ALICJA KAFARSKA

 

Melkam Addis Amet!, czyli „Szczęśliwego Nowego Roku!”, te radosne słowa rozbrzmiewają w Etiopii zawsze 11 września (12 w roku przestępnym). Wszystko się zgadza, bowiem przysłowiowego sylwestra Etiopczycy obchodzą niemal w środku naszego roku kalendarzowego. Dzieje się tak dzięki kalendarzowi etiopskiemu (opartemu po części na juliańskim). Dzień 11 albo 12 września jest w nim właśnie początkiem nowego roku. Etiopia to w ogóle dziwny kraj… Używa się tu kalendarza mającego 13 miesięcy – pierwsze 12 liczy po 30 dni, a ostatni, zwany Pagumen, tylko 5 dni (6 w roku przestępnym). Nowy Rok obchodzi się pod koniec pory deszczowej, kiedy niemal wszystko tonie w zieleni. Wita się go ze śpiewem na ustach i wielką radością, tak typową dla mieszkańców tego pięknego kraju. Niespodzianką są jednak nie tylko same miesiące, gdyż kalendarz etiopski (w porównaniu z naszym gregoriańskim) jest młodszy o 7–8 lat. Dlatego też początek milenijnego 2000 r. obchodzony był tutaj we wrześniu 2007 r. Natomiast obecny etiopski 2004 r. rozpoczął się kilka dni temu… Jego nadejście świętowano hucznie 12 września.

Wielu atrakcji dostarcza również liczenie czasu, a umówienie się z Etiopczykiem na właściwą godzinę jest prawdziwym wyzwaniem. Doba zaczyna się nie o północy, jak u nas, lecz o 6 rano. Zegarki Etiopczyków (także te w urzędach państwowych) wskazują więc zupełnie inną godzinę niż nasze. Warto więc od razu ustalić dokładnie, czy umawiamy się według czasu miejscowego czy też obowiązującego resztę świata...

Etiopia (dawna Abisynia) to kraj wielu dziwów – zarówno historycznych i geograficznych, jak i obyczajowych, kulturowych czy etnicznych. Potrafi zadziwiać, bawić i śmieszyć, a czasem nawet męczyć, denerwować i drażnić. Nie robi tylko jednego – nie pozostawia nas obojętnymi na to, co widzimy, poznajemy, z czym się stykamy i czego doświadczamy…

 

ADDIS ABEBA ROZCZAROWUJE

Zdecydowana większość turystów przybywa do Etiopii, lądując w niemal 4-milionowej Addis Abebie, jednym z nielicznych dużych ośrodków miejskich w całym kraju. Stolica ta na ogół rozczarowuje podróżników i drażni ich do tego stopnia, że uciekają z niej już następnego dnia. Trudno się im dziwić, bowiem Addis Abeba (jak – niestety – wiele afrykańskich metropolii) to miasto nijakie, nieciekawe, monotonne, brzydkie architektonicznie, bez żadnego ładu i składu. Z wyjątkiem Muzeum Narodowego ze szczątkami słynnej Lucy, człowieka sprzed 3,5 miliona lat, oraz pamiątek po cesarzu Meneliku II (Mauzoleum Menelika) jest pozbawione większych atrakcji. Jednym słowem – ten, kto tu trafi, czuje, że chciałby być już w innym miejscu. Gdyby nie fakt, że trzeba gdzieś jednak wylądować (znajduje się tu międzynarodowy port lotniczy Bole), aby rozpocząć właściwą przygodę w Etiopii, bez żalu można by było ominąć stolicę dawnej Abisynii. Jeśli ograniczymy się tylko do zwiedzania tego miasta, to Addis Abeba zafałszuje nam obraz całego kraju. Na szczęście pozostała część Etiopii przypomina bardziej szkatułkę pełną przecudnej urody kamieni szlachetnych…

 

ROZWINIĘTA PÓŁNOC

Dawną Abisynię możemy podzielić na dwa różne pod każdym względem regiony. Jej północną część eksplorują już od dawna indywidualni turyści. Od pewnego czasu coraz częściej zaglądają tu również zorganizowane wycieczki. Jest to prawdziwy skarbiec historii, kultury, sztuki, architektury i religii. Nie spotkałam jeszcze nikogo, kto czułby się zawiedziony wizytą w tej części kraju. Podróżuje się po niej w dosyć wygodny sposób, korzystając z kolorowych i pełnych folkloru lokalnych autobusów. Jeśli pragniemy większych luksusów, to możemy wynająć samochody terenowe z kierowcami. Północ (w odróżnieniu od południa) ma nieźle rozwiniętą infrastrukturę – asfaltowe drogi, hotele z bieżącą wodą (ciepłą i zimną), restauracje, regionalne lotniska ze stosunkowo dobrze rozbudowaną siatką połączeń wewnętrznych. Dzięki temu turyści mogą bez zbytnich problemów poznać dokładnie ten piękny, przesiąknięty chrześcijaństwem rejon kraju.

 

NIESAMOWITA LALIBELA

Na północy Etiopii najbardziej znany, zasłużenie uważany za najpiękniejszy i najciekawszy, jest kompleks monolitycznych kościołów w Lalibeli, których budowę przypisuje się cesarzowi Lalibeli na przełomie XII i XIII w. To bez wątpienia największa atrakcja turystyczna całego kraju. Dopiero za nią plasują się wspaniałe świątynie na wyspach jeziora Tana oraz zabytki Gonder lub Gondar (dawnej stolicy Cesarstwa Etiopii) czy Aksum z legendarną Arką Przymierza i tajemniczymi stelami. Warto też wspomnieć o niepowtarzalnym klasztorze w regionie Tigraj – Debre Damo z VI w. Usytuowany jest on na szczycie płaskiej góry – amby. Prawdę mówiąc, każde z tych wymienionych przeze mnie miejsc, leżących na północy Etiopii, mogłoby być atrakcją turystyczną numer 1 w wielu krajach świata.

