MARIUSZ KAPCZYŃSKI
redaktor naczelny portalu Vinisfera.pl

 

<< Wielu Polaków podkreśla, że na Węgrzech czuje się bardzo dobrze i swojsko. Lubią w tym kraju wypoczywać, zwiedzać jego zabytki i raczyć się przysmakami tutejszej kuchni. Ojczyzna naszych bratanków kojarzy się im z papryką, gulaszem, salami, palinką, czardaszem, basenami termalnymi oraz… znakomitym winem. To właśnie ten szlachetny trunek posłuży nam tym razem za przewodnika. >>

Z roku na rok enoturystyka, tak w Europie, jak i na świecie, zdobywa sobie coraz więcej oddanych wielbicieli. Do najpopularniejszych kierunków należą rejony, w których tradycje winiarskie posiadają długą historię. Trudno się temu dziwić, ponieważ miłośnicy wina interesują się zarówno paletą jego smaków i aromatów, jak i procesami, które doprowadziły do wykształcenia się konkretnej kompozycji, a te trwają często wiele lat. Węgry stanowią idealne pole do takich poszukiwań.
Chciałbym przedstawić Państwu kilka najciekawszych węgierskich obszarów uprawy winnych krzewów. Mam nadzieję, że ten krótki opis zachęci Was, Drodzy Czytelnicy magazynu All Inclusive, do wizyty w gościnnym kraju Madziarów.

 

KRÓL WIN TOKAJ
Region winiarski Pogórza Tokajskiego (Tokaj-hegyaljai borvidék), znany Polakom i chętnie przez nich odwiedzany, uwodzi spokojem, łagodnym krajobrazem oraz – oczywiście – słynnymi na cały świat białymi winami. Wśród odmian wiedzie w nim prym furmint, a oprócz niego popularnością cieszą się też hárslevelű, sárga muskotály czy zéta. Wyjątkowe położenie w otoczeniu Gór Zemplińskich (Zempléni-hegység) i dwóch rzek – Bodrogu i Cisy oraz panujący tu mikroklimat sprawia, że w lokalnych winnicach rozwija się szlachetna pleśń – grzyb Botrytis cinerea. To dzięki niej winogrona lekko podsychają i zamykają pod skórką słodki aromatyczny miąższ, który staje się bazą do produkcji znakomitego gatunku aszú. Wino to na przestrzeni wieków doceniali europejscy władcy. Słynne stały się słowa króla Francji Ludwika XIV (1638–1715) na jego temat: vinum regum, rex vinorum („wino królów, król win”). Sentencję tę do dziś umieszcza się na etykietach butelek. Warto przekonać się osobiście o jakości tutejszych trunków i urządzić sobie wycieczkę po winnicach. Najlepiej przyjechać na którąś z miejscowych imprez, np. Tokaj-hegyaljai Szüreti Napok – Dni Winobrania Pogórza Tokajskiego, organizowane już po zbiorach jesienią (w tym roku w dniach od 2 do 4 października), albo festiwal Bor, mámor… Bénye w Erdőbénye, odbywający się w połowie sierpnia (najbliższa jego edycja od 13 do 16 sierpnia 2015 r.). Urozmaicają je degustacje, spotkania z winiarzami, warsztaty i bogaty program kulinarny.

FOT. TOKAJ.COM

Tereny słynnej winnicy Tokaj-Hétszőlő


     Można także zwiedzać winnice samodzielnie (po wcześniejszym zapowiedzeniu się). Warto zajrzeć m.in. do nowoczesnego producenta Disznókő. Budynki na jego plantacji winorośli zaprojektował znany węgierski architekt Dezső Ekler (ur. w 1953 r.). Z pobliskiego wzniesienia rozciąga się panorama całej malowniczej okolicy. Disznókő zaprasza również do otwartych piwnic i restauracji. Smakoszom w tym regionie polecam poza tym złożyć wizytę w miejscowości Tolcsva. Przy ulicy Lajosa Kossutha 14 (Kossuth Lajos utca 14), osiadły na Pogórzu Tokajskim Francuz Pascal Leeman prowadzi tutaj kameralną knajpkę Ős Kaján z wyśmienitym, a zarazem niebanalnym menu. Dla chętnych przygotowano też przytulne pokoje gościnne.

 

W STOLICY REGIONU I WOKÓŁ NIEJ
W tej części Węgier trzeba koniecznie odwiedzić zarówno takie klasyczne już winnice jak Patricius Borház, Château Dereszla, Füleky Pincészet Tokaj, Gróf Degenfeld Szőlőbirtok czy Sauska Tokaj, jak i te niewielkie, mniej popularne, a w nich porozmawiać z winiarzami, spróbować z nimi wina, poczuć chłód piwnic wykutych w tufowej skale i zobaczyć pokrywającą ściany niezwykłą, gęstą czarną pleśń (grzyb Cladosporium cellare). Ja zainteresowanym rekomenduję np. Sajgó Pincészet we wspomnianej wsi Tolcsva.
     Turyści najczęściej jako bazę wypadową do wypraw po okolicy wybierają 5-tysięczne miasteczko Tokaj. Dziś życie toczy się w nim dość wolno i spokojnie, ale kiedyś stanowiło ono wyraziste i prężnie rozwijające się centrum regionu (obecnie nadal uchodzi za jego stolicę) – to tu mieli swoje składy kupcy, stąd rzekami transportowano wino. Spacer po uroczych tokajskich uliczkach wśród sklepików z pamiątkami to sama przyjemność. Obowiązkowym punktem na liście turystycznych atrakcji są XV-wieczne Piwnice Rakoczego (Rákóczi Pince), największe w rejonie (ich korytarze mają razem 1,5 km), należące w przeszłości do królów i książąt węgierskich. Łatwo je znaleźć, bo stoi przed nimi charakterystyczny pomnik Bachusa z fontanną. Niedaleko placu Kossutha (Kossuth tér), przy ulicy Gábora Bethlena 7 (Bethlen Gábor utca 7), w dawnym domu greckich handlarzy winem, działa obecnie Muzeum Tokajskie (Tokaji Múzeum). Nie jest ono zbyt nowoczesne, ale zebrano w nim m.in. narzędzia winiarskie, dokumenty i wszelkie archiwa dotyczące tokajskiego trunku. Trzeba jednak pamiętać, że oprócz Tokaju ta część kraju ma do zaoferowania znacznie więcej. Winiarnie w miejscowościach Mád, Tarcal, Sárospatak czy Tolcsva to prawdziwy raj dla miłośników enoturystyki.

