Stragany na uliczce w Palermo uginają się od świeżych warzyw
food-and-wine-palermo-street-markets

© WWW.SICILY.CO.UK

Dominika Friedrich

www.sycyliabocznymidrogami.pl


Sycylia należy do tzw. Mezzogiorno, południowych regionów Włoch. To najbardziej odległy od kontynentalnej Europy zakątek kraju, oddzielony od niej Cieśniną Mesyńską, i najbliższy reszcie świata. Trójkątny ląd otaczają trzy morza – Jońskie, Tyrreńskie i Śródziemne.


Największa włoska wyspa (prawie 26 tys. km² powierzchni) jest kolebką nauki, kultury, sztuki i literatury. W tym miejscu krzyżowały się ze sobą wpływy wielkich cywilizacji. To niemal osobny kraj. Mieszkańcy Sycylii nie mówią o sobie, że są Włochami, nazywają się Sycylijczykami. Żyją w innym klimacie, mają swoje zwyczaje. Ile jest kuchni włoskiej w sycylijskiej? Chyba nie umiem i nie mogę odpowiedzieć na to pytanie. Właściwie nie istnieje jednolita kuchnia Włoch. Przecież Sycylię od Alp dzieli ponad 1200 km. Na sztukę kulinarną kraju składają się więc jej regionalne odmiany wyróżniające się własnym charakterem.


Proponuję zatem niekonwencjonalne zwiedzanie wyspy, w starożytności nazywanej Trinacrią. Wyprawa enogastronomiczna pozwoli poznać ją od kuchni, czyli z najsmaczniejszej strony. Łatwiej i szybciej przychodzi nam próbować dań typowych dla innych społeczności niż mówić ich językiem. We Włoszech jednym z przyjemniejszych sposobów na odkrywanie danego regionu jest kosztowanie jego specjałów kulinarnych. Tutaj kuchnia odsłania serca mieszkańców. Zawsze podczas podróży staram się zjeść lokalną potrawę, bo gdybym tego nie zrobiła, nie zrozumiałabym miejsca, do którego trafiłam, ani mentalności żyjących w nim ludzi.


GORĄCA ETNA

Ruiny teatru greckiego w Taorminie

 taormina DSC9981 ORIZZ
© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

Na pewno warto zdawać sobie sprawę z jednego – we Włoszech dużo mówi się o jedzeniu, znacznie więcej niż gdzie indziej na świecie i na jakikolwiek inny temat. Tu wszystko zaczyna się od posiłku i na nim kończy. Myślę, że można to wyjaśnić następująco: we włoskiej kulturze ktoś, kto podaje nam przepis na jakąś potrawę, chce nam przybliżyć miejsce swojego pochodzenia. Dimmi che mangi e ti dico chi sei („Powiedz mi, co jesz, a powiem ci, kim jesteś”) – mawiają Włosi. Jedzenie to tożsamość, korzenie, dom rodzinny, dlatego tak ważne jest, aby spróbować poznać Sycylię z pomocą prawdziwych Sycylijczyków. Tylko oni potrafią zarazić miłością do tej uwodzicielskiej wyspy i sprawić, że stracimy dla niej głowę i oddamy jej nasze serce.

               
Sycylijski krajobraz wnętrza lądu nie ma nic wspólnego z barokowymi miastami i gajami pomarańczowymi. Tworzy go ziemia spalona słońcem, falująca i ciągnąca się leniwie aż po majaczący gdzieś przed nami horyzont. Niezliczone nagie i niemal nierzeczywiste wzgórza wyrastają jedno za drugim bez końca. Przypominają morze, które nagle skamieniało.

               
Sycylia nie zna rozwiązań pośrednich, na niej nic nie jest zwyczajne, pospolite ani przyziemne. Znajduje się tu jeden z największych czynnych wulkanów w Europie. Etna – pulsujące serce wyspy – wznosi się na wysokość ok. 3330 m n.p.m. (zmieniającą się ze względu na dużą aktywność). Góra zachwyca majestatem, siłą i niepowtarzalnym pięknem. Widok ognia, lejącej się gorącej lawy i ośnieżonych zboczy na tle wręcz księżycowego krajobrazu uczy nas pokory wobec natury. Trudno o większy kontrast niż między czerwienią magmy a bielą śniegu. Niewiele jest też miejsc na świecie, gdzie podczas jazdy na nartach można mieć wrażenie, że zmierza się wprost do morza. Takie niezwykłe przeżycia zapewnia właśnie dostojna Etna, czasem przystrojona w elegancki kapelusz z chmur, a czasem zakryta czarną woalką.


Powiedziano mi, że aby zrozumieć Sycylię, trzeba wejść na szczyt jej wspaniałego wulkanu, wspiąć się po twardym zboczu i poczuć zapach śródziemnomorskiej roślinności, która zmienia się wraz z pokonywaną wysokością. W niższych partiach w lasach spotyka się zwierzęta, wyżej pojawiają się ostre czubki czarnych skał w towarzystwie kwitnących janowców (Genista aetnensis) i fiołków. Wspinamy się dalej, a przed nami roztacza się księżycowy krajobraz, widzimy głębokie kratery, wąwozy i zastygłe języki lawy. Warto zatrzymać się choć na chwilę i pooddychać głęboko w tej ciszy. Etna wznosi się nad nami ze swoją pajęczyną szlaków. W Valle del Bove przed naszymi oczami rozpościera się naturalny amfiteatr, który przedstawia geologiczną historię wulkanu. Z wrażenia brakuje nam tchu w piersiach. Tego nie da się opisać, to trzeba przeżyć i zobaczyć. Zaraz obok w Taorminie znajduje się raj na ziemi. Specyficzny morski mikroklimat podnosi tutaj temperaturę powietrza do ponad 30°C przez sześć miesięcy w roku. Lato jest długie, gorące, wręcz męczące, a potem przychodzą deszcze, które są tak gwałtowne, że wprawiają w szał wyschnięte potoki występujące z brzegów. Ta żywiołowość pogody, różnorodność i kontrasty krajobrazu, przechodzenie z jednej skrajności w drugą ukształtowały charakter Sycylijczyków i wpłynęły na ich kulinarne upodobania.


KRAINA KONTRASTÓW

Na słodkiej, kolorowej Sycylii kuchnię podniesiono do rangi sztuki. Tu wszystko doprowadzone jest do przesady – światło słońca bywa nie do zniesienia dla obcokrajowca bez okularów przeciwsłonecznych, błękit nieba i turkus morza wyglądają jak wyjęte ze starych pocztówek, wydają się wręcz kiczowate, zieleń plantacji i gajów cytrusowych ma niesamowicie intensywny odcień, zapachy odurzają. Lepki od cukru sok z melonów spływa po dłoniach w trakcie jedzenia.


Na tej ziemi kontrastów luksus sąsiaduje z biedą, piękno miesza się z brzydotą. Świetny tego przykład stanowi Palermo. Można albo je pokochać, albo znienawidzić. Światło przeplata się w nim z ciemnością. Kiedy z miejsca rozpalonego słońcem przechodzi się w cień, przez moment nie widzi się nic. To jak przeciwstawienie dobra i zła. Życie tutaj jest niezmiernie intensywne, a jednocześnie przesycone przeszłością, która w dalszym ciągu ciąży na Sycylii i jej mieszkańcach w niewidoczny dla niewprawnego oka sposób. W dialekcie sycylijskim nie ma czasu przyszłego, żyje się tu i teraz. Może to wpływ zniszczeń spowodowanych trzęsieniami ziemi… W ich wyniku w ruinę obróciły się takie miasta jak Gibellina – największe w Europie muzeum sztuki współczesnej na świeżym powietrzu – czy Salaparuta i Poggioreale, które dane mi było odwiedzić. Czułam w nich pod stopami wibracje tej ziemi. Te niesamowite miejsca uczą pokory wobec siły natury. Może to także efekt spustoszeń spowodowanych wybuchami wulkanów i najazdami obcych plemion… Sycylijczycy zachowują stoicki spokój i potrafią spoglądać tylko w przeszłość, która zamienia się w gorącą teraźniejszość.


Na Sycylii zawsze krzyżowały się kultury. Z tych właśnie spotkań narodziły się dania takie jak cannoli z kandyzowanymi pomarańczami, cassata, cuscus trapanese na bazie ryb i owoców morza. W sycylijskiej kuchni często pojawia się smak agrodolce (słodko-kwaśny), który łączy w sobie wszystko. W potrawach ostrość przechodzi w słodycz, a słodycz w ostrość, ale nie tylko, elementy twarde mieszają się też z miękkimi, np. w przypadku cannoli kruchość smażonej skórki kontrastuje z rozpływającą się w ustach słodką ricottą. W okolicach Trapani natomiast podaje się lody caldo freddo polane gorącą czekoladą albo parfait migdałowe również w ciepłej polewie czekoladowej. Na talerzu zestawia się ze sobą smaki morza i ziemi, a podobne przykłady można by mnożyć bez końca...


LOKALNE SKARBY

Kanapka z placuszkami panelle w Palermo

Pane-e-pannelle
© WWW.SICILY.CO.UK

Sycylia szczyci się jednym z najbogatszych we Włoszech zbiorów przepisów kulinarnych, który jest owocem bardzo burzliwych losów regionu. W miejscowej niezmiernie różnorodnej i smacznej kuchni wpływy arabskie i hiszpańskie walczą ze sobą o palmę pierwszeństwa. Poznawanie sztuki kulinarnej stanowi więc swoistą lekcję historii.

Arancini – ryżowe kulki w panierce

Le Arancine© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO         

Dobrym przykładem będą klasyczne arancini – ciepłe i chrupiące złote kule. Prezentują one 1000 lat sycylijskich tradycji kulinarnych. Dwieście gramów ryżu pachnącego szafranem, połączonego z małymi zielonymi ziarnkami groszku i otaczającego serowe serce pachnie mięsnym sosem ragoût. Tak wygląda tradycyjna wersja przysmaku. Dziś istnieją najrozmaitsze odmiany arancini odpowiednie dla każdego podniebienia: klasyczne z masłem lub sosem mięsnym, nadziewane grzybami, z bakłażanem, szpinakiem, czekoladą, gorgonzolą, kiełbasą, łososiem i krewetkami czy też – oczywiście – złote pistacjowe kule z Bronte. Taki opis chyba wystarczy, żeby zacząć się pakować i wyruszać w drogę...


Od zawsze Sycylia była popularnym celem podróży i wakacyjnych wyjazdów ze względu na swoje bogate dziedzictwo artystyczne i archeologiczne, piękno i różnorodność krajobrazów, urokliwe plaże i barwny folklor. Jednak od kilku lat wyspa bywa doceniana także za jej tradycje kulinarne. Niektóre spośród lokalnych produktów stały się bardzo modne, wzbudzają szerokie zainteresowanie i zyskują sobie coraz więcej wielbicieli. Warto wymienić chociażby oliwę extra vergine, tutejsze wina, np. znane i chwalone na całym świecie czerwone Nero d’Avola, czy tradycyjne sycylijskie sery primosale (primo sale), pecorino czy caciocavallo.

               
W miejscowej kuchni uwagę zwracają ciekawe i niepowtarzalne połączenia składników. Używa się tutaj w dużych ilościach migdałów, pistacji (zielonego złota Etny), sezamu, rodzynek, liści laurowych, kaparów, czyli kwiatów do jedzenia, potocznie zwanych sycylijskimi orchideami, i finocchietto selvatico – dzikiego kopru włoskiego.


SAMA ŚWIEŻOŚĆ

Tutejsza kuchnia jest niezmiernie zróżnicowana. Inne dania królują na wybrzeżu (przewaga ryb i owoców morza), inne w środku wyspy (więcej warzyw i mięsa). Ze względu na różnice klimatyczne każdy region charakteryzuje się własnymi produktami lokalnymi. Potrawy z Katanii nie są takie jak te z zachodnich brzegów, w Palermo je się inaczej niż w Trapani.


Z całą pewnością jednak sztuka kulinarna Sycylii bazuje na sezonowych składnikach, czyli zmienia się w zależności od pór roku. Kolejne miesiące obfitują w nowe świeże warzywa. Do najpopularniejszych na wyspie należą karczochy, czyli jeszcze jedne kwiaty do jedzenia. Ja osobiście bardzo je lubię.


Mimo licznych różnic kuchnia sycylijska ma wiele wspólnych elementów. Często używa się w niej ricotty, zarówno do dań słonych, jak i słodkich, czy oliwy z oliwek. Latem dużą popularnością cieszą się bakłażany przyrządzane na tysiące sposobów. Warto wymienić choć kilka potraw, np. tradycyjną caponatę łączącą smaki słodki i kwaśny, zapiekankę ze smażonych bakłażanów nazywaną parmigiana, involtini di melanzane, czyli zapiekane nadziewane roladki bakłażanowe, mulinciani chini (w dialekcie sycylijskim, a po włosku melanzane ripiene) – faszerowane i pieczone bakłażany czy też klasyczną pastę alla Norma (zwaną też pastą alla siciliana). Same bakłażany z Sycylii nie przypominają tych polskich. Są duże i słodkie od gorącego słońca, więc nie trzeba ich najpierw posypywać solą, aby straciły goryczkę. Mają kolor jasnofioletowy, białe wnętrze i okrągły kształt. Aż do końca XIX w. Włosi odnosili się do tego warzywa bardzo nieufnie. Sądzili, że wywołuje niestrawność, szaleństwo i choroby psychiczne. Doskonale oddaje ten fakt ludowe tłumaczenie jego włoskiej nazwy melanzana jako mela insana („szalone jabłko”).

               
Sycylijczycy kochają zarówno swoją kuchnię, jak i regionalne produkty, dlatego gdziekolwiek mieszkają, nie umieją się bez nich obejść. Na co dzień jedzą tradycyjne dania. Są przyzwyczajeni do wyśmienitej jakości kupowanych towarów i ich bezdyskusyjnej świeżości. Na wyspie nadal większość zakupów robi się w sklepie warzywnym, rybnym bądź mięsnym, a nie w supermarkecie. Mieszkańcy wybrzeży Sycylii (czyli ośmiu z dziewięciu jej prowincji) spożywają bardzo dużo ryb. W domach sycylijskich pojawiają się one zresztą średnio trzy razy w tygodniu.


PRZEKĄSKI NA ULICY

Ta największa włoska wyspa stanowi także raj dla wegetarian. Zdecydowanie mają oni w czym wybierać. Już samych odmian sałaty, zarówno przeznaczonych do jedzenia na surowo, jak i po ugotowaniu lub podsmażeniu (najczęściej niedostępnych na naszym rynku), jest naprawdę mnóstwo. Do tego dochodzą jeszcze tzw. verdure selvatiche lub verdure spontanee – warzywa zielone rosnące dziko, nieuprawiane. Po przyjeździe do Polski nawet w lecie brakuje mi tej różnorodności, a co dopiero muszą czuć Sycylijczycy.


Tradycyjna domowa kuchnia Sycylii to co innego niż mangiar per strada, czyli „jedzenie na ulicy”. Ja nazywam ten rodzaj przekąsek sycylijskim fast foodem. Najczęściej kupuje się je na mieście i nie przygotowuje się ich w domu, dlatego że są raczej pracochłonne i nie warto ich przyrządzać tylko dla kilku osób. Do tego typu potraw zaliczyłabym pochodzące z Palermo tradycyjne placuszki z mąki z ciecierzycy (panelle) i puszysty placek sfincione, całkowicie nie do pomylenia z pizzą, oraz wspomniane już arancini, w wersji klasycznej składające się z szafranowego ryżu nadziewanego mięsnym sosem i smażone w głębokim tłuszczu, ale w innych wariantach wypełnione też szynką, szpinakiem, serem czy czekoladą albo pistacjami.


Jak widać, Sycylijczykom trudno odmówić wyobraźni kulinarnej. Na liście smakołyków z lokalnego fast foodu nie może zabraknąć kolejnego dania z Palermo, występującego pod nazwą stigghiola, czyli wnętrzności jagnięcych lub kozich pieczonych na grillu na szpadce. Smakują rewelacyjnie. Innym kojarzonym z tym miastem przysmakiem jest bułka z cielęcą śledzioną zwana panino con la milza. Przepis na nią ma ponad tysiąc lat. Oprócz śledziony dodaje się płuca i kawałki chrząstek tchawicy podsmażone na smalcu z owczą ricottą i startym serem caciocavallo. Sprzedaje się dwa rodzaje tej kanapki. W wersji tańszej – vergine – zawiera tylko ricottę, ser caciocavallo i trochę gorącego smalcu ze smażenia śledziony, w wariancie pełnym uwzględnia się wszystkie wymienione składniki. W Katanii króluje cipollina. Pod tą nazwą występuje ciasto francuskie pieczone w piekarniku, nadziewane pomidorami, serem, szynką i cebulą. Nigdy nie mogę się oprzeć temu przysmakowi. Uliczne jedzenie reprezentuje również polpo bollito – gotowana ośmiornica. Nie wolno także zapomnieć o jeżowcach (ricci di mare), które są otwierane na naszych oczach. Sprzedawcy instruują klientów, jak jeść te dziwne stworzenia, posługując się językiem albo kawałkiem chleba. Nie da się nimi nasycić, można jedynie delektować się zapachem morza i wiatru. Na koniec zostają nam świeże frutti di mare crudi, owoce morza na surowo: fasolari, tartufi di mare, cannolicchi, vongole (małże wenus), cozze (omułki), ostrygi, padelle, telline.


Na Sycylii uliczne przekąski je się zwykle rękoma. Minęło wiele lat zanim się tego nauczyłam. Na spotkaniach sycylijscy przyjaciele mówili mi: Mangia come ti ha insegnato la mamma! („Jedz tak, jak nauczyła cię mama!”). Problem polegał na tym, że moja mama nie pokazała mi, jak jeść jeżowce, ostrygi, omułki i małże...


TYLKO NA MIEJSCU

Z całą pewnością kuchnia Sycylii jest wyjątkowa, tak jak i sama wyspa. Już fakt, że wiele warzyw, owoców i ryb nie występuje poza tym regionem, potwierdza tylko tę tezę. Warto wymienić choćby tenerumi, czyli liście sycylijskiej cukinii, tzw. serpente di Sicilia („sycylijskiego węża”). To jasnozielone warzywo o średnicy nie przekraczającej 10 cm i długości dochodzącej nawet do 2 m. Znajdziemy tu dania zarówno z cukinią, jak i jej liśćmi, np. makaron zwany pasta con tenerumi. Wśród owoców morza na wspomnienie zasługują m.in. occhi di bue – w dosłownym tłumaczeniu „oczy krowy”. Próbowałam ich tylko na Sycylii, w okolicach Katanii. W Trapani nikt nie wiedział, o co mi chodzi.


Dopiero po latach nauczyłam się jeść rękoma owoce morza. Niektóre można zdobyć samemu, np. padelle zbiera się bezpośrednio z nadmorskich skał. Jeżowce natomiast należy wybierać kolorowe. Najlepiej smakują te jedzone nad morzem tuż po zebraniu, otwarte i przepłukane słoną wodą.


Od Sycylijczyków dowiemy się również wielu rzeczy dotyczących przygotowywania potraw, w tym jak ubić karczochy przed pieczeniem i dlaczego trzeba to robić, jak zbić ośmiornicę po złowieniu czy obrać opuncję itp. Chętnie też pokażą nam każdą z tych technik. Ja w ten sposób poznałam i pokochałam Sycylię i jej mieszkańców.


ZWIEDZANIE ZE SMAKIEM

Świetnym pomysłem na zwiedzanie wyspy są wyprawy enogastronomiczne połączone z degustacjami w licznych lokalnych winnicach, wytwórniach serów i wytłaczarniach oliwy. Do programu wycieczki warto dodać również warsztaty gotowania przeprowadzane w gospodarstwach agroturystycznych. Oprócz fantastycznych doznań kulinarnych na Sycylii czeka na przyjezdnych mnóstwo propozycji aktywnego spędzania czasu na świeżym powietrzu. Trekking można urozmaicić morskimi kąpielami. Polecam Rezerwat Naturalny Zingaro (Riserva Naturale Orientata dello Zingaro), Rezerwat Naturalny Monte Cofano (Riserva Naturale Orientata Monte Cofano), pasmo górskie Nebrodi (z Monte Soro na czele – 1847 m n.p.m.), Etnę, pobliskie Wyspy Liparyjskie – szczególnie Vulcano, Salinę i Stromboli, wyspę Pantellerię i nie tylko. W wielu miejscach organizuje się przejażdżki jeepami, quadami, motocyklami i rowerami. Bezpośredni kontakt z naturą zapewniają wyprawy konne.

               
Od strony morza Sycylia wygląda zupełnie inaczej. Zachwyca mnóstwem dzikich plaż, tzw. plaż milczenia. Osoby stroniące od tłumów na pewno będą zadowolone. Wybór jest naprawdę ogromny. Można przebierać w różnorodnych plażach – od tych pokrytych drobnym białym piaskiem w San Vito Lo Capo i Mondello, przez złote na południowym wschodzie (okolice miejscowości Ispica, Noto czy Avola), południu (np. Agrygent – Agrigento) i północy wyspy (m.in. Cefalù), żwirowe i kamieniste w pobliżu Taorminy czy Capo d’Orlando, aż po skaliste i klifowe wybrzeża (Scala dei Turchi – Schody Turków, położone między Realmonte a Porto Empedocle). Ten region Włoch przyciąga poza tym wielu amatorów sportów wodnych. Do Rezerwatu Naturalnego Zingaro przybywają nurkowie, którzy odwiedzają też niezmiernie chętnie wysepkę Ustica usytuowaną ok. 65 km na północny zachód od Palermo, a także Wyspy Liparyjskie, Egady, Lampedusę i Pantellerię. Kite- i windsurfing najlepiej uprawiać w rejonie miejscowości Pozzallo i Paceco, ale istnieje jeszcze wiele miejsc, gdzie wiatr wieje zawsze.


Świetny pomysł stanowi również rejs wokół sąsiadujących z Sycylią archipelagów. Gdybym miała wybierać, zaczęłabym od Wysp Liparyjskich i pierwszy postój zrobiłabym na Salinie w Pollarze o zachodzie słońca. To właśnie tu kręcono film Il postino (Listonosz) z 1994 r. Następnie udałabym się na Alicudi i Filicudi, a potem gdzie oczy poniosą. Wakacje pod żaglami dają ogromne poczucie wolności. Zapach morza budzi i usypia żeglarzy, delfiny skaczą wokół łódki. Po drodze łowi się ryby, zbiera się owoce morza: jeżowce, padelle, vongole (małże wenus) czy telline. Dla kogo rejs jachtem to za dużo, ten może popłynąć z rybakami na nocny połów.

               
Sycylia ma także swoje historyczne oblicze. Miłośnicy sztuki powinni ruszyć w poszukiwaniu przykładów tutejszej odmiany baroku z XVII i XVIII w., ciężkiej od dekoracji, kapiącej złotem, czasami kiczowatej i prowincjonalnej. Na południowym wschodzie wyspy wytyczono nawet szlak łączący perły tej architektury (tzw. miasta późnego baroku w dolinie Noto – Caltagirone, Militiello in Val di Catania, Katania, Modica, Noto, Palazzolo Acreide, Ragusa i Scicli, wpisane w 2002 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Fascynaci historii mogą odkrywać ślady antycznej kultury greckiej w Syrakuzach, Agrygencie (Agrigento), Selinunte (Selinuncie), Segeście i wielu innych miejscach. Tutaj za każdym zakrętem czeka na nas coś nowego. Mnie po 25 latach ten wyjątkowy zakątek Włoch ciągle jeszcze czymś zaskakuje.


Jak mówi stare sycylijskie powiedzenie: Można wyrzucić Sycylijczyka z Sycylii, ale nigdy nie uda się wyrzucić Sycylii z serca Sycylijczyka. Dotyczy ono jednak nie tylko miejscowych. Kto raz odwiedzi tę fascynującą wyspę, zawsze będzie już na nią wracać, a zakochać się w niej wcale nie tak trudno.

Więcej informacji: 
www.sicily.co.uk

Artykuły wybrane losowo

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018

CZARUJĄCA BIRMA W WIRZE PRZEMIAN

Karaweik

Stylizowany na wspaniałą królewską barkę pałac Karaweik w Rangunie

© MYANMAR TOURISM MARKETING/WWW.TOURISMMYANMAR.ORG

 

MAGDALENA BARTCZAK

 

Ten kraj tysiąca świątyń, w którym w marcu 2011 r. z władzą pożegnała się (przynajmniej formalnie) junta wojskowa, ulega przeobrażeniom i otwiera się na świat. Nadal jednak kryją się w nim liczne zakątki nieodwiedzane przez zagranicznych przybyszów zbyt często. Podróżników zachwyca on niesamowitymi krajobrazami, magiczną atmosferą, a przede wszystkim niezwykłym ciepłem i gościnnością mieszkańców.

Więcej…

Szmaragdowa Irlandia

ROBERT PAWEŁEK

 

Ta zielona wyspa potrafi zauroczyć nawet najbardziej wybrednych obieżyświatów. Wspaniałe ślady celtyckiej kultury sąsiadują na niej z pozostałościami po czasach wczesnochrześcijańskich. Nieodłączną częścią tutejszego krajobrazu rozległych równin i skalistych urwisk są tajemnicze dolmeny i kamienne rzeźbione krzyże. Możemy tu znaleźć fabrykę słynnego piwa Guinness i puby tętniące życiem do białego rana oraz zwiedzić Dublin pod rękę z bohaterem powieści Jamesa Joyce’a Ulisses. To właśnie osobliwe połączenie teraźniejszości z przeszłością oraz sympatyczni i otwarci mieszkańcy stanowią o uroku Irlandii.

FOT. TOURISM IRELAND

Po irlandzku nazwa tego europejskiego państwa brzmi Éire. Dziś zajmuje ono większą część drugiej pod względem wielkości wyspy archipelagu Wysp Brytyjskich, współdzieląc jej terytorium ze Zjednoczonym Królestwem Wielkiej Brytanii i Irlandii Północnej. W godle państwowym na niebieskim tle znajduje się złota harfa Briana Śmiałego, króla panującego na tych ziemiach na początku XI w. Najpopularniejszym symbolem kraju jest jednak trójlistna koniczyna (ang. shamrock), którą Irlandczycy noszą przypiętą do ubrania w dniu swojego patrona św. Patryka, 17 marca.

Więcej…