BARTEK JANKOWSKI

www.TropiKey.com

 

Do szerokiej, jasnej plaży zbliża się fala. Jej czoło przecina energicznie deska surfera. Lazurowy ocean zmienia się przy brzegu w przypominającą spienione mleko kipiel, w której beztrosko baraszkują dzieci. Trochę dalej przechadzają się niczym nieskrępowani nadzy ludzie w różnym wieku. Na horyzoncie majaczą barwne latawce kitesurferów niesionych wiatrem po gładkiej tafli płytkiej laguny... Tak oto wygląda pełna magii Fuerteventura w archipelagu Wysp Kanaryjskich. 

Sotaventoo.jpg

Pocztówkowa plaża Sotavento znana wśród miłośników sportów wodnych

©PATRONATO DE TURISMO DE FUER TEVENTURA


Que forte aventure! – ponoć te właśnie słowa wypowiedział francuski żeglarz i odkrywca Jean de Béthencourt (1362–1425), gdy na początku XV w. wylądował na wietrznym lądzie położonym ok. 100 km od północo-zachodniego wybrzeża Afryki. Mówi się, że znaczyły one „Jaka mocna przygoda!”, ale biorąc pod uwagę czekające go walki z tutejszymi mieszkańcami – Majoreros (Majos), podzielonymi na dwa królestwa: Maxorata na północy (z królem Guize) i Jandía na południu (z władcą Ayoze) – podejrzewam, że Francuz miał na myśli raczej wielkie wyzwanie, jakie przed nim stało. Wyrazem aventure („przygoda”) posłużył się pewnie po to, aby uspokoić swoich ludzi. Jakkolwiek było w rzeczywistości, wyrażenie przylgnęło do wyspy tak mocno, że przeobraziło się w jej nazwę (przynajmniej według niektórych historyków). Dziś, po ponad 600 latach od tamtych wydarzeń, charakter tej części archipelagu lepiej oddaje określenie „silny wiatr” (od hiszpańskiego fuerte – „silny” i viento – „wiatr”).

Starożytni Grecy umieszczali królestwo Eola, władcy wiatrów, na śródziemnomorskich Wyspach Liparyjskich (Wyspach Eolskich). Bez wątpienia jednak powinno znajdować się ono właśnie na Fuerteventurze. To dzięki temu żywiołowi od wielu lat słynie ona ze zmagań najlepszych zawodników wind- i kitesurfingu. Nieprzypadkowo na akwenie przy plaży Sotavento odbywają się mistrzostwa świata w tych dyscyplinach sportu. Na lato tego roku zaplanowano już 30. edycję tego wydarzenia (w dniach od 24 lipca do 8 sierpnia – Fuerteventura Windsurfing & Kiteboarding World Cup). Tradycyjnie głównym jego organizatorem jest firma René Egli. Należy ona do pełnego pasji Szwajcara, który od 1984 r. prowadzi w tym miejscu słynną już dzisiaj bazę wind- i kitesurfingu. Jego decyzja o lokalizacji ośrodka sportowego w tej części wybrzeża była dobrze przemyślana. Tutejsze idealne warunki pozwalają początkującym osobom doskonalić swoje umiejętności w płytkiej i bezpiecznej lagunie, a doświadczonym zawodnikom rozwijać zawrotne prędkości i wykonywać ekwilibrystyczne skoki ponad falami. Na jednych i drugich czekają pokoje w pobliskim komfortowym Hotelu Meliã Gorriones, duży sklep ze sprzętem, akcesoriami i specjalistyczną odzieżą, profesjonalni instruktorzy (w tym z Polski!) oraz bary i kluby. W tych ostatnich wieczorami zbierają się tłumy gości. Oba centra – zarówno dla wind-, jak i kitesurferów – zostały niedawno odnowione. Co 6–12 miesięcy wymienia się w nich na nowy cały sprzęt oddawany do dyspozycji klientów. Dzięki zamontowanym kamerom na stronie internetowej René Egli obejrzymy na żywo, co dzieje się w okolicy Sotavento. Przy okazji transmisji podawane są zawsze aktualne informacje o temperaturze powietrza i sile wiatru. Jeśli ktoś szuka bardziej kameralnego rejonu do uprawiania tych widowiskowych sportów wodnych, znajdzie na wyspie wiele spokojnych zakątków. W zasadzie nie ma na niej plaży i zatoczki, gdzie nie można by wskoczyć do wody i złapać wiatru w żagiel lub latawiec. Oczywiście, przy wyborze odpowiedniego miejsca trzeba wziąć pod uwagę własne umiejętności oraz kierować się wskazówkami lokalnych instruktorów i zdrowym rozsądkiem, bo nie każde z nich jest przeznaczone dla wszystkich. Na Fuerteventurze istnieje wiele profesjonalnych centrów wind- i kitesurfingu. Do jednych z najbardziej znanych – oprócz René Egli – należy Point Break. Funkcjonuje ono w Corralejo, a więc swoją działalność jego ekipa skupiła głównie na północy wyspy. Usytuowane w pobliżu tej bazy miejsca, jak np. Majanico, Generosa, Rocky Point czy Punta Elena, znane są z doskonałych warunków wietrznych i idealnych fal. Nic więc dziwnego, że instruktorzy Point Break wyspecjalizowali się również w tradycyjnym surfingu. Można z nimi postawić także pierwsze kroki w stosunkowo młodej dyscyplinie, jaką jest Stand Up Paddling (SUP), czyli wiosłowanie na desce w pozycji stojącej. Poza tym w tym centrum sportów wodnych przygotowano też ofertę dla wielbicieli wędkarstwa morskiego. 

Złudne pierwsze wrażenie

Zdecydowana większość turystów przybywa na Fuerteventurę samolotem. Po opuszczeniu lotniska leżącego koło Puerto del Rosario autokarami biur podróży lub wynajętymi autami rozjeżdżają się oni po różnych zakątkach wyspy, zazwyczaj podążając w jednym z dwóch kierunków. Na północ, drogą FV-1 zmierzają goście hoteli i apartamentów zlokalizowanych w Corralejo. Na południe, drogą FV-2 podążają ci, którzy zdecydowali się na pobyt w Caleta de Fuste, a przede wszystkim w ośrodkach położonych na wybrzeżu między Costa Calma i Morro Jable.

Niezależnie od trasy widoki za oknami przez pierwsze kilkanaście kilometrów są niemal takie same. Otacza nas wyschnięty na pieprz, jałowy i płaski teren, który w głębi lądu unosi się i przybiera postać łagodnych wzgórz i pagórków naznaczonych karłowatymi, burymi krzewami. Przy nielicznych gospodarstwach rosną z rzadka odporne na tutejszy klimat palmy, ale przykrywający je pył sprawia, że wyglądają jak wyjęte ze zdjęć wykonanych w technice sepii. Nieruchomy krajobraz ożywiają nieco kozy, których hodowlą zajmuje się większość lokalnych rolników. Wkrótce okazuje się jednak, że tymi studzącymi wakacyjny entuzjazm widokami wyspa tylko droczy się ze swoimi gośćmi. Im dalej od lotniska, tym łatwiej dostrzegalne stają się walory Fuerteventury, przyciągające na nią co roku ok. 2,5 mln turystów.

