JERZY MOSKAŁA

<< Choć Sardynia to druga co do wielkości wyspa Morza Śródziemnego, pozostaje dla turystów z Polski mniej znanym kierunkiem niż jej większa sąsiadka Sycylia, hiszpańskie Baleary, greckie archipelagi czy wreszcie Cypr i Malta. Wpłynęły na to m.in. jej opinia dość drogiego miejsca oraz koszty podróży na nią – samolotem albo promem. Dzięki temu jednak ten skalisty ląd leżący u wybrzeży Włoch otacza w oczach Polaków pewna aura tajemniczości, a dziś po uruchomieniu bezpośrednich połączeń obsługiwanych przez tanie linie lotnicze oraz przelotów czarterowych możemy wyruszyć na odkrywanie tego fascynującego zakątka Europy w każdej chwili. >>

Ze względu na swoją wielką różnorodność włoska Sardynia stanowi doskonały pomysł na urlop. Znajdziemy tu wysokie góry, żyzne niziny, szerokie piaszczyste plaże, urocze zatoki, klify, jaskinie, półwyspy i wysepki oraz malownicze laguny. Obok terenów typowo pasterskich natkniemy się na pola uprawne, duże ośrodki miejskie (Cagliari czy Sassari) i nowoczesne kurorty na słynnym Szmaragdowym Wybrzeżu (Costa Smeralda) czy w okolicach miasteczka Domus de Maria na południu wyspy. Poza tym nie wolno nam – oczywiście – zapomnieć o licznych zabytkach wielu kultur: nuragijskiej, kartagińskiej, rzymskiej, bizantyjskiej, genueńskiej, pizańskiej czy wreszcie aragońskiej. Turyści mogą uprawiać tutaj różnego rodzaju sporty, wypoczywać w promieniach ciepłego śródziemnomorskiego słońca, zwiedzać nietknięte ludzką ręką obszary naturalnej roślinności w trzech parkach narodowych – Archipelagu La Maddalena, Asinary oraz Zatoki Orosei i Gennargentu (o łącznej powierzchni ok. 100 tys. ha), czy też podziwiać spektakularne widoki na góry wpadające wprost do morza.
Sami Sardyńczycy potrafią zadziwić przyjezdnych swoimi bogatymi tradycjami, doskonałą kuchnią i wybornym winem, jakich na próżno by szukać we Włoszech kontynentalnych. Podczas mojej pierwszej wizyty w tych stronach wszystko wprawiało mnie w zdumienie: porządek i czystość sardyńskich miasteczek (turystów odwiedzających wcześniej Neapol ten ład na pewno zaskoczy), niezwykła jakość żywności, i to zarówno tej sprzedawanej na przydrożnych straganach, jak i w tawernach dla miejscowych, niesamowite kolory krajobrazów, w tym wyjątkowo intensywna zieleń wzgórz i dolin, tak niespotykana w lecie na innych śródziemnomorskich wyspach, oraz niski koszt podstawowych usług turystycznych. Otóż wbrew powszechnym opiniom Sardynia, a szczególnie jej południowo-zachodnia część, jest przystępna cenowo dla przybyszów rozporządzających tak większym, jak i mniejszym budżetem.

SKARBY PRZESZŁOŚCI
Sardyńską kulturę przez tysiące lat budowało wiele ludów. Jedne z najstarszych świadectw zasiedlenia wyspy pochodzą z okresu od ok. 1800 r. do II w. p.n.e. i wiążą się rozwojem tajemniczej cywilizacji nuragijskiej. Kartagińczycy zaczęli przybywać do tutejszych brzegów od VI stulecia p.n.e. Interesowały ich głównie cenne kruszce, dlatego budowali faktorie i kopalnie rud cynku, ołowiu, żelaza, miedzi, antymonu, srebra i boksytów, a także wydobywali alabaster. Później Sardynią władali Rzymianie, Wandalowie, Bizantyjczycy, zaś od XI w. zwierzchność nad Cagliari i dużą częścią ziem przejęła Piza. To właśnie Toskańczycy wznieśli w XIII stuleciu w dzisiejszej stolicy regionu dzielnicę Castello na szczycie wzgórza. Od trzeciej dekady XIV w. rządzili tym lądem Aragończycy, a następnie Hiszpanie, dopiero od 1720 r., gdy rozpoczęło się panowanie dynastii sabaudzkiej, wyspa wraz z Sabaudią i Piemontem weszła w skład Królestwa Sardynii, które stało się głównym ośrodkiem zjednoczenia Włoch w latach 60. XIX w.
Ślady obecności wszystkich tych narodów znajdziemy tutaj do dzisiaj. Cywilizacja nuragijska pozostawiła po sobie nuragi – wieże z dużych bloków kamiennych, często rzeźbionych, wokół których powstawały zespoły mniejszych zabudowań. To jedyne tego rodzaju budowle w basenie Morza Śródziemnego. Rozsiane są na terenie całej Sardynii, a na szczególną uwagę wśród nich zasługują kompleksy Su Nuraxi koło Barumini (wpisany w 1997 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO), Nuraghe Losa obok miejscowości Abbasanta czy Nuraghe Arrubiu niedaleko Orroli.

FOT. FOTOTECA ENIT

Nuraghe Losa z XV–XIII w. p.n.e. w pobliżu miasteczka Abbasanta


Z czasów kartagińskich, rzymskich i bizantyjskich zachowały się nekropolie, amfiteatry (np. w Cagliari) czy świątynie chrześcijańskie, wznoszone na planie krzyża bizantyjskiego. Do najciekawszych zabytków z tych okresów należą, poza Cagliari, cmentarze i kościoły w Norze (stolicy wyspy za panowania Rzymian) czy Sant’Antioco. Architektura średniowieczna naznaczona jest wpływami toskańskimi (m.in. zabudowania wspomnianego Castello z Katedrą św. Marii w Cagliari) oraz hiszpańskimi (tzw. gotyk kataloński, głównie do obejrzenia w stołecznych kościołach i 40-tysięcznym mieście Alghero, nazywanym Barceloneta, czyli „małą Barceloną”).

