JOANNA CZUPRYNA

<< Można by pomyśleć, że lasy, jeziora, pagórki, ruiny budowli z cegły, kościelne wieże i wiejskie zagrody tworzą krajobraz, jakich wiele. Po przejechaniu granicy w Świecku kierowców wita tablica kraju związkowego Niemiec i… monotonia za oknem. „Zielone pustkowie” – zanotował w drugiej połowie XIX w. Theodor Fontane (1819–1898), najsłynniejszy pisarz regionu, który przez kilkanaście lat niestrudzenie podróżował po swojej małej ojczyźnie, aby na końcu stwierdzić – „Przemierzyłem Brandenburgię, uznając ją za bogatszą, aniżeli śmiałem przypuszczać”. Pięć tomów „Wędrówek po Marchii Brandenburskiej” jest dobrym przykładem na to, że pierwsze, często pobieżne wrażenia mogą mylić i pozbawić nas szansy na przeżycie czegoś wspaniałego. Dlatego proponuję zwolnić, zjechać z autostrady i pomknąć w głąb krainy, która ma znacznie więcej do zaoferowania niż pozornie niczym się nie wyróżniające widoki. >>

To jeden z trzech niemieckich landów graniczących z Polską (oprócz Meklemburgii-Pomorza Przedniego i Saksonii). Po przystąpieniu naszego kraju do Unii Europejskiej w 2004 r. oraz strefy Schengen w 2007 r. odwiedziny u zachodnich sąsiadów stały się dla Polaków łatwiejsze niż kiedykolwiek. Od początku po obu stronach Odry dużą uwagę zwraca się na wspólne projekty turystyczne, połączenia komunikacyjne i wymianę doświadczeń. Dzięki temu nasi rodacy coraz częściej przyjeżdżają do Brandenburgii w celach wypoczynkowych. W tutejszych miastach i gminach natomiast pojawiają się polskojęzyczne tablice informacyjne i broszury czy też audioprzewodniki.
Sposobów na zwiedzanie brandenburskich atrakcji znajdziemy na pewno dużo. My chcielibyśmy podsunąć szczególnie kilka naszym zdaniem najciekawszych pomysłów na wycieczki na sezon wiosenno-letni.

 

WĘDROWANIE CZYNI SZCZĘŚLIWYM
Auf Schusters Rappen ¬– mówią Niemcy o wyprawach pieszych (wyrażenie oznacza dosłownie „na koniu szewca” i pochodzi z XVII w., a dotyczy sposobu podróżowania ludzi biednych, którzy niczym szewc nie mieli koni). O powracającej modzie na tego rodzaju wojaże świadczą chociażby liczne reportażowe książki dziennikarzy i celebrytów, którzy kilkusetkilometrową podróż po Brandenburgii i przyległych landach opisują jako większą egzotykę niż karaibskie plaże albo tajskie świątynie. Za najpopularniejsze uchodzą jednak krótkie rodzinne wypady za miasto w weekendy i świąteczne dni.
     Na pograniczu Berlina do spacerów zapraszają lasy dzielnic Grunewald, Spandau i Tegel, gdzie szlaki wiodą wzdłuż Haweli, a właściwie licznych jezior, przez które ta rzeka przepływa. W trakcie wspinaczki na niewielkie wzgórze na półwyspie Schildhorn można szybko zapomnieć, że jest się w granicach 3,5-milionowej metropolii. Według legendy XII-wieczny słowiański książę Jaksa z Kopanicy przeprawił się w tym miejscu na drugi brzeg, uciekając przed Albrechtem Niedźwiedziem, późniejszym założycielem Marchii Brandenburskiej. W podzięce za cudowne ocalenie obiecał przejść na wiarę chrześcijańską, a na pobliskim drzewie powiesił swoją tarczę (Schild) i róg (Horn). Równie atrakcyjnie po zachodniej stronie Berlina prezentuje się willowa dzielnica Wannsee, z której promem dostaniemy się na Pawią Wyspę (Pfaueninsel) z romantycznym pałacykiem i ptasią wolierą — dawną posiadłością rodu Hohenzollernów. Stąd niedaleko już do 160-tysięcznego Poczdamu i trzech kompleksów pałacowo-parkowych: Sanssouci, Neuer Garten (Nowy Ogród) i Babelsberg o łącznej powierzchni prawie 500 ha. Najlepiej poruszać się po nich pieszo, gdyż ścieżki rowerowe wiodą tylko ich obrzeżami. Niezniszczone podczas wojny budowle, altanki, wieże widokowe, a w końcu i wspaniałe zrekonstruowane ogrody zachwycają mnogością stylów i ozdób. Warto pamiętać, że w lipcu br. przypada 70. rocznica konferencji poczdamskiej, którą zorganizowano w Pałacu Cecilienhof, wzniesionym dla następcy tronu Wilhelma Hohenzollerna (1882–1951) i jego żony Cecylii (1886–1954) na początku XX w.