Piasek niczym z Sahary

Szosa FV-1 prowadzi wzdłuż wschodniego brzegu. Gdy na jej 28. kilometrze od lotniska wyjeżdżamy z korytarza wyciosanego w nabrzeżnej skale, naszym oczom ukazują się waniliowe wydmy Parku Naturalnego Corralejo (Parque Natural de Corralejo). Przed nami rozpościera się panorama wypełniona różnej wielkości pagórkami skrzącymi się w blasku słońca. Pojedyncze obłoki na niebie zlewają się z jasnymi kopcami i zdają się wysysać ich zawartość. W skali mikro to świat pojedynczych ziarenek piasku, które turlają się pchane wiejącym nieustannie wiatrem i układają się w regularne wzory przypominające gęstą tarkę.

Wbrew snutym przez wielu historiom tutejszy piach nie pochodzi wcale z Sahary. Owszem, wiejący czasem od Afryki wiatr kalima przynosi drobny pył porwany z pustyni, ale to nie on utworzył Wydmy z Corralejo (Dunas de Corralejo). W rzeczywistości buduje je materiał pochodzenia organicznego, taki sam, jaki wyścieła dno oceanu. Ludzie, którzy mimo zakazu wchodzą na chroniony teren, stąpają zatem po resztkach skorupek i szkieletów organizmów zamieszkujących okoliczne wody miliony lat temu. Dobrze, że do zakrycia śladów stóp tych osób piach potrzebuje znacznie mniej czasu. Niestety, inne ślady ingerencji człowieka są znacznie trwalsze. Naturalne piękno Parku Naturalnego Corralejo zaburzają Hotel Riu Palace Tres Islas i ClubHotel Riu Oliva Beach Resort – dwa potężne kompleksy wypoczynkowe z czasów generała Francisco Franco (1892–1975), które w tej wielkiej piaskownicy umieścił bezlitośnie jakiś szalony planista. Epoka generalissimo minęła, ale pamiątki z tego okresu wciąż istnieją i przynoszą krociowe zyski pochodzącej z Majorki hotelarskiej rodzinie Riu. Rezerwat jest jednak na tyle rozległy (ponad 2,6 tys. ha), że z łatwością znajdziemy miejsca, w których będą nas otaczać jedynie wzgórza z delikatnych, jasnych drobinek piasku i kontrastujący z nimi zielononiebieski Atlantyk.

Gdy zbliżamy się do miasta Corralejo, naszą uwagę przykuwa fotogeniczna wyspa Lobos. Wyrastający z niej stożek wygasłego wulkanu i przejrzysta woda oceanu przywodzą na myśl dominującą nad południowo-zachodnim krańcem Mauritiusa górę Le Morne Brabant. Samo Corralejo budzi w nas mieszane uczucia. Złe wrażenie robi przecinająca je Avenida Nuestra Señora del Carmen. To typowa dla wielu kanaryjskich kurortów ulica ciesząca się popularnością wśród turystów, a wypełniona głośnymi, tandetnymi barami oraz sklepami z podrabianą elektroniką i perfumami. Od tego komercyjnego centrum odcina się na szczęście rozległa i wyciszona strefa hotelowa o niewysokiej zabudowie, której bliżej do dzielnicy willowej niż turystycznej. Przede wszystkim należy odwiedzić jednak wysuniętą w głąb oceanu portową część Corralejo. Ten najstarszy jego fragment zachował dawny, rybacki urok. W plątaninie wąskich uliczek swoje stoliki wystawia co wieczór mnóstwo restauratorów, którzy kuszą spacerowiczów najprzeróżniejszymi specjałami przygotowanymi głównie z tego, co wcześniej z własnych sieci wyciągnęli rybacy. Lampki rozwieszone między domami, uliczni artyści i kuglarze, swojsko udekorowane lokale – wszystko to sprawia, że chce się tędy przechadzać godzinami, a ponieważ stary rejon miasta nie jest rozległy, co chwilę wraca się w te same miejsca, jak podczas błądzenia po labiryncie. Za dnia warto tu przyjść, aby podziwiać odległą o zaledwie 15 km wulkaniczną Lanzarote upstrzoną kropkami białych zabudowań.

Hollywoodzkie pejzaże

Na zdjęciach satelitarnych Fuerteventura wygląda jak kot czający się na sąsiednią Lanzarote. Nasadę jego ogona otula jasny bandaż. Ten opatrunek to pas piaszczystych wzgórz pokrywających przesmyk La Pared (Istmo de la Pared). Wyznacza on początek półwyspu Jandía – podłużnego fragmentu lądu stanowiącego chyba najbardziej malownicze oblicze wyspy. Zmiany w krajobrazie zapowiada już położony przy miejscowości La Lajita zielony ogród zoologiczno-botaniczny Oasis Park Fuerteventura, który otwarto w tym miejscu w 1985 r. Na jego rozległym obszarze spotkać się można oko w oko z przedstawicielami 250 gatunków zwierząt, w tym z krokodylami, hipopotamami, lemurami, żyrafami, wielbłądami, flamingami, orłami czy fokami, a także wziąć udział w pokazach tresury niektórych z nich, m.in. papug czy lwów morskich. To idealny cel na całodniową wycieczkę dla rodzin z dziećmi. Po pokonaniu kilku kilometrów docieramy do gęstego szpaleru soczyście zielonych palm, przez który wjeżdżamy do Costa Calma – bramy do półwyspu Jandía. Tu właśnie zaczyna się kilkunastokilometrowy pas pięknych plaż ciągnących się aż do Morro Jable. Prowadzą do nich liczne, choć czasem znane tylko wtajemniczonym, zjazdy z drogi FV-2. Tutejsze wybrzeże ma niezmiernie różnorodny charakter, dlatego warto zwiedzić kilka jego punktów.

Za najważniejszą na półwyspie uchodzi nie bez powodu wspomniana już plaża Sotavento. Oglądana z punktu widokowego Mirador del Salmo prezentuje się spektakularnie – zupełnie jakby spływała z sąsiednich łagodnych stoków. Fuerteventura toczy tutaj nieustający bój z Atlantykiem, którego prądy próbują odebrać jej fragmenty wybrzeża, ale ona nie daje za wygraną i wciąż dosypuje kolejne masy piachu z sobie tylko znanego źródła. Linię frontu tej walki stanowi rozległa, płytka Laguna Sotavento oddzielona od oceanu cienką mierzeją. Z góry wygląda jak ogromny basen, którego jedną część przeznaczono dla zwykłych plażowiczów, a drugą – do wyłącznego użytku wind- i kitesurferów. W 2013 r. musieli oni jednak czasowo ustąpić miejsca filmowcom. Ridley Scott kręcił wówczas w tym rejonie sceny do obrazu Exodus: Bogowie i królowie z Christianem Bale’em w roli głównej. Reżyser docenił surowe piękno wyspy, które stało się doskonałym tłem dla starotestamentowej opowieści. Dwa lata wcześniej z plenerów Fuerteventury korzystał też Larry Charles, choć jego Dyktator (ze scenariuszem Sachy Barona Cohena) porusza tematy zgoła odmienne niż film o Mojżeszu.

„Chałupy welcome to...”

