ALEKSANDRA PAKIEŁA

 

Budapeszt jest miastem tętniącym życiem, pełnym ciekawych miejsc, przepięknych pomników, mostów i zabytków, łączącym w sobie bogatą przeszłość i dynamiczną teraźniejszość. Stolica Węgier kojarzy się przede wszystkim z monumentalnym gmachem Parlamentu (Országház), ruinami rzymskimi – Aquincum, neogotyckim Kościołem Macieja (Mátyás templom), Zamkiem Królewskim (Budavári Palota) czy chętnie odwiedzanym przez turystów Węgierskim Muzeum Narodowym (Magyar Nemzeti Múzeum). Ta urocza metropolia oferuje jednak zdecydowanie więcej atrakcji. Warto je odkryć choćby teraz, podczas ciepłej i słonecznej węgierskiej jesieni…

 

Budapeszt jest niezmiernie interesującym kierunkiem turystycznym, nawet jeśli znamy go już doskonale, to stale potrafi nas zaskakiwać czymś nowym. Ta „perła Dunaju” za każdym razem jest inna, zmienia się bez przerwy, przygotowując dla swoich mieszkańców i gości z całego świata mnóstwo niespodzianek. Jeśli wybieramy się do stolicy Węgier jesienią, warto odwiedzić oryginalne miejscowe muzea, jak np. Dom Terroru(Terror Háza) czy uznawany za jeden z siedmiu podziemnych cudów świata Labirynt pod Zamkiem Królewskim(Budavári Labirintus). Koniecznie trzeba też wziąć udział w licznych festiwalach albo zapomnieć o otaczającym nas świecie w słynnych od wieków budapeszteńskich kąpieliskach termalnych.

W węgierskiej metropolii cały czas coś się dzieje, przez okrągły rok oferuje ona bogaty program ciekawych imprez o międzynarodowym znaczeniu. Nic więc dziwnego, że Budapeszt przyjęło się nazywać „Festiwalowym Miastem”. I tak np. zaraz po zakończeniu wakacji, w pierwszej połowie września, na Wzgórzu Zamkowym w Budzie odbywa się znany w całej Europie coroczny Festiwal Wina (Budavári Borfesztivál). W dniach od 8 do 17 października w ramach słynnego Budapeszteńskiego Festiwalu Jesiennego(Budapesti Őszi Fesztivál)poświęconego sztuce współczesnej można podziwiać występy wielu grup muzycznych, tanecznych, wystawy fotografii czy projekcje filmowe. Nemzeti Vágta, czyli Galop Narodowy, jest wydarzeniem, które z pewnością przypadnie do gustu wszystkim miłośnikom koni. Jego pierwszą edycję zorganizowano w 2008 r., a tegoroczną zaplanowano na 14–18 września. To stosunkowo młoda impreza, monumentalna rekonstrukcja ponad 1000-letniej węgierskiej historii i tradycji. Ma ona przybliżyć zarówno mieszkańcom Budapesztu, jak i gościom z całego świata, dawną świetność sławnej madziarskiej jazdy. W ubiegłym roku wzięło w niej udział aż 380 koni. Punktem kulminacyjnym programu jest narodowa gonitwa, w której walczą o zwycięstwo reprezentanci węgierskich miast i wiosek. Odbywa się ona w niedzielę wieczorem na placu Bohaterów (Hősök tere). W 2010 r. wygrał Zsolt Gajdos z miejscowości Demecser i zabrał ze sobą do domu tzw. Miecz Galopu (Kard Vágta) oraz główną nagrodę w wysokości 20 mln forintów, czyli ponad 300 tys. złotych. Finałowy dzień Nemzeti Vágta przyciągnął ponad 100 tys. widzów, z czego ok. 15 proc. stanowili zagraniczni turyści. Jak więc widać, wrzesień i październik w stolicy Węgier są wypełnione atrakcyjnymi imprezami. Niezależnie od tego, kiedy przyjedziemy do Budapesztu, na pewno nie będziemy się w nim nudzić…

 

PAŁAC CUDÓW – TU KAŻDY MOŻE ZOSTAĆ ODKRYWCĄ
Za jednego z najbardziej znanych węgierskich popularyzatorów nauki uważa się Józsefa Övegesa (1895–1979). Marzył on o powstaniu takiego budynku, w którym goście mogliby obserwować niesamowite zjawiska przyrodnicze, przeprowadzać eksperymenty i być bliżej nauki... Nadał temu miejscu nazwę Pałacu Cudów (Csodák Palotája).

Początki urzeczywistniania jego wizji sięgają 1993 r. Pałac Cudów pozwala dzisiaj każdemu chociaż na chwilę poczuć się jak prawdziwy naukowiec i odkrywca. Jest to pierwsza placówka w Europie Środkowej ze specjalną ekspozycją, na którą składają się różnego rodzaju gry i zabawy logiczne, eksperymenty fizyczne, chemiczne, matematyczne czy mechaniczne. Poprzez rozrywkę tłumaczone są tutaj skomplikowane zjawiska. Pałac Cudów to interaktywna wystawa naukowa oferująca w sposób przystępny, zabawny i widowiskowy możliwość zapoznania się z prawami natury, dziwami fizyki i zdumiewającym światem, jaki nas otacza. Wizyta w tym oryginalnym miejscu dostarczy niezapomnianych wrażeń nie tylko dzieciom, ale i całej rodzinie. Spacer po Księżycu, odpoczynek na łóżku fakira, przejażdżka samochodem o kwadratowych kołach… – to tylko kilka przykładów nieprawdopodobnych atrakcji, jakie czekają tutaj na zwiedzających.

Rozległy Park Milenijny (Millenáris Park), na którego terenie znajduje się Pałac Cudów, to nowoczesny kompleks z salami wystawowymi, teatrem, galeriami i kawiarniami. Dawne budynki przemysłowe zostały tu przekształcone w areny ważnych imprez kulturalnych, edukacyjnych i naukowych. Otacza je doskonale utrzymany malowniczy park z jeziorami, niezmiernie popularny wśród rodzin z małymi dziećmi. Millenáris to cudowne miejsce na piknik i na odpoczynek od zgiełku wielkiego miasta albo na posłuchanie koncertu czy obejrzenie przedstawienia. Program wydarzeń kulturalnych, niezależnie od pory roku, jest tu niezmiernie bogaty.