Magiczna Lalibela, prawdziwa perła architektury nazywana „Nową Jerozolimą”, to 11 średniowiecznych świątyń wykutych w czerwonym tufie wuklanicznym. Jedynie kilka z nich to monolity (na czele z najsłynniejszym Beta Giorgis – Kościołem św. Jerzego), inne są częściowo uzupełnione cegłami lub skalnymi blokami. Zostały one podzielone na dwie grupy symboliczną rzeką Jordan. Po jednej stronie znajduje się 6 kościołów, a po drugiej – 4. Jedynie Beta Giorgis pozostaje wyraźnie oddzielony od reszty. Wchodząc do tej wspaniałej świątyni, powstałej na planie krzyża, nie można się nadziwić, jak dokładne musiały być plany budowy, skoro jest ona jedną bryłą skalną, wyżłobioną wraz ze zdobieniami – zarówno od wewnątrz, jak i z zewnątrz. Siedząc na brzegu zagłębienia, w którym znajduje się kościół, zagłębiamy się we własnych myślach… To miejsce działa tak na każdego, kto tu przybywa. Lalibela nie jest wielką metropolią, lecz małym, sennym miasteczkiem, ożywającym kilka razy do roku, które nadaje się doskonale do medytacji i kontemplacji. Stąd też można tu oglądać ogromną liczbę pustelników. Odnaleźli oni swoje miejsce na ziemi właśnie tutaj.

Kościoły Lalibeli służą do dzisiaj jako miejsca kultu i są celem pielgrzymek chrześcijan z całej Etiopii. To właśnie tu odbywają się centralne uroczystości Bożego Narodzenia oraz święto Timkat, organizowane na pamiątkę chrztu Jezusa w Jordanie. Ta barwna uroczystość obchodzona jest 19 lub 20 stycznia. Gromadzi nie tylko pielgrzymów, ale także tłumy turystów oraz fotoreporterów z całego świata. W dzień poprzedzający to interesujące święto z każdego z 11 kościołów wychodzi procesja niosąca tabot. Zawinięty jest on w kolorowe materiały i niesiony na głowie przez mnicha, który opiekuje się daną świątynią. Barwne procesje łączą się w jeden główny pochód i przy dźwiękach sistrumów, rytualnych bębnów kebero, zawodzeń i śpiewów zanosi się taboty do miejsca, w którym pozostają przez całą modlitewną noc. To jedyny czas, gdy te kamienne lub drewniane płyty, symbolizujące Arkę Przymierza, znajdują się tak długo poza kościołami. Warto przyjechać tu w styczniu, być świadkiem tych zdarzeń i poczuć na własnej skórze, że Lalibela to nie tylko piękno zaklęte w kamieniu, ale także żywe zwyczaje i tradycje.

Zwiedzając miejscowe świątynie, podziwiamy także wielką różnorodność krzyży. Nigdzie indziej na świecie ich ornamentyka nie rozwinęła się w tak wysokim stopniu. Mnisi z dumą prezentują nam najciekawsze krzyże procesyjne. Wykonano je z różnego rodzaju metali – od tych najbardziej szlachetnych, jak złoto czy srebro, aż po miedź, żelazo, brąz i mosiądz. Wśród nich wyróżniają się przede wszystkim dwa krzyże: pierwszy zrobiony jest z czarnego metalu i złota, należał niegdyś do samego króla Lalibeli, a drugi – ze szczerego złota i waży aż ok. 7 kg. Został on kiedyś skradziony, ale na szczęście odzyskano go po kilku latach.

 

ARKA PRZYMIERZA W AKSUM

Etiopia kojarzy się wielu podróżnikom z legendarną Arką Przymierza. Mówiąc o niej, mamy na myśli Aksum. Jest to kolebka etiopskiej cywilizacji, a poza tym jedno z najważniejszych miejsc kultu. Podziwiamy tu pamiątki po dawnej świetności Cesarstwa Etiopii, które istniało na tych terenach przez ponad 800 lat. Najbardziej znanymi zabytkami w Aksum są monolityczne stelle i obeliski, a także niepozorny budynek, w którym – jak głosi miejscowa tradycja – przechowywana jest właśnie Arka Przymierza. Nie znam Etiopczyka, który by w to gorąco nie wierzył! Arki, największego zabytku chrześcijaństwa, strzeżenie specjalnie wyznaczony mnich.

AKTYWNY WYPOCZYNEK W GÓRACH SEMIEN

Północna Etiopia to jednak nie tylko zabytki i religia. Poznanie tej części kraju nie byłoby pełne bez trekkingu w górach Semien. Jest to najwyższe pasmo Wyżyny Abisyńskiej. Warto wybrać się tutaj na wycieczkę wzdłuż rozpadlin, którą często nazywa się „trekkingiem jednego klifu”. Krajobraz tego masywu to płaskowyże z charakterystycznymi dla północnej Etiopii płasko ściętymi szczytami, spadającymi kilkudziesięciometrowymi stromymi zboczami do wąwozów. Wędrówka nie jest zbytnio uciążliwa, choć aż 9 szczytów osiąga wysokość 4000 m n.p.m. U podnóża gór rozciągają się sawanny, a na wzniesieniach występuje roślinność afroalpejska. Wzrok przyciągają tu wstydliny (Kniphofia), tasiemecznik abisyński (Hagenia abyssinica), endemiczna lobelia olbrzymia (Lobelia rhynchopetalum) i dywany żółtych meskeli (Bidens prestinaria). Wędrówkę po tych dziewiczych terenach uatrakcyjniają częste spotkania ze stadami dżelad (Theropithecus gelada). Są to rzadkie, roślinożerne małpy wąskonose z rodziny makakowatych, nazywane „pawianami o krwawiącym sercu”, ponieważ mają nieowłosioną, czerwoną skórę na piersiach. Góry Semien polecam wszystkim miłośnikom aktywnego wypoczynku. Należy tu jednak pamiętać o własnym namiocie i zapasach jedzenia. Kucharza i tragarzy bez problemu można wynająć w miasteczku leżącym w otulinie parku.

