

Eger słynie nie tylko z czerwonych, ale i białych win o wysokiej jakości. Jednych z najprzedniejszych z nich (Egri Chardonnay, Egri Csillag czy Egri Királyleányka) spróbujemy w piwnicy rodziny Thummerer, która mieści się w Noszvaj, uroczej, zielonej miejscowości usytuowanej kilka kilometrów od Egeru, mającej podobno najczystsze powietrze na Węgrzech. Po degustacji warto się udać na relaksujące zabiegi SPA & Wellness do położonego tuż obok w lesie nowego 4-gwiazdkowego Oxigén Hotel & ZEN SPA, a potem skorzystać z doskonałej karty win restauracji hotelowej, zawierającej szeroki wybór najlepszych białych i czerwonych szlachetnych gronowych trunków z regionu Egeru. My postanowiliśmy w tym malowniczym miejscu, że powrócimy w te okolice, do Noszvaj, już za rok. Czeka tu na nas przecież tyle jeszcze atrakcyjnych miejsc do zobaczenia i tyle wyśmienitych win do skosztowania! Eger ma do odkrycia mnóstwo prawdziwych gwiazd, ale o tym następnym razem… Egészségetekre!, czyli Wasze zdrowie!.  

 

 

 

 

               

                    

               

                 

                 

 

 

 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Katika Kenya yangu, czyli w mojej Kenii

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

                                                                                                             FOT. ROBERT GONDEK 

<< Afryka ma wiele twarzy, a każda z nich jest jedyna i niepowtarzalna. To samo można z całą pewnością powiedzieć o wszystkich państwach Czarnego Lądu. Dotyczy to również Kenii – krainy dzikich zwierząt i ojczyzny wielu afrykańskich plemion. Jednak duże grono podróżników nie wie, że ten kraj to także ciągle rozwijająca się nowoczesna stolica Nairobi, popularny cel wypraw wspinaczkowych czy coraz bardziej doceniany na całym świecie kierunek wyjazdów golfowych i wędkarskich. Jeśli nie mieliście też o tym pojęcia, czas to zmienić... Zapraszam do mojej Kenii! >>

Republika Kenii, leżąca we wschodniej części kontynentu afrykańskiego, nad Oceanem Indyjskim, graniczy z Tanzanią, Ugandą, Sudanem Południowym, Etiopią i Somalią. Przez terytorium państwa przebiega linia równika, oddzielająca półkulę północną od południowej. Językami urzędowymi są tutaj suahili oraz angielski – pozostałość po kolonialnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, w skład której wchodziła również Uganda. Dziś Kenia należy do brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations), ale w rzeczywistości stanowi od grudnia 1963 r. niepodległy kraj posiadający własnego prezydenta i rząd.

Więcej…

KOSTARYKA – LATYNOSKA OAZA SZCZĘŚCIA

HANNA BORA

www.sledznas.pl

 

<< Niewielka Kostaryka zdecydowanie wyróżnia się na tle pozostałych krajów Ameryki Centralnej. Nie znajdziemy tu dawnych miast prekolumbijskich cywilizacji, barwnych grup etnicznych czy uroczych, kolonialnych miasteczek. Największym jej bogactwem jest dziewicza natura: gęste lasy tropikalne, piękne plaże ciągnące się kilometrami, majestatyczne wulkany i krystalicznie czyste wodospady oraz niezwykła różnorodność flory i fauny. Na powierzchni sześć razy mniejszej niż terytorium Polski występuje ponad 500 tys. gatunków roślin i zwierząt, z czego aż 10 proc. to endemity. Powyżej 25 proc. obszaru państwa stanowią tereny objęte ochroną – należą do parków narodowych i rezerwatów. Kostaryka jest prawdziwym rajem dla miłośników przyrody. >>

 