 

NA WULKANICZNYCH ZBOCZACH SOMLÓ
Somló to najmniejszy węgierski region winiarski, jednocześnie zupełnie unikatowy. Pośrodku płaskowyżu wznosi się tu nagle wulkaniczna góra, której zbocza porastają krzewy winorośli, nadające niesamowitego uroku krajobrazowi. Miejsce to nie jest popularne pod względem turystycznym, właściwie trafiają do niego przede wszystkim pasjonaci, lubiący odwiedzać małe winnice i próbować lokalnych niezwykłych wyrobów. W tej okolicy powstają głównie wina białe, w czterech najważniejszych odmianach: olaszrizling, furmint, hárslevelű oraz lokalnym juhfark. Cechują je wyjątkowe mineralne aromaty. Legenda głosi, że królowie cenili sobie tutejsze trunki, bo ich picie zapewniało im potomka płci męskiej.

  FOT. SOMLÓÉRT NONPROFIT KFT.

Najwyżej usytuowane winnice w Somló


     Spokojny region Somló nie posiada bogatej infrastruktury turystycznej. Do jednych z jego największych wytwórców należy firma Tornai, prowadząca również hotel i restaurację. Także inni winiarze oferują przyjezdnym pokoje lub domy gościnne (m.in. Fazekas Borpince, Spiegelberg Borpince lub Kolonics Pincészet). Odpoczynek w takim sielskim otoczeniu każdemu pozwoli odetchnąć od codziennych spraw.
     Pod koniec lipca 2012 r. w Somlóvásárhely, po południowej stronie wzgórza Somló, w połowie drogi na szczyt, otwarto mały sklep winiarski Somlói Borok Boltja posiadający szeroki wybór regionalnych produktów (ponad 150 rodzajów!). Zamówimy w nim też wino na kieliszki i zjemy posiłek. Dla klientów udostępniono także parking. Przedsięwzięcie to zasługuje na uwagę dlatego, że jest to bodaj jedyne miejsce w Somló, gdzie można kupić trunki z małych, niemal niedostępnych winiarni. Jego właścicielka Éva Cartwright przygotowuje dla chętnych specjalną degustację win, kontaktuje ich z winiarzami, a nawet pomaga znaleźć nocleg. Z tarasu sklepowego rozpościera się natomiast wspaniały widok na winnice.
     Zaciszne Somló ma swój niepowtarzalny, magnetyczny urok. Warto zatrzymać się tutaj choć na chwilę. Ja sam staram się to robić co najmniej raz w roku.

 

SMAK „EGERSKIEJ BYCZEJ KRWI”
Kolejny ważny punkt na winiarskiej mapie Węgier stanowi 55-tysięczne miasto Eger. Za najważniejszy  gatunek czerwonego wina uchodzi tu – oczywiście – egri bikavér („egerska bycza krew”), choć miejscowi winiarze od kilku lat intensywnie promują również jego biały odpowiednik – egri csillag („egerska gwiazda”, „gwiazda Egeru”). Dekady temu zalewające polski rynek tanie wersje „egerskiej byczej krwi” – niestety – mocno nadszarpnęły reputację tego trunku w oczach Polaków. Aby przekonać się, jak krzywdząca była ta opinia, trzeba wstąpić do kilku dobrych węgierskich winiarni.
     Większość turystów po przyjechaniu do miasta trafia do Szépasszony-völgy, czyli Doliny Pięknej Pani, gdzie znajdują się liczne piwnice z winem i gospody, a na każdym kroku usłyszymy cygańską muzykę na żywo. To tutaj ściągają największe tłumy, dlatego w poszukiwaniu bardziej autentycznych doznań lepiej chyba udać się gdzie indziej, np. odwiedzić Józsefa Simona, prawdziwego winiarza-sybarytę. Degustacje w jego piwnicach są już legendarne i potrafią trwać naprawdę długo: najpierw gospodarz zaprasza na próbowanie trunków prosto z beczek, a później donosi gościom nowe roczniki i butelki z eksperymentalnymi kompozycjami. Z kolei w Egerszalók (niedaleko Egeru) warto wstąpić do nowoczesnego i zadbanego lokalu przedsiębiorstwa St. Andrea Szőlőbirtok és Pincészet, gdzie spotkamy sympatycznego enologa Györgyego Lőrincza. Rozmowa z nim pozwala naprawdę pogłębić wiedzę o egerskim winiarstwie. Na trasie enoturysty nie powinno też zabraknąć Bolyki Pincészet és Szőlőbirtok. Wykuta w litej skale winiarnia święci w ostatnich latach prawdziwe tryumfy. Wielkie wrażenie robią w niej zwłaszcza dwa potężne skalne bloki, które kilka lat temu oderwały się od ścian wzgórza i zniszczyły zbiorniki z winem. Poza tym polecam odwiedzić także piwnice Vilmosa Thummerera, Lajosa Gála, Tibora Gála czy te należące do Demeter Pincészet.
     Najważniejszą imprezą winiarską w regionie jest odbywające się w pierwszej połowie lipca Święto Egerskiej Byczej Krwi (Egri Bikavér Ünnep). Festiwal organizowany zazwyczaj na głównym placu miasta – placu Istvána Dobó (Dobó István tér) ze względu na ładniejsze otoczenie i większą powierzchnię terenu został ostatnio przeniesiony do Ogrodu Arcybiskupiego (Érsekkert). Trwa on cztery dni, wypełnione degustacjami wina i specjałów lokalnej kuchni oraz koncertami, a wszystko to w fantastycznej wręcz atmosferze. Jego najbliższa edycja odbędzie się w dniach 9–12 lipca 2015 r.
     Sam niezmiernie zabytkowy Eger stanowi niemałą atrakcję dla turystów. Blisko wspomnianego placu Istvána Dobó znajdują się XIII-wieczny Zamek Egerski (Egri vár), piękny barokowy Kościół Minorytów czy neoklasycystyczna Bazylika. Wzrok przyciąga też smukły minaret – pozostałość po dawnym meczecie. Mierzy on 40 m, a na jego szczyt prowadzi 97 stopni. To najdalej na północ wysunięta budowla świadcząca o dominacji tureckiej na tych ziemiach w XVI i XVII w. Nie wolno zapomnieć, że Eger i jego okolice są znane z kąpielisk termalnych. Podczas wizyty w nich można się wspaniale zrelaksować w basenach z wodą o temperaturze ok. 40°C. Pierwsze termy zbudowali tu właśnie Turcy. Kiedy po degustacjach i zwiedzaniu poczujecie się głodni, zajrzyjcie do, moim zdaniem, najlepszej restauracji w mieście Macok Bisztró-Borbár. Za jej prawdziwe atuty uważam sezonowe menu, staranną selekcję win i świetną obsługę. Obok funkcjonuje także dobry hotel – Imola Hotel Udvarház.  