BARWNE TRADYCJE
Równie interesujące jak zabytkowe obiekty są lokalne zwyczaje, które Sardyńczycy kultywują po dziś dzień. Najlepszym momentem do ich obserwacji będzie niewątpliwie okres karnawału. Wtedy to na całej wyspie odbywają się tradycyjne parady. W miasteczku Mamoiada w pochodzie biorą udział tzw. Mamuthones i Issohadores: ci pierwsi noszą czarne drewniane maski i strój z owczej wełny z dzwonkami, a drudzy ubierają się w czerwoną bluzę i przepaskę na biodra, również przyozdobione dzwonkami z brązu i miedzi, i niosą sa sohà, rodzaj lassa z trzciny. W ten sposób świętuje się tu zwycięstwo chłopów z górzystego regionu Barbagia (Issohadores) nad saraceńskimi najeźdźcami. Niezmiernie ciekawie i kolorowo wygląda również Sartiglia – rodzaj turnieju rycerskiego, odbywającego się w Oristano w ostatnią niedzielę karnawału oraz w Tłusty Czwartek. Każdego roku wydarzenie to przyciąga tysiące ludzi, którzy gromadzą się wzdłuż linii zaznaczonej ziemią i słomą na głównych ulicach miasta, aby kibicować rycerzom w trakcie wyścigu konnego. W tym miejscu warto też nadmienić, że podobne atrakcje czekają na nas 6 i 7 lipca podczas tzw. Ardii w Sedilo. Barwne uroczystości karnawałowe organizuje się także m.in. w Samugheo, gdzie charakterystyczny element stanowią odniesienia do starodawnego kultu Dionizosa, oraz w miejscowościach Tempio Pausania, Ulassai czy Bosa (Karrasegare). W tej ostatniej rolę symbolu umierającego karnawału odgrywa ogromna lalka Giolzi wypchana sianem i szmatami (palona następnie na stosie w Tłusty Czwartek). Dla odmiany mieszkańcy Ovoddy odziani w stare ubrania, z twarzami uczernionymi sadzą wylegają na ulice, żeby raczyć się winem, kiełbasą, serami i pączkami. Wieczorem nadchodzi czas procesu tyrana Dona Conte, wyobrażanego przez wielką i przerażająco brzydką kukłę, która kończy swój żywot w płomieniach.

FOT. GIANFRANCO CASU/ARCHIVE FOUNDATION SA SARTIGLIA ONLUS

Sartiglia odbywająca się w Oristano pochodzi z okresu średniowiecza


Ciekawie wyglądają również obchody Wielkiego Tygodnia (Settimana Santa). Najbogatsze i najbardziej spektakularne ceremonie możemy podziwiać w Cagliari, Alghero, Iglesias czy Castelsardo. W licznych zwyczajach wielkanocnych z łatwością dostrzeżemy wpływy tradycji hiszpańskiej. Miejscowe procesje oraz inne rytuały przypominają te charakterystyczne dla Katalonii. W stolicy wyspy i w mieście Iglesias w kościołach wystawia się nenniris – naczynia z zasianą pszenicą i jęczmieniem. Kiełkujące rośliny są symbolem zmartwychwstania. Obyczaj ten ma swoje korzenie w micie o Adonisie obecnym w kulturze greckiej.
Co roku 14 sierpnia w wigilię święta Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny w czasie festiwalu Discesa dei Candelieri (Faradda di li Candareri) mieszkańcy Sassari odnawiają ślubowanie, które ich przodkowie złożyli w XVI w., aby zakończyć epidemię dżumy. Przedstawiciele cechów rzemieślniczych niosą w pochodzie 10 dużych świeczników (niektóre z nich to ponad 6-metrowe drewniane walce, ważące nawet powyżej 300 kg i ozdobione kolorowymi jedwabnymi wstążkami). Uczestnicy procesji poruszają się tanecznym krokiem przy akompaniamencie fletów i bębnów za Lu cabu carriaggiu („przodownikiem niosących świece”). To naprawdę niesamowite widowisko. Nic więc dziwnego, że w 2013 r. wpisano je na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

NAD BRZEGIEM MORZA
Wielbicielom pięknej opalenizny Sardynia oferuje olbrzymią różnorodność plaż: od w pełni wyposażonych w odpowiednią infrastrukturę turystyczną do zupełnie dzikich. Ta wyspa jest chyba jednym z ostatnich zakątków w Europie, w którym nie tylko poza sezonem, ale również w okresie jego szczytu, znajdziemy takie fragmenty wybrzeża, gdzie poczujemy się całkiem samotnie. Na wyróżnienie zasługuje przede wszystkim kilka atrakcyjnych punktów wzdłuż sardyńskiej linii brzegowej. Należą do nich m.in. plaże Poetto w Cagliari (najpopularniejsza w stolicy, znakomicie zagospodarowana i zabezpieczona), rozległa Maria Pia w Alghero (z piaskiem w odcieniach od białego do różowego, oblewana lazurowymi wodami i wypełniona małymi barami z napojami i kanapkami), Cala Luna blisko Orosei (pokryta drobnym piaskiem i żwirkiem, położona w cieniu przepięknego klifu) czy Monte Cogoni w miejscowości Chia koło Domus de Maria (otoczona malowniczymi wzgórzami). Tak naprawdę jednak wybór mamy tutaj tak ogromny, że każdy może odnaleźć swoje ulubione miejsce na kąpiele słoneczne i morskie. Na mnie niesamowite wrażenie zrobił kilkukilometrowy szeroki pas czystego piaszczystego brzegu niedaleko Buggerru – San Nicolao (San Nicolò). Góry dochodzą tu do samego morza w kolorze intensywnego turkusu. Gdy odwiedzałem ten uroczy zakątek w sezonie, spotkałem w nim zaledwie ok. 50 osób.
Poruszając temat plażowania na Sardynii, trzeba koniecznie wspomnieć o modnym Szmaragdowym Wybrzeżu (Costa Smeralda). To najbardziej luksusowy rejon wyspy, który narodził się dla turystyki w latach 60. XX w. dzięki staraniom księcia Agi Chana IV, przywódcy ismailickich nizarytów. Serce tego znanego dzisiaj ośrodka żeglarstwa i sportów wodnych stanowi Porto Cervo, w którym cumują najwspanialsze prywatne łodzie, a latem odbywają się światowej klasy imprezy sportowe. Każdego roku zjeżdżają do niego znani politycy, biznesmeni, aktorzy, sportowcy i inne osobistości. Przechadzka tutejszym nabrzeżem z eleganckimi sklepami po jednej i jachtami po drugiej stronie da nam najpełniej odczuć ekskluzywny charakter tego kurortu. Linia brzegowa w tej okolicy wyróżnia się granitowymi klifami i uroczymi zatoczkami z przejrzystą wodą. To znakomita okolica do nurkowania oraz wypoczynku, ale przede wszystkim na wszelkiego rodzaju wycieczki morskie.