Park Narodowy Manuel Antonio na pacyficznym wybrzeżu kraju, koło miasta Quepos

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Nazwa kraju w języku hiszpańskim – Costa Rica – oznacza Bogate Wybrzeże. Wymyślił ją podobno sam Krzysztof Kolumb, który jako pierwszy Europejczyk dotarł tu we wrześniu 1502 r. Na widok złotych ozdób miejscowej ludności zaświeciły mu się oczy. Był przekonany, że znajdzie w tych stronach niemałe pokłady tego drogocennego kruszcu. Poszukiwania nie przyniosły jednak oczekiwanego rezultatu. Dodatkowo utrudniała je dzika roślinność karaibskiego wybrzeża. Zainteresowanie kolonizatorów tym trudnym i niedostępnym terenem osłabło.

Obecnie Kostaryka jest jednym z najlepiej rozwiniętych państw regionu. Jej mieszkańcy, którzy sami mówią na siebie ticos i ticas, według wielu rankingów (takich jak np. Happy Planet Index) są najszczęśliwszym narodem świata. Do tego na tle burzliwej przeszłości, problemów politycznych i społecznych swoich sąsiadów kraj ten wydaje się prawdziwą oazą pokoju i spokoju. W grudniu 1948 r. w Kostaryce została rozwiązana armia. Ówczesne władze zadecydowały, że zamiast w wojsko wolą zainwestować w edukację i opiekę medyczną. Dzięki temu dziś wskaźnik analfabetyzmu w kraju jest bardzo niski. Nie znaczy to jednak, że Kostaryka nie boryka się z żadnymi problemami. Gołym okiem widać ogromne dysproporcje społeczne, a niemal jedna piąta ludności żyje w ubóstwie.

 

EKOLOGICZNY PRYMUS

Przekraczając granicę Nikaragui z Kostaryką, byliśmy do nowego kraju nastawieni dość sceptycznie. Trochę przerażały nas historie o wysokich cenach, tłumach amerykańskich turystów i komercji. Naszym pierwszym przystankiem stało się wybrzeże prowincji Guanacaste. To jeden z najbardziej suchych regionów w Kostaryce, a my czuliśmy się spragnieni tej bujnej, tropikalnej zieleni, którą kojarzyliśmy ze zdjęć. Plaże w Nikaragui wcale nie wyglądały gorzej, a przynajmniej ludzi było mniej – komentowaliśmy, mijając kolejne hotele i restauracje. Trafiliśmy akurat na weekend i iście piknikową atmosferę. Spotykaliśmy liczne rodziny i grupy przyjaciół, wokół roznosił się zapach grillowanego mięsa.

Pomimo sporej liczby ludzi kostarykańskie plaże są zaskakująco czyste. Wszyscy sprzątają po sobie, a śmieci lądują na swoim miejscu – w koszu. Wyjątkowo spokojna woda Pacyfiku jest przyjemnie ciepła i ma piękny, turkusowoszmaragdowy kolor. Pierwszy raz czuliśmy, że coś w nas mięknie i nie możemy przestać się uśmiechać. W trakcie naszej długiej podróży po Ameryce Centralnej widzieliśmy wiele pięknych miejsc. Często jednak nie byliśmy w stanie do końca się nimi cieszyć, bo całą radość psuły nam sterty papierków, plastikowe woreczki i butelki. W Kostaryce na szczęście jest inaczej.

Większość mieszkańców kraju naprawdę dba o przyrodę. Kolejne rządy bardzo angażują się w działalność na rzecz ekologii. Dzięki dużym opadom deszczu i aktywności geotermalnej Kostaryka jest pionierem na skalę światową, jeśli chodzi o wykorzystanie alternatywnych źródeł energii. Obecnie stawia sobie za cel osiągnięcie neutralności pod względem emisji dwutlenku węgla oraz całkowitą eliminację plastikowych produktów jednorazowego użytku, takich jak reklamówki, butelki, słomki itp. Te zadania kraj chce spełnić do 2021 r.