FOT. STIFTUNG PREUSSISCHE SCHLÖSSER UND GÄRTEN BERLIN - BRANDENBURG/ROLAND HANDRICK

Fontanna i ogrody tarasowe przed poczdamskim Pałacem Sanssouci


    Jednym z piękniejszych krajobrazowo rejonów Brandenburgii jest stosunkowo mało znana wśród polskich turystów kraina zwana Szwajcarią Marchijską (Märkische Schweiz), położona niedaleko granicy. Wycofujący się lodowiec pozostawił na tym terenie liczne pagórki, jeziora i wielkie głazy. Nie trzeba tu nawet specjalnie szukać konkretnych szlaków, wystarczy podejść do brzegu największego akwenu Schermützelsee (w okolicy znajduje się ich ponad 20) i rozpocząć wędrówkę. Już po chwili stanie się jasne, dlaczego centrum tego regionu – miejscowość Buckow – pełniło funkcję letniego schronienia dla artystów z Berlina, m.in. pisarza Bertolta Brechta (1898–1956) i jego życiowej partnerki, a później żony, austriackiej aktorki Helene Weigel (1900–1971).
     Szczególnie ciekawą formą spacerów z dziećmi są wyprawy z osłem, który niesie bagaż, a czasem i małego, strudzonego turystę na swoim grzbiecie. Takie kilkugodzinne, jedno- lub nawet wielodniowe wycieczki organizują gospodarstwa przy Parku Narodowym Doliny Dolnej Odry (projekt Packeseltouren Brandenburg) albo w zachodniej części landu w gminie Stüdenitz-Schönermark (Eseltrekking).
     Jednak prawdziwym wyzwaniem dla piechurów będzie pokonanie chociaż jednego etapu z ponad 400-kilometrowej trasy wokół Berlina — Szlaku 66 Jezior (66-Seen-Wanderweg). Autor przewodnika, Manfred Reschke, określa go jako kwintesencję Brandenburgii, atrakcję przyciągającą przez okrągły rok nie tylko miłośników natury. To właśnie wzdłuż niego znajdują się Zamek Marquardt (w dzielnicy Poczdamu), miejsce kręcenia co najmniej 20 filmów i produkcji telewizyjnych, Rüdersdorf bei Berlin z uznanym parkiem muzealnym na obszarze dawnego wydobycia i obróbki wapienia, kurort Bad Saarow oraz miasto książek i bunkrów – Wünsdorf (obecnie część Zossen). Szlak 66 Jezior należy bez wątpienia do najbardziej interesujących nizinnych dróg rekreacyjnych w Niemczech.

 