 

BADACSONY NAD WIELKIM JEZIOREM
W krajobrazie północnego brzegu jeziora Balaton (zbiornik ma 77 km długości i maksymalnie 14 km szerokości, żeby go objechać na rowerze, trzeba pokonać 195-kilometrową trasę) odznacza się charakterystyczna sylwetka powulkanicznej góry Badacsony z płaskim szczytem. Na jej bazaltowych zboczach krzewy winorośli rosną znakomicie, a miejscowe wina cechuje subtelny, mineralny smak. Nad Balatonem uprawia się przede wszystkim odmiany białe: olaszrizling, rajnai rizling, pinot gris (szürkebarát) czy typowo lokalną kéknyelű. W produktach tutejszych wytwórców można niemal przebierać, więc nawet spontaniczne wycieczki po tym rejonie zakończą się sukcesem. Jeśli jednak miałbym coś doradzić, to mój wybór padłby na winiarnię (i restaurację) bodaj najbardziej znanego w regionie winiarza Huby Szeremleya, prawdziwej legendy w swojej dziedzinie, jak również Villę Tolnay Szwajcara Philippa Osera i plantację Józsefa Laposy z Laposa Birtok.

FOT. MIDITOURIST/WWW.MIDITOURIST.HU

Widok na płaską górę Badacsony z miasteczka Badacsonytomaj


     Nad jeziorem nie brakuje małych restauracji i gospód oferujących wyjątkowe kulinarne doznania. Z myślą o turystach powstały tutejsze przystanie jachtowe, promenady, szlaki wycieczkowe i winiarskie. Wielbiciele pięknych krajobrazów powinni wejść na górę Badacsony (437,4 m n.p.m.). Na jej szczycie stoi wysoka na 18 m drewniana wieża, z której znakomicie widać całą okolicę. Rodziny z dziećmi będą się wyśmienicie bawić w parku wodnym Napfény Strand w Balatonlelle. Miłośnikom sielskich klimatów spodoba się półwysep Tihany z bajkową wioską o tej samej nazwie. Kilka kilometrów na zachód od wzgórza Badacsony leży inna, równie malownicza osada Szigliget, w której zwiedzimy piwnice oraz XIX-wieczny pałac słynnego węgierskiego rodu Esterházych (Eszterházych).
     Na spacer miejskimi uliczkami najlepiej udać się do urokliwej stolicy regionu 60-tysięcznego Veszprém lub 20-tysięcznego Keszthely słynącego z imponującego barokowego Pałacu Festeticsów. Kuracjusze tłumnie zjeżdżają natomiast do uzdrowiska Hévíz nad olbrzymie (ok. 4,4 ha powierzchni) ciepłe jezioro, którego wody mają właściwości lecznicze i osiągają temperaturę od 24°C zimą do 38°C latem.
     Turystów i miejscowych przyciągają w te strony również coroczne festyny winiarskie, chociażby organizowane w sierpniu Tygodnie Wina w Balatonfüred (Balatonfüredi Borhetek – w 2015 r. od 11 do 30 sierpnia). Na stoiskach w namiotach rozstawionych wzdłuż promenady można spróbować wielu rodzajów win oraz dań lokalnej kuchni (w tym obowiązkowej zupy rybnej halászlé). Z kolei jesienią po zbiorach w miasteczku Badacsonytomaj weźmiemy udział w święcie winobrania Badacsonyi Szüret (w tym roku od 11 do 13 września). Korzystaniu z tych wszystkich atrakcji sprzyja nad Balatonem znakomite zaplecze turystyczne. Znajdziemy tu zarówno dobrze wyposażone kempingi, przytulne pensjonaty, jak i komfortowe hotele, a degustacje regionalnych trunków połączymy z typowymi wakacyjnymi rozrywkami: orzeźwiającą kąpielą, żeglowaniem, wędkarstwem czy jazdą na rowerze.

 

VILLÁNY KONTRA SZEKSZÁRD
Na samym południu kraju, w łagodniejszym i cieplejszym klimacie, powstają, zdaniem wielu Węgrów (i nie tylko ich), najlepsze węgierskie wina czerwone. O palmę pierwszeństwa rywalizują tu między sobą dwa ośrodki winiarskie: Villány i Szekszárd. Żeby ocenić, który z nich na nią zasługuje, trzeba je odwiedzić samemu.
     Szekszárd to niewielkie (35-tysięczne), ale czarujące miasto z deptakiem, muzeami, kąpieliskiem i winiarniami, które są najcenniejszymi skarbami tego miejsca. Warto spróbować w nich win z takich szczepów jak kékfrankos czy arcytrudnej w uprawie kadarki. Świetnie też radzą sobie tutaj cabernet sauvignon bądź cabernet franc. Nie wszyscy wiedzą, że Szekszárd ma prawo produkować najbardziej znany trunek Egeru, czyli „byczą krew”, której nadano własną nazwę szekszárdi bikavér.
     Standardy i trendy winiarskie wyznaczają w tym mieście winiarze tacy jak Zoltán Heimann, Tamás Dúzsi, Ferenc Takler, Péter Vida, Csaba Sebestyén lub Ferenc Vesztergombi. Przy wielu winiarniach funkcjonują restauracje i pensjonaty, więc znalezienie noclegu nie powinno sprawiać problemu. Co roku, w trzeci weekend września odbywają się tu Dni Winobrania w Szekszárd (Szekszárdi Szüreti Napok) z wielobarwnym pochodem oraz koncertami muzyki ludowej. To doskonała okazja, aby spotkać się z lokalnymi wytwórcami i spróbować ich wyrobów. Warto zaznaczyć, że jest to jednocześnie ciekawy festiwal artystyczny. W 2015 r. będzie on miał miejsce od 17 do 20 września.