 

„PURA VIDA”

Kiedy pytamy miejscowych, jak dojechać na kolejną plażę, tłumaczą nam cierpliwie kolejne odcinki trasy. Na nasze podziękowania uśmiechają się od ucha do ucha i odpowiadają zgodnym chórem: Pura vida!. To samo słyszymy od kobiety, od której kupujemy przy drodze banany i ananasa. Tak witają nas też inni plażowicze, gdy rozkładamy się koło nich z naszym dobytkiem.

W dosłownym tłumaczeniu wyrażenie to znaczy „czyste życie”. Służy jako pozdrowienie, podziękowanie, odpowiedź na pytanie Co słychać?. Jest idealne na niemal każdą okazję i zawsze wyratuje nas w sytuacji, gdy nie wiadomo, co powiedzieć. Wcześniej wydawało nam się, że to nic innego jak reklamowe hasło mające przyciągnąć i zaintrygować turystów. Nic bardziej mylnego! Dla ticos i ticas oznacza zdecydowanie coś więcej. To piękna filozofia życia wyrażająca radość, poszanowanie dla natury i bliskich. Ludzie tutaj dbają o swoje dobre samopoczucie, unikają konfliktów i nie tworzą sztucznych problemów. Czym można się martwić, skoro wokół jest tak pięknie?

 

NA TROPIE LENIWCA

Po kilku dniach na wybrzeżu stwierdzamy, że plażowania mamy dość i ruszamy w stronę słynnego Rezerwatu Lasu Mglistego Monteverde (Reserva Biológica Bosque Nuboso Monteverde). Po dwóch godzinach jazdy zarówno krajobraz, jak i pogoda zmieniają się diametralnie. Droga wije się wśród zielonych gór (Sierra de Tilarán). W pewnym momencie asfalt się kończy i dalej jedziemy już wąską szutrówką. Robi się znacznie chłodniej, a niebo zasnuwa się ciemnymi chmurami. Roślinność staje się coraz gęstsza, coraz bardziej onieśmielająca.

Na miejsce dojeżdżamy już po zmroku. Okolice Monteverde to prawdziwe zagłębie turystyczne. Poza spacerem po słynnym mglistym lesie można tu wybrać się do ranarium (parku żab) lub mariposarium (motylarni) czy odwiedzić plantację kawy. Nie brakuje też atrakcji dla osób szukających mocniejszych wrażeń: wiszące mosty, zjazd na linie między koronami drzew. Zatrzymujemy się na spokojnym polu namiotowym przy pięknej polance. Jego właściciel namawia nas na nocne poszukiwania leniwców. Chwilę się zastanawiamy, ale jesteśmy zmęczeni po podróży i trochę odstrasza nas deszcz. Kiedy godzinę później widzimy grupę liczącą ponad 20 osób, nie żałujemy, że się nie zdecydowaliśmy. Znajdziemy leniwca sami.

Rano przy naszym obozowisku buszuje aguti. To całkiem spory gryzoń o złocistorudej sierści, charakterystyczny dla tropikalnych lasów Ameryki Środkowej i Południowej. Kiedy zdaje sobie sprawę z naszej obecności, od razu ucieka. Uznajemy to jednak za dobry znak i tuż po śniadaniu ruszamy wytropić leniwca. Nie jest to takie proste zadanie. Zwierzęta te prowadzą nocny tryb życia, a w ciągu dnia większość czasu śpią gdzieś wysoko w koronie drzew. Ich nazwa nie wzięła się znikąd. Leniwce poruszają się niespiesznie, wolno jedzą i trawią, a na ziemie schodzą jedynie raz w tygodniu, aby się wypróżnić.