WŚRÓD WYSOKICH FAL
Miłośnicy aktywnego spędzania czasu też nie powinni się na Sardynii nudzić. W regionie Gallura, leżącym w jej północno-wschodniej części, powstała infrastruktura turystyczna zapewniająca najlepsze warunki do uprawiania różnorodnych sportów wodnych. Szkoły nurkowania organizują wyprawy po kryształowo czystym Morzu Tyrreńskim, podczas których wśród granitowych skał i koralowców spotkamy m.in. graniki wielkie, barakudy czy delfiny. Wielbiciele wind- i kitesurfingu ściągają do Porto Pollo koło miejscowości Palau, a także do Santa Teresa Gallura, gdzie korzystają z północno-zachodniego wiatru wiejącego przez cały rok. Z kolei w południowo-zachodnim rejonie wyspy w przesmyku między niewielką Sant’Antioco (niemal 110 km² powierzchni) a Sardynią, na wysokości przylądka Punta Trettu, lokalne ukształtowanie terenu tworzy efekt tzw. tuby powietrznej, która pozwala wind- i kitesurferom znacznie zwiększyć prędkość na falach. Działają tu liczne bazy sportów wodnych, np. polska Sky High w Porto Botte obok miasteczka Giba (założona w 2010 r.).
Warunki naturalne Gallury świetnie sprawdzają się również przy uprawianiu surfcastingu, czyli połowu ryb metodą zarzucania przynęty z plaży daleko w morze. Uważa się go za jedną z najcięższych i wymagających największych umiejętności technik wędkarskich, także ze względu na różne utrudnienia, np. łowienie w zimie, w nocy czy przy silnym wietrze. Sport ten zyskuje sobie coraz większą popularność wśród amatorów zarówno wędkarstwa, jak i morskich przygód.

PIESZO I NA ROWERZE
Na Sardynii znajduje się też wiele rejonów wspinaczkowych. W Masua w nadmorskich wapiennych klifach wydrążono szyby nieczynnej już kopalni Porto Flavia. Miejscową atrakcją są również uformowane przez wodę i wiatr placca a gocce, tj. wymycia o ostrych krawędziach. Obok 30 szlaków sportowych – o stopniach trudności pomiędzy 6a a 7a – poprowadzono tutaj 5 wielowyciągowych dróg startujących znad morza o poziomach do 6b+. We wspomnianej nie funkcjonującej kopalni organizuje się wspinaczki lub łatwiejszy rodzaj zwiedzania, czyli oprowadzanie pod opieką górników. W południowo-zachodniej części wyspy w Domusnovas turyści eksplorują okolice wokół Jaskini św. Jana (Grotta di San Giovanni), naturalnego tunelu o długości prawie kilometra łączącego dwie doliny. Na wschodnim wybrzeżu natomiast (w środkowej jego części) entuzjaści tego typu aktywności wspinają się koło miejscowości Cala Gonone w pobliżu miasta Dorgali (ok. 500 bardzo różnorodnych dróg). Z kolei amatorzy wędrówek przemierzą Sardynię wzdłuż i wszerz po najróżniejszych trasach: od łatwych i krótkich po długie i wymagające lepszej kondycji. Stosunkowo prosty i przy tym niezmiernie malowniczy jest np. szlak pieszy Sedda ar Baccas–Gorroppu (długość 12 km, różnica poziomów ponad 200 m, czas pokonania ok. 3 godz.) w Parku Narodowym Zatoki Orosei i Gennargentu (Parco Nazionale del Golfo di Orosei e del Gennargentu). Na terenie tego chronionego obszaru mamy szansę spotkać takie zwierzęta jak kuny leśne, łasice, muflony, daniele, lisy, a nawet dziki. Polacy upodobali sobie szczególnie trekkingi po wyspie. Ten rodzaj wypraw pozwala na zwiedzanie całego regionu we własnym tempie od jednego punktu noclegowego do kolejnego.

FOT. UFFICIO STAMPA DELLA REGIONE AUTONOMA DELLA SARDEGNA

Dawna osada górnicza Masua koło Porto Flavia to dziś znane kąpielisko


Poza tym na Sardynii króluje także kolarstwo, przede wszystkim szosowe. Rowerzyści opanowali wnętrze lądu i na każdym kroku napotkamy tu obecnie zarówno amatorów, jak i zawodowców, mknących zapamiętale przed siebie. Co ważne, miejscowi kierowcy respektują prawa uczestników ruchu jeżdżących rowerami, więc ten sposób poruszania się uznaje się za bardzo bezpieczny. Od 1958 r. organizuje się na wyspie w lutym niemal każdego roku Giro di Sardegna, czyli Wyścig dookoła Sardynii, który przyciąga tłumy kibiców.

NA TALERZU
Zupełnie odmienną kwestię stanowi sardyńska kuchnia – i ta tradycyjna, i nowsza. W tej drugiej ważną rolę odgrywają owoce morza: ośmiornice, langusty, kraby, kalmary, małże, oraz różne gatunki ryb, w tym sardynki. Ośmiorniczki z grilla w sosie pomidorowym, mimo swojej prostoty, są wyjątkowo pyszne i uważam je za najlepsze danie, jakie zdarzyło mi się jeść poza domem. Na stołach na Sardynii często pojawiają się pikantne zupy rybne burrida alla cagliaritana i cassòla. Natomiast w Cagliari, Tortolì, Sant’Antioco, Oristano czy Carloforte istnieje zwyczaj suszenia solonej rybiej ikry w gonadach. Przysmak ten nazywa się bottarga. Charakteryzuje się on przyjemnie ostrym rybnym smakiem. Dodaje się go do potraw z makaronem lub sałatek, a sztandarowego spaghetti alla bottarga każdy powinien spróbować chociaż raz.
Tradycyjna sardyńska sztuka kulinarna różni się jednak od tej nowoczesnej, najczęściej przeniesionej z kontynentalnych Włoch lub inspirowanej stylem międzynarodowym. Za jej podstawę służy kuchnia wiejska, pochodząca z położonych w centralnej części wyspy wzgórz czy terenów ściśle rolniczych. Składają się na nią pieczone mięsa, kiełbasy, salami i ostry ser z owczego mleka pecorino sardo (ok. 50 proc. włoskiego sera pecorino produkuje się na Sardynii). Daniem typowym dla górzystego regionu Barbagia jest porceddu, prosię opiekane kilka godzin na rożnie na polanach aromatycznego drewna. Niekiedy przyrządza się tak też jagnię lub koźlę. Obecnie niezwykle rzadko stosuje się tradycyjną metodę przygotowywania carraxiu, która polega na pieczeniu zagrzebanego w żarze i obłożonego gałązkami jałowca, drzewa oliwnego i rozmarynu mięsa w wykopanej w ziemi jamie pod rozpalonym ogniskiem.
Poza tym w sardyńskim menu prym wiodą przede wszystkim spaghetti i maccheroni (makarony), podobne do pierożków ravioli culurgionis oraz rodzaj klusek gnocchi o nazwie malloreddus, potrawy przypominające włoską kuchnię kontynentalną.

