Z naszą rodaczką Luizą Nowakowską, dyrektorką biura podróży UNIQ Travel z Australii, rozmawia Michał Domański.


Jak to się stało, że trafiła Pani aż na antypody? Dlaczego wybór padł właśnie na odległą „Krainę Oz”?  

Do oddalonej od Polski o ok. 20 godz. lotu krainy kangurów przyciągnęły mnie sprawy sercowe. Mój obecny mąż był już mieszkańcem Australii od wielu lat. Poznaliśmy się w Polsce podczas jego kilkuletniego pobytu w ojczyźnie. Wielokrotnie słyszałam od niego opowieści o tym słonecznym kontynencie, zrelaksowanym stylu życia mieszkańców, błękitnym oceanie, doskonałych winach i wspaniałej kuchni… Kiedy po raz pierwszy przyjechaliśmy razem na wakacje na antypody, zrozumiałam, dlaczego tak bardzo fascynuje go to miejsce. Kilka lat później przeprowadziliśmy się do Australii Południowej. I tak już prawie od dziesięciu lat mieszkam na końcu świata z Tomkiem w krainie kangurów...

 

Dlaczego związała Pani swoje życie z branżą turystyczną? Jak powstało biuro UNIQ Travel?

Moja kariera zawodowa (zarówno w Polsce, jak i Australii) związana była z marketingiem. Liczne biznesowe i prywatne podróże po świecie stanowiły dla mnie inspirację do rozpoczęcia przygody z branżą turystyczną. Ale ostatecznie zadecydowała o tym praca w Australian Tourism Commission… Polegała ona na promowaniu tego wspaniałego miejsca i natchnęła mnie do założenia własnej firmy oraz dzielenia się nabytą wiedzą z turystami przyjeżdżającymi do Australii. Bogate doświadczenia, kontakty i dostęp do ważnych informacji branżowych pomogły mi w przygotowaniu ofert zaspokajających nawet najbardziej wymagających klientów.

 

Czy trudno jest pracować w turystyce w Australii? Czym się charakteryzuje tamtejszy rynek?

Według mnie jest on bardzo specyficzny. W Australii nie ma lotów czarterowych, a wielkość tego kontynentu uniemożliwia zobaczenie wszystkich jego głównych atrakcji w czasie jednego 14-dniowego pobytu. Coraz więcej turystów to tzw. experience seekers, czyli osoby, które chcą zaznać i doświadczyć prawdziwej Australii – tajemniczej kultury aborygeńskiej, spieczonego słońcem, bezkresnego Outbacku, wielonarodowej kuchni, a nie tylko przejść się wokół zatoki w Sydney.   

                Jeśli mogłabym coś doradzić podróżnikom planującym 2- czy 3-tygodniową wyprawę na australijską ziemię, byłoby to skupienie się podczas takiej wycieczki na 3–4 najbardziej interesujących ich miejscach. Jest to z pewnością zdecydowanie lepsza opcja od zaliczenia wszystkich atrakcji w biegu i spędzenia większości urlopu na lotniskach czy w samolocie.

                Jeżeli mówimy o pracy w branży turystycznej w Australii, wysoki standard obsługi klienta i bardzo przyjazne usposobienie Australijczyków stanowią niewątpliwe atuty, które ją uprzyjemniają na co dzień. Jednak nawet i tutaj znalezienie godnego zaufania partnera, dbającego o najmniejsze szczegóły, nadal może być prawdziwym wyzwaniem.  

 

Czy stara się Pani promować Polskę w Australii? W jaki sposób?

UNIQ Travel to przede wszystkim wyjazdy do Australii i Nowej Zelandii, ale drugą część naszej działalności stanowią wycieczki z antypodów do Europy Środkowej i Wschodniej, a w szczególności do Polski. Australijczycy i Nowozelandczycy bardzo dużo podróżują i są ciekawi innych kultur. Moje polskie nazwisko zawsze wywołuje ich zaciekawienie, co prowadzi do serii pytań. Niekiedy dają one początek wielogodzinnym opowieściom o Polsce, jej kuchni, bogatej historii i przepięknych krajobrazach… Wiele osób, które spotkałam w Australii, miało zresztą okazję odwiedzić Polskę podczas swoich podróży po Europie. Niezmiernie miło jest usłyszeć z ich ust, jak bardzo podoba im się nasz kraj.