Zadzieramy wysoko głowy i szukamy włochatej kuli między gałęziami. Kilka razy wydaje nam się, że już go mamy. Po bliższym przyjrzeniu się zauważamy jednak, że to jedynie guzy na pniu drzewa. Nie poddajemy się. Spacer po lesie okazuje się prawdziwą przyjemnością. Po wczorajszym deszczu wciąż jest bardzo wilgotno, a lekka mgła otula wierzchołki drzew. Gęsta roślinność plącze się wokół nas i tworzy swoisty labirynt. Przyglądamy się konarom porośniętym mchem i ogromnym paprociom. W pewnym momencie dociera do nas charakterystyczne stukanie. Tuż obok dostrzegamy dzięcioła. Znów rozglądamy się wokół i nagle… jest! Tym razem nie ma mowy o pomyłce. Widzimy delikatny ruch łapy i zarys pazurów. Robimy zdjęcia i dla pewności powiększamy obraz na ekranie aparatu. Wszystko się zgadza, pierwszy leniwiec upolowany.

 

Samica leniwca z młodym w tropikalnym lesie w okolicach miasteczka La Fortuna

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŻYCIE W CIENIU WULKANU

Naszym kolejnym przystankiem jest jezioro Arenal, nad którym góruje imponujący wulkan o tej samej nazwie (1670 m n.p.m.). Przez setki lat nie wykazywał żadnej aktywności. Mieszkańcy nie traktowali go jako zagrożenie. Zaczęli wręcz o nim mówić jak o zwykłym górskim szczycie wyrastającym z tropikalnego lasu deszczowego. W lipcu 1968 r. zupełnie niespodziewanie olbrzym obudził się w sposób nagły i gwałtowny. Erupcje trwały kilka dni, a wulkan wypluwał w szale dym, lawę, kamienie i popiół. Trzy niewielkie wioski – Tabacón, Pueblo Nuevo i San Luís – zostały zmiecione z powierzchni ziemi, 87 osób zginęło.

Przez 42 lata Arenal był jednym z najbardziej aktywnych wulkanów świata i stał się wizytówką Kostaryki. Tłumy turystów przyjeżdżały do miasteczka La Fortuna, żeby obserwować jego napady złości. Nieoczekiwanie osiem lat temu uspokoił się. Wciąż zdarza mu się groźnie zabulgotać lub wyrzucić kolumnę popiołu, ale już nie w tak spektakularny sposób jak wcześniej. Arenal nadal przyciąga jednak przyjezdnych jak magnes. Wulkaniczna magma podgrzewa wodę w gorących źródłach, bardzo licznych w tej okolicy. Najpiękniejsze z nich należą do Tabacón Thermal Resort & Spa. Można tu znaleźć urocze kaskady i naturalne baseny otoczone tropikalną roślinnością. Właściciele chwalą się, że jako jedyni nie ingerują w działania przyrody. Odpoczynek w tych niecodziennych okolicznościach i luksusowych warunkach ma dość wygórowaną cenę. Na szczęście w pobliżu znajdują się gorące źródła na każdą kieszeń, nawet darmowe.

Kostaryka należy do światowych liderów ekoturystyki. Powstaje tutaj wiele obiektów, które za cel stawiają sobie harmonijne współistnienie z naturą. Jednym z nich jest Finca Luna Nueva Lodge. Można go określić jako hotel w sercu lasu deszczowego, ale to coś znacznie więcej. Nad krzewami otaczającymi ścieżkę unoszą się kolorowe kolibry. Przy basenie tukany skubią owoce palm. Największą gwiazdą jest tu jednak kilkutygodniowy leniwiec, który wczepiony w mamę nieśmiało spogląda na świat. Niedługo matka będzie musiała go opuścić – tłumaczy nam Alberto, prawdziwy pasjonat przyrody. Wybierze mu najbezpieczniejsze miejsce z najlepszym dostępem do pożywienia i zostawi go, żeby nauczył się samodzielności. To będzie dla niego szok. Porzucony maluch zaczyna wtedy rozpaczać i płakać. Brzmi to niemal jak płacz dziecka. Często ludzie znajdują takie leniwce, litują się nad nimi i zabierają do różnych ośrodków dla zwierząt, a tak naprawdę właśnie w ten sposób mogą im zaszkodzić.