NA DWÓCH KÓŁKACH
W 2014 r. Powszechny Niemiecki Klub Rowerowy (ADFC – Allgemeiner Deutscher Fahrrad-Club) uznał ten land za drugi najbardziej przyjazny rowerzystom kraj związkowy zaraz po Bawarii. Na tę ocenę składają się nie tylko jakość ścieżek i ich oznakowanie, ale również przydrożna infrastruktura, bezpieczeństwo, możliwość układania własnych tras, dojazd środkami publicznego transportu do punktów startowych czy wreszcie atrakcyjność okolicy pod względem kulturowym, historycznym i krajobrazowym. Na amatorów dwóch kółek czeka w Brandenburgii sieć o łącznej długości ponad 7 tys. km, 51 szlaków tematycznych, a wśród nich aż 18 odznaczonych gwiazdkami ADFC jako drogi premium. Na nocleg zatrzymamy się w położonych w pobliżu obiektach Bett+Bike (dosł. „łóżko i rower”) o różnym standardzie: od pól kempingowych po kilkugwiazdkowe hotele. Cykliści otrzymują w nich fachowe wskazówki i materiały, a nawet naprawią sprzęt, jeśli zajdzie taka potrzeba. Działają tutaj też sprawnie wypożyczalnie rowerów, usytuowane przy stacjach kolejowych lub punktach informacji turystycznej.
     Przez land wiedzie kilka szlaków o ponadregionalnym zasięgu, np. Międzynarodowa Trasa Rowerowa Euro-Route R1 (odcinek berlińsko-brandenburski ma 209 km), droga łącząca Berlin z Kopenhagą (122 km po terenie Brandenburgii) i ze Szczecinem (337 km w Niemczech) czy ścieżka wzdłuż Nysy Łużyckiej i Odry (282 km), przebiegająca po niemieckiej stronie, ale z widokami na polskie ziemie. Podobnie jak w przypadku wędrówek pieszych, cały kraj związkowy możemy objechać również na dwóch kółkach. Podczas takiej wyprawy pokonamy 1111 km, zwiedzimy 29 miast, często z zachowanym historycznym śródmieściem, 11 parków krajobrazowych, 3 rezerwaty biosfery i jeden park narodowy. Certyfikowana przez ADFC Trasa Brandenburska otrzymała aż 4 gwiazdki. Nie trzeba jednak porywać się na kilkusetkilometrowe wycieczki w ciągu jednego sezonu. Zarówno przybysze, jak i miejscowi najchętniej wskakują na rower, aby pokonać jedno- lub dwudniowe odcinki.
     Warto szczególnie zwrócić uwagę na 3-gwiazdkowy szlak śladami księcia Hermanna von Pückler-Muskau (Fürst-Pückler-Weg), który zahacza o polską granicę w południowej części kraju związkowego. Rozpoczyna się on i kończy w Cottbus (Chociebużu), stolicy Łużyc Dolnych. Biegnie 500 km przez zachwycające ogrody i parki oraz obok industrialnych pozostałości regionu, zdewastowanego odkrywkowymi kopalniami węgla. Te ostatnie powoli zamieniają się w jeziora, co stanowi efekt 10-letniego projektu w ramach Międzynarodowej Wystawy Budowlanej Fürst-Pückler-Region (Internationale Bauausstellung Fürst-Pückler-Land – IBA), zakończonego w 2010 r. Już teraz postępowi tego procesu przyjrzymy się z licznych tarasów i wież widokowych. Miłośnicy przyrody powinni koniecznie zajechać do Wschodnioniemieckiego Ogrodu Różanego (Ostdeutscher Rosengarten) w Forst (Lausitz), który dwa lata temu obchodził swoje stulecie. Otwarty przez cały rok i pięknie odnowiony na jubileusz, zaprasza przede wszystkim pod koniec czerwca na 3-dniowy festyn róż – Rosengartenfesttage (kolejny w dniach 26–28 czerwca 2015 r.). Nieco dalej na południe szlak przekracza granicę Brandenburgii z Saksonią, żeby poprowadzić turystów do największego założenia w angielskim stylu w Europie Środkowej – Parku Mużakowskiego, Parku Muskau (od 2004 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Jego większa część (ok. 500 ha) znajduje się po polskiej stronie, ale mosty na Nysie Łużyckiej umożliwiają swobodne poruszanie się po ponad 700-hektarowym terenie. Jego twórca, wspomniany książę Hermann von Pückler-Muskau (1785–1871) był niezwykle barwną postacią na ówczesnych europejskich dworach. Dużo podróżował i nie stronił od hulaszczego trybu życia. Pasjonował się też ogrodnictwem i słynął z dość ekscentrycznych upodobań (podobno medytował nad otwartymi trumnami swoich przodków, a z jednej podróży przywiózł sobie egzotyczną niewolnicę). Nie trzymały się go jednak pieniądze i w 1845 r. musiał sprzedać wspaniałą posiadłość w Mużakowie. Wraz ze swoją żoną przeniósł się do Branitz – Rogeńc (dzisiaj część Chociebuża), gdzie zaprojektował kolejny ogród. Po śmierci został pochowany w niewielkiej sztucznej piramidzie pośrodku jeziora, która razem z parkiem i pałacem jest jednym z ważniejszych punktów tej trasy.
     Wreszcie nawet osoby nie będące wielbicielami obiektów przemysłowych lub górniczych maszyn powinny zajrzeć do miasta Lauchhammer (Łuchow). Wznoszą się w nim monumentalne ceglane wieże niegdysiejszej koksowni, służące kiedyś do biologicznego oczyszczania ścieków. Nieprzypadkowo nazwano je „łużyckim Castel del Monte” („Castel del Monte der Lausitz”), gdyż przywodzą na myśl dawne średniowieczne zamki (w stylu XIII-wiecznego Castel del Monte Fryderyka II Hohenstaufa w Andrii we włoskiej Apulii). Tylko 15 km dzieli tę miejscowość od potężnej koparki F60 (właściwie mostu przerzutowego), udostępnionej do zwiedzania po zamknięciu kopalni odkrywkowej. Stalowy kolos, ochrzczony przez miejscowych „leżącą wieżą Eiffla”, waży 11 tys. t i mierzy pół kilometra długości (502 m). Od kilku lat atrakcyjnie podświetlany stanowi fantastyczne tło dla imprez o ponadregionalnym zasięgu, m.in. odbywających się w tym samym czasie F60 Europejskiego Festiwalu Muzyki Celtyckiej (F60 European Celtic Music Festival – 5–6 czerwca 2015 r.) oraz zjazdu fanów twórczości pisarza J.R.R. Tolkiena Lord of the Rings online – Sippentreffen (4–7 czerwca 2015 r.).

