Ajurweda wykorzystuje ćwiczenia charakterystyczne dla jogiYoga

© INDIA TOURISM


ALEKSANDRA ŚWISTOW

www.pojechana.pl


Historia, jak się okazuje, lubi zataczać koło. Dziś, w XXI w., zaczynamy znów doceniać filozofię zdrowego życia, która narodziła się w Indiach ponad 7 tys. lat temu. Coraz częściej wybieramy błogi relaks w gabinetach odnowy biologicznej i chętnie łączymy wyjazd wypoczynkowy z uzdrawiającą ciało i umysł kuracją. Na nowo odkrywamy ajurwedę, zarówno w Indiach, Nepalu czy na Sri Lance, jak i w ośrodkach w Polsce.


„Ajurweda” oznacza „wiedzę o życiu”, a ponieważ życie bywa uważane za synonim zdrowia, właśnie w ten sposób nazwano jeden z najstarszych i najpełniejszych na świecie systemów medycyny, indyjski zbiór starożytnych nauk o życiu w zdrowiu, który dotyczy wszystkich rodzajów aktywności człowieka. Do jego najważniejszych pojęć należy równowaga ciała, umysłu i ducha. Ten stan nie jest możliwy do osiągnięcia bez zrozumienia siebie i otaczającego nas środowiska. Filozofia ajurwedy opiera się na przekonaniu o współzależności fizycznej i psychicznej sfery człowieka oraz nierozerwalnym związku schorzeń zaliczanych do nich obu. Ta medycyna koncentruje się na zapobieganiu chorobom albo usuwaniu ich źródła, a nie objawów, co często praktykują współcześni lekarze, którzy przepisują swoim pacjentom antybiotyki przy różnych okazjach. Zaleczone problemy prawie zawsze wracają i osłabiają organizm.


Poprawa jakości codziennej egzystencji i przestrzeganie zasad higieny spowodowały zmniejszenie zachorowalności na znane nam od wieków choroby, ale jednoczesne nasilenie tych cywilizacyjnych i brak zadowolenia z życia zaczyna nas skłaniać do refleksji. Coraz częściej zastanawiamy się, gdzie popełniliśmy błąd, dlaczego nie umiemy być szczęśliwi i nie mamy energii. Dostrzegamy też, jak wielki wpływ na kondycję fizyczną wywierają stan psychiki, dieta, nawyki, a nawet sposób myślenia. Zauważamy, że nasza odporność słabnie, gdy musimy sobie radzić z trudnymi sytuacjami, brakuje nam sił, kiedy żyjemy w stresie, a złe samopoczucie i męczące dolegliwości powodują emocjonalne huśtawki. Dlatego w poszukiwaniu rozwiązania odkrywamy na nowo prawdy będące podstawowymi zasadami starożytnej indyjskiej medycyny i coraz częściej wykorzystujemy nasz urlop na uzdrawiające wakacje, które pozwalają nam poczuć ulgę i odnaleźć harmonię duszy i ciała.


WIELOPOZIOMOWA KURACJA

Zdrowie według ajurwedy to nie tyle brak symptomów choroby, co stan idealnego samopoczucia, na jakie składają się równowaga bioenergetyczna, prawidłowe funkcjonowanie pięciu zmysłów (wzroku, słuchu, węchu, smaku i dotyku), niezaburzone trawienie i metabolizm, a także poczucie spełnienia i szczęścia. Dlatego wyróżnia się aż cztery poziomy leczenia: zapobieganie zachorowaniom, właściwe leczenie, poprawianie jakości życia i rozwój świadomości. Zgodnie z tym systemem medycyny większość kłopotów zdrowotnych wynika z zaburzeń psychologicznych. Z tego powodu kładzie się tu silny nacisk na zrozumienie własnych emocji, słuchanie potrzeb duszy i ciała.


Ajurweda uczy życia w harmonii z naturą, czerpania radości ze zwykłych rzeczy, poczucia jedności z przyrodą i wszechświatem. Według jej zasad, gdy burzymy naturalną równowagę organizmu (np. niezdrową dietą, poddawaniem się stresowi, tłumieniem emocji), osłabiamy swoją energię życiową, unieszczęśliwiamy się, gubimy sens istnienia i wywołujemy choroby.


Medycyna ajurwedyjska łączy wiele praktyk naturalnego uzdrawiania. Wykorzystuje techniki medytacyjne, ziołolecznictwo i najrozmaitsze zabiegi na ciało (w tym masaże). Mają one na celu oczyszczenie organizmu z toksyn, zarówno tych zatruwających nas fizycznie, jak i psychicznie, i jego regenerację. Popularna na całym świecie joga jest tradycyjnie częścią ajurwedy, która czerpie z niej ćwiczenia (również oddechowe), a także metody rozwoju świadomości takie jak medytację i recytację mantr. Za konieczny element procesu zdrowienia uważa się też zastosowanie diety dobranej do typu naszej energii i rodzaju schorzenia.


Ze względu na złożoność ajurwedyjskiego systemu leczenia oraz fakt, że nie ma na świecie dwóch takich samych osób o identycznych potrzebach i problemach, każdy pacjent musi zostać szczegółowo przebadany i indywidualnie zdiagnozowany. Pod uwagę bierze się zarówno aspekty fizyczne, jak i psychologiczne. Dopiero po dokładnej analizie stanu zdrowia, stylu życia, upodobań czy poziomu energetycznego konkretnego człowieka można rozpocząć terapię.


CUDOWNE MASAŻE


Masaże głęboko relaksują i pomagają usuwać toksyny z organizmu

Ayurvedic Therapy
© INDIA TOURISM

Każda kuracja ajurwedyjska, niezależnie od tego, czy poddamy się jej w odległej Azji, czy w Polsce, powinna zacząć się od zabiegów oczyszczania. Złe odżywianie (nawet z pozoru dobra, ale niedostosowana do naszych potrzeb dieta), stres, zanieczyszczenie środowiska, tłumienie swoich emocji, styl życia niezgodny z naszą naturalną osobowością – to wszystko sprawia, że w organizmie odkładają się niebezpieczne toksyny i, aby jakiekolwiek leczenie było skuteczne, musimy się ich pozbyć. Oprócz tego, o czym niewielu z nas wie, określone stany emocjonalne wpływają na apetyt na konkretne produkty spożywcze, których jedzenie jeszcze te stany pogłębia.


Główną metodą oczyszczania z trucizn są masaże olejami z dodatkiem ziół (poddaje się im całe ciało, włącznie z głową). To zarazem najpopularniejszy zabieg ajurwedy, przyciągający co roku miliony turystów na subkontynent indyjski – na Sri Lankę, do Nepalu i Indii, szczególnie do stanu Kerala, gdzie narodziła się ta medycyna. Zioła dobiera się odpowiednio do problemów zdrowotnych danej osoby, jej kondycji psychicznej i energii biologicznej, której wyróżnia się trzy główne rodzaje (trzy dosze). Na nich natomiast opiera się podział na trzy typy konstytucyjne ciała: vata, pitta i kapha. Technika masowania łączy w sobie uderzenia, ruchy naśladujące gwintowanie, ugniatanie, tarcie i ściskanie, co ma niezmiernie korzystny wpływ na stan skóry i układ mięśniowo-szkieletowy, pomaga również w zwalczaniu otyłości i bólu mięśni oraz umożliwia zapadanie w spokojny sen. Masaże często stosuje się razem z kąpielami parowymi, podczas których pacjent wypaca niebezpieczne związki latami odkładające się w jego organizmie. Poza tym wykorzystuje się także kuracje ziołami przeczyszczającymi, ziołowe lub olejowe lewatywy, krople do nosa czy upuszczanie krwi albo oczyszczanie krwi za pomocą ziół. Te zabiegi oczyszczające są częścią terapii zwanej Panchakarma, na którą składa się pięć metod usuwania trucizn z całego ciała. Dopiero po detoksykacji (co w przypadku masaży jest bardzo przyjemnym etapem) można rozpocząć właściwe leczenie i wdrażanie nowych zasad.