SMAK WINNYCH GRON
Ten region Włoch, tak samo zresztą jak cały kraj, słynie z tradycji winiarskich, a z powodu swojego położenia na Morzu Śródziemnym z dala od kontynentu (ok. 190 km od Półwyspu Apenińskiego) jest on dość specyficzny. Początki historii uprawy winorośli na wyspie datuje się na ok. 2000 lat p.n.e. (jeszcze przed ukształtowaniem się cywilizacji nuragijskiej). Kolejni przybysze na przestrzeni setek lat zmieniali ją według własnych zwyczajów i upodobań. Swój wpływ zaznaczyli tutaj szczególnie Rzymianie (zmodyfikowali sposób uprawy winnej latorośli) oraz Hiszpanie, którzy wprowadzili nowe odmiany (np. Bovale di Spagna) oraz zreorganizowali produkcję wina na dużą skalę. Dziś występują na wyspie zarówno klasyczne śródziemnomorskie szczepy jak Moscato czy Malvasia, jak i cały szereg niespotykanych nigdzie indziej we Włoszech gatunków: Cannonau, Bovale Sardo, Nuragus, Girò, Monica, Semidano, Torbato, Cagnulari, Arvesiniadu, Carignano del Sulcis oraz Vernaccia di Oristano.  
Wśród 19 sardyńskich win oznaczonych w systemie DOC (Denominazione di Origine Controllata) prym wiodą białe Vermentino di Sardegna oraz jego lżejsza wersja Vermentino di Gallura (DOCG – Denominazione di Origine Controllata e Garantita). Cieszą się one wielką popularnością ze względu na swój ożywczy, owocowy smak, a schłodzone stanowią idealny trunek do gaszenia pragnienia podczas gorących dni. Serwuje się je również do posiłków. Czerwone szczepy najlepiej reprezentuje rubinowoczerwone, zmysłowo miękkie Cannonau di Sardegna o dość dużej zawartości alkoholu (ok. 12,5–13,5 proc.). Wyczuwa się w nim świeże aromaty owoców, mocne nuty leśnych jagód i ziół. To prawdziwa specjalność wyspy. Do niedawna ten gatunek winorośli uważano za lokalną wersję bardzo dobrze znanej z Hiszpanii odmiany Garnacha, jednak ostatnie porównawcze badania struktury DNA potwierdzają jego endemiczny charakter.
Do najstarszych rodzajów winnych krzewów uprawianych na Sardynii należy Monica. Ten szczep znajdziemy tu praktycznie wszędzie, chociaż najlepiej udaje się w winnicach położonych na silnie nasłonecznionych i średnio nachylonych zboczach. Wina z niego wytwarzane wyróżniają się lekkością, wyraźnym posmakiem jeżyn i wiśni oraz delikatnym aromatem migdałów i przypraw. Najbardziej charakterystycznym jednak z sardyńskich szlachetnych trunków jest Vernaccia di Oristano. Poddawane procesowi starzenia w małych beczkach przypomina sherry Amontillado, można je więc uznać za dowód hiszpańskich wpływów. Niezwykłą kompozycję smakową posiadają też inne wina dostępne na wyspie: Malvasia (np. Malvasia di Bosa – wino deserowe z prowincji Nuoro i Oristano) czy coraz rzadziej spotykane słodkie czerwone Girò i białe Nasco produkowane w okolicach Cagliari.

W OCZACH EUROPY
Warto się przyjrzeć także dwóm tutejszym kierunkom na rynku winiarskim, które reprezentują z jednej strony masowi wytwórcy win stołowych, a z drugiej firmy starające się wprowadzić nowe marki, konkurencyjne dla najlepszych produktów z Włoch kontynentalnych czy Francji. Sardynia stanowi jedno z ostatnich miejsc w Unii Europejskiej, gdzie kupimy wino nalewane z beczek czy tanków do własnych butelek. Na terenach wiejskich sprzedaje się w ten sposób trunki popularnych gatunków wytwarzanych na masową skalę, najczęściej przez lokalne spółdzielnie. Przed zakupem można je zdegustować, a ich cena bywa zazwyczaj niska (ok. 2 euro za 1 l). Wszystkim turystom polecam ten sposób poznawania Sardynii, ponieważ będzie on dla nich nie tylko świetną zabawą, ale pozwoli im też dowiedzieć się, co Sardyńczycy na prowincji piją na co dzień.
Producenci wina tacy jak Argiolas czy Vigne Surrau stawiają natomiast na wychodzenie ze swoimi markami na rynek europejski. Ta pierwsza firma pełnymi garściami czerpie z tradycji sardyńskiej – korzysta z wielu lokalnych szczepów, m.in. Monica, Carignano del Sulcis, Bovale Sardo. Podobną politykę przyjęło winiarskie przedsiębiorstwo Vigne Surrau łączące odmianę Cannonau z miejscowymi Carignano, Muristellu, ale również z popularnym na całym świecie Cabernet Sauvignon. W tym przypadku za butelkę zapłacimy mniej więcej 45–50 zł, co uważam za koszt jak najbardziej adekwatny do wysokiej jakości ich produktów.
Dzięki swoim bogatym winiarskim tradycjom oraz pysznej regionalnej kuchni Sardynia ma prawo wiązać spore nadzieje z rozwojem enoturystyki. Ten typ podróżowania po różnych krajach zyskuje sobie z roku na rok coraz większe grono zwolenników, którzy niewątpliwie w swoich wyprawach nie pominą tak odmiennej i charakterystycznej wyspy. Ja sam wracam tu, gdy tylko mogę. Za każdym razem odnajduję w tych stronach elementy kultury włoskiej, a spacery po plaży podczas pochmurnej i deszczowej pogody przypominają mi lato nad polskim wybrzeżem Bałtyku. Taka właśnie jest gościnna i pełna magii Sardynia: trochę swojska, a trochę obca.