FOT. VILLÁNY-SIKLÓSI BORÚT EGYESÜLET/WWW.WINEROUTE.HU

Festiwal Wina Czerwonego (Vörösbor Fesztivál) w Villány


     Szekszárd dzieli od Villány ok. 70 km. To najdalej na południe wysunięty region winiarski Węgier. Enoturyści muszą koniecznie zwiedzić pobliski urzekający urodą 150-tysięczny Pecz (Pécs), którego historia sięga czasów Cesarstwa Rzymskiego. Do jego najciekawszych zabytków zalicza się meczety, romańską Katedrę Świętych Apostołów Piotra i Pawła czy stare Piwnice Biskupie (Pécsi Püspöki Pincészet), oferujące degustację wina. Dobrą bazę wypadową stanowi też miejscowość Harkány z  niedrogimi noclegami.
     Szlachetne trunki z Villány są ekstraktywne, pełne aromatów i smaków. Dominują wina czerwone, wytwarzane z takich odmian jak kékoportó, kadarka, kékfrankos, merlot, cabernet franc czy cabernet sauvignon. Gatunki białe powstają ze szczepów olaszrizling, traminer, hárslevelű i chardonnay. Do tutejszych wartych wymienienia producentów należą na pewno József Bock, Zoltán Polgár, Attila Gere, Csaba Malatinszky oraz Béla Jekl.
     Jak widać, kraj naszych bratanków nie bez powodu uchodzi za idealny (w dodatku bliski nam!) zakątek świata do uprawiania enoturystyki. Oferuje nie tylko rozkosze podniebienia, lecz także wiele innych atrakcji. Zaprasza do swoich historycznych miast i sielskich wiosek położonych wśród zielonych wzgórz, zachęca do poznania kultury serdecznych Madziarów. Nie dajmy się więc dłużej prosić. Ruszajmy na Węgry!

Artykuły wybrane losowo

Panama – na skrzyżowaniu Ameryk

GRZEGORZ MAŁYGA

 

Chcąc przebyć ten środkowoamerykański kraj z zachodu na wschód, od granicy z Kostaryką po Kolumbię, trzeba pokonać niemal tysiąc kilometrów. W najwęższym miejscu natomiast wody atlantyckie i pacyficzne, omywające piaszczyste plaże i wiecznie zielone lasy namorzynowe, oddziela od siebie jedynie 50-kilometrowy pas lądu. Z pewnością położenie i ukształtowanie geograficzne są jednymi z wielkich atutów Panamy i sprawiły, że właśnie na jej obszarze stało się możliwe wybudowanie transoceanicznego kanału. Lecz nawet jeśli nie jest się kapitanem wielkiej jednostki pływającej, korzystającym z udogodnień morskiego skrótu, warto odwiedzić ten piękny kraj i podziwiać jego liczne atrakcje turystyczne!

2490 kilometrów urozmaiconego wybrzeża, ponad tysiąc wysp i wysepek dla wielbicieli wodnych atrakcji, spowite w chmurach wulkaniczne szczyty i obszary dzikiego lasu deszczowego dla żądnych przygód wędrowców, a do tego wszystkiego kolonialna architektura (Panama Viejo i historyczna dzielnica stolicy Panamy oraz fortyfikacje nad Morzem Karaibskim – Portobelo i San Lorenzo) wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO oraz – oczywiście – słynny Kanał Panamski, który zafascynuje nie tylko miłośników techniki. Poza tym spotkamy tutaj także niepowtarzalną mieszankę ludzi, którzy właśnie w tym środkowoamerykańskim kraju znaleźli swoje miejsce na ziemi.

Więcej…

Z wizytą na rajskim Zanzibarze

EWA WORSOWICZ

                                                                                    

Afryka od lat fascynuje podróżników z całego świata. To kontynent pełen kontrastów – jego wybrzeże oblewają szmaragdowy Ocean Indyjski i błękitny Atlantyk, rajskie plaże pokrywa biały jak mąka piasek, wśród krytych strzechą z palmowych liści domków dla gości unosi się atmosfera błogiego relaksu, a jednocześnie wielu Afrykańczyków żyje w biedzie i nie ma szans na polepszenie swojej sytuacji. Właśnie za te skrajności Czarny Ląd można kochać lub go nienawidzić.

Więcej…

Gwatemala – serce świata Majów

HANNA BORA

www.sledznas.pl

<< Gwatemala to z pewnością jeden z najciekawszych krajów Ameryki Centralnej. Zachwyca wielką różnorodnością. Można tu zagubić się w bujnym tropikalnym lesie podczas odkrywania pozostałości cywilizacji Majów, wspinać się na majestatyczne wulkany, kąpać się w turkusowych wodospadach, odwiedzać kolonialne miasta i kolorowe targi. Nic dziwnego, że to miejsce staje się coraz bardziej popularnym celem podróży dla turystów z całego świata. Zdecydowanie warto wybrać się do Gwatemali. >>

 

Wzniesiony pod koniec XVII stulecia Łuk Świętej Katarzyny w mieście Antigua

© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

Ten kraj graniczy z Meksykiem, Belize, Hondurasem i Salwadorem. Ma wybrzeże zarówno nad Morzem Karaibskim, jak i nad Pacyfikiem. Przez terytorium Gwatemali przebiega łańcuch Kordylierów Południowych z licznymi wulkanami.

Nasza wyprawa do tej części Ameryki Centralnej była niezapomnianym przeżyciem. Czas spędzaliśmy na trekkingach i wycieczkach do gwatemalskich cudów natury. Z zainteresowaniem poznawaliśmy też miejscową kulturę – podziwialiśmy pozostałości cywilizacji Majów i odkrywaliśmy zwyczaje ich potomków.

 

WYBUCHOWA NOC

Jest chłodna noc. Kulimy się w naszych śpiworach w namiocie. Na szczęście mamy ze sobą jeszcze koc. Po zachodzie słońca temperatura znacząco spadła. Zerkam na zegarek. Jest dopiero 21.00, do pobudki pozostało ponad 7 godz. Staram się zasnąć. Jednak kiedy tylko zapadam w sen, wyrywa mnie z niego potężny huk. Potem jeszcze przez dłuższą chwilę słychać spadające kamienie. Tej nocy powtórzy się to kilka razy.

Przed naszym namiotem co kilkadziesiąt minut rozgrywa się niesamowite widowisko. Mamy świetny widok na szalejący Wulkan Ognia (Volcán de Fuego, 3763 m n.p.m.) – najbardziej aktywny w Ameryce Centralnej i jeden z niemal 40 znajdujących się w Gwatemali. To niezwykłe doświadczenie. Zanim położyliśmy się spać, wpatrywaliśmy się zahipnotyzowani w gęste obłoki dymu i rozżarzone strumienie lawy spływające po zboczach. Potęga natury jednocześnie przeraża i zachwyca. Trudno od tego spektaklu oderwać wzrok.

