ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

 

<< Islandia bywa często określana mianem „Nowej Zelandii Europy”. Swoje piękno i popularność wśród turystów zawdzięcza wyjątkowemu położeniu geograficznemu, a także surowemu i wilgotnemu klimatowi. Przyciąga podróżników przede wszystkim wspaniałą przyrodą, iście księżycowymi krajobrazami oraz ogromnymi przestrzeniami niezamieszkałych terenów. Za jedną z głównych atrakcji tej fascynującej wyspy uważa się wulkany, których jest ok. 130. Aż 18 spośród nich było aktywnych w ciągu ostatnich dwunastu stuleci. Do największych należą Askja, Katla, Hekla, Hvannadalshnúkur (będący jednocześnie najwyższym szczytem kraju – 2110 m n.p.m.) i Eyjafjallajökull (który spowodował ogromne zamieszanie w międzynarodowym ruchu lotniczym w kwietniu 2010 r.). Poza tym znajdziemy tu również gejzery, gorące źródła, lodowce, wodospady i fiordy. Nie należy też zapominać o tym, że ze względu na bliskość koła podbiegunowego północnego latem na Islandii słońce świeci prawie 24 godziny na dobę, a zimą występują noce polarne, podczas których na niebie pojawiają się przepiękne zorze.>>

Ísland, czyli po islandzku „Kraina Lodu”, leży w północnej części Oceanu Atlantyckiego, na południe od koła podbiegunowego północnego oraz ok. 290 km na wschód od Grenlandii i 750 km na północny zachód od Szkocji. Na jej terytorium składa się głównie wyspa Islandia, a także kilka mniejszych wysepek, w tym archipelag Vestmannaeyjar. Funkcję stolicy pełni Reykjavík, a największymi spośród pozostałych trzydziestu miast są Kópavogur, Hafnarfjörður, Akureyri, Reykjanesbær i Garðabær. Jedynie w tych sześciu ośrodkach miejskich liczba ludności przekracza 10 tys. Jednak to nie one stanowią o niezwykłej atrakcyjności tego kraju, lecz jego nieskazitelna i różnorodna przyroda.

 

Na zwiedzanie Islandii nie mamy tym razem zbyt wiele czasu. W ciągu 7 dni chcemy zobaczyć tak dużo, jak to tylko możliwe. Na naszej trasie znajdują się m.in. region Landmannalaugar, trzy przepiękne wodospady – Gullfoss (Złoty Wodospad) na rzece Hvítá (Białej Rzece), Skógafoss i Goðafoss, jezioro Jökulsárlón (Laguna Lodowcowa), wulkany Hverfjall (Hverfell) i Krafla oraz urwisko Látrabjarg w najbardziej na zachód wysuniętej części Vestfirðir (Fiordów Zachodnich). Na koniec odwiedzimy stołeczny Reykjavík. Postawiliśmy więc przed sobą bardzo ambitny plan do zrealizowania...

W jednej z miejscowych wypożyczalni wynajmujemy samochód terenowy i wyruszamy na wyprawę dookoła Islandii. Aby móc przeprawiać się nim przez rzeki i podróżować po bezdrożach, trzeba wykupić specjalne ubezpieczenie. My prawie przez cały czas (mamy tylko 7 dni!) będziemy się trzymać głównej islandzkiej drogi, która została poprowadzona dookoła wyspy. Łączy ona najważniejsze miasta i większość najpopularniejszych atrakcji przyrodniczych kraju. Nasz wybór dobrze przemyśleliśmy, gdyż zwiedzanie terenów w głębi lądu bez odpowiedniego wyposażenia bywa praktycznie niemożliwe. Aby jak najlepiej wykorzystać czas, nie przerwiemy podróży także nocą, bowiem w lipcu na Islandii słońce niemal nie zachodzi...

 

GEJZERY I WULKANY

Naszą wyprawę rozpoczynamy od wizyty w rozpalającej wyobraźnię podróżników dolinie Haukadalur. Słynie ona z dwóch gejzerów – Geysir i Strokkur. To właśnie temu pierwszemu z nich zawdzięczają swoją nazwę wszystkie tego typu źródła geotermalne na świecie. Geysir wyrzucał gorącą wodę na wysokość ok. 60–80 metrów od końca XIII stulecia aż do lat 60. XX w. Obecnie czyni to na ogół ze znacznie mniejszą siłą i bardzo nieregularnie. Mniej więcej 50 metrów na południe od niego znajduje się Strokkur (Maselnica).Niemal bez przerwy gromadzą się wokół tego gejzeru liczni widzowie i z aparatami fotograficznymi czekają na moment, kiedy nagromadzona pod ziemią woda wystrzeli w górę na wysokość 15–30 metrów. I chociaż wszyscy wiedzą, że zdarza się to regularnie w odstępach ok. 5–10 minut, za każdym razem znajdzie się kilku przemoczonych śmiałków, którzy podeszli zbyt blisko. My jednak do nich nie należymy i w bezpiecznej odległości podziwiamy ten cud natury.

FOT. ROBERT GONDEK

Gejzer Strokkur - podziwiając jego wybuchy, poczujemy silny zapach siarki

 

Okrążając wyspę, nie sposób nie zauważyć licznych wodospadów. Początkowo zachwycamy się wszystkimi, ale zatrzymujemy się tylko przy tych najsłynniejszych. Jako pierwszy na pokonywanej przez nas trasie pojawia się najpopularniejszy z nich – 32-metrowy Gullfoss składający się z dwóch prostopadłych do siebie kaskad. Wygląda niepozornie, a jednak w każdej sekundzie przepływa przez niego średnio aż 140 m3 wody! To robi wrażenie nawet na nas, doświadczonych podróżnikach. Zroszeni unoszącą się w pobliżu mgiełką ruszamy dalej. Przed nami największa i najbardziej wyczekiwana atrakcja podróży – region Landmannalaugar.