 

PLANETARIUM, CZYLI PODRÓŻ W KOSMOS
Jak połączyć dobrą zabawę z nauką? Wystarczy wybrać się do Planetarium w Budapeszcie (TIT Budapesti Planetárium) mieszczącego się na terenie parku Népliget (parku Ludowego). Do 2010 r. znane było ono jako Teatr Laserów (LézerSzínház). Organizowano tutaj wówczas przede wszystkim pokazy typu „światło i dźwięk” do muzyki m.in. Mike’a Oldfielda, Pink Floyd, Queen, Led Zeppelin, Genesis, Jeana Michela-Jarre’a, Depeche Mode, U2, Dire Straits, Vangelisa, The Beatles, Michaela Jacksona, Madonny czy Mozarta i Bacha. Dzisiaj w Planetarium możemy podziwiać instalacje, prezentacje i filmy w technice 3D poświęcone Wielkiemu Wybuchowi, powstaniu Wszechświata, życiu pozaziemskiemu i Gwieździe Betlejemskiej.

Każdy program dostosowany jest tutaj do odpowiedniej grupy wiekowej. Bogaty wybór filmów zapewnia rozrywkę dla całej rodziny. Jaki stosunek mają naukowcy do kalendarza Majów i do teorii na temat końca świata w 2012 r.? Czy na Marsie istnieje życie? Jak umierają gwiazdy? Na tego typu pytania (i na wiele innych) możemy znaleźć odpowiedzi, oglądając wybrane filmy i prezentacje w budapeszteńskim Planetarium.

 

ZASŁUŻONA SŁAWA WZGÓRZA GELLERTA
Moc atrakcji znajdziemy na wznoszącym się na wysokość 235 m n.p.m. malowniczym Wzgórzu Gellerta (Gellért-hegy), na którym stoją dwie potężne budowle – Cytadela (Citadella) i Statua Wolności (Szabadság-szobor). Niegdyś miejsce to cieszyło się złą sławą wśród mieszkańców Budapesztu. Podobno na górze odbywały się zloty czarownic, w co wierzono w XVII i XVIII w. Obecnie Wzgórze Gellerta jest jedną z głównych atrakcji turystycznych węgierskiej metropolii, obowiązkowym punktem programu dla miłośników fotografii, ponieważ rozciąga się stąd zapierająca dech w piersiach panorama na całe miasto i przepływający przez nie Dunaj. Z kolei amatorów astronomii przyciąga tutaj Obserwatorium Urania (Uránia Csillagvizsgáló). Wejście do niego kosztuje 300 forintów, czyli niecałe 5 złotych. Nieważne, czy patrzymy ze szczytu góry w dół, na uroczy Budapeszt, czy też wznosimy nasze oczy ku niebu, obserwując przez lunety i zabytkowy 90-letni teleskop Kosmos – widoki ze Wzgórza Gellerta są zawsze cudowne.

Po upadku węgierskiej Wiosny Ludów (powstania narodowego z lat 1848–1849, które miało doprowadzić do wyzwolenia kraju spod panowania austriackiego) z rozkazu cesarza Franciszka Józefa I wzniesiono tu groźnie wyglądającą Cytadelę. Miała ona przypominać budapeszteńczykom o przegranej rewolucji, a 60 dział wycelowanych z niej w centrum miasta – pełnić rolę straszaka i wybić z głowy Madziarom ich niepodległościowe dążenia. Wojska cesarskie stacjonowały tutaj do 1897 r. Dwa lata później Cytadelę przekazano władzom Budapesztu, które przekształciły ją w obiekt cywilny. Jak się miało okazać w niedalekiej przyszłości, w XX w., twierdzę tę wykorzystano jeszcze dwukrotnie do celów militarnych. Pod koniec II wojny światowej, w 1945 r., wojska niemieckie broniły się stąd przed atakującymi od strony Pesztu oddziałami Armii Czerwonej. W 1956 r., podczas rewolucji węgierskiej, radzieckie czołgi stojące na Wzgórzu Gellerta prowadziły ostrzał stolicy Węgier. Na początku lat 60. ubiegłego stulecia pojawił się pomysł rozebrania dawnej austriackiej Cytadeli, ale w 1967 r. zdecydowano ostatecznie o jej zachowaniu i przekształceniu w atrakcję turystyczną. Dzisiaj nikt tego nie żałuje, gdyż mury tej twierdzy przyciągają tłumy gości z całego świata chcących podziwiać stąd wspaniałe widoki na całą „perłę Dunaju”.

Obecnie na terenie Cytadeli mieści się panoramiczna restauracja Citadella, muzea oraz niewielki 1-gwiazdkowy hotel Citadella. Istnieje również plan stworzenia w tym miejscu nowoczesnej wieży widokowej – Budapest Eye (Budapest Szeme), która ma stać się jednym z głównych symboli miasta.Osoby zainteresowane historią Węgier mogą się zapoznać tutaj z ciekawymi wystawami. Są wśród nich ekspozycje zdjęć pt. Węgierscy święci (w panoramicznej galerii hotelu Citadella) czy Budapest Anno 1850–1945 (na północnych murach fortecy). Wielką atrakcją budapeszteńskiej Cytadeli jest bunkier, w którym znajduje się Muzeum Figur Woskowych. Zbudowano go podczas II wojny światowej w samym centrum twierdzy. Posiada on trzy piętra i ma aż 17 pomieszczeń o łącznej powierzchni 750 m2. W muzeum możemy podziwiać interesującą ekspozycję poświęconą historycznym wydarzeniom z okresu II wojny światowej. Wszystko zaprezentowano tutaj – oczywiście – za pomocą wosku. W bunkrze mieści się także fascynująca wystawa pt. Oblężenie Budapesztu w 1944 r. (Budapest ostroma 1944).

 

CZUWANIE NAD PAMIĘCIĄ OFIAR TERRORU
Węgierska metropolia ma mnóstwo wspaniałych niespodzianek dla miłośników zabytków i historii. Wystarczy tylko zejść z malowniczego Wzgórza Gellerta, z potężnych murów Cytadeli i udać się na spacer piękną aleją Andrássyego (Andrássy út), żeby natrafić na kolejną wielką atrakcję Budapesztu – słynny Terror Háza, czyli Dom Terroru. Te niezmiernie interesujące muzeum poświęcono ofiarom totalitaryzmu na Węgrzech, zbrodniom komunistycznym i nazistowskim oraz bohaterom rewolucji z 1956 r. Miejsce na tego typu placówkę zostało wybrane nieprzypadkowo. Otóż w latach 1937–1944 w budynku tym znajdowała się siedziba, a następnie także więzienie faszystowskiego, antykomunistycznego i antysemickiego ugrupowania Strzałokrzyżowców (Nyilaskereszteses Párt). Po zakończeniu II wojny światowej urzędowała tutaj do 1956 r. stalinowska policja polityczna ÁVH (Államvédelmi Hatóság), odpowiednik naszego Urzędu Bezpieczeństwa (UB). Warto wspomnieć, że jedna z obecnych wystaw czasowych w Domu Terroru poświęcona jest zbrodni katyńskiej i nosi nazwę Katyń – Ludobójstwo, Polityka i Moralność. Można ją oglądać na 3. piętrze muzeum. W tym niezwykłym miejscu, jak chyba nigdzie indziej na świecie, w niezmiernie dobitny sposób pokazano podobieństwo dwóch zbrodniczych systemów totalitarnych: nazizmu i stalinizmu. Jedno jest pewne – wizyta w Terror Háza nikogo nie pozostawi obojętnym…