POŁUDNIOWA ETIOPIA – NAJPRAWDZIWSZA AFRYKA

Jadąc na południe, przenosimy się do zupełnie innego świata. Wrażenie to zapewniają nam spotykane tutaj interesujące i różnorodne grupy etniczne, kultywujące swoje dawne zwyczaje i rytuały. Prawdziwym skarbem tego regionu Etiopii są ludzie, dzięki którym czujemy, że jesteśmy w prawdziwej Afryce. Zwierzęta także tu występują, ale w tak niedużej liczbie, że turyści ich praktycznie nie spotykają. Na podziwianie dzikich zwierząt powinniśmy się wybrać do innych krajów Czarnego Lądu: Kenii, Tanzanii, Malawi, Zambii, Zimbabwe, Botswany, Namibii czy RPA.

W południowej części Etiopii najbardziej zróżnicowanym etnicznie obszarem jest dolina rzeki Omo. Przez wieki migrowały tędy ludy pochodzenia kuszyckiego, semickiego i nilockiego. Efektem tego jest dzisiaj wielokulturowy tygiel, fascynujący podróżników spragnionych autentycznych afrykańskich klimatów.

Podróżując samochodem terenowym przez bezdroża południa Etiopii (innej opcji transportu nie ma), na każdym kroku spotyka się interesujące, niezmiernie oryginalne, nagie lub skąpo odziane postaci. Dla tych ludzi nagość to nic nadzwyczajnego, rzecz codzienna, naturalna, której nie należy się wstydzić. Dla turystów, takich jak my, to przypomnienie, że ze swoimi zasadami i zwyczajami jesteśmy tu tylko gośćmi… Obawiam się, że za kilka lat, dzięki coraz łatwiejszemu dojazdowi na południe, budowie dróg asfaltowych, rozwojowi cywilizacji, może się pozbawić zamieszkujące tu ludy ich kultury, dawnych tradycji i oryginalnych zwyczajów, a dziś naturalnie piękni Hamerowie, Arbore, Tsamajowie, Karo czy wojowniczy Mursi podzielą los Zulusów z RPA, którzy przyjeżdżają z domów do skansenów, zdejmują dżinsy i T-shirty, przebierają się i dają pokaz folklorystyczny dla wniebowziętych turystów.

W DOLINIE RZEKI OMO

Najliczniejszą grupę etniczną stanowią tutaj Hamerowie. Przywiązują oni dużą wagę do swojego wyglądu, zwłaszcza kobiety, które są jednymi z najbardziej przemyślnie ubranych w całym regionie. Noszą spódniczki z wyprawionej koziej skóry przyozdobione kolorowymi szklanymi koralikami. Na szyję nakładają dwa ciężkie miedziane naszyjniki, których nigdy nie zdejmują. Kiedy zostają mężatkami, pojawia się trzeci, bignere, wykonany ze skóry i metalu. Ich włosy są pokryte barwnikiem ochry zmieszanym z tłuszczem i glinką. Mężczyźni również układają włosy w spektakularne fryzury, których wygląd zależy od przynależności do konkretnej grupy wiekowej.

Olbrzymią wagę mieszkańcy doliny rzeki Omo przywiązują też do zdobienia swoich ciał poprzez nacinanie, zadrapywanie lub wypalanie skóry, żeby w danym miejscu powstały blizny. Sztukę tę przyjęło się nazywać mianem skaryfikacji albo tatuażem bliznowym. Pełni ona tutaj nie tylko funkcję estetyczną, obok dziwacznej biżuterii i oryginalnych fryzur, ale mówi nam też o przynależności plemiennej, a czasem nawet o zabiciu wroga.

Niekiedy mającym szczęście turystom udaje się natrafić na lokalną uroczystość, do uczestnictwa w której zostają zaproszeni. A trzeba przyznać, że wszystkie plemienne ceremonie na południu Etiopii są niezmiernie barwne i ciekawe, choć czasem niewiele z nich rozumiemy. Podróżując po terenach zamieszkiwanych przez Hamerów, można być świadkiem interesującego rytuału inicjacji – ukuli bula. Są to skoki po krowich grzbietach, które pomyślnie zakończone dają prawo do ożenku i założenia rodziny. W ten sposób wprowadza się chłopca (ukuli) w dorosłość. Dodatkowym elementem tej ceremonii, kompletnie niezrozumiałym dla Europejczyków, jest biczowanie kobiet, w którym bierze udział cała rodzina. Nad jego organizacją czuwają maz, czyli ci, którzy już przeszli pomyślnie inicjację, ale jeszcze nie wstąpili w związek małżeński. Do ich obowiązków należy dostarczenie długich, giętkich gałęzi do biczowania. Kobiety, których skóra w całości pokryta jest tłuszczem zwierzęcym, tworzą grupy, śpiewają, tańczą, trąbią i nieustannie gwiżdżą, wychwalając cały czas skaczącego po krowich grzbietach chłopca oraz jego rodzinę. Następnie stają one przed wybranym maz i deklarują chęć bycia biczowaną. Podskakując wysoko z uniesioną prawą ręką, w której trzymają trąbkę lub gwizdek, czekają na przyjęcie razów. Maz rozpoczyna wówczas biczowanie, a kobieta od tej pory obnosić się będzie ze swoimi bliznami jako dowodem odwagi, prawości i zdolności do miłości.