Artykuły wybrane losowo

Na krańcu świata w Chile

DOROTA STAŃCZYK

<< Republika Chile jest jednym z nielicznych krajów, które mogą poszczycić się wielką różnorodnością krajobrazów i stref klimatycznych. Na północy występuje najsuchsza pustynia świata – Atakama, a na południu – potężne lodowce. Pomiędzy tymi dwoma skrajnościami znajdziemy wszystko: od skąpanych w słońcu plaż, poprzez bujne winnice, wiecznie zielone lasy ze szmaragdowymi jeziorami, aż do niekończących się patagońskich stepów. Dopełnieniem tego wszystkiego są szczyty Andów i dymiące wulkany. To właśnie w Chile cuda natury i ciekawa historia składają się na wspaniałe atrakcje turystyczne. >>

Więcej…

Panama – na styku dwóch oceanów i Ameryk

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

<< Jednym z pierwszych widoków witających przyjezdnych w stolicy Panamy (Ciudad de Panamá) jest skupisko szklanych wieżowców dumnie górujących nad wodami Zatoki Panamskiej. Panorama dzielnicy finansowej przywodzi na myśl nowoczesne metropolie i może sugerować, że przybyliśmy do kraju żyjącego w znanym nam europejskim rytmie. Gdy wyruszymy poza miasto, szybko uświadomimy sobie, że rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. >>

Panama to wiecznie zielone lasy deszczowe, malownicze góry, rajskie wyspy i plaże oraz urokliwe miasteczka i ich serdeczni mieszkańcy. W tym kraju z karaibską duszą dzieje Indian przeplatają się z historią tworzoną przez konkwistadorów i pirackimi podbojami, o których do dziś krążą legendy. Prawdziwa egzotyka czeka w nim na odkrycie.

 

Nie pamiętam dokładnie, z czym kojarzyła mi się Panama, zanim się do niej udałam. Myślę, że był to, jak w przypadku wielu osób, słynny Kanał Panamski. Ten majstersztyk inżynierii swoich czasów, łączący Atlantyk z Pacyfikiem, który nieporównywalnie skrócił czas morskich podróży, nadal pozostaje jedną z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Rocznie przeprawia się przez niego ok. 14 tys. statków. I choć od ponad 100 lat jest symbolem Panamy, to nie on zajmuje szczególne miejsce w mojej pamięci. Teraz ten piękny zakątek Ameryki Centralnej kojarzy mi się z czymś innym.

 

W TROPIKALNYM LESIE

Dziś ten kraj to dla mnie przede wszystkim tropikalne lasy, z dusznym, wilgotnym powietrzem i sufitem zieleni nad głową. I mimo iż Panama jest różnorodna, blisko 40 proc. jej powierzchni zajmują właśnie wiecznie zielone lasy deszczowe, odznaczające się niezwykłą rozmaitością roślin i zwierząt. Liczba występujących tu gatunków flory i fauny należy do największych na świecie. Ich rozwinięciu się sprzyjały nie tylko panujące w tym regionie warunki klimatyczne, lecz także fakt, że niczym most łączy on obie Ameryki. Dlatego zawsze stanowił miejsce mieszania się gatunków.

Różnorodność ta była niegdyś jeszcze większa, ale budowa wspomnianego Kanału Panamskiego i związane z nią wycinki odbiły się negatywnie na ekosystemie. Od wielu lat lasy w Panamie karczuje się również pod plantacje, a przede wszystkim pod pastwiska dla bydła. Sytuacja jest jednak pod pewnym względem paradoksalna. Otóż obszary leśne są ponoć niezbędne do nawadniania kanału i utrzymania jego żeglowności. Wbrew pozorom więc tutejsze lasy, zwłaszcza te w okolicach Ciudad de Panamá, wydają się nie być zagrożone, a to z powodów praktyczno-ekonomicznych. Możliwe zatem, że inwestycja, której zrealizowanie przyczyniło się niegdyś do tylu zniszczeń w środowisku, stanie się strażnikiem przyrody. Miejmy nadzieję, że tak właśnie będzie.

Tropikalny las deszczowy porasta wiele regionów kraju. Jednym z najłatwiej dostępnych jest Park Narodowy Soberanía, położony około pół godziny jazdy samochodem od centrum stolicy (mniej więcej 25 km). Choć leży w niedalekiej odległości od dużych ośrodków miejskich, to jednak nie niewielki skrawek leśnego obszaru, lecz rozległy teren o powierzchni ponad 195 km². Mimo niesamowitej wilgotności i mnogości chronionych gatunków nie napotkałam tutaj pijawek, co po moich dawniejszych doświadczeniach nie tylko mnie zaskoczyło, ale też ucieszyło. Przez park prowadzi 10-kilometrowa trasa, którą w XVI w. Hiszpanie przewozili złoto i towary z Kalifornii i Ameryki Południowej. Dziś Camino de Cruces jest jednym z kilku dostępnych miejscowych szlaków. Należą do nich m.in. Sendero El Charco (800 m długości) czy Camino del Oleoducto (17 km), z których można obserwować setki gatunków ptaków. Podczas wędrówki wśród tutejszej bujnej zieleni aż trudno uwierzyć, że tylko pół godziny dzieli ten park od zgiełku stolicy.

Połacie lasu deszczowego znajdują się także w okolicach Boquete w prowincji Chiriquí, niewielkiego, górskiego miasteczka założonego na początku XX stulecia. Miejsce to leżało na szlaku poszukiwaczy złota, pragnących odnaleźć najszybszą drogę do Pacyfiku. Z początku to właśnie oni zaczęli się tu osiedlać. Dziś Boquete znane jest jako mekka ekspatów. Przyciąga również miłośników jazzu, kawy, a przede wszystkim okolicznej przyrody, czyli gór i wulkanów obrośniętych mglistym, tropikalnym lasem.

Kiedy chmury nie zalegają zbyt nisko, już w drodze do miasteczka dostrzec można górujący nad wszystkim wulkan Barú (3475 m n.p.m.) – najwyższy szczyt Panamy. Zdobycie jego wierzchołka stawia sobie za cel wiele przybywających tutaj osób. Zapewne i my zrobilibyśmy tak samo, ale nie podjęliśmy tego wyzwania m.in. ze względu na brak czasu. Nie trzeba jednak wchodzić na wulkan, żeby docenić urok tego miejsca. Wystarczy wybrać się na wędrówkę którymś z leśnych szlaków. Podczas spaceru Sendero Los Quetzales (ok. 9,6 km długości) można wypatrzeć rzadko spotykane, pięknie ubarwione kwezale herbowe. Trasa Cascada Escondida, jak wskazuje jej nazwa, prowadzi do ukrytego wodospadu. I choć on sam nie wywarł na mnie dużego wrażenia, jego okolica, pełna majestatycznych drzew, warta jest każdej spędzonej w niej chwili.

Tropikalne lasy w rejonie Boquete skrywają także łakomy kąsek dla miłośników opuszczonych miejsc. Mowa o rezydencji w Bajo Mono, której budowę rozpoczął 40 lat temu niejaki José Domingo Serracín, bogaty posiadacz ziemski lepiej znany jako don Pepe. Atak serca położył kres jego życiu, a zarazem realizacji budowlanego projektu. Rezydencja nigdy nie została ukończona, gdyż rodzina inwestora raczej się nią nie interesowała. Dziś zamieszkały przez nietoperze pałac coraz bardziej wtapia się w krajobraz mglistego lasu. To jedno z piękniejszych opuszczonych miejsc, jakie miałam okazję zobaczyć.

