ELŻBIETA PAWEŁEK

                                                                                                             FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI
<< Ta piękna wyspa miała wielu sławnych wielbicieli wśród elit politycznych i arystokracji. Dziś jest rajem żeglarzy, nurków oraz wind- i kitesurferów. Turystów szukających błogiego wypoczynku kusi błękitną wodą, kilometrami uroczych plaż i luksusem Costa Smeralda (Szmaragdowego Wybrzeża). >>

Druga po Sycylii największa wyspa Morza Śródziemnego posiada status regionu autonomicznego Włoch. To poczucie odrębności to zapewne dziedzictwo po historycznym Królestwie Sardynii, które choć w ciągu setek lat istnienia zmieniało swoje granice i przechodziło z rąk do rąk, zakończyło swój żywot dopiero w 1861 r. po włączeniu do Królestwa Włoch. Potwierdza je także język sardyński, nadal używany przez mieszkańców wyspy.

 

Na górzystej w znacznej części Sardynii temperatura nie spada zazwyczaj poniżej zera nawet w okresie zimy, a słońce świeci przez większość dni w roku. Dlatego żadna pora nie wydaje się nieodpowiednia na wyjazd w te strony. Oprócz wspaniałych krajobrazów na uwagę zasługują też tutejsze urokliwe miasta i porty.

 

Przerwa obiadowa na plaży

Cagliari, stolica Sardynii, w południe przypomina rozgrzaną patelnię. Upał nie przeszkadza jednak Senegalczykom handlującym na chodnikach. – Madame, good price – zachęcają do zakupów z szerokim uśmiechem. – English, Deutsch, Français, Español? – próbują odgadnąć naszą narodowość. W tym czasie większość ludzi sączy espresso lub zimną wodę mineralną przy Via Sardegna, gdzie roi się od klimatycznych kawiarenek i restauracji. Pod rozłożystymi parasolami łatwiej przetrwać żar lejący się z nieba. Znany angielski pisarz David Herbert Lawrence (1885–1930) w swojej książce Morze i Sardynia (Sea and Sardinia) z 1921 r. twierdził, że Cagliari jest dość ładne, ale trochę dziwne i w ogóle nie przypomina Włoch. Po niemal 100 latach niewiele się zmieniło. Na pewno przybyło mieszkańców, żyje ich tutaj już 150 tys. Wyrosły nowoczesne przedmieścia z blokami, które jednych zachwycają, a innych denerwują. Jednak nadal nad stolicą góruje stare centrum otoczone pizańskimi fortyfikacjami, jej wybrzeże pokrywa złoty piasek, a w niewielkich lagunach można bez końca podglądać flamingi, żurawie i kormorany.

FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI

Cagliari – Bastione di Saint Remy

 

Miasto trochę szpecą stare koszary wojskowe, położone, jak na ironię, w przepięknym miejscu nad samym morzem – mówi nam Giulia, od kilkunastu lat mieszkająca na Sardynii. Kiedyś dziwiła się, że w porze letniej sjesty wszyscy pędzili na miejską plażę, a potem zrelaksowani lub spieczeni na raka wracali do pracy. Teraz sama tak robi. Niektórzy wybierają na plażowanie przybrzeżną dzielnicę Poetto (15 min. miejskim autobusem z Piazza Matteotti) ze względu na bardziej kameralną atmosferę i brak tłoku. Z morza wynurza się tu intrygująca skała, nazywana Sella del Diavolo – Diabelskim Siodłem. Podobno w tym miejscu św. Michał Archanioł wygrał walkę z diabłem.

Wieczorem najprzyjemniej pospacerować po Via Manno, uważanej za jedną z najpiękniejszych sardyńskich promenad. Po drodze mijamy hałaśliwe Piazza Yenne i Largo Carlo Felice, przy których skupiła się większość sklepów, hoteli, barów i banków. Zwiedzanie Cagliari można właściwie ograniczyć do jego starej części, czyli Castello. To labirynt średniowiecznych uliczek, miejskie fortyfikacje Torre dell’Elefante (Wieża Słonia) i Torre di San Pancrazio (Wieża św. Pankracego) czy przeszywająca chłodem romańska Cattedrale di Cagliari (Katedra Cagliari), o której mówi się, że przepuszczona przez maszynę czasu, przesiąkła barokiem. Spod monumentalnego Bastione di Saint Remy (Bastionu św. Remigiusza) warto wejść krętymi, wąskimi schodami na górę. Trud wspinaczki rekompensuje piękny widok na port i okoliczne laguny. Stąd też najlepiej podziwiać zachody słońca. Czerwona kula znika za horyzontem, rozświetlając morze w niezwykle widowiskowy sposób.

 

W obcych rękach

Kiedy David Herbert Lawrence przyjechał na Sardynię, wydała mu się egzotyczna i zagubiona pomiędzy Europą i Afryką, wręcz niczyja. Sardyńczycy uważają, że to efekt długiej, dramatycznej historii i nieustających podbojów wyspy przez inne nacje. Można znaleźć tutaj ślady panowania Kartagińczyków, Rzymian czy Hiszpanów. Próbował ją zdobyć również Napoleon i słynny admirał Horatio Nelson, dowodzący flotą brytyjską. Po 15 miesiącach bezskutecznego oblężenia napisał w raporcie: Bóg jeden wie, że będąc w posiadaniu Sardynii, nie pragnęlibyśmy już Malty ani żadnej innej wyspy.