Budzimy się o 4.00. Zziębnięci próbujemy ogrzać się kawą przy ognisku. Przed nami ostatni odcinek szlaku na wulkan Acatenango. Spieszymy się, żeby zobaczyć z jego szczytu wschód słońca. Drogę już znamy. Poprzedniego dnia dotarliśmy do naszego obozowiska wczesnym popołudniem i postanowiliśmy wejść na wierzchołek na zachód słońca. Tym razem jednak idzie się trudniej. Panuje zupełny zmrok rozświetlany jedynie światłem naszych czołówek. Przystajemy, kiedy słyszymy głośniejsze pomruki wulkanu, żeby nie ominąć kolejnego wybuchu. Po nieprzespanej nocy bardziej dokucza nam wysokość. Wspinamy się na 3976 m n.p.m.

Gwiazdy powoli bledną i robi się coraz jaśniej. Niebo zaczyna się mienić kolorami. Pomiędzy chmurami przebłyskują światła okolicznych miast. Do wierzchołka niewiele nam już brakuje. Na szczycie spotykamy inne grupy turystów. Poprzedniego wieczoru byliśmy tu sami. Teraz jednak chętnych do podziwiania tego niezwykłego spektaklu jest znacznie więcej. Obecnie dla wielu osób ta nocna wędrówka to największa atrakcja Gwatemali, a w pobliskiej Antigui działa kilkanaście agencji organizujących grupowe trekkingi. Można też dojechać do wioski La Soledad i w niej znaleźć lokalnego przewodnika lub wybrać się w góry samemu, o ile ma się odpowiednie doświadczenie w wyprawach wysokogórskich.

Wschód rzeczywiście jest spektakularny. Słońce wstaje nad kolejnym szczytem – Wulkanem Wody (Volcán de Agua, 3760 m n.p.m.). Jego promienie tańczą pomiędzy chmurami i dodają kolorom ciepła. Fuego wciąż wykazuje aktywność i wypuszcza spore kłęby dymu. Nie musimy się nigdzie spieszyć, więc spokojnie obchodzimy krawędź krateru, podziwiając widoki. Przed nami rozciągają się łańcuchy górskie, leżą jeziora, miasta i mniejsze wioski. W pewnym momencie możemy nawet dostrzec imponujący cień wulkanu. Poza nami nie ma już prawie nikogo. Jest naprawdę magicznie.

Schodzimy też do środka krateru, gdzie znajduje się nieduża, prosta chata. Niewielkie refugio („schronisko”) imienia doktora Axela Carranzy zbudowano tutaj w 2017 r. po tym, jak sześcioro turystów (w tym wspomniany gwatemalski chirurg) zginęło na wulkanie z powodu nagłego załamania pogody. Warunki tego dnia były fatalne – opowiada nam Alberto, spotkany na górze lokalny przewodnik. Radziliśmy im, żeby zawrócili, ale nie chcieli zrezygnować. Wieczorem zerwał się silny wiatr, który porwał ich namioty. Temperatura spadła poniżej zera i większość z nich zmarła z wyziębienia. Mamy nadzieję, że nigdy więcej nie dojdzie do takiej tragedii. Słuchamy jego słów w milczeniu i przyglądamy się tablicom pamiątkowym. Góry są nieprzewidywalne i uczą człowieka pokory.

W drodze powrotnej z wulkanu ekscytacja powoli ustępuje w nas miejsca zmęczeniu. Napakowane ciepłymi ubraniami plecaki ciążą, mięśnie zaczynają się buntować. Zejście zawsze wydaje nam się bardziej monotonne i mozolne, nawet jeśli trwa krócej. Mijamy liczne grupy turystów wdrapujących się na szczyt. Niektórzy wypytują nas o wrażenia. Potwierdzamy, że Wulkan Ognia jest bardzo aktywny i można liczyć na pokaz naturalnych fajerwerków. Sami marzymy już tylko o tym, żeby się położyć i odpocząć.

 

MIASTO W CIENIU WULKANÓW

Na odpoczynek ruszamy do dawnej stolicy hiszpańskiej kolonii Capitanía General de Guatemala (z lat 1540–1776). Antigua (Antigua Guatemala) sprawia wrażenie, jakby czas się w niej zatrzymał. Niska zabudowa, brukowane uliczki, kolonialne budynki w różnych kolorach i dachy pokryte czerwoną dachówką zachwycają turystów. Poza tym rozpościerają się stąd wspaniałe widoki na trzy wulkany: Ognia, Wody i Acatenango. To malownicze położenie dodaje miastu uroku, ale bywało też źródłem nieszczęść. Antigua była wielokrotnie nękana przez trzęsienia ziemi. W 1773 r. została zniszczona niemal doszczętnie, a trzy lata później zarządzający kolonią zadecydowali o przeniesieniu stolicy. Śladami po tym dramatycznym wydarzeniu są liczne ruiny barokowych kościołów. Ich popękane mury przypominają o nieustannym zagrożeniu.

Na spacer po mieście najlepiej wybrać się rano, kiedy ulice wciąż pozostają puste i dopiero budzą się do życia. Łatwiej wtedy wypatrzyć najbardziej klimatyczne zaułki i detale, które składają się na wyjątkowy charakter tego miejsca. Dzień zaczynamy od typowego gwatemalskiego śniadania – desayuno chapín („śniadania mistrzów”). Na stole pojawiają się: jajecznica, pasta z czerwonej fasoli, smażone banany, plasterki awokado, kawałek białego sera i oczywiście tortille – bez nich w Gwatemali nie ma posiłku. Nie sposób się nie najeść. Do tego wypijamy czarną kawę. W końcu to główny towar eksportowy kraju. Niestety, ta podawana w ulicznych jadłodajniach lub na targu zazwyczaj nie jest zbyt mocna.

Po dodającym mnóstwa energii posiłku włóczymy się wąskimi uliczkami i obserwujemy życie mieszkańców, którzy powoli gromadzą się na licznych placach. Z zachwytem patrzymy na tradycyjne, niezwykle kolorowe stroje kobiet. Kierujemy się w stronę żółtego Łuku Świętej Katarzyny (Arco de Santa Catalina). To najbardziej charakterystyczny punkt miasta i jedna z wizytówek Gwatemali. Kawałek za nim znajduje się piękny barokowy Kościół Miłosierdzia (Iglesia de la Merced) ukończony w 1767 r. Siadamy na ławce i przypatrujemy się misternym, białym zdobieniom. Zaraz obskakuje nas grupka dzieciaków próbujących sprzedać nam plecione bransoletki, kolorowe torebki i zabawki. Grzecznie odmawiamy, ale młodzi handlarze nie dają za wygraną i wpatrują się w nas dużymi, ciemnymi oczami. Trudno się nie złamać.