W panamskich lasach rośnie też puchowiec (ceiba), zwany inaczej drzewem kapokowym. Według Majów on właśnie zrodził pierwszego człowieka i dlatego jest dla nich święty. Stanowi również pomost między rzeczywistością a niebiosami i światem podziemnym.

Na koniec trzeba jeszcze wspomnieć o przesmyku Darién (Tapón del Darién, Región del Darién), czyli najbardziej dzikim, niedostępnym i malarycznym fragmencie tropikalnego lasu, nie tylko w skali kraju, ale i świata. Oddziela on Panamę od Kolumbii i sprawia, że przekroczenie lądowej granicy między tymi państwami uchodzi za zadanie prawie niemożliwe. Z tego powodu przemieszczanie się pomiędzy Ameryką Centralną i Południową lądem jest niezwykle trudne (choć nielicznym się udaje). Darién to rozległe bagna porośnięte gęstym, ciemnym lasem, będące domem Indian Guna (Kuna) i Embera-Wounaan (Chocó) oraz schronieniem narkotykowych karteli i kolumbijskich rebeliantów. Aby zapuścić się głębiej w ten rejon, trzeba nie tylko wynająć lokalnego przewodnika, ale i skrupulatnie się przygotować.

 

FOLKLOR I FESTIWALE

Opuśćmy teraz zielone i wilgotne regiony Panamy, aby przenieść się w okolicę całkiem odmienną. Półwysep Azuero, bo o nim mowa, jest najgorętszym i najbardziej suchym miejscem w kraju. Nawet pora deszczowa omija część jego rejonów (wschodnie wybrzeże), w których ostatni deszcz widziano dawno temu. Tam, gdzie opady docierają, są rzadsze i mniej obfite niż w reszcie Panamy. Był to właśnie jeden z powodów, dla których tu trafiliśmy. Rozpoczynająca się w maju pora deszczowa dała nam się we znaki na tyle, że szukaliśmy schronienia przed strugami deszczu. Półwysep warto jednak odwiedzić nie tylko, aby uciec przed opadami. Miasteczka Azuero są głównymi ośrodkami panamskiego folkloru. W żadnej innej części kraju nie organizuje się tylu festiwali i nie obchodzi z takim zaangażowaniem karnawału. Imprezom towarzyszy rywalizacja w przygotowaniu barwnych kostiumów, występów, a i mocniejszych trunków nikt sobie specjalnie nie żałuje. Kiedy na półwyspie nie przypada czas fiesty, można zatopić się w powolnym rytmie życia niewielkich, spokojnych na co dzień miasteczek.

Historyczną i kulturalną stolicą regionu (i prowincji Herrera) jest Chitré, największe miasto na Azuero. Niewątpliwie ma ono swój urok, jednak pomiędzy festiwalami nie czeka w nim szczególnie wiele atrakcji. Znajduje się tutaj kilka zabytkowych kościołów oraz Museo de Herrera z pokaźnymi zbiorami sztuki prekolumbijskiej. Pierwszą osadą hiszpańską w regionie była Parita, założona w połowie XVI stulecia. Dziś to niewielkie, spokojne miasteczko uważane jest przez niektórych za jedno z najładniejszych w kraju. Jego centrum wyznacza Kościół św. Dominika Guzmána (Iglesia de Santo Domingo de Guzmán). To jedyna budowla w miejscowości wyższa niż poziom pierwszego piętra. W jej okolicy zbiegają się uliczki z kolorową kolonialną zabudową, która zachowała się w szczególnie dobrym stanie.

Warto odwiedzić również położone nieopodal Pedasí. To niewielkie, urokliwe miasteczko z domami w stylu kolonialnym. Sporą część jego mieszkańców stanowią emeryci, którzy postanowili właśnie tu spędzić resztę życia. W Pedasí możemy cieszyć się licznymi piaszczystymi plażami bez tłumów i kameralnymi knajpkami oraz korzystać z infrastruktury do uprawiania sportów wodnych (surfingu, kitesurfingu, wędkarstwa czy nurkowania). Warto stąd także popłynąć łódką na pobliską wysepkę Iguana.

 

Ze strąków nasiennych puchowca (ceiby) pozyskuje się włókno zwane kapokiem

© Agnies zka Szwed/www.szwedacz.com

 

TU RZĄDZĄ GADY

Isla Iguana oddalona jest od panamskiego wybrzeża o zaledwie ok. 5 km. Ma niewielką powierzchnię (mniej więcej 0,55 km²), jednak miłośnicy gadów, którzy chcieliby je spotkać w naturalnym środowisku, zdecydowanie powinni ją odwiedzić. Jak sama nazwa wskazuje, wyspę z jakiegoś powodu upodobały sobie iguany (a dokładniej legwany czarne i zielone). W jej okolicy żyje ich znacznie więcej niż ludzi. Niektóre z nich są zupełnie dzikie, inne – nieco oswojone. Chowają się w zaroślach lub wygrzewają na nadmorskich skałach. Choć legwany do dziś stanowią jedno ze źródeł mięsa w Ameryce Środkowej i Południowej, a bamboo chicken czy chicken of the tree (jak nazywa się ich mięso) dla wielu jest rarytasem, te z Iguany nie trafiają na miejscowe stoły. W utworzonym w 1981 r. na wyspie rezerwacie (Isla Iguana Wildlife Refuge) kategorycznie zabrania się polowań na wszelką zwierzynę – jaszczurki bywają w nim raczej dokarmiane niż zjadane. I chociaż same potrafią zapewnić sobie pożywienie, nie pogardzą również darowaną przez człowieka miską ryżu. Warto dodać, że gady niesłusznie uważane są za zwierzęta mało kontaktowe. Legwany rozwinęły cały system mowy ciała służący komunikacji między sobą, a także z innymi gatunkami. Poprzez kiwanie głową i ruchy fałdami skórnymi na podgardlu nawiązują i podtrzymują społeczne interakcje.

Na Iguanie roi się też od pustelników. Ze względu na brak pancerza na miękkim odwłoku skorupiaki te ukrywają go w znalezionych muszlach martwych mięczaków. W ciągu swojego życia muszą ich szukać kilka razy, gdyż kiedy urosną, potrzebują większego lokum. Zarówno rozmiar, jak i przydatność pancerza pustelnik bada szczypcami. Ponieważ muszle gwarantują temu skorupiakowi przetrwanie, nierzadko toczy o nie walki.