Pierwszą osobą, która przyczyniła się do jej rozwoju był… Benito Mussolini. Za jego rządów przeprowadzono reformy ziemskie, osuszono grunty, postawiono tamy na rzekach. Dopiero po II wojnie światowej wyspa, podobnie jak Sycylia, uzyskała autonomię. Sardyńskie władze sprawują dziś kontrolę nad transportem, turystyką, przemysłem i policją. A jednak mieszkańcy czują urazę do rządu włoskiego, mając mu za złe, że uczynił z Sardynii główną bazę wojsk NATO na Morzu Śródziemnym.

Sardyńczycy zawsze byli wykorzystywani. Są bardzo nieśmiali i zamknięci, ale cechuje ich duże poczucie dumy. Chociaż ostatnio to się zmienia – dodaje Giulia. Wielu z nich pracuje w usługach turystycznych, jak Emilio, kelner w niewielkiej restauracji, uwijający się jak w ukropie między stolikami z gośćmi. Na naszych talerzach lądują kraby z grilla, doprawione jałowcem i mirtem, rozpływająca się w ustach pieczeń wieprzowa i duszone ryby. Na zakończenie uczty próbujemy słodkiej grappy pod nazwą Malvasia, która szybko uderza do głowy.

Wyspiarze, tacy jak Emilio, szczycą się tym, że nie ma tu ani bardzo dużych miast, ani ciężkiego przemysłu. Dzięki temu sardyńskie plaże należą do najczystszych we Włoszech. Kameralne ośrodki wypoczynkowe położone malowniczo nad samym morzem stanowią często wymarzoną oazę spokoju dla zapracowanych Europejczyków o skołatanych nerwach. Nic więc dziwnego, że coraz więcej mieszkańców ze stałego lądu, nazywanego przez miejscowych il continente, przyjeżdża w te strony.

 

Morze o barwie szmaragdów

Sardynia pozostałaby zapewne wyspą pasterzy, gdyby nie książę Aga Chan IV – religijny przywódca ismailickich nizarytów. W 1958 r. przybił do tutejszego brzegu swoim jachtem, szukając schronienia przed sztormem. Tak zachwycił się północnym wybrzeżem, pełnym małych zatoczek, że postanowił kupić tutaj ziemię. Wkrótce jego przedstawiciele namówili miejscowych rolników do sprzedaży 10 km nadmorskiego pasa za niską cenę. Zaradny książę ściągnął najpierw inwestorów, którzy zbudowali luksusowe hotele, a potem koronowane głowy i inne ważne osobistości. Świat dowiedział się o istnieniu Costa Smeralda (Szmaragdowego Wybrzeża) – jednego z najpiękniejszych w basenie Morza Śródziemnego. Jego nazwa pochodzi od koloru morza w tej okolicy. Nie ma na nim hoteli przypominających miejskie wieżowce, tablic reklamowych, krzykliwych restauracji szybkiej obsługi. Przestronne apartamenty z naturalnego kamienia dyskretnie wkomponowano w krajobraz. Podobno wpada tu były premier Włoch Silvio Berlusconi, kiedy ma dość skandali wokół swojej osoby. Bywała w tym miejscu także obecna księżna Hanoweru i Monako Karolina oraz słynny projektant mody Karl Lagerfeld.

Dyskretna ochrona bierze pod lupę każdego gościa. Wraz z Giulią podążamy jednak śmiało do Porto Cervo, czyli Portu Jelenia. To niepisana stolica Szmaragdowego Wybrzeża. Wymuskane alejki, budynki wystylizowane na wiejskie domy – cała osada przypomina idylliczną śródziemnomorską wioskę, doskonałe miejsce na ucieczkę od szarej codzienności. W wielkiej przystani aż tłoczno od wspaniałych jachtów i katamaranów kołyszących się lekko na wietrze. W powietrzu unosi się zapach luksusu. O ceny lepiej nie pytać, wszystko kosztuje tutaj kilka razy drożej niż w innych ośrodkach... 

FOT. FOTOTECA ENIT/SANDRO BEDESSI

 Buggerru – Spiaggia di San Nicolò

 

Na skrzydłach wiatru

Sardynia, wyspa dwóch żywiołów – wody i wiatru, okazuje się wymarzonym miejscem dla miłośników sportów wodnych. Nieustannie wiejące mistral, scirocco i levante, ponad 200 km plaż z białym piaskiem oraz krystalicznie czysta woda stwarzają wręcz idealne warunki do kitesurfingu. Latem można uprawiać go w kilku miejscach, przez cały rok – jedynie w Porto Botte. Działa tu polska szkoła kitesurfingu SKYHIGH, wystawiająca uczestnikom kursu certyfikaty IKO (International Kiteboarding Organization), uprawniające do wypożyczenia sprzętu we wszystkich centrach IKO na całym świecie. Bardziej zaawansowani mogą wypuścić się na kitesafari z przewodnikiem – ekscytującą tygodniową wędrówkę po najpiękniejszych zatokach Sardynii.

Wysokie morskie fale najbardziej cieszą surferów. Pełno ich zawsze na miejskiej plaży Poetto w Cagliari, a także na Chia i Capo Mannu na półwyspie Sinis. W jego zatoczkach często cumują żeglarze, również na dziko, jeśli nie stać ich na opłaty portowe. Sardynia oferuje też wiele atrakcji amatorom nurkowania. Swoim łagodnym klimatem i ciepłą wodą (zimą jej temperatura nie spada poniżej 13°C) zachęca wręcz do poznawania morskiego królestwa. Na odkrywców czekają podwodne groty, zatopione wraki statków i koralowce przy Capo Carbonara (przylądku Carbonara) oraz Isola dei Cavoli (wyspie Cavoli). Natomiast przy południowym brzegu nie lada atrakcją będą ławice tuńczyków.