FOT. PROMOTE ICELAND/RAGNAR SIGURDSSON

Gullfoss (Złoty Wodospad) na rzece Hvita (Białej Rzece)

 

LANDMANNALAUGAR – GÓRY TĘCZĄ MALOWANE

Zjeżdżamy z głównej trasy. Szutrowa droga prowadzi w surowy interior. Wystarcza kilka kilometrów jazdy po wulkanicznym pyle i kamieniach, aby na jednej z ostrych skał przebić oponę. Musimy zmienić koło. Nie jest to takie proste, gdyż samochód został zapakowany po brzegi. Podróżujemy w 5 osób i zaopatrzyliśmy się w solidny zapas piwa podczas zakupów w strefie bezcłowej. W końcu udaje się nam dostać do dna bagażnika. Odtąd staramy się jechać znacznie ostrożniej. Więcej zapasowych kół nie posiadamy. Mijamy jezioro Frostastaðavatn i stajemy nad rzeką. Nie mamy wyjścia – musimy ją pokonać, aby dotrzeć do celu. Powoli wjeżdżamy do koryta. Czujemy się trochę niepewnie. Na szczęście bez żadnych problemów przeprawiamy się na drugi brzeg. Długo marzyłem o tym, aby znaleźć się w tym miejscu. Jego wspaniałe krajobrazy nie zawiodły mnie. Przed naszymi oczami rozciągają się wielobarwne góry: zielone, pomarańczowe, białe, brązowe, które wyglądają, jakby ktoś celowo pomalował je na wszystkie możliwe kolory. W promieniach nisko zawieszonego zachodzącego słońca tutejsze widoki wydają się jeszcze bardziej nierealne. Trudno uwierzyć, że na ziemi istnieją tak malownicze miejsca.

Następnego dnia rano decydujemy, że zostaniemy tu cały dzień. Wykorzystamy go na trekking. Z kilku miejscowych tras wybieramy szlak prowadzący na jedno z wyższych wzniesień w okolicy – wulkan Bláhnjúkur(940 m n.p.m.). Na szczycie naszym oczom ukazuje się panorama pofałdowanych wielokolorowych wzgórz. Ten widok na długo pozostanie w mojej pamięci. Po zejściu do doliny kąpiemy się w gorących źródłach i nasz pobyt w górach malowanych tęczą dobiega końca.

 

WODOSPADY i JEZIORA

Dalszą podróż kontynuujemy nocą. Wracamy na główną islandzką drogę. Zmierzamy nad wodospad Skógafoss. Zaczyna jednak padać deszcz i decydujemy się rozbić nasze namioty, aby przeczekać brzydką pogodę. Do celu docieramy następnego dnia rano. Okolica tonie w słońcu. Skógafoss jest zupełnie inny niż Gullfoss. Zieleń otaczających go traw aż razi w oczy. Woda spada z wysokości 60 metrów, a w unoszącej się mgle można dostrzec pojedynczą, a czasami podwójną tęczę. Co ciekawe, wodospad powstał na skałach dawnego klifu, który wiele lat temu stanowił linię brzegową południowej Islandii. Na przestrzeni wieków ocean cofnął się i obecnie odległość od brzegu wynosi tutaj ok. 5 km. Z dużej wysokości wyraźnie daje się zauważyć granicę pomiędzy płaskim, nisko położonym nowym lądem a starą częścią wyspy.

Na dwa kolejne dni zaplanowaliśmy wyprawę nad jezioro Jökulsárlón. Niestety, tuż przed naszym wylotem na Islandię, 21 maja 2011 r., miała miejsce podlodowcowa erupcja wulkanu Grímsvötn (1725 m n.p.m.). W jej efekcie pokrywający go lodowiec Vatnajökull częściowo stopniał, co spowodowało gwałtowny wzrost poziomu wody w okolicznych rzekach i doprowadziło do powodzi glacjalnej (jökulhlaup). Zerwany został wówczas jedyny most w okolicy, a przejazd, nawet samochodem terenowym, stał się niemożliwy. Moglibyśmy dostać się nad jezioro inną drogą, ale musielibyśmy objechać wyspę dookoła. Brakuje nam na to czasu, liczymy więc na łut szczęścia. Mamy nadzieję, że przeprawę chociaż prowizorycznie naprawiono i damy radę pokonać rzekę. Postanawiamy zaryzykować i udaje się nam! W końcu docieramy po godz. 20.00 nad brzeg jeziora – słynnej islandzkiej Laguny Lodowcowej. Spóźniliśmy się nieco na godzinny rejs łodzią. Ostatnia z nich wypłynęła o 20.00 na tzw. wieczorną wycieczkę po Jökulsárlón (Evening Cruise). Nie będziemy – niestety – pływać pośród fok i dryfujących w stronę oceanu fragmentów lodowca Vatnajökull. Jednak podziwianie z daleka odrywających się kawałków lodu jest również ciekawe.

Aby zobaczyć wszystko to, co mieliśmy w planach, musimy nieco przyśpieszyć. Paradoksalnie pomaga nam w tym brzydka pogoda. Okoliczne wzgórza toną we mgle, więc nie zatrzymujemy się zbyt często, żeby fotografować malownicze krajobrazy.

 

FIORDY ZACHODNIE – W KRAINIE MASKONURÓW

Przemieszczamy się z nad jeziora Jökulsárlón na północ – w kierunku wulkanu Hverfjall (Hverfell). Pogoda zmienia się diametralnie. Nad nami znowu pojawia się bezchmurne niebo. Równocześnie jednak noce stają się mroźne. Nie przeszkadza nam to w nocnym zwiedzaniu Islandii. Położony w pobliżu jeziora Mývatnwulkan Hverfjall (Hverfell), przypominający kształtem ogromny stadion usypany z czarnego żużlu, oglądamy tuż przed północą. Następnego dnia rano zatrzymujemy się na dłużej przy trzecim dużym wodospadzie na naszej trasie – Goðafoss (Wodospadzie Bogów). Wziął on swoją nazwę od pogańskich bożków, których posągi zostały wrzucone do niego, kiedy Althing (najstarszy parlament Europy!) podjął w 999 lub 1000 r. decyzję o chrystianizacji Islandii. Goðafoss oferuje nam niesamowity widok. Woda z rzeki Skjálfandafljót spada tu z wysokości 12 metrów do koryta przypominającego wielki skalny pojemnik. W tym malowniczym miejscu wyczerpują się nam zapasy piwa, więc wszystko wskazuje na to, że nasza podróż powoli zbliża się do końca. 