JHF_0238.jpg

Zabawy z sympatycznymi lemurami w Oasis Park Fuerteventura

©PATRONATO DE TURISMO DE FUER TEVENTURA

Kolejnym punktem na szlaku jest plaża Butihondo (Playa de Butihondo), zwana również plażą Esquinzo (Playa de Esquinzo). W tej okolicy znajdują się dość wysokie klify przedzielone gdzieniegdzie stromymi wydmami. Z ich szczytu widać rozciągnięty w obu kierunkach szeroki piaszczysty brzeg z charakterystycznymi wiatrołapami z kamieni. W zależności od fantazji i nakładu pracy swoich budowniczych przybierają one różne formy: od ułożonych w prostą literę „c” przez pozbawione dachu igloo aż po skomplikowane konstrukcje dwuizbowe, przeznaczone dla kilkuosobowej rodziny. W przeważającej części zajmują je miłośnicy FKK – z niemieckiego Freikörperkultur (Kultura Swobodnego Ciała), czyli ruchu związanego z nudyzmem.


To właśnie Niemcy odkryli Fuerteventurę jako idealne miejsce do spędzania wakacji. Pierwszy hotel na półwyspie Jandía – Casa Atlantica – zbudowało w latach 60. XX w. trzech szalonych przybyszy ze Stuttgartu. Nie licząc kilku skromnych chat rybackich w Morro Jable, było to wówczas zupełne pustkowie, do którego prowadziła wyboista, szutrowa droga. Wkrótce jednak dobry interes zwietrzyli także inni hotelarze i rozpoczął się tu boom inwestycyjny, trwający przez kolejne kilkadziesiąt lat. Mimo rosnącej liczby tradycyjnych turystów, naturyści nadal mogą czuć się tutaj całkowicie swobodnie. W dalszym ciągu najwięcej bywa wśród nich Niemców, dla których FKK stanowi nie tylko zwykłe chodzenie nago, ale cały ruch społeczny, promujący bliskość z naturą. W tym zresztą tkwi urok tej wyspy, która oferuje każdemu luz, wolność od ograniczeń, kontakt z przyrodą i oderwanie od życia codziennego.

Wyspiarskie wino

Powstałego 50 lat temu ośrodka Casa Atlantica już nie ma. Na jego miejscu działa obecnie centrum handlowe o tej samej nazwie, wkomponowane w wielokilometrowy pas hoteli wzniesionych wzdłuż pięknej plaży Matorral (Playa del Matorral), przypominającej niektóre odcinki wybrzeża bałtyckiego. Nawet piach w kolorze écru wygląda niczym sprowadzony z naszego Helu. Gęsta zabudowa nie dodaje uroku tej okolicy, ale cieszy fakt, że znaczną część brzegu między Las Gaviotas i hotelem Robinson Club Jandia Playa pozostawiono w naturalnym stanie. Jedynym przejawem działalności człowieka jest niemal 60-metrowa latarnia morska Morro Jable (Faro de Morro Jable), kilka drewnianych ścieżek służących jako przejście do plaży i mały skwer ze szkieletem wieloryba, wykopanym zapewne gdzieś w pobliżu.

Droga biegnąca między wybrzeżem a hotelami kończy się w Morro Jable – najstarszej miejscowości półwyspu. Mimo bliskości skomercjalizowanej strefy hotelowej, podobnie jak w Corralejo, również i tu udało się odseparować dawną rybacką osadę i utrzymać jej tożsamość. Wzdłuż ciągnącej się nad Atlantykiem promenady stoją stare domostwa przerobione na restauracje, wypełniające się co wieczór klientami oczekującymi czegoś więcej niż potrawy w bufetach ośrodków wypoczynkowych. Warto poprosić w nich kelnera o lampkę wina z Fuerteventury. Choć trudno uwierzyć, że w panujących na niej warunkach da się uprawiać winorośl, znaleźli się śmiałkowie, którzy stawili czoła temu wyzwaniu. Najbardziej znanym z nich jest Juan Francisco Tacoronte Brito, który w położonej w centrum wyspy winnicy La Alcogida produkuje nie więcej niż 2 tys. l różnych gatunków szlachetnego trunku. Spróbować choć jednego z nich powinien każdy enofil odwiedzający archipelag, a najlepiej uczynić to właśnie u stóp górującej nad brzegiem oceanu wysokiej skały, z której szczytu roztacza się wspaniała panorama Morro Jable. Zaraz za nią znajduje się niewielki port, przy którym kończy się asfalt szosy FV-2, a jej rolę przejmuje dziurawa i wyboista droga prowadząca w nieznane. Chodzą jednak słuchy, że i ona ma przejść metamorfozę.

Tajemnica Gustava Wintera

Valle_Betancuria.jpg

Białe zabudowania Betancurii – dawnej stolicy Fuerteventury

©PATRONATO DE TURISMO DE FUER TEVENTURA



Wspomnianą trasą dotrzeć można na przeciwległe, niegościnne wybrzeże półwyspu Jandía. To naznaczona przez żywioły wiatru i wody nadmorska równina, na której udało się postawić człowiekowi zaledwie kilka domów tworzących wioskę Cofete. Za nią wznosi się pasmo kilkusetmetrowych, stromych wzgórz z najwyższym szczytem Fuerteventury, czyli Pico de Jandía (Pico de la Zarza, 807 m n.p.m.). U jego stóp stoi najbardziej chyba zagadkowy budynek tej części archipelagu – Casa Winter (Villa Winter). Tę wielką willę wybudował urodzony w 1893 r. w Neustadt w Szwarcwaldzie, a pracujący na Fuerteventurze od lat 30. XX w. inżynier Gustav Winter. Do dziś historycy i miłośnicy sensacyjnych teorii spierają się żarliwie, jakie było prawdziwe przeznaczenie tego obiektu. Nie wiadomo także, kiedy tak naprawdę go postawiono: przed II wojną światową czy może już po niej (najprawdopodobniej w 1946 r.). Z uwagi na dużą aktywność niemieckich łodzi podwodnych w tym rejonie w czasie działań wojennych, pojawiła się hipoteza, że posiadłość łączy z oceanem tunel, który stanowił bezpieczną przystań dla tych okrętów. Mówi się nawet, że do dziś znajdują się tu ukryte jednostki typu U-Boot z ładunkiem ponad 7 t złota. O ile te przypuszczenia powinno się raczej włożyć między bajki, o tyle odosobnienie willi, przychylność generała Francisco Franco dla nazistów i fakt, że w pobliżu istniało nieduże lądowisko, wskazują, iż rezydencja mogła funkcjonować jako punkt przesiadkowy dla niemieckich zbrodniarzy wojennych uciekających z Europy do Ameryki Południowej. Niezależnie od tego, jaka jest prawda, trzeba przyznać, że to Gustav Winter przyczynił się do rozwoju turystyki na Fuerteventurze. Właśnie od niego trzej wspomniani mieszkańcy Stuttgartu dostali ziemię pod budowę hotelu Casa Atlantico.