 

Lekcja historii

Każdy sardyński przewodnik zapewnia jednak, że ten uroczy skrawek lądu ma dużo więcej do zaoferowania niż tylko słońce i morze. Nie trzeba długo szukać, aby napotkać tutaj rzymskie i kartagińskie ruiny, potężne fortece wzniesione przez Genueńczyków, wspaniałe budowle gotyckie i barokowe lub pełne elegancji kościoły pizańskie. Największe zaciekawienie budzą niezmiernie tajemnicze okrągłe, kamienne nuragi (pozostało ich prawie 7 tys.). Najprawdopodobniej pełniły one niegdyś m.in. funkcje obronne i reprezentacyjne. Nie ujrzymy ich w żadnym innym zakątku świata.

FOT. FOTOTECA ENIT/VITO ARCOMANO

Tharros – ruiny miasta fenickiego

 

Nie można opuścić wyspy bez wizyty w Alghero, przepięknym porcie w prawdziwie hiszpańskim stylu, ani w sąsiednim Sassari z zachwycającą starówką. Niektórzy do długiej listy miejsc, jakie koniecznie trzeba zobaczyć, dorzucają też należącą do Sardynii wyspę La Maddalena. Łatwo dostać się z niej na Caprerę, na której włoski generał i przywódca walk o wyzwolenie Włoch Giuseppe Garibaldi (1807–1882) spędził ostatnie lata swojego życia, pisząc powieści i hodując kozy. – Niestety, na wypoczynek à la Garibaldi nie ma jeszcze chętnych – śmieją się Sardyńczycy.


 

Artykuły wybrane losowo

Jamajski kalejdoskop

IZABELA RUTKOWSKA

www.podroznosci.com

 

<< „Jamaica no problem!” – to zdanie usłyszymy prawdopodobnie jako pierwsze po wyjściu z lotniska na wyspie. Ten zamieszkany przez roztańczonych, uśmiechniętych i radosnych ludzi kraj zachwyca turystów na każdym kroku. Dlatego warto go uwzględnić przy robieniu planów urlopowych. >>

Zróżnicowana krajobrazowo i kulturowo Jamajka leży na Morzu Karaibskim (w archipelagu Wielkich Antyli). Jej terytorium o powierzchni 10 991 tys. km2 zamieszkuje ok. 2,9 mln ludzi. Szacuje się, że mniej więcej 2 mln Jamajczyków żyje poza granicami kraju, głównie w Wielkiej Brytanii, USA i Kanadzie. Najwyższy szczyt wyspy to Blue Mountain Peak w paśmie Gór Błękitnych (wznosi się na 2256 m n.p.m.).

 

Zbudowane przy rajskiej plaży drewniane molo

© Michał Supieta

 

Na Jamajce spotkamy sprowadzone przez kolonistów wszechobecne mangusty oraz gekony, a na wzgórzach Hellshire (Hellshire Hills) – endemiczne legwany Cyclura collie (Jamaican iguana). Największym z tutejszych gadów jest krokodyl amerykański, który żyje jedynie w regionie rzeki Czarnej (Black River) i kilku innych miejscach. Poza tym to prawdziwy ptasi raj. Występuje tu ok. 325 gatunków ptaków, z czego 28 endemicznych. Jednym z symboli wyspy jest koliber czarnogłowy. Przy odrobinie szczęścia można go nawet spotkać. Niesamowite i łagodne manaty pojawiające się w okolicy południowego wybrzeża stały się powodem snucia przez marynarzy legend o syrenach. Średnia roczna temperatura powietrza na nizinach oscyluje między 25 a 30°C, a w wyższych partiach górskich wynosi od 15 do 22°C. Dzięki łagodnemu klimatowi Jamajka to turystyczny raj na ziemi.

 

ETIOPSKIE KORZENIE

Tutaj wszystko jest no problem, nawet jeśli ktoś ma przy sobie marihuanę. Według przepisów z 25 lutego 2015 r. dopuszcza się co prawda posiadanie 2 uncji (ok. 57 g) suszu i pięciu sztuk roślin na własny użytek oraz do celów religijnych, leczniczych i naukowych, lecz za większą ilość nadal grozi kara więzienia. Zapach marihuany unosi się w wielu miejscach. O tym, że to w 100 proc. dar natury i dlatego trzeba jej używać, dowiemy się w wiosce Rasta w okolicy Montego Bay. Warto ją odwiedzić, ponieważ dziś wcale nie tak łatwo spotkać prawdziwego rastafarianina, kojarzonego z charakterystycznym beretem w kolorach żółtym, czerwonym i zielonym i długimi po pas dredami. Rastafari to ruch społeczno-religijny, silnie zakorzeniony w kulturze Jamajki. Rozwinął się w latach 30. XX w. i rozpowszechnił w świecie, czemu sprzyjała coraz liczniejsza emigracja Jamajczyków. Rastafarianie wierzą w nauki ostatniego cesarza Etiopii Hajle Syllasje I (1892–1975), którego uważają za mesjasza, wcielenie Jaha, czyli Boga. Są przekonani, że pochodzą właśnie od przedstawicieli czystej czarnej rasy, prawdziwych potomków biblijnego króla Dawida. Kolorystyka rastafari nawiązuje do trzech kolorów etiopskiej flagi: zielonego, żółtego i czerwonego. Dniem świętym dla rastafarian jest sobota, którą celebrują tańcem, muzyką i śpiewem. Wizyta w Rasta będzie z pewnością niezapomnianym przeżyciem.