UZDRAWIAJĄCA DIETA

Ważny element filozofii ajurwedyjskiej stanowi przypisanie ogromnej roli w procesie zdrowienia i w dążeniu do szczęśliwego życia odpowiednio dobranej i zbilansowanej diecie. Jesteś tym, co jesz i jak to trawisz – powiadają Hindusi, którzy wierzą, że jedzenie to lekarstwo i świadome spożywanie odpowiednich pokarmów, bez pośpiechu i w spokoju, nie tylko zapobiega chorobom, ale też leczy.


Według ajurwedy właściwości posiłków są przyswajane przez organizm. Mogą one mieć naturę rajasu (radźasu) – pobudzającą, tamasu – wywołującą uczucie ciężkości i senność, sattwy – odpowiadającą za stan lekkości i równowagi. Jak łatwo się domyślić, dieta ajurwedyjska bazuje na składnikach sattwicznych, które dostarczają nam dokładnie tyle energii, ile potrzebujemy. Należą do nich wszystkie świeże, nieprzetworzone lub na bieżąco gotowane produkty wegetariańskie. Ważną rolę w przyrządzaniu zdrowych potraw odgrywają aromatyczne przyprawy, które poza właściwościami smakowymi mają również dobroczynny wpływ na nasz organizm: wspomagają przemianę materii, oczyszczają z toksyn, poprawiają pamięć i koncentrację, a także działają pobudzająco lub hamująco na apetyt.


Odpowiednia dieta powinna być zróżnicowana w zależności od typu energii danej osoby, braków, jakie odczuwa, i pory roku. Co ciekawe, ajurweda rozróżnia sześć podstawowych smaków: słodki (cukier, ale też mleko, masło, zboża i chleb), kwaśny (owoce cytrusowe, produkty ze sfermentowanego mleka), słony (dania z solą, owoce morza), ostry (przyprawy), gorzki (większość warzyw i sałat) i cierpki (szpinak, kapusta, brokuły, soczewica).


Bardzo istotną cechę medycyny ajurwedyjskiej stanowi traktowanie każdego człowieka jako indywidualności o innych problemach i potrzebach, co ma swoje odzwierciedlenie również w sposobie układania diety. Poszczególne modele energetyczne muszą odpowiadać ogólnym zasadom ustanowionym dla swojej grupy, które nie są jednak zbyt precyzyjne. Przy dobieraniu konkretnych składników naszego jadłospisu powinniśmy kierować się smakiem, zapachem, kolorem, temperaturą i właściwościami produktów spożywczych oraz ufać jednocześnie swoim kulinarnym gustom i intuicji, podpowiadającym nam, jakie typy posiłków będą dla nas w danym momencie najlepsze.


Ajurweda wyróżnia trzy główne rodzaje diet równoważących (podobnie jak w przypadku energii): vata, pitta i kapha. Pierwszy z nich sprawdza się w zimnych i suchych porach roku, czyli jesienią i zimą, dlatego bazuje na ciepłych, płynnych, kalorycznych i rozgrzewających daniach, a także gorących napojach (herbaty ziołowe i korzenne). Dominują tu smaki słodki, słony i kwaśny. Jesienią i zimą stosuje się też dietę równoważącą kapha, w której zaleca się używanie produktów ostrych, gorzkich i cierpkich. Letnia bądź późnowiosenna lekkostrawna pitta bazuje z kolei na warzywach i owocach. Przeważają w niej smaki słodki, cierpki i gorzki.


Stare hinduskie powiedzenie mówi, że je się wtedy, gdy jest się głodnym lub kiedy jest się częstowanym jedzeniem przygotowanym z miłością, bo nie tylko potrawy wpływają na emocje, ale i emocje oddziałują na potrawy.


PODRÓŻE PO ZDROWIE


Shirodhara to masaż na tzw. trzecie oko

shirodhara ayurveda therapy 3 220
© KERALA TOURISM

Jeśli cierpimy na jakiekolwiek chroniczne dolegliwości, czujemy się zmęczeni, ociężali, brakuje nam kreatywności i radości, warto zastanowić się nad połączeniem urlopu z przywracającą harmonię duszy i ciału terapią. Taki uzdrawiający wyjazd to również kurs zdrowego życia. Uczestnictwo w nim pozwoli nam po powrocie wprowadzić do naszej codzienności zmiany mające na celu poprawę naszego samopoczucia, zwiększenie witalności i polepszenie kondycji zarówno fizycznej, jak i psychicznej. Niezależnie od tego, czy uskarżamy się na bóle głowy, dermatozy, bezsenność, nadciśnienie, nadwagę, problemy żołądkowe, alergie, cellulit albo nie potrafimy sobie poradzić z negatywnymi emocjami, specjaliści ajurwedy znajdą sposób, aby nam pomóc. Według tego systemu medycyny każda dysfunkcja organizmu to wynik zaburzenia naturalnej energii biologicznej, której równowagę możemy przywrócić dzięki odpowiednim zabiegom, ćwiczeniom (dla ciała i umysłu), diecie i zdrowemu stylowi życia.


Najpopularniejszymi kierunkami na ajurwedyjski urlop są niezmiennie Indie, szczególnie ich południowo-zachodni, tonący w zieleni stan Kerala, oraz równie zielona i egzotyczna Sri Lanka. Te osoby, które z jakichś powodów nie chcą lub nie mogą sobie pozwolić na wypoczynek w odległej Azji, zapraszają w swoje gościnne progi coraz liczniejsze polskie ośrodki specjalizujące się w tej starożytnej indyjskiej filozofii.


ZIELONA KERALA

Ajurweda na pierwszy rzut oka wydaje się nam, mieszkańcom Europy, ciekawostką i jedną z wielu możliwości poprawy kondycji organizmu i jakości życia. Jednak w Indiach (tak samo zresztą jest w Nepalu) to oficjalna gałąź medycyny, z której korzysta ok. 80 proc. społeczeństwa tego ogromnego kraju, a także dyscyplina uniwersytecka. Trudno zliczyć wszystkie indyjskie centra ajurwedyjskie, lecz turyści wciąż najchętniej wybierają te znajdujące się w Kerali.