Pozostałości czasu zdobywców

Kontynuujemy naszą fascynującą podróż w czasie, aby odkrywać ślady również tej bardziej odległej historii regionu. Do najważniejszych z nich należy założona w 1404 r. Betancuria, dawna stolica wyspy. Nietrudno się domyślić, że swoją nazwę zawdzięcza nazwisku znanego nam już francuskiego żeglarza i odkrywcy Jeana de Béthencourta. Podczas poszukiwań odpowiedniego na założenie osady miejsca, położonego możliwie centralnie i chroniącego przed atakami piratów, dotarł on do niewielkiej doliny otoczonej ze wszystkich stron wzgórzami. Przez prawie 200 lat życie w miasteczku płynęło spokojnie, aż w 1593 r. doszczętnie splądrował je korsarz Jaban de Arraez. Jego mieszkańcy zostali zabici albo pojmani w niewolę. Dziś nic nie przypomina o tych tragicznych wydarzeniach. W latach 80. XX w. miejscowość całkowicie odrestaurowano i obecnie prezentuje się ona wspaniale, choć nieco sztucznie. O ile docenić trzeba wysiłek, jaki włożono w pieczołowitą renowację poszczególnych obiektów, wyczuwa się tu atmosferę skansenu. Na zajmującą niewielką przestrzeń starą część Betancurii składa się kilkanaście śnieżnobiałych budynków, wśród których pierwszoplanową rolę odgrywa Kościół Matki Boskiej z Betancurii (Iglesia de Santa María de Betancuria) z 1410 r. We wznoszących się wzdłuż wąskich, brukowanych uliczek domach działa kilka sklepików z pamiątkami oraz restauracje i kawiarnie z rustykalnymi wnętrzami. Jak na Fuerteventurę znajdziemy tutaj zaskakująco dużo roślinności, dającej cień i wytchnienie od upału w tym bezwietrznym zakątku wyspy. Kilkuset mieszkańców miasteczka pełni raczej funkcję kustoszów tego specyficznego muzeum, które nie podlega żadnemu rozwojowi. Może jednak ta sielska i leniwa atmosfera, zakłócana jedynie krótkimi wizytami turystów, wystarcza tym ludziom do szczęścia...

Moc aloesu

Jean de Béthencourt wylądował w zatoczce, której delikatny łuk otaczają niskie domki rybackiej wsi Ajuy. Mimo gorszącego dla ucha Polaków brzmienia jej nazwy, osada okazuje się nie tylko urokliwa, ale też zachęcająca do dłuższego pobytu. Dużym zaskoczeniem w jej pobliżu jest ciemna plaża, tak odmienna od tych znajdujących się po drugiej stronie wyspy i zdobiących foldery turystyczne. Łódki rybackie – zarówno te unoszące się na powierzchni oceanu, jak i wyciągnięte na brzeg – zachęcają do sesji zdjęciowych. Podczas wędrówki na klif po prawej stronie zatoki dociera się do zaskakujących, przypominających kołacz formacji, stworzonych w wyniku erozji wapiennych skał, które są szczególnie podatne na działanie wody i warunków atmosferycznych. Począwszy od XVI w., były one przez dwa stulecia pozyskiwane i przerabiane w tutejszych piecach na wapno palone, służące jako materiał budowlany na wszystkich Wyspach Kanaryjskich.

W drodze powrotnej warto wstąpić do jednej z licznych jadłodajni w domkach przy plaży, oferujących niewysublimowane, ale jakże smakowite dania ze świeżych owoców morza. Gdyby tylko wartość gastronomiczną miały także aloesy, odgrywałyby one w lokalnej kuchni rolę co najmniej tak ważną jak ryby. Warunki do ich uprawy panują na Fuerteventurze idealne, więc zbiory są duże. Plantacje tych roślin spotkać można w wielu miejscach, ale główne ośrodki produkcji wyrobów z Aloe barbadensis (bo ten gatunek jest najbardziej rozpowszechniony) znajdują się w okolicach miejscowości Tiscamanita i Valles de Ortega. Na bazie żelu pozyskanego z aloesów wytwarza się niezliczone rodzaje środków leczniczych, suplementów diety i kosmetyków. Dobroczynne właściwości tych sukulentów były znane już setki lat temu. Aloesowe produkty umieścił w lukach swoich okrętów Krzysztof Kolumb (1451–1506), gdy na Wyspach Kanaryjskich zaopatrywał się na czas wielkiej wyprawy przez ocean. Dziś stanowią one jeden z najważniejszych towarów eksportowych Fuerteventury.

Niedoceniana perełka

0005_Faro_Toston.jpg

W latarni morskiej El Tostón działa Muzeum Tradycyjnego Rybołówstwa

©PATRONATO DE TURISMO DE FUER TEVENTURA



Wybrzeże na zachód od Corralejo wygląda, jakby ktoś wybierał z niego ląd łyżką do nakładania lodów, bowiem tworzą je liczne zaokrąglone zatoczki o różnej wielkości. Na jego końcu, ok. 20 km od miasta, znajduje się urokliwe El Cotillo. Miejscowość bywa – niestety – często pomijana w trakcie wycieczek po wyspie, gdyż nie leży na głównych trasach zwiedzania. Warto tu przybyć w połowie sierpnia, gdy odbywają się Uroczystości ku czci Matki Boskiej Dobrej Podróży (Fiestas en Honor a Nuestra Señora del Buen Viaje). Ich głównym punktem jest wyjątkowa, niezmiernie barwna i widowiskowa procesja. Podczas niej przenosi się figurę Matki Boskiej miejskimi ulicami na ciemną plażę, a następnie umieszcza ją na łodzi wypływającej na wody Atlantyku. Wydarzenie najlepiej obserwować z wysokiego klifu wieńczącego zatokę. U wejścia do położonego zaraz za nim portu rybackiego w XVIII stuleciu postawiono wieżę obronną, szumnie zwaną Castillo del El Cotillo, czyli Zamek El Cotillo. W rzeczywistości przypomina ona raczej sporych rozmiarów murowany wiatrak pozbawiony skrzydeł. Z pobliskiego urwiska roztacza się wspaniały widok na okolicę. U stóp skały fale oceanu rozbijają się o złotą plażę Aljibe de la Cueva (Playa del Aljibe de la Cueva) i sąsiednią Águilę (Playa del Águila). Tło dla nich stanowi szeroka na parę kilometrów równina, której koniec wyznacza długi, bezimienny grzbiet kilkusetmetrowych wzgórz.

Po przeciwnej stronie El Cotillo odkrywamy natomiast niewielkie malownicze plaże. Prym wiedzie wśród nich La Concha (Playa de la Concha). Jej półokrągły, łagodny kształt i biały piasek obmywany wodami Atlantyku w kolorze karaibskiego likieru blue curaçao tworzą widok wyciskający łzy z oczu (zwłaszcza gdy wieje wiatr). Takich czarujących miejsc w tym rejonie wyspy znajdziemy jeszcze trochę… Wystarczy np. dotrzeć do latarni morskiej El Tostón (Faro de El Tostón) i rozejrzeć się dookoła, aby ujrzeć zapierającą dech w piersiach zatoczkę Marrajo (Caleta del Marrajo).