 

BUDAPESZTEŃSKI PODZIEMNY CUD
Węgierska metropolia może się pochwalić unikalnym w skali światowej naturalnym systemem jaskiń, jaki znajduje się pod Zamkiem Królewskim. Jest to niepowtarzalne miejsce – zarówno ze względu na genezę swojego powstania, jak i samą historię. Przez setki tysięcy lat tutejsze gorące źródła drążyły skały, tworząc rozległe podziemne groty. Mieszkańcy Wzgórza Zamkowego dosyć szybko odkryli to wspaniałe dzieło natury i rozpoczęli jego użytkowanie, powiększanie i przebudowę. W ten sposób pod Zamkiem Królewskim w Budapeszcie (Budavári Palota)powstał niesamowity 10-kilometrowy, głęboki na 10–15 metrów, system połączonych ze sobą jaskiń, piwnic (w tym z wybornymi węgierskimi winami!) i wijących się tuneli. Po wybuchu II wojny światowej władze miasta uznały, że mógłby on służyć jako schron przeciwlotniczy na wypadek bombardowania. Następnie ówczesny burmistrz Budapesztu – Károly Szendy – zarządził pod koniec 1939 r. stworzenie w tym miejscu szpitala wojskowego, który był niezmiernie nowoczesny na swoje czasy. Uruchomiono go w lutym 1944 r. Zapewniał on ochronę przeciwlotniczą i doskonałą opiekę lekarską. W tzw. Szpitalu w Skale (Sziklakórház) w okresie oblężenia Budapesztu (od 29 grudnia 1944 r. do 13 lutego 1945 r.) przebywało jednocześnie aż 650–700 rannych. Po wojnie zamknięto go, a na początku lat 50. XX w. całemu miejscu nadano klauzulę „ściśle tajne” (aż do 2002 r.). Szpital w Skale otworzono ponownie w październiku 1956 r., podczas rewolucji węgierskiej, dla rannych cywilów i żołnierzy. W latach 1958–1962 został on powiększony do dzisiejszych rozmiarów i zbudowano w nim ogromny, tajny schron przeciwatomowy. W 2007 r. z inicjatywy Instytutu i Muzeum Wojskowości dawny szpital został zrekonstruowany. Otwarto go oficjalnie dla publiczności w marcu 2008 r. i nadano mu nazwę „Szpital w Skale – tajny szpital wojskowy i bunkier przeciwatomowy”. Obecnie można w nim podziwiać ciekawe stałe ekspozycje. Poświęcone są one m.in. historii szpitala podczas oblężenia Budapesztu w latach 1944–1945 oraz w okresie rewolucji z 1956 r., niemieckiej komendzie i poczcie, które działały tutaj w 1945 r., schronowi przeciwatomowemu i obronie cywilnej w czasie zimnej wojny oraz sprzętowi medycznemu używanemu w tym miejscu w latach 1944–1980. Ten niegdyś ściśle tajny obiekt przyciąga dzisiaj wielu turystów z całego świata. Już sama jego nazwa – Szpital w Skale – budzi wielkie zainteresowanie podróżników…

Inną niepowtarzalną atrakcją systemu jaskiń, położoną tuż obok, jest Labirynt pod Zamkiem Królewskim(Budavári Labirintus). Ten fascynujący, podziemny świat co roku przyciąga uwagę tysięcy osób odwiedzających Budapeszt. Podczas jego modernizacji, którą przeprowadzono w latach 1996–1997, przywrócono przedwojenny wygląd piwnic i korytarzy oraz przygotowano tajemniczą, magiczną ekspozycję opowiadającą historię Madziarów – od prehistorii (tzw. Labirynt Prehistorii), poprzez takie wydarzenia, jak np. najazd Hunów czy chrzest Węgier, aż po wyobrażenia o przyszłości kraju (Labirynt Inny Świat). Delikatny wystrój tworzą tutaj kryształy gipsowe oraz rzadko spotykane w Europie nacieki w formie bąbelków (przypominające kalafior bądź winogrona). Na zwiedzanie tego wspaniałego labiryntu warto zdecydować się po godzinie 18.00, gdy gasną wszystkie światła, a turyści otrzymują lampki oliwne, które delikatnie oświetlają eksponaty i dodają całej wyprawie atmosfery tajemniczości…

W celu uczczenia przewodnictwa Węgier w Radzie Unii Europejskiej (w I połowie 2011 r.) w Labiryncie pod Wzgórzem Zamkowym został stworzony nowy nocny program. Na zwiedzających czekają interesujące 40-minutowe Wędrówki z Wielkimi Osobistościami Europy (np. Lisztem, Beethovenem, Mozartem, Shakespearem, Pascalem, Bachem, Dantem, Goethem, Dostojewskim, Vivaldim, Kafką, Sofoklesem itd.). W II połowie 2011 r. prezydencję w Unii Europejskiej objęła po Węgrzech Polska i w związku z tym miłośnicy budapeszteńskiego labiryntu mogli głosować na Facebooku na polskiego artystę, z którym chcieliby pospacerować nocą po systemie jaskiń pod Zamkiem Królewskim. W wyniku konkursu do Wędrówek z Wielkimi Osobistościami Europy dołączył Fryderyk Chopin. Niestety, od 29 lipca br. Labirynt pod Zamkiem Królewskim (Budavári Labirintus) jest czasowo zamknięty. Warto więc obserwować jego stronę internetową www.labirintus.com, żeby – będąc w węgierskiej metropolii – nie przegapić okazji odkrycia tej wielkiej, niezmiernie klimatycznej, podziemnej atrakcji Budapesztu.

 

NIE MASZ WINA NAD WĘGRZYNA!
Odwiedzić Budapeszt i nie napić się wyśmienitego węgierskiego wina, to jak przyjechać do Paryża i nie zobaczyć Wieży Eiffla, być we Włoszech i nie zjeść pizzy czy spacerować po Sopocie i nie wejść na molo… Nie masz wina nad węgrzyna! – to powiedzenie znają chyba wszyscy polscy miłośnicy tego szlachetnego trunku. Madziarzy należą do światowej czołówki producentów wina, a wiele tutejszych marek znanych jest i cenionych na całym świecie – wystarczy wspomnieć tylko Tokaj aszú albo słynną czerwoną Egerską byczą krew (Egri bikavér).