Alberto pokazuje nam sporą część farmy. To tutaj uprawia się niemal wszystko, co można znaleźć na talerzu w hotelowej restauracji. Zaczęło się od imbiru i kurkumy. Obecnie na farmie są uprawy egzotycznych owoców, warzyw, ziół i przypraw. Nasz przewodnik odkrywa przed nami fascynujący świat roślin. Daje nam do spróbowania różnego rodzaju liście. Niektóre z nich wykorzystuje się w medycynie, inne podaje wojownikom przed walką, jeszcze inne mogą pomóc wyeliminować wroga. W zasadzie mam tutaj pod ręką wszystko, czego potrzebuję – śmieje się Alberto.

 

AROMATYCZNE ZIARNO ZŁOTA

Podczas pobytu w okolicach San José, Cartago czy Alajueli grzechem byłoby nie odwiedzić jednej z licznych plantacji kawy. Obszar kotliny Meseta Central (Valle Central) charakteryzuje się żyzną, wulkaniczną glebą. Panują tu idealne warunki do uprawy kawowca. Kawa odegrała bardzo ważną rolę w historii Kostaryki i wciąż ma duże znaczenie dla gospodarki tego kraju. Często nazywana jest grano de oro, co znaczy „ziarno złota”. Przywieziono ją ok. 1776–1779 r. z Jamajki. Jej uprawa szybko stała się głównym źródłem dochodów miejscowych, a sam produkt został ważniejszym towarem eksportowym niż cukier, tytoń i kakao. Początkowo kostarykańska kawa była eksportowana do Chile, skąd wysyłano ją do Wielkiej Brytanii jako pochodzącą z Valparaíso (Café Chileno de Valparaíso). Kiedy Anglicy odkryli źródło pochodzenia produktu, postanowili zainwestować w Kostaryce. Rozwój przemysłu kawowego pozwolił na modernizację kraju. Powstały pierwsze linie kolejowe, a San José stało się drugim po Nowym Jorku miastem Ameryk z publicznym oświetleniem elektrycznym.

Kostarykańska kawa uchodzi za jedną z najlepszych na świecie. Jedyna dopuszczalna w uprawie odmiana to arabica. Popularna w Brazylii robusta jest wręcz zakazana. W kraju działa Instytut Kawy (ICAFE – Instituto del Café de Costa Rica), który wyznacza najwyższe standardy jakości i kontroluje, czy zostają spełnione. Mamy tutaj idealne warunki glebowe i klimatyczne do uprawy kawowca – opowiada nam Alejandro, nasz przewodnik na plantacji Espíritu Santo w prowincji Alajuela. Plantacje w Kostaryce są zdecydowanie mniejsze niż te w Brazylii. To raczej niewielkie, rodzinne biznesy. Priorytet stanowi dla nas jakość. Z tego powodu najważniejszym etapem jest selekcja odpowiednich ziaren. Owoce dojrzewają w różnym tempie, dlatego nie używamy żadnych maszyn, wszystko zbiera się ręcznie. Pokazuje nam tradycyjny kosz, z którego korzystają pracownicy. Jest całkiem spory i pojemny. Stawka za pełny kosz owoców to 2 dolary amerykańskie. Większość pracowników plantacji pochodzi z sąsiedniej Nikaragui i przyjeżdża tu jedynie na czas zbiorów.

 

Śniadanie z ryżem z czarną fasolą (gallo pinto), jajecznicą, platanami i owocami

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

GANGI SZOPÓW NA PLAŻY

Choć Manuel Antonio (Parque Nacional Manuel Antonio) to jeden z najmniejszych parków narodowych w Kostaryce, obecnie bije rekordy popularności. Trudno się temu dziwić. Malownicze położenie, złote plaże na skraju tropikalnego lasu, liczne trasy spacerowe oraz duża liczba zwierząt przyciągają turystów. Znajomi radzą nam odwiedzić park w tygodniu i zjawić się w nim jak najwcześniej. Mimo iż jesteśmy przed bramą o 7.30, na miejscu spotykamy już kilka grup. Niektórym towarzyszy przewodnik, kroczący na przedzie ze sporym teleskopem i wypatrujący mieszkańców lasu.