Ten stan, nazwany według pewnych teorii od palmy kokosowej (kera), uchodzi za jeden z najbogatszych w całym państwie i z pewnością najbardziej zielonych. Szczyci się mianem jedynego, w którym komuniści przejęli władzę w wyniku głosowania, a nie rewolucji, szerokim dostępem do służby zdrowia i edukacji oraz wyższymi niż w innych częściach Indii wynagrodzeniami, co przekłada się na zadowolenie z życia i niezwykłą serdeczność mieszkańców. Zresztą trudno się nie cieszyć, gdy żyje się w tak przepięknym miejscu. W Kerali znajdziemy zarówno długie piaszczyste plaże, oddzielone od reszty lądu równym szeregiem kokosowych palm, tropikalną dżunglę pełną dzikich zwierząt (przy odrobinie szczęścia można zobaczyć tu słonie indyjskie i tygrysy bengalskie w ich naturalnym środowisku), pokryte plantacjami herbaty pasmo górskie Ghaty Zachodnie, gdzie jak ryby w wodzie poczują się miłośnicy m.in. wspinaczki i trekkingu, jak i niezmiernie malowniczy rejon lagun, jezior, rzek i kanałów. W granicach keralskich rozlewisk (tzw. backwaters) występują niezliczone gatunki ptaków, np. dostojne kormorany, długoszyje wężówki czy turkusowe zimorodki. Ludzie żyją tutaj jak przed wiekami, w symbiozie z otaczającą ich wodą. Charakterystyczną atrakcję turystyczną w tym regionie stanowi rejs luksusową drewnianą łodzią mieszkalną (kettuvallam) lub bardzo zwrotnym sportowym kajakiem.


Wśród wspaniałych krajobrazów tej części Indii powstało mnóstwo ośrodków ajurwedy – nie tylko typowych centrów medycznych, lecz również ekskluzywnych resortów. Niezależnie od tego, czy wybierzemy kryty liśćmi palmowymi bungalow na plaży, domek na drzewie w dżungli, z którego można w spokoju obserwować dziką przyrodę, czy romantyczny hotel nad brzegami rozlewiska, gdzie co rano budzić nas będzie ptasi świergot, a do snu kołysać żabi koncert, od samego początku będziemy otoczeni troskliwą opieką. Mieszkańcy Kerali wiedzą, jak sprawić, żeby odwiedzający ich goście poczuli się wyjątkowo. W ośrodku przywitają nas dźwięki bębnów, tradycyjnie ubrana hostessa zawiesi nam na szyi upleciony ze świeżych kwiatów lub owoców kardamonu naszyjnik, a na czole namaluje znak bindi – czerwoną kropkę, która ma chronić przed utratą energii życiowej. Po powitalnym drinku z tropikalnych owoców (oczywiście, bez alkoholu) rozpoczniemy naszą indyjską przygodę z ajurwedą.


Warto też dodać, że ten stan słynie na całym świecie ze swoich przypraw. Trudno jest wyobrazić sobie lepsze miejsce na zmianę nawyków żywieniowych niż krainę pachnącą kardamonem, kurkumą, gałką muszkatołową, pieprzem, wanilią i cynamonem. Podniebienie kuszą tu soczystymi kolorami kokosowe i orzeźwiająco miętowe sosy chutney, a smak ostrego curry łagodzą pyszne soczewicowo-ryżowe placki idli (idly) lub indyjskie pieczywo, którego mamy ogromny wybór – od drożdżowego chleba naan po przaśne placuszki chapati (ćapati). Podczas śniadań królują rozpływające się w ustach naleśniki dosa. Keralska kuchnia zachwyci z pewnością każdego!


Poza Keralą profesjonalne ośrodki ajurwedy znajdziemy w całych Indiach. Najpopularniejsze są jednak te w słynącym z pięknych plaż nad Morzem Arabskim stanie Goa, a także te usytuowane na północy, w spokojnych i cichych rejonach u podnóży Himalajów. Większość z nich leży wśród wspaniałych ogrodów urozmaiconych oczkami wodnymi, gdzie po masażach i ćwiczeniach możemy odpocząć w hamaku w cieniu wysmukłych palm kokosowych lub ochłodzić się w basenie. Niektóre indyjskie centra ajurwedyjskie wyglądają natomiast jak nowoczesne szpitale, dlatego warto przed wyjazdem dokładnie zapoznać się z ofertami, aby z mnóstwa propozycji wybrać dokładnie to, czego szukamy.


EGZOTYCZNA SRI LANKA


Ziołowe kąpiele pozwalają się zrelaksować i zapomnieć o bożym świecie

source

© SRI LANKA TOURISM
Wyobraźmy sobie idealne otoczenie do wykonywania relaksujących i uzdrawiających masaży. Bujna dżungla z mnóstwem dzikich zwierząt i wodospadów przeplata się z tarasowymi polami ryżowymi i plantacjami herbaty oraz ciągnącymi się kilometrami piaszczystymi plażami. W oddali majaczy architektura cudownych starożytnych miast. To wszystko znajdziemy na mającej zaledwie ponad 65 tys. km2 wyspie Cejlon, na której leży Sri Lanka. Ona również należy do najpopularniejszych na świecie rejonów praktykowania ajurwedy. Ściągają na nią miliony turystów z całego globu.


Sri Lanka szczyci się własną odmianą systemu bazującą na zestawach receptur i zaleceń, przekazywanych z pokolenia na pokolenie przez rodziny królewskie przez ponad 3 tys. lat (tutejsi starożytni władcy byli też wybitnymi autorytetami w dziedzinie tej medycyny). Dziś także specjaliści od ajurwedy cieszą się wysoką pozycją w hierarchii społecznej kraju. Istnieje nawet powiedzenie mówiące, że jeśli nie możesz być królem, zostań uzdrowicielem, a ośrodki ajurwedyjskie odnajdziemy w każdym zakątku wyspy.


Najpopularniejsze centra na Sri Lance znajdują się na południowo-zachodnim i południowym wybrzeżu, choć wiele leży również w głębi lądu wśród malowniczych pól herbacianych. Większość z nich, poza wchodzącymi w skład programu odnowy konsultacjami z mistrzami tego rodzaju medycyny i dietetykami, zajęciami jogi, zabiegami oczyszczania i masażami, oferuje swoim gościom doskonałe warunki do wypoczynku w otoczeniu bujnej tropikalnej roślinności i odgłosów przyrody, baseny z widokiem na Ocean Indyjski, a nawet biblioteki pełne książek i – oczywiście – całodobową obsługę. Możemy wybierać między luksusowymi resortami najwyższej klasy a ekologicznymi kompleksami złożonymi z komfortowych bambusowych bungalowów harmonijnie wkomponowanych w naturalny krajobraz wyspy.


Czy na miejsce kuracji wybierzemy piękne lankijskie plaże, porośnięte herbacianymi krzewami malownicze wzgórza, czy tropikalną dżunglę, w przerwie pomiędzy kolejnymi relaksującymi i uzdrawiającymi sesjami powinniśmy wybrać się na safari do jednego z ponad 20 parków narodowych (aż jedna trzecia powierzchni tego kraju jest pod ochroną). W trakcie wyprawy zobaczymy bawoły, słonie indyjskie, krokodyle błotne i różańcowe, wargacze leniwe, lamparty, pangoliny gruboogonowe i liczne gatunki egzotycznych ptaków w ich naturalnym środowisku (m.in. endemiczne kury, syczki czy gwarki cejlońskie). Miłośnikom historii i sztuki spodoba się natomiast wycieczka do regionu określanego jako Trójkąt Kulturowy. Jego granice wytyczają trzy dawne syngaleskie stolice: Anuradhapura, Polonnaruwa i Kandy. Do tego rejonu zalicza się także niezmiernie ciekawe miasto Dambulla z wykutą w skałach buddyjską złotą świątynią i zapierające dech w piersiach stanowisko archeologiczne Sigirija (Sigiriya, czyli Lwia Skała). Na pamiątkę warto kupić wydobyty na wyspie kamień szlachetny lub półszlachetny. Wybór jest ogromny – od niebieskich, czerwonych i białych szafirów, przez ametysty, granaty bądź topazy, po akwamaryny i kamienie księżycowe. Polecam też wypłynąć w morze w poszukiwaniu delfinów i wielorybów. Tak z pewnością wyglądają wymarzone wakacje.