Każdego roku od sierpnia do października wszystko na Węgrzech kręci się wokół wina. Liczne święta i festiwale zapraszają turystów do wspólnego winobrania, świętowania i picia. W kraju naszych bratanków nie brakuje interesujących szlaków wina, które dają możliwość przyjrzenia się z bliska kulturze uprawy winorośli oraz produkcji szlachetnego trunku. Oczywiście, zwiedzanie malowniczych winnic kończy się zawsze degustacją…

Produkty ze wszystkich 22 węgierskich regionów winiarskich można spróbować np. w Domu Węgierskich Win (Magyar Borok Háza). Jest to duża, 500-metrowa piwnica pod Zamkiem Królewskim w Budapeszcie. Znajduje się tu także duża sala wielofunkcyjna, mogąca pomieścić od 80 do 100 gości, gdzie odbywają się degustacje win, kursy sommelierskie oraz różne wystawy i koncerty.

W stolicy Węgier, na Wzgórzu Zamkowym w Budzie, organizowany jest od 20 lat słynny Festiwal Wina (Budavári Borfesztivál). W tym roku zaplanowano go na 7–11 września. Cieszy się on renomą jednego z najbardziej prestiżowych wydarzeń winiarskich w Europie. Dziesiątki tysięcy ludzi co roku przyjeżdżają do Budapesztu, żeby posłuchać o sposobach uprawy winorośli, produkcji wina oraz zwyczajach z nim związanych. Festiwalowi towarzyszą m.in. Uniwersytet Wina, targi, koncerty, występy folklorystyczne i pokazy tańca. Podczas tej 5-dniowej wielkiej imprezy zwiedzający mogą spróbować zarówno węgierskich win z najwyższej półki, jak również tych wytwarzanych za granicą. Gościem honorowym jubileuszowej, 20. edycji Budavári Borfesztivál wybrano Francję. Bilet na wybrany jeden dzień festiwalowy kosztuje 2500 forintów, czyli ok. 38 złotych, a wejściówka na całą imprezę – 7000 forintów (ok. 106 złotych).

Tym, którzy wolą mocniejsze trunki, z pewnością przypadnie do gustu coroczny Festiwal Palinki (Budapesti Pálinkafesztivál). W maju br. na Wzgórzu Zamkowym odbyła się jego 6. edycja. Węgierskie palinki, czyli tradycyjne wódki owocowe, produkowane są m.in. ze śliwek, brzoskwiń, gruszek, jabłek, moreli czy czereśni. Będąc w Budapeszcie, polecamy choć raz spróbować tego mocnego trunku. Najlepiej – naszym zdaniem – jest wybrać palinkę o smaku śliwkowym lub brzoskwiniowym. Możemy być pewni, że zarówno po Budavári Borfesztivál, jak i po Budapesti Pálinkafesztivál, będziemy mieć wspaniałe wspomnienia. Prawdziwą duszę Węgrów odkryjemy jedynie wtedy, kiedy poznamy ich narodowe trunki – wyborne wina i mocne palinki…

 

JEDYNA EUROPEJSKA STOLICA-UZDROWISKO
Jak więc widać, „perła Dunaju” oferuje nam degustacje win i palinek, zwiedzanie interesujących i oryginalnych muzeów, odkrywanie swoich podziemnych tajemnic czy udaną zabawę podczas rozmaitych festiwali… Czy życie może być jeszcze piękniejsze? Tak, jeśli zdecydujemy się dodatkowo na relaks w jednym ze znajdujących się w Budapeszcie słynnych kąpielisk.

            Węgierska metropolia nosi nazwę „Miasta SPA”, ponieważ znajduje się tutaj więcej wód termalnych i leczniczych gorących źródeł niż w jakiejkolwiek innej stolicy na świecie. Z ich dobrodziejstw korzystali już starożytni Rzymianie. Dopiero jednak okupacja turecka w XVI w. pozwoliła w pełni zabłysnąć miejscowym kąpieliskom. Specyfiką Budapesztu jest dzisiaj jego uzdrowiskowy charakter. W całym mieście występuje aż 118 gorących źródeł, które dostarczają dziennie 70 mln litrów wody termalnej o temperaturze od 21 do 78 st. C.

Do najbardziej znanych budapeszteńskich kąpielisk należą: Gellért, Király, Lukács, Rudas w Budzie oraz Széchenyi w Peszcie. To ostatnie (Széchenyi gyógyfürdő) uważa się za najpiękniejsze w stolicy Węgier. Mieści się ono na terenie popularnego, pełnego atrakcji, niezmiernie malowniczego Parku Miejskiego (Városliget). Z kolei Király gyógyfürdő to wspaniała łaźnia będąca pamiątką po okupacji tureckiej. Zbudowano ją w II połowie XVI w. Wznosi się nad nią kopuła z sześciokątnymi otworami mającymi stanowić źródło światła. Bez wątpienia jest to prawdziwa perełka pośród kąpielisk Budapesztu.

Wiele ciekawych miejsc, przepięknych pomników i zabytków, a także ogromna liczba cyklicznych festiwali – to wszystko sprawia, że węgierska metropolia przyciąga niczym magnes tłumy turystów z całego świata o różnorodnych zainteresowaniach. Ta interesująca stolica, pełna przez okrągły rok licznych atrakcji, oferuje mnóstwo niespodzianek i wciąż nieodkrytych tajemnic. Warto się do niej wybrać jesienią, żeby odkryć choć kilka z nich…

 

Artykuły wybrane losowo

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018

Słoneczna Tajlandia pachnąca przyprawami

MS Borsang s umbrellas-Chiang Mai-036BB

Tajki malujące wzory kwiatowe na parasolkach w wiosce Bo Sang pod Chiang Mai

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

MAGDALENA PINKWART

www.turystyka24.tv

 

Głośna Tajlandia z powietrzem przepełnionym egzotycznymi zapachami ma ponad 3,2 tys. km linii brzegowej. Plaże są tu zwykle usłane białym piaskiem i otoczone wysokimi palmami. Ten obraz rajskiej krainy dopełniają setki malowniczych wysepek, tysiące błyszczących złotem buddyjskich świątyń i dziko żyjące zwierzęta.