Spokój wyspy został drastycznie zakłócony podczas II wojny światowej, gdy armia Stanów Zjednoczonych zrobiła z niej poligon artyleryjski. W ramach ćwiczeń na Iguanę i otaczającą ją rafę koralową zrzucano bomby i pociski. Aby oczyścić teren, w latach 90. XX w. zdetonowano dwie bomby, które utknęły w pobliżu pod wodą. I choć na pierwszy rzut oka po tych wydarzeniach nie pozostał już żaden ślad, zachwiały one mocno tutejszym ekosystemem. Na szczęście dziś legwany i inne zwierzęta mają się świetnie, a dzika przyroda wciąż się rozwija.

Osoby planujące wizytę na wyspie muszą być przygotowane na uiszczenie opłaty za przebywanie na terenie rezerwatu. W przypadku przyjezdnych wynosi ona 10 dolarów amerykańskich, obywatele Panamy płacą mniej (4 dolary). Na Iguanie nie można nocować. Nie ma na niej także zaplecza gastronomicznego, dlatego trzeba wziąć ze sobą własny prowiant i zapas wody.

 

Ubrana w tradycyjny strój uczestniczka styczniowej Parady Tysiąca Polleras na Azuero

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

LAS DESZCZOWY INACZEJ

To jeszcze nie koniec atrakcji rzadko odwiedzanego półwyspu Azuero. W położonym tu Parku Narodowym Sarigua można zobaczyć las deszczowy w nietypowej, suchej odsłonie. Sam park powstał w 1984 r. i zajmuje powierzchnię 8 tys. ha. Na pierwszy rzut oka jego teren przywodzi na myśl półpustynię. Spaloną ziemię w odcieniu pomarańczowym pokrywają miejscami wyschnięte krzewy. Powietrze jest bardzo gorące i suche. Jak dowiemy się z informacji na ścieżce edukacyjnej, na powstanie tego jałowego krajobrazu miało wpływ wysokie stężenie soli w tutejszej glebie. Niegdyś obszar parku zajmowało morze, które przez wieki cofało się, pozostawiając rozległą, słoną lagunę zwaną albiną. Wiatry wywiewały zalegającą sól, co przyczyniło się do zaniku wegetacji w regionie. Dla wielu Panamczyków Sarigua jest też smutnym świadectwem destrukcyjnego wpływu człowieka na otaczającą go przyrodę. Od XIX stulecia głównym sprawcą postępujących na tym terenie zniszczeń są właśnie ludzie. Latami prowadzili wycinki i wypalanie okolicznej wątłej roślinności, żeby budować farmy, które i tak się tutaj nie utrzymały.

Mimo iż krajobraz parku może wydać się monotonny i budzić nie do końca przyjemne skojarzenia, uważam, że nie warto go omijać. Choćby dlatego, że wizyta w nim stanowi okazję do zobaczenia suchego lasu deszczowego. Na tego typu obszarach ilość opadów deszczu oscyluje w okolicach 1 m rocznie. Jednak przez trzy, cztery miesiące w roku nie spada na nich ani jedna kropla wody. W Parku Narodowym Sarigua taka sytuacja ma miejsce od stycznia do kwietnia. Suszę wzmagają silne, gorące wiatry. Suche lasy deszczowe Azuero są szczególnie narażone na pożary. Często powodują je rolnicy wypalający pola.

Poza tym Park Narodowy Sarigua to również ważny ośrodek kultury prekolumbijskiej. Znaleziono w nim fragmenty przedmiotów sprzed ponad 11 tys. lat. Według archeologów już wtedy istniała tu rybacka wioska, co oznacza, że może być to miejsce najstarszego ludzkiego osadnictwa w Panamie.

 

SPOTKANIE Z HISTORIĄ

Przenieśmy się znów w inny rejon kraju, do prowincji Colón, a konkretnie do Portobelo. To położone na północy Przesmyku Panamskiego, liczące ok. 5 tys. mieszkańców portowe miasto wygląda dziś dość niepozornie. Ruiny okazałych fortów (na czele z Castillo de San Jerónimo, Fuerte de San Jerónimo) pozwalają się jednak domyślać, że w przeszłości odgrywać mogło doniosłą rolę. I tak było w istocie. Portobelo stanowiło niegdyś najważniejszy port na ziemiach obecnej Panamy i uchodziło za jedno z najwspanialszych miast w ówczesnym świecie. To właśnie stąd Hiszpanie wywozili do Europy skarby Inków oraz innych rdzennych mieszkańców Ameryki Środkowej i Południowej. Na grabieże te zazdrośnie spoglądały pozostałe potęgi kolonialne, na czele z Brytyjczykami. Sytuacji nie poprawiały hiszpańskie ataki na angielskie statki. Wszystko to doprowadziło do wybuchu konfliktu. Walki o Portobelo toczyły się kilkakrotnie, a najsłynniejsza z nich znana jest jako wojna o ucho Jenkinsa.

Robert Jenkins był walijskim kapitanem żeglugi. Gdy jego statek Rebecca został zatrzymany w kwietniu 1731 r. przez Hiszpanów u wybrzeży Kuby, wdał się w potyczkę z jednym z hiszpańskich oficerów, który odciął mu ucho. Jenkins zabrał ze sobą odciętą małżowinę i pokazywał w świecie jako dowód na hiszpańskie okrucieństwo. Zwrócił się też do brytyjskich władz o wzięcie odwetu. I choć historia z uchem nie była faktycznym powodem wybuchu wojny, posłużyła za dość dobry pretekst. W listopadzie 1739 r. sześć statków dowodzonych przez admirała Edwarda Vernona rozpoczęło ostrzał Portobelo i po 24 godz. zdobył on miasto. Siły wystarczyło Brytyjczykom na trzy tygodnie okupacji, ale w tym niezbyt długim czasie zniszczyli zarówno forty, jak i wiele budynków, pozostawiając jeden z najwspanialszych portów ówczesnego świata w ruinie. Portobelo podźwignąć się z tego nieszczęścia miało dopiero ponad 170 lat później, po wybudowaniu Kanału Panamskiego.

Zanim jednak miasto spustoszyli Brytyjczycy, padało ono łupem największej i najgroźniejszej pirackiej braci, jaką znały Karaiby – bukanierów. Ich szeregi zasilali ludzie wyjęci spod prawa, a także byli żołnierze czy zbiegowie uciekający przed prześladowaniami religijnymi. Tak zwane Bractwo Wybrzeża organizowało łupieżcze wyprawy i plądrowało kraje czy wyspy w regionie karaibskim. Bukanierzy znani byli z okrucieństwa, szczególnie w stosunku do wszystkiego co hiszpańskie. Bezpieczny przyczółek znaleźli sobie w Port Royal, dawnej stolicy Jamajki. Mogli w nim liczyć na wsparcie lokalnych władz, a mieszkańcy wyspy uważali ich za obrońców i dźwignię miejscowego handlu.