 

Artykuły wybrane losowo

Hakuna matata – Kenia dla każdego

1212_Segera_MP2_3255_HDR.jpg

Sanktuarium dzikiej przyrody Segera Retreat w sercu płaskowyżu Laikipia

©AFRICA LINE ADVENTURE

 

Karolina Sypniewska-Wida 

www.karolinasypniewska.pl


Kto na safari wybiera się do Kenii, może mieć pewność, że czekają go najlepsze warunki do obserwowania dzikich zwierząt oraz podziwiania gigantycznych przestrzeni i krajobrazów niczym z najpiękniejszych snów. Przy okazji pozna też afrykańskie ludy i dowie się, że Masajowie uważają się za właścicieli wszystkich krów na ziemi, język żyrafy mierzy prawie pół metra, z drzewa kiełbasianego (kigelii afrykańskiej) robi się piwo, a zebra jest czarna w białe paski. Co więcej, pod względem infrastruktury turystycznej to państwo należy do najbardziej rozwiniętych w Afryce. To prawda, że turyści z całego świata przybywający każdego roku w ogromnej liczbie na ten fascynujący kontynent zmienili na dobre obraz dzisiejszego Czarnego Lądu, ale odwiedziny w objętych ochroną parkach narodowych i rezerwatach przyrody w dalszym ciągu są jedyną w swoim rodzaju atrakcją.

Więcej…

Beneluks – prekursor Unii Europejskiej

PAWEŁ PAKIEŁA

 

Belgia kojarzy się nam przede wszystkim z centrum Unii Europejskiej. Podróż po tym zróżnicowanym etnicznie, językowo i kulturalnie kraju turyści często zaczynają od jego stolicy – Brukseli, stanowiącej jeden z trzech regionów państwa według podziału dokonanego w 1963 r. Na południe od niej rozciąga się francuskojęzyczna Walonia, z mnóstwem wartych zobaczenia miejsc, takich jak Durbuy, Tournai, Namur, Dinant, Bastogne, Liège czy Mons. Przemieszczając się z belgijskiej metropolii na północ, znajdziemy się w niderlandzkiej strefie językowej, Regionie Flamandzkim, gdzie do miejsc najczęściej odwiedzanych należą Brugia i Antwerpia. Historyczna kraina Flandria rozciąga się też dalej na zachód wzdłuż wybrzeża Morza Północnego i wchodzi m.in. w skład kolejnego z państw Beneluksu – Holandii. Zwiedzając ten kraj, oprócz słynnych atrakcji Rotterdamu, Hagi czy Amsterdamu, nie wolno zapomnieć o farmach serowarskich. Kończąc naszą podróż w Wielkim Księstwie Luksemburga, powinniśmy w naszych planach uwzględnić jego stolicę – miasto Luksemburg, malowniczą miejscowość Vianden czy dolinę rzeki Mozeli oraz zielone Ardeny.  

Więcej…

Ekwador – cztery światy w jednym kraju

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

<< „Cuatro mundos, un destino” („Cztery światy, jedno miejsce”) – tak brzmi jedno z haseł promujących Ekwador. Czterema światami są tutaj wyspy Galapagos, wybrzeże Pacyfiku, Andy i Amazonia. Choć ten południowoamerykański kraj należy do najmniejszych na kontynencie, faktycznie może się poszczycić ogromnym zróżnicowaniem geograficznym i przyrodniczym, nie mniejszym niż jego więksi sąsiedzi. Swoim pięknem zachwyci z pewnością nawet najbardziej wybrednych podróżników. >>

 

 Wikunie andyjskie w rezerwacie Chimborazo

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

Ekwador jest w zdecydowanej większości górzysty. Wraz z archipelagiem Galapagos ma powierzchnię niemal 284 tys. km2, a więc trochę mniejszą od Polski. Leży pomiędzy Kolumbią (na północy) i Peru (na wschodzie i południu). Zachodnią granicę stanowi wybrzeże Oceanu Spokojnego. Przez Ekwador przebiega równik, są tu zatem nie tylko fascynujące cztery światy, ale i środek Ziemi.

Ta południowoamerykańska republika przyciąga również wulkanami. Znajdują się one zarówno w kontynentalnej jej części, jak i na Galapagos. Wiele z ekwadorskich wulkanów pozostaje wciąż czynnych. Najsłynniejszy – Cotopaxi – wznosi się na 5897 m n.p.m. To drugi najwyższy szczyt Ekwadoru, zaraz po nieaktywnym stratowulkanie Chimborazo (6263,47 m n.p.m.). Ciągnące się z północy na południe Andy dzielą kraj na pół: Amazonię na wschodzie i wybrzeże Pacyfiku na zachodzie. Wycieczkę zacznijmy więc w środku, w górach.

 

MIASTO W ANDACH

Większość turystów swoją przygodę w Ekwadorze zaczyna w jego stolicy – Quito. To miasto zachwyca każdego, kto do niego przyjedzie. Jest przepięknie położone w dolinie pośród gór i wulkanów, a jego kolonialne centrum i interesujące zabytki robią naprawdę ogromne wrażenie. Z tym zachwytem na ustach wyjeżdża się stąd po dwóch czy trzech dniach. Kiedy zostaje się dłużej, czar może prysnąć. Spędziłam w tym mieście trzy miesiące i zawsze, gdy czułam, że mój zachwyt przygasa, szukałam nowych niesamowitych miejsc. Quito jest najwyżej położoną stolicą na świecie (często mylnie przyznaje się ten tytuł La Paz, ale ono nie pełni funkcji konstytucyjnej stolicy Boliwii, choć mieści się w nim siedziba rządu). Oficjalnie podaje się uśrednioną wysokość 2850 m n.p.m. W rzeczywistości część zabudowań leży na ok. 2800 m n.p.m., a dzielnice usytuowane na wzgórzach znajdują się nawet na 3100 m n.p.m. Z wyżej położonych rejonów miasta roztacza się zapierający dech w piersiach widok na okolicę. Trzeba jednak pamiętać, że w takich warunkach można mieć problemy zdrowotne. U osób przylatujących z niżej usytuowanych regionów często pojawiają się objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche): bóle głowy, brak apetytu, trudności z oddychaniem, szybkie męczenie się, a nawet nudności i wymioty. Dlatego właśnie w ciągu pierwszych dni pobytu zaleca się picie dużej ilości wody, unikanie alkoholu i nadmiernego wysiłku fizycznego. Kiedy już organizm przyzwyczai się do nowych warunków, można zacząć zwiedzanie.

Centrum historyczne Quito należy do największych i najlepiej zachowanych w całej Ameryce Łacińskiej (ma powierzchnię 3,75 km²). Nie bez powodu we wrześniu 1978 r. znalazło się na nowo utworzonej Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO (było jednym z pierwszych 12 obiektów podobnie jak krakowskie Stare Miasto i polska kopalnia soli w Wieliczce). Tutejsze urokliwe kamienice, niezwykłe dziedzińce, białe kościoły, bogato zdobione wnętrza zachwycają zwiedzających.