 

Wody w zatokach Tajlandii czasem przybierają kolor lazurowy, innym razem bardziej przypominają opalizujący w promieniach słonecznych szafir. Wszystko zależy od tego, czy patrzymy na nie rankiem czy o zachodzie słońca, z wysypanej drobnym piaskiem plaży czy pokładu jachtu, i – oczywiście – od pory roku. Tylko jedno się nie zmienia. Oblewające tajlandzkie wybrzeże wody są zawsze czyste i rozkosznie ciepłe, a kąpiel w nich jest jak seans w luksusowym gabinecie odnowy biologicznej.

 

Podróż po Tajlandii warto rozpocząć właśnie od wizyty w spa. Słynne na cały świat tajskie masaże relaksują jak nic innego. Wystarczy godzina czy dwie terapeutycznego dotyku doświadczonej masażystki, która ugniata skórę rękami albo delikatnie wciera w nią ciepłe, aromatyczne olejki, aby ciało stało się rozluźnione i wypoczęte, a dusza – lekka. Salony oferujące takie usługi znajdziemy tu niemal przy każdej ulicy, w eleganckich willach, ale także na licznych bazarach. Dla turysty z Europy tajskie masaże nie są zbyt dużym wydatkiem. Tutejsi masażyści stosujący wiedzę opartą na wielowiekowej tradycji potrafią zdziałać cuda.

 

RĘCE, KTÓRE LECZĄ

 

Takie właśnie cuda z pewnością będą nam potrzebne po długiej podróży. Jak każda droga do raju wyprawa do Tajlandii nie należy do najłatwiejszych. Ten kraj dzieli od Polski ponad 8 tys. km. Na razie nie ma regularnych bezpośrednich połączeń tradycyjnych linii lotniczych z żadnego polskiego miasta do Bangkoku, choć biura podróży organizują – oczywiście – loty czarterowe: Rainbow do tajskiej metropolii, a Itaka do miasta Krabi (ich ceny zaczynają się od ok. 2800 zł za jedną osobę w obie strony). Polacy muszą zatem na ogół lecieć z przesiadką np. w Zjednoczonych Emiratach Arabskich – Dubaju (Emirates), Katarze (Qatar Airways), Niemczech (Lufthansa), Francji (Air France), Szwajcarii (SWISS), Holandii (KLM), Austrii (Austrian Airlines z Wiednia) czy Rosji (Aeroflot). Ta sytuacja może się wprawdzie niedługo zmienić, bo tajlandzki tani przewoźnik Thai AirAsia X planuje wprowadzić bezpośrednie kursy do Warszawy z lotniska Bangkok-Don Mueang, ale póki co trzeba się pogodzić z tym, że podróż z naszego kraju do tej części Azji trwa zazwyczaj kilkanaście godzin. Do tego dochodzi zmiana strefy czasowej. Pomiędzy Polską a Tajlandią różnica czasu wynosi 5 godz. w okresie letnim i 6 godz. w okresie zimowym. Pierwszego dnia będziemy więc musieli przestawić swoje zegarki do przodu i zmierzyć się z przykrymi objawami jet lagu. Na takie dolegliwości nie ma na nic lepszego niż właśnie relaksujący tajski masaż i filiżanka rozgrzewającej zielonej herbaty z dodatkiem imbiru i mieszanki miejscowych ziół. Potem z nowymi siłami można rozpocząć zwiedzanie, a zdecydowanie jest tu co oglądać. Tajlandia to duży kraj (o powierzchni ponad 510 tys. km²) z wieloma zabytkami i bogatą kulturą. Poza tym znajdują się w nim również rajskie plaże, na których chciałoby się odpoczywać bez końca. Już sam gigantyczny wielopoziomowy Port Lotniczy Bangkok-Suvarnabhumi stanowi przedsmak głośnego, kolorowego, egzotycznego świata, w jakim mamy się zanurzyć. Co chwilę odlatują stąd samoloty do najciekawszych miast i regionów Tajlandii: Chiang Mai, Chiang Rai, Hat Yai, prowincji Krabi czy na wyspę Phuket. Zanim wybierzemy się do jednego z tych wakacyjnych rajów, warto poświęcić trochę czasu, żeby poznać tętniącą życiem stolicę kraju.

 

AZJATYCKIE MIASTO ANIOŁÓW

 

Bangkok to najgorętsza stolica świata, a zarazem obecnie najchętniej odwiedzane miasto na ziemi (przed Londynem i Paryżem). Jego pełna nazwa w języku tajskim brzmi Krung Thep Mahanakhon Amon Rattanakosin Mahinthara Ayuthaya Mahadilok Phop Noppharat Ratchathani Burirom Udomratchaniwet Mahasathan Amon Piman Awatan Sathit Sakkathattiya Witsanukam Prasit, w skrócie Krung Thep, czyli Miasto Aniołów. Żyje tu niemal 9 mln ludzi. Metropolia wystrzela w niebo setkami szklanych wieżowców, które mieszczą klimatyzowane biura i luksusowe hotele. Nad głowami przechodniów śmigają nowoczesne pociągi naziemnej kolei zwanej Skytrain. Tylko one i łodzie na rzece Menam (Chao Phraya) są w stanie uniknąć ciągłych korków. Warto pamiętać o tym, że Bangkok jest także drugim najbardziej zakorkowanym miastem świata (zaraz po stolicy Meksyku). Po plątaninie ulic w gigantycznych zatorach wolno przesuwają się tysiące samochodów. Pomiędzy nimi na pełnym gazie bohatersko przeciskają się setki skuterów i tuk-tuków. Jako kierowca zjeździłam wiele krajów, ale trzy razy zastanowiłabym się, zanim wyruszyłabym na przejażdżkę po tajlandzkiej metropolii. Poruszanie się po Bangkoku wymaga nie tylko niezwykłej sprawności i znajomości topografii miasta, ale też straceńczej odwagi. Z pewnością nie brakuje jej właścicielom tuk-tuków – małych, kolorowych trójkołowych pojazdów z pasażerską przyczepką. Choć niektórzy uważają jazdę pędzącą zmotoryzowaną rikszą bez pasów bezpieczeństwa za czyste szaleństwo, to zdecydowanie obowiązkowa atrakcja podczas każdej wycieczki do Tajlandii, zwłaszcza jeśli podróżujemy większą grupą. Gdy wyruszymy w trasę kilkoma tuk-tukami, ich kierowcy z dziką radością będą się ścigać, wyprzedzać i pogłaśniać azjatycką muzykę rozbrzmiewającą z małych radyjek. To przeżycie jedyne w swoim rodzaju, a koszt przejazdu jest niewygórowany. Trzeba jednak pamiętać, aby ostro negocjować cenę jeszcze przed zajęciem miejsca na siedzeniu pasażera, szczególnie w popularnych wśród turystów rejonach. Kierowców tuk-tuków ponosi nie tylko na drodze, ale także przy podawaniu początkowej kwoty opłaty za swoją usługę.