 

RAJSKA OKOLICA

W bajkowej okolicy kurortu Montego Bay warto wybrać się na spływ bambusową tratwą. Jamajski flisak z dredami i uśmiechem na twarzy opowie nam o najciekawszych momentach w historii wyspy. Można też zdecydować się na przejażdżkę konną… w morzu. Konie nie boją się pływać, co wyspiarze postanowili wykorzystać, gdy wymyślali tę atrakcję dla turystów. Jazda na końskim grzbiecie wśród ciepłych, błękitnych fal jest niezapomnianym i na pewno jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem.

Na wodach Morza Karaibskiego w pobliżu Montego Bay znajduje się poza tym kultowy „Pelican Bar”. Przy składaniu w nim wizyty łatwo się przekonać, że już sama droga może być celem, a z pewnością atrakcją. Kto dotrze łodzią do bambusowego baru, będzie rozkoszować się słońcem i widokami i popijając kolorowe drinki, obserwować pojawiające się tu często stada delfinów. Na dodatek jest to idealne miejsce na podziwianie spektakularnych wschodów i zachodów słońca.

 

Aby dowiedzieć się czegoś więcej o rastafarianach, warto odwiedzić jedną z ich wiosek

© Rappa Rasta Tours

 

ŚLADAMI JAMESA BONDA

Za 20 dolarów amerykańskich podczas ok. 45-minutowego spaceru zwiedzimy słynne jaskinie Green Grotto. Pojawiły się one w jednej ze scen filmu Żyj i pozwól umrzeć (1973), kiedy to najbardziej znany brytyjski agent grany przez Rogera Moore’a pokonał Dr. Kanangę (w tej roli Yaphet Kotto). Ich nazwa pochodzi od koloru alg porastających wapienne skały. Jeszcze do niedawna znajdowała się tutaj dyskoteka.

To zresztą właśnie na Jamajce angielski pisarz Ian Fleming (1908–1964), autor cyklu o przygodach Jamesa Bonda, postanowił wybudować w 1946 r. swoją posiadłość GoldenEye, gdzie spędzał europejską zimę. Nieopodal rybackiej miejscowości Oracabessa napisał większość powieści o agencie 007. Jego imieniem nazwano nawet pobliskie lotnisko. Po śmierci pisarza posiadłość wykupił w 1976 r. Bob Marley. Jednak już rok później rezydencja przeszła w ręce Chrisa Blackwella, założyciela wytwórni płytowej Island Records. Dziś w GoldenEye działa luksusowy resort. Aby spędzić w nim noc, trzeba zapłacić co najmniej kilkaset dolarów amerykańskich za najtańszy pokój (ceny wahają się w zależności od sezonu). Pobliska plaża nazywa się – oczywiście – James Bond Beach. To właśnie na niej były kręcone słynne sceny z Seanem Connerym i Ursulą Andress grającymi w filmie Doktor No (1962).

 

POCHODZENIE WYSPIARZY

Największym skarbem Jamajki są jej mieszkańcy. Jako potomkowie wielu narodów tworzą prawdziwą mozaikę kulturową. Zawsze uśmiechnięci, radośni, rozśpiewani i roztańczeni Jamajczycy potrafią zarazić optymizmem. Choć z Jamajką kojarzy się przede wszystkim reggae, nie można zapomnieć, że właśnie na niej narodziła się również muzyka ska czy dancehall. Tu tańczą i śpiewają praktycznie wszyscy. W hotelu obsługa bardzo często nuci coś pod nosem. Widok podrygującej w rytm podśpiewywanej melodii sprzątaczki czy kucharki to norma.

Rozśpiewane są także tutejsze kościoły. Ponad 60 proc. mieszkańców wyspy stanowią protestanci. Jamajska msza jest niczym koncert gospel. Podczas pobytu na Jamajce z pewnością warto udać się do najbliższego kościoła, żeby poczuć niezwykłą atmosferę wspólnoty oraz posłuchać fantastycznych i porywających pieśni wykonywanych na najwyższym poziomie.

                Europejczycy dotarli do wyspy w trakcie drugiej wyprawy Krzysztofa Kolumba (1451–1506). Zastali na niej Tainów, którzy stanowili większość tutejszej rdzennej ludności. Zajmowali się oni głównie rolnictwem, łowiectwem, rybołówstwem i tkactwem. Praktykowali też palenie ziół przy okazji rytuałów religijnych. To właśnie ten zwyczaj wpłynął na ukształtowanie się tradycji rytualnego palenia marihuany powszechnie kojarzonej z Jamajką. Indianie zostali całkowicie wyparci przez kolonizatorów. Tych, którzy nie zginęli z ich rąk, pokonały nieznane jak dotąd w tej części świata choroby, jak np. ospa.

Krzysztof Kolumb podobno wielokrotnie podkreślał niezwykły urok tego miejsca i uznał Jamajkę za najładniejszą z wysp Indii Zachodnich (obecnie Karaibów). Po raz pierwszy wielki odkrywca dotarł tutaj podczas swojej drugiej wyprawy w maju 1494 r. W trakcie czwartej podróży rozbił się u wybrzeży Saint Ann’s Bay (Santa Gloria), przez rok (od czerwca 1503 r. do czerwca 1504 r.) wraz z załogą próbował przetrwać wśród wrogo nastawionych do Hiszpanów rdzennych mieszkańców. Po powrocie do Hiszpanii nigdy już nie przypłynął do Nowego Świata.