Obowiązkowym punktem na trasie zwiedzania Antigui jest Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz). Prowadzi na nie rząd schodów, ale na górę można wjechać też taksówką lub samochodem. Kilka lat temu to miejsce nie cieszyło się najlepszą sławą. Podobno zdarzały się tu napady na turystów. Obecnie od rana do zmierzchu patrole policyjne pilnują porządku w okolicy. Na wzgórzu jest spokojnie, spotyka się na nim sporo zakochanych par wymieniających czułości i rodzin z dziećmi. Z Cerro de la Cruz rozciąga się imponująca panorama miasta z Wulkanem Wody w tle. Dopiero stąd widać idealny plan ulic układających się w szachownicę. W środkowym punkcie znajduje się Park Centralny (Parque Central) otoczony najważniejszymi budynkami i przytulnymi kawiarniami. Oglądanie Antigui ze wzgórza to idealne uzupełnienie zwiedzania. Rozpoznajemy odwiedzone wcześniej miejsca i odnajdujemy te, które przez przypadek ominęliśmy.

Pomimo zniszczeń miasto zdołało zachować swój unikatowy, kolonialny charakter. W 1979 r. zostało wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Obecnie Antigua jest jednym z najchętniej odwiedzanych miejsc nie tylko w Gwatemali, ale i całej Ameryce Centralnej. Wielu turystów postanawia zatrzymać się w niej na dłużej. Nie brakuje tu eleganckich hoteli z pięknymi dziedzińcami, budżetowych hosteli, szkół językowych, sklepów z pamiątkami i organiczną żywnością. Mamy wrażenie, że wymyślnych restauracji działa w mieście znacznie więcej niż tanich jadłodajni. Osobom zainteresowanym lokalnym kolorytem polecamy wizytę na głównym targowisku. Tuż za nim znajduje się dworzec, gdzie możemy zobaczyć swoistą wystawę kolejnego symbolu Gwatemali. Lśniące i jaskrawo pomalowane chicken busy są nieodłącznym elementem krajobrazu tego kraju. To stare szkolne autobusy z USA, które otrzymały szansę na nowe życie i sprawdzają się na najtrudniejszych drogach Ameryki Centralnej. Nie sposób ich nie zauważyć. Mienią się wszystkimi kolorami tęczy. Kierowcy wykazują się dużą kreatywnością przy dekorowaniu swoich wehikułów. Często też nadają im imiona, polecają opiece świętych i opatrzności Bożej.

Przejażdżka takim pojazdem to prawdziwa przygoda. Pasażerowie upychani są do granic możliwości, nie zdarza się, żeby dla kogoś zabrakło miejsca. Bagaże i wszelkiego rodzaju pakunki lądują na dachu. Niektórzy przewożą też zwierzęta, głównie kury. Właśnie stąd najprawdopodobniej wzięła się popularna, angielska nazwa. Kiedy nieustraszony kierowca mknie po górskich serpentynach, jego pomocnik wykrzykuje nazwę docelowego miasta, aby wyłapać kolejnych podróżnych. Wtóruje mu donośnie klakson. Czas przejazdu umilają pasażerom ulubione piosenki kierowcy (puszczane z głośników najgłośniej jak się da) oraz niekończące się korowody sprzedawców oferujących przekąski, napoje i masę niepotrzebnych przedmiotów wszelkiej maści.

 

Stożek aktywnego wulkanu Acatenango nocą

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

NAJPIĘKNIEJSZE JEZIORO ŚWIATA

Jeszcze zanim wyjechaliśmy z Antigui nad jezioro Atitlán, zdążyliśmy wiele o tym miejscu usłyszeć. Na cały świat rozsławił je angielski pisarz Aldous Huxley, autor wydanej w 1932 r. powieści Nowy wspaniały świat. To właśnie on stwierdził, że jest najpiękniejszym jeziorem na ziemi i tę opinię do dziś powtarzają niemal wszystkie przewodniki i foldery turystyczne. Od wielu osób słyszeliśmy o malowniczym położeniu, kolorowych majańskich wioskach rozsianych wzdłuż brzegów i niezwykłej energii, która nie pozwala szybko stąd wyjechać. Zazwyczaj podchodzimy do takich zachwytów sceptycznie. Pozwala nam to uniknąć zbędnych rozczarowań. Jednak już na krętej, prowadzącej stromo w dół drodze zaczęliśmy rozumieć, skąd wzięły się te entuzjastyczne oceny. Chcąc nie chcąc, sami ulegliśmy w końcu magii tego miejsca.

Na czym polega urok tej okolicy? Na ten temat krąży wiele legend. Według jednej z nich w czasach konkwisty hiszpański żołnierz zakochał się w pięknej majańskiej dziewczynie, którą ujrzał nad brzegiem jeziora. Niestety, jego wybranka nie zwracała na niego uwagi. Wybrał się więc do lokalnej szamanki z prośbą o pomoc. Otrzymał od niej pierścień i zapewnienie, że jeśli dziewczyna go założy, jej serce będzie należało do niego. Tak rzeczywiście się stało. Choć zakochana para spotykała się potajemnie, wkrótce o związku dowiedział się dowódca oddziału i wpadł w szał. Swojego podwładnego wtrącił do więzienia, a dziewczynę skazał na śmierć. Tuż przed egzekucją zauważył na jej dłoni pierścień. Postanowił go zatrzymać. Po kilku dniach zaczął jednak odczuwać niepokojące przywiązanie do niepokornego żołnierza. Nie potrafił nad nim zapanować. Którejś nocy wypłynął łódką na środek jeziora i wyrzucił pierścień do wody. Od tej pory Atitlán rzuca czar na każdego, kto na nie spojrzy.