Na zainteresowanie zasługuje szczególnie klasztor św. Franciszka z kościołem (Iglesia y Convento de San Francisco), którego budowa rozpoczęła się w 1534 r. Świątynię wypełniają rzeźby i inne dzieła sztuki. To tutaj można zobaczyć słynną drewnianą rzeźbę z 1734 r. – Dziewicę z Quito (Virgen de Quito), której gigantyczna replika spogląda na miasto ze wzgórza El Panecillo (roztacza się z niego wspaniały widok na stolicę, a przy bezchmurnym niebie widać też okoliczne wulkany). Ważnym punktem na mapie historycznego centrum jest również Plaza Grande (inaczej Plaza de la Independencia). W rejonie tego placu znajduje się kilka ciekawych zabytków: Palacio de Carondelet, czyli oficjalna rezydencja prezydencka, Pałac Arcybiskupi, siedziba władz miasta (Palacio Municipal de Quito) i XVI-wieczna Katedra Metropolitalna. W tej ostatniej warto zwrócić uwagę na obraz Ostatnia Wieczerza, na którym na stole umieszczono tradycyjne andyjskie specjały – pieczoną świnkę morską (cuy) i napój alkoholowy ze sfermentowanej kukurydzy (chichę). Część Palacio de Carondelet udostępniono do zwiedzania. Najbardziej interesująca jest sala reprezentacyjna. To w niej prezydent podpisuje wszystkie ważne dokumenty. Poza tym za atrakcję uchodzi tu stanięcie na balkonie w miejscu, w którym przemawia on do obywateli. W każdy poniedziałek o 11.00, podczas uroczystej zmiany warty, można go zobaczyć i posłuchać na żywo. W narożniku pomiędzy rezydencją prezydencką a Katedrą Metropolitalną znajduje się Muzeum Alberta Meny Caamaña (Museo Alberto Mena Caamaño). W pięknym, starym budynku z końca XVI stulecia obejrzymy wystawy stałe i czasowe poświęcone współczesnym problemom Ekwadoru i świata.

Kolejny zabytek stanowi Bazylika Narodowego Ślubowania (Basílica del Voto Nacional). Z jej dwóch 115-metrowych wież roztacza się wspaniała panorama stolicy. To największy neogotycki kościół w obu Amerykach. Budowla góruje nad okolicą, co dobrze widać z otaczających miasto wzgórz. Inną ciekawą świątynią jest barokowy i bardzo bogato zdobiony Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de La Compañía de Jesús; budowę rozpoczęto na początku XVII w.), uznawany za jeden z najpiękniejszych na kontynencie. Podczas spaceru po starym Quito nie wolno ominąć ulicy La Ronda. Niegdyś przebiegał tędy szlak używany przez Inków, na początku XX stulecia upodobali ją sobie artyści i bohema, a dziś tłumnie ściągają na nią turyści. La Ronda ma swoją niepowtarzalną atmosferę. Można ją odczuć szczególnie wieczorem, kiedy restauracje zapełniają się ludźmi, a ulica muzykami.

Oprócz historycznego centrum warto odwiedzić też północną część Quito. Koło pięknego, ogromnego Parku Metropolitalnego (Parque Metropolitano) znajduje się muzeum ekwadorskiego malarza, rysownika, rzeźbiarza, grafika i twórcy murali Oswalda Guayasamína (1919–1999), zwanego południowoamerykańskim Picassem, z powstałą z jego inicjatywy Kaplicą Człowieka (Capilla del Hombre). Miejsce zasługuje na zainteresowanie nie tylko ze względu na obrazy artysty i jego kolekcję sztuki prekolumbijskiej, ale również z powodu niezmiernie ciekawej i oryginalnej bryły Kaplicy Człowieka. Na sąsiednim wzgórzu, w uchodzącej za artystyczną dzielnicy Guápulo polecam wybrać się do jednej z wielu restauracyjek.

Nad Quito góruje wulkan Pichincha z dwoma najwyższymi szczytami: Ruku Pichincha (4698 m n.p.m.) i Guagua Pichincha (4784 m n.p.m.). Można na niego wjechać TelefériQo, czyli koleją gondolową, która wwozi chętnych na wysokość 3945 m n.p.m. Rozpościera się stąd niezwykły widok na miasto i okoliczne szczyty. Jeśli powietrze jest czyste, a niebo bezchmurne, da się nawet dostrzec Cotopaxi.

 

Plaża Los Frailes w Parku Narodowym Machalilla u wybrzeży Pacyfiku

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

W ŚRODKU ŚWIATA

Na północ od Quito przebiega równik i leży obszar Mitad del Mundo. Znajduje się na nim duży kompleks turystyczny wraz z muzeum etnograficznym, planetarium, pomnikiem środka świata i żółtą linią dzielącą półkulę północną od południowej. Można tu stanąć na obu półkulach jednocześnie, postawić jajko na gwoździu i zobaczyć, jak wir wodny kręci się w dwie różne strony. Problem polega jednak na tym, że środki świata są dwa… W miejscu, gdzie badacze z francuskiej misji w XVIII w. wyrysowali linię równika, w 1936 r. postawiono pomnik, który później przebudowano. Obecnie mieści się w nim muzeum. Dookoła powstał cały kompleks turystyczny. Jednak żółta linia dzieląca świat na pół jest namalowana ok. 240 m na południe od faktycznego równika, bo… badacze pomylili się w pomiarach.

Niedaleko Mitad del Mundo stoi ciekawa Świątynia Słońca (Templo del Sol) zbudowana przez lokalnego malarza, rzeźbiarza i popularyzatora kultury Cristóbala Ortegę Maila. Tuż za nią znajduje się wejście do Rezerwatu Geobotanicznego Pululahua (Reserva Geobotánica Pululahua). Można poprzestać na udaniu się na taras widokowy lub zejść do rozległej kaldery (ma prawie 34 km2), aby stanąć na jej dnie. Zakres wysokości obszaru wynosi od 1800 do 3356 m n.p.m. Wulkan pozostaje nieaktywny, do ostatniej erupcji doszło ok. 2,5 tys. lat temu. Ze względu na wyjątkowy mikroklimat i niezwykle żyzną ziemię, jaka powstała na zastygniętej lawie, utworzono tu rezerwat przyrody. Kopuły wulkaniczne porasta gęsty las deszczowy zamieszkany przez różnorodną faunę. W rezerwacie występuje wiele endemicznych gatunków roślin. Ale wulkan budzi zainteresowanie nie tylko ze względu na bogactwo przyrodnicze. Pululahua to jedna z kilku zamieszkałych kalder na świecie i podobno jedyna, w której uprawia się ziemię. Wewnątrz żyje niewiele ponad 100 osób, zajmujących się rolnictwem, a od kilku lat również turystyką.

Kilkudniowa wizyta we wnętrzu wulkanu pozwala odciąć się od cywilizacji i odpocząć w bliskim otoczeniu natury. Można też wybrać się tu na krótką wycieczkę. Zejście do kaldery zajmuje pół godziny. Ważne jednak, aby wyprawę zaplanować w godzinach porannych. Pululahua w języku keczua oznacza „wodną chmurę” lub „dym wodny”. Nazwa nie jest przypadkowa – codziennie mniej więcej od południa kalderę wypełnia mgła. Co ciekawe, to ona stanowi główne źródło wody w tym rejonie, bo deszcz pada tutaj bardzo rzadko. Dlatego właśnie jedynym dobrym momentem na zobaczenie całej okolicy będzie poranek. Pojawiająca się później mgła tworzy przez chwilę mistyczną atmosferę, żeby w końcu ukryć wszystko przed oczyma turystów podziwiających wulkan z tarasu widokowego.

Kilkadziesiąt kilometrów na zachód od rezerwatu (ok. 80 km od stolicy Ekwadoru), w dolinie pośród lasu deszczowego leży miejscowość Mindo. Można tu wybrać się do motylarni, aby dowiedzieć się czegoś o motylach, oraz zobaczyć kolibry i obserwować inne gatunki ptaków, a także podziwiać piękne wodospady (Santuario de Cascadas). Do tych ostatnich dociera się kolejką linową rozpiętą nad wysokim kanionem. Wprawdzie Mindo cieszy się popularnością wśród turystów, ale to wciąż mała miejscowość, w której da się odpocząć od zgiełku wielkiego i głośnego Quito. Jest jednym z moich ulubionych miejsc w tym południowoamerykańskim kraju, chętnie kiedyś do niego wrócę.