                                                                                                                                              FOT. ROBERT GONDEK

Pozostała już tylko jedna atrakcja, którą zaplanowaliśmy sobie zobaczyć. Jedziemy podziwiać Vestfirðir – Fiordy Zachodnie, a także znajdujący się w tym regionie najdalej wysunięty na zachód kawałek Europy (nie licząc kilku wysepek z archipelagu Azorów) – urwisko Látrabjarg. Słynie ono również z tego, że jest jednym z największych europejskich terenów lęgowych ptaków. Spotkamy na nim alki, głuptaki, nurzyki, ale przede wszystkim maskonury zwyczajne (Fratercula arctica). Uznaje się je nie tylko za symbol Islandii, lecz także za jedne z najpiękniejszych skrzydlatych stworzeń świata. Te sympatycznie wyglądające ptaki, posiadające jaskrawo pomarańczowy dziób i czarno-białe upierzenie, są bardzo wdzięcznym obiektem do fotografowania. Dziwi nas trochę, że zamieszkują tak wysoki brzeg, gdyż na pierwszy rzut oka poruszają się nieco niezdarnie. Gdy lądują na skalnych półkach, sprawiają wrażenie, jakby dopiero zaczynały się tego uczyć. Niestety, nie możemy poświęcić maskonurom zbyt dużo czasu. Musimy wracać do stołecznego Reykjavíku.

 

ISLANDZKIE PRZYSMAKI

Do największego miasta Islandii (120-tysięcznego) przybywamy zgodnie z planem. Niestety, aura nie sprzyja spacerom. Chłód i zimny wiatr powodują, że jedyne, o czym marzymy, to usiąść w ciepłym pomieszczeniu. Wędrujemy kolorowymi uliczkami Reykjavíku w poszukiwaniu dobrej knajpki. Na koniec naszego pobytu na wyspie chcielibyśmy spróbować lokalnych specjałów. W czasie podróży udało nam się zakupić jedynie kilka paczek suszonych ryb. Otwieranie opakowań z nimi w zamkniętym samochodzie podczas jazdy okazało się złym pomysłem ze względu na ich niezbyt przyjemny zapach. Trzeba przyznać natomiast, że były bardzo smaczne. Wreszcie znajdujemy niewielką restaurację serwującą grillowane steki z wieloryba (jako ciekawostkę można podać fakt, że w 2012 r. pozwolono w Islandii na połów 216 płetwali) oraz dania z mięsa z maskonura. Wszyscy z zaciekawieniem próbujemy tych pierwszych. Narodowe ptaki tego kraju wydają się nam zbyt piękne i sympatyczne, aby je jeść.

W drodze powrotnej do Polski staramy się zapamiętać wymowę słowa Eyjafjallajökull – Ejafiatlajokutl. Kupiliśmy sobie nawet pamiątkowe T-shirty z fonetycznym zapisem nazwy tego wulkanu. Wbrew pozorom jest to jeden z łatwiejszych wyrazów w języku islandzkim. W sklepie z pamiątkami dowiedzieliśmy się też, że mieszkańcy Islandii nie posiadają nazwisk. To jedyny taki kraj w Europie. Mężczyźni po swoim imieniu podają imię ojca z końcówką -son (syn), a kobiety – imię ojca z dodatkiem -dóttir (córka). Dlatego też gdybym był Islandczykiem, nazywałbym się Henriksson, a moja siostra Henriksdóttir.

W trakcie naszej tygodniowej podróży dookoła wyspy udało nam się zobaczyć zaledwie kilka z największych atrakcji tego fascynującego kraju. Aby go poznać lepiej, należałoby odwiedzić Islandię kilkukrotnie, również zimą, bo tylko wtedy można obserwować przepiękne zorze polarne. Nic straconego – w naszych głowach już świta pomysł o powrocie tutaj pod koniec następnego roku...

 

Przygoda życia na Islandii

Wywiad z Anną Parką z Explore Iceland, organizatorką różnego rodzaju wypraw i wyjazdów incentive na Islandię. 

Dlaczego Islandię nazywa się „krainą lodu i ognia”? Co jest takiego niesamowitego w tej wyspie?

Lód i ogień ukształtowały Islandię. Ten pierwszy uczynił to w postaci lodowców, które pokrywają aż 11 proc. powierzchni wyspy. Daje to niesamowite możliwości uprawiania różnych sportów zimowych: począwszy od wspinaczki (przeznaczonej dla każdego, oczywiście, pod czujnym okiem instruktorów i przewodników), heliskiingu (dla narciarzy i snowboardzistów poszukujących dziewiczych tras), a kończąc na ekstremalnej jeździe skuterami śnieżnymi… Z kolei za sprawą ognia, pochodzącego z wnętrza 180 islandzkich wulkanów, nierzadko przytulonych do wspomnianych już przeze mnie lodowców, tworzą się rozległe pola i jaskinie lawy oraz niezwykłe plaże z czarnym piaskiem, uznawane za jedne z 10 najpiękniejszych na świecie. My idziemy zawsze o krok dalej i oferujemy nie tylko podziwianie stożków wulkanicznych z zewnątrz, ale także podróż do wnętrza ziemi…

Islandia to stworzony przez naturę raj na ziemi, całkowicie odmienny od tego wszystkiego, co można zobaczyć w innych częściach naszej planety. Krajobrazy pełne kontrastów, najczystsza na świecie woda i niezanieczyszczone powietrze, 10 tys. dudniących wodospadów, gorące źródła i ostatnie w Europie wielkie lodowce przyciągają na tę wyspę co roku tysiące turystów. Islandia kusi także niepowtarzalnymi kolorami, które ciężko opisać słowami… Nigdzie nie widziałam tak błękitnego nieba, tak zielonych wzgórz i tylu odcieni na horyzoncie, co podczas tutejszej zorzy polarnej! Co jest niesamowitego w Islandii? Dla mnie cały ten kraj to niezwykły zakątek świata.

Jakiego typu wyjazdy na Islandię organizuje Explore Iceland?

Możemy się pochwalić najszerszą w Polsce i Europie Wschodniej ofertą. Naszym Klientom zapewniamy wyjazdy w 100 proc. dostosowane do ich oczekiwań i potrzeb, szyte na miarę. Są to zarówno wycieczki dla osób indywidualnych, jak i podróże typu incentive, ekskluzywne wyprawy dla ceniących komfort oraz trekkingi dla miłośników przyrody. Szukającym silniejszych wrażeń oferujemy ekstremalny off-road, rafting na dzikich polodowcowych rzekach, wspinaczkę lodową, nurkowanie czy kilkudniowe spływy kajakami. Rodziny z małymi dziećmi mogą pod opieką naszych doświadczonych przewodników poznawać w swoim własnym tempie uroki wysypy. W ofercie posiadamy także m.in. obserwację wielorybów podczas kilkugodzinnych rejsów, jazdę potężnymi quadami po polach lawy czy eksplorację świata ukrytego pod powierzchnią ziemi, czyli niezwykłych jaskiń… Większość naszych wypraw odbywa się specjalnie dostosowanymi do islandzkich warunków jeepami (gigantami na 46-calowych oponach!), które mogą prowadzić Klienci Explore Iceland. 

Co przyciąga turystów z Polski na tę piękną i magiczną wyspę?

Polacy szukają na Islandii przede wszystkim odmienności od tego, co znają z tak popularnych w ostatnich latach wycieczek organizowanych przez rodzime biura podróży np. do Egiptu, Tunezji, Grecji, Turcji czy Hiszpanii.

Które polskie firmy miały już przyjemność wyjechać z Państwem na Islandię? Jakiego typu atrakcje zaoferowało im Explore Iceland na miejscu?

Wśród naszych Klientów znalazły się do tej pory przede wszystkim firmy z branży ubezpieczeniowej, banki oraz duże sieci sprzedaży detalicznej. Przygotowaliśmy dla nich m.in. wyprawy off-roadowe jeepami, snorkeling, rejsy u wybrzeży Islandii i Grenlandii, rafting, wspinaczkę, wycieczki dookoła wyspy oraz przez jej interior, jazdę skuterami śnieżnymi i quadami oraz wizytę w obowiązkowych punktach dla wszystkich osób będących w Islandii po raz pierwszy – Złotym Kręgu i Błękitnej Lagunie. Tego lata organizowaliśmy również wyjazd dla agencji fotograficzno-wydawniczej, która realizowała na wyspie projekt reklamowy dla swojego Klienta. Co ciekawe, uczestnicy przygotowywanych przez nas podróży typu incentive wielokrotnie wracali do nas potem już jako turyści indywidualni, aby pokazać rodzinom urok islandzkich krajobrazów.

Jaki jest najlepszy okres do odwiedzenia Islandii? 

Na wyspie każda pora roku ma swój niepowtarzalny czar. Za zdecydowanie najpopularniejszy wśród turystów uważa się okres od maja do września, gdy świecące prawie przez całą dobę słońce ułatwia im poznawanie „krainy lodu i ognia”. To także właśnie wtedy przyroda budzi się do życia i kusi niezwykłymi barwami. W tym czasie wzgórza stają się zielone po zimowej szarości, temperatura powietrza wzrasta nawet powyżej 20°C, a na wyspę wracają jej symbole – urocze maskonury. Zima jednak jest tylko z pozoru złą porą roku na wyprawę do Islandii… Otóż niebo rozświetla tutaj wówczas majestatyczna zorza polarna, a zamarznięte wodospady tworzą zapierające dech w piersiach widoki. Zimowa Islandia stanowi też doskonałe miejsce dla narciarzy i snowboardzistów.

Dla kogo Islandia jest idealnym miejscem? Kto będzie z pewnością zadowolony z odkrywania jej uroków?

Islandia ma do zaoferowania tak wiele atrakcji, że dla każdego turysty podróż na tę wyspę ma szansę stać się przygodą życia… Kiedyś przeczytałam zabawne zdanie, że „kraina lodu i ognia” może przypaść do gustu tylko wulkanologom. Nic bardziej mylnego! Islandia to doskonałe miejsce dla prawdziwych podróżników-koneserów. Wyjazd z Explore Iceland na tę fascynującą wyspę będzie dla każdego nie tylko biernym zwiedzaniem – zawsze dbamy o to, żeby nasi Klienci znaleźli się podczas wypraw w centrum wydarzeń, których scenariusze sami współtworzą...

Kiedy myśli Pani o Islandii, to…

…czuję i wiem, że jestem w domu.

 

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.                                                www.exploreiceland.pl

 


 

Artykuły wybrane losowo

Cuba libre

 

JERZY PAWLETA

www.jerzypawleta.pl

 

Muzycy w słynnym lokalu „Casa de la Trova” w mieście Santiago de Cuba

casa de la trova dancers santiago

© CUBAN TOURIST BOARD

 

Kuba to z wielu względów miejsce wyjątkowe na mapie świata. Elementem charakterystycznym są tutaj liczne stare amerykańskie samochody wtopione w kubański miejski krajobraz. Gdy wyszedłem z lotniska i rozejrzałem się wokół, nie miałem wątpliwości, gdzie jestem.

 

Pierwsze zdjęcie, jakie zrobiłem, przedstawiało ciemnoskórą dziewczynę wysiadającą z pięknego, choć mocno wiekowego i nieco rozpadającego się, niebieskiego amerykańskiego krążownika szos o wielkich skrzydłach z tylnymi lampami. Była to klasyczna kubańska taksówka, jakich spotkałem później dziesiątki, a od których nigdy nie mogłem oderwać wzroku. Są kolorowe i ogromne, zabierają tyle osób, ile zmieści się w ich wnętrzu. Jeśli załapiemy się na przejazd z miejscowymi, zapłacimy 1 peso kubańskie wymienialne (CUC), czyli prawie 1 euro, i przepłacimy jedynie 100 proc. ceny. Jeśli pojedziemy jako turyści, ta sama trasa będzie nas kosztować od 10 do 20 peso (CUC) w zależności od naszych umiejętności targowania się. Poza tym po ulicach kursują też zabytkowe kabriolety. One również mogą służyć jako taksówki, ale w tym przypadku cena zaczyna się od 35 peso (CUC), gdyż używa się ich głównie do zwiedzania stołecznej Hawany. Oczywiście, można i należy się targować, jednak często popyt przewyższa podaż.

 

Podziwianie stolicy z siedzenia starego amerykańskiego samochodu ma znaczącą przewagę nad wycieczką otwartym autobusem turystycznym, ponieważ mimo swoich rozmiarów wciśnie się on w niemal każdy zaułek, a jego kierowca pokaże nam, co tylko zechcemy, i nierzadko sam podpowie, co warto zobaczyć. Utrzymanie takich aut jest kosztowne. Części zapasowe sprowadzane są z USA, gdzie ich wyszukiwaniem i skupywaniem zajmują się wyspecjalizowane grupy Kubańczyków mieszkających głównie w Miami. Często oryginalne silniki wymienia się na mniejsze, bardziej ekonomiczne, żeby na jednym litrze paliwa zrobić nie trzy kilometry, a przynajmniej sześć. Gdy pytałem o cenę dobrze utrzymanego samochodu, w odpowiedzi otrzymywałem kwoty powyżej 30 tys. peso (CUC). Aby pokonać małe odległości w Hawanie, warto wziąć rikszę lub po prostu wybrać się na spacer.

 

MUZYCZNA WYSPA

 

Dokonywanie płatności na Kubie wydaje się dosyć skomplikowane. Oprócz peso kubańskiego wymienialnego (CUC), podstawowego środka płatniczego, używanego szczególnie przez turystów, w obiegu pozostaje też peso kubańskie (CUP), w którym wypłatę otrzymują Kubańczycy. Ta druga waluta ma ok. 25 razy mniejszą wartość niż pierwsza. Obcokrajowcy także mogą w niej płacić za towar lub usługi, ale trudno znaleźć kantor, który wymienia euro (dużo lepszy kurs niż za dolary amerykańskie) na peso kubańskie (CUP), a ja nie spotkałem miejsca, gdzie mógłbym się nimi posłużyć. Bankomaty, jeśli w ogóle udaje się je znaleźć, nie zawsze akceptują europejskie karty płatnicze. W niewielu punktach dokonamy również płatności kartą, warto więc zabrać ze sobą wystarczającą ilość gotówki.

 

Na Kubie, oprócz zabytkowych samochodów i uśmiechniętych mieszkańców pozdrawiających mnie przyjaznym Hola! („Cześć!”), powitała mnie też muzyka. Rozbrzmiewa ona właściwie wszędzie: w hotelu, restauracji, kafejce, sali koncertowej, sklepie czy na ulicy. Jest tak różna, jak skomplikowana jest historia kraju i jej wpływ na kulturę wyspy. Oczywiście, dominuje w niej ten charakterystyczny rys, jaki znamy choćby ze ścieżki dźwiękowej kultowego już filmu Wima Wendersa Buena Vista Social Club z 1999 r., który spopularyzował muzykę kubańską na świecie. Genialną i zarazem moją ulubioną piosenkę Chan Chan skomponowaną przez Compaya Segundo (1907–2003) słyszałem tutaj w wielu niezwykłych wersjach. Bardzo wysoki poziom prezentują koncerty muzyki klasycznej. Dobrze wykształceni Kubańczycy (szkolnictwo jest bezpłatne) otrzymują w swoim kraju znakomite przygotowanie do rozpoczęcia kariery na światowych scenach. Miałem przyjemność uczestniczyć w świetnym koncercie w dawnym kościele (dziś sali koncertowej) przy barokowym klasztorze św. Franciszka z Asyżu (Convento de San Francisco de Asís), obecnie pełniącym funkcję Muzeum Sztuki Sakralnej (Museo de Arte Sacro). Wznosi się on przy pięknym placu św. Franciszka z Asyżu (Plaza de San Francisco de Asís), otoczonym zabytkową zabudową i otwartym na Terminal Sierra Maestra (przystań statków wycieczkowych) i Zatokę Hawańską (Bahía de La Habana). Licząca 42 m wieża świątyni to najwyższa konstrukcja z epoki kolonialnej na terenie Starej Hawany (La Habana Vieja). Plac zdobi Fontanna Lwów (Fuente de los Leones) wykonana z białego marmuru.

 

W wielu miejscach w stolicy usłyszymy także musicale czy muzykę popularną. Jednym z najpiękniejszych budynków, w którym będzie nam dane cieszyć się tego rodzaju utworami, jest Teatr Wielki (Gran Teatro de La Habana), usytuowany w sąsiedztwie charakterystycznego monumentalnego Kapitolu (Capitolio Nacional de Cuba), wzorowanego na Panteonie w Paryżu, Bazylice św. Piotra w Watykanie i siedzibie Kongresu Stanów Zjednoczonych w Waszyngtonie. Po spektaklu bez trudu znajdziemy magiczną kolorową taksówkę, stoi ich tu zawsze pełno. A jeśli zapragniemy napić się kawy, możemy wstąpić do „Gran Café El Louvre”, utrzymanej w kolonialnym stylu kawiarni przy pobliskim klimatycznym Hotelu Inglaterra. W poszukiwaniu różnych odmian kubańskiej muzyki warto odwiedzić też jeden z kabaretów, jak choćby słynną „Tropicanę” (działającą od 31 grudnia 1939 r.) ze sceną pod gołym niebem, która zaskakuje różnorodnością repertuaru i bogactwem strojów.

 

RUM W ROLI GŁÓWNEJ

 

Z Kubą kojarzy się jeszcze – oczywiście – rum, prawdziwa duma tego kraju. Produkowany jest w wielu destylarniach i występuje w różnych odmianach. Sam smakuje znakomicie, ale stał się również podstawą licznych wyśmienitych koktajli. Barmani wciąż prześcigają się w pomysłach i wymyślają nowe drinki, aby zaskoczyć gości. Niemniej największą popularnością wśród koneserów dobrych trunków cieszą się te najbardziej klasyczne, uwielbiane przez znane postaci, które gościły na wyspie. Niektóre z tutejszych klimatycznych knajpek słyną właśnie ze swoich sławnych klientów. W barze i restauracji „Floridita” kolejka chętnych wydaje się nie kończyć. Nikogo to jednak nie zraża, przecież tutaj bywał amerykański pisarz i dziennikarz Ernest Hemingway (1899–1961). Jeśli nie lubimy tłumów, to jego ulubiony koktajl na bazie białego rumu, czyli daiquiri, możemy wypić także w „El Presidente”. Dodatkową atrakcją tego lokalu znajdującego się na wysokim piętrze starej kamienicy jest znakomity widok na Malecón, kilkukilometrową promenadę położoną wzdłuż wybrzeża, o które rozbijają się fale Zatoki Meksykańskiej.

 

Jednym z najlepszych drinków z rumem, jakie miałem przyjemność zdegustować, był habana especial sporządzony w Hotelu Habana Riviera. Jego wielki gmach zbudował w latach 50. XX w. w dzielnicy Vedado, nowej części kubańskiej stolicy wzorowanej na otwartych przestrzeniach Miami, znany amerykański gangster polsko-żydowskiego pochodzenia Meyer Lansky (Meier Suchowlański). Wnętrza zachowały oryginalny wystrój z epoki, dotyczy to zwłaszcza efektownej restauracji czy przylegającego do niej baru. Naprawdę trudno oprzeć się zaproszeniu miejscowego barmana, który raczy gości opowieściami z czasów świetności hotelu i ilustruje je oryginalnymi zdjęciami zapisanymi w pamięci swojego telefonu komórkowego.

 

W Hawanie każdy koktajl to osobna historia. Pewnego razu trafiłem na jedną z wielu tak pięknych, jak zaniedbanych uliczek Starej Hawany, która tętniła swoim południowym rytmem. Życie toczyło się na niej wszędzie, w oknach, na skrzyżowaniach, w małych knajpach. Koło jednej z tych ostatnich, „El Ángel de Tejadillo”, zaczepił mnie z uśmiechem ciemnoskóry mieszkaniec tego kwartału miasta. Zachęcił go mój beret z wizerunkiem symbolu rewolucji – Ernesta „Che” Guevary (1928–1967). Zaprowadził mnie do znajdującego się gdzieś zupełnie na uboczu dosyć prostego wnętrza ze stolikiem z maszyną do pisania i sfatygowanym krzesłem. Na ścianie wisiały zdjęcia „Che” Guevary, zapisana kartka i pokaźnych rozmiarów dzwon. Podobno właśnie w tym miejscu zasiadał i pisał swoje teksty. Dźwięk dzwonu oznajmiał wszystkim jego przybycie, miał prowokować agentów CIA, którzy chcieli go zabić. Ku czci Ernesta „Che” Guevary serwuje się tu, podobno jedyne w Hawanie, drinki w kolorach flagi Kuby: niebieskim, białym i czerwonym.

 

Wyśmienitych koktajli alkoholowych z rumem skosztować można wszędzie – zarówno w najzwyklejszej knajpce na rogu lub zapuszczonym sklepiku, jak i w najlepszym hotelu w mieście czy na luksusowym katamaranie, z którego będziemy podziwiać kubańską stolicę od strony morza. Do klasycznych pozycji w menu należą mojito, piña colada, cubata, ron collins, wspomniane daiquiri bądź habana especial. Na początku tej listy znajduje się połączenie rumu i napoju tuKola, czyli cuba libre, a w tłumaczeniu na polski „wolna Kuba”.

 

RÓŻNE TWARZE STOLICY

 

Hawana to swoista mozaika. Jest tak różnorodna i zaskakująca, że nigdy nie starcza dnia, aby zrealizować założony plan zwiedzania. Zawsze znajdziemy uliczkę, która skusi nas kolorami swoich kamienic, muzyką dobiegającą zza rogu, kawiarenką wabiącą zapachem kawy. Oprócz tego w rejonie La Habana Vieja, wpisanym w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, i jego bezpośrednim sąsiedztwie wznoszą się monumentalne budowle świadczące o tym, jak ważną rolę odgrywało to miasto na przestrzeni wieków. Są ich dziesiątki. Na pewno należy wspomnieć barokową Katedrę w Hawanie (Catedral de La Habana), dawny Pałac Prezydencki (dziś siedzibę Muzeum Rewolucji – Museo de la Revolución), niegdysiejszą ufortyfikowaną rezydencję hiszpańskich gubernatorów Kuby Castillo de la Real Fuerza i Pałac Kapitanów Generalnych (Palacio de los Capitanes Generales). Poza tym zachowało się tu wiele zabytkowych kościołów i klasztorów.

 

Na nabrzeżu, tuż obok Terminalu Sierra Maestra, gdzie podczas mojego pobytu na Kubie, w dniu 2 maja 2016 r., do Hawany przybył po raz pierwszy od czasów wprowadzenia embarga przez USA ogromny turystyczny statek pasażerski MV Adonia (należący do amerykańskiej linii Fathom), znajduje się hala targowa. Obok stoisk z typowymi towarami działa w niej największa galeria malarstwa, jaką w życiu widziałem. Pod rozległym dachem artyści i zwykli sprzedawcy oferują przeróżne obrazy. Kolorowe płótna, umieszczone nad sobą na wielkich stojakach, tworzą prawdziwy labirynt. Niedaleko stąd w swoje progi zaprasza gości niewielki browar o długiej, dźwięcznej nazwie „Cervecería Antiguo Almacén de la Madera y el Tabaco”, gdzie oprócz spróbowania kilku rodzajów piwa możemy zjeść pyszny posiłek i posłuchać zespołu grającego gorące kubańskie przeboje. Za 10 peso kubańskich wymienialnych kupimy płytę CD z muzyką w jego wykonaniu.

 

Przy tej samej alei (Avenida del Puerto) mieści się Muzeum Rumu Havana Club – Museo del Ron Havana Club. W kilkupiętrowej kamienicy zebrano wiele eksponatów związanych z wytwarzaniem tego trunku, udostępniono multimedialne wystawy przybliżające jego historię i otwarto dobrze zaopatrzony sklep. Niemal naprzeciwko znajduje się spory mural z kolorową podobizną Ernesta „Che” Guevary, idealne miejsce do zrobienia sobie zdjęcia ze słynnym latynoamerykańskim rewolucjonistą. Scenerię Starej Hawany wykorzystali twórcy serialu House of Lies (Kłamstwa na sprzedaż) emitowanego przez stację telewizyjną Showtime. Jest to pierwsza realizacja amerykańskiego scenariusza w tym kraju od momentu przywrócenia stosunków między USA i Kubą. Ekipę filmową i jej wielkie ciężarówki spotkałem koło Kościoła św. Anioła Stróża (Iglesia del Santo Ángel Custodio). Kręceniu scen piątego sezonu przyglądali się z ogromnym zainteresowaniem liczni Kubańczycy. Wielu z nich miało wpięte w klapy marynarki czy koszule znaczki symbolizujące przyjaźń kubańsko-amerykańską.

 

Bogato zdobiona barokowa fasada XVIII-wiecznej Katedry w Hawanie

68 CatedralNueva Havanna 14x8 F1

© CUBAN TOURIST BOARD

 

HAWANA W NOWYCH CZASACH

 

Miejscem, które nie sposób ominąć w Hawanie, jest plac Rewolucji (Plaza de la Revolución). Jego centralny punkt stanowi olbrzymi Pomnik José Martíego (Monumento a José Martí), kubańskiego bohatera narodowego, przywódcy ruchu niepodległościowego w XIX w., a zarazem poety i pisarza. Otaczają go równie monumentalne budynki rządowe. Nie byłyby może warte wspomnienia, gdyby nie znajdował się wśród nich bodaj najczęściej fotografowany przez turystów gmach na Kubie – Ministerstwo Spraw Wewnętrznych. Tę szczególną popularność zawdzięcza on ogromnych rozmiarów metaloplastyce przedstawiającej Ernesta „Che” Guevarę. Plaza de la Revolución dobitnie przypomina nam, że kubańska rewolucja ciągle trwa. Inny jest jedynie jej charakter. Wydaje się, że bardziej przystający do naszych czasów.

 

Po drugiej stronie wejścia do Zatoki Hawańskiej i portu znajdują się dwie hiszpańskie fortece – Castillo del Morro (z XVI–XVII w.) i Fortaleza de San Carlos de la Cabaña (z XVIII stulecia). Od strony Starej Hawany dostać się do nich można wyłącznie tunelem drogowym biegnącym pod kanałem. Warto zapuścić się w zakamarki Zamku Morro, poczuć i usłyszeć huk fal uderzających o skały, na których stoi ta potężna budowla z latarnią morską. Z jej murów roztacza się wspaniały widok na całą zatokę i kubańską stolicę. W pobliżu działa restauracja „Los Doce Apóstoles”. Druga twierdza zbudowana została nieco powyżej, na niewielkim wzniesieniu. W dniach 3–7 maja 2016 r. gościła międzynarodowe targi turystyczne pod nazwą FITCuba, coroczne wydarzenie skupiające wystawców z wielu krajów, w tym organizacje turystyczne, linie lotnicze, sieci hotelowe, biura podróży czy usługodawców z różnych dziedzin turystyki Kuby. Była to już 36. edycja tej zakrojonej na szeroką skalę imprezy. Jak zazwyczaj w targach udział wzięli przedstawiciele władz i liczni zwiedzający. Mnie zaskoczyły dwie rzeczy: silna reprezentacja Kanady i fakt, że Kanadyjczycy stanowią największy procent turystów odwiedzających Kubę.

 

KRÓLESTWO CYGAR

 

Hawana przyciąga z wielką siłą, ale na wyspie jest wiele atrakcyjnych miejsc. Jedziemy na zachodni kraniec Kuby – do prowincji Pinar del Río. W Las Barrigonas zatrzymują nas przedziwne baniaste palmy, pod którymi rozciągają się plantacje trzciny cukrowej i tytoniu. Liście tytoniu zbiera się w lutym i marcu. Podczas mojego pobytu w maju suszyły się już w naturalnych warunkach. Zanim się je roluje, podlegają procesowi fermentacji trwającemu ok. 45 dni. Dopiero dzięki temu nabywają idealnych właściwości. W ten sposób powstają znane na całym świecie kubańskie cygara. W nieodległym sklepiku można kupić gotowe wyroby mające rozmaitą jakość i sprzedawane pod różnymi markami. Ich ceny są – oczywiście – również bardzo zróżnicowane.

 

Kolejny przystanek to park linowy w malowniczym rejonie Valle de Viñales, także słynącym z upraw tytoniu i wpisanym w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO z uwagi na niezwykły krajobraz. Rozrzucone pojedynczo po dolinie olbrzymie formacje wapienne (mogoty) przybierają niesamowite formy. Między nimi leżą małe wioski i plantacje. Na jednym z takich pagórów rozpoczynamy zjazd na linach. Do pokonania jest kilka odcinków o różnej skali trudności i rozwijanej prędkości. Kaski, w które nas wyposażono, nie odgrywają więc roli jedynie kolorowego dodatku do stroju. Widoki rozpościerające się z tej wysokości są fantastyczne! W jednej z urokliwych dolinek (Valle de Dos Hermanas), pod wielką skałą z ogromnym malowidłem z lat 60. XX w. (miejscowi nazywają je Muralem Prehistorycznym – Mural de la Prehistoria) znajduje się restauracja. Zamawiamy kubańskie specjały, czyli zupę ajiaco i danie ropa vieja („stare ubranie”) – rozdrobnioną wołowinę podawaną z ryżem i warzywami. Raczymy się też pysznymi drinkami, a posiłek umila nam muzyka na żywo. Zespół gra nawet moją ulubioną piosenkę Chan Chan.

 

Mural Prehistoryczny przedstawia etapy ewolucji ludzi i zwierząt

45

© JERZY PAWLETA/JERZYPAWLETA.PL

 

KARAIBSKIE WAKACJE

 

Nie wolno jednak zapomnieć, że Kuba to przecież Karaiby – wspaniałe białe plaże, turkusowa woda, rozłożyste palmy i wszystko to, co kojarzy się z wakacjami. W takie miejsce chce się uciec choćby na chwilę. Warto pojechać do położonego ok. 130 km na wschód od Hawany Varadero, kurortu spełniającego marzenia o wakacyjnym raju. Przed turystycznym kompleksem handlowo-restauracyjnym Plaza América, będącym również centrum kongresowym i wychodzącym wprost na białą plażę, witają nas pracownicy baru i restauracji „The Beatles”. Na placu muzycy grają rockandrollowe przeboje. Nie jest to rzecz zwyczajna na Kubie – muzyka takich zespołów jak The Beatles czy The Rolling Stones była przez lata zakazana przez władze. Dzięki polepszeniu się stosunków dyplomatycznych ze Stanami Zjednoczonymi do Hawany zawitali w marcu 2016 r. z darmowym koncertem właśnie sami Rolling Stonesi. Występ wieńczył ich latynoamerykańską trasę. Muzykom klubu „The Beatles” towarzyszą kubańscy harleyowcy w czarnych skórzanych ubraniach z wyszytym napisem Latino Americanos Motociclistas Asoc. Cárdenas Cuba. Przy plaży króluje salsa, a na piasku rozłożyli swój sprzęt kitesurferzy. Aż chce się żyć!

 

Jesteśmy gośćmi Meliá Hotels & Resorts, hiszpańskiej sieci eleganckich, komfortowych hoteli. Meliá Marina Varadero – 5-gwiazdkowy obiekt, w którym zostaliśmy zakwaterowani – znajduje się nad brzegiem morza, więc czym prędzej zanurzamy się w ciepłych, aksamitnych wodach. Na lunch warto wybrać się katamaranem na jedną z pobliskich wysepek, a po drodze odwiedzić delfinarium. Obserwowanie tych sympatycznych ssaków to niezwykła przyjemność. Jeszcze więcej radości sprawia zabawa z nimi. Turyści zapraszani są do ogromnych basenów skonstruowanych na środku morza i mogą głaskać ocierające się o nich delfiny, bawić się z nimi czy nawet próbować je podnieść! Nieco dalej czeka na przybyszów karaibski raj. Małą, porośniętą wysmukłymi palmami wysepkę okala biała plaża i turkusowa woda. Na granicy piaszczystego brzegu i palmowego gaju znajduje się niewielka restauracja. Tutaj możemy się oddać wakacyjnym przyjemnościom – popływać, ponurkować, pograć na plaży, poopalać się czy wreszcie zjeść świeże ryby i owoce morza przyrządzone po karaibsku. Barmani serwują wina, zimne lokalne piwo Cristal i słynne kubańskie drinki. Wracamy do domu? Nunca! („Nigdy!”) – jak zakrzyknęliby radośnie Kubańczycy.

 

Rejs katamaranem u wybrzeży Varadero

66 Catamaran 12x7 F1

© CUBAN TOURIST BOARD

 

 

„G’day, Aussieland” – z wizytą na antypodach

KAROLINA SYPNIEWSKA
www.karolinasypniewska.pl


<< „No worries, mate” (z ang. „nie ma sprawy, stary”) powtarzają ciągle Australijczycy z uśmiechem na twarzy. Ten popularny zwrot pokazuje ich beztroskie podejście do przeciwności losu. W Australii każdy jest „mate” – kolegą, kumplem, dobrym znajomym. Z drugiej strony ten kontynent wydaje się bardzo niebezpiecznym miejscem dla człowieka. Czyhają tu na niego rekiny, włochate pająki i najbardziej jadowite na świecie węże. Czy jednak naprawdę powinniśmy się bać? Nie dowiemy się, jeśli nie zaryzykujemy. Zapraszam do niezmiernie interesującej krainy kangurów! >>

W II w. n.e. na mapie Ptolemeusza, greckiego astronoma, matematyka i geografa, pojawił się tajemniczy ląd, którego istnienie uczony założył na podstawie teorii mówiącej, że północny region świata musi równoważyć na południu jakaś ziemia. Zaczęto określać go mianem Terra Australis bądź Terra Australis Incognita (z łac. Ziemia Południowa, Nieznana Ziemia Południowa). To właśnie od tego wyrażenia wywodzi się nazwa najmniejszego na naszej planecie kontynentu (8,6 mln km² powierzchni) oraz 6. pod względem wielkości państwa na świecie (zaraz po Rosji, Kanadzie, Chinach, USA i Brazylii), które na nim leży. W kraju tym żyje prawie 24 mln ludzi, z czego 85 proc. mieszka w odległości 50 km od wybrzeża. Suchy i nieprzyjazny interior zasiedla rdzenna ludność tych stron – wyjątkowo wytrzymali Aborygeni.

Więcej…

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…