ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

 

<< Islandia bywa często określana mianem „Nowej Zelandii Europy”. Swoje piękno i popularność wśród turystów zawdzięcza wyjątkowemu położeniu geograficznemu, a także surowemu i wilgotnemu klimatowi. Przyciąga podróżników przede wszystkim wspaniałą przyrodą, iście księżycowymi krajobrazami oraz ogromnymi przestrzeniami niezamieszkałych terenów. Za jedną z głównych atrakcji tej fascynującej wyspy uważa się wulkany, których jest ok. 130. Aż 18 spośród nich było aktywnych w ciągu ostatnich dwunastu stuleci. Do największych należą Askja, Katla, Hekla, Hvannadalshnúkur (będący jednocześnie najwyższym szczytem kraju – 2110 m n.p.m.) i Eyjafjallajökull (który spowodował ogromne zamieszanie w międzynarodowym ruchu lotniczym w kwietniu 2010 r.). Poza tym znajdziemy tu również gejzery, gorące źródła, lodowce, wodospady i fiordy. Nie należy też zapominać o tym, że ze względu na bliskość koła podbiegunowego północnego latem na Islandii słońce świeci prawie 24 godziny na dobę, a zimą występują noce polarne, podczas których na niebie pojawiają się przepiękne zorze.>>

Ísland, czyli po islandzku „Kraina Lodu”, leży w północnej części Oceanu Atlantyckiego, na południe od koła podbiegunowego północnego oraz ok. 290 km na wschód od Grenlandii i 750 km na północny zachód od Szkocji. Na jej terytorium składa się głównie wyspa Islandia, a także kilka mniejszych wysepek, w tym archipelag Vestmannaeyjar. Funkcję stolicy pełni Reykjavík, a największymi spośród pozostałych trzydziestu miast są Kópavogur, Hafnarfjörður, Akureyri, Reykjanesbær i Garðabær. Jedynie w tych sześciu ośrodkach miejskich liczba ludności przekracza 10 tys. Jednak to nie one stanowią o niezwykłej atrakcyjności tego kraju, lecz jego nieskazitelna i różnorodna przyroda.

 

Na zwiedzanie Islandii nie mamy tym razem zbyt wiele czasu. W ciągu 7 dni chcemy zobaczyć tak dużo, jak to tylko możliwe. Na naszej trasie znajdują się m.in. region Landmannalaugar, trzy przepiękne wodospady – Gullfoss (Złoty Wodospad) na rzece Hvítá (Białej Rzece), Skógafoss i Goðafoss, jezioro Jökulsárlón (Laguna Lodowcowa), wulkany Hverfjall (Hverfell) i Krafla oraz urwisko Látrabjarg w najbardziej na zachód wysuniętej części Vestfirðir (Fiordów Zachodnich). Na koniec odwiedzimy stołeczny Reykjavík. Postawiliśmy więc przed sobą bardzo ambitny plan do zrealizowania...

W jednej z miejscowych wypożyczalni wynajmujemy samochód terenowy i wyruszamy na wyprawę dookoła Islandii. Aby móc przeprawiać się nim przez rzeki i podróżować po bezdrożach, trzeba wykupić specjalne ubezpieczenie. My prawie przez cały czas (mamy tylko 7 dni!) będziemy się trzymać głównej islandzkiej drogi, która została poprowadzona dookoła wyspy. Łączy ona najważniejsze miasta i większość najpopularniejszych atrakcji przyrodniczych kraju. Nasz wybór dobrze przemyśleliśmy, gdyż zwiedzanie terenów w głębi lądu bez odpowiedniego wyposażenia bywa praktycznie niemożliwe. Aby jak najlepiej wykorzystać czas, nie przerwiemy podróży także nocą, bowiem w lipcu na Islandii słońce niemal nie zachodzi...

 

GEJZERY I WULKANY

Naszą wyprawę rozpoczynamy od wizyty w rozpalającej wyobraźnię podróżników dolinie Haukadalur. Słynie ona z dwóch gejzerów – Geysir i Strokkur. To właśnie temu pierwszemu z nich zawdzięczają swoją nazwę wszystkie tego typu źródła geotermalne na świecie. Geysir wyrzucał gorącą wodę na wysokość ok. 60–80 metrów od końca XIII stulecia aż do lat 60. XX w. Obecnie czyni to na ogół ze znacznie mniejszą siłą i bardzo nieregularnie. Mniej więcej 50 metrów na południe od niego znajduje się Strokkur (Maselnica).Niemal bez przerwy gromadzą się wokół tego gejzeru liczni widzowie i z aparatami fotograficznymi czekają na moment, kiedy nagromadzona pod ziemią woda wystrzeli w górę na wysokość 15–30 metrów. I chociaż wszyscy wiedzą, że zdarza się to regularnie w odstępach ok. 5–10 minut, za każdym razem znajdzie się kilku przemoczonych śmiałków, którzy podeszli zbyt blisko. My jednak do nich nie należymy i w bezpiecznej odległości podziwiamy ten cud natury.

FOT. ROBERT GONDEK

Gejzer Strokkur - podziwiając jego wybuchy, poczujemy silny zapach siarki

 

Okrążając wyspę, nie sposób nie zauważyć licznych wodospadów. Początkowo zachwycamy się wszystkimi, ale zatrzymujemy się tylko przy tych najsłynniejszych. Jako pierwszy na pokonywanej przez nas trasie pojawia się najpopularniejszy z nich – 32-metrowy Gullfoss składający się z dwóch prostopadłych do siebie kaskad. Wygląda niepozornie, a jednak w każdej sekundzie przepływa przez niego średnio aż 140 m3 wody! To robi wrażenie nawet na nas, doświadczonych podróżnikach. Zroszeni unoszącą się w pobliżu mgiełką ruszamy dalej. Przed nami największa i najbardziej wyczekiwana atrakcja podróży – region Landmannalaugar.

FOT. PROMOTE ICELAND/RAGNAR SIGURDSSON

Gullfoss (Złoty Wodospad) na rzece Hvita (Białej Rzece)

 

LANDMANNALAUGAR – GÓRY TĘCZĄ MALOWANE

Zjeżdżamy z głównej trasy. Szutrowa droga prowadzi w surowy interior. Wystarcza kilka kilometrów jazdy po wulkanicznym pyle i kamieniach, aby na jednej z ostrych skał przebić oponę. Musimy zmienić koło. Nie jest to takie proste, gdyż samochód został zapakowany po brzegi. Podróżujemy w 5 osób i zaopatrzyliśmy się w solidny zapas piwa podczas zakupów w strefie bezcłowej. W końcu udaje się nam dostać do dna bagażnika. Odtąd staramy się jechać znacznie ostrożniej. Więcej zapasowych kół nie posiadamy. Mijamy jezioro Frostastaðavatn i stajemy nad rzeką. Nie mamy wyjścia – musimy ją pokonać, aby dotrzeć do celu. Powoli wjeżdżamy do koryta. Czujemy się trochę niepewnie. Na szczęście bez żadnych problemów przeprawiamy się na drugi brzeg. Długo marzyłem o tym, aby znaleźć się w tym miejscu. Jego wspaniałe krajobrazy nie zawiodły mnie. Przed naszymi oczami rozciągają się wielobarwne góry: zielone, pomarańczowe, białe, brązowe, które wyglądają, jakby ktoś celowo pomalował je na wszystkie możliwe kolory. W promieniach nisko zawieszonego zachodzącego słońca tutejsze widoki wydają się jeszcze bardziej nierealne. Trudno uwierzyć, że na ziemi istnieją tak malownicze miejsca.

Następnego dnia rano decydujemy, że zostaniemy tu cały dzień. Wykorzystamy go na trekking. Z kilku miejscowych tras wybieramy szlak prowadzący na jedno z wyższych wzniesień w okolicy – wulkan Bláhnjúkur(940 m n.p.m.). Na szczycie naszym oczom ukazuje się panorama pofałdowanych wielokolorowych wzgórz. Ten widok na długo pozostanie w mojej pamięci. Po zejściu do doliny kąpiemy się w gorących źródłach i nasz pobyt w górach malowanych tęczą dobiega końca.

 

WODOSPADY i JEZIORA

Dalszą podróż kontynuujemy nocą. Wracamy na główną islandzką drogę. Zmierzamy nad wodospad Skógafoss. Zaczyna jednak padać deszcz i decydujemy się rozbić nasze namioty, aby przeczekać brzydką pogodę. Do celu docieramy następnego dnia rano. Okolica tonie w słońcu. Skógafoss jest zupełnie inny niż Gullfoss. Zieleń otaczających go traw aż razi w oczy. Woda spada z wysokości 60 metrów, a w unoszącej się mgle można dostrzec pojedynczą, a czasami podwójną tęczę. Co ciekawe, wodospad powstał na skałach dawnego klifu, który wiele lat temu stanowił linię brzegową południowej Islandii. Na przestrzeni wieków ocean cofnął się i obecnie odległość od brzegu wynosi tutaj ok. 5 km. Z dużej wysokości wyraźnie daje się zauważyć granicę pomiędzy płaskim, nisko położonym nowym lądem a starą częścią wyspy.

Na dwa kolejne dni zaplanowaliśmy wyprawę nad jezioro Jökulsárlón. Niestety, tuż przed naszym wylotem na Islandię, 21 maja 2011 r., miała miejsce podlodowcowa erupcja wulkanu Grímsvötn (1725 m n.p.m.). W jej efekcie pokrywający go lodowiec Vatnajökull częściowo stopniał, co spowodowało gwałtowny wzrost poziomu wody w okolicznych rzekach i doprowadziło do powodzi glacjalnej (jökulhlaup). Zerwany został wówczas jedyny most w okolicy, a przejazd, nawet samochodem terenowym, stał się niemożliwy. Moglibyśmy dostać się nad jezioro inną drogą, ale musielibyśmy objechać wyspę dookoła. Brakuje nam na to czasu, liczymy więc na łut szczęścia. Mamy nadzieję, że przeprawę chociaż prowizorycznie naprawiono i damy radę pokonać rzekę. Postanawiamy zaryzykować i udaje się nam! W końcu docieramy po godz. 20.00 nad brzeg jeziora – słynnej islandzkiej Laguny Lodowcowej. Spóźniliśmy się nieco na godzinny rejs łodzią. Ostatnia z nich wypłynęła o 20.00 na tzw. wieczorną wycieczkę po Jökulsárlón (Evening Cruise). Nie będziemy – niestety – pływać pośród fok i dryfujących w stronę oceanu fragmentów lodowca Vatnajökull. Jednak podziwianie z daleka odrywających się kawałków lodu jest również ciekawe.

Aby zobaczyć wszystko to, co mieliśmy w planach, musimy nieco przyśpieszyć. Paradoksalnie pomaga nam w tym brzydka pogoda. Okoliczne wzgórza toną we mgle, więc nie zatrzymujemy się zbyt często, żeby fotografować malownicze krajobrazy.

 

FIORDY ZACHODNIE – W KRAINIE MASKONURÓW

Przemieszczamy się z nad jeziora Jökulsárlón na północ – w kierunku wulkanu Hverfjall (Hverfell). Pogoda zmienia się diametralnie. Nad nami znowu pojawia się bezchmurne niebo. Równocześnie jednak noce stają się mroźne. Nie przeszkadza nam to w nocnym zwiedzaniu Islandii. Położony w pobliżu jeziora Mývatnwulkan Hverfjall (Hverfell), przypominający kształtem ogromny stadion usypany z czarnego żużlu, oglądamy tuż przed północą. Następnego dnia rano zatrzymujemy się na dłużej przy trzecim dużym wodospadzie na naszej trasie – Goðafoss (Wodospadzie Bogów). Wziął on swoją nazwę od pogańskich bożków, których posągi zostały wrzucone do niego, kiedy Althing (najstarszy parlament Europy!) podjął w 999 lub 1000 r. decyzję o chrystianizacji Islandii. Goðafoss oferuje nam niesamowity widok. Woda z rzeki Skjálfandafljót spada tu z wysokości 12 metrów do koryta przypominającego wielki skalny pojemnik. W tym malowniczym miejscu wyczerpują się nam zapasy piwa, więc wszystko wskazuje na to, że nasza podróż powoli zbliża się do końca. 

                                                                                                                                              FOT. ROBERT GONDEK

Pozostała już tylko jedna atrakcja, którą zaplanowaliśmy sobie zobaczyć. Jedziemy podziwiać Vestfirðir – Fiordy Zachodnie, a także znajdujący się w tym regionie najdalej wysunięty na zachód kawałek Europy (nie licząc kilku wysepek z archipelagu Azorów) – urwisko Látrabjarg. Słynie ono również z tego, że jest jednym z największych europejskich terenów lęgowych ptaków. Spotkamy na nim alki, głuptaki, nurzyki, ale przede wszystkim maskonury zwyczajne (Fratercula arctica). Uznaje się je nie tylko za symbol Islandii, lecz także za jedne z najpiękniejszych skrzydlatych stworzeń świata. Te sympatycznie wyglądające ptaki, posiadające jaskrawo pomarańczowy dziób i czarno-białe upierzenie, są bardzo wdzięcznym obiektem do fotografowania. Dziwi nas trochę, że zamieszkują tak wysoki brzeg, gdyż na pierwszy rzut oka poruszają się nieco niezdarnie. Gdy lądują na skalnych półkach, sprawiają wrażenie, jakby dopiero zaczynały się tego uczyć. Niestety, nie możemy poświęcić maskonurom zbyt dużo czasu. Musimy wracać do stołecznego Reykjavíku.

 

ISLANDZKIE PRZYSMAKI

Do największego miasta Islandii (120-tysięcznego) przybywamy zgodnie z planem. Niestety, aura nie sprzyja spacerom. Chłód i zimny wiatr powodują, że jedyne, o czym marzymy, to usiąść w ciepłym pomieszczeniu. Wędrujemy kolorowymi uliczkami Reykjavíku w poszukiwaniu dobrej knajpki. Na koniec naszego pobytu na wyspie chcielibyśmy spróbować lokalnych specjałów. W czasie podróży udało nam się zakupić jedynie kilka paczek suszonych ryb. Otwieranie opakowań z nimi w zamkniętym samochodzie podczas jazdy okazało się złym pomysłem ze względu na ich niezbyt przyjemny zapach. Trzeba przyznać natomiast, że były bardzo smaczne. Wreszcie znajdujemy niewielką restaurację serwującą grillowane steki z wieloryba (jako ciekawostkę można podać fakt, że w 2012 r. pozwolono w Islandii na połów 216 płetwali) oraz dania z mięsa z maskonura. Wszyscy z zaciekawieniem próbujemy tych pierwszych. Narodowe ptaki tego kraju wydają się nam zbyt piękne i sympatyczne, aby je jeść.

W drodze powrotnej do Polski staramy się zapamiętać wymowę słowa Eyjafjallajökull – Ejafiatlajokutl. Kupiliśmy sobie nawet pamiątkowe T-shirty z fonetycznym zapisem nazwy tego wulkanu. Wbrew pozorom jest to jeden z łatwiejszych wyrazów w języku islandzkim. W sklepie z pamiątkami dowiedzieliśmy się też, że mieszkańcy Islandii nie posiadają nazwisk. To jedyny taki kraj w Europie. Mężczyźni po swoim imieniu podają imię ojca z końcówką -son (syn), a kobiety – imię ojca z dodatkiem -dóttir (córka). Dlatego też gdybym był Islandczykiem, nazywałbym się Henriksson, a moja siostra Henriksdóttir.

W trakcie naszej tygodniowej podróży dookoła wyspy udało nam się zobaczyć zaledwie kilka z największych atrakcji tego fascynującego kraju. Aby go poznać lepiej, należałoby odwiedzić Islandię kilkukrotnie, również zimą, bo tylko wtedy można obserwować przepiękne zorze polarne. Nic straconego – w naszych głowach już świta pomysł o powrocie tutaj pod koniec następnego roku...

 

Przygoda życia na Islandii

Wywiad z Anną Parką z Explore Iceland, organizatorką różnego rodzaju wypraw i wyjazdów incentive na Islandię. 

Dlaczego Islandię nazywa się „krainą lodu i ognia”? Co jest takiego niesamowitego w tej wyspie?

Lód i ogień ukształtowały Islandię. Ten pierwszy uczynił to w postaci lodowców, które pokrywają aż 11 proc. powierzchni wyspy. Daje to niesamowite możliwości uprawiania różnych sportów zimowych: począwszy od wspinaczki (przeznaczonej dla każdego, oczywiście, pod czujnym okiem instruktorów i przewodników), heliskiingu (dla narciarzy i snowboardzistów poszukujących dziewiczych tras), a kończąc na ekstremalnej jeździe skuterami śnieżnymi… Z kolei za sprawą ognia, pochodzącego z wnętrza 180 islandzkich wulkanów, nierzadko przytulonych do wspomnianych już przeze mnie lodowców, tworzą się rozległe pola i jaskinie lawy oraz niezwykłe plaże z czarnym piaskiem, uznawane za jedne z 10 najpiękniejszych na świecie. My idziemy zawsze o krok dalej i oferujemy nie tylko podziwianie stożków wulkanicznych z zewnątrz, ale także podróż do wnętrza ziemi…

Islandia to stworzony przez naturę raj na ziemi, całkowicie odmienny od tego wszystkiego, co można zobaczyć w innych częściach naszej planety. Krajobrazy pełne kontrastów, najczystsza na świecie woda i niezanieczyszczone powietrze, 10 tys. dudniących wodospadów, gorące źródła i ostatnie w Europie wielkie lodowce przyciągają na tę wyspę co roku tysiące turystów. Islandia kusi także niepowtarzalnymi kolorami, które ciężko opisać słowami… Nigdzie nie widziałam tak błękitnego nieba, tak zielonych wzgórz i tylu odcieni na horyzoncie, co podczas tutejszej zorzy polarnej! Co jest niesamowitego w Islandii? Dla mnie cały ten kraj to niezwykły zakątek świata.

Jakiego typu wyjazdy na Islandię organizuje Explore Iceland?

Możemy się pochwalić najszerszą w Polsce i Europie Wschodniej ofertą. Naszym Klientom zapewniamy wyjazdy w 100 proc. dostosowane do ich oczekiwań i potrzeb, szyte na miarę. Są to zarówno wycieczki dla osób indywidualnych, jak i podróże typu incentive, ekskluzywne wyprawy dla ceniących komfort oraz trekkingi dla miłośników przyrody. Szukającym silniejszych wrażeń oferujemy ekstremalny off-road, rafting na dzikich polodowcowych rzekach, wspinaczkę lodową, nurkowanie czy kilkudniowe spływy kajakami. Rodziny z małymi dziećmi mogą pod opieką naszych doświadczonych przewodników poznawać w swoim własnym tempie uroki wysypy. W ofercie posiadamy także m.in. obserwację wielorybów podczas kilkugodzinnych rejsów, jazdę potężnymi quadami po polach lawy czy eksplorację świata ukrytego pod powierzchnią ziemi, czyli niezwykłych jaskiń… Większość naszych wypraw odbywa się specjalnie dostosowanymi do islandzkich warunków jeepami (gigantami na 46-calowych oponach!), które mogą prowadzić Klienci Explore Iceland. 

Co przyciąga turystów z Polski na tę piękną i magiczną wyspę?

Polacy szukają na Islandii przede wszystkim odmienności od tego, co znają z tak popularnych w ostatnich latach wycieczek organizowanych przez rodzime biura podróży np. do Egiptu, Tunezji, Grecji, Turcji czy Hiszpanii.

Które polskie firmy miały już przyjemność wyjechać z Państwem na Islandię? Jakiego typu atrakcje zaoferowało im Explore Iceland na miejscu?

Wśród naszych Klientów znalazły się do tej pory przede wszystkim firmy z branży ubezpieczeniowej, banki oraz duże sieci sprzedaży detalicznej. Przygotowaliśmy dla nich m.in. wyprawy off-roadowe jeepami, snorkeling, rejsy u wybrzeży Islandii i Grenlandii, rafting, wspinaczkę, wycieczki dookoła wyspy oraz przez jej interior, jazdę skuterami śnieżnymi i quadami oraz wizytę w obowiązkowych punktach dla wszystkich osób będących w Islandii po raz pierwszy – Złotym Kręgu i Błękitnej Lagunie. Tego lata organizowaliśmy również wyjazd dla agencji fotograficzno-wydawniczej, która realizowała na wyspie projekt reklamowy dla swojego Klienta. Co ciekawe, uczestnicy przygotowywanych przez nas podróży typu incentive wielokrotnie wracali do nas potem już jako turyści indywidualni, aby pokazać rodzinom urok islandzkich krajobrazów.

Jaki jest najlepszy okres do odwiedzenia Islandii? 

Na wyspie każda pora roku ma swój niepowtarzalny czar. Za zdecydowanie najpopularniejszy wśród turystów uważa się okres od maja do września, gdy świecące prawie przez całą dobę słońce ułatwia im poznawanie „krainy lodu i ognia”. To także właśnie wtedy przyroda budzi się do życia i kusi niezwykłymi barwami. W tym czasie wzgórza stają się zielone po zimowej szarości, temperatura powietrza wzrasta nawet powyżej 20°C, a na wyspę wracają jej symbole – urocze maskonury. Zima jednak jest tylko z pozoru złą porą roku na wyprawę do Islandii… Otóż niebo rozświetla tutaj wówczas majestatyczna zorza polarna, a zamarznięte wodospady tworzą zapierające dech w piersiach widoki. Zimowa Islandia stanowi też doskonałe miejsce dla narciarzy i snowboardzistów.

Dla kogo Islandia jest idealnym miejscem? Kto będzie z pewnością zadowolony z odkrywania jej uroków?

Islandia ma do zaoferowania tak wiele atrakcji, że dla każdego turysty podróż na tę wyspę ma szansę stać się przygodą życia… Kiedyś przeczytałam zabawne zdanie, że „kraina lodu i ognia” może przypaść do gustu tylko wulkanologom. Nic bardziej mylnego! Islandia to doskonałe miejsce dla prawdziwych podróżników-koneserów. Wyjazd z Explore Iceland na tę fascynującą wyspę będzie dla każdego nie tylko biernym zwiedzaniem – zawsze dbamy o to, żeby nasi Klienci znaleźli się podczas wypraw w centrum wydarzeń, których scenariusze sami współtworzą...

Kiedy myśli Pani o Islandii, to…

…czuję i wiem, że jestem w domu.

 

e-mail: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie obsługi JavaScript.                                                www.exploreiceland.pl

 


 

Artykuły wybrane losowo

Off-road – ekscytujące podróże po bezdrożach

WOJCIECH KUDER

 

                                                                                                             FOT. TOURISM QEENSLAND

<< Zawrotna prędkość, zwiększony poziom adrenaliny i chęć zmierzenia się z własnymi ograniczeniami to główne powody, dla których wielu Polaków coraz częściej zamienia ekskluzywne hotele w formule all inclusive na wypełnione mułem koryta rzek, niedostępne grzęzawiska, bezkresne piaski pustyni, mroźne lodowce czy kamienne bezdroża. Moda na pełne wrażeń wyprawy off-roadowe ma się znakomicie! Oczarowani ekstremalną jazdą pasjonaci samochodów z napędem na cztery koła odnajdują w nich poczucie wolności oraz okazję do wygrania z samym sobą i odwiecznymi siłami dzikiej przyrody. A wszystko to w tumanach kurzu i przy akompaniamencie warczących silników… Ubłoceni, pogryzieni przez komary, skrajnie wyczerpani, lecz niewiarygodnie dowartościowani i szczęśliwi uczestnicy wypraw off-roadowych tworzą nowy, ekscytujący kierunek z pogranicza sportów ekstremalnych, motoryzacji i turystyki. Jeżdżą zdobywać bezdroża oraz poznawać piękne zakątki Europy, Afryki, Azji, Australii czy Ameryki Południowej. >>

Off-road, czyli w największym skrócie sport motorowy, który polega na pokonywaniu specjalnie przygotowanym samochodem terenowym nieutwardzonych dróg i trudno przejezdnych terenów, pozwala naprawdę uwierzyć w siebie. Docierając tam, gdzie nie zapuszczają się zwykli turyści, przeprawiając się przez rwące potoki, pokonując strome polodowcowe wąwozy i wspinając się przeciążonym do granic fabrycznych możliwości jeepem na nieprzyjazne kamieniste zbocza czy wysokie piaszczyste wydmy, każdy może poczuć się jak nieustraszony podróżnik i odkrywca.

Więcej…

Wszystkie odcienie Peru

IMG 20160616 174118594 HDR

Alpamayo magazyn Alpinismus ogłosił w 1966 r. najpiękniejszą górą świata

© PERU EXPEDITIONS TOURS

 

KAROLINA WUDNIAK

 

Peru to kraj kontrastów: zimna i gorąca, gór i oceanu, bogactwa i biedy, przeszłości i współczesności, bujnej zieleni wilgotnych lasów równikowych i suchych piasków pustyni. Mieni się kolorami tęczy. Ta wielka różnorodność zadziwia, zachwyca, a nawet wciąga na dłużej. Mnie wciągnęła na dwa pełne miesiące, a wciąż czuję, że to zdecydowanie za mało czasu, aby odkryć wszystkie jej odcienie.

 

Obecne tereny Peru setki lat wstecz zamieszkiwali Inkowie, którzy stworzyli całkiem rozległe imperium. Dzisiejszy kraj zajmuje powierzchnię niemal 1,3 mln km2 i jest trzecim największym państwem kontynentu po Brazylii i Argentynie. Od północy graniczy z Ekwadorem i Kolumbią, na wschodzie – z Boliwią i Brazylią, na południu – z Chile, a zachodnie wybrzeże oblewają wody Oceanu Spokojnego. Na obszarze Peru leżą wilgotne lasy dorzecza Amazonki i pustynia, wznoszą się sześciotysięczne szczyty oraz wspaniałe inkaskie ruiny i perły kolonialnej architektury. W tym pięknym kraju nie sposób się nudzić, bo każdy znajdzie w nim coś dla siebie.

 

Turyści zwykle zaczynają tu zwiedzanie od Limy, peruwiańskiej stolicy. Stąd wyruszają później na poznawanie innych regionów Peru. Do wyboru mają wiecznie zielone lasy równikowe, majestatyczne Andy, suche płaskowyże, a nawet pacyficzne plaże.

 

004554 300

Pustynię w okolicy miasta Ica można przemierzać pojazdem typu buggy

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/WALTER HUPIU

 

Z WIZYTĄ W STOLICY

 

Lima jest jednym z największych miast w Ameryce Południowej, zamieszkuje ją ponad 10 mln osób. Ośrodek założył 18 stycznia 1535 r. hiszpański konkwistador Francisco Pizzaro (1478–1541) – miał służyć jako zaplecze do podboju imperium Inków. Od 1551 r. działa tutaj szkoła wyższa (Uniwersytet Świętego Marka – Universidad Nacional Mayor de San Marcos), najstarsza na kontynencie. Przez stulecia Lima była stolicą Wicekrólestwa Peru (w latach 1542–1821), a później Republiki Peru. Dziś jest szybko rozwijającą się metropolią, ale znajduje się w niej wiele zabytków z dawnych czasów. Historyczną część miasta z kolonialną zabudową wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wyróżniają ją przede wszystkim słynne limskie balkony – bogato i pięknie zdobione przykuwają uwagę przechodniów. Można je podziwiać podczas spaceru ulicami biegnącymi pomiędzy dwoma głównymi placami: Plaza Mayor de Lima (Plaza de Armas de Lima) i Plaza San Martín. Wokół obu wznoszą się wspaniałe zabytkowe obiekty. Przy pierwszym z nich stoi Katedra (Catedral de Lima), której budowę rozpoczęto w 1535 r., Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) i Pałac Rządu (Palacio de Gobierno del Perú), obecna oficjalna siedziba prezydenta kraju. Oczywiście, budynki ozdabiają balkony. Przy drugim placu warto zwrócić uwagę na Gran Hotel Bolívar, a w szczególności jego wnętrze i wspaniałą witrażową kopułę. Miłośnicy sztuki sakralnej nie powinni przegapić również stojącej nieopodal Pałacu Rządu Bazyliki św. Franciszka wraz klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco). Z kolei poszukiwacze polskich śladów za granicą muszą zajrzeć do pobliskiego Domu Literatury Peruwiańskiej (Casa de la Literatura Peruana) mieszczącego się w budynku dawnego dworca (Estación de Desamparados). Jedną ze ścian zdobi w nim tablica poświęcona Ernestowi Malinowskiemu (1818–1899) – polskiemu inżynierowi i budowniczemu Centralnej Kolei Transandyjskiej (Ferrocarril Central del Perú).

 

Kolejnym tutejszym rejonem popularnym wśród turystów jest pełen hoteli, hosteli, restauracji i sklepów dystrykt prowincji Lima – Miraflores. Można tutaj kupić sweter z wełny z lamy lub alpaki, plecaki w inkaskie wzory, torebki, dywany, buty, portfele i co tylko dusza zapragnie. Jednak należy zdawać sobie sprawę z tego, że na spacer po targowiskach przy alei Abela Bergasse’a du Petita Thouarsa (Avenida Petit Thouars) potrzeba sporo czasu, dużo silnej woli, umiejętności negocjacyjnych, cierpliwości i… pieniędzy. Po opuszczeniu tego świata andyjskich kolorów najlepiej poszukać wytchnienia nad oceanem. Trasy spacerowe przy Circuito de Playas ciągną się kilometrami. Rozpościera się z nich doskonały widok na surferów walczących z falami. Warto przyjrzeć się rzeźbom w Parku Miłości (Parque del Amor), a na kolację wybrać się do dystryktu Barranco charakteryzującego się piękną i stonowaną XIX-wieczną architekturą, drogimi restauracjami z wymyślnymi daniami kuchni peruwiańskiej i modnymi kawiarniami.

 

011315 300

Promenada Malecón de Miraflores w Limie biegnie niemal na skraju klifów

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/MIGUEL CARRILLO

 

W SERCU TROPIKALNEGO LASU

 

Stolica Peru jest dobrą bazą wypadową do różnych części kraju, w tym do tych trudno dostępnych, jak choćby największe na świecie miasto, do którego nie można dojechać drogą lądową – Iquitos. Najłatwiej dostać się do niego samolotem z Limy, ale najłatwiej wcale nie musi oznaczać najciekawszej formy podróżowania. Inną możliwość stanowi rejs jednym ze statków, które wyruszają z miast Yurimaguas i Pucallpa. Z tego pierwszego płynie się do Iquitos dwa i pół dnia, z drugiego – trzy dni. Powolna podróż pozwala obserwować z pokładu życie rzek Marañón (z Yurimaguas) i Ukajali (z Pucallpy) oraz Amazonki, do której oba dopływy dołączają przed miastem. Taki rejs zdecydowanie nie należy do szczególnie komfortowych, ale może być ciekawą przygodą. Alternatywą dla niego jest lot do Iquitos i kilkudniowa wycieczka po Amazonce na pokładzie jednej z luksusowych i pełnych atrakcji łodzi (należących np. do Delfin Amazon Cruises czy Aqua Expeditions). To idealne rozwiązanie dla turystów spragnionych wrażeń, którzy jednocześnie nie chcą rezygnować z wygody. Warto zdecydować się na wyprawę po rzece, bo wschody i zachody słońca w jej rejonie należą do najwspanialszych na świecie. Poza tym to dobry pomysł na odcięcie się od codzienności.

 

Amazonia, zajmująca północno-wschodnią część Peru (ok. 60 proc. powierzchni kraju), jest pięknym i egzotycznym regionem, w którym króluje dzika i nieokiełznana natura. W bezpośredni z nią kontakt można wejść zarówno podczas rejsu po rzece, jak i w trakcie wędrówki po lesie deszczowym. Kilka nocy spędzonych w domku oddalonym od cywilizacji, położonym w samym sercu zielonej gęstwiny również dostarcza sporo wrażeń. Już w Iquitos, w ośrodkach ratowania zwierząt spotkamy mieszkańców królestwa przyrody, np. małpy, manaty, krokodyle czy kolorowe motyle. W ukrytym w selwie mieście żyje na co dzień ponad 450 tys. osób. W centrum znajdziemy wiele pięknych, choć mocno nadgryzionych zębem czasu, budynków z okresu tzw. boomu kauczukowego, czyli przełomu XIX i XX w., kiedy Europejczycy zaczęli na masową skalę pozyskiwać kauczuk w Amazonii. Jeden z najsłynniejszych obiektów stoi na głównym placu Iquitos, Plaza de Armas, i nazywa się Dom z Żelaza (Casa de Fierro). Miał go podobno zaprojektować sam Gustaw Eiffel na wystawę światową w Paryżu w 1889 r. Jeden z potentatów kauczukowych kupił budynek, rozebrał i przetransportował właśnie tutaj. Z tego odciętego od świata miasta najlepiej jednak szybko uciekać. Tutejsze lepkie, wilgotne i gorące powietrze sprawia, że zaczyna się marzyć o chłodniejszym klimacie górskich szczytów. Akurat w Peru nietrudno to marzenie spełnić. Wystarczy wybrać się w inną część kraju.

 

WŚRÓD SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

To właśnie ta wielka różnorodność zachwyca w Peru. Z głośnego, wonnego i bujnego lasu deszczowego można bez problemu przenieść się do surowej krainy strzelistych, śnieżnych gór. Do najpiękniejszych pasm peruwiańskich Andów należy Kordyliera Biała (Cordillera Blanca). Ciągnie się przez prawie 200 km, a swoją nazwę zawdzięcza zawsze ośnieżonym kilkunastu sześciotysięcznikom i kilkudziesięciu pięciotysięcznikom. W paśmie jest również ponad 720 lodowców. Najwyższy szczyt Kordyliery Białej, a zarazem całego Peru, Huascarán, mierzy 6768 m n.p.m. Każdy, kto chociaż raz oglądał jakiś film wyprodukowany przez Paramount Pictures, widział też górę Artesonraju (6025 m n.p.m.), której sylwetka widnieje w logo amerykańskiej wytwórni (przynajmniej tak twierdzą niektórzy). Miłośnicy górskich wędrówek z całego świata przyjeżdżają do 130-tysięcznego miasta Huaraz, stanowiącego dobrą bazę wypadową na większość tras, także na te w sąsiedniej Kordylierze Czarnej (Cordillera Negra). Szlaki mają różny poziom trudności. Do najbardziej popularnych wypraw należą jednodniowa wycieczka do zniewalającego błękitem polodowcowego jeziora Laguna 69, kilkudniowy trekking Santa Cruz oraz ok. 12-dniowy trekking Cordillera Huayhuash, ale możliwości jest zdecydowanie więcej. Mniej doceniane, ale również ciekawe i trochę łatwiejsze trasy znajdują się w Kordylierze Czarnej, z której rozpościera się niezwykły widok na Kordylierę Białą. Te ośnieżone góry to jedno z moich ukochanych miejsc w Ameryce Południowej, do którego z pewnością jeszcze wrócę.

 

PERUWIAŃSKIE SPECJAŁY

 

Nie można pisać o Peru i nie poruszyć tematów kulinarnych. Dlaczego? Bo tutejsza kuchnia uchodzi za najlepszą w Ameryce Południowej, i to zasłużenie, ponieważ jest wyjątkowo różnorodna. Miejscowe przepisy zasiliły m.in. chińskie, japońskie, hiszpańskie, francuskie i włoskie wpływy. Dzięki temu dziś można wybierać wśród wielu dań z ryb, wołowiny, kurczaka, kukurydzy, ziemniaków czy kwinoi, nazywanej peruwiańskim ryżem lub komosą ryżową. Na pobudzenie apetytu polecam pisco sour, czyli narodowy koktajl Peru. Pisco to destylat powstały z winogron przy okazji produkcji wina, jest dość mocny. Cieszy się podobną popularnością w Peru i Chile i od lat oba kraje toczą spór o to, kto pierwszy zaczął produkować ten trunek. Kwestia – oczywiście – pozostaje nierozstrzygnięta, ale to nie powinno przeszkadzać w degustacji. Kiedy pisco zmiesza się z sokiem z limonek i gorzkim likierem angostura oraz przykryje pianą ubitą z białek jajek, powstaje pisco sour. Ten drink wypić można prawie w każdym pubie i restauracji w kraju, ale żeby zobaczyć, jak produkuje się sam alkohol, trzeba wybrać się na pustynię, w okolice miasta Ica.

 

POŚRÓD PIASKÓW PUSTYNI

 

Mikroklimat regionu Ica umożliwia uprawę winogron, z których wytwarza się mało popularne peruwiańskie wina i uwielbiane pisco. Trunki te powstają kilkanaście kilometrów na północ od wspomnianego miasta. Wystarczy jednak pojechać kilka kilometrów na zachód od Iki, żeby znaleźć się na pustyni, a dokładniej w oazie Huacachina – świetnym miejscu na odpoczynek i uprawianie nietypowych aktywności. Lokalne agencje oferują tutaj przejażdżki po pustynnych wydmach pojazdem rodem z filmu Mad Max, tzw. buggy, oraz sandboarding, czyli nic innego jak zjeżdżanie na specjalnie przygotowanej desce po piasku, przypominające snowboarding i akrobacje na śniegu. Wcale jednak nie trzeba umieć jeździć na snowboardzie, żeby spróbować tej rozrywki. Z większości desek da się korzystać… w pozycji leżącej. Wystarczy się położyć lub usiąść, złapać za przymocowane uchwyty i zjechać z piaszczystego zbocza. Zachód słońca nad tymi wydmami jest przepiękny! Złotopomarańczowe światło tańczące na pustynnym piasku tworzy cudowne wzory. Stąd można wybrać się do Paracas, ponad 70 km na północny zachód od miasta Ica, i wsiąść na jedną z łodzi płynących na wyspy Ballestas (Islas Ballestas), żartobliwie zwane przez niektórych Galapagos dla ubogich, a to dlatego, że na terenie miejscowego rezerwatu żyją pingwiny Humboldta, kotiki południowe, uchatki patagońskie i inne zwierzęta, które trudno spotkać w pozostałych rejonach Peru.

 

Z kolei na południe od Iki znajduje się wielka gratka dla miłośników tajemniczych zjawisk. Mowa tu o słynnych liniach i rysunkach naziemnych w okolicy miasta Nasca (Nazca). W niektórych kręgach te geoglify uznawane są za znaki pozostawione przez przedstawicieli obcej cywilizacji. Jednak naukowcy przypisują ich autorstwo ludowi z kultury Nazca. Linie oraz rysunki zwierząt i roślin pokrywają obszar ok. 450 km2. Powstawały pomiędzy 500 r. p.n.e. a 500 r. n.e. Według opracowań naukowych peruwiańskie geoglify mogły mieć znaczenie religijne lub służyły za kalendarz astronomiczny. Żeby zobaczyć je w całości, trzeba odbyć lot niewielką awionetką.

 

NA DNIE KANIONU

 

Dalej na południe od Naski leży 900-tysięczna Arequipa, drugie największe po względem liczby ludności miasto Peru. Powstała w 1540 r., była ważnym ośrodkiem ekonomicznym w czasach kolonialnych, a w latach 1835–1883 pełniła funkcję stolicy kraju. Jej historyczny rejon został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i zachwyca piękną architekturą. Centralny plac miasta, Plaza de Armas, warto obejść zarówno za dnia, jak i po zmroku, kiedy wszystkie budynki są ładnie podświetlone. Uwagę przykuwa tu neorenesansowa Katedra (Catedral de Arequipa), odbudowana w XIX w. po niszczycielskim pożarze z grudnia 1844 r. Kilka ulic dalej stoi wielki Klasztor św. Katarzyny ze Sieny (Monasterio de Santa Catalina de Siena), założony w drugiej połowie XVI stulecia, którego wnętrze kryje kolorowe dziedzińce, arkady, fontanny i dużo zieleni. Historyczne centrum jest idealne na spacer, a sama Arequipa będzie przyjemnym przystankiem po drodze do kanionu Colca. To jedna z najgłębszych tego typu dolin na świecie. Jej ściany wznoszą się po południowej stronie do 3600 m nad poziom rzeki, a po północnej – nawet do 4160 m. Ma długość ok. 120 km. Kanion rzeki Colki po raz pierwszy przepłynęli kajakami Polacy w 1981 r. Na turystów, którzy schodzą na jego dno, czeka zupełnie inny świat. Bujna zieleń mocno kontrastuje z surowymi, skalistymi zboczami. Poza tym w okolicy znajdują się także cudownie orzeźwiające baseny w oazie Sangalle i źródła wód termalnych w Llahuar. Przy temperaturach, jakie panują w kanionie, marzenie o zimnej kąpieli towarzyszy każdemu od pierwszych kroków trekkingu. Zejście do Sangalle można zaplanować na jeden dzień, ale do wyboru jest też dłuższa, dwu- lub trzydniowa wycieczka, której trasa wiedzie z doliny inną ścieżką. Cañón del Colca stanowi również dobre miejsce do obserwowania kondorów wielkich – masywnych i majestatycznych ptaków zamieszkujących Andy. Jeśli komuś nie uda się wypatrzeć ich podczas trekkingu, powinien w drodze powrotnej do Arequipy zatrzymać się na tarasie widokowym Cruz del Cóndor, przy którym często się pokazują.

 

W ŚWIECIE INKÓW

 

022330 300

Machu Picchu to arcydzieło sztuki, urbanistyki, architektury i inżynierii

© BANCO DE IMÁGENES DE PROMPERÚ/PILAR OLIVARES

 

Nie można być w Peru i nie zobaczyć Machu Picchu. Inkowie rozpoczęli budowę miasta w połowie XV w., ale jej nie dokończyli. Mniej więcej 100 lat później w nie do końca wyjaśnionych okolicznościach opuścili Stary Szczyt, jak tłumaczy się nazwę Machu Picchu. W tym wyjątkowym miejscu najbardziej zachwyca jego położenie – miasto założono wysoko w górach, pośród bujnie porośniętych zboczy. Inkowie ukryli je bardzo skutecznie – dopiero amerykański naukowiec Hiram Bingham III w 1911 r. odnalazł ośrodek. Badacz podczas wyprawy dotarł także do innych ruin dawnego inkaskiego imperium. Nie wiadomo dokładnie, jaką funkcję pełniło Machu Picchu. Naukowcy spekulują o jego roli sakralnej i badawczej, niektórzy są zdania, że był to swojego rodzaju resort dla elit społeczeństwa. Zbudowano je na dwóch poziomach, z oszlifowanych, idealnie pasujących do siebie granitowych bloków. Wyżej znajdowały się królewskie grobowce, Pałac Królewski, Świątynia Trzech Okien i Świątynia Słońca. Na niższym poziomie powstała dzielnica mieszkalna i warsztaty. Tereny uprawne wkomponowane zostały w strome zbocza góry. Machu Picchu miało swój własny system doprowadzania wody z kamiennych zbiorników do różnych części miasta oraz okolicznych pól. Ośrodek rozciąga się pomiędzy dwoma szczytami – Huayna Picchu (Wayna Pikchu, czyli Młodym Szczytem, ok. 2720 m n.p.m.) i Machu Picchu (3082 m n.p.m.). Na oba można wejść, żeby podziwiać całą okolicę. Ze szczytów rozpościerają się jedne z tych widoków, które zapierają dech w piersiach i pozostają w pamięci na długo. Są one zdecydowanie warte wysiłku, który trzeba włożyć, aby pokonać strome podejście, choć w trakcie wspinaczki nie jest to wcale tak oczywiste. W 1983 r. Machu Picchu umieszczono na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, a w 2007 r. biorący udział w głosowaniu internauci wybrali je jednym z 7 Nowych Cudów Świata. Miasto rocznie odwiedza mniej więcej 1,2 mln turystów. Gdyby nie wprowadzone kilka lat temu dzienne limity zwiedzających, zostałoby całkowicie zadeptane.

 

Do Machu Picchu nie tak łatwo się dostać. Z Cusco (Cuzco), dawnej stolicy inkaskiego imperium, jedzie się do Ollantaytambo w tzw. Świętej Dolinie Inków (Valle Sagrado de los Incas), skąd pociągiem PeruRail dociera się do Aguas Calientes – bazy noclegowej pod Starym Szczytem. Stąd często odjeżdżają małe autobusy dowożące turystów pod wejście do zaginionego miasta, ale można też dojść o własnych siłach dość stromym podejściem. Warto wstać w nocy, żeby pojechać jednym z pierwszych autobusów. Poranne złote promienie słońca lub wprowadzające mistyczną atmosferę chmury przeplatające zbocza dodają Machu Picchu nieodpartego uroku. Inną możliwością dotarcia do inkaskiego ośrodka jest dwu- bądź czterodniowy trekking trasą zwaną Camino Inca (Inca Trail). Prowadzi ona przez Świętą Dolinę Inków i okoliczne przełęcze. To jeden z najbardziej obleganych szlaków trekkingowych na świecie. Ze względu na ten fakt oraz wprowadzone przez władze limity (podobnie jak w przypadku wejścia na teren Machu Picchu) wyprawę Drogą Inków należy rezerwować z co najmniej kilkumiesięcznym wyprzedzeniem. Alternatywę dla tej trasy stanowi Salkantay Trek z nielimitowanym wstępem. Wycieczkę tym szlakiem można wydłużyć o dojście do Aguas Calientes i Machu Picchu.

 

Niezależnie od wyboru drogi, każdy turysta najpierw trafia zwykle do Cusco. Miasto to było inkaską stolicą od XIII do XVI w. i zachowało się w nim sporo pozostałości architektonicznych z tych czasów. Piękne historyczne centrum, wpisane na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO w tym samym roku co Machu Picchu, zatrzymuje przyjezdnych w swoich objęciach na kilka dni. I bardzo dobrze, bo Cusco leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., a zatem jest odpowiednim miejscem na aklimatyzację przed wyjściem na jeden z wielu szlaków w okolicznych Andach. Ten czas można wykorzystać na zwiedzanie miasta. Na uwagę zasługują pozostałości inkaskich murów, Katedra (Catedral del Cusco), Klasztor św. Dominika (Convento de Santo Domingo) czy liczne muzea z cennymi eksponatami sztuki prekolumbijskiej. Ciasne, strome, kamienne uliczki idealnie nadają się na spacery, a rozświetlony wieczorem główny plac – Plaza de Armas – odcina się na tle okolicznych wzgórz i gór. Cusco jest także dobrym miejscem na odkrywanie peruwiańskich smaków. Mnogość restauracji i kawiarni pozwala docenić tutejszą kuchnię. Bez większego trudu można znaleźć tu potrawy z mięsa lamy czy alpaki, których zdecydowanie warto spróbować podczas pobytu w Andach. Polecam też zakupienie wyrobów z wełny z alpaki (np. swetrów, czapek, szali), które są przydatną i piękną pamiątką. Na lokalnym targu dobrze również zaopatrzyć się w liście koki – sporządzony z nich napar wspomaga aklimatyzację i osłabia objawy choroby wysokościowej (hiszp. soroche). Tak przynajmniej mawiają miejscowi, którzy nałogowo popijają taki napój i żują same liście. Nawet jeśli to nieprawda, wciąż warto spróbować herbaty z koki, bo smakuje naprawdę wybornie. Pamiętać jednak trzeba, żeby pić ją jedynie na miejscu, bo wywożenie rośliny za granicę jest nielegalne.

 

MODŁY DO DUCHA GÓR

 

Po zwiedzaniu i aklimatyzacji przychodzi pora na wybór szlaku. Popularnością cieszy się wspomniany klasyczny pięciodniowy Salkantay Trek w paśmie Vilcabamba (Cordillera de Vilcabamba), trasa na Ausangate w paśmie Vilcanota (Cordillera de Vilcanota) oraz jednodniowa wycieczka pod górę Vinicunca (zwaną Tęczową Górą lub Górą Siedmiu Kolorów, 5200 m n.p.m.). Ausangate jest piątym najwyższym szczytem Peru (6384 m n.p.m.) i mieszkańcy okolicznych wiosek nazywają go Apu Ausangate. W mitologii inkaskiej apu znaczy „duch gór”, „bóg gór”. To właśnie do niego wznoszą prośby, kierują podziękowania i jemu składają ofiary. On odpowiada za dobrą lub złą pogodę, deszcze nawadniające nieliczne pola uprawne i suszę niosącą głód. Legenda mówi, że Ausangate był bratem Salkantaya (Salkantay to najwyższy szczyt pasma Vilcabamba, 6271 m n.p.m.) i razem mieszkali w Cusco. Po jednej z susz rozdzielili się, aby uratować miasteczko od głodu. Salkantay poszedł na północ. Znalazł lasy, zakazaną miłość Veróniki (góra Verónica mierzy 5682 m n.p.m.), a tym samym problemy. Ausangate z kolei wyruszył na południe, gdzie odkrył ziemię bogatą w ziemniaki i kukurydzę oraz pasące się alpaki. Dzięki temu ocalił mieszkańców Cusco przed głodem. Zarówno trekking przy górze Salkantay, jak i wyprawa wokół Ausangate stanowią ciekawe uzupełnienie wizyty w zachwycającym Machu Picchu.

 

Niesamowite w Peru jest to, że w ciągu jednego urlopu można wylegiwać się na słońcu nad Oceanem Spokojnym, spędzić dzień na pustyni i kilka dni w wiecznie zielonym lesie deszczowym, podziwiać z bliska ośnieżone szczyty sześciotysięczników, poznawać bogatą historię imperium Inków, zejść na dno głębokiego kanionu, a na dokładkę przepłynąć się królową rzek – Amazonką. Po powrocie do domu zazwyczaj zaczyna się marzyć o kolejnej wizycie w tych stronach, bo wymienione przeze mnie atrakcje to zaledwie część tego, co nas tutaj czeka. Peru wciąga i rozbudza chęć poznawania kolejnych miejsc i powrotu do tych już poznanych. Dlatego wyruszenie w ponowną podróż do tego kraju stanowi tylko kwestię czasu.

 

Île-de-France, czyli wokół stolicy Francji

ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

<< Paryż nie bez powodu zajmuje pierwsze miejsce na podróżniczej liście wielu turystów zarówno z Europy, jak i całego świata. Tu, pod żelazną Wieżą Eiffla odkrywają oni swoje ulubione zakątki, które wspominają później po powrocie do domu. I choć niektórym z nich wydaje się, że w tej części Francji widzieli już chyba wszystko, na pewno się mylą. Przed nimi zostało jeszcze wiele do zobaczenia. >>

Île-de-France to najbardziej zaludniony francuski region (12-milionowy), którego centrum stanowi jedno z najchętniej odwiedzanych europejskich miast – Paryż. Tłumaczenie nazwy tego obszaru brzmi Wyspa Francji i trzeba przyznać, że w pełni zasługuje on na swoje miano. Nigdzie indziej w tym kraju nie znajdziemy tak wielkiej liczby francuskich zabytków, muzeów, galerii, teatrów, kin i innych centrów rozrywki, jak właśnie tutaj.

Więcej…