 

ULUBIENIEC NARODU

 

Pierwsze kroki kierujemy do największej atrakcji turystycznej miasta. Wielki Pałac Królewski jest sercem Bangkoku i stanowi obowiązkowy punkt wycieczki do stolicy. Zdobiony złotymi dachami, okazały kompleks był oficjalną rezydencją królów Tajlandii w latach 1782–1925. Leży w zakolu rzeki Menam, w samym centrum starej części miasta. Warto wybrać się tutaj do Wat Phra Kaew, aby zobaczyć słynnego Szmaragdowego Buddę wykonanego z zielonego jadeitu. Komnata, w której się znajduje, to najświętsze miejsce w kraju, a sama figura – choć niewielka (66-centymetrowa) – robi duże wrażenie. W tym rejonie Bangkoku pełno jest zabytkowych budowli i świątyń. Obok tłumnie odwiedzanych przez turystów obiektów wznoszą się zatopione w zieleni budynki rządowe i rezydencja króla Tajlandii (Amphorn Sathan Residential Hall).

 

Warto pamiętać, że w 2016 r. w wieku 88 lat zmarł ukochany władca narodu. W październiku, w rok po jego śmierci, odbędą się państwowe uroczystości pogrzebowe. Bhumibol Adulyadej, król Rama IX, rządził przez 70 lat, był wielkim reformatorem i dobroczyńcą swoich poddanych. Traktowano go tu jak dobrego ojca, a jego wspomnienie wywołuje u Tajów szczere łzy smutku. Od roku w całym kraju trwa żałoba narodowa, na ulicach rozstawione są zdjęcia władcy przepasane żałobnym kirem, a miejscowi noszą przypięte na piersi czarne wstążeczki. W samolotach tajskich przewoźników puszczane przed lotem komunikaty dotyczące bezpieczeństwa poprzedza informacja o pogrążonym w smutku narodzie. Turyści bywają zaskoczeni tym, że czasem nawet niewinna rozmowa na temat zmarłego króla może doprowadzić rozmówcę do płaczu. Dlatego w trakcie wizyty w Tajlandii należy okazywać szacunek zarówno samemu władcy, jak i wszystkim członkom rodziny panującej.

 

CHRUPIĄCE TARANTULE

 

Choć zajmujący ogromną powierzchnię Bangkok (niemal 1,6 tys. km², czyli mniej więcej trzy razy tyle co Warszawa) nie ma jednego wyraźnego centrum, wszystkie drogi prowadzą turystów odwiedzających miasto na Khao San. Ta głośna, zatłoczona ulica tętni życiem o każdej porze dnia i nocy. Można tu kupić pamiątki, ubrania i biżuterię, pyszne i bardzo tanie jedzenie przyrządzane na miejscu, owoce i świeże soki. Dla śmiałków znajdą się stragany ze smażonymi w głębokim tłuszczu larwami, skorpionami, szarańczami, chrupiącymi świerszczami i olbrzymimi tarantulami. Ci, którzy chcą poczuć dreszcz emocji, ale nie są gotowi na spróbowanie wielkiego pająka, mogą podjąć podobne kulinarne wyzwanie na targu owoców. Sprzedaje się na nim inną ciekawą osobliwość z tej części świata – kolczastego duriana. Ten nazywany królem owoców specjał wydziela mieszaninę woni z publicznej toalety i męskiej szatni pełnej graczy po wyczerpującym meczu. Nieprzyjemny zapach czuć już przez twardą skórę, dlatego sprzedawcy pracujący przy stoisku z durianami zakładają maseczki i rękawiczki, a dojrzałość towaru sprawdzają, tłukąc w niego kijem. Linie lotnicze zakazują przewożenia tego owocu w bagażu podręcznym. Hotelarze twierdzą, że jeśli ktoś zje go w pokoju, to pomieszczenie przez tydzień jest nie do użytku. Mimo tych przykrych doznań zapachowych durian uchodzi za wyjątkowo smaczny specjał wart wszelkich poświęceń… Według mnie przyjemność z jego jedzenia przypomina doznania przy delektowaniu się budyniem waniliowym z czosnkiem, ale najlepiej spróbować owocu samemu i wyrobić sobie własne zdanie.

 

AMERYKAŃSCY ŻOŁNIERZE I ŁAGODNE TAJKI

 

Bangkok- Chakri Maha Prasat Throne Hall

Kompleks Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

Kiedy już nacieszymy się atmosferą Bangkoku, możemy ruszać na spotkanie z największymi atrakcjami kraju. Turyści lubiący plażowanie i luksusowy wypoczynek powinni wybrać się do pobliskiego miasta Pattaya położonego nad Zatoką Tajlandzką. Dziś to nowoczesny kurort z setkami hoteli na wybrzeżu, ale jeszcze w latach 60. XX w. był jedynie skromną wioską rybacką. Potem zaczęli tu przyjeżdżać amerykańscy żołnierze zwolnieni ze służby po walkach w Wietnamie. Chętnie zostawali na długie miesiące skuszeni ciepłymi wodami, świecącym przez cały rok słońcem, ciągnącą się wzdłuż miejscowości plażą w kształcie księżyca, pokrytą drobnym, białym piaskiem, i – oczywiście – niezwykłą urodą i łagodnym charakterem Tajek. Z czasem miejsce przekształciło się w popularny ośrodek turystyczny. W okolicy można nurkować, surfować, pływać na nartach wodnych, żeglować, wędkować, a także wybrać się łodzią na wycieczkę na pobliskie wyspy. Kilkugodzinne rejsy organizują touroperatorzy z Ocean Marina Yacht Club, jednej z najlepszych przystani w całej Azji. Wyprawy luksusowymi jachtami są tutaj znacznie tańsze niż w Europie. Katamaran kołysze się na falach i zawija do cichych zatoczek, gdzie można zeskoczyć do wody i poczuć na własnej skórze jej przyjemne ciepło. Jeśli podpłyniemy bliżej do jednej z zielonych wysepek, spotkamy dziko żyjące małpy, które z wdzięcznością przyjmą od nas podarki w postaci świeżych owoców serwowanych na pokładzie.