Jezioro leży na wysokości ponad 1500 m n.p.m. i wypełnia rozległą kalderę, która powstała w wyniku wybuchu wulkanu ok. 85 tys. lat temu. Ma powierzchnię 130 km2. Otaczają je góry i trzy wulkaniczne szczyty: Atitlán (3537 m n.p.m.), Tolimán (3158 m n.p.m.) i San Pedro (3020 m n.p.m.). Głównym miasteczkiem w okolicy jest Panajachel (w skrócie Pana). W latach 60. XX w. upodobali je sobie hippisi. To najłatwiej dostępne, ale też najbardziej turystyczne miejsce w tym rejonie. Wystarczy jednak wsiąść w wodną taksówkę, aby przenieść się do jednej ze spokojniejszych miejscowości. San Pedro La Laguna cieszy się popularnością wśród osób młodych. Można znaleźć tutaj najtańsze noclegi, szkoły języka hiszpańskiego oraz wiele restauracji i barów czynnych do późna. San Juan La Laguna przyciąga artystów, a San Marcos La Laguna – praktykujących jogę i medytację. Warto wybrać się też do miasta Santiago Atitlán, gdzie można odwiedzić lokalny targ, a także majańskiego boga Maximóna. To nieoficjalny gwatemalski święty, którego drewnianą figurę przyozdabia bandana i kapelusz. Wiele osób zwraca się do niego z prośbami, a w zamian za ich spełnienie zostawia mu pieniądze, alkohol lub papierosy. Atitlán to świetne miejsce na spotkanie z kulturą i tradycjami współczesnych Majów.

Osoby zafascynowane dawnym majańskim imperium powinny zajrzeć pod wodę. W 1996 r. biznesman i nurek Roberto Samayoa natknął się w jeziorze na nietypowe znalezisko. Odkrył podwodne miasto – prawdziwą Atlantydę Majów. Nazwał je Samabaj. Początkowo nikt mu nie wierzył. Po pewnym czasie jednak okazało się, że jego odkrycie jest unikatowe na skalę całej Mezoameryki. Rozpoczęto więc prace archeologiczne. Na ich podstawie badacze doszli do wniosku, że wcześniej była tu niewielka wyspa, która została zatopiona ok. 2 tys. lat temu w wyniku naturalnej katastrofy, takiej jak wybuch wulkanu.

 

TARGOWISKO RÓŻNOŚCI

W niedzielę wybieramy się do Chichicastenango. Leży zaledwie godzinę drogi od jeziora. Na pierwszy rzut oka miasto nie wyróżnia się niczym szczególnym. Jednak dwa razy w tygodniu – w czwartki i niedziele – jego ulice wypełniają się gwarem, kolorami i zapachami, gdy zamieniają się w ogromne targowisko. Można tutaj kupić wszystko. Stragany uginają się od towarów, na wieszakach powiewają pięknie haftowane bluzki (huipiles). Do tego aż roi się od barwnych chust, pasów, toreb i plecaków, wszelkiego rodzaju figurek, obrazków… Łatwo dostać oczopląsu od tych wszystkich kolorów. Targ w Chichi przyciąga jak magnes turystów poszukujących pamiątek z podróży. Z tego względu ceny często są na nim dość mocno zawyżone i trzeba się targować. Targowisko ma jednak też swoją mniej turystyczną stronę – pojawiają się na nim liczne stoiska z warzywami, owocami, ziołami i przyprawami, na których zaopatrują się mieszkańcy okolicznych wiosek.

W samym sercu miasteczka znajduje się Kościół św. Tomasza z Akwinu (Iglesia de Santo Tomás de Aquino). Prowadzi do niego 18 stopni. Zanim na te tereny przybyli Hiszpanie, były to schody majańskiej świątyni. Każdy stopień symbolizuje jeden miesiąc z kalendarza Majów. Nawet dziś można na nich spotkać lokalnych szamanów odprawiających tradycyjne rytuały. Schody okupują również kobiety sprzedające kwiaty, które wierni składają w ofierze. Wszędzie unosi się zapach kadzidła. Choć z zewnątrz kościół nie różni się specjalnie od innych katolickich świątyń, obrzędy odprawiane w środku zupełnie nie przypominają tych powszechnie znanych. Wnętrze jest ciemne, oświetlone jedynie wątłymi płomieniami świeczek. Słyszymy ludzi mruczących modlitwy. Przyglądamy się z zafascynowaniem. Turyści są w kościele mile widziani. Pod żadnym pozorem jednak nie można w nim robić zdjęć.

 

Naturalne turkusowe baseny tworzące niezwykły wodospad Semuc Champey

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

DACH AMERYKI CENTRALNEJ

Kolejnym przystankiem na naszej trasie jest drugie największe miasto Gwatemali – Quetzaltenango, znane też jako Xelajú lub Xela. Nie wygląda ono tak ładnie i fotogenicznie jak Antigua. Spotyka się też w nim zdecydowanie mniej turystów. Nam jednak się tutaj podoba. Włóczymy się bez celu ulicami i zaglądamy na miejscowy targ. Na obiad wstępujemy do gwarnej jadłodajni, gdzie podaje się głównie kurczaka w przeróżnej postaci. Między stołami biegają psy czyhające na smaczne kąski. Najwięcej czasu spędzamy na… cmentarzu. Jest ogromny – przypomina miasto w mieście, barwne i malowniczo otoczone wulkanami. Nie brakuje na nim dostojnych, marmurowych grobowców, w których spoczywają najważniejsze lokalne osobistości. Najwięcej tu jednak wielopiętrowych, kolorowych krypt.

W mieście nie zostajemy długo. Wyruszamy na kolejny wulkan. Wznoszący się na 4220 m n.p.m. Tajumulco to najwyższy szczyt nie tylko Gwatemali, ale i całej Ameryki Centralnej. Trasa nie jest trudna i spokojnie można ją pokonać w obie strony w jeden dzień. Postanawiamy jednak spędzić noc na szczycie, żeby obejrzeć z niego zachód i wschód słońca. Mamy namiot, karimaty, śpiwory i sporo ciepłych ubrań. Początkowy odcinek stanowi monotonna, brukowana droga. Jesteśmy na trasie sami. Gdy przechodzimy wzdłuż pól kukurydzy, spotykamy miejscową rodzinę. Pozdrawiają nas życzliwie i życzą powodzenia. Ścieżka powoli zaczyna się piąć w górę. Szlak nie jest oznaczony. Kilka razy z niego zbaczamy i przedzieramy się przez krzaki. Trudno jednak byłoby się tutaj zgubić. Cały czas widzimy wyraźnie przed sobą wierzchołek wulkanu.