Gdy zaczęło brakować rąk do pracy, hiszpańscy koloniści sprowadzili z Afryki niewolników. To właśnie oni są w dużej mierze przodkami obecnej ludności Jamajki. Na wyspie pojawiły się uprawy cytrusów, bananów i trzciny cukrowej, rozwinęła się hodowla bydła, kóz, koni, świń i kur.

Niewolnicy, którym udało się zbiec w niedostępne góry, stworzyli odrębną grupę zwaną Maronami. W 1655 r. Jamajka trafiła pod panowanie brytyjskie. Maronów długo nazywano cierniem w boku Brytyjczyków. Byli mistrzami maskowania się. Unikali otwartej walki, przygotowywali zasadzki. Pod osłoną nocy zakradali się na plantacje i plądrowali je. Pierwsza wojna Maronów, która wybuchła ok. 1728 r., zakończyła się podpisaniem traktatów pokojowych w latach 1739–1740, na mocy których otrzymali oni autonomię w okolicach miejscowości: Cudjoe’s Town (Trelawny Town), Crawford’s Town (zniszczonej w połowie XVIII stulecia), Accompong, Moore Town (wcześniej znanej jako Nanny Town), Scott’s Hall i Charles Town. To właśnie na pamiątkę tego wydarzenia odbywa się słynny Accompong Maroon Festival. Maronowie dostali ziemię w górzystej części zachodniej Jamajki, która do dziś należy do ich potomków. Miejscowi zajmują się uprawą roślin i rękodziełem. Ani ziemia, ani żadna działalność generująca dochód nie podlega tu opodatkowaniu. Co trzy, cztery lata Maronowie wybierają swojego lidera, tzw. colonela. Jeśli chcemy przeżyć coś naprawdę wyjątkowego, powinniśmy koniecznie udać się do Accompong.

 

WODOSPADY I SPORT

Ukształtowanie terenu i liczne rzeki sprzyjają powstawaniu na wyspie wodospadów. Jest ich mnóstwo. Gęsty, zielony las tropikalny potęguje wrażenie wizyty w Parku Jurajskim. Do najsłynniejszych i z pewnością najbardziej malowniczych wodospadów należą YS Falls. Znajdują się w południowo-zachodniej części Jamajki, a otacza je przepiękna roślinność. Wodospadów jest siedem, woda spływa z nich do urokliwych naturalnych basenów. Warto je pokonać pieszo. Spacer po śliskich skałach to nie lada wyczyn i atrakcja. W każdym momencie możemy liczyć na pomoc wykwalifikowanej obsługi. Ogromną frajdę z odwiedzin w tym miejscu mają również osoby nie potrafiące pływać i dzieci. Mogą korzystać z bezpieczniejszych basenów naturalnie zasilanych wodą m.in. z podziemnych źródeł. Podobną atrakcję stanowią też wodospady na rzece Dunn (Dunn’s River Falls) nieopodal kurortu Ocho Rios, które mają ok. 55 m wysokości i 180 m długości! Prosto spod szumiących kaskad można wybiec na plażę, aby zanurzyć się w ciepłym Morzu Karaibskim.

W okolicy Ocho Rios warto odwiedzić także Blue Hole, zwaną przez wielu ukrytym skarbem Jamajki. Ten magiczny wodospad i wypełnione błękitnoturkusową wodą naturalne baseny znajdują się w odległości mniej więcej 25 minut jazdy samochodem od centrum miejscowości, w gęstwinie leśnej. To idealne miejsce do kąpieli i skoków na główkę. Można w nim uciec od zgiełku zatłoczonych kurortów.

W sąsiedztwie Ocho Rios wznosi się Mystic Mountain. Jej porośnięte bujnym lasem deszczowym zbocza przyciągają osoby lubiące dreszczyk emocji. Chętni mogą tu zjechać tyrolką (Canopy Zip Line) czy udać się wyciągiem krzesełkowym na punkt widokowy. Kultową atrakcję stanowi tor bobslejowy (o długości 1 km), na którym przez cały rok można poczuć się niczym jeden z członków drużyny narodowej biorącej udział w konkurencjach bobslejowych na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 1988 r. w Calgary w Kanadzie. Ich historia stała się inspiracją do nakręcenia amerykańskiego filmu familijnego Reggae na lodzie (1993). Jamajska drużyna mimo nie najlepszego wyniku pod wieloma względami była wygranym tych zawodów. Zdobyła sobie ogromną sympatię kibiców na całym świecie.

Uprawianie sportu to często na wyspie przepustka do sławy i bogactwa. Jamajczycy kochają lekkoatletykę, piłkę nożną, koszykówkę, netball (głównie kobiety) czy krykieta. Ta ostatnia dyscyplina jest spuścizną po Brytyjczykach. Opowieścią o dzieciach z odległych wiosek biegających do szkoły, żeby zdążyć na lekcje, tłumaczy się czasem wybitne rezultaty jamajskich sprinterów. Obecnie za najszybszych ludzi na świecie uważa się Usaina Bolta, który zakończył karierę po Mistrzostwach Świata w Lekkoatletyce 2017 w Londynie, ale nadal jest rekordzistą naszego globu w sprincie na dystansie 100 i 200 m, Asafę Powella i Yohana Blake’a. Do sukcesu piłkarek z Jamajki przyczyniła się córka legendy reggae, Cedella Marley (urodzona 23 sierpnia 1967 r.), która zarządza rodzinną fundacją i kieruje wytwórnią płytową Tuff Gong. Dzięki jej wsparciu kobieca drużyna narodowa Reggae Girlz zakwalifikowała się po raz pierwszy w historii do finałów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Kobiet 2019 we Francji. Do Cedelli Marley należy również kilka linii ubrań, w tym Catch a Fire, która nazwą nawiązuje do tytułu płyty jej ojca. To właśnie ona przygotowała stroje dla jamajskich lekkoatletów na XXX Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie w 2012 r.