Dalej na północny wschód od stolicy Ekwadoru znajdują się dwa ciekawe miasta: Ibarra i Otavalo. Pierwsze odgrywa rolę stolicy prowincji Imbabura, leży niedaleko malowniczego jeziora Yahuarcocha (Laguna de Yahuarcocha) i szczyci się dobrze zachowanym kolonialnym centrum (zrekonstruowanym po trzęsieniu ziemi z 1868 r.). Niewielkie (ok. 50-tysięczne) Otavalo słynie z kolei z popularnego targowiska z andyjskim rękodziełem. Sprzedaje się tu hamaki, obrusy, biżuterię w odcieniach tęczy, plecione torby w wielokolorowe wzory, a pomiędzy tym pledy, kubki, długopisy, szachy, paski, figurki lam, poszewki na poduszki, kapelusze i wszystko, czego tylko dusza zapragnie. Miasto przyciąga tłumy turystów chcących wrócić z Ekwadoru z ciekawymi pamiątkami. W Otavalo naprawdę trudno się opanować, żeby nic nie kupić.

Na południowy wschód od stolicy warto wybrać się do wioski Papallacta, gdzie lubią spędzać weekendy quiteños (mieszkańcy Quito). Ze względu na występujące w okolicy wody termalne miejsce to jest idealne na wypoczynek wśród pięknych górskich krajobrazów. Papallacta leży w sąsiedztwie Parku Narodowego Cayambe-Coca (Parque Nacional Cayambe-Coca, Reserva Ecológica Cayambe-Coca). Tutejsze lasy deszczowe, jeziora i wulkan Cayambe (5790 m n.p.m.) przyciągają miłośników przyrody i chodzenia po górach. Podobne atrakcje czekają w popularnym wśród amatorów mocniejszych wrażeń miasteczku Baños de Agua Santa (w skrócie Baños). Łaźnie Świętej Wody, jak tłumaczy się tę nazwę, znajdują się u stóp aktywnego stratowulkanu Tungurahua (5023 m n.p.m.) i przyciągają gorącymi źródłami. Miejscowość ta uchodzi za ekwadorską stolicę sportów ekstremalnych. Można tutaj skakać na bungee, uprawiać canyoning, rafting i wspinaczkę skalną, latać na paralotni czy zjeżdżać na linie. W okolicy jest też wiele tras trekkingowych, w tym kilka prowadzących do przepięknych wodospadów, jak choćby do imponującego Kotła Diabła (Pailón del Diablo), który ogląda się z różnych perspektyw. Poza granicami Ekwadoru miasteczko Baños słynie przede wszystkim z huśtawki na krańcu świata. Wisi ona na drzewie rosnącym na krawędzi zbocza, co sprawia, że wygląda, jakby naprawdę znajdowała się na końcu ziemi. W bezchmurny dzień można huśtać się na niej na tle wulkanu Tungurahua. Najlepiej przyjechać tu wcześnie rano, kiedy kolejka chętnych bywa jeszcze krótka, a szanse na czyste niebo są największe.

 

POCIĄGIEM WŚRÓD WULKANÓW

Zarówno Baños, jak i niedalekie miasta Ambato i Riobamba leżą w tzw. Alei Wulkanów (Avenida de los Volcanes), która ciągnie się mniej więcej od Quito do miasta Cuenca (ponad 300 km). Widoki rozpościerające się z Ambato i Riobamby przy dobrej pogodzie zapierają dech w piersiach i nie ma się co dziwić. To drugie miasto znajduje się u podnóży wulkanu Chimborazo i jest bazą wypadową dla osób chcących wejść na szczyt tej najwyższej góry Ekwadoru. Z Riobamby niedaleko już do Alausí (ok. 90 km), małego i urokliwego miasteczka, z którego odjeżdża słynny turystyczny pociąg. Jego malownicza 12-kilometrowa trasa wiedzie po zboczu góry Nos Diabła (Nariz del Diablo) do stacji Sibambe. Mówi się, że aby dokończyć budowę odcinka kolei wykutego w twardej skale, zawarto pakt z samym diabłem, bo praca w tak trudnych warunkach pochłonęła wiele ludzkich istnień. Z ok. 4 tys. pracowników (pochodzących głównie z Jamajki) przeżyli nieliczni. Oddanie do użytku kilkunastokilometrowego fragmentu torów na początku XX w. było jednak wielkim wydarzeniem. Wszak odcinek ten nazywany jest najtrudniejszą trasą kolejową na świecie ze względu na wyzwanie, jakim okazało się zaprojektowanie i wybudowanie linii na zboczu góry Nariz del Diablo między wysoko położonym Alausí (ok. 2340 m n.p.m.) i leżącym w kanionie Sibambe (1400 m n.p.m.). Przedsięwzięcie stanowiło część większego planu połączenia stolicy Ekwadoru z wybrzeżem. Wprawdzie obecnie z Quito do Guayaquil, usytuowanego u ujścia rzeki Guayas do zatoki Pacyfiku, kursuje pociąg (Tren de las Maravillas), jednak uchodzi on raczej za luksusową atrakcję turystyczną. Podróż nim trwa cztery dni, ale w jej trakcie noce spędza się w hotelach położonych przy trasie. Ci, którzy mają mniej czasu lub nie są aż tak wielkimi miłośnikami kolei, powinni zadowolić się pokonaniem krótkiego, lecz niezmiernie malowniczego odcinka z Alausí do Sibambe.

W drodze na wybrzeże koniecznie trzeba zatrzymać się w pięknym kolonialnym mieście Cuenca (Santa Ana de los Cuatro Ríos de Cuenca). Ze względu na dobrze zachowaną zabudowę jego historyczne centrum znalazło się w 1999 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na szczególną uwagę zasługuje Stara Katedra (z XVI w.) przekształcona w muzeum sztuki sakralnej oraz Nowa Katedra z cudownymi zdobieniami, której budowę rozpoczęto w drugiej połowie XIX stulecia. W Cuence warto zgubić się w labiryncie wąskich uliczek. Poza tym polecam też pojechać do stanowiska archeologicznego Ingapirca. W tej okolicy pierwotnie osiedlił się lud Cañari, później miejsce trafiło pod panowanie Inków. Niewiele obiektów zachowało się do obecnych czasów, dlatego te ruiny są raczej gratką dla prawdziwych pasjonatów historii prekolumbijskiej. Osoby szukające wrażeń powinny skorzystać z drugiej słynnej ekwadorskiej huśtawki. Znajduje się ona na zboczu wzgórza Turi, z którego roztacza się panoramiczny widok na Cuencę i okolice. Huśtającym się na zamocowanym na długich linach krześle wydaje się, że unoszą się nad miastem.