 

BŁĘKITNY RAJ MIĘDZY ODRĄ A ŁABĄ
Mimo iż Brandenburgia nie leży nad morzem, wszystko kręci się w niej wokół wody. Nazwy mnóstwa regionów turystycznych (w odróżnieniu od obszarów administracyjnych) pochodzą od lokalnych rzek bądź innych akwenów, np. Havelland, czyli Kraina nad Hawelą, Seenland Oder-Spree – Kraina Jezior Odra-Szprewa albo Elbe-Elster-Land, nadana południowym ziemiom nad rzeką Elsterą i Łabą. Nie ma w tym nic dziwnego, bo w granicach tego kraju związkowego znajduje się ponad 3 tys. jezior i 33 tys. km cieków wodnych, a tutejsza sieć szlaków żeglownych w połączeniu z berlińską i należącą do sąsiedniego landu Meklemburgii-Pomorza Przedniego uchodzi za największą w Europie, tworząc tzw. Błękitny Raj (Das blaue Paradies). Rejsy po tym malowniczym terenie najlepiej łączą aktywny wypoczynek ze zwiedzaniem, a poza tym doskonale uzupełniają je piesze i rowerowe wycieczki. Wprowadzone kilkanaście lat temu regulacje pozwalają na kierowanie wyczarterowanymi łodzią lub jachtem nie dłuższymi niż 15 m bez uprawnień sternika (tzw. Charterbescheinigung) na określonych przepisami wodach.

FOT. TMB-FOTOARCHIV/ULF BOETTCHER FOT. TMB-FOTOARCHIV/ULF BOETTCHER

Jachty pływające po tzw. Błękitnym Raju EuroPodróże wiosna 2015 • ALLINCLUSIVE 135