 

W Pattai koniecznie trzeba odwiedzić uważany za największy na świecie targ wodny (floating market). Na targowisko składają się łodzie wypełnione po burty owocami i drewniane budynki, w których można spróbować specjałów tajskiej kuchni. Kupimy tu też pamiątki wykonane ręcznie zgodnie z miejscową tradycją. Jeśli zechcemy nieco odetchnąć od upałów, powinniśmy odwiedzić miasteczko FROST Magical Ice of Siam. Pospacerujemy w nim wśród misternych rzeźb z lodu, a przy lodowym barze napijemy się drinków w lodowych szklankach, które możemy potem stłuc o lodową ścianę. Ta atrakcja nie będzie pewnie zbyt zaskakująca dla większości Europejczyków, ale przyjemnie jest popatrzeć na rozemocjonowanych Tajów po raz pierwszy widzących lód nie w szklance z whisky.

 

Chon Buri-Pattaya Beach

Oblegany przez turystów kurort Pattaya nad Zatoką Tajlandzką

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

OŚWIECENIE I WINO

 

Jedną z wizytówek Pattai stanowi bogate życie nocne. Nieopodal centrum miasta rozciąga się ponad 3-kilometrowa plaża (Pattaya Beach). To zagłębie rozrywki z hotelami, restauracjami i galeriami handlowymi. W okolicy leży dzielnica Walking Street z setkami barów i dyskotek, słynąca również z usług erotycznych. Wbrew pozorom w Pattai znajdziemy coś nie tylko dla ciała, ale i dla ducha. Koniecznie trzeba odwiedzić ogromne ekumeniczne Sanktuarium Prawdy, poświęcone różnym odmianom buddyzmu i hinduizmu. Tę bogato zdobioną tysiącami rzeźb budowlę w całości wykonano z drewna, bez użycia gwoździ. Obiekt budowany jest od lat 80. XX w., wciąż jednak nie został ukończony. Zwiedzający muszą zakładać kaski, żeby wejść do środka, a przed sanktuarium mogą z pomocą pracujących tu cieśli wyrzeźbić dłutem własny wzór i pozostawić swój ślad w tym miejscu.

 

Pattaya potrafi także zaskoczyć atrakcjami unikatowymi w skali kraju. Tajlandia nie słynie wszak z regionów winiarskich, nic więc dziwnego, że większość turystów z lokalnych trunków zna jedynie whisky Mekhong (w rzeczywistości bliższą rumowi) czy orzeźwiające piwo Chang. Jednak od kilku lat rozwija się tu produkcja wina, a prawdziwym klejnotem w tym rejonie jest winnica znajdująca się niedaleko Pattai, czyli Silverlake Vineyard. Leży ona w dolinie w cieniu Khao Chi Chan (Góry Buddy) – olbrzymiej skały ze złotym wizerunkiem Buddy. W jej centrum stoi tonąca w kwiatach willa w stylu toskańskim. W tutejszej restauracji serwowane są dania kuchni tajskiej i europejskiej, do których podaje się świetne lokalne wina. Gospodynią winnicy jest znana tajska aktorka Supansa Nuangpirom, a oprócz degustacji urządza się tu wspaniałe imprezy muzyczne. Tuż obok znajduje się otwarty w maju 2016 r. park wodny – Ramayana Water Park, niezwykły kompleks ze zjeżdżalniami, sztucznymi falami, malowniczymi kanałami i wymyślnymi konstrukcjami. Można w nim spędzić relaksujące rodzinne popołudnie.

 

Ko Phi Phi

Widok na niewielką malowniczą zatokę Ton Sai na Ko Phi Phi Don

© TOURISM AUTHORITY OF THAILAND

 

WYSPY ROZKOSZY

 

Zupełnie inna atmosfera panuje w wyspiarskiej części kraju. Do Tajlandii należy kilkaset wysp i wysepek. Są one bardzo zróżnicowane, przyciągają więc rozmaitych turystów. Znajdą tutaj coś dla siebie wielbiciele luksusu, wytrawni backpackerzy, rodziny z dziećmi, osoby spragnione duchowych przeżyć i chcące wypocząć w spokoju w otoczeniu dziewiczej przyrody, a także imprezowicze. Jedną z najsłynniejszych wysp jest Ko Phi Phi Le położona w cieśninie Malakka, łączącej Morze Andamańskie z Południowochińskim. W 1999 r. kręcono na niej sceny do hollywoodzkiej produkcji Niebiańska plaża z Leonardem DiCaprio w roli głównej. Zachęcone tym filmem rzesze turystów zaczęły tu przyjeżdżać w poszukiwaniu raju na ziemi. Tym, którzy preferują gwarną wakacyjną atmosferę, spodoba się pobliska Ko Phi Phi Don, która składa się z dwóch grup wapiennych skał wyrastających z morza, połączonych ze sobą wąskim piaszczystym przesmykiem. Działa na niej mnóstwo hoteli, restauracji, barów, szkół sportów wodnych i dyskotek. Dla osób lubiących ciszę i kontakt z naturą idealna będzie Ko Muk, której nazwa w tłumaczeniu brzmi Wyspa Perłowa. Nie dotarła na nią jeszcze masowa turystyka. Znajdują się tutaj śnieżnobiałe plaże, skały porośnięte dziką roślinnością, plantacje kauczukowców i podwodne jaskinie, do których można dostać się łodzią. Na wyspie leży wioska rybacka, a świeże ryby i owoce morza są na niej znacznie tańsze niż w bardziej zatłoczonych rejonach popularnych wśród turystów.

 

TANIEC W ŚWIETLE KSIĘŻYCA

 

Miłośnicy dzikiej przyrody powinni odwiedzić Ko Phra Thong. Nie ma na niej utwardzonych dróg ani samochodów, a mieszkańcy żyją w tradycyjnych domach wtopionych w naturalne otoczenie. Brak rozwiniętej infrastruktury turystycznej wynagrodzi nam bogactwo fauny i flory. W Parku Narodowym Mu Ko Ra – Ko Phra Thong spotkamy żółwie morskie i makaki, zobaczymy lasy namorzynowe i zanurkujemy w lagunie kryjącej nietkniętą przez cywilizację rafę koralową. Osobom planującym wakacje z dziećmi przypadnie do gustu Ko Lanta. W tej okolicy nie ma głośnych barów i dyskotek, jest za to mnóstwo miejsc, które zachwycą najmłodszych – należą do nich wodospady, jaskinie czy gaje bananowe. Można też przejechać się na słoniu albo odwiedzić bajecznie kolorową farmę motyli.

 

Dla odmiany na Ko Pha Ngan, piątej co do wielkości wyspie Tajlandii (o powierzchni 125 km²), nie spotkamy raczej rodzin z dziećmi, ale natkniemy się na rzesze imprezowiczów. Raz w miesiącu odbywa się na niej największa na świecie i słynna w całej Azji impreza przy pełni księżyca (Full Moon Party). Młodzi ludzie przybywają wówczas z najbliższej okolicy i odległych rejonów kraju, a nawet naszego globu, żeby wziąć udział w tym niezwykłym święcie radości, tańca i muzyki. Nieco skromniejsze imprezy organizuje się na tutejszych plażach każdego dnia.