SZCZYTY HIMALAJÓW

Dla osób, które niezbyt dobrze czują się w gorącym i wilgotnym tropikalnym klimacie, doskonałym miejscem na uzdrawiające ajurwedyjskie wakacje będzie Nepal. Ten kraj słynie z obfitości ziół o zdrowotnych właściwościach. Ponad 3,5 tys. gatunków roślin stosowanych do masaży i wytwarzania leczniczych receptur rośnie u podnóży Himalajów. Specjaliści uważają, że góry, słońce, deszcz i wiatr przyczyniają się do zwiększenia poziomu uzdrawiającej energii charakteryzującej tutejszą florę.


Ajurweda ma w Nepalu niezmiernie długą tradycję (podobną do indyjskiej) i jest uznawana za pełnoprawną dziedzinę medycyny. Znajdziemy tu zatem zarówno ajurwedyjskie gabinety lekarskie, jak i komfortowe ośrodki wypoczynkowe, których zdecydowana większość leży w otoczonej białymi himalajskimi szczytami Kotlinie Katmandu lub w urokliwych okolicach miasta Pokhara. Warto podkreślić, że w nepalskich centrach ze względu na niezwykłą gościnność mieszkańców panuje często wyjątkowo domowa atmosfera. Podczas pobytu w nich będziemy czuli się bardziej jak na wakacjach u przyjaciół czy rodziny niż w hotelu.


AJURWEDA W POLSCE

Choć ta starożytna indyjska medycyna przybyła do Polski stosunkowo późno, od kilku lat zdobywa coraz więcej zwolenników. Powiększa się też grono praktykujących ją osób. Pierwszy w naszym kraju ośrodek ajurwedyjski – Centrum Ajurwedy – powstał w Warszawie w 2004 r. Reprezentował on Polskę na międzynarodowym forum jako członek założyciel European Ayurveda Association (organizacji, w której warto szukać informacji na temat rzetelności interesującego nas miejsca). Obecnie działa jedynie kilka polskich placówek specjalizujących się w tego rodzaju medycynie, ale większość z nich zatrudnia ekspertów szkolonych w Indiach i zaprasza jej mistrzów na sesje dla pacjentów i kursy dla personelu. Poza warszawskim Centrum Ajurwedy i innymi ośrodkami pojawiającymi się ostatnio jak grzyby po deszczu głównie w dużych miastach kilkudniową relaksującą kurację odbędziemy w Hotelu Warszawianka w Jachrance pod Serockiem, w bieszczadzkim kompleksie Solinianka Villas & Spa, Kinga Hotel Wellness w Czorsztynie, Pałacu Sulisław położonym między Wrocławiem a Opolem, Hotelu Zamek Ryn na Mazurach, GrandHotelu Tiffi w Iławie, Młynie Jacka Hotel & Spa w Wadowicach, a także w mniejszych salonach odnowy biologicznej w całym kraju.


Placówki praktykujące ajurwedę w Polsce oferują zarówno terapie uzdrawiające i przywracające równowagę umysłu i ciała, porady dietetyczne, zestawy ćwiczeń fizycznych i oddechowych, jak i konsultacje dotyczące stylu życia i wybór produktów z zakresu ziołolecznictwa. Coraz więcej informacji na temat tego hinduskiego systemu medycznego pojawia się również w polskiej prasie, na blogach i portalach o tematyce prozdrowotnej. Warto zainteresować się tą problematyką, ponieważ nawet drobne zmiany w codziennej rutynie mogą korzystnie wpłynąć na kreatywność, witalność i ogólne zadowolenie z siebie. A nawet jeśli wydaje nam się, że nie potrzebujemy znacząco poprawiać jakości naszego życia, relaksująca wizyta w ajurwedyjskim centrum w Polsce, Indiach, Nepalu czy na Sri Lance z pewnością pozwoli nam doskonale wypocząć i poznać bliżej swoje wnętrze.

Artykuły wybrane losowo

Indie, jakich jeszcze nie znacie

Hampi Karnataka 1

Ruiny stolicy Imperium Widźajanagaru w wiosce Hampi w Karnatace

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/INDIA TOURISM FRANKFURT

 

ANNA MOLĘDA-KOMPOLT

 

Indii nie sposób ogarnąć umysłem, nie da się ich opisać tak po prostu i nie łatwo też je zrozumieć. Niezwykłe bogactwo sąsiaduje tu ze skrajną biedą, kilkunastomilionowe miasta stanowią jaskrawy kontrast dla nieskończonych przestrzeni wokół uśpionych wiosek, a zestawienie zapierających dech w piersiach szczytów Himalajów położonych na północy ze słonecznymi i piaszczystymi tropikalnymi plażami południa wydaje się abstrakcją. W powszechnej świadomości ten kraj kojarzy się na ogół z ubóstwem, Mahatmą Gandhim, świętymi krowami, zaklinaczami węży i dziwnie wyglądającymi joginami, ale to tylko część prawdy o nim. W rzeczywistości każdy znajdzie tutaj coś dla ciała i dla ducha.

 

Indie często budzą skrajne emocje i nigdy nie pozostawiają obojętnym. To kraj pełen tajemnic, kontrastów i zagadek. Rozwinęła się tu jedna z najstarszych kultur na świecie. Dzisiejsze Indie są prawdziwą mozaiką kulturową, o czym świadczą zabytki różnych epok, rozmaite rodzaje tańców i muzyki oraz charakterystyczne dla regionów zwyczaje. Jednak żeby się o tym przekonać, trzeba odwiedzić ten olbrzymi kraj i poznać go samemu. Niektórzy mówią, że można go albo pokochać, albo znienawidzić. Polecam otworzyć się na nowe doznania i dać się oszołomić feerią barw, dźwięków, zapachów i różnorodnością tej wyjątkowej krainy.

 

Republika Indii leży w Azji Południowej i zajmuje większość subkontynentu indyjskiego (niemal 3,3 mln km²). Jej północną granicę wyznaczają łańcuchy górskie – Karakorum i Himalaje. Najwyższym szczytem jest Kanczendzonga (8586 m n.p.m.), czyli trzeci najwyższy ośmiotysięcznik na świecie. Dalej na południe rozciąga się Nizina Hindustańska, na którą składa się pustynia Thar oraz niziny: Indusu, Gangesu i Brahmaputry wraz z deltą Gangesu i Brahmaputry. Niemal cały Półwysep Indyjski zajmuje wyżyna Dekan. Większość terytorium Indii leży w strefie klimatu zwrotnikowego monsunowego. W zachodnim rejonie Niziny Hindustańskiej występuje klimat zwrotnikowy suchy, a w Himalajach i Karakorum – podzwrotnikowy górski, chłodny. Zimy w kraju są łagodne, zwłaszcza w regionach południowych. W marcu, kwietniu i maju panują największe upały. Przed wyjazdem warto sprawdzić, czy nie zaskoczy nas pora deszczowa (od czerwca do września). Mnie za pierwszym razem spotkała właśnie taka niespodzianka.