     W Brandenburgii i Berlinie wytyczono aż 8 tys. km szlaków żeglownych przez jeziora, rzeki i kanały. W stolicy Niemiec, gdzie udostępniono 200 km dróg, można obejrzeć z pokładu historyczne centrum miasta, Wieżę Telewizyjną (Fernsehturm), Wyspę Muzeów (Museumsinsel), dzielnicę rządową (Regierungsviertel) z gmachem Reichstagu bądź Pałac Charlottenburg. Tylko do Bramy Brandenburskiej trzeba – niestety – podejść. Szprewa (Sprewa) i Hawela połączone są dwoma kanałami z Odrą. Przy tym drugim – Oder-Havel-Kanal (82,8 km długości) – warto rozważyć wyprawę równoległym 32-kilometrowym Kanałem Finow (Finowkanal). To najstarsza, wciąż używana, sztuczna trasa wodna Niemiec (1605 r.), uznana za zabytek. Największą atrakcję po drodze i prawdziwą ucztę dla oczu w tej okolicy stanowi monumentalna podnośnia statków Niederfinow, która w ciągu kilkunastu minut pozwala pokonać różnicę 36 m. Oddano ją do użytku w 1934 r., co czyni ją najstarszym funkcjonującym tego typu obiektem w kraju. Niederfinow i pobliskie Eberswalde z fantastycznym leśnym zoo trzeba koniecznie odwiedzić, czy to samochodem, rowerem czy pieszo.
     Przy południowym szlaku w kierunku Berlina, czyli kanale Odra-Szprewa (ok. 85 km długości), można wybrać krótszą drogę przez Fürstenwalde/Spree lub odbić na południe. Dziedziniec średniowiecznego Zamku Beeskow opanowują latem młodzi śpiewacy sceny operowej (Oper Oder-Spree), a dla mieszkańców i przyjezdnych odbywają się w tym czasie liczne przedstawienia i pokazy teatralne.
     Położony jeszcze dalej na południe unikatowy Rezerwat Biosfery UNESCO Spreewald z dwoma centralnymi miejscowościami: Lübben (Lubin) i Lübbenau/Spreewald jest zamknięty dla łodzi motorowych. Po labiryncie kanałów wolno poruszać się samodzielnie kajakiem albo z miejscowymi usługodawcami specjalną płaskodenną łodzią, tzw. Spreewaldkahn. Bogatą ofertę wycieczek różnej długości (od godziny po cały dzień) uzupełniają degustacje regionalnych produktów: ogórków, szparagów, likierów jajecznych. W sezonie letnim wieczorem na większych przystaniach i w gospodach organizuje się imprezy z tradycyjnymi strojami, muzyką i zwyczajami Łużyczan. Odważniejsi turyści mogą spróbować swoich sił w pływaniu na desce surfingowej z jednym wiosłem w ręku – tzw. SUP (m.in. w Burg).
     Tuż przed centrum Köpenick, dzielnicy Berlina, w której Dahme uchodzi do Szprewy, rozpościera się największe stołeczne jezioro Müggel (Müggelsee – 7,4 km² powierzchni), raj nie tylko dla żeglarzy. Warto zostawić tu na chwilę łódź i wspiąć się na najwyższe naturalne wzniesienie w Berlinie – Müggelberge (114,7 m n.p.m.). Z tarasu widokowego dostrzeżemy odległą o ok. 40 km halę Tropical Islands, a po przeciwnej stronie słynną Wieżę Telewizyjną.