Na szczyt docieramy po 5 godz. Jesteśmy zmęczeni i lekko rozczarowani, bo wręcz toniemy w chmurach. Z pięknych widoków nici. Rozstawiamy namiot i przez chwilę walczymy z pokusą, żeby zaszyć się w środku i odpocząć. Na szczęście zwycięża nasza silna wola. Tuż przed zachodem słońca część chmur się rozchodzi i możemy podziwiać cały łańcuch wulkaniczny Gwatemali. Po chwili słońce zaczyna opadać coraz niżej, a niebo rozpalają odcienie czerwieni. Jak zauroczeni wpatrujemy się w magiczny spektakl natury.

Kryzys przychodzi nocą, kiedy zaczynamy odczuwać skutki braku aklimatyzacji. Organizm się buntuje. Głowa pulsuje i nie daje zasnąć. Po kilku godzinach przerywanego snu budzą nas głosy przed namiotem. Okazuje się, że tego dnia na wulkan wybrała się też spora grupa prowadzona przez organizację Quetzaltrekkers. Trzęsąc się z zimna, zbieramy się na wschód słońca. Niestety, nie jest już tak spektakularny jak zachód.

 

OAZA W ŚRODKU TROPIKALNEGO LASU

Po zdobyciu dachu Ameryki Centralnej należy nam się odpoczynek. Możemy wybrać się na wybrzeże Pacyfiku, wyruszamy jednak nad wodospad Semuc Champey. Turkusowe kaskady otoczone gęstym lasem tropikalnym wydają nam się bardziej atrakcyjne niż plaża i palmy. Jedynym wyzwaniem jest dojazd. Ten cud natury znajduje się w odległym rejonie (w departamencie Alta Verapaz), a prowadząca do niego kręta, wyboista droga przecina serpentynami góry. Dla nas brzmi to zachęcająco. Ruszamy w stronę miasta Cobán. Po godzinie jazdy utykamy w sznurze samochodów. Dalej nie dojedziecie – informuje nas jeden z czekających kierowców. Droga jest zamknięta przez protesty. Otworzą ją dopiero po południu. Tego nie przewidzieliśmy. Staramy się rozeznać w sytuacji – może znajdziemy jakiś objazd? Miejscowi kręcą głowami. Nie mamy szans przejechać, wszystko jest poblokowane. Pozostaje nam czekać. W centrum wydarzeń znajduje się kilkunastoosobowa grupa z megafonem. Wytykają władzom pazerność i korupcję. Przyglądamy się protestującym i czytamy hasła z ich żądaniami. Są przyjaźnie nastawieni, uśmiechają się. Podpytują nas o Polskę i opowiadają o swojej sytuacji. Bardzo dużo płacimy za prąd. Nie powinno tak być! – słyszymy od kilku osób. Niektórzy mówią nam jednak, że protesty są ustawione, a mieszkańcy wiosek otrzymują wynagrodzenie za blokowanie dróg. Za to my tracimy przez nich pieniądze, bo nie dowieziemy towarów na czas – narzeka jeden z mężczyzn.

Po 14.00 droga zostaje w końcu odblokowana. Ruszamy dalej. Krajobrazy wokół nas stają się coraz bardziej imponujące. Przejeżdżamy przez porośnięte gęstą zielenią góry. Zabudowań jest znacznie mniej. Z oddali dociera do nas huk rzeki Cahabón. Przepływa przez okoliczne doliny, aż nagle znika pod naturalnym wapiennym mostem. Na jego powierzchni powstały baseny wypełnione krystalicznie czystą wodą, która przelewa się między nimi, tworząc dziesiątki strumieni i wodospadów. Tak właśnie wygląda Semuc Champey. Najładniej prezentuje się z góry. Wchodzimy w głąb tropikalnego lasu i wspinamy się stromą ścieżką na punkt widokowy. W powietrzu unosi się wilgoć. Choć trasa nie jest ani specjalnie trudna, ani długa, pot leje się z nas strumieniami. Nie możemy się już doczekać chwili, gdy zanurzymy się w przejrzystej wodzie. W basenach można spędzić cały dzień na przepływaniu z jednego do drugiego, korzystaniu z naturalnych zjeżdżalni i skakaniu z wysokich półek skalnych. To prawdziwa oaza i idealne miejsce na odpoczynek.

 

Świątynia II (Świątynia Masek) w dawnym majańskim mieście Tikal

©© JACEK ŚLEDZIŃSKI/WWW.SLEDZNAS.PL

 

ŚLADAMI MAJÓW

Gwatemala to dawne serce imperium Majów. Porośnięta gęstym lasem nizina Petén położona na północy kraju zajmuje mniej więcej 33 proc. jego powierzchni. Jednocześnie stanowi najrzadziej zaludniony gwatemalski region. To właśnie tutaj ukryte są ruiny dawnych miast. Najsłynniejszym z nich jest Tikal. Turystów wpuszcza się na jego teren od godziny 6.00. Wstajemy jeszcze przed wschodem słońca, żeby zdążyć przed większymi grupami odwiedzających. Gęsty las powoli budzi się do życia. Ciszę rozdzierają głośne wołania wyjców. Najpierw kierujemy się do Świątyni IV (Świątyni Dwugłowego Węża) – najwyższej, na którą można się wspiąć (prawie 70 m). Wpatrujemy się w kolejne piramidy wyłaniające się pomiędzy koronami drzew. Wciąż spowite są poranną mgłą, która jeszcze nie zdążyła opaść.

Tikal uważany jest za ważny ośrodek dawnego państwa Majów. Okres jego największego rozkwitu przypadł na VII–VIII w. Co ciekawe, już niecałe 200 lat później z nieznanych przyczyn miasto zostało opuszczone i zapomniane. Dopiero w XVII stuleciu odkryli je hiszpańscy misjonarze. Jego centrum zajmuje Wielki Plac (Gran Plaza) ze słynną Świątynią Wielkiego Jaguara (Świątynią I) i zabudowaniami Akropolu. Kontynuujemy spacer między ruinami i docieramy do placu o wymownej nazwie Zaginiony Świat (Mundo Perdido). Kompleks obejmuje kilka świątyń. Dawniej prowadzono tu także obserwacje astronomiczne. Przysiadamy na kamiennych stopniach i wsłuchujemy się w szept historii. Choć Tikal to niewątpliwie jedna z największych atrakcji turystycznych Gwatemali, w niektórych miejscach jesteśmy sami. Towarzyszą nam jedynie dzikie zwierzęta takie jak zabawne ostronosy, małpy czepiaki i różne gatunki egzotycznych ptaków.

 

Wydanie Wiosna 2018