 

KULTUROWA MIESZANKA

 

Indie to drugi pod względem liczby ludności kraj świata. Dziś mają ponad 1,3 mld mieszkańców. Każdego roku rodzi się tu niemal 26 mln dzieci. Większość ludzi zamieszkuje dolinę Gangesu i Nizinę Hindustańską. Indie są bardzo zróżnicowane etnicznie – o podziale na poszczególne grupy decyduje zwykle język. Ok. 54 proc. ludności kraju posługuje się hindi. Poza tym żyją tutaj jeszcze m.in. Bengalczycy, Telugowie, Marathowie, Tamilowie, Kannadowie, Gudźaratowie czy Keralczycy. Obowiązującym w państwie ustrojem jest republika związkowa. Kraj dzieli się na 29 stanów i 7 terytoriów (w tym jedno stołeczne). Panuje w nim system kastowy, który z góry określa przynależność osób do konkretnej grupy.

 

Większość mieszkańców Indii wyznaje hinduizm (ok. 80 proc.). Stanowi on właściwie zbiór różnych wierzeń. Niektórzy twierdzą, że istnieje aż 330 mln hinduistycznych bogów i bóstw. Korzenie hinduizmu sięgają rozwoju kultury Ariów, którzy z Azji Środkowej zawędrowali na terytorium dzisiejszego kraju. Tekstami sakralnymi hinduistów są Wedy (z sanskrytu „wiedza”). Jedną z nich jest Rygweda – sanhita (czyli zbiór) składająca się z 1028 hymnów zgromadzonych w 10 kręgach (mandala). Uchodzi ona za najstarszy zabytek literatury indoaryjskiej.

 

W Indiach funkcjonuje ponad 1700 języków i dialektów. Status oficjalnych dla całego kraju mają hindi i angielski. Poza tym uznaje się jeszcze 21 języków regionalnych, które pełnią funkcję urzędowych w poszczególnych stanach. Co ciekawe, konstytucja z 1950 r. zakładała wycofanie angielskiego z użytku i zastąpienie go hindi, tak się jednak nie stało. Obecnie większość mieszkańców północnych regionów jest dwu-, trzy-, a nawet czterojęzyczna.

 

Najpopularniejszy wśród turystów rejon Indii stanowi tzw. Złoty Trójkąt. Jego wierzchołki wyznacza Delhi oraz miasta: Agra z mauzoleum Tadź Mahal (jeden z 7 Nowych Cudów Świata) i Dźajpur (stolica Radżastanu, zwana też Różowym Miastem). Oprócz tego z pewnością warto zobaczyć m.in. ruiny w Hampi w stanie Karnataka, tamilskie świątynie Ćennaju (Madrasu) i Maduraju w Tamilnadu, zabytkowy zespół sakralny w Kadźuraho oraz Waranasi – miasto położone nad świętym Gangesem, do którego pielgrzymują miliony Hindusów. Ja jednak chciałabym polecić wycieczkę na ciekawe i barwne południe kraju.

 

MAGICZNE POŁUDNIE

 

Wszystkie stany Indii Południowych, tj. Karnataka, Tamilnadu, Kerala, Telangana i Andhra Pradeś, oraz terytoria Puduććeri, Lakszadiwy i Andamany i Nikobary rozciągają się wzdłuż tropikalnej strefy zwrotnika Raka. Takimi warunkami klimatycznymi można z pewnością wytłumaczyć niespieszne tempo życia w regionie, którego znakiem rozpoznawczym są strzeliste budowle sakralne, barwne przedstawienia taneczne, smukłe palmy i osiodłane słonie. W tutejszym krajobrazie dominują przede wszystkim rozległe równiny Dekanu, bujne lasy deszczowe Ghatów i długie wybrzeże. Lokalne świątynie atakują zmysły rozmaitością kształtów i kolorów. Każde przedstawienie bóstwa jest jaskrawo pomalowane, a strome dachy budowli zadziwiają ilością zdobień. Co ciekawe, na południu Indii dzięki jezuickiemu misjonarzowi św. Franciszkowi Ksaweremu (1506–1552), który w XVI w. opiekował się tu sporą społecznością chrześcijańską (m.in. kolonistami z Portugalii czy ludem Parava z terenu obecnego stanu Tamilnadu), przetrwało wiele kościołów.

 

W tym regionie kraju uprawia się głównie ryż. Podaje się go często na liściach bananowca – w tej wersji smakuje wykwintnie i jest specjalnością lokalnej kuchni. Zamiast typowego w Indiach napoju na bazie herbaty zwanego masala ćaj serwuje się tutaj zwykle wyśmienitą słodką kawę z delikatną pianką.

 

Większość języków używanych na południu wywodzi się z rodziny drawidyjskiej (np. telugu, kannada, tamilski i malajalam). Na szczęście niemal wszędzie można się porozumieć po angielsku.

 

Ten region Indii zachował nadal swój dawny urok, chociaż coraz śmielej wkraczają do niego nowoczesne technologie i przemysł komputerowy. Bengaluru, stolica stanu Karnataka, trzecie co do liczby ludności miasto w kraju (ponad 8,5-milionowe), nazywane bywa indyjską Doliną Krzemową. Tu powstał np. serwis Google Finance. Jednocześnie Ćennaj (stolica Tamilnadu) wciąż kultywuje swoje najlepsze tradycje muzyczne i taneczne. Kerala słynie ze słoni, ajurwedy i specyficznego rodzaju sztuk walki (kalarippayattu). Uchodzący za bramę południowych Indii Hajdarabad (stolica stanu Telangana) ze względu na kunszt miejscowych rzemieślników i zachwycający fort Golkonda zyskał sławę już za czasów Marca Pola (1254–1324). Opuszczone kamienne miasto w Hampi w Karnatace zachwyca ogromną, 49-metrową świątynią Wirupakszy poświęconą bogu Śiwie.

 

BAŚNIOWA KARNATAKA

 

Jog Falls

Wodospad Dźog stanowi jedną z naturalnych atrakcji stanu Karnataka

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/KARNATAKA TOURISM

 

Ten stan cieszy się dużym zainteresowaniem wśród turystów dzięki długiej i bogatej historii oraz zróżnicowanym krajobrazom. Karnataka zajmuje trzecie miejsce wśród najbardziej popularnych celów podróży w Indiach i drugie pod względem liczby zabytków (ponad 500!), które znajdują się pod ochroną władz centralnych (zaraz po stanie Uttar Pradeś). W jej granicach leżą obszary o różnym charakterze. Nadbrzeżny rejon zwany Kanara lub Karawali, sąsiadujący na zachodzie z Morzem Arabskim, a na wschodzie z wilgotnymi zboczami Ghatów Zachodnich, porasta tropikalny las złożony m.in. z wysmukłych palm, teków, bambusów i palisandrów indyjskich (drzew różanych). Góry chronią przed chmurami monsunowymi wyżynę Dekan położoną na średniej wysokości od 600 do 900 m n.p.m., która na wschodzie pokryta jest ciemnymi i jałowymi glebami wulkanicznymi. Jej granice wyznaczają Ghaty Zachodnie i Wschodnie (najwyższe ich szczyty to odpowiednio Anaj Mudi lub Anamudi w Kerali, 2695 m n.p.m., i Arma Konda lub Sitamma Konda w Andhra Pradeś, 1680 m n.p.m.). To drugie pasmo biegnie wzdłuż wybrzeża, w większości już poza granicami Karnataki. Na południowym zachodzie rozciągają się wzgórza i doliny dystryktu Kodagu, a wśród bujnej roślinności na południu można spotkać słonie indyjskie, tygrysy bengalskie, lamparty, gaury i sambary jednobarwne. Często odwiedzanym miejscem jest 253-metrowy wodospad Dźog na rzece Śarawati (dystrykt Śiwamogga). Ten stan Indii najlepiej odwiedzić w okresie od października do marca.

