MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Ekwador jest najmniejszym krajem andyjskim (o powierzchni 256 370 km2), który tworzą cztery regiony – Amazonia, góry (sierra), wybrzeże (costa) i słynne Wyspy Galápagos. Każdy z nich to zupełnie odmienny świat. Dzięki temu Ekwador może się poszczycić ogromną bioróżnorodnością. Nic więc dziwnego, że mówi się o nim jako „Ameryce Południowej w pigułce”. Tylko tutaj możemy poznać cztery zachwycające światy, z których jeden jest piękniejszy od drugiego…

Najsłynniejszym regionem Ekwadoru są bez wątpienia Wyspy Galápagos, nazywane „Zaczarowanymi Wyspami” (Islas Encantadas). Archipelag ten leży ok. 1000 km od kontynentalnego wybrzeża kraju. To prawdziwy raj dla wszystkich miłośników przyrody i nurkowania. Costa znana jest z malowniczych plaż nad Pacyfikiem oraz tzw. Drogi Słońca (Ruta del Sol). Sierra to z kolei Andy i potomkowie Inków, wulkany i historyczne miasta, a Amazonia – zielone szczyty i rozległa dziewicza dżungla. Te cztery światy tworzą z tego stosunkowo małego (jak na Amerykę Południową) kraju jeden z najatrakcyjniejszych kierunków turystycznych na naszym globie.

Wizytę w Ekwadorze zaczyna się zazwyczaj od Quito (San Francisco de Quito), gdzie na międzynarodowym lotnisku im. marszałka Sucre (bohatera walk o wolność Ameryki Południowej) lądują samoloty z Europy. Już od pierwszego wejrzenia widać, że to wyjątkowa metropolia. Jej położenie, nieopodal równika, wśród potężnych andyjskich szczytów, jest niepowtarzalne. Quito rozłożyło się u podnóża czynnego wulkanu Pichincha, na wysokości ok. 2850 m n.p.m. (czterysta metrów wyżej niż nasze Rysy!), co czyni z niego drugą najwyżej położoną stolicę świata (zaraz po La Paz w Boliwii). We wrześniu 1978 r. (razem z naszym Krakowem) zostało pierwszym miastem wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W tym roku nosi zaszczytny tytuł Amerykańskiej Stolicy Kultury 2011. Ze względu na wielkie bogactwo zabytków nazywa się je „Florencją Ameryki”. Jest też obecnie ważnym centrum gospodarczym i naukowym kraju, siedzibą prestiżowych uczelni wyższych. Quito to taki „ekwadorski Kraków”, nic więc dziwnego, że od 2008 r. nosi tytuł Honorowego Miasta Bliźniaczego stolicy Małopolski. Warto też dodać, że stolica Ekwadoru to jedno z większych centrów nauki języka hiszpańskiego na świecie. Działają tutaj liczne szkoły, do których przyjeżdżają tłumnie zagraniczni studenci.

 

QUITO – AMERYKAŃSKA STOLICA KULTURY

Miasto założył 6 grudnia 1534 r. hiszpański konkwistador Sebastián de Belalcázar (lub Benalcázar) w miejscu zniszczonej stolicy Imperium Inków (w języku keczua Tawantin Suyu, Tahuantinsuyo, co oznacza mniej więcej Imperium Czterech Stron Świata i nawiązuje do podziału tego państwa na cztery regiony – suyu). Centrum Historyczne Quito (Centro Histórico de Quito) jest najlepiej zachowanym w całej Ameryce Łacińskiej, co zostało docenione przez UNESCO. Stanowi obecnie olbrzymie skupisko bezcennych zabytków z epoki kolonialnej i republikańskiej. W świątyniach w stylu barokowym i mudéjar (powstał w Hiszpanii z połączenia elementów islamskich i chrześcijańskich) można podziwiać wspaniałe skarby sztuki. To tutaj właśnie powstała tzw. Szkoła z Quito, której dzieła wyróżniają się pomieszaniem zdobień indiańskich i hiszpańskich. W miejscowej XVI-wiecznej Katedrze (Catedral Metropolitana) złożono szczątki bohaterskiego marszałka Sucre (1795–1830), który w 1822 r. pokonał wojska hiszpańskie w bitwie pod wulkanem Pichincha i wyzwolił Ekwador. Z kolei jezuicki Kościół Towarzystwa Jezusowego (Iglesia de la Compañía de Jesús) uchodzi za najlepszy przykład stylu barokowego w całej Ameryce Południowej, za najbardziej zdobną świątynię na kontynencie. Do najstarszych zabytków epoki kolonialnej należy również przepiękny XVI-wieczny Klasztor św. Franciszka (Convento de San Francisco). W zabytkowych dawnych pałacach i szpitalach mieszczą się dzisiaj ważne placówki muzealne, na czele z dużym Muzeum Miasta (Museo de la Ciudad) czy Muzeum Sztuki Prekolumbijskiej (Museo de Arte Precolombino) w Casa del Alabado. Obecnie Centrum Historyczne ekwadorskiej metropolii żyje w weekend 24 godziny na dobę, ponieważ od stycznia 2011 r. w każdą sobotę organizuje się tutaj interesujące Noce Dziedzictwa (Noches Patrimoniales), podczas których mieszkańcy i turyści mogą podziwiać aż do północy wspaniale podświetlone, niepowtarzalne atrakcje tej „perły w koronie Ekwadoru”. Odbywają się wówczas specjalne wycieczki tematyczne, wystawy sztuki, pokazy folklorystyczne, koncerty, przedstawienia teatralne, tradycyjne zabawy i różne ciekawe fiesty, a restauracje i kawiarnie są otwarte do białego rana.