Szybko wymijamy innych i schodzimy w stronę plaży. Na niej harcują już kapucynki czarno-białe – jeden z czterech gatunków małp występujących w Kostaryce. Mają czarne futro, jedynie na twarzy i w okolicy ramion sierść jest biała. Są bardzo energiczne i szybko się przemieszczają. Na piasku wygrzewają się w słońcu pokaźnych rozmiarów iguany. Po krótkim odpoczynku na plaży decydujemy się przejść na punkty widokowe. Kilkaset metrów dalej, pod drzewami, zauważamy dość duże zgromadzenie. Gałęzie okupują niewielkie, urocze sajmiri rdzawogrzbiete. Zgrabnie przeskakują ponad głowami turystów, którzy próbują uwiecznić ich wyczyny.

Ścieżka zaczyna piąć się w górę. Jest gorąco, słońce świeci bardzo intensywnie. Na szczęście wysokie drzewa dają nam sporo cienia. Wchłaniamy zapachy i odgłosy lasu. Nad nami krążą różne gatunki ptaków, a co jakiś czas słyszymy w liściach szuranie aguti. Gdzieś z oddali dobiega głośne wołanie wyjców. Docieramy na punkt widokowy, z którego rozciąga się piękna panorama wybrzeża. Turkusowa woda lśni w popołudniowym słońcu. Piaszczyste plaże wyłaniają się spomiędzy zielonych wzgórz porośniętych gęstym lasem. Siadamy na ławce i rozkoszujemy się tym widokiem.

Kiedy wracamy na główną plażę w porze lunchu, jest na niej już całkiem duży tłok. Plażowicze odpoczywają, cieszą się słońcem i ciepłą wodą Pacyfiku. Niektórzy z tej błogości przysypiają. Właśnie na taki moment czekają szopy. Pojawiają się w niewielkich grupach i podkradają do plecaków czy toreb wypełnionych przysmakami. Wykorzystują chwilę nieuwagi, żeby uciec z cennym łupem. Co kilka minut słychać głośne okrzyki i można zobaczyć komiczny pościg za rabusiem. Szopy nic sobie z tego nie robią i po krótkiej przerwie próbują szczęścia ponownie.

 

PÓŁWYSEP OSA

Po kilku tygodniach spędzonych w Kostaryce mieliśmy wrażenie, że zobaczyliśmy już naprawdę wiele i mało rzeczy jest nas w stanie zaskoczyć. Jednak kiedy dojechaliśmy na półwysep Osa, zmieniliśmy zdanie. Według towarzystwa geograficznego National Geographic Society to jedno z miejsc o największej biologicznej różnorodności na świecie.

Głównym miastem jest tu niewielkie Puerto Jiménez. Zatrzymujemy się na przyjemnym kempingu nieopodal siedliska krokodyli. Jego właściciel, Adonis, wita nas szerokim uśmiechem. Naprawdę jesteście z Polski? – dopytuje z niedowierzaniem. A wiecie, że jeden z naszych prezydentów miał polskie korzenie? Rzeczywiście, Teodoro Picado Michalski (1900–1960) rządził tym pięknym krajem Ameryki Centralnej od 1944 do 1948 r. Jego matka, Jadwiga Michalska, pochodziła z Radomska i była prawdopodobnie pierwszą kobietą lekarzem w Kostaryce.

Chociaż nasz kemping znajduje się przy pasie startowym niewielkiego lotniska, czujemy się trochę jak w zoo. Nad głowami latają nam przepiękne, czerwone ary, po trawie leniwie kroczą iguany, kolorowe tukany przysiadają się poskubać bananowce, a wieczorem tuż koło nas przechodzi mrówkojad. Rano Adonis zaprasza nas na wspólne śniadanie. Główną pozycją w menu jest – oczywiście – gallo pinto (gallopinto), w dosłownym tłumaczeniu „malowany kogut”. To mieszanka ryżu z czarną fasolą, kawałkami cebuli i pomidora, doprawiona kolendrą. Do tego dostajemy jajka, tortille, smażone platany i sporo świeżych owoców.