Najdziwniejsze ze wszystkich przedstawicielek płci pięknej, które spotykam na południu Etiopii, należą do plemienia Mursi. Charakterystyczną dla nich cechą są gliniane lub drewniane talerze (krążki), które noszą w wardze. Kobiety usuwają sobie dolne siekacze, aby uzyskać maksymalną wygodę w noszeniu tych sprawiających kłopot w mówieniu, jedzeniu oraz piciu ozdób, będących jednak kanonem piękna w tej społeczności.

Trudno odpowiedzieć na pytanie, którą część Etiopii kocham najbardziej. Myślę, że każda z nich potrafi zachwycić i oczarować prawdziwego podróżnika. To jak z dwiema połówkami jednego owocu – choć tak różne, idealnie się uzupełniają.

 

Artykuły wybrane losowo

Tajlandia – z miejskiej dżungli wprost do raju

MARCIN WESOŁY

                                                                                                             FOT. MARCIN WESOŁY

<< Tajlandia to kraj uśmiechniętych ludzi. My sami wkrótce po zawitaniu w jego gościnne progi zaczniemy odwzajemniać ten uśmiech zupełnie naturalnie i szczerze. Wszechobecna atmosfera spokoju oddziałuje na przybyszy już od pierwszych chwil i powoli zaczyna ich zmieniać. Turystom poprawia się nastrój i przestają myśleć o codziennych problemach. To prawdziwa magia Tajlandii. >>

Wydaje się, że tutaj łatwiej jest wypocząć, niż gdziekolwiek indziej na świecie. Dotyczy to również pozornie zabieganego Bangkoku, w którym także można odnaleźć swój azyl, oazę wytchnienia. Dzieje się tak zapewne za sprawą niezmiernie pogodnych i serdecznych Tajów. Już sam gest tajskiego powitania zwanego wai (dłonie złączone jak do modlitwy na wysokości piersi) promieniuje ciepłem i radością, których chcielibyśmy cały czas doświadczać. Mieszkańcy Tajlandii sprawiają wrażenie silnych jakimś im tylko znanym wewnętrznym spokojem. W tym miejscu nietrudno odzyskać równowagę psychiczną, tak potrzebną w pełnej stresów Europie.

Więcej…

Estonia – dziedziczka Inflantów

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. ENTERPRISE ESTONIA/TOOMAS VOLMER
<< „Mój kraj ojczysty, moje szczęście, radość” –
pierwsze słowa estońskiego hymnu narodowego dobrze odzwierciedlają uczucie, które przez wieki kształtowało świadomość narodową mieszkańców tego nadbałtyckiego rejonu i dodawało im sił w pokonywaniu wielu tragicznych zakrętów historii. Ziemie te narażone były nieustannie na najazdy i podlegały cały czas obcym wpływom. W epokach średniowiecza i renesansu panowali na tych terenach Niemcy, Duńczycy, Rusini i Szwedzi, a nawet chwilowo Polacy, a w ostatnich dekadach – aż do odzyskania niepodległości w 1991 r. – Rosjanie. Dzisiaj, po 22 latach od wyzwolenia, Estończycy żyją w stabilnym, prężnie rozwijającym się państwie. Co więcej, stolica kraju – Tallin, stała się ważnym europejskim ośrodkiem biznesowym i jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych w północnej części Europy. >> 

Więcej…

Nieodkryta Armenia

 Tatev Monastery

Klasztor Tatew stoi na krawędzi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

PAWEŁ SAKOWSKI

 

Armenia jest jednym z małych krajów – ma powierzchnię niemal 30 tys. km², a żyje tu ok. 3 mln ludzi, z czego ponad jedna trzecia mieszka w stołecznym Erywaniu. Wciąż nie cieszy się ona raczej zbyt dużą popularnością wśród turystów z Europy, ale zupełnie niezasłużenie. Zdecydowanie warto odwiedzić to wyjątkowe miejsce na naszym globie.

 

Podobno ormiańska diaspora rozsiana po świecie liczy aż ok. 10 mln osób. Niektórzy twierdzą wręcz, że za stolicę Armenii powinien uchodzić obszar metropolitalny Los Angeles, bo mieszka na nim więcej Ormian niż w Erywaniu (prawie 1,5 mln). Historia tego ostatniego sięga niemal 3 tys. lat wstecz. Jednak jednocześnie to armeńskie miasto jest jedną z najmłodszych stolic świata. Tę funkcję nadano mu dopiero w 1918 r., ale dwa lata później kraj znalazł się pod okupacją Armii Czerwonej. Stołecznym ośrodkiem niezależnego państwa Erywań stał się z powrotem wewrześniu 1991 r., po ponownym odzyskaniu niepodległości przez republikę. Armenia to naprawdę wyjątkowy kraj, w którym wszystko jest najstarsze i najlepsze. Tak przynajmniej twierdzą jego mieszkańcy. Ormianie stworzyli jedną z najstarszych cywilizacji na świecie. Jako pierwsi oficjalnie przyjęli chrześcijaństwo (w 301 r. n.e.), co czyni ich ojczyznę najstarszym chrześcijańskim państwem na ziemi. Tutejszy narodowy Kościół (Ormiański Kościół Apostolski) nie podlega władzy Watykanu.

 

Bezpośredni lot z Warszawy do Erywania trwa mniej więcej 3 godz. i 30 min. Różnica czasu między Armenią a Polską wynosi 2 godz. w okresie letnim i 3 godz. w okresie zimowym. Polacy nie muszą wyrabiać wizy, aby przekroczyć granicę, jeśli planują pobyt do 180 dni. Walutę kraju stanowi dram (AMD). Płatności w euro czy dolarach amerykańskich nie są obsługiwane, ale na szczęście kantorów i banków oferujących prawie identyczny kurs jest mnóstwo. Warto przygotować się na to, że po wyjściu z lotniska w Erywaniu turystów oblegają taksówkarze i inne osoby wykonujące przewozy. Standardowa cena za kurs do centrum miasta to 2–3 tys. dramów, czyli ok. 15–22 złotych. Kierowcy proponujący swoje usługi świeżo przybyłym oferują promocyjny przejazd za 15 tys. dramów (mniej więcej 110 złotych). Należy więc im ze spokojem podziękować i udać się na oficjalny postój tuż obok terminala lub zamówić taksówkę w okienku informacyjnym na lotnisku.