 

Królową tajlandzkich wysp jest z pewnością najsłynniejsza z nich, czyli Phuket. Jej największe miasto noszące tę samą nazwę (leżące w dystrykcie Mueang Phuket) to najpopularniejszy i chyba najbardziej zatłoczony kurort w Tajlandii. Pełno w nim eleganckich hoteli, klubów, restauracji i... domów uciech. Jednak nawet w tym królestwie cielesności Tajowie nie zapominają o sprawach duchowych. Nad miastem góruje Wat Khao Rang, świątynia z potężną, wysoką na 9 m złotą statuą siedzącego Buddy groźnie spoglądającego na położone w dole zabudowania. Na wyspie Phuket warto również zobaczyć Sanktuarium Dzikiej Przyrody Khao Phra Thaeo, chroniące dziewiczy las deszczowy. Można się tu zagubić w labiryncie egzotycznej roślinności pod koronami drzew sięgających nawet 50 m wysokości. Teren ten zamieszkują m.in. makaki, lamparty czy warany.

 

JEDWAB I SŁONIE

 

Jednak Tajlandia to nie tylko plaże i rajskie wysepki. Aby poznać zupełnie inne jej oblicze, warto wybrać się na północ do Chiang Mai. To jedno z największych miast w kraju (200-tysięczne) różni się zdecydowanie od Bangkoku – czas płynie w nim wolniej, a ludzie żyją znacznie spokojniej. Jego zabudowa w niczym nie przypomina lasu wieżowców typowych dla stolicy. W Chiang Mai większość mieszkańców nadal utrzymuje się z rolnictwa i rzemiosła. Na obrzeżach miasta znajdziemy zakłady, w których ręcznie wytwarza się papierowe parasolki i wachlarze malowane w misterne wzory. Natkniemy się tu także na fabryki słynnego tajskiego jedwabiu, gdzie na własne oczy zobaczymy, jak wygląda proces jego produkcji: od karmienia liśćmi morwy larw, poprzez gotowanie kokonów, aż po ręczne tkanie materiału na drewnianych krosnach. Historyczną część Chiang Mai otaczają pozostałości murów obronnych z bramami skierowanymi w różne strony świata. Nad miastem góruje ukryta wśród tropikalnej roślinności świątynia – Wat Phra That Doi Suthep. To prawdziwe cudo architektury, pełne przepychu, złota i misternych ozdób, a zarazem ważny ośrodek pielgrzymkowy. Z tutejszego tarasu rozciąga się szeroki widok na otoczoną górami równinę, na której leży Chiang Mai, a pomiędzy budynkami przechadzają się mnisi w ceglastoczerwonych szatach. W Tajlandii tradycja nakazuje, aby każdy mężczyzna przynajmniej raz w życiu wstąpił do klasztoru i został wyświęcony na mnicha. W klasztornych murach może spędzić całe życie albo tylko kilka miesięcy. Dopiero po tym doświadczeniu uznaje się go za dojrzałego i zdolnego do zawarcia związku małżeńskiego. Tradycji tej wierni są też tajlandzcy królowie. Mnisi żyją w ascezie, korzystają z darów dostarczanych im przez wiernych.

 

Ponad godzinę drogi od Chiang Mai znajduje się sanktuarium słoni. Elephant Nature Park zajmuje duży teren otoczony zalesionymi wzgórzami, po którym przechadzają się te majestatyczne zwierzęta. Żyją tu na wolności i to one są gospodarzami. Pod okiem opiekunów można karmić słonie świeżymi owocami albo brać udział w ich kąpieli w rzece. W parku dowiemy się także wiele o zwyczajach jego dostojnych mieszkańców. Sanktuarium działa charytatywnie na rzecz ratowania tych pięknych ssaków i dzikiej przyrody.

 

PIEKIELNIE SMACZNE

 

Na koniec kilka słów o tajskiej kuchni, która nie ma sobie równych na świecie i jest jedną z najlepszych i najzdrowszych na naszym globie. Jej podstawą są świeże przyprawy, zioła i warzywa. Niemal w każdym przepisie ważny składnik stanowią mleczko kokosowe, trawa cytrynowa, chili, liście limonki, imbir i kolendra. Naulicznych straganach wszystkie te cuda można kupić za grosze. W upalne dni zamiast niezdrowych przekąsek Tajowie (i odwiedzający Tajlandię turyści) raczą się soczystymi przysmakami wprost z drzewa. Spotkamy tu dziesiątki gatunków dziwnych, egzotycznych owoców, a niektóre nazwy trudno nawet wymówić. Na targach sprzedaje się kolczaste duriany, różowo-zielone pitaje, słodko-kwaśne longany, soczyste mangostany, orzeźwiające rambutany, ciężkie od mleka kokosy, delikatne pomelo i chyba najlepsze na świecie mango. Z tych ostatnich Tajowie robią rewelacyjny deser, niezwykle słodki, choć bez dodatku cukru. Pokrojone w kostkę mango podają z klejącym się ryżem zatopionym w mleczku kokosowym. Zresztą wszystko, co serwuje się w Tajlandii, zarówno na ulicznych straganach, jak i w wykwintnych restauracjach, jest po prostu obłędnie smaczne, czy to piekielnie pikantna zupa tom yum, smakowity makaron pad thai podawany ze słodkawymi orzeszkami, czy różne rodzaje ostrych curry lub dopiero co złowione i szybko przyrządzone owoce morza. Dzięki świeżym składnikom i lokalnym aromatycznym przyprawom potrawy tajskiej kuchni na długo zapadają w pamięć. Dla wielu osób są później jednym z ważnych powodów, aby odwiedzić ten azjatycki kraj ponownie...

 

Najlepsze miejsca do nurkowania na świecie – top 10

MAGDALENA ZDRENKA

 

FOT. TOURISM AUSTRALIA

W morskich głębinach kryje się tak wielkie bogactwo podwodnych krajobrazów, unikalnych ekosystemów i różnorodnych gatunków, że trudno wybrać jeden najpiękniejszy i najciekawszy rejon. Na szczęście wcale nie musimy tego robić. Możemy zwiedzać je wszystkie po kolei, ale nie łudźmy się niepotrzebnie, na pewno nie uda nam się zobaczyć wszystkiego. Jedno życie to za mało na poznanie całego podmorskiego raju na ziemi.

Więcej…