 

PROSTO DO MORZA

W tym malowniczym kraju warto wybrać się na zachodni jego kraniec, do Negril. Dziś miejscowość ta uchodzi za kolejny znany, luksusowy kurort. Na wysuniętym w morze cyplu znajduje się latarnia morska z 1894 r., do której wchodzi się pod okiem jej opiekuna. To właśnie w Negril, na wysokim urwisku brzegowym, działa od kwietnia 1974 r. kultowa knajpka „Rick’s Cafe”. Z rozległego, piętrowego tarasu możemy podziwiać śmiałków skaczących z 40-metrowego klifu do wody. Te skoki ze specjalnie przygotowanej platformy stały się symbolem miejscowości. Dla odwiedzających to miejsce turystów są zapierającym dech w piersiach widowiskiem.

Okolice kurortu należy polecić przede wszystkim amatorom nurkowania, ponieważ właśnie u zachodnich brzegów Jamajki znajduje się najlepiej zachowana rafa koralowa w rejonie wyspy. W przejrzystych wodach Morza Karaibskiego można podziwiać niezwykłe bogactwo podwodnego królestwa. U jamajskich wybrzeży natkniemy się m.in. na homary, mureny, ośmiornice, rekiny wąsate, barakudy, lucjany, makrele, płaszczki, żółwie morskie, manaty karaibskie, papugoryby, skrzydlice, delfiny czy kraby i wiele innych gatunków zwierząt.

 

TRZCINOWE IMPERIUM

Za czasów brytyjskich Jamajka stała się jednym z największych na świecie eksporterów trzciny cukrowej. Jak grzyby po deszczu wyrastały też na niej kolejne plantacje tytoniu, indygowców, kakaowców. Jednak to uprawa trzciny cukrowej przyniosła kolonizatorom ogromne zyski. Lokalni farmerzy zostali wyparci przez bogatych plantatorów, których stać było na utrzymanie licznych niewolników. Cukier i rum okazały się żyłą złota dla przybyszy z Europy. Co ciekawe, do początku XIX w. cukier produkowano powszechnie jedynie z trzciny cukrowej. Sytuacja zmieniła się dopiero podczas wojen napoleońskich, kiedy Napoleon Bonaparte wprowadził blokadę kontynentalną na handel z Brytyjczykami w listopadzie 1806 r. Warto nadmienić, że pierwsza na świecie fabryka produkująca cukier z buraków cukrowych powstała w latach 1801–1802 we wsi Konary koło Wołowa na Dolnym Śląsku, wtedy znajdującej się w granicach Prus.

W tym okresie jednym z ważniejszych portów Jamajki było założone w 1769 r. miasto Falmouth, skąd w górę rzeki transportowano europejskie towary. Okolicę otaczają naturalne laguny. Śródlądowymi wodami z głębi wyspy przypływały do portu mniejszymi statkami cukier, rum i inne jamajskie skarby. Dziś zabytkowe miasto jest znane przede wszystkim z innego powodu. To jedno z kilku miejsc na naszym globie, gdzie występuje tak silne zjawisko bioluminescencji. Luminous Lagoon świeci się intensywnie nocą. Miliony mikroorganizmów rozwijających się w tutejszej słonej, płytkiej i ciepłej wodzie (tzw. Glistening Waters) robią piorunujące wrażenie.

Wspomniany rum jest do dziś narodowym trunkiem Jamajczyków. Powstaje ze sfermentowanego soku z trzciny cukrowej, jego koncentratu lub melasy. Im dłużej leżakuje w dębowych beczkach, tym staje się ciemniejszy, szlachetniejszy i droższy. Za najcenniejszy uchodzi tzw. rum czarny. Narodowy jamajski trunek należy niewątpliwie do produktów, które warto przywieźć z wyspy jako pamiątkę. Najlepiej odwiedzić tu jedną z destylarni, które znajdują się niemal zawsze przy większych plantacjach trzciny cukrowej (np. słynną, założoną już w 1749 r. Appleton Estate koło miejscowości Maggotty). Najbardziej znanymi markami, oczywiście poza najstarszą z nich Appleton Estate, są White Lightning, Asmussen czy lepszy gatunkowo Wray & Nephew.

 

ZAPACH KAWY

Inny jamajski trunek stanowi słynny likier kawowy Tia Maria. Jego historia sięga połowy XVII stulecia. Legenda mówi, że kiedy piękna i młoda hiszpańska arystokratka uciekała z Jamajki przed zawieruchą kolonialnej wojny z Brytyjczykami, jej służąca uratowała rodzinny skarb, małą szkatułkę z kolczykami z czarnymi perłami i starym rękopisem z przepisem na ten tajemniczy likier. To właśnie na cześć tej odważnej kobiety nadano mu nazwę Tia Maria, co oznacza ciocię Marię. Ten wyśmienity trunek produkuje się z tutejszych ziaren kawowych i rumu oraz wanilii z Madagaskaru i cukru.