               

W STOLICY

 

Erywań jest specyficzny i ma swój niepowtarzalny urok. To młoda stolica, ale niezmiernie stare miasto. Na pewno warto zobaczyć w nim Kaskady, jeden z najbardziej rozpoznawalnych tutejszych obiektów. Ta monumentalna konstrukcja składa się z 572 schodów i łączy punkty, które dzielą od siebie 302 m wysokości. Ze szczytu rozciąga się malowniczy widok na cały Erywań. Widać też świętą górę Ormian, czyli Ararat (5137 m n.p.m.), odległą o ok. 50 km i znajdującą się obecnie na terytorium Turcji.

 

Ciekawym miejscem jest powstały na wzgórzu Cicernakaberd kompleks upamiętniający ofiary ludobójstwa, którego w 1915 r. dopuścili się Turcy na Ormianach. Po ormiańsku zbrodnię tę określa się mianem Mec Jeghern, czyli Wielkie Nieszczęście. Szacuje się, że śmierć poniosło wówczas ok. 1,5 mln ludzi. Większość z tych, którzy przeżyli, rozjechała się po świecie i stworzyła ogromną ormiańską diasporę. Na wzgórzu stoi wysoki na 44 m, stożkowaty słup, spod którego doskonale widać Ararat. Obok niego umieszczono 12 pochylonych płyt formujących okrąg, w jego środku płonie wieczny ogień otaczany codziennie świeżymi kwiatami. Gdy odwiedzam to miejsce, mimo zwiększającego się upału zawsze robi mi się zimno. Na terenie, na którym znajduje się kompleks, rośnie mnóstwo młodych drzew. Sadzili je tutaj znani ludzie z całego świata. W pierwszym szeregu widzę drzewa zasadzone przez prezydenta Aleksandra Kwaśniewskiego i papieża Jana Pawła II.

 

Wróćmy jednak do centrum miasta. Z placu Republiki rozchodzą się koncentrycznie ulice w różnych kierunkach. Najciekawsza jest chyba urocza ulica Abowiana, utrzymana w przedwojennym stylu, ze starą zabudową oraz mnóstwem kafejek i restauracji, czasami ukrytych w zaułkach i bramach.

Warto też przejść się otwartą w 2007 r. aleją Północną, przy której można posiedzieć w jednej z licznych kawiarenek nad filiżanką gęstej, pioruńsko mocnej ormiańskiej kawy. Większość ulic w centrum Erywania zawdzięcza swoje nazwy słynnym pisarzom, poetom, artystom, wynalazcom czy bohaterom narodowym, tymczasem tę jedną z najważniejszych arterii, główny deptak stolicy prowadzący niemal od placu Republiki aż do Opery, nazwano po prostu od kierunku świata. Jest to w pewnym sensie wynik prac planistycznych rozpoczętych w latach 20. XX w. przez wybitnego ormiańskiego intelektualistę Aleksandra Tamaniana (1878–1936), który chciał zaproponować nowy układ urbanistyczny miasta i aleja Północna miała być jego ważnym elementem. Jednak współczesne działania władz Erywania odbiegają raczej od zamierzeń planisty. Cała stara zabudowa została tutaj wyburzona, a w jej miejsce powstały nowoczesne apartamentowce wzniesione przez elitę finansową, w których... nikt nie mieszka. Są one po prostu zbyt drogie nawet dla tych w miarę zamożnych Ormian. Dlatego arteria ta często nazywana jest przez miejscowych ulicą duchów. Gdy spaceruje się nią wieczorami, można dostrzec niewielki ruch w dole, ale wszystkie okna budynków pozostają ciemne.

 

Jeśli chodzi o nocleg, ceny w hotelach wyższej kategorii w Armenii bywają porównywalne z polskimi. Jeżeli dla kogoś jest to za wysoki koszt, ma możliwość zatrzymania się w obiekcie niższej klasy bądź hostelu lub wynajęcia mieszkania. Hostele są w większości przyzwoitej jakości, ale chyba najwygodniejsze wyjście, zwłaszcza przy wielodniowym wyjeździe, stanowi po prostu wynajem. Najlepiej zdecydować się na Erywań. Kraj jest na tyle mały (ma powierzchnię mniej więcej naszego województwa wielkopolskiego), że zrobienie sobie bazy wypadowej w stolicy to świetny pomysł w przypadku pobytów dłuższych niż jeden tydzień. W Armenii warto szukać lokalu do wynajęcia poprzez miejscowy serwis hyurservice.com. W jego bazie zebrano bardzo dużo nieruchomości (apartamentów, domów i hoteli) w dogodnych lokalizacjach, w dobrym standardzie i świetnych cenach. Można znaleźć mieszkanie już za jakieś 15 tys. dramów za dzień (czyli w przybliżeniu 110 złotych), co ma swoje zalety, zwłaszcza gdy podróżuje się w towarzystwie, bo za wynajem nie płaci się od osoby. W trakcie szukania dobrej lokalizacji najlepiej na mapie Erywania wyrysować sobie okrąg, którego promień zaczynać się będzie na placu Republiki, a kończyć przy Operze. Mieszkania położone w jego obrębie znakomicie nadają się na bazę wypadową podczas pobytu w Armenii.

 

W stolicy jest mnóstwo małych, kameralnych teatrów. Mimo iż przedstawienia są najczęściej w języku ormiańskim, warto odwiedzić jeden z nich. Każdy spektakl dostarcza niezapomnianych wrażeń wizualnych i stanowi wyjątkowe artystyczne przeżycie. Zamiłowanie Ormian do sztuki widać zresztą wszędzie.