 

W Karnatace żyje blisko 65 mln ludzi. Jej mieszkańcy tworzą ciekawą mozaikę kulturową. Na północy osiedlili się przede wszystkim lingajaci – przedstawiciele ruchu religijnego założonego przez hinduskiego filozofa i poetę Basawannę (Basawę) w XII w. W południowym rejonie, należącym kiedyś do Królestwa Majsuru (Mysuru), przeważa bogata społeczność rolnicza Wokkaligów. Wybrzeże zamieszkują rybacy – potomkowie kupców, którzy prowadzili handel z Mezopotamią, Persją i Grecją. W portowym mieście Mangaluru widać też wpływy portugalskie. Adiwasi żyją przede wszystkim na północy i zachodzie, a grupy etniczne Kodawa i Kodagu Gowda – w dystrykcie Kodagu. W Karnatace używa się języka kannada, w którym powstały klasyczne utwory poetyckie i prozatorskie. O jego korzeniach świadczą chociażby inskrypcje z V w. i poradnik dla piszących Kawiradżamarga z IX w.

 

Istnieje prawdziwa przepaść między światem kosmopolitycznej i nowoczesnej stolicy stanu, Bengaluru, i stylem życia jej mieszkańców a codzienną rzeczywistością obszarów rolnych, wiosek i małych miasteczek. Główna metropolia Karnataki została założona w 1537 r. przez wodza Kempe Gowdę I (1510–1569). To piąta pod względem liczby ludności największa indyjska aglomeracja, w której mieszka ok. 9 mln ludzi. Dzięki położeniu na płaskowyżu Majsuru panuje tu bardziej umiarkowany klimat w porównaniu z innymi miastami południa kraju. Stolica Karnataki słynie ze swoich pięknych ogrodów botanicznych Lalbagh, które zajmują niemal 100 ha. Można w nich podziwiać prawie 1900 gatunków roślin tropikalnych i subtropikalnych, także rzadkie okazy pochodzące z Iranu, Afganistanu i Europy. Warto pamiętać, że w styczniu i sierpniu organizowane są tu bardzo efektowne wystawy kwiatów. Poza tym polecam zwiedzić drewniany pałac letni sułtana Tipu (znanego jako Tygrys Majsuru), pięknie ozdobiony rzeźbionymi łukami i balkonami. W jego pobliżu znajduje się twierdza wzniesiona w 1761 r. na miejscu starego fortu Kempe Gowdy I. Po drodze warto również zatrzymać się przy Pałacu Bengaluru i hinduistycznej świątyni, w której czci się Krysznę. Od kilkunastu lat stolica Karnataki, jak już wspomniałam, uchodzi za międzynarodowe centrum sektora informatycznego. To równocześnie najbardziej nowoczesne miasto indyjskie, co przekłada się na wysokie zarobki i zarazem wysoki koszt życia.

 

Na południowy zachód od Bengaluru leży bajkowe miasto Majsuru.Byłoononiegdyśstolicą królestwa o tej samej nazwie (od 1399 do 1950 r.), a dzisiajstanowi kulturalny ośrodek Karnataki. Słynie przede wszystkim z pięknego Lalitha Mahal, jedwabnych turbanów, wyrobów z drzewa sandałowego i sari. W 2010 r. Majsuru zostało wybrane drugim najczystszym miastem w Indiach (po Czandigarh). Wspomniany pałac maharadży (Lalitha Mahal), władcy z dynastii Wadijar, wzniesiono za ogromne pieniądze w 1921 r. według projektu brytyjskiego. Najlepszy moment na zwiedzanie okolicy stanowi zazwyczaj październik, kiedy odbywa się 10-dniowy festiwal Dasara (nazywany także Nawaratri), albo przełom października i listopada, gdy obchodzi się święto światła Diwali (Dipawali). W czasie tego ostatniego w uroczystej procesji, której przewodzi maharadża, oprócz ludzi uczestniczą słonie i konie. Wszędzie jest pełno kwiatów, wokół unosi się zapach kadzideł. Warto wziąć udział w tym niesamowitym wydarzeniu.

 

Koniecznie trzeba też odwiedzić małą magiczną wioskę Hampipołożonąna głębokiej prowincji. Kilkaset lat temu w tym miejscu biło serce Imperium Widźajanagaru (istniejącego w latach 1336–1646), jednego z najpotężniejszych w tej części świata. Tutejsi władcy uchodzili za wyjątkowo oświeconych. Wspierali rozwój sztuki, nauki, literatury, religii hinduistycznej i architektury. Pomiędzy zachowanymi zabytkami dawnej stolicy państwa – Widźajanagaru (w tłumaczeniu Miasta Zwycięstwa) – najlepiej przemieszczać się na rowerze, ponieważ odległości są spore, a droga nie zawsze bywa idealna. Trasa prowadzi przez plantacje bananowców, w pobliżu zielonej dżungli. Miasto otoczone było murem. Historycy podzielili umownie ten obszar na centrum święte i królewskie. O czasach swojej świetności wciąż przypomina Świątynia Kryszny, ogromna Świątynia Wirupakszy (w centrum ośrodka) poświęcona bogu Śiwie, Lotus Mahal, stajnie dla słoni i Świątynia Witthali (Withoby). Można tu spędzić kilka tygodni i wciąż nie zobaczyć wszystkiego. Imponujące ruiny w Hampi znajdują się od 1986 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Mieszkańcy wioski każdego ranka zbierają się na ghatach (kamiennych schodach) przy rzece Tungabhadra, aby się wykąpać, zrobić pranie, porozmawiać z sąsiadami czy umyć słonia bogini Lakszmi, który trzymany jest w świątyni. Wieczorem odprawiają rytuały i składają ofiary bogom. Tutaj wciąż można poczuć atmosferę dawnego Imperium Widźajanagaru.

 

Wartą odwiedzenia kolebkę hinduskiej architektury sakralnej stanowi miejscowość Ajhole, która leży ponad 130 km na północny zachód od Hampi. W V–VIII w. była to siedziba dynastii Ćalukjów. Znajduje się tu zespół świątyń hinduistycznych. Najstarsza jest Lad Khan z V stulecia wzniesiona na planie kwadratu. Poza tym na uwagę zasługuje świątynia bogini Durgi, powstała prawdopodobnie pod koniec VII w., wzorowana na buddyjskiej ćajtji, czy VII-wieczny kompleks Huczimalli. Kolejne miejsce wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO stanowi Pattadakal(położony ok. 10 km na południowy zachód od Ajhole) z wielkimi budowlami sakralnymi (9 świątyniami hinduistycznymi i 1 dźinijską). Ponad 20 km stąd znajduje się Badami z grotami świątynnymi i dawnym fortem.