Jamaica Blue Mountain Coffee uchodzi za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie. Sami mieszkańcy zwykle jej nie piją, głównie ze względów finansowych. Picie kawy nie należy też do ich zwyczajów. Najsłynniejsze plantacje kawowców znajdują się w trudniej dostępnych Górach Błękitnych (Blue Mountains) na obszarze jedynie 7 tys. ha, na wysokości między 910 a 1700 m n.p.m. Terenów upraw nie wolno powiększać. Krzewy rosną na bardzo stromych i zamglonych zboczach górskich. Jamaica Blue Mountain Coffee ma niezapomniany zapach i intensywny smak. Najlepiej spróbować jej na jednej z plantacji ukrytych między zielonymi stokami Gór Błękitnych. Widoki w regionie Blue Mountains zapierają dech w piersiach. Za każdym zakrętem górskiej drogi pojawiają się jeszcze piękniejsze pejzaże. Wizyta w górach wznoszących się we wschodniej części wyspy to również idealna okazja, żeby przyjrzeć się życiu jamajskich farmerów lub odwiedzić kolejną, bardziej niedostępną wioskę rastafarian. Właśnie Blue Mountains zainspirowały Boba Marleya do napisania przeboju Natural Mystic.

 

Leżące we wschodniej części Jamajki Góry Błękitne porastają gęste tropikalne lasy

© Michał Supieta

 

NIE TYLKO MUZYK

Robert Nesta Marley (1945–1981) był największym popularyzatorem reggae, muzyki ludu, która narodziła się na podwórkach slumsów w Kingston, stolicy kraju. Grając i tańcząc, ludzie łączyli się z duchami Afryki i czuli się wolni, kiedy wokół coraz bardziej odczuwalne stawały się napięcia społeczne będące konsekwencją nasilającego się konfliktu politycznego.

Bob Marley był dzieckiem młodziutkiej Sidilli Malcolm (1926–2008) i oficera brytyjskiej marynarki wojennej i nadzorcy plantacji Norvala Marleya, który widział syna dwa razy (zmarł na atak serca w 1955 r. w wieku 70 lat). Urodził się w małej wiosce Nine Mile w regionie Saint Ann. Warto odwiedzić jego rodzinny dom, w którym urządzone zostało muzeum. Oprowadzają po nim przewodnicy opowiadający w charakterystycznej jamajskiej odmianie języka angielskiego o życiu króla reggae. Zwiedzanie przerywane jest najsłynniejszymi piosenkami muzyka. To najlepsze miejsce, żeby posłuchać takich przebojów jak Could You Be Loved, Exodus, Get Up, Stand Up, I Shot the Sheriff, Is This Love, No Woman, No Cry, One Love, Redemption Song czy Stir It Up. Za wysoką bramą znajduje się mauzoleum Boba Marleya, gdzie rastafarianie składają mu hołd, paląc święte zioło.

Król reggae jeszcze za życia stał się legendą. W grudniu 1976 r. po nieudanym zamachu w jego domu wystąpił na koncercie Smile Jamaica. Na koncercie One Love Peace w kwietniu 1978 r. w Kingston, kiedy to w wyniku nasilających się protestów społecznych i wojny gangów kraj stanął na krawędzi wojny domowej, Bob Marley w symbolicznym geście połączył nad głową dłonie skonfliktowanych polityków przeciwnych partii Michaela Manleya i Edwarda Seagi.

Muzyk zmarł 11 maja 1981 r. w szpitalu w Miami w Stanach Zjednoczonych w wieku zaledwie 36 lat. Przegrał długą i bolesną walkę z czerniakiem złośliwym. Jego ciało zostało wystawione na 35-tysięcznym stadionie narodowym (Independence Park) w Kingston z Biblią otwartą na Psalmie 23 (nazywanym pasterskim, zaczynającym się od słów Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego) i czerwoną gitarą elektryczną Gibson Les Paul. Kondukt pogrzebowy wyruszył z jamajskiej stolicy i pokonał ok. 90 km w drodze do Nine Mile. Żona Rita wraz z dziećmi uczciła Boba Marleya jego piosenkami. Pośmiertnie (w marcu 1994 r.) uhonorowano go w muzeum Rock and Roll Hall of Fame w Cleveland w USA. Na widowiskowy letni festiwal Red Stripe Reggae Sumfest w Montego Bay przybywa co roku ponad ćwierć miliona fanów z całego świata. Najbliższa jego edycja odbędzie się w dniach 14–20 lipca 2019 r. To obecnie największy na świecie festiwal muzyki reggae.

 

ZWIEDZANIE ZE SMAKIEM

Rastafarianie, którzy z założenia unikają mięsa, mieli także wpływ na jamajską kuchnię. Wyspiarze są miłośnikami mięsnych potraw z grilla, jednak wegetarianie też znajdą tu szeroki wybór dań. W kulinariach Jamajki można dostrzec przede wszystkim wpływy afrykańskie i brytyjskie, ale również hiszpańskie, irlandzkie, chińskie, kreolskie czy hinduskie. Te ostatnie przejawiają się np. w stosowaniu mieszanek curry w wielu przepisach. Symbolem kuchni jamajskiej jest charakterystyczna marynata jerk. W jej skład wchodzą m.in. ziele angielskie (owoce korzennika lekarskiego, drzewa pimentowego), papryka scotch bonnet (karaibska czerwona papryka), tymianek, zewnętrzna skórka gałki muszkatołowej, cebula i czosnek. Jerk to także sposób przyrządzania mięsa. Tradycja ta sięga jeszcze czasów rdzennych mieszkańców wyspy, którą kontynuowali Maronowie. Duże płaty mięsa nacierali chili i miejscowymi ziołami, a następnie piekli nad ogniem. Był to doskonały sposób utrzymywania świeżości. Dziś nazwą jerk określa się też typ grilla, często domowej konstrukcji, który można ujrzeć na Jamajce niemal na każdym rogu.