 

Endemiczne legwany morskie na przybrzeżnych skałach w archipelagu Galapagos

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

NAD OCEANEM

Zjeżdżając z Andów do Guayaquil, największego miasta Ekwadoru (mniej więcej 3-milionowego), wkraczamy w strefę tropikalną. Wysokie temperatury towarzyszą jego mieszkańcom przez cały rok, można więc zapomnieć o górskim chłodzie. Guayaquil to najważniejszy ośrodek biznesowy kraju. Jest nowoczesnym miastem z nadrzeczną promenadą, wieloma sklepami, restauracjami i pubami. Miłośnicy kolonialnej zabudowy znajdą chwilę wytchnienia na kolorowym wzgórzu Santa Ana, na którego zboczach rozciąga się najstarsza dzielnica Las Peñas, pełna galerii sztuki i małych knajpek. To właśnie tutaj w XVI w. został założony ten prężny dzisiaj ośrodek.

W odległości dwóch godzin jazdy samochodem (ok. 140 km) na zachód stąd leży miasto Salinas, popularne wśród mieszkańców Guayaquil miejsce na wypoczynek na plaży. Im dalej na północ wzdłuż wybrzeża się kierujemy, tym wokół robi się ciekawiej. Miejscowość Montañita zyskała popularność wśród surferów ze względu na tworzące się w jej pobliżu wysokie fale. W ciągu kilku lat z małej wioski przekształciła się w kurort turystyczny bardzo chętnie odwiedzany przez osoby chcące nauczyć się języka hiszpańskiego. Tak jak mieszkańcy Guayaquil mają swoje plaże w Salinas, tak quiteños jeżdżą wygrzewać się do Esmeraldas. Kto pragnie uciec od tłumów turystów, powinien poszukać małych wiosek rybackich jak choćby Mompiche. Mniej zatłoczonych miejsc nie brakuje, bo linia brzegowa Ekwadoru liczy sobie ponad 2,2 tys. km. Ekwadorskie wybrzeże to również świetny punkt do obserwowania migracji humbaków. Od czerwca do września można się wybrać na wycieczkę w poszukiwaniu tych wielkich ssaków z rodziny płetwalowatych, a z miasteczka Puerto López warto popłynąć na tzw. Galapagos dla ubogich, czyli Srebrną Wyspę (Isla de la Plata), gdzie spotyka się m.in. uchatki patagońskie, delfinki wysmukłe (tropikalne), głuptaki niebieskonogie i czerwononogie, żółwie morskie, pelikany czy fregaty. Jeśli jednak ktoś jest prawdziwym miłośnikiem przyrody, musi udać się na prawdziwy archipelag Galapagos. To miejsce zupełnie nie z tej ziemi!

 

ARCHIPELAG DARWINA

Wyspy Galapagos są niezaprzeczalnie skarbem Ekwadoru. Zamieszkuje je wiele gatunków zwierząt (w tym endemicznych), np. żółwie słoniowe, kotiki i uszanki galapagoskie, głuptaki niebieskonogie, kormorany nielotne, myszołowy galapagoskie, gołębiaki plamiste, albatrosy galapagoskie, fregaty wielkie, legwany galapagoskie i morskie, pingwiny równikowe, petrele galapagoskie, zięby Darwina, czaple galapagoskie, pelikany czy flamingi. W 1959 r. cały region objęto ochroną parku narodowego. Prawie 20 lat później, w 1978 r., wyspy wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Dziś archipelag zamieszkuje niecałe 30 tys. osób, ale w ciągu roku przybywa na niego ponad 200 tys. turystów.

Podczas pobytu na Galapagos ma się niepowtarzalną okazję zobaczenia z bliska zwierząt, które nie występują nigdzie indziej na świecie. Ruch turystyczny jest tu ograniczony, ale wszystkie dostępne miejsca, takie jak Stacja Badawcza im. Charlesa Darwina w mieście Puerto Ayora na Santa Cruz, okolice do nurkowania, tunel z lawy oraz trasy trekkingowe, są warte zainteresowania. Na archipelagu znajdują się liczne wulkany. Najwyższy, Wolf, wznosi się na największej wyspie, Isabeli, i mierzy 1707 m n.p.m. Najpopularniejszym sposobem poznawania Galapagos są kilku- lub kilkunastodniowe rejsy niewielkimi statkami. W trakcie takiej wycieczki zwiedza się różne miejsca na archipelagu i nurkuje, a na noc wraca na pokład. Wizyta na tych niezwykłych wyspach może być zdecydowanie jednym z najpiękniejszych i najbardziej nietypowych doświadczeń w życiu. Ja na pewno kiedyś na nie wrócę, bo czuję niedosyt wrażeń.

 

Kajmany zamieszkują rozlewiska rzek w ekwadorskim regionie Oriente (Wschód)

© MINISTRY OF TOURISM OF ECUADOR

 

W AMAZOŃSKIM LESIE

Z unikatowego archipelagu przenosimy się na kontynent i to na wschodnią stronę Andów, gdzie jest zielono i wilgotno. Czwarty świat Ekwadoru stanowi fragment Amazonii, zwany tutaj Oriente (Wschód). Region ten pokrywa prawie połowę całego obszaru kraju. Co ciekawe, to właśnie w tej okolicy hiszpańscy konkwistadorzy pod przywództwem Francisca de Orellany (1511–1546) odkryli dorzecze Amazonki i jej górny bieg w XVI w. Samą rzekę nazwano podobno od plemienia Amazonek, ponieważ po drodze wyprawa odkrywcza spotkała kobiety-wojowników.

Amazońskie gęste lasy deszczowe są prawdziwym królestwem flory i fauny. Mimo swoich dużych rozmiarów Oriente jest regionem słabo zasiedlonym. W jego granicach znajduje się tylko kilka miast i według szacunków obszar zamieszkuje ok. 750 tys. ludzi. W ekwadorskiej Amazonii założono cztery parki narodowe i kilka rezerwatów przyrody. Niektóre źródła podają, że na terenie Parku Narodowego Yasuní (Parque Nacional Yasuní) występuje największa bioróżnorodność na świecie.

Aby dostać się do lasów deszczowych Oriente i móc na własne oczy zobaczyć tę wyjątkową krainę dzikiej przyrody, trzeba skorzystać z usług tutejszych doświadczonych przewodników. Samodzielna wyprawa jest nie najlepszym pomysłem. W Ekwadorze działa sporo firm, które organizują kilkudniowe wycieczki do Amazonii. W programie są również noclegi w specjalnych domkach w lesie i rozmaite atrakcje, jak np. łowienie piranii, pływanie łódką po rzece, poznawanie gatunków roślin i zwierząt, a niekiedy także spotkania z rdzennymi mieszkańcami tych terenów i uczestniczenie w ich codziennym życiu. Jeśli ktoś nie ma ochoty na dłuższy pobyt w wilgotnym, tropikalnym klimacie, może dojechać do Teny (niewielkiej stolicy prowincji Napo) i wybrać się na jednodniową wycieczkę w leśną gęstwinę. Przedsmak lasu deszczowego zapewnia już okolica wspomnianych miejscowości Baños i Papallacta, do których łatwiej się dostać niż do miast w regionie Oriente.

***

Góry i niziny, śnieg i parny tropik, ocean i lasy deszczowe, ciekawi ludzie i niesamowite zwierzęta – wszystko to czeka na wyciągnięcie ręki w Ekwadorze. Ten kraj naprawdę łączy w sobie cztery światy. Warto samemu się o tym przekonać.

Wydanie Wiosna 2018