FOT. DEUTSCHE ZENTRALE FÜR TOURISMUS E.V./JOCHEN KNOBLOCH

Katedra w Brandenburgu nad Hawelą


     W berlińskiej dzielnicy Spandau, dawnej słowiańskiej osadzie, 400-kilometrowa Szprewa uchodzi do Haweli (343 km), należącej do najpopularniejszych rzek w Niemczech. Jej wolny bieg i atrakcyjny krajobraz cenią sobie przede wszystkim kajakarze. Bierze ona swój początek w jednym z meklemburskich jezior, potem płynie łukiem na południe, aby za Berlinem wziąć ostry zakręt na zachód i w okolicach Havelbergu połączyć się z Łabą. Między stolicą a ponad 70-tysięcznym Brandenburgiem bieg Haweli wyznacza szereg akwenów, następujących po sobie niczym koraliki na nitce. Na rozległych brzegach znajdują się liczne przystanie, gospody serwujące specjalność regionu, czyli sandacza przyrządzanego na wszelkie sposoby, oraz kempingi przygotowane na przyjęcie turystów prosto z pokładu. Z Wannsee ruszają statki kilku armatorów w kierunku Poczdamu, Werderu (Havel) i Brandenburga nad Hawelą (Brandenburg an der Havel). W tym rejonie zachwycają pięknie położone nad wodą pałace oraz świątynie, z których największe wrażenie robi XIX-wieczny Kościół Zbawiciela w poczdamskiej dzielnicy Sacrow, zbudowany na fundamencie częściowo umieszczonym w nurcie Haweli. Neogotycki Zamek Babelsberg z wieżą Flatow (Flatowturm), Pałac Cecilienhof, przypominający żagle na statku bardzo nowoczesny Teatr Hansa Otto (Hans Otto Theater) i wreszcie śródmieście z nowo odbudowanym Pałacem Miejskim (Stadtschloss) to tylko niektóre punkty przyciągające wzrok na tej trasie. Po opuszczeniu Poczdamu wokół robi się zdecydowanie spokojniej, ale już po chwili na horyzoncie ukazuje się jeden z najbardziej malowniczych widoków – wyspa Werder, najstarsza część 25-tysięcznej miejscowości o tej samej nazwie, z charakterystyczną sylwetką neogotyckiej wieży Kościoła św. Ducha. W pobliżu rosną olbrzymie sady i rozciągają się rozległe winnice. Natomiast co roku odbywa się tu drugi co do wielkości festyn ludowy w Niemczech po słynnym monachijskim Oktoberfeście. W trakcie Baumblütenfest, czyli Święta Kwitnienia Drzew, na ulicach hektolitrami leje się owocowe wino, udekorowane lampionami wzgórza zapraszają do historycznych ogródków i na parkiety do tańca, a brzegi jezior oblegane są do późnych godzin nocnych. 136. już edycja tej imprezy potrwa od 25 kwietnia do 3 maja 2015 r.

 