 

Wieczory polecam spędzać w licznych pubach lub klubach położonych w ścisłym centrum. Panuje w nich świetna atmosfera, w wielu miejscach można posłuchać doskonałej muzyki na żywo. Do wyboru mamy takie gatunki jak jazz, blues, rock czy folk. Trzeba jednak pamiętać, że w Armenii wciąż wszędzie wolno palić, dlatego lokale bywają zadymione, chociaż w wielu skutecznie działa klimatyzacja.

 

OD KUCHNI

 

Warto wspomnieć także o tutejszych specjałach kulinarnych. Prawdziwym skarbem tego kraju jest lawasz – tradycyjny ormiański chleb wypiekany tą samą metodą od tysięcy lat (w 2014 r. wpisany na prestiżową Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO). Można go zjeść wszędzie. Ma formę niesamowicie cienkiego placka, dużo delikatniejszego niż pita. Prawdziwego odkrycia dokonałem, gdy w jakimś małym lokalu zamówiłem lahmajo, czyli lekko słonawą pizzę na bazie tego właśnie chleba. Składa się ją w kostkę i je z ręki. Smakuje cudownie, zwłaszcza z piwem. Na obiad proponuję chinkali – tradycyjną kaukaską potrawę, kojarzoną bardziej z Gruzją, ale Ormianie też ją przygotowują, w swojej wyśmienitej wersji. To pierożki, które spożywa się w specyficzny sposób: najpierw należy przegryźć ciasto i wyssać płynną zawartość, a potem ze spokojem zjeść resztę. Chinkali są gotowane lub smażone (w tym drugim wariancie, moim zdaniem, smakują zdecydowanie lepiej). Do picia polecam bardzo popularną lemoniadę gruszkową podawaną np. w restauracji „Tumanyani Khinkali” w Erewaniu. Poza tym wszędzie króluje dolma, czyli coś na kształt naszych gołąbków. W wersji tradycyjnej farsz zawija się w liście winogron. Dla mnie to danie w takiej formie było trochę za gorzkie, dlatego wybierałem je w wariancie z liśćmi kapuścianymi. Bardzo charakterystyczne dla Armenii jest również chaczapuri – zapiekany placek typowy dla kuchni gruzińskiej. Mnie najbardziej zasmakowało w wersji adżarskiej, czyli z jajkiem.

 

Warto wspomnieć także o słodkościach. Dużą popularnością cieszy się owocowy lawasz. Powstaje on w specjalny sposób: najpierw z owoców wyciska się sok, potem rozlewa się go na dnie płaskiego naczynia i wystawia na słońce, aby wysechł. Następnie tę zaschniętą cienką warstwę zdziera się i roluje. Taki rulonik nie zawiera dodatku cukru i konserwantów. To samo zdrowie!

 

Narodowym trunkiem Armenii jest brandy (koniak). Ponoć właśnie tutaj ją wymyślono i zaczęto produkować. Występuje we wszystkich smakach i odmianach. Poza tym Ormianie kochają wino, i to nie tylko z winogron. Ciekawie smakuje np. wino morwowe.

 

Z kawą w Armenii miałem pewien problem. Z podobną sytuacją spotkałem się zresztą w krajach Europy Południowej. Tutaj po prostu nie podaje się czegoś takiego jak duża kawa z mlekiem. W małych filiżankach serwuje się za to mocny, gorący, gęsty płyn o ciemnobrązowym kolorze, po wypiciu którego język staje na baczność. Gdy prosiłem o dużą kawę z mlekiem, dostawałem podwójną porcję tego napoju i mleko w osobnym pojemniku. Jednak po dodaniu mleka nie da się wypić tej mikstury – jest zupełnie pozbawiona smaku i pomimo słodzenia pozostaje gorzka.

 

Aby w pełni poznać różnorodność kulinarną Armenii, najlepiej udać się do jednej z licznych w Erywaniu restauracji Karas. To lokalna sieć podobna do McDonald’s (co ciekawe, w tym kraju nie ma ani jednego baru tej amerykańskiej marki). W samym centrum znajduje się pięć jej lokali. Każdy z nich serwuje to samo menu, na które w całości składają się narodowe potrawy. Ceny są bardzo dobre, jakość jedzenia również. Dzięki dużemu zróżnicowaniu podczas pobytu w Armenii można niemal codziennie spróbować innego lokalnego dania.

 

Yerevan Cascade 02 

Fontanna i rzeźba Gość na drugim poziomie erywańskich Kaskad

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

WIEKOWE ZABYTKI

 

Z Erywania warto wyruszyć na poznawanie reszty kraju, zwłaszcza że jego obszar jest niewielki i wszędzie mamy blisko. Ja wybrałem na początek trzy niezmiernie atrakcyjne miejsca.

 

Najpierw odwiedziłem jedyną grecko-rzymską pozostałość w Armenii, czyli świątynię w Garni z I w. n.e., która stała się letnią siedzibą siostry króla Tiridatesa III (panującego mniej więcej w latach 287–330) – Chosrowiducht – i zapewne tylko dlatego przetrwała. Licząca sobie niemal 2 tys. lat budowla robi duże wrażenie. Co ciekawe, na murach rzymskich łaźni, które zostały dobudowane później, wyryto napis w grece: „Pracowaliśmy tutaj i nie otrzymaliśmy zapłaty za swoją pracę”. W odległości półgodzinnej przejażdżki stąd leży malowniczy zespół klasztorny Geghard z IV w., wpisany w 2000 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Był on wielokrotnie niszczony i odbudowywany. Dalej drogi już nie ma. Wydaje się, że tu kończy się świat. W podziemiach klasztoru bije źródło. Uważa się, że wypływająca z niego święta woda ma cudowną moc, podobno nawet zapewnia nieśmiertelność. Na wszelki wypadek zamoczyłem w niej stopę. Miejsca te znajdują się w odległości ok. 1 godz. drogi od Erywania. Cała wyprawa trwała w sumie 5 godz., a kosztowała 8 tys. dramów (mniej więcej 60 złotych), które wydałem na taksówkę.

 

Podczas kolejnej wycieczki docieram niemal na szczyt masywu wulkanicznego Aragac, najwyższej góry Armenii (4090 m n.p.m.). Samochodem można podjechać na wysokość 3190 m n.p.m., nad brzeg polodowcowego jeziora Kari, czyli Jeziora z Kamienia. Widoki, jakie już stąd się roztaczają, są oszałamiające. Większość turystów zatrzymuje się tutaj, aby zrobić kilka zdjęć, a potem wraca, skąd przybyła. Ja jednak zostałem dłużej, żeby wybrać się na trekking z zamiarem wejścia na wierzchołek południowy (3888 m n.p.m.). Trasa nie jest łatwa, ale do pokonania. Mimo to nie polecam wspinać się samemu. Asekuracja naprawdę się przydaje. Ja samodzielnie dotarłem na wysokość 3500 m n.p.m., lecz pogoda zmusiła mnie do odwrotu. Nie ma tu żadnego szlaku i trzeba samemu szukać najlepszego przejścia wśród bazaltowych głazów, co bywa trudne i grozi złamaniem lub skręceniem nogi. Jeśli ktoś zdecyduje się więc na taką wyprawę, powinien uprzedzić kogoś na dole o planowanej godzinie powrotu.

 

W drodze powrotnej warto zwiedzić twierdzę Amberd. Jej nazwa oznacza Fortecę w Chmurach. Wzniesiona została na szczycie wzgórza królującego nad doliną (na wysokości 2300 m n.p.m.), w której łączą się dwie rzeki – Arkaszen i Amberd. Stoi na nim już od 14 stuleci. Mimo tak doskonałego położenia nie obroniła się przed żadnym atakiem. Zdobywali ją kolejno Turcy pod panowaniem Seldżuków, Mongołowie i Tatarzy. Dzisiaj warto odwiedzić twierdzę Amberd, bo jest wyjątkowo urokliwa. Oprócz tego można podziwiać wokół cudowne krajobrazy.

 

Poza tym udało mi się obejrzeć jeszcze jeden zapomniany zabytek, do którego nawet taksówkarz nie bardzo wiedział jak dojechać. Nie było w tym miejscu nikogo i niczego dookoła. Budowla ta to wspaniały stary kościół Tegher, który istnieje od 800 lat. Co ciekawe, wciąż jest otwarty. W środku było pięknie, ale pusto. Może drzwi zostawiono otwarte, bo i tak nikt tu nie przyjeżdża? Ja jednak dotarłem w to czarujące miejsce. Naprawdę było warto. Tak zakończyła się moja druga wycieczka. Zapłaciłem za nią 14 tys. dramów (ok. 100 złotych), które znów wydałem na taksówkę, a miałem ją do dyspozycji przez cały dzień.

 

Amberd-3

Ruiny twierdzy Amberd z VII stulecia

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA

 

KLASZTOR NAD PRZEPAŚCIĄ

 

Moją najdłuższą wyprawą w Armenii był wyjazd do klasztoru Tatew. Tym razem skorzystałem z usługi sprawdzonego lokalnego biura podróży. Wyjechaliśmy bladym świtem, a wróciliśmy nocą. Wycieczka kosztowała 18 tys. dramów (mniej więcej 130 złotych).

 

Do wspomnianego klasztoru jedzie się główną magistralą łączącą zachód i wschód kraju. Droga jest koszmarna, a to przecież ważna trasa! Mijamy widoczną u podnóża góry jaskinię (Areni-1), w której znaleziono w 2008 r. pierwszy but na świecie (mający aż 5,5 tys. lat!), starszy niż egipskie piramidy. Kilka razy musimy zatrzymywać się, aby przepuścić owce przechodzące przez drogę. Stada poganiają zarośnięci pasterze w kożuchach, jadący na małych, krępych koniach. Czas cofa się na chwilę o kilkaset lat.

 

Na miejscu jesteśmy po 5 godz. jazdy z Erywania. Widok na wąwóz przy słynnym klasztorze zapiera dech w piersiach. Za chwilę całej okolicy będę przyglądał się z lotu ptaka. Krawędzie wąwozu łączą Skrzydła Tatewu – to najdłuższa jednosekcyjna, dwukierunkowa, pasażerska kolei linowa na świecie. Jej wagonik pokonuje trasę o długości prawie 6 km (5752 m). Przejazd w jedną stronę trwa aż 11 min. i 25 sek. Z okien rozpościerają się oszałamiające widoki. Według jednej z legend w okolicy klasztoru arabscy najeźdźcy gonili młodą dziewicę. Dziewczyna dobiegła do szczytu wzgórza nad wąwozem. Szybko zrozumiała, że nie ma już gdzie uciekać, więc chcąc uniknąć pohańbienia, rozłożyła ręce, zawołała Tatew! (co w wolnym tłumaczeniu znaczy „Boże, daj mi skrzydła!”) i rzuciła się w przepaść. Przekaz nie mówi o tym, czy jej modlitwa została wysłuchana, ale władze Armenii postanowiły najwidoczniej rozwiać wątpliwości i otwartą w październiku 2010 r. podniebną kolej nazwano właśnie Skrzydłami Tatewu.

 

Docieramy do klasztoru. Główne zabudowania powstały w IX w. Największa budowla to Kościół św. św. Piotra i Pawła. Pod jego nawami zostały ponoć ukryte relikwie obu tych uczniów Jezusa. Po prawej stronie świątyni można podziwiać kilkanaście starych chaczkarów, czyli ormiańskich kamiennych płyt mających upamiętniać konkretne zdarzenia lub osoby. Obok nich stoi mniej więcej ośmiometrowa kolumna pochodząca z X stulecia ostrzegająca przed trzęsieniami ziemi. Gdy jej wierzchołek zaczynał się chwiać, wiadomo było, że zbliża się kataklizm, co dawało mnichom czas, aby udać się w bezpieczne miejsce. Klasztor przetrwał kilka trzęsień ziemi, największe z nich, z kwietnia 1931 r., spowodowało poważne uszkodzenia. Prace renowacyjne nadal się odbywają i – niestety – ich końca wciąż nie widać, ale to, co można oglądać, i tak robi wielkie wrażenie. W jednym z pomieszczeń natykam się na starą bibliotekę i czytelnię, obecnie – oczywiście – bez książek. W klasztorze Tatew działał niegdyś prężnie uniwersytet (w XIV i XV w.), w którym uczyło się ponad tysiąc studentów.

 

Klasztor nadal jest czynnym miejscem kultu. Przebywa w nim… aż dwóch mnichów! Jeden z nich uchodzi za świętego. Podobno gdy pada deszcz, ziemia wokół niego jest sucha i nigdy nie moknie, a trawa pod jego stopami zielenieje, kiedy po niej chodzi. Ludzie z całej Armenii, a nawet świata, przyjeżdżają tu specjalnie po jego błogosławieństwo – wierzą, że czyni cuda. Mnie – niestety – nie pomógł, ale być może zabrakło mi wiary. Jednak i tak obdarzam Tatew głębokim uczuciem. I wiem, że to miłość wieczna i bezwarunkowa. Ciekawe, czy jest również odwzajemniona…

 

Na koniec zatrzymujemy się przed bramą klasztoru. Na krzesełku siedzi kobieta, która wygląda, jakby miała 100 lat. Dalej na straganie sprzedawcy oferują wszelkie lokalne przysmaki, w tym brandy, wina i wódki. Straganiarze częstują turystów, a ponoć nie wypada odmówić. Ja jednak im grzecznie dziękuję, bo przede mną jeszcze pięciogodzinna podróż do Erywania.

 

W drodze powrotnej podziwiam wiszący „tańczący” most w okolicy miasta Goris, w wiosce Chyndzoresk. Ma długość mniej więcej 160 m, jest wysoki na 63 m w najwyższym punkcie i waży 14 t. Most naprawdę tańczy, gdy się po nim idzie. Mniej odważni trzymają się kurczowo lin po obu stronach. Wrażenia z przechadzki są jednak warte tej odrobiny strachu.

 

Alternatywę dla opisanej wycieczki stanowi dwudniowa wyprawa do klasztoru Tatew. Jej program różni się tym, że w okolicy Goris uczestnicy zatrzymują się na nocleg, a po drodze dodatkowo odwiedza się starą winiarnię, w której można zobaczyć, jak produkowano niegdyś w Armenii wina i spróbować przeróżnych trunków. Jednak dodatkową atrakcją jest przede wszystkim wizyta w klasztorze Chor Wirap. Jego nazwę tłumaczy się jako Głębokie Lochy. Budowla często była wykorzystywana jako więzienie polityczne. Przetrzymywano w niej np. św. Grzegorza Oświeciciela (ok. 257–ok. 331), założyciela i patrona Ormiańskiego Kościoła Apostolskiego, apostoła Armenii. Dlatego to najpewniej Chor Wirap stanowi najczęściej odwiedzane miejsce pielgrzymkowe w kraju.

 

W Armenii warto też wybrać się nad Sewan, największe jezioro Kaukazu (1260 km² powierzchni) i jedno z najwyżej położonych na świecie (ok. 1900 m n.p.m.). Dla Ormian jest niczym morze. Słynie z endemicznych gatunków ryb (np. pstrąga sewańskiego – Salmo ischchan) i niespotykanej nigdzie indziej roślinności. Poza tym widoki nad jego brzegiem są zachwycające.

 

Za godny polecenia uważam także Stepanakert, czyli największe miasto (55-tysięczne) i tak naprawdę stolicę nieuznawanej nigdzie na świecie Republiki Górskiego Karabachu, a właściwie Arcachu, jak ją nazywają sami Ormianie. Formalnie leży na terytorium Azerbejdżanu, ale teren ten zamieszkują w przeważającej większości Ormianie, którzy w grudniu 1991 r. ogłosili niepodległość. Armenia również oficjalnie nie uznaje nowego państwa, ale nieformalnie je wspiera. To właśnie na terytorium Arcachu najczęściej dochodzi do incydentów pomiędzy żołnierzami ormiańskimi a azerbejdżańskimi. Nie polecam trekkingu przy granicy z Azerbejdżanem, ale sam Stepanakert jest raczej spokojny i niewątpliwie urokliwy.

 

Gdy przyjechałem po raz pierwszy do Armenii i pytano mnie, skąd pochodzę, odpowiadałem po angielsku: I'm from Poland. Teraz mówię: Es Lehastanits, co znaczy to samo, tylko po ormiańsku. Nie zapewnia mi to zniżek w restauracjach czy sklepach, ale zupełnie satysfakcjonują mnie zdziwione twarze moich rozmówców i ich uśmiechy sympatii. Armenia to naprawdę piękny i pełen atrakcji kraj, ale bardzo słabo rozreklamowany. W rankingach popularności przegrywa zdecydowanie z sąsiednią Gruzją, a moim zdaniem jest dużo ciekawszym celem podróży.

 

Khndzoresk 2

Wiszący „tańczący” most w wiosce Chyndzoresk łączący dwa brzegi wąwozu

© ARMENIA AND TRAVEL, OFFICIAL TOURISM WEBSITE OF ARMENIA