Po posiłku ruszamy w stronę Carate – bramy Parku Narodowego Corcovado i miejsca, które kilkadziesiąt lat temu opanowała prawdziwa gorączka złota. Trasa ma zaledwie 40 km, prowadzi jednak po nierównej, szutrowej drodze. Kilka razy trzeba też przekroczyć rzekę. Na szczęście podróżujemy w porze suchej i nie sprawia to nam żadnego problemu. Po drodze zatrzymujemy się jeszcze przy pięknej plaży Matapalo na krótką kąpiel i przyglądamy się wyczynom surferów.

Półwysep Osa to jedno z takich miejsc, gdzie człowiek odkrywa na nowo potęgę natury. Gdy spacerujemy po prastarym lesie deszczowym, w którym bujna roślinność wypełnia szczelnie niemal każdy centymetr przestrzeni aż po brzeg Pacyfiku, znów mamy w sobie ciekawość dziecka. Czujemy, że znaleźliśmy się w odległej i trudno dostępnej okolicy, gdzie nie można polegać na oklepanych schematach. Otaczająca nas przyroda jest fascynująca. Chłoniemy dziesiątki nieznanych dźwięków. Z podziwem patrzymy na ogromne drzewa o potężnych korzeniach. Między kolorowymi kwiatami lśnią niebieskie skrzydła motyla z rodzaju Morpho. Jak zahipnotyzowani patrzymy na jego lot. Nad głowami przeskakują nam czepiaki czarnorękie. Są niezwykle zwinne. Przyglądają się nam nieufnie i rzucają w nas patykami. Pokazują, że wprosiliśmy się na ich terytorium.

Otoczona tropikalną roślinnością wulkaniczna plaża Carate ciągnie się kilometrami. To właśnie tutaj bierzemy udział w niezwykłym wydarzeniu: pierwszym marszu małych żółwi do oceanu. Jak tłumaczy nam José z organizacji COTORCO (Conservación de Tortugas Marinas de Corcovado-Carate), te zwierzęta na całym świecie zagrożone są wyginięciem. A najbardziej niebezpieczny jest dla nich człowiek – mówi. Żółwie zaplątują się w sieci rybackie, połykają śmieci, które mylą z pożywieniem. Wciąż jeszcze wiele osób próbuje wykraść żółwie jaja. Niektórzy uważają je za afrodyzjak i można na nich zarobić. Właśnie dlatego patrolujemy plaże, zbieramy jaja i przenosimy je do naszych inkubatorów.

Na plaży zgromadziło się kilkanaście osób. José ostrzega nas, że nie możemy żółwi dotykać i musimy trzymać się w bezpiecznej odległości, aby przypadkiem na nie nie nadepnąć. Ostrożnie kładzie zwierzęta na piasku. Niektóre są niezmiernie energiczne i niemal pędzą do wody. Inne wydają się zdezorientowane, ruszają się bardzo wolno i niepewnie. Patrzymy, jak kolejne fale zabierają ze sobą małe stworzenia. Mija pół godziny i zostajemy na plaży sami. Niestety, szanse na przeżycie mają tylko nieliczne żółwie, udaje się to jedynie jednemu osobnikowi na tysiąc. Te, które przetrwają, wrócą na tę samą plażę za 20 lat, żeby złożyć jaja. Trafiają podobno bezbłędnie, jakby posługiwały się wbudowanym urządzeniem GPS.