 

WZGÓRZA KERALI

 

Już w czasach starożytnych Kerala słynęła z urodzajnej ziemi, bogatej kultury i barwnych tradycji. Jedna z legend mówi, że region ten powstał, kiedy Paraśurama, wcielenie Wisznu, wrzucił swój topór wojenny do Morza Arabskiego. Stan leży na południowym zachodzie Indii. Od zachodu oblewa go Morze Arabskie i Lakkadiwskie. Od wschodu i południa Kerala graniczy z rozległym terytorium Tamilnadu, które rozciąga się po Zatokę Bengalską. Regionalnym językiem urzędowym Keralczyków jest malajalam, mający własne pismo.

 

To jeden z najbardziej atrakcyjnych regionów Indii. Najciekawsze miejsca leżą wśród zboczy Wzgórz Kardamonowych, na Wybrzeżu Malabarskim czy w okolicy licznych rzek. Plantacje teków, pieprzu i kauczukowców są zawsze zielone dzięki monsunom wiejącym dwa razy w roku. W krajobrazie dominują palmy kokosowe, a wzniesienia Ghatów Zachodnich pokrywają uprawy kawy. Herbata rośnie w nieco wyższych partiach, a drzewa kauczukowe – na południowych obszarach. Żyzna gleba tego regionu pozwala również na zbiory ryżu dwa, a nawet trzy razy w roku oraz uprawianie nerkowców i kardamonu.

 

O Kerali mówi się, że przy tworzeniu świata Bóg zachował ten cudowny zakątek dla siebie. Nic więc dziwnego, że stała się ona kolebką starożytnej indyjskiej medycyny – ajurwedy, czyli w tłumaczeniu „wiedzy o życiu”. Naturalne bogactwo ziół i roślin leczniczych oraz umiarkowany i wilgotny klimat sprawiają, że jest to najlepsze miejsce do przeprowadzania zabiegów i masaży oraz zgłębiania tajników tego rodzaju leczenia. Z pewnością warto poddać się takiej odnowie w jednym z wielu tutejszych ośrodków.

 

Do dziś mieszkańcy Kerali stosują zasady ajurwedy, ponieważ przekazuje się je z pokolenia na pokolenie. Ta staroindyjska medycyna zachowała tu swoją najczystszą postać, najbliższą tej sprzed tysięcy lat. Warto podkreślić, że w porównaniu z Hindusami z innych regionów Keralczycy cieszą się najdłuższym i najzdrowszym życiem, a umieralność niemowląt i dzieci jest wśród nich najniższa w kraju. Ten stan stanowi idealne miejsce na błogi wypoczynek urozmaicony dobroczynną kuracją ajurwedyjską.

 

Turystów do Kerali przyciągają przepiękne krajobrazy, laguny, jeziora, plaże, a przede wszystkim słynne rozlewiska położone wzdłuż Wybrzeża Malabarskiego (backwaters). Przyjezdni przeprawiają się tu wąskimi kanałami i szerokimi jeziorami, które miejscowi pokonują codziennie w drodze do pracy. Okolica jest spokojna i malownicza. Polecam wybrać się w rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po zielonych wodach między miastami Kollam a Alappuzha. Taka wycieczka może trwać nawet do 8 godz.

 

W głębi lądu, za gwarnym miasteczkiem Kottajamdrogi zaczynająsię wznosić w kierunku Ghatów Zachodnich, skąd pod koniec grudnia i na początku stycznia ogromne grupy wyznawców Ajjappana wyruszają na pieszą pielgrzymkę do świątyni w hinduistycznym kompleksie Sabarimala. Bóstwo to jest bardzo popularne na terenie Indii Południowych. Wyznające je osoby noszą czarne lub niebieskie ubrania i koraliki tulasi wokół szyi.

 

W Kerali koniecznie trzeba zatrzymać się w mieście Koczin, leżącym w środkowej części stanu i nazywanym Królową Morza Arabskiego. Już ok. 2 tys. lat temu kupcy greccy, rzymscy, żydowscy, arabscy i chińscy przybywali tutaj po przyprawy, takie jak kardamon, cynamon czy pieprz, oraz drzewo sandałowe. Koczin nadal pełni funkcję ważnego portu dla handlujących przyprawami, a lokalne magazyny są zawsze pełne życia. W wolnym czasie warto wybrać się na spacer po portowym nabrzeżu. Choć w jego okolicy nie przetrwało zbyt wiele śladów po kupcach arabskich lub chińskich, to o Portugalczykach, Holendrach i Brytyjczykach przypominają stare kościoły i inne budowle. Ciekawym obiektem w tym klimatycznym mieście jest Pałac Mattancherry, który został wzniesiony przez Portugalczyków ok. 1555 r. dla władcy Królestwa Koczinu, a odnowiony i rozbudowany przez Holendrów w 1663 r., przez co nazywa się go też Pałacem Holenderskim. Warto także zwiedzić rejon zwany Fortem Koczin z Kościołem św. Franciszka, najstarszą chrześcijańską świątynią zbudowaną w Indiach przez Europejczyków. Pierwotną drewnianą budowlę przekształcono w 1503 r. w murowaną. W tym miejscu w 1524 r. pochowany został słynny portugalski odkrywca Vasco da Gama, a jego grób zachował się do dziś. Jednak w 1539 r. szczątki żeglarza przewieziono do Portugalii.W granicach Fortu Koczin znajduje się również XVI-wieczna katolicka Bazylika św. Krzyża (Santa Cruz Cathedral Basilica). Stąd niedaleko już do dzielnicy żydowskiej z Synagogą Paradesi z 1568 r.

 

Środkowa i północna część Kerali zachwycają malowniczymi budowlami. W mieście Triśur można zwiedzić świątynię Wadakkunnathan, która według legendy została założona przez Paraśuramę i jest jedną z najważniejszych w tym stanie. Na uwagę zasługuje działające w niej niewielkie muzeum archeologiczne z ciekawymi zbiorami sztuki sakralnej. Za najświętsze miejsce w Kerali uchodzi Świątynia Kryszny w mieście Guruwajur (ok. 30 km od Triśuru). Warto pamiętać, że wstęp do większości keralskich kompleksów sakralnych mają tylko wyznawcy hinduizmu.

 

Na wypoczynek nad brzegiem Morza Arabskiego najlepiej udać się do stolicy stanu – Tiruwanantapuram (Triwandrum). Złote plaże tego miasta, z najsłynniejszą Kowalam, są oblegane przez zagranicznych turystów. Mahatma Gandhi (1869–1948) nazwał Tiruwanantapuram Wiecznie Zielonym Miastem Indii. Tutaj też uroczyście obchodzi się najważniejsze święta narodowe. Kerala szczyci się także niezmiernie bogatymi tradycjami teatralnymi i tanecznymi, które mają swoje korzenie w obrzędach i ceremoniach religijnych. Na przedstawienie dramatyczne katakali warto przybyć nieco wcześniej, żeby zobaczyć, jak artyści przygotowują się do roli. Jaskrawy makijaż, maski i zdobione kostiumy ważące nawet kilkadziesiąt kilogramów robią niezwykłe wrażenie.

 

Kerala to magiczny region, pachnący przyprawami, szczególnie kardamonem, wanilią i cynamonem. Oszałamiającą przyrodę tego stanu można podziwiać w Parku Narodowym Perijar, który przez wiele osób uważany jest za najpiękniejszy w całych Indiach. Jego główną atrakcję stanowią dość duże populacje słoni indyjskich i tygrysów bengalskich. Poza tym występuje tu mnóstwo innych zwierząt żyjących w tej części kraju, choćby białe tygrysy, gaury czy lutungi nilgiryjskie z rodziny koczkodanowatych.