W KOLOROWYM OGRODZIE
Najważniejsze wydarzenie tegorocznego sezonu w Brandenburgii stanowi Krajowa Wystawa Ogrodnicza (BUndesGArtenschau – BUGA 2015), która po raz pierwszy w historii odbędzie się jednocześnie w kilku miejscowościach, do tego położonych na pograniczu dwóch landów. Tereny wystawowe przygotowuje się w Brandenburgu, Premnitz, Rathenow, Amt Rhinow oraz w Havelbergu (Saksonia-Anhalt). Poza Amt Rhinow wszystkie te punkty łączy niebieskie pasmo Haweli. Wydarzenie zaplanowano na dni od 18 kwietnia do 11 października. Każde z miast gospodarzy ma swoje hasło i zaprezentuje kilkanaście założeń ogrodowych.
     W Brandenburgu (motto przewodnie Ursprung – „źródło”) kolorowe dywany zakwitną m.in. na Marienbergu (ok. 80 m n.p.m.), owianym legendami wzgórzu, które w swojej historii było miejscem kultu wielu religii. Po raz pierwszy też jako hala wystawowa posłużą zabezpieczone ruiny zniszczonego w czasie wojny klasztornego Kościoła św. Jana z początku XV w. (St. Johannis-Kirche). Ogrody tematyczne (aż 33) powstaną na terenie dawnej stoczni i przeładowani (Packhof).
     Premnitz (Impuls – „impuls”), miasto zdominowane niegdyś przez przemysł, wyznaczyło swoją strefę pokazową tuż nad brzegiem Haweli i wokół Ratusza. Tutaj m.in. można będzie wydobyć energię z ziół, warzyw i owoców, które trafiają na codzienny stół, oraz dowiedzieć się, co to takiego biomasa.
     Rathenow (Weitsicht – „szerokie spojrzenie”) organizowało już brandenburską wystawę ogrodniczą w 2006 r. Stworzono wówczas kolorowy Park Optyczny, nawiązujący do ponad 200-letniej tradycji ośrodka. Zakłady Optyczne (Rathenower Optische Werke – ROW), założone w 1801 r. przez Johanna Heinricha Augusta Dunckera (1767–1843), a rozbudowane przez jego syna Eduarda, w połowie XIX w. miały blisko 300 punktów sprzedaży na całym świecie. Tym razem imprezy ogrodnicze odbędą się także na Wzgórzu Winnym (Weinberg) z wieżą Bismarcka (Bismarckturm).
     Z kolei Amt Rhinow (Mut – „odwaga”) jest kolebką niemieckiego lotnictwa, gdyż to na tutejszych wzgórzach Otto Lilienthal wykonywał loty z aparatem szybowcowym. Niestety, jeden z nich skończył się upadkiem z wysokości ok. 15 m, w wyniku którego ten 48-letni wynalazca i pionier lotnictwa zmarł w sierpniu 1896 r. Próby oparte na jego wnioskach z licznych eksperymentów kontynuowali m.in. Octave Chanute (1832–1910) oraz bracia Wright – Orville (1871–1948) i Wilbur (1867–1912). W 1989 r. na pobliskiej trawiastej łące po mistrzowsku wylądował kapitan Heinz-Dieter Kallbach (ur. w 1940 r.) za sterami radzieckiej jednostki Ił-62, która skończyła swój żywot jako samolot pasażerski w enerdowskiej firmie lotniczej Interflug. Nazwana od imienia żony Lilienthala „Lady Agnes” pełni dzisiaj funkcję niewielkiego muzeum poświęconego życiu i dokonaniom pierwszego lotnika.
     Wreszcie w Havelbergu w Saksonii-Anhalt (Erkenntnis – „poznawanie”) wystawy poświęcone np. ludzkiej egzystencji oraz duchowemu rozwojowi (ogród rajski, ogród mnisi itd.) obejrzymy na wzgórzu wokół romańskiej Katedry oraz w miejskim Kościele św. Wawrzyńca. W tzw. Domu Rzek (Haus der Flüsse), specjalnie wzniesionym na potrzeby wydarzenia, zaprezentowana zostanie ekspozycja dotycząca Rezerwatu Biosfery Środkowej Łaby.
     Bez wątpienia warto odwiedzić tę zapowiadającą się niezmiernie interesująco i kolorowo największą imprezę ogrodniczą w Niemczech. Szacuje się, że do Brandenburgii przyjedzie ją podziwiać ok. 1,5 mln gości. Z pewnością nie zabraknie wśród nich i Polaków.

Artykuły wybrane losowo

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

RPA – Afryka nie taka dzika

MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

 FOT. CAPE TOWN TOURISM

<< Republikę Południowej Afryki trudno porównać do jakiegokolwiek innego kraju. Na poły europejska, na poły afrykańska, nie daje wtłoczyć się w ciasne ramy żadnej kategorii i na przekór wszystkim zachowuje własny charakter, ukształtowany przez lata niełatwej historii. Dlatego tak trudno odmówić sobie spotkania z fascynującą południowoafrykańską przygodą. >>

Na współczesne oblicze RPA znaczący wpływ wywarli niewątpliwie holenderscy i brytyjscy kolonizatorzy, którzy z jednej strony przywieźli ze sobą zdobycze bardziej rozwiniętej cywilizacji, a z drugiej pogłębili nierówność społeczną, pozbawiając praw rdzennych mieszkańców tych ziem. Dziś to leżące najdalej na południe państwo Czarnego Lądu zaprasza do poznania nie tylko jego burzliwej historii, lecz także wspaniałych krajobrazów i niesamowitej przyrody.

Więcej…

Meksyk i trzeci ocean

MAGDALENA LASOCKA

<< Jeśli lubicie przygody i nowe doznania, na pewno nie będziecie zawiedzeni podróżą do Meksyku. Zwłaszcza jeżeli tak jak ja kochacie wodę i sporty wodne. W tym kraju czas płynie wolniej, zmysły odbierają więcej, słońce świeci jaśniej, a ludzie uśmiechają się radośniej. Jedyne ryzyko jest takie, że zakochacie się w tym miejscu od pierwszego wejrzenia i zapragniecie pozostać w nim na zawsze. >>

Więcej…