Bardzo popularna jest tutaj koźlina, serwowana na wiele sposobów np. z curry lub grillowanymi owocami i warzywami. W prawie każdej potrawie znajdziemy duże ilości małej, zielonej cebulki, w której lubują się mieszkańcy tej karaibskiej wyspy. Często używa się również ziela angielskiego, imbiru czy tymianku. Gałązkami korzennika lekarskiego opalane są grille, co nadaje daniom dodatkowe walory smakowe. Nie sposób nie wspomnieć też o ackee. Owoc bligii pospolitej, w postaci surowej trujący, stanowi nieodłączny dodatek do solonej ryby (ackee and saltfish uchodzi za narodową potrawę). Roślina ta pochodzi z zachodniego wybrzeża Afryki. Podczas kulinarnych poszukiwań na Jamajce spotkamy się z pewnością z daniem callaloo. Jamajczycy określają tą nazwą szarłat (amarantus). Potrawka ta wyglądem i smakiem przypomina nieco gotowany szpinak. Dodaje się do niej na ogół, oprócz liści amarantusa, okrę (piżmiana jadalnego), sól, cebulę, pomidory, czosnek, paprykę scotch bonnet, miejscowe przyprawy i duże ilości pysznych, świeżych krewetek lub soloną rybę. Na Jamajce warto zaopatrzyć się w ostre sosy, z których również słynie ten rozśpiewany i roztańczony kraj.

Błogi wypoczynek na tej karaibskiej wyspie to marzenie wielu osób. Nie ma w tym nic dziwnego, bo znajdziemy na niej jedne z najpiękniejszych piaszczystych plaż na świecie. Jamajka jest prawdziwym rajem dla miłośników sportów wodnych, ludzi kochających smaczną i zdrową kuchnię, dziewiczą naturę oraz muzykę i taniec. Wśród licznych hoteli o rozmaitym standardzie każdy wybierze z pewnością coś dla siebie. Na wyspę uruchomiono poza tym bardzo korzystne cenowo połączenia czarterowe (Warszawa – Montego Bay, już od 1699 złotych w obie strony!). Jamajka to zdecydowanie jedno z tych pasjonujących miejsc, do których wciąż chce się wracać.

 

Wydanie jesień-zima 2018

RPA – inny portret Afryki

ANNA KRYPA
www.comeann.com

 

<< Gdybym miała jednym słowem opisać Republikę Południowej Afryki, którą pokochałam od pierwszego dnia pobytu w jej granicach, użyłabym wyrazu „różnorodność”. Bogata kultura i wciąż zmieniający się krajobraz zachwycają już podczas spaceru ulicami Kapsztadu, kiedy owiani oceaniczną bryzą podziwiamy majestatyczną Górę Stołową, a na swojej drodze spotykamy przedstawicieli różnych grup etnicznych. W RPA są trzy stolice (administracyjna Pretoria, Kapsztad, w którym obraduje parlament, oraz Bloemfontein z siedzibą władz sądowniczych) i obowiązuje aż 11 oficjalnych języków. „Choć tak różni, jesteśmy jednością. Jesteśmy ludem tęczy” – powiedział niegdyś o swoich rodakach laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela. >>

Więcej…

Off-road – ekscytujące podróże po bezdrożach

WOJCIECH KUDER

 

                                                                                                             FOT. TOURISM QEENSLAND

<< Zawrotna prędkość, zwiększony poziom adrenaliny i chęć zmierzenia się z własnymi ograniczeniami to główne powody, dla których wielu Polaków coraz częściej zamienia ekskluzywne hotele w formule all inclusive na wypełnione mułem koryta rzek, niedostępne grzęzawiska, bezkresne piaski pustyni, mroźne lodowce czy kamienne bezdroża. Moda na pełne wrażeń wyprawy off-roadowe ma się znakomicie! Oczarowani ekstremalną jazdą pasjonaci samochodów z napędem na cztery koła odnajdują w nich poczucie wolności oraz okazję do wygrania z samym sobą i odwiecznymi siłami dzikiej przyrody. A wszystko to w tumanach kurzu i przy akompaniamencie warczących silników… Ubłoceni, pogryzieni przez komary, skrajnie wyczerpani, lecz niewiarygodnie dowartościowani i szczęśliwi uczestnicy wypraw off-roadowych tworzą nowy, ekscytujący kierunek z pogranicza sportów ekstremalnych, motoryzacji i turystyki. Jeżdżą zdobywać bezdroża oraz poznawać piękne zakątki Europy, Afryki, Azji, Australii czy Ameryki Południowej. >>

Off-road, czyli w największym skrócie sport motorowy, który polega na pokonywaniu specjalnie przygotowanym samochodem terenowym nieutwardzonych dróg i trudno przejezdnych terenów, pozwala naprawdę uwierzyć w siebie. Docierając tam, gdzie nie zapuszczają się zwykli turyści, przeprawiając się przez rwące potoki, pokonując strome polodowcowe wąwozy i wspinając się przeciążonym do granic fabrycznych możliwości jeepem na nieprzyjazne kamieniste zbocza czy wysokie piaszczyste wydmy, każdy może poczuć się jak nieustraszony podróżnik i odkrywca.

Więcej…