 

Drewniana kładka w Parku Narodowym Cahuita

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

KARAIBSKIE WYBRZEŻE

Naszą przygodę z Kostaryką chcemy zakończyć na karaibskim wybrzeżu. Aby się na nie dostać, musimy przejechać krętą drogą, która pnie się wysoko w górach. Kiedy wyjeżdżamy z Puerto Jiménez, upał daje się we znaki, wieczorem z kolei temperatura spada do zaledwie kilku stopni. Noc spędzamy na szczycie masywu górskiego o mało zachęcającej nazwie Cerro de la Muerte (Wzgórze Śmierci – 3451 m n.p.m.). Przy porannej kawie obserwujemy dymiący wulkan Turrialba (3340 m n.p.m.) – jeden z siedmiu czynnych wulkanów w Kostaryce. Sześć godzin później na horyzoncie znowu pojawiają się palmy. Witamy na Karaibach!

W południowej części wybrzeża najbardziej popularnym miastem jest Puerto Viejo de Talamanca (Puerto Viejo), gdzie życie toczy się spokojnym, leniwym rytmem przy dźwiękach muzyki reggae. Panuje tu atmosfera luzu i radości. Przez chwilę można poczuć się trochę jak w innym kraju. To właśnie w tym regionie mieszka największa grupa osób pochodzenia afrykańskiego. Dominuje w nim trochę bardziej egzotyczna kuchnia, częściej słychać język angielski. Za największą atrakcję okolicy uchodzi Park Narodowy Cahuita. Jest wyjątkowy na skalę kraju, bo jego dochody pochodzą z darowizn. Szerokie plaże otoczone są tu gęstą, tropikalną roślinnością. W trakcie kilkugodzinnego spaceru natykamy się na małpy, szopy, leniwce, węże i różne gatunki ptaków. Późnym popołudniem siadamy w jednym z klimatycznych lokalnych barów i rozkoszujemy się uroczym zachodem słońca. Pura Vida!

 

Wydanie Lato 2018

W 7 dni dookoła Islandii

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

 

<< Islandia bywa często określana mianem „Nowej Zelandii Europy”. Swoje piękno i popularność wśród turystów zawdzięcza wyjątkowemu położeniu geograficznemu, a także surowemu i wilgotnemu klimatowi. Przyciąga podróżników przede wszystkim wspaniałą przyrodą, iście księżycowymi krajobrazami oraz ogromnymi przestrzeniami niezamieszkałych terenów. Za jedną z głównych atrakcji tej fascynującej wyspy uważa się wulkany, których jest ok. 130. Aż 18 spośród nich było aktywnych w ciągu ostatnich dwunastu stuleci. Do największych należą Askja, Katla, Hekla, Hvannadalshnúkur (będący jednocześnie najwyższym szczytem kraju – 2110 m n.p.m.) i Eyjafjallajökull (który spowodował ogromne zamieszanie w międzynarodowym ruchu lotniczym w kwietniu 2010 r.). Poza tym znajdziemy tu również gejzery, gorące źródła, lodowce, wodospady i fiordy. Nie należy też zapominać o tym, że ze względu na bliskość koła podbiegunowego północnego latem na Islandii słońce świeci prawie 24 godziny na dobę, a zimą występują noce polarne, podczas których na niebie pojawiają się przepiękne zorze.>>

Ísland, czyli po islandzku „Kraina Lodu”, leży w północnej części Oceanu Atlantyckiego, na południe od koła podbiegunowego północnego oraz ok. 290 km na wschód od Grenlandii i 750 km na północny zachód od Szkocji. Na jej terytorium składa się głównie wyspa Islandia, a także kilka mniejszych wysepek, w tym archipelag Vestmannaeyjar. Funkcję stolicy pełni Reykjavík, a największymi spośród pozostałych trzydziestu miast są Kópavogur, Hafnarfjörður, Akureyri, Reykjanesbær i Garðabær. Jedynie w tych sześciu ośrodkach miejskich liczba ludności przekracza 10 tys. Jednak to nie one stanowią o niezwykłej atrakcyjności tego kraju, lecz jego nieskazitelna i różnorodna przyroda.

Więcej…