Zdobycie Portobelo, z którego wypływały zagrabione peruwiańskie skarby, stanowiło dla piratów niemałe wyzwanie. Zadania podjął się ochrzczony królem bukanierów Walijczyk Henry Morgan. Osiągnięty sukces zapewnił mu szacunek współbraci i otworzył drogę do wielkiej pirackiej kariery. Jego ludzie zdobyte 11 lipca 1668 r. miasto okupowali przez dwa tygodnie. Spędzili je na piciu i świętowaniu oraz zuchwałych grabieżach, gwałtach i morderstwach. Opuścili Portobelo po wynegocjowaniu okupu w wysokości 100 tys. dolarów hiszpańskich (reales de a ocho). I choć była to kwota jak na tamte czasy bardzo wysoka, bukanierzy wydali ją w iście pirackim stylu – w barach i domach uciech Port Royal. Henry Morgan znany jest dziś przede wszystkim z etykiet jamajskiego rumu nazwanego jego imieniem – Captain Morgan. Produkował ponoć wyśmienity trunek, a jeśli wierzyć producentowi, receptura jego wyrobu od XVII w. nie uległa zmianie. Po tej napaści Portobelo wracało powoli do dawnego trybu życia. W końcu nie był to pierwszy ani ostatni atak, z jakim przyszło mu się zmierzyć. Żaden z nich nie podkopał znacząco pozycji słynnego portu. Uczyniła to dopiero wiele lat później wojna o ucho Jenkinsa.

Dziś w centrum miasta stoi Kościół św. Filipa (Iglesia de San Felipe), który został wzniesiony w drugiej dekadzie XIX stulecia. Jego budynek jest biały, w przeciwieństwie do czczonego w nim Czarnego Chrystusa (Cristo Negro). Tego typu przedstawienie Jezusa stanowi obiekt kultu w wielu krajach Afryki i Ameryki Łacińskiej. Łączy w sobie chrześcijaństwo z wierzeniami lokalnymi. Symbolizuje nadzieję wiernych na nadejście czarnego Mesjasza, który wyzwoli ciemnoskórych ludzi od zła utożsamianego z dominacją białego człowieka. W epoce kolonialnej chodziło głównie o dominację polityczną i ekonomiczną oraz związane z nią niewolnictwo, dziś rzecz tyczy się narzucania wzorców kulturowych.

 

Cayo Coral – malownicza wysepka sąsiadująca z Bastimentos w archipelagu Bocas del Toro

© Autoridad de Turismo de Panamá/Branly Bruneth

 

RAJSKIE ARCHIPELAGI

San Blas i Bocas del Toro to najbardziej rajskie archipelagi Panamy. Na tym pierwszym można nie tylko obcować z dziewiczą przyrodą, ale i zaznajomić się z grupą etniczną Guna (Kuna). Tych 365 wysepek położonych na Morzu Karaibskim należy do autonomicznego regionu Guna Yala (Kuna Yala).

Na północnym zachodzie kraju leży prowincja Bocas del Toro z archipelagiem o tej samej nazwie. To jedno z częściej odwiedzanych miejsc w Panamie, znane przede wszystkim z plaży Red Frog na wyspie Bastimentos, gdzie żyją wytwarzające jad, jaskrawe drzewołazy karłowate, a także plaży z licznymi rozgwiazdami (Playa de las Estrellas, Playa Estrella) na Wyspie Kolumba (Isla Colón). Na Bocas del Toro popularnością cieszy się też deep boarding, szerzej na świecie raczej nie praktykowany. W największym skrócie da się go określić jako nurkowanie za motorówką. Ciągnie ona za sobą człowieka trzymającego się deski przymocowanej do łodzi za pomocą liny. Podczas swoistego podwodnego lotu podziwia się rafy koralowe, ławice egzotycznych ryb i inne skarby Morza Karaibskiego. Należy jednak dobrze opanować manewrowanie trzymaną deską, bo od umiejętnego zwracania jej do góry zależy możliwość złapania oddechu. Do takiego nurkowania warto również założyć odpowiedni strój kąpielowy, gdyż ze względu na dużą prędkość i opór wody zaskakująco łatwo można zgubić ubranie.

Panama to w dalszym ciągu kraj dość mało popularny wśród polskich turystów. Szkoda, że tak się dzieje, bo znajduje się w niej wiele atrakcji. To kraina wspaniałych lasów deszczowych, pięknych wysepek, licznych gatunków flory i fauny oraz urokliwych miasteczek z karaibską duszą. Do tego zamieszkują ją gościnni i życzliwi ludzie, którzy chętnie zaznajomią nas z bogatą kulturą i historią swojej tropikalnej ojczyzny.

 

Wydanie jesień-zima 2018

 

 

RPA – jeden raz to za mało

JAKUB WOLSKI

 

Republika Południowej Afryki (RPA), najdalej na południe położone państwo afrykańskie, jest rodzinnym krajem m.in. Johna Maxwella Coetzee’ego, laureata Literackiej Nagrody Nobla. Obowiązuje tu aż jedenaście języków urzędowych. W okolicznych wodach można spotkać np. wieloryby, a w miejscowych parkach i rezerwatach – tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli słonie, nosorożce czarne, lwy, bawoły i lamparty. Krajobraz RPA współtworzą sawanny, tereny górskie i wybrzeża dwóch oceanów – Atlantyckiego i Indyjskiego. Różnorodność stanowi nie tylko największy walor tego kraju, lecz także sprawia, że lista miejsc wartych odwiedzenia wydaje się tutaj nie mieć końca... Dlatego też wiele osób wraca w te strony wielokrotnie.

Pamiętam, jak kilka lat temu podróżowałem autobusem na trasie z południowoafrykańskiego Upington do Namibii. Usypiałem zmęczony podróżą, gdy przysiadł się do mnie pastor o buszmeńskich rysach, wracający do swojego domu na północy kraju. Zagadnął do mnie przyjaźnie i tak przez kilka kolejnych godzin rozmawialiśmy o realiach panujących w tej części świata. Po latach od tego spotkania detale toczonej dyskusji zupełnie zatarły się w mojej pamięci, ale pozostało jedno bardzo ważne zdanie: Always be aware, you’re in Africa. W wolnym tłumaczeniu: W Afryce zawsze miej oczy dookoła głowy.

Więcej…