 

SACRUM TAMILNADU

 

house boat 416

Malowniczy rejs tradycyjną łodzią kettuvallam po keralskich rozlewiskach

© DEPARTMENT OF TOURISM, GOVERNMENT OF KERALA

 

Wspaniała architektura sakralna to tylko jeden ze skarbów Tamilnadu rozciągającego się od piaszczystych wydm na wschodnim wybrzeżu po chłodne pasmo górskie Nilgiri na zachodzie. Typowymi elementami współczesnej kultury tamilskiej są przede wszystkim wyrazista kuchnia, upodobanie do kolorów, charakterystyczna muzyka i wyborna kawa. Na każdym kroku spotyka się tu jaskrawe plakaty z roztańczonymi aktorami i aktorkami, a w powietrzu czuć aromat palonych ziaren. Tamilowie uważają się za potomków Drawidów, którzy zamieszkiwali Półwysep Indyjski przed przybyciem Ariów i stworzyli własną cywilizację. Literatura tamilska (jedna z literatur narodowych Indii) zaczęła się rozwijać już w I w. p.n.e.

 

Najlepszą bazą wypadową do zwiedzania regionu jest stolica stanu – Ćennaj (do 1996 r. pod nazwą Madras). Miasto powstało w 1639 r. jako brytyjskie centrum handlu. Dziś pełni funkcję ważnego ośrodka przemysłowego, handlowego, kulturalnego i naukowego. Warto zobaczyć tu świątynię Kapaliśwarar wzniesioną ok. VII w., katolicką Bazylikę św. Tomasza, Fort św. Jerzego z 1644 r. i Górę św. Tomasza z Kościołem Matki Boskiej Oczekującej z 1523 r., z której roztacza się malowniczy widok na okolicę. W Ćennaju polecam też obejrzeć pokaz współczesnej wersji jednego z najstarszych tańców Azji Południowej bharatanatjam. W pobliżu miasta uprawia się już od ok. 380 lat odmianę herbaty indyjskiej o dosyć ostrym i wyrazistym smaku (Madras).

 

Jak już wspomniałam, wśród największych atrakcji Tamilnadu znajdują się świątynie. Ich zwiedzanie najlepiej rozpocząć w miejscowości Mahabalipuram (Mamallapuram, ponad 50 km na południe od Ćennaju), niegdyś głównym porcie Pallawów (dynastii drawidyjskiej). Zachowały się tutaj jedne ze starszych wykutych w skale zabytków Indii Południowych (pochodzące z VII i VIII w.). Na uwagę zasługują groty świątynne, rathy (konstrukcje w formie wieży bądź wozu) i sanktuaria, a także mnóstwo pięknych rzeźbień. Poza tym w Mahabalipuramie znajduje się złocista piaszczysta plaża. Oprócz tego w grudniu i styczniu odbywa się tu widowiskowy festiwal tańca (Mamallapuram Dance Festival). To niezmiernie urokliwe miejsce, umieszczone w 1984 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, z pewnością warto odwiedzić.

 

Z cennych zabytków architektury sakralnej słyną również Kańćipuram, Tiruwannamalaj, Ćidambaram, Tańdźawur, Tiruwarur, Śrirangam i Maduraj. Choć każde z tych miast ma własny charakter, to pod pewnymi względami są do siebie podobne. Procesje ku czci bogów i bogiń odbywają się tu przy akompaniamencie głośnych orkiestr, a zniewalające aromaty kadzideł i jaśminu oraz ozdabiające niemal wszystko kwiatowe girlandy tworzą atmosferę świętości. W Maduraju znajduje się słynna Świątynia Minakszi – kompleks poświęcony bogini Parwati i jej małżonkowi Śiwie. Miasto to było stolicą drawidyjskiej dynastii Pandjów w VI–IX w. oraz w XIII i XIV stuleciu. Niezwykłe wrażenie wywołują gopury (bramy w kształcie wysokiej wieży) z jaskrawymi rzeźbami, a także przepięknie zdobiona Mandapa Tysiąca Kolumn. Świątynia Minakszi należy do najważniejszych ośrodków kultu w całym Tamilnadu. Według tradycji śaktyzmu uważana jest za jedno z tzw. miejsc mocy. Podczas pobytu na terenie świątynnym rzeczywiście można poczuć niesamowitą energię.

 

Jeden z najświętszych obiektów w Indiach stanowi świątynia Ramanathaswamy położona na wyspie Pamban, nazywanej też Rameśwaram (ok. 150 km na południowy wschód od Maduraju). Zgodnie z legendą założył ją Rama (wcielenie boga Wisznu) po powrocie ze Sri Lanki. Niestety, w grudniu 1964 r. cyklon zniszczył w dużym stopniu zarówno budowlę, jak i pobliskie miasto Rameśwaram. Na najdalej wysuniętym na południe krańcu Indii leży z kolei Kanjakumari (dawniej Przylądek Komoryn) przyciągające pielgrzymów czczących boginię Kumari. Warto pamiętać, że w dniu pełni księżyca w miesiącu ćajtra według kalendarza indyjskiego (co wypada w marcu lub kwietniu) można w nim obserwować wschodzący księżyc i zachodzące słońce w tym samym czasie. Miejscowość znajduje się na przylądku Komoryn, w okolicy którego, jak się przyjmuje, Morze Arabskie spotyka się z Lakkadiwskim i Zatoką Bengalską, co może być dodatkową atrakcją dla osób zwiedzających zabytki sakralne Tamilnadu.

 

Warto jeszcze wspomnieć o mieście Tiruwannamalaj (ok. 185 km na południowy zachód od Ćennaju). Tutejszy ogromny zespół świątynny zajmuje powierzchnię 10 ha i zachwyca czterema gopurami wzniesionymi w okresie potęgi Imperium Widźajanagaru (XIV–XVII w.).

 

Świątynie w Tamilnadu są imponujące i zadziwiają swoją wielkością i architekturą. Warto zatrzymać się w tym stanie na dłużej, aby spróbować wczuć się w panującą wokół nich atmosferę. Podczas takiej wyprawy zawsze można na chwilę zboczyć z drogi i zajrzeć do nadmorskich enklaw, górskich kurortów czy rezerwatów przyrody.

 

IMG 8160

Zabytkowy zespół świątyń w Mahabalipuramie nad brzegiem Zatoki Bengalskiej

© MINISTRY OF TOURISM, GOVERNMENT OF INDIA/TAMIL NADU TOURISM

 

 

Uganda – prawdziwa perła Afryki

ANNA KRYPA
www.comeann.com

<< Wędrówka po tajemniczych Górach Księżycowych, spotkanie oko w oko z gorylami górskimi i jeden z najbardziej ekscytujących raftingów na świecie – to wszystko i znacznie więcej czeka na każdego podróżnika odwiedzającego Ugandę. Ten fascynujący kraj zaskakuje bogactwem przyrody i wspaniałymi krajobrazami. W jego tropikalnych lasach gdzieś zza mgieł wyłaniają się sylwetki dzikich zwierząt, które zdają się być praktycznie na wyciągnięcie ręki. >>

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA