ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

Jeśli lubicie ciepłe morze, sjestę, owoce morza, wyśmienite wina i atmosferę pueblos blancos, czyli białych miasteczek, na letni urlop powinniście wybrać Hiszpanię . Znajdziecie tu wszystko: wspaniałe zabytki, parki wodne, akweny do nurkowania, kolorowe deptaki, nocne kluby i ciche zatoki. A czasem spotkacie też światowe gwiazdy z pierwszych stron gazet.  

Półwysep Iberyjski jako kierunek turystyczny cieszy się popularnością przez cały rok. Miejscowości nadmorskie przeżywają jednak prawdziwe oblężenie w miesiącach letnich. Szczególnie atrakcyjne są dla tych mieszkańców Europy, którzy po mroźnej zimie marzą o zmianie klimatu i krajobrazu, aby później w pełni sił wrócić do szarej codzienności.

Obfite deszcze w tych stronach to rzadkość. Letnie upały sięgają 40°C. Jeśli jednak nie boimy się wysokich temperatur, pokochamy hiszpańskie wybrzeże, bary z przekąskami zwanymi tapas i kluby, w których można posłuchać flamenco. Dla Hiszpanów synonimem najlepszego wypoczynku jest wyrażenie sol y playa, czyli słońce i plaża. Nic dziwnego, że ponad 3 tys. kilometrów hiszpańskiej linii brzegowej (nie licząc wysp) stało się niekończącą riwierą, wypełnioną amatorami pięknej opalenizny. Dzisiaj sąsiadują tu ze sobą prawdziwe centra turystyczne: tętniąca życiem Costa Blanca, słynna Costa Brava, Costa Dorada i Costa del Azahar, na południu zaś zalane słońcem Costa del Sol, Costa de la Luz, Costa de Almería i Costa Cálida w niewielkim regionie autonomicznym Murcja. 

 

 

Costa del Sol – nie tylko dla bogaczy

Wybrzeże Słońca ciągnie się od Malagi aż po Gibraltar. Przy dobrej pogodzie z okolicznych gór widać brzegi Afryki. Można je zresztą oglądać bardzo często – słońce świeci tu przez 325 dni w roku! W nadmorskim pasie uprawia się rośliny tropikalne, przy drogach rosną gaje oliwne. Hiszpanie żartują więc, że gdyby wyschło morze, spokojnie zapewnią turystom kąpiele w oliwie najwyższej jakości.

Costa del Sol wiele lat temu urzekło Anglików. Wkrótce jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać nadmorskie hotele, przypominające amerykańskie drapacze chmur. Znajdziemy je m.in. w gwarnym Torremolinos, pierwszym hiszpańskim kurorcie nad Morzem Śródziemnym z lat 50. XX w. W sąsiedztwie leżą też trochę spokojniejsze ośrodki: otoczona górami Fuengirola, Cabopino z piaszczystą plażą dla nudystów czy przyciągająca rodziny z dziećmi, cicha wieczorami Estepona. Dla amatorów luksusu idealna będzie Marbella. Jej ulicami jeździ więcej rolls-royce’ów niż w każdym innym mieście Europy, może z wyjątkiem Londynu. Na przedmieściach letnie domy mają Mick Jagger, Sean Connery, Julio Iglesias. Swoją rezydencję, będącą wierną repliką amerykańskiego Białego Domu, wybudował tu także poprzedni król Arabii Saudyjskiej Fahd.

Kolejną niezmiernie modną miejscowością stała się piękna Benalmádena ze wspaniałymi plażami, kameralnymi zatokami oraz jedną z największych marin w Hiszpanii i akwarium Sea Life, w którym zobaczymy m.in. groźne rekiny. Przy nabrzeżu wybudowano hotele o fantazyjnych kształtach – styl andaluzyjski miesza się tu z arabskim i orientalnym. Wśród tych obrazów niczym z Baśni tysiąca i jednej nocy tylko muzyka dochodząca z dyskoteki Kaleido, należącej do Antonia Banderasa, przypomina, że mamy XXI w. Gdy zapuścimy się w głąb dzielnicy Benalmádena Pueblo, odkryjemy zupełnie inny świat: białe domy w wąskich uliczkach, balkony tonące w kwiatach pelargonii i tawerny z flamenco. Spódnice kruczowłosych tancerek wirują, gdy śpiewają one o miłości i zdradzie i posyłają turystom płomienne spojrzenia… Będąc na Costa del Sol, warto odwiedzić także uroczą i zabytkową, położoną malowniczo na skałach Rondę.  

 

Costa de la Luz – raj windsurferów

W tym miejscu można niemal poczuć zapach Sahary. Nękany wiatrem obszar pomiędzy Kadyksem a Tarifą skąpany jest w mocnym świetle promieni słonecznych, od którego pochodzi jego nazwa – Costa de la Luz, czyli Wybrzeże Światła. Na wyciągnięcie ręki znajdują się Tanger i wypalone słońcem marokańskie wybrzeże z dominującymi nad nim purpurowymi górami Rif. Hiszpanię od Maroka dzieli tu wąska Cieśnina Gibraltarska, po której często kursują turystyczne promy. Nadmorska bryza zasila liczne elektrownie wiatrowe, ustawione na wzgórzach Sierra del Cabrito.

Do Tarify ściągają tłumnie miłośnicy windsurfingu z całej Europy. Nazwa miasta pochodzi od wyspy Tarif leżącej naprzeciwko jego wybrzeża. Jeśli skręcimy w bok od szosy E5, pod koniec wąskiej drogi wijącej się wśród kaktusów i słoneczników znajdziemy nieduże letnisko Zahara de los Atunes, a nieco dalej gwarną miejscowość Conil de la Frontera. Stąd już blisko do przylądka Trafalgar, gdzie brytyjski admirał Horatio Nelson w 1805 r. pokonał flotę Francuzów i Hiszpanów, sam ginąc w bitwie. Costa de la Luz jest wymarzonym punktem wypadowym do okolicznych pueblos blancos, czyli białych miasteczek. Nie można nie odwiedzić również Arcos de la Frontera z odbudowanym w XV w. zamkiem czy niezmiernie zabytkowej miejscowości Medina-Sidonia.    

 

Costa Tropical – kraina europejskiego rumu

Ponad 100-kilometrowe wybrzeże położone na wschód od Malagi jest trochę omijane przez turystów. Niesłusznie, bo tutejszy klimat subtropikalny zapewnia świetne warunki do plażowania, a nawet kąpieli przez okrągły rok. Widoczne w dali ośnieżone szczyty Sierra Nevada chronią ten rejon przed napływem chłodnego powietrza podczas europejskiej zimy, więc temperatura nie spada tu prawie nigdy poniżej 16°C. Latem zaś morska bryza łagodzi panujący na tym terenie upał. Plaże są niewielkie, położone przy brzegach malowniczych zatok. Nie uświadczymy też tutaj betonowych hoteli i męczącej atmosfery wielkich kurortów. Miejscowe warunki klimatyczne sprawiają, że znakomicie udaje się uprawa drzew awokado i mango, których owoce są tu niezwykle tanie.

Costa Tropical stanowi raj dla miłośników sportów wodnych. Nurkowie chętnie odwiedzają Morze Alborańskie z bogatą florą i fauną. Niektórzy zapuszczają się w wody zatoki La Herradura, na której dnie spoczęła hiszpańska flota z 25 galeonami, zatopiona podczas sztormu w 1562 r. Naturyści mogą skorzystać ze specjalnie wydzielonej dla nich plaży.

W mieście Motril warto wstąpić do lokalnego baru, żeby skosztować wytwarzanego w okolicy rumu. To jedyne miejsce produkcji tego trunku w Europie. Tym, których fascynują ślady historii, na pewno spodoba się Almuñécar, gdzie 3 tys. lat temu przybyli Fenicjanie (do dziś pozostały po nich grobowce), oraz urocza Salobreña ze śnieżnobiałymi domami i cytadelą, skąd arabska dynastia Nasrydów sprawowała władzę przez ponad 200 lat.  

 

Costa de Almería – jak na Dzikim Zachodzie

Lato w tym zakątku Hiszpanii trwa od Wielkanocy aż do listopada, więc można w te strony wybrać się również poza sezonem. Gorący klimat w połączeniu z księżycowym krajobrazem, na który składają się kopce z kamienia i piasku oraz wyschnięte koryta rzek, sprawiły, że Almería jak magnes przyciąga filmowców. Kręcono tutaj m.in. Lawrence’a z Arabii, a także wiele włoskich westernów.

Największym miejscowym kurortem jest dziś Mojácar, który wcześniej był małą wioską rybacką. Kiedy w latach 60. ubiegłego wieku miejscowość opustoszała, bo większość mieszkańców wyemigrowała, burmistrz zaoferował ziemię każdemu, kto w ciągu roku wzniesie na niej jakieś zabudowania. W  ten sposób do Mojácar ściągnęli artyści, a wraz z nimi firmy turystyczne. Miejsce okazało się idealne. Tutejszą 4-kilometrową plażę pokrywa złoty piasek, a woda jest ciepła i czysta jak kryształ. W sąsiedztwie powstały hotele, bary i restauracje, a także całoroczny kemping. Nieco inny charakter mają pobliska, tętniąca życiem Garrucha czy maleńka Agua Amarga, położona nad uroczą plażą rybacką. Warto też odwiedzić popularne letnisko San José i niemal dziewicze Cabo de Gata.

 

Costa Blanca – jedne z najpiękniejszych plaż świata

Środkowy odcinek hiszpańskiego wybrzeża z szerokimi plażami znany jest pod nazwą Costa Blanca (Białe Wybrzeże). Jego wizytówką stał się malowniczy Peñón de Ifach (Penyal d’Ifac) w uroczym mieście Calpe (Calp), wapienny skalny ostaniec, sterczący pionowo nad wodą, którego obejście zajmuje mniej więcej dwie godziny! Możecie dotrzeć tu przez Alicante (gdzie znajduje się lotnisko), a stąd ruszyć na północ w kierunku popularnego kurortu Gandía, mijając po drodze San Juan de Alicante (Sant Joan d’Alacant), El Campello i słynny Benidorm, wypełniony wieżowcami. Podobno żadne inne śródziemnomorskie miasto turystyczne nie może poszczycić się ani większą bazą noclegową, ani tak wspaniałymi widokami na morze z hotelowych okien. Najbardziej okazały 5-gwiazdkowy Gran Hotel Villaitana oferuje gościom zabiegi SPA & Wellness i dwa pola golfowe. Jeszcze ponad 60 lat temu Rose Macaulay (1881–1958), pisarka angielska, w swojej książce Fabled Shore: From the Pyrenees to Portugal By Road opisała Benidorm jako małą wioskę rybacką z kościołem pośrodku, leżącą na pięknym skalistym wybrzeżu. Dziś przy głównej promenadzie na spragnionych rozrywki czeka ponad 200 klubów, pubów i dyskotek. Po nocnej zabawie czas na odpoczynek nad brzegiem morza. Do wyboru mamy trzy plaże: nieco tłoczną Levante, uchodząca za jedną z dziesięciu najpiękniejszych na świecie, bardziej kameralną Poniente lub malutką Mal Pas. Pomiędzy tymi dwiema pierwszymi na miejscu dawnej starożytnej twierdzy powstał punkt widokowy z fontanną – Balcón del Mediterráneo – idealny na upał.

Położone nad plażami wieżowce Benidorm na Costa Blanca

 

Jeśli wybierzemy się w głąb lądu, koniecznie musimy odwiedzić górską wioskę Guadalest (El Castell de Guadalest). Prowadzi do niej tunel wykuty w skale. Po jego pokonaniu naszym oczom ukazuje się urocza miejscowość z licznymi sklepikami i ruinami arabskiego zamku z XI w., malowniczo położona wśród gór.

Niektórzy wolą jednak południową część Białego Wybrzeża z wyspą Tabarcą, urzekającą piękną naturą, miejscowością Guardamar del Segura, otoczoną wydmami porośniętymi sosnami, czy Torrevieją. To ostatnie miasto stało się popularnym kierunkiem turystycznym w latach 80. XX w., kiedy tysiące Europejczyków zapragnęło mieć tu własne domy. Trudno im się dziwić – na wyciągnięcie ręki znajduje się tu wiele plaż, m.in. Cura, Los Locos, Los Náufragos, Acequión czy Torrelamata. Podobnie jak w całej Hiszpanii, wstęp na nie jest bezpłatny. Można również wypożyczyć leżaki  i parasole, na każdym kroku natkniemy się zaś na chiringuitoskioski z napojami, lodami, przekąskami i muzyką. Dużą atrakcją tego 100-tysięcznego kurortu są aquaparki. W ogromnym Aquópolis Torrevieja na chętnych czekają zjeżdżalnie, wirówki, sztuczne wodospady, rwące rzeki i czarne dziury. W miejscowych restauracjach podają wyborne paelle, w lodziarniach i kawiarniach serwują najlepsze pod słońcem espresso. Zacieniona palmami, nadmorska promenada wieczorem zapełnia się kolorowym tłumem turystów z różnych zakątków świata.

 

Costa Cálida – samo zdrowie

Białe Wybrzeże zamyka od południa leżące w regionie Murcji Costa Cálida, czyli Gorące Wybrzeże. Najbardziej oblegane kurorty znajdują się wokół laguny Mar Menor (Morza Mniejszego), gdzie woda latem jest zawsze cieplejsza o kilka stopni niż w Morzu Śródziemnym. Wysokie stężenie soli mineralnych przyciągało tutaj kuracjuszy już na początku XX w. Zatrzymywali się w Santiago de la Ribera i Los Alcázares – z tamtych czasów zachowały się do dziś ładne, drewniane mola. Nowe letniska powstały już na wysokiej, ponad 20-kilometrowej mierzei La Manga, oddzielającej lagunę od morza.

Costa Cálida przyciąga miłośników sportów wodnych, dając wspaniałe możliwości do żeglarstwa, nurkowania i windsurfingu. W porównaniu z innymi nadmorskimi rejonami Hiszpanii jest tu dość spokojnie. Kilka pięknych plaż znaleźć można w pobliżu Puerto de Mazarrón. Warto też wybrać się na wycieczkę na jedną z wysp Morza Mniejszego lub do starych warzelni soli w Lo Pagán. Poza tym powinniśmy zwiedzić przepiękną Kartagenę, założoną w 227 r. p.n.e. przez Kartagińczyków, Lorcę, gdzie wciąż stoją rzymskie słupy milowe, czy Caravacę de la Cruz, z relikwią krzyża świętego przechowywaną w kościele Basílica de la Vera Cruz, dokąd wciąż przybywają tysiące pielgrzymów. Według legendy miasto to cudownie ocalało podczas arabskiego oblężenia. Kiedy Maurowie zatruli lokalne źródła wody, templariusze na koniach przywieźli mieszkańcom wino. Na pamiątkę tego wydarzenia co roku w maju odbywa się święto Caballos del Vino.

 

Costa del Azahar – kwiaty i templariusze

Costa del Azahar, czyli Wybrzeże Kwiatu Pomarańczy, położone na północ od Walencji, swą nazwę zawdzięcza ogromnym plantacjom cytrusów. Na wiosnę, w porze kwitnienia, powiew morskiej bryzy miesza się z zapachem kwiatów. Możemy tu wybrać urlop w dwóch znanych kurortach: Peñíscoli lub Benicasim (Benicàssim), gdzie zadbane stare wille sąsiadują z nowoczesnymi hotelami. Historyczna część tego pierwszego miasta kryje dodatkowe atrakcje. Największą z nich jest zbudowany na skalistym cyplu zamek templariuszy Castillo del Papa Luna. Nad jego drzwiami widnieje wyrzeźbiony w murze krzyż zakonu. Niegdyś była tu arabska forteca, potem siedziba templariuszy, a później rezydencja przyszłego antypapieża Benedykta XIII (1328–1423), którym został Pedro de Luna, kardynał Aragonii (Papa Luna). Stąd sprawował swój pontyfikat od 1411 r. aż do śmierci. Nowa Peñíscola rozrosła się poza stare mury kryjące labirynt krętych, wąskich uliczek i stała się kwitnącym letniskiem. Ale najpiękniejsze zachody słońca obejrzeć można właśnie z zamku. Wieczorem zaś warto odwiedzić malownicze plaże w Alcocéber (Alcossebre) i Oropesie del Mar, gdzie lokalne knajpki oferują świeże ryby, krewetki i małże.

 

Costa Dorada – wspomnienie starożytnego cesarstwa

O Costa Dorada (Złotym Wybrzeżu) mówi się niekiedy, że jest ukrytym skarbem Hiszpanii. Rozciąga się pomiędzy Tarragoną a Barceloną i ma ponad 200 km plaż o dość monotonnej linii brzegowej. Od wiatru chronią je góry. Dawne wioski rybackie zamieniły się w spokojne osiedla willowe. Są jednak wyjątki. W tętniącym życiem Sitges znajdziemy nie tylko świetne kąpielisko z promenadą wzdłuż Playa de Oro, ale też neogotycki Palacio de Maricel (Pałac Morza i Nieba),z kolekcją malarstwa i dzieł sztuki z całego świata. Z okien muzeum można rozkoszować się cudownym widokiem na morze. Z kolei w uroczym Salou działa wspaniały park rozrywki – PortAventura. Stąd niedaleko już do Cambrils, dawnego portu rybackiego, dziś jednego z najważniejszych kurortów Złotego Wybrzeża. Po zachodzie słońca na morzu rozbłyskują liczne światełkamałych łódek, które wypłynęły na nocne połowy. Będąc na Costa Dorada, nie wolno zapomnieć o zwiedzeniu Tarragony, dawnej stolicy jednej z trzech rzymskich prowincji na Półwyspie Iberyjskim – Hispanii Tarraconensis. Zachowały się tutaj m.in. amfiteatr, akwedukt, fragmenty forum, cyrku oraz ruiny innych budowli z czasów Imperium Rzymskiego. Patrząc na dumnie wznoszące się na skalistym, nadmorskim wzgórzu miasto, łatwo zrozumieć, co przyciągało tu rzymskich cesarzy.

 

Costa Brava – z wizytą u prawdziwego surrealisty

Tego miejsca nie trzeba zachwalać. Stało się powszechnie znane dzięki artystom i malarzom, których przeszło pół wieku temu przyciągnęły tu wioski rybackie i surowy krajobraz. Na Costa Brava (Dzikie Wybrzeże) do Cadaqués przyjeżdżał też Salvador Dalí. Czasem, ku przerażeniu gapiów, wdrapywał się na wysokie skały, wyobrażając sobie, że leci w przepaść... Do sąsiedniej wioski Port Lligat (Portlligat), gdzie osiadł z Galą, swoją żoną i muzą, prowadzi kręta droga wijąca się między wzgórzami. Warto odwiedzić tę malowniczą miejscowość. Przy wąskich uliczkach wznoszą się rzędy białych domów, dalej znajdują się już tylko skaliste zatoki. Plaże są maleńkie i kamieniste, panuje tutaj cicha, kameralna atmosfera. Z kilku chatek rybackich Dalí z Galą stworzyli luksusowy dom-labirynt z sekretnymi przejściami, w którym bywali sławni goście, tacy jak Albert Einstein i Tomasz Mann. Dzisiaj powstało w nim muzeum. I choć prawdziwi miłośnicy sztuki nie odkryją w nim nic szczególnego, przed wejściem stoi długa kolejka osób, które pragną zobaczyć królestwo mistrza surrealizmu. Dzięki niemu pobliskie Cadaqués stało się modnym miejscem, przyciągającym hiszpańską śmietankę towarzyską.  

W tej części Costa Brava, pod francuską granicą, pełno jest klifów, piaszczystych zatoczek skrytych w cieniu sosen. W L’Escala (La Escala), niewielkim letnisku na skraju Bahía de Roses (Zatoki Róż), w porcie suszą się rybackie sieci. Inaczej rzecz wygląda na południu – więcej tutaj zatłoczonych plaż i kurortów. Najbardziej oblężone są Lloret de Mar, Tossa de Mar i Castell-Platja d’Aro. Aż trudno sobie wyobrazić, że przed wzmożonym napływem turystów ta spokojna okolica żyła z produkcji wina, uprawy oliwek i rybołówstwa.

Wybrzeże kontynentalnej Hiszpanii gwarantuje znakomitą pogodę, złocisty piasek i ciepłe morze. Jeśli więc przez całą zimę marzył nam się błogi wypoczynek w promieniach gorącego słońca, nie musimy daleko szukać i lecieć aż w tropiki. Nasz wakacyjny raj leży tuż obok, na Półwyspie Iberyjskim.

 

Artykuły wybrane losowo

Mongolia – podróż po nieskończoności

ALICJA ŁUKOWSKA


<< „Rozsuwało się zamek namiotu albo otwierało drzwi jurty i zaraz za progiem zaczynało się coś w rodzaju nieskończoności” – opowiada o podróży po Mongolii Andrzej Stasiuk w eseju „Poziomo” wydanym na łamach „Tygodnika Powszechnego” w 2011 r. W jego kontynuacji pt. „Na zachód” pisał, że mongolski step to „przestrzeń, która nie stawia oporu”. Właśnie aby zobaczyć te rozległe, puste i niekończące się obszary, jedzie się do tego kraju. Przebywanie na ogromnym, nieograniczanym przez nic terenie, oddychanie pełną piersią wonnym stepowym powietrzem i wpatrywanie się w daleki, niezasłonięty żadnymi przeszkodami horyzont to niezwykłe doświadczenia dla mieszkańców gęsto zaludnionej, zabudowanej i obsadzonej drzewami Europy. >>

Więcej…

Lato nad węgierskim Balatonem

9126_a4.jpg

Rodzinne wakacje nad Balatonem

©MAGYAR TURIZMUS ZRT. FOTOTÁR

 

Sylwia Jedlak-Dubiel

 

Choć Węgry, położone między Austrią, Słowacją, Ukrainą, Rumunią, Serbią, Chorwacją i Słowenią, nie mają obecnie dostępu do morza, znakomicie radzą sobie z tą niedogodnością. Dzięki niej Madziarzy mogą w pełni docenić tutejsze jeziora, rzeki i źródła termalne, a należą one do prawdziwych skarbów tego kraju. W czasach PRL-u, gdy wyjazdy za żelazną kurtynę stanowiły przywilej niewielu osób, to m.in. węgierski Balaton robił prawdziwą furorę wśród kierunków urlopowych. Mimo iż dziś granice są już otwarte, a wycieczki na słoneczne południowe wybrzeża Europy wcale nie kosztują dużo, wciąż cieszy się on niesłabnącym zainteresowaniem turystów z zagranicy, w tym Polaków. 

Więcej…

Dominikana na dużym ekranie

 catedral de america S

Świątynia w Santo Domingo nazywana Pierwszą Katedrą Ameryki

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Dominikana jest jak naturalne, wielkometrażowe studio filmowe z plenerami zapierającymi dech w piersiach i przepiękną kolonialną zabudową, która idealnie nadaje się na tło. Od lat pamiętają o tym filmowcy, szczególnie ci z Hollywoodu. Swoje dzieła kręcili tutaj Francis Ford Coppola, Sydney Pollack, Robert De Niro czy Andy García. Coraz chętniej z dominikańskich krajobrazów korzystają również lokalni artyści. Warto wspomnieć choćby o filmie „Stróż” („El hombre que cuida”), który w październiku 2017 r. był pokazywany w Polsce w ramach 33. Warszawskiego Festiwalu Filmowego.

 

Wiele znakomitych ujęć, znanych z takich produkcji jak Ojciec chrzestny II (1974) czy Hawana – miasto utracone (2005), powstało właśnie w tym karaibskim kraju. Kiedy trzeba, Dominikana odgrywa także samą siebie bez zbytniego upiększania. Często bywa jednak świetnym dublerem innych miejsc, choćby tych leżących w sąsiedztwie. Działa tu magia kina. Filmową Hawanę, energetyczną stolicę Kuby z czasów Fulgencia Batisty, czyli sprzed rewolucji, z różnych powodów łatwiej uchwycić w… dzisiejszym rozpalonym słońcem Santo Domingo. Dla osób, które wiedzą o tym fakcie, odkrywanie zakątków tego tropikalnego, tętniącego życiem miasta jest jeszcze ciekawsze. Scenerię z filmów bez trudu można rozpoznać, najczęściej odnajduje się ją na obszarze Zona Colonial (Ciudad Colonial). Tędy przemykał m.in. Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II.

 

Poza stolicą z murami sprzed ponad pięciu wieków prawdziwym rajem dla scenografów filmowych jawi się fascynujący interior Dominikany. Warunki krajobrazowe są w tym kraju szalenie zróżnicowane. Na północy na półwyspie Samaná i na wschodzie w okolicach Punta Cana można usiąść w cieniu rozwichrzonych palm kokosowych, targanych morską bryzą, albo na plaży w kolorze mąki kukurydzianej, z piaskiem równie drobnym jak ona. W centrum Dominikany w dolinie Cibao znajdują się zielone pola ryżowe, jakby żywcem wyjęte z azjatyckich scenerii, rozległe plantacje bananów i szczyty Kordyliery Środkowej wyższe niż Tatry. Stąd wyrusza się pod samą granicę z Republiką Haiti przez dominikański Dziki Zachód – po drodze mija się czerwone ziemie, spłaszczone akacje, suchy busz i kaktusy o kształcie wielkich proc, pod którymi wylegują się ospałe dominikańskie smoki, czyli legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany z Hispanioli (Cyclura ricordi). Okolica przypomina meksykańską prerię, znaną z westernów, albo afrykańską sawannę, pokazaną w filmie Pożegnanie z Afryką (1985) Sydneya Pollacka. Może Oliver Stone powinien pójść w ślady Francisa Forda Coppoli i uwiecznić w swoim obrazie The Doors (1991) coś z Dominikany, choćby jaskinie z piktogramami Indian Taíno. Sceny do Czasu apokalipsy (1979) kręcone wzdłuż rzeki Chavón (Río Chavón) wyszły Coppoli wspaniale. Z kolei miejsce, gdzie kokosowe gaje ustępują pola szumiącej trzcinie cukrowej, umiejętnie wykorzystał aktor i reżyser Andy García. W jednej z efektownych scen Hawany – miasta utraconego Ernesto Che Guevara z kompanią rebeldes (rewolucjonistów) wynurzają się z falujących na wietrze zielonych łanów. Dla odmiany zamglone góry w Demokratycznej Republice Konga lub Rwandzie przypomina pasmo Sierra de Bahoruco albo wspomniana Kordyliera Środkowa. Do dawnego Konga Belgijskiego (granego przez Dominikanę) i jego ówczesnej stolicy Léopoldville (w rzeczywistości Santo Domingo) zabiera widza Robert De Niro w wyreżyserowanym przez siebie dramacie Dobry agent (2006). Jak widać Republika Dominikańska jest nieprawdopodobnym, niezmiernie zróżnicowanym krajem, a leży na wyspie Haiti (Hispanioli) odkrytej przez Krzysztofa Kolumba w 1492 r. To ją upodobał sobie najbardziej ze wszystkich. Współcześnie Dominikanę odkrywa się ponownie, intensywnie, również z twórczym nastawieniem, a jednocześnie z ogromną pasją i przyjemnością. Robią to zarówno filmowcy, jak i rzesze turystów.

 

 Samaní 12

Półwysep Samaná słynie z rajskich plaż

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

WSZECHŚWIAT NA ULICY

 

Do Santo Domingo przyjechałem pierwszy raz niemal 11 lat temu. Wszystko wydawało mi się wówczas nowe, świeże, fascynujące, rozszalałe w swoim chaosie, intensywnie rozkwitające, zanurzone w gęstym i lepkim powietrzu, nasyconym jakąś niemożliwą pożądliwością. Było to dokładnie 30 maja, w kolejną rocznicę el tiranicidio – „tyranobójstwa”, czyli zamachu z 1961 r. na Kozła (El Chivo), jak zwano dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Molinę ze względu na jego nadmierny apetyt seksualny.

 

Doskonale pamiętam tamtą rozwibrowaną gorącem, nasyconą zapachami i wypełnioną odgłosami cykad karaibską noc. Z lotniska do hotelu w dzielnicy Bella Vista w Santo Domingo dotarłem nad ranem. Taksówkarz wiózł mnie do stolicy wzdłuż wybrzeża Morza Karaibskiego, bo tak prowadzi autostrada Las Américas. Czułem zmęczenie długim lotem z Europy, ale pamiętam, że byłem przeszczęśliwy, choć nie wiedziałem jeszcze, co to za uczucie, skąd się ono bierze, jak długo we mnie zostanie. Miałem przed sobą tyle niewiadomych, tyle obcych mi wówczas hiszpańskich słów, tyle wszystkiego w kraju, który dopiero zaczynałem odkrywać. Czekała mnie jakaś przygoda, wiedziałem, że nie będę mógł się jej oprzeć. Napawałem się chwilą. Opuściłem do oporu szybę w oknie i od razu poczułem orzeźwiający zapach morskiej bryzy.

 

Gdy dojechałem na miejsce, było ciemno i podejrzanie cicho, jakbym utrafił w ten ledwie uchwytny wycinek nocy, kiedy Dominikana faktycznie śpi: w końcu posnęli kochankowie na wymiętych prześcieradłach, psy na chłodniejszych patiach, zmęczeni ochroniarze w swoich stróżówkach, a właścicielki pokątnych przybytków rozkoszy pogasiły ostatnie światła. Powietrze stało się parne i wilgotne, zbierało się na deszcz, który potem o świcie uderzył z impetem w asyście rwących niebo grzmotów. Tak przywitało mnie Santo Domingo.

 

Zawsze powtarzam, że w stolicy Dominikany zatrzymuje człowieka ulica. Ten koncept świetnie oddał noblista V.S. Naipaul (Vidiadhar Surajprasad Naipaul) z Trynidadu i Tobago. Wyrosły na Karaibach brytyjski pisarz stworzył niegdyś zbiór znakomitych opowiadań Nasza ulica (oryginalny tytuł Miguel Street), w których sportretował trynidadzki mikrokosmos. Za pomocą wycinka rzeczywistości przedstawił wyspę Trynidad w pigułce wraz z jej barwnym codziennym życiem. Dominikańska ulica także potrafi wciągnąć człowieka w swoje uniwersum, z którego nie chce go później wypuścić. Można to polubić, choć niekoniecznie od razu. Warto jednak poczuć rytm tej nie dającej się opanować latynoskiej codzienności. To przeważnie inna rzeczywistość niż ta, którą znamy. Tu potrzebny jest dystans właściwie do wszystkiego. Znacznie łatwiej odnaleźć się w tym świecie, jeżeli pozwoli się, aby czas płynął wolniej, jak robią to mieszkańcy Karaibów.

 

BUDOWLE NOWEGO ŚWIATA

 

3a

Ruiny XVI-wiecznego Szpitala św. Mikołaja z Bari w stolicy Dominikany

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

W Santo Domingo nie sposób się nudzić. Ekscytujących wrażeń dostarcza tutaj choćby spacer wśród wspaniałych budynków z czasów kolonizacji Nowego Świata. Do pierwszych obiektów postawionych na wyspie Haiti (dawniej La Españoli) należą Katedra (Catedral Primada de América), Szpital św. Mikołaja z Bari (Hospital San Nicolás de Bari) czy kościół i klasztor dominikański (Iglesia y Convento de los Dominicos). Nie można przejść obok nich obojętnie, bez zachwytów i zadumy. Przecież tędy chodzili kiedyś potomkowie i następcy Krzysztofa Kolumba.

 

Za pomnikiem admirała w parku noszącym jego imię (Parque Colón) wznosi się wspomniana najstarsza katedra w Nowym Świecie. Legenda głosi, że zajęła miejsce małego ascetycznego kościoła, krytego liśćmi palmowymi, gdzie w porze deszczowej zawieszano nabożeństwa. Obiekt, który możemy podziwiać obecnie, postawiono niemal w całości z bloków wapienia. Na dziedzińcu odsłonięto w 2008 r. popiersie papieża Jana Pawła II na pamiątkę jego pierwszej wizyty w Republice Dominikańskiej w styczniu 1979 r. Znacznie wcześniej, bo w 1586 r., wtargnął do Santo Domingo korsarz Francis Drake, który służył angielskiej monarchini Elżbiecie I. Hiszpanie nadali mu przydomek El Draque, co w dawnym języku hiszpańskim miało znaczyć „Smok”. Przezwisko idealnie oddawało jego temperament. Francis Drake spalił i splądrował miasto, a świątynię zbezcześcił, urządzając w niej koszary dla swoich kompanów. Ponoć pełniła również funkcje składu win, rzeźni i więzienia. Nie wiadomo, czy ktoś w niej wówczas w ogóle się modlił, być może tylko niepewni swojego losu skazańcy.

 

Do ruin Szpitala św. Mikołaja z Bari dotrzemy ulicą Hostos (Calle Hostos). Obiekt powstał z inicjatywy Nicolása de Ovando, obrotnego i okrutnego gubernatora Hispanioli i innych kolonii hiszpańskich w Ameryce, który wyjątkowo krwawo rozprawiał się z rdzenną ludnością. Szpital wznoszono etapami przez kilka dekad, począwszy od 1503 r. Budowa finansowana była z datków zamożniejszych mieszkańców kolonii. Na początku stanął tutaj jedynie namiot z pryczami dla kilku osób, gdzie chorych doglądały wolontariuszki. Wreszcie ukończono obiekt, który stanowił później wzorzec architektoniczny dla placówek medycznych powstających w całej hiszpańskiej Ameryce. Niestety, szpital uległ zniszczeniom podczas grabieżczych wypraw Francisa Drake’a, huraganów i trzęsień ziemi i obecnie można podziwiać jedynie jego ruiny. Pośród nich czeka zwiedzających niespodzianka. Zadomowiły się tu rozkrzyczane zielone papugi zwane coticas (Amazona ventralis). Są gatunkiem endemicznym w Republice Dominikańskiej i Haiti. Podobno łatwiej je znaleźć wśród starych miejskich murów niż w tropikalnym lesie. Wypatrywanie tych papug sprawia wiele radości. Łatwo je namierzyć, bo niesamowicie hałasują. To chyba najsympatyczniejsze przedstawicielki dominikańskiej fauny.

 

FILMOWE ODKRYCIA

 

W stolicy Dominikany warto zatrzymać się przez moment u zbiegu ulic Hostos (Calle Hostos) i Mercedes (Calle Las Mercedes). W kolonialnej kamienicy działa tu klimatyczna księgarnia – Librería La Filantrópica. Założył ją przed laty były student prawa Daniel Liberato, który narzekał na brak książek i podręczników z literatury przedmiotu. Obecnie oprócz publikacji prawniczych stoi w niej na półkach mnóstwo innych pozycji, obejmujących choćby dominikańską historię, język czy folklor. Reżyser Francis Ford Coppola na początku lat 70. XX w. kręcił nieopodal jedną z pamiętnych scen Ojca chrzestnego II. Przypomnę, że Santo Domingo zastępowało w niej Hawanę. Sama scena wyglądała następująco: limuzyna Michaela Corleone (w tej roli świetny Al Pacino) hamuje w jednej z wąskich hawańskich ulic (w rzeczywistości to pochyły, kamienny i chyba najbardziej urokliwy odcinek właśnie Calle Hostos na obszarze Zona Colonial). Przejazd blokuje wojsko i policja. Johnny Ola – powiernik i prawa ręka gangstera Hymana Rotha, obeznany z miejscowymi realiami, wyjaśnia, że schwytano wywrotowców. Stoją pod murem z rękami na głowie. Nagle jeden wyrywa się spod lufy karabinu, chwyta któregoś z mundurowych i wpycha go do samochodu ustawionego w poprzek drogi. Wtedy wybucha granat. Samobójczy atak przynosi dwie ofiary. Incydent robi wrażenie na Michaelu Corleone. Na Kubie prawdopodobnie coś się szykuje... W tle widać kawałek parceli odgrodzonej palmami królewskimi, gdzie znajdują się wspomniane ruiny Szpitala św. Mikołaja z Bari. Przyznam, że jako fan mafijnej sagi nakręconej przez Coppolę wielokrotnie odtwarzałem sobie przytoczoną scenę w wyobraźni – kilka lat temu mieszkałem przez jakiś czas po drugiej stronie Calle Hostos.

 

Niesamowite wrażenie wywiera zawsze na zwiedzających majestatyczny kompleks klasztorny dominikanów. Dociera się do niego ulicą Ojca Billiniego (Calle Padre Billini). Najbardziej fotogeniczny fragment budowli stanowi ceglastopomarańczowa fasada zachodnia, zdobiona tuż nad bramą motywem przywodzącym na myśl splecioną winorośl. Kompleks zbudowali mnisi z zakonu św. Dominika, którzy przybyli na wyspę z początkiem XVI w. W 2016 r. minęło 800 lat od powstania tego zgromadzenia. Należeli do niego m.in. żarliwy obrońca praw Indian Bartolomé de Las Casas (wizytował ten klasztor) i inkwizytor Bernard Gui, którego Umberto Eco wprowadził do swojej powieści Imię róży. Ten kościelno-klasztorny przybytek ma ciekawą historię. Za sprawą decyzji papieża Pawła III z 1538 r. funkcjonował w nim pierwszy uniwersytet w Nowym Świecie. Obecnie jego tradycję kontynuuje Uniwersytet Autonomiczny w Santo Domingo (Universidad Autónoma de Santo Domingo, UASD). Mimo licznych klęsk żywiołowych występujących na przestrzeni stuleci mury zachowały się w znakomitej kondycji. Budowlę można podziwiać w pełnej okazałości, zarówno na żywo, jak i w filmowych kadrach. Wykorzystali ją w swoich filmach np. Robert De Niro (Dobry agent) i Andy García (Hawana – miasto utracone).

 

BOHATER I PAŁAC

 4a

Pomnik Juana Pabla Duarte znajdujący się w parku jego imienia

© MARCIN WESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

Podczas zwiedzania nie sposób pominąć parku imienia jednego z trzech ojców założycieli Republiki Dominikańskiej – Juana Pabla Duarte (Parque Duarte; pozostałymi dwoma postaciami są Matías Ramón Mella i Francisco del Rosario Sánchez). To miejsce należy zdecydowanie do najprzyjemniejszych zakątków historycznej części Santo Domingo. Można tu odpocząć (albo pograć z miejscowymi w domino, popijając piwo Presidente) w otoczeniu palm, bugenwilli i drzew flamboyán (wianowłostek królewskich), zwanych płomieniami Afryki ze względu na liczne intensywnie czerwone kwiaty (pojawiające się przeważnie w czerwcu). Środek tutejszego placu zajmuje pomnik wspomnianego bohatera walk o niepodległość kraju. Park i jego najbliższe sąsiedztwo również docenili znani filmowcy. W kinowych produkcjach zagrała m.in. poczerniała, przypominająca dom, w którym straszy, kamienica z 1936 r. (dziś wystawiona na sprzedaż) zwana Edificio Elmúdesi. Niegdyś była w niej prywatna klinika. Budynek pojawił się w co najmniej dwóch hollywoodzkich filmach: Hawanie – mieście utraconym i Dobrym agencie. O ile Andy García wykorzystał stare Santo Domingo do odwzorowania stolicy Kuby, o tyle Robert De Niro poszedł jeszcze dalej. Sceny z jego obrazu miały przedstawiać Léopoldville, dzisiejszą Kinszasę, stolicę Demokratycznej Republiki Konga w środkowej części Afryki.

 

Władze Dominikany są jak dotąd przychylne zagranicznym ekipom filmowym. Bez większych problemów wpuszczają je także do własnych siedzib, przede wszystkim do Pałacu Narodowego (Palacio Nacional), gdzie urzęduje prezydent kraju. Przekonali się o tym Francis Ford Coppola, Sydney Pollack i Andy García. W ich filmach charakterystyczny gmach wcielił się w rolę El Capitolio w Hawanie, który przed 1959 r. był bastionem Fulgencia Batisty, dyktatora z Kuby. Trudno o bardziej fotogeniczną lokalizację w Santo Domingo, gdy temat kinowy dotyka wielkiej władzy i polityki. Zawsze ciekawiło mnie, ile mogła kosztować niezbędna w tym przypadku zamiana powiewającej przed pałacem flagi dominikańskiej na kubańską. Siedziba prezydenta Dominikany jest imponująca – gmach w kolorze piaskowym uchodzi za architektoniczną perłę zdominowaną przez styl neoklasycystyczny. Powstał na zlecenie dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny. Miał odzwierciedlać nieśmiertelne aspiracje wodza. Budowę rozpoczęto dokładnie 27 lutego 1944 r. Chodziło o datę symboliczną – setną rocznicę proklamowania niepodległości Republiki Dominikańskiej (w 1844 r.). Pracę ukończono w ponad trzy lata. Do głównego wejścia pałacu prowadzą masywne schody wykute z szarego marmuru. Strzegą ich lwy z brązu. Dokładnie po tych schodach zbiegał Al Pacino jako Michael Corleone w Ojcu chrzestnym II. Wcześniej, podczas balu noworocznego w pałacu, złożył swojemu bratu Fredowi (który go zdradził) słynny pocałunek śmierci.

 

STOLICA MAŁYCH RADOŚCI

 

W Santo Domingo cieszą również rzeczy drobne, codzienne, czasem niczym się nie wyróżniające. W sklepie na rogu, gdzie dudni muzyka, sprzedają Presidente – najzimniejsze piwo na świecie w oszronionej zielonej butelce, a miejscowi żartują od rana i grają w domino. Radość sprawia też jazda publiczną, wieloosobową taksówką (tzw. carro público) z ośmioma współpasażerami zamiast pięciu, bo w innym przypadku szoferowi nie opłaca się jechać. Tu rzeczywistość ciągle się zmienia, nieprzerwanie kwitnie i marnieje, po czym w niesłychanym tempie odradza się znowu.

 

Nie każdemu podoba się Santo Domingo, nie każdego do niego ciągnie. Turyści często chętniej wybierają Hawanę albo stolicę Portoryko – San Juan. Te miasta, powstałe w podobnych okolicznościach historycznych, stanowią naturalną konkurencję dla stolicy Dominikany. Oczywiście, Santo Domingo potrafi zadbać o siebie. Upiększa się makijażem, raz mocnym i wyrazistym, kiedy indziej stonowanym, bardziej wysmakowanym. Umiejętnie wabi świeżością i zachęca do bliższego poznania. Jednak jednocześnie cierpi na udręki typowe dla latynoskich miast. Bywa także miejscem przytłaczającym: rozgrzanym do bólu, dusznym, głośnym, zaśmieconym. Z różnych stron w niesłychanym natężeniu nacierają na człowieka kaskady dźwięków wydawanych przez sznury pojazdów, dużych i mniejszych, nowych i starych, a często wręcz bezlitośnie zdezelowanych gruchotów, które już dawno powinny dogorywać na złomowisku.

 

Na dodatek w powietrzu czuć drażniące nozdrza spaliny, zapach paliw wyciekających spod reperowanych aut, wyziewy wydobywające się z ujść labiryntów kanalizacji. Te aromaty mieszają się z kolei z orzeźwiającą słoną bryzą znad Morza Karaibskiego i wonią przejrzałych owoców – ananasów, gujaw, mango, kawy parzonej gdziekolwiek i lanej z termosów do małych plastykowych kubków, rarytasów kuchni ulicznej oferowanych na każdym rogu, prania wywieszonego na finezyjnych balkonach, kulek naftalinowych, wilgoci wyzierającej zewsząd, wyganianej przeciągami z ciemnych kątów, liści tytoniowych gotowych do zwijania w skromnych manufakturach, samego dymu popalanych cygar, naperfumowanych ludzkich ciał, lakieru utrwalającego włosy kobiet czy żelu kładzionego na fryzury młodych kawalerów.

 

Santo Domingo pachnie tropikiem. Jest nienasyconym karaibskim miastem z niezbadaną tajemnicą. Z jednej strony pozostaje zatrzymane w odległym czasie, sędziwe, nieco zmurszałe, śniące o kolonialnej przeszłości, o której wyraźnie przypomina, zwłaszcza w trakcie spaceru po historycznym rejonie. Gdzie indziej wydaje się nazbyt nowoczesne, chaotyczne, wyzywające; wypełniają je szklane biurowce, drapacze chmur i gigantyczne bilbordy ze sloganami znanych marek. Oferuje niemal wszystko, czego dusza ludzka zapragnie, o każdej porze, wszędzie. Jeśli przymknie się oko na jego bolączki, potrafi być urocze i zajmujące. Do tego jest miastem wyjątkowo lubianym przez twórców kina, również tego hollywoodzkiego. Jednak nie każdy o tym wie. Często nie są świadomi tego faktu nawet sami Dominikańczycy. Santo Domingo może opowiedzieć sporo zaskakujących historii. Wspaniałe, wykwintne architektonicznie i co ważne pieczołowicie odrestaurowane obiekty z obszaru Zona Colonial zyskują nowe życie, nowe przeznaczenie, nowe uznanie. Trzeba tu dotrzeć, przynajmniej raz, i zobaczyć to wszystko samemu, aby móc potem miło wspominać swoją wizytę, np. podczas filmowego seansu. Bo Santo Domingo zostało uwiecznione przez kino wielokrotnie. Poszukajmy zatem niektórych scenerii z filmów, choćby według wskazówek zawartych w tym artykule. Z pewnością będzie to przyjemne urozmaicenie spacerów po zachwycającej stolicy Dominikany, a jednocześnie swoista filmowa przygoda na gościnnej dominikańskiej ziemi.