  FOT. TOURISM AUSTRALIA

Czym się charakteryzują organizowane przez Panią wyprawy po antypodach? Na co zwraca Pani szczególną uwagę? 

Praca nad podróżą marzeń dla naszych klientów rozpoczyna się od poznania ich potrzeb, zainteresowań, pasji oraz stylu podróżowania. Dzięki temu możliwe jest stworzenie oferty szytej na miarę, przeznaczonej dla wybranego turysty. Nasze programy wyróżniają się zamiłowaniem do podróży, perfekcją i oryginalnością. Mają zawsze unikatowy charakter i są mocno spersonifikowane. Na plan wyprawy składa się wiele detali – od transferów i wycieczek aż po rezerwacje kolacji w restauracjach. Organizujemy podróże do najwspanialszych miejsc w Australii, warsztaty malarskie z Aborygenami, lekcje gotowania ze znanymi szefami kuchni czy spacery ze stylistami po modnych butikach w Sydney, a nawet loty prywatnym samolotem do najbardziej niedostępnych zakątków kontynentu. Szczególną uwagę zwracamy na zainteresowania, pasje i potrzeby turystów, aby czuli się z nami naprawdę wyjątkowo.

FOT. TOURISM AUSTRALIA
Wyspa Kangura wchodzi w skład stanu Australia Południowa

 

Co – Pani zdaniem – cieszy się największą popularnością wśród polskich podróżników przybywających do Australii? O czym marzą, co chcą zobaczyć i przeżyć na antypodach? 

Każdy zakątek bezkresnej krainy kangurów dostarcza niezapomnianych wrażeń. Popularność poszczególnych atrakcji zależy więc tak naprawdę od tematyki wyjazdu oraz zainteresowań danego turysty, który zdecyduje się zrealizować swoje marzenie o podróży na ten magiczny koniec świata.

                Niewątpliwymi australijskimi hitami są wspinaczka na most w Sydney czy kolacja pod gwiazdami z widokiem na Uluru (świętą formację skalną dla Aborygenów) w samym centrum kontynentu. Relaksujący rejs po wyspach Whitsunday na pokładzie prywatnego jachtu, romantyczny spacer o zachodzie słońca po bezkresnej plaży w Port Douglas, podwodny świat Wielkiej Rafy Barierowej czy nauka surfingu na słynnej Bondi Beach to tylko nieliczne atrakcje tego niezmiernie przyjaznego kraju. Lot helikopterem nad Dwunastoma Apostołami (The Twelve Apostles), czyli okazałymi kominami skalnymi znajdującymi się na południowym wybrzeżu krainy kangurów, czy wyprawa samochodem terenowym przez lasy deszczowe Queensland zaspokoją pragnienia każdego prawdziwego odkrywcy. Dla poszukujących dreszczyku emocji proponuję pływanie w Australii Południowej z rekinami w ich naturalnym środowisku albo z zabawowo usposobionymi lwami morskimi. Każdy znajdzie tutaj na pewno coś dla siebie.  

            Podczas europejskiej zimy, kiedy w Australii panuje pełnia lata, gorące słońce rozgrzeje zmarzluchów. Natomiast australijskie ośrodki narciarskie, działające w tutejszym okresie zimowym, dorównują najlepszym na świecie. A wszystko to bez tłumów turystów spotykanych w Europie...

            Oczywiście, żaden wyjazd do Australii nie może się obyć bez spróbowania wspaniałych specjałów miejscowej kuchni. Wielokulturowe społeczeństwo tego kraju stworzyło prawdziwą fuzję smaków. Potrafi ona zaspokoić nawet najbardziej wybredne gusta. Unikalne składniki, których nie znajdziemy nigdzie indziej na ziemi, zadziwią swoim smakiem i będą niezapomnianym doświadczeniem. Australia to chyba jedyny kraj na świecie, gdzie można zjeść na kolację bohaterów godła narodowego, czyli emu i kangura… Rejony winiarskie Barossa, McLaren Vale czy Margaret River produkują wyborne wina zachwycające wszystkich miłośników szlachetnych trunków.

                Ogromną popularnością cieszą się również wyprawy, których główną atrakcję stanowią najważniejsze wydarzenia w Australii. Warto tu wymienić choćby słynną imprezę sylwestrowo-noworoczną w Sydney, międzynarodowy turniej tenisowy Australian Open, etapowy wyścig kolarski Tour Down Under, Grand Prix Australii Formuły 1 na torze w Melbourne czy też regaty żeglarskie Sydney-Hobart.

 

W jaki sposób stara się Pani promować swoją ofertę na rynku polskim?

Programy przygotowane przez UNIQ Travel skierowane są do podróżników z całego świata. Dlatego też promocja naszej firmy odbywa się głównie za pośrednictwem internetu. Reklama w Polsce to na ogół tzw. word of mouth, czyli marketing szeptany. Nasza oferta jest niezmiernie elastyczna i zawsze szyta na miarę. Preferujemy bezpośredni kontakt z klientem. Tylko w taki sposób możemy dopasować każdy detal planu podróży do jego oczekiwań i marzeń.

 

Dlaczego – według Pani – warto odwiedzić Australię? Co magicznego czeka na śmiałków podróżujących po tym najmniejszym kontynencie? 

Przy obecnych nastrojach panujących na świecie Australia wyróżnia się spośród innych egzotycznych kierunków wyjazdów stabilną sytuacją polityczną, dobrobytem i niezmiernie przyjaźnie usposobionymi mieszkańcami, co dla osób odwiedzających ją oznacza bezpieczeństwo i bezstresową podróż. Od wielu już lat kraj ten zajmuje pierwsze miejsce w rankingach na wyprawę marzeń, co zupełnie mnie nie dziwi. Niespotykana nigdzie indziej flora i fauna, spokojny i zrelaksowany styl życia Australijczyków, rozległy i pustynny Outback (środkowa Australia), przepełnione energią metropolie, doskonałe wina i wyborna kuchnia z pewnością usatysfakcjonują nawet najbardziej wybrednych globtroterów... 

 

 

 

 

 

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.  

www.uniqtravel.com

                                               


 

 

 

Artykuły wybrane losowo

Indonezja – archipelag marzeń

Bali-_Tanah_Loot.jpg

Popularna balijska świątynia Tanah Lot

©TOURISMUS-INDONESIEN.DE

KAROLINA SYPNIEWSKA-WIDA

www.karolinasypniewska.pl

 

Indonezyjskie motto narodowe „Bhinneka Tunggal Ika”, czyli „Jedność w różnorodności”, idealnie określa to państwo położone na największym na ziemi Archipelagu Malajskim, złożonym z ponad 25 tys. wysp. Trudno znaleźć na naszym globie drugie takie miejsce, które może poszczycić się równie długą historią, bogactwem natury oraz wielokulturowością. Nowoczesne kurorty na znanej chyba każdemu na świecie wyspie Bali sąsiadują z historycznymi jawajskimi świątyniami. Z kolei wschodni kraniec kraju – Papua – to kraina rytuałów i wodzów wiosek, odcięta od rzeczywistości, jakby zatrzymana w czasoprzestrzeni. Jawa tętni życiem olbrzymiej stolicy Dżakarty, a sylwetki jej licznych wulkanów majaczą złowieszczo na horyzoncie. Poszukiwacze mocnych wrażeń będą mieli szansę zajrzeć w oczy słynnemu waranowi z Komodo. Zapaleni nurkowie zachwycą się wielobarwnym podwodnym królestwem okolic Bali. Czwarty najbardziej zaludniony kraj na ziemi to prawdziwy raj dla podróżników. 

Więcej…

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018

Good Morning, Wietnam!

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Kraj przytulony do Zatoki Tonkińskiej i Morza Południowochińskiego zazwyczaj łączony jest z wojną, śmiercią i zniszczeniem. Ale turysta nie musi już przedzierać się przez pola minowe, żeby znaleźć dziewicze plaże, cuda natury oraz zabytki starej i bogatej kultury.

Dzień doooobry, Wietnam! – przeciągłe powitanie rozerwało ciszę wiosennego poranka 1965 r. Zaczęła się audycja Radia Amerykańskich Sił Zbrojnych, a za mikrofonem siedział Adrian Cronauer, niedawno przeniesiony z bazy w Grecji. Nowy didżej łamał sztywny gorset reguł wojskowej rozgłośni, która zazwyczaj nudziła żołnierzy obwieszczeniami i niekończącymi się pogadankami. Cronauer opowiadał dowcipy na antenie, puszczał popularną muzykę i walczył z przełożonymi o zachowanie audycji, która przecież nie licowała z powagą armii. Jednak żołnierze go kochali.

Więcej…