            W nowej części ponad 2-milionowego Quito warto przespacerować się malowniczą Aleją Konkwistadorów (Avenida de los Conquistadores), przystanąć przed fasadą gmachu Pałacu Legislacyjnego (Palacio Legislativo), pobawić się w słynnej dzielnicy rozrywkowej La Mariscal (Marszałek) czy zajrzeć na miejscowy targ, na którym łatwo o niepowtarzalne indiańskie rękodzieło. Po pamiątki jednak najlepiej wybrać się na wycieczkę do pobliskiego Otavalo, które leży ok. 110 km na północ od stolicy Ekwadoru. To tutaj właśnie mieści się najsłynniejszy w całej Ameryce Południowej, niezmiernie barwny indiański targ.

 

CUENCA

Niemal 450 km na południe od Quito, na wysokości 2350–2550 m n.p.m., znajduje się kolejna „andyjska perła w koronie Ekwadoru” – zabytkowa Cuenca (Santa Ana de los Ríos de Cuenca). Założyli ją w 1557 r. Hiszpanie na ruinach niegdyś potężnego miasta Tomebamby (Tumipampy), centrum administracyjnego północnego regionu Imperium Inków – Chinchay Suyu lub Chinchaysuyo. Obecnie, po przemysłowym Guayaquil nad Pacyfikiem i andyjskim Quito, jest to trzeci pod względem wielkości ośrodek miejski w kraju, w którym żyje ok. 500 tys. osób. W 1999 r. UNESCO wpisało Centrum Historyczne Cuenki (Centro Histórico de Cuenca) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Dzisiaj to jedna z największych atrakcji turystycznych Ekwadoru. Ostatnio stała się popularnym miejscem na spędzanie „jesieni życia” przez cudzoziemców z Europy i Ameryki Północnej, których przyciąga tutaj przyjazny klimat, spokój, wysoki poziom życia i niskie koszty utrzymania. W styczniu 2011 r. Cuenca, jako ważny ośrodek kulturalny i naukowy, została ogłoszona przez Zgromadzenie Narodowe Ekwadoru (Asamblea Nacional del Ecuador – ekwadorski parlament) „Miastem Uniwersyteckim” (Ciudad Universitaria). Znajduje się tu mnóstwo interesujących placówek muzealnych (choćby muzeum miejskie – Museo de Cuenca w Casa del Curato), pięknych zabytków z XIX w., z tzw. epoki republikańskiej, i starych świątyń, na czele z Katedrą Niepokalanego Poczęcia (Catedral de la Inmaculada Concepción), którą uważa się za jedną z najwspanialszych w Ameryce. Cuenca słynie również z produkcji kapeluszy panamskich. Wszędzie dookoła widać sklepy z nimi. Powstało tutaj nawet ciekawe muzeum-pracownia poświęcone właśnie tym nakryciom głowy – Museo Taller del Sombrero. W tym czarującym, pełnym zabytków mieście można zatrzymać się w licznych komfortowych hotelach butikowych, które powstały w uroczych, historycznych budynkach. Pełno tu także doskonałych, nastrojowych restauracji i kawiarni. Warto sprawdzić samemu, jak niesamowity klimat ma Cuenca nocą…

 

GALÁPAGOS, CZYLI ZACZAROWANE WYSPY

Ten niezwykły archipelag na Pacyfiku, należący od 1832 r. do Ekwadoru, wpisany został w 1978 r. przez UNESCO na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Kilkanaście lat wcześniej (w 1959 r.) rząd ekwadorski stworzył tutaj Park Narodowy Galápagos. Zajmuje on 97 proc. powierzchni wysp. Nigdzie indziej na naszej planecie nie znajdziemy podobnego skupiska przyrodniczych fenomenów. Archipelag ten obejmuje 13 dużych i 6 mniejszych wysp. Znajduje się na wysokości równika, niemal 1000 km na zachód od wybrzeża Ameryki Południowej. Przypadkowo odkrył go w 1535 r. biskup Panamy Tomás de Berlanga podczas swojej podróży do Peru. Zwrócił on wówczas uwagę na żyjące tutaj olbrzymie i nie bojące się ludzi żółwie. Archipelag nazwano więc po łacinie Insulae de los Galopegos (Wyspami Żółwimi). Rozgłos nadał mu w XIX w. Karol Darwin, kiedy badania miejscowej przyrody zainspirowały go do stworzenia teorii ewolucji.

            Od tamtych czasów, na szczęście, ludzka aktywność nie zniszczyła tego niezwykłego miejsca na naszej planecie. Galápagos nadal stanowi niepowtarzalne muzeum przyrodnicze na świeżym powietrzu, w którym żyje wiele endemicznych zwierząt, a gatunki polarne, jak pingwiny, spotykają się z tropikalnymi, np. flamingami. Nic więc dziwnego, że turyści określają ten ekwadorski archipelag mianem „Zaczarowanych Wysp” (Islas Encantadas). Tylko w tym zakątku świata możemy zobaczyć m.in. dożywające ponad stu lat olbrzymie żółwie słoniowe, jaszczurki żywiące się w oceanie, czyli legwany morskie, jedyne na półkuli północnej pingwiny, zwane równikowymi, słynne zięby Darwina czy nielotne kormorany galapagoskie. Nie trzeba się w dodatku specjalnie wysilać, gdyż większość tych zwierząt nie boi się ludzi, pozując w spokoju do niezwykłych zdjęć. Żadnego strachu przed człowiekiem nie odczuwa też niezmiernie bogata fauna morska. Dzięki temu Wyspy Galápagos, mimo iż nie ma tutaj bajecznie kolorowych raf mórz południowych, są bez wątpienia prawdziwym rajem dla miłośników podwodnych przygód. Ogromna różnorodność dużych gatunków ryb, w tym pokaźnych rozmiarów stada głowomłotów pospolitych (bardziej znanych jako rekiny młoty czy ryby młoty) oraz rekinów wielorybich, powoduje, że nurkowanie na tym magicznym archipelagu jest przeżyciem, którego nie da się opisać słowami. A do tego wszystkiego czeka tu na nas także niezapomniany taniec pod wodą z sympatycznymi delfinami… Wizytę na Islas Encantadas śmiało można nazwać podróżą życia. Fascynujące i ufne wobec człowieka zwierzęta, krystalicznie czyste, błękitne wody, dziewicze piaszczyste plaże oraz niepowtarzalne dziedzictwo przyrodnicze – to wszystko przyciąga na ten archipelag podróżników z całego globu. Przebywając na Galápagos przez kilka dni, czujemy się tak, jakbyśmy znaleźli się w innym, lepszym świecie, w którym jesteśmy nierozerwalnie złączeni z naturą.

Z tego niezwykłego regionu Ekwadoru zabieramy ze sobą cudowne wspomnienia i tysiące wspaniałych zdjęć, którymi będziemy się chwalić do końca życia. Nie zdajemy sobie jeszcze tylko sprawy z jednej rzeczy (odkryjemy to dopiero po powrocie do Europy), że w nas samych, nie wiadomo kiedy, zaczęła kiełkować myśl o rychłym powrocie do tego malowniczego kraju, gdzie czekają na nas cztery zupełnie odmienne, zaczarowane światy…

Artykuły wybrane losowo

Korsyka – szalony wybryk natury

20148949

Snorkeling przy plaży Acciaju w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

MICHAŁ MOC

www.composer.pl

 

Miejsca i rzeczy najprościej opisuje się poprzez podobieństwa do innych, powszechnie znanych. Fakt, że Korsykę tak scharakteryzować wyjątkowo trudno, jest bodaj największą zachętą, aby poznać ją bliżej. Najwyższa pora odkryć ten wciąż niezadeptany kawałek lądu piętrzący się między Europą a Afryką, tuż obok włoskiej Sardynii.

 

Wśród kuszących turystycznym rajem wysp Morza Śródziemnego ta francuska nadal pozostaje ewenementem. Korsyka nie jest typową krainą piaszczystych plaż ze zdjęć z katalogów biur podróży – tutaj krajobrazy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zamiast setek obwarowujących wybrzeże komfortowych resortów wypoczynkowych znajdziemy na niej porozrzucane między morzem a górami niewielkie hotele, domy do wynajęcia i rodzinne pensjonaty oraz inne zdecydowanie bardziej kameralne obiekty noclegowe.

 

Warto przygotować się na tę odmienność, aby w pełni z niej skorzystać. Można tu leniwie wylegiwać się nad krystalicznie czystym morzem, spacerować po ocienionych wąwozach, wybrać się na górski trekking lub rejs po okolicy czy delektować się wykwintnym jedzeniem. Do wyboru jest mnóstwo rozmaitych tras, z których rozpościerają się urzekające widoki. Korsyką łatwo się zauroczyć właśnie ze względu na jej dziewicze oblicze, możliwość ucieczki od zgiełku codzienności i idealne warunki do aktywnego spędzania czasu. A wszystko to na wyciągniecie ręki, niecałe 2 godz. lotu z wybranych europejskich lotnisk (np. Frankfurtu nad Menem, Düsseldorfu, Paryża czy Wiednia-Schwechatu).


LENIUCHOWANIE NA PIASKU

 

Po wylądowaniu w Bastii (położonej na północno-wschodnim brzegu wyspy) niełatwo zdecydować, od której z plaż rozpocząć urlop. Wschodnie wybrzeże to niemalże nieprzerwany pas piasku, oblewany przejrzyście czystą, słoną wodą. Gdziekolwiek zboczy się z wygodnej, wyjątkowo prostej głównej drogi, oczom ukazuje się nadmorski raj, tu i ówdzie urozmaicony małymi hotelami stojącymi przy miniaturowej promenadzie (jak choćby nieopodal Moriani). Częściej jednak trafia się po prostu na pusty brzeg zapraszający do plażowania. W opinii większości osób stale odwiedzających Korsykę odcinek ten jest jedynie przedsmakiem pocztówkowych zatok południa. Jeśli ktoś przybył na wyspę własnym autem (z któregoś z portów w kontynentalnej części Włoch), to wybrzeże rozciągające się od Bastii stanowi dla niego również pierwszy przystanek po zjechaniu z promu.

 

Kiedy podąża się drogą RT10 na południe, plaże kuszą nieprzerwanie. Szczególnie trudno sobie odmówić postoju, gdy trasa za miejscowością Sari-Solenzara zaczyna się robić kręta i mija się kolejne najbardziej popularne i wysoko oceniane zatoki. Wśród nich znajdują się plaże Saint-Cyprien i Cala Rossa, a nieco dalej te najsłynniejsze: Palombaggia czy Rondinara. Woda jest tu zazwyczaj spokojna, do tego czysta i ciepła. W pasie płycizny, niemal wszędzie wydłużonym, mogą kąpać się nawet młodsze dzieci. Upstrzone wysepkami i zakolami półwyspów południowo-wschodnie wybrzeże to raj dla rodzin. Takie warunki, w połączeniu z gęstą siecią kempingów, sprawiają, że na leniwy wypoczynek najlepiej wybrać się właśnie tutaj. W zatokach porośniętych od strony lądu m.in. palmami da się czasem odnieść wrażenie, że uciekliśmy znacznie dalej od kontynentalnej Europy. Na niemal wszystkich plażach można także spędzić popołudnie przy drinku, a wieczorem spróbować potraw korsykańskiej kuchni w restauracjach położonych kilkanaście metrów od wody. Delektowanie się lokalnymi serami (na czele ze słynnym brocciu z owczego lub koziego mleka), winem, rybami, daniami z figami lub kasztanami nad brzegiem morza przy stoliku z bajecznym widokiem relaksuje w stopniu niemożliwym do oddania słowami. A jeśli obok przejedzie konna wycieczka lub przypomni nam się poranne nurkowanie z maską i rurką, to szybko uświadomimy sobie, że znaleźliśmy się na wyspie idealnej na udany urlop, który na długo pozostanie w pamięci.

 

Po paru dniach spędzonych na plażowaniu wokół Porto-Vecchio na pewno będziemy chcieli wrócić na Korsykę. Jest tu w końcu jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia. Wśród nich znajduje się perła południowego wybrzeża, usytuowane na wysokich klifach Bonifacio. Widoki z wycieczkowego rejsu, jak i ze ścieżek ciągnących się na południowy wschód od miasta zapierają dech w piersiach. Ale dużo przyjemności daje też samo przekraczanie miejskich bram, szwendanie się po uliczkach starej twierdzy, poznawanie miejscowej kulturalnej oferty, pokonywanie Schodów Króla Aragonii (L’Escalier du Roi d’Aragon), wreszcie szukanie otwartej restauracji na obiad (po południu w większości z nich podaje się najwyżej drinki, bo pełne menu wraca na stoły dopiero wieczorem, ok. godz. 19.00). Można również próbować znaleźć tu ślady pobytu Napoleona Bonapartego. W Bonifacio, jak i w Ajaccio (gdzie urodził się cesarz), stoi dom, w którym mieszkał francuski wódz. Oczywiście, trudno nie dostrzec wokół nastawienia na turystę, ale ponieważ miasto jest niewielkie (wraz z urokliwym cmentarzem da się je zwiedzić w jedno popołudnie lub wieczór), przyjezdni wciąż jeszcze mogą poczuć się w nim choć trochę jak odkrywcy, a nie jedynie klienci. Atrakcje południa dopełniają rzecz jasna kolejne piaszczyste plaże, ciągnące się aż po słusznie wychwalaną Roccapinę i bliźniaczą piękną Erbaju. Co prawda do tych ostatnich prowadzi kilkukilometrowa gruntowa droga, jednak warto podjąć wysiłek dotarcia do nich (chyba że kierowca czuje się niepewnie na zadrzewionych, wąskich trasach lub prześwit auta jest wyjątkowo mały).

 

Tutaj także kończy się opisywana dotąd część wybrzeża – region głównie wypoczynkowy, łatwy w eksploracji i przygotowany na potrzeby turystów. Na ten jego turystyczny charakter składają się parkingi (położone również przy plażach), które bywają płatne, nieco łatwiejszy dostęp do nadmorskiej infrastruktury i toalet czy więcej miejsc zakwaterowania (w sezonie trzeba się liczyć z wyższymi cenami). Stosunkowo szybko można też przemieszczać się wzdłuż brzegu, gdyż trasę z Bastii do Bonifacio lub Roccapiny da się pokonać samochodem w 4 godz. Natomiast przejechanie niewiele dłuższego odcinka na północno-zachodnim wybrzeżu albo w górzystym wnętrzu wyspy zajmie nam zdecydowanie więcej czasu.

 

PLAŻUJĄCE KROWY

 

20159090

Klimatyczny historyczny plac w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

Na północ od stolicy Korsyki – Ajaccio – przeważają plaże bardziej kamieniste, po krótkim pasie gruboziarnistego piasku lub żwiru pojawiają się tu gwałtowne uskoki. Brzeg wypiętrza się w trudne do opisania kamienne nacieki, postrzępione hałdy i strzeliste wieże. Za uroczą miejscowością Piana jedna z najpiękniejszych widokowych dróg Europy wije się wąską nitką między takimi formacjami. Wzdłuż jej kilkukilometrowego odcinka rozpoczyna się wiele tras spacerowych. Kierowcy trudno skupić się w tym rejonie na prowadzeniu również z powodu aut stojących na krawędziach skalnych półek lub w pojedynczych wnękach wydrążonych w zboczach. Takie parkowanie nie jest przejawem braku umiejętności (wręcz przeciwnie!), po prostu ukształtowanie terenu wymusza wciskanie się w każdą szczelinę. W tej oszałamiającej kształtami krainie można zatrzymać się na odległym parkingu leżącym zaraz za wspomnianą Pianą, aby wyruszyć na długi trekking. Jeżeli po Calanques de Piana będzie komuś wciąż mało wrażeń, powinien zjechać górską, asfaltową dróżką do samego morza i wybrać się na krótki, kilkunastominutowy spacer do pięknej ukrytej zatoki z plażą Ficajola.

 

Gdy podążamy dalej na północ, siłą rzeczy budzi się w nas zmysł odkrywcy, a to ze względu na brak ludzi nie tylko na drogach, ale i na plażach. O piasek tu już trudno i aby swobodnie wejść do wody, a w szczególności później z niej wyjść, przydaje się obuwie do pływania. Nagrodą za trudy są urocze zakątki. Na północnym zachodzie Korsyki na początku lub pod koniec sezonu nadal można odnieść wrażenie, że ta zielona wyspa czeka właśnie na nas, a nie peleton wczasowiczów. To rzadkie uczucie w popularnych wśród turystów miejscach dzisiejszej Europy. Jeśli więc kogoś nie odstraszają niezliczone zakręty i konieczność poczekania z kąpielą na dzień z mniejszymi falami, powinien zdecydować się na odpoczynek w tym rejonie.

 

W tej części Korsyki mamy też szansę na poznanie jej najbardziej autentycznego oblicza, nieco rustykalnego, prostego, niekiedy odbiegającego od standardów, do jakich jest przyzwyczajony europejski turysta. Spotkanie z rodowitym Korsykaninem, nie podejmującym rozmowy w innym języku niż jedyny mu znany, a w dodatku jakby nieprzyjemnie zaskoczonym, że będzie nas gościć (choć dokonaliśmy internetowej rezerwacji), trzeba uznać za doświadczenie wpisujące się w odkrywanie lokalnej kultury. Jednak dzięki rosnącym przed tarasem kwiatom, odmianom cytrynowych drzew niemal wpychających gałęzie do kuchni, domowym konfiturom z fig i towarzyszącemu nam poczuciu, że oto oddychamy pełną piersią, a nie tylko odbywamy zasłużony urlop, odpoczniemy tu znacznie lepiej niż na oddzielonym serpentynami południu wyspy. Jeżeli komuś nie wystarczy siły lub przekonania, by samodzielnie poznawać ten region, powinien przynajmniej wybrać się na rejs do Rezerwatu Naturalnego Scandola (Réserve Naturelle de Scandola; z Ajaccio lub Porto) – oszałamiająco pięknej, dziewiczej okolicy wybrzeża z zachwycającymi formami skalnymi, grotami i zatokami z plażami.

 

Pętlę wokół Korsyki domyka nadmorska trasa z Calvi na Cap Corse – półwysep wyrastający za Bastią. Samo Calvi, północny odpowiednik Bonifacio, nie jest w stanie przyćmić swoim urokiem malowniczej miejscowości z południa, ale konkuruje z nią nie bez powodu, gdyż dużo łatwiej się do niego dostać i także okalają je plaże (m.in. z pięknym widokiem na miasto i odpowiednią infrastrukturą). W dodatku można tu też dotrzeć pociągiem, który jedzie trasą wiodącą zachwycającymi wąwozami i wijącą się wśród wzgórz opanowanych przez stada kóz i krów. Jeżeli ma się dość czasu i zapału oraz samochód terenowy, warto wyruszyć na północ na trudno dostępną, ale interesującą ze względu na swój pustynny charakter i odizolowanie, plażę Saleccia. To wspaniała wyprawa na cały dzień. Koniecznie należy zaopatrzyć się we własny prowiant, ponieważ po pokonaniu kilkunastu kilometrów pustkowia na końcu oprócz pola kempingowego na turystę czeka już tylko piasek. Inną ciekawą propozycję stanowi objechanie Cap Corse. W trakcie takiej wycieczki odwiedza się uroczą artystyczną Erbalungę i zabytkowe kościoły (np. Kościół św. Julii w miejscowości Nonza). Odważniejsi przy bezwietrznej pogodzie wjeżdżają pozbawioną barierek drogą na szczyt Serra di Pigno i podziwiają niezapomniane widoki podczas spaceru ścieżką rozpoczynającą się kilkaset metrów przed końcem asfaltowej nawierzchni. Jeśli wyprawa po górach nie zakręci komuś w głowie zbyt mocno, zrobią to z pewnością lokalne wina, bo winnic (które zresztą można odwiedzać także w celu degustacji) w okolicy nie brakuje. Również każdy sklep, czy to prywatny, czy sieciowy, oferuje imponujący wybór korsykańskich trunków. I choć nie wszystko na wyspie spełnia standardy kontynentalnej Francji, selekcja win, ich oznaczenie i dbałość o istotne informacje w opisach poświadczają, że przynależność regionu do kraju z bogatymi tradycjami winiarskimi nie stanowi przypadku.

 

Jednak postrzeganie Korsyki jedynie przez pryzmat samego tylko wybrzeża jest błędne. Na prawdziwie aktywny wypoczynek pośród cudownych pejzaży zaprasza górzysty środek lądu. Wybór szlaków pieszych mamy ogromny: od prostych i krótkich, jak popularny, a niewymagający szczególnej kondycji odcinek z malowniczej miejscowości Ota do równie urokliwej Évisy prowadzący przez spektakularny wąwóz (Gorges de Spelunca), po trudne trasy z panoramicznymi widokami, położone powyżej 1500 m n.p.m. Górskie jeziora, a zwłaszcza wpadające do nich rzeki w wielu miejscach zachęcają do orzeźwiającej kąpieli w krystalicznie czystej wodzie i to mimo licznych spadków, wyżłobień i rynien. Wyspecjalizowane firmy umożliwiają korzystanie z tych naturalnych basenów i zjeżdżalni z wynajętym przewodnikiem i w ochronnych kombinezonach.

 

Należy zdawać sobie sprawę, że jeśli Korsykanin, przywykły do panujących na wyspie warunków, nazywa ścieżkę łatwą, może nas czekać porządna wspinaczka, a szlaki według niego trudne to już zwykle wyzwania dla osób z doświadczeniem. Jednak nawet niespieszna przedpołudniowa wycieczka do polodowcowego jeziora Melo (1710 m n.p.m.) na końcu wąwozu Restonica albo wyprawa łagodnym podejściem na przełęcz Bavella (Col de Bavella – 1218 m n.p.m.) są zdecydowanie warte rozważenia i pozwalają poczuć dzikość korsykańskiego interioru. Z górskich dróg, takich jak choćby Scala di Santa Regina czy kilkunastokilometrowa trasa wąwozem Asco (zakończona węzłem pięknych pieszych szlaków), rozpościerają się wspaniałe widoki, ale trzeba przyznać, że wymagają one od kierowcy pewnego doświadczenia. Jeżeli już przetrwa on irytującą swawolę gnających na złamanie karku miejscowych, może zawahać się, gdy zobaczy stado krów czekających za zakrętem, kozy wskakujące przed samochód albo kilkanaście… świń. Szczególnie te ostatnie budzą wśród przyjezdnych tyle samo ciekawości, ile niechęci z powodu trudnego do opisania zapachu. Tutejsze krowy i świnie lubią przebywać na ciepłym asfalcie i na plażach, przy czym z turystami łączy je to, że preferują miejsca wolne od tłoku. W każdym razie na górskich drogach w środku wyspy czy też którejkolwiek z mniej uczęszczanych tras należy być przygotowanym na spotkanie ze zwierzętami hodowlanymi i nie wolno zakładać, że na widok auta rozpierzchną się w popłochu. To my będziemy musieli się do nich dostosować, wszak są u siebie i swoim zachowaniem zdają się ten fakt demonstrować.

 

20159096

Wyprawa rowerowa szlakiem wiodącym przez tereny rezerwatu Punta di Spanu

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

GOTOWI DO DROGI

 

Na takie okrążenie Korsyki zgodnie z ruchem wskazówek zegara, urozmaicone wizytami we wnętrzu lądu albo pobytem w jednym z opisanych regionów, trzeba przeznaczyć tygodniowy (wówczas będzie to bardzo intensywny wyjazd) lub lepiej dwutygodniowy urlop. Przed podróżą należy uwzględnić jeszcze kilka istotnych faktów. Najlepszym czasem na wypoczynek na wyspie połączony z plażowaniem i kąpielami w krystalicznej wodzie jest zdecydowanie lato, ale ponieważ w tym okresie bywa nieznośnie gorąco (i tłoczno), warto zdecydować się na przyjazd w czerwcu bądź wrześniu. Temperatura powietrza za dnia nierzadko wynosi wtedy powyżej 25°C, koszty pobytu będą niższe i można cieszyć się większą prywatnością.

 

Ceny podstawowych artykułów są wyższe niż w Polsce, lecz nie osiągają poziomu tych ze Skandynawii czy najsłynniejszych europejskich kurortów. Osoby oszczędniejsze nie muszą zamartwiać się o stan budżetu wyjazdowego, jeśli postawią na zakupy w marketach. Wizyta dla dwojga w wysoko ocenianej restauracji to przy posiłku składającym się z dań głównych i miejscowego wina wydatek 40–50 euro. Za pełną wykwintną kolację zapłacimy już 100 euro, nawet jeżeli zamówimy specjały szefa kuchni i wyśmienite desery. Korsykanie są zazwyczaj gościnni, ale poza droższymi lokalami często można odnieść wrażenie, że jest się… intruzem, którego należy zlekceważyć lub zignorować. Błędem byłoby jednak dać się zirytować zbyt szybko! Pod maską surowości i nieprzystępności kryje się często prawdziwa serdeczność. Inna sprawa, że wyspiarze bywają rozdarci między uzależnieniem od dobrodziejstw turystyki a pragnieniem spokoju i wolności od trosk reszty świata. Nic więc dziwnego, że wspomniany brak sympatii w pierwszych kontaktach, o ile nie sfrustruje przybysza, zmienia się po pewnym czasie w życzliwość.

 

Po Korsyce najwygodniej poruszać się wypożyczonym samochodem. Ceny wynajmu auta są nieco wyższe niż na kontynencie, a niedoświadczeni kierowcy będą skupiać się na mozolnym pokonywaniu zakrętów, ale korzystanie z własnego środka transportu pozwala na pełną niezależność. Dzięki tego rodzaju wolności można naprawdę poznać wyspę. Zresztą zdecydowaniu się na takie rozwiązanie sprzyja fakt, że brak tu typowych hotelowych kurortów, w których wykupuje się pobyty w formie all inclusive. Czy chcemy, aby okolica była płaska czy górzysta, wolimy zatokę otoczoną skałami czy lasem palmowym, widok na otwarte morze i cumujące łódki czy sąsiedztwo portu i restauracji, towarzystwo zagranicznych turystów czy raczej miejscowych – wybór zakwaterowania na Korsyce przypomina bardziej szukanie wakacyjnego domu niż obiektu o odpowiedniej liczbie gwiazdek. Ta wyspa stawia na indywidualizm i aktywność.

 

To oczywiste, że dopiero na miejscu ma się szansę sprawdzić, które z rozmaitych wyspiarskich atrakcji będą idealne dla nas. Jednak choć nie sposób oddać w krótkim artykule całego uroku Korsyki – opisać przyjemności, jaką sprawia muśnięcie delikatnej morskiej bryzy, i pieszczot turkusowej wody, można być pewnym, że podczas pobytu tutaj przeżyje się wiele zaskakujących doświadczeń. Widok górskiej kozy stojącej w ekwilibrystycznej pozie na ledwo przylegającym do ściany urwiska kamieniu, smak dzikich jeżyn na kolejnym 180-stopniowym zakręcie, imponujący wodospad droczący się z podmuchami wiatru – wszystko to działa na wyobraźnię i zdaje się udowadniać, że wciąż istnieją nieznane doznania, na których poszukiwanie umysł wyrusza dopiero w takich miejscach. Słynny korsykański śpiew (w sezonie koncerty odbywają się w wielu miejscowościach) z podziałem na kilka głosów doskonale obrazuje charakter tego zjawiska. Jak twierdzą sami Korsykanie, dopiero gdy podstawowe głosy zespolą się, zabrzmią wspólnie, pojawia się nowy, dodatkowy głos. Umysł mamiony harmonią tego, co już go otacza, odkrywa jeszcze więcej. To dopiero sztuka! Dla takich cudownych przeżyć, kontemplowania niezwykłości i odkrywania świata warto wybrać się na fascynującą Korsykę.

 

20118221

Restauracja przed XVI-wiecznym zamkiem w Algajoli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

Sri Lanka – zielony klejnot Oceanu Indyjskiego

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Położoną na południowy wschód od Półwyspu Indyjskiego Sri Lankę nazywa się niekiedy Łzą Indii. To jednak nie jedyne jej miano, a większość określeń wiąże się z zachwytem, w jaki od wieków wprawiała ona odwiedzających ją ludzi. Dla słynnego weneckiego podróżnika Marca Polo była „najwspanialszą wyspą o tej wielkości na świecie”, a dla portugalskiego kapitana Edwarda Barbosy – „wyspą rozkoszy”. Sri Lanka znana jest również jako Perła Oceanu Indyjskiego. W sanskrycie jej nazwa oznacza po prostu „Lśniący Kraj”. Wszystkie te określenia obiecują wiele, ale nie ma w nich wcale żadnej przesady.

 

Wyspa Cejlon (na której leży Sri Lanka) kojarzy się z zielonymi wzgórzami porośniętymi herbatą, zapachem korzennych przypraw i opowieściami żeglarzy o odległych lądach. Panuje tu tropikalny klimat ze średnią roczną temperaturą powietrza ok. 30°C. Od upałów można odetchnąć tylko w wyższych partiach gór w głębi lądu.

 

Na pogodę wybrzeży Sri Lanki wpływają dwa monsuny: yala i maha. Pierwszy z nich od maja do sierpnia przynosi deszcze w południowo-zachodniej części kraju. Drugi od października do stycznia sprowadza wilgoć w północno-wschodni rejon wyspy. Wiejące tutaj wiatry nie tylko sprzyjają występowaniu opadów i rozwojowi bujnej roślinności, ale także ułatwiały dotarcie do tego regionu podróżnikom i kupcom przybywającym na Cejlon z różnych stron świata. To m.in. dzięki nim Sri Lanka jest dziś miejscem tak różnorodnym kulturowo, w którym różne religie i tradycje współistnieją, wzajemnie się uzupełniając i tworząc lokalny koloryt.

 

Dambulla cave temple World heritage site- 1st Century BC

Jedna z pięciu jaskiń należących do Złotej Świątyni w Dambulli

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

ŚLADY DAWNEJ ŚWIETNOŚCI

 

Jednak na długo zanim przybyli tu wspomniani podróżnicy i kupcy, na wyspie kwitła kultura, której początki sięgają zamierzchłych czasów. Według historycznej Mahavamsy z V w. n.e., czyli w języku pai „Wielkiej Kroniki”, pierwotnymi mieszkańcami Cejlonu byli Jakszowie i lud Naga. Dzieje pochodzących z północy Indii Syngalezów zaczynają się w 543 r. p.n.e. wraz z przybyciem księcia Vijaya (Zwycięzcy), legendarnego króla Sri Lanki, i utworzeniem przez niego Królestwa Tambapanni (istniejącego do 505 r. p.n.e.). Pojawienie się na tym obszarze narodu syngaleskiego zapoczątkowało kulturalny, religijny i architektoniczny rozkwit, którego ślady podziwiać możemy do dzisiaj.

 

Najwspanialszą stolicą jednego ze starożytnych królestw Syngalezów (Królestwa Anuradhapura z lat 377 p.n.e.–1017) była Anuradhapura, położona w obecnej Prowincji Północno-Środkowej, ok. 200 km na północ od Kolombo (gospodarczej stolicy Sri Lanki). To miasto o niezmiernie bogatej historii rozwijało się od IV w. p.n.e. do końca X stulecia. Anuradhapura do dziś jest jednym z najważniejszych centrów buddyjskich na świecie, a to za sprawą rosnącego tutaj świętego figowca pagodowego zwanego Jaya Sri Maha Bodhi, pod którym według tradycji doznał oświecenia medytujący Budda. Sadzonkę na wyspę przywiozła w III w. p.n.e. Sanghamitta, córka władcy indyjskiego imperium Maurjów – Aśoki, wypełniając tym samym misję szerzenia buddyzmu na Cejlonie. Okaz ten uchodzi za najstarsze posadzone przez człowieka drzewo na świecie z udokumentowaną historią. Zasadzono je w 288 r. p.n.e. i od tego czasu wierni wciąż o nie dbają, nie przestali troszczyć się o świętego figowca nawet wtedy, gdy miasto znajdowało się w rękach Tamilów. Wśród tutejszych ruin zachowało się kilka buddyjskich świątyń i pałaców, a historyczne centrum wpisano w 1982 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Kiedy Anuradhapura była stolicą państwa Syngalezów, Polonnaruwa pełniła funkcję okresowej rezydencji królewskiej. Jednak po zniszczeniu tej pierwszej w 993 r. przez wojska tamilskie to ona przejęła rolę najważniejszej metropolii na wyspie. Status ten utrzymała do XIII w. W czasach największego rozkwitu była wspaniałym, otoczonym potrójnym murem miastem ogrodem, w którym pałace i świątynie wtapiały się w bujną zieleń.

 

Syngalezi wielokrotnie musieli odpierać ataki z zewnątrz. W XIII stuleciu Sri Lankę najechali ponownie Tamilowie z subkontynentu indyjskiego. W wyniku tych wydarzeń Polonnaruwa została opuszczona. Na odkrycie czekała ponad 500 lat. Dziś możemy podziwiać ruiny zabytkowej metropolii z licznymi posągami i rzeźbami – m.in. z wykutą w skale kilkunastometrową figurą śpiącego Buddy.

 

Na skutek najazdów Syngalezi zostali zmuszeni do osiedlenia się bardziej na południe. W górzystym wnętrzu wyspy założyli w 1469 r. nowe królestwo wokół miasta Kandy (Królestwo Kandy). Obecnie jest ono nie tylko stolicą Prowincji Środkowej, lecz także jednym z ważniejszych ośrodków wyznawców buddyzmu. Wszystko za sprawą znajdującej się tu Świątyni Zęba (Sri Dalada Maligawa), w której w szkatułce złożono według tradycji ząb samego Buddy. Relikwia ma niezwykłą moc – przyciąga zarówno buddystów, jak i tysiące turystów. Mnóstwo osób przybywa z jej powodu do Kandy zwłaszcza raz w miesiącu, kiedy na Cejlonie obchodzi się Poyę, czyli święto przypadające na dzień pełni księżyca. Przez całą dobę we wszystkich buddyjskich świątyniach w kraju odbywają się barwne uroczystości i panuje podniosła atmosfera.

 

WIZJA SZALONEGO WŁADCY

 

Niemal 200-metrowa bryła magmy króluje nad zieloną równiną w okolicy Dambulli. Widoczna z każdej strony już z daleka, stanowi pozostałość po dawno wygasłym wulkanie. Samotna skała, kontrastująca z otoczeniem, robi niemałe wrażenie. Jeszcze bardziej niesamowita jest historia powstałego na niej obiektu. To karkołomne przedsięwzięcie budowlane było realizacją wizji jednego z najbardziej okrutnych władców Sri Lanki – Kassapy I (rządzącego w latach 473–495). Jako potomek z nieprawego łoża nie mógł on legalnie objąć tronu. Zdobył więc władzę, zabijając swojego ojca Dhatusena. Nie opuszczał go jednak strach przed zbiegłym do Indii przyrodnim bratem Mogallaną, który planował powrócić na Cejlon na czele potężnej armii. Aby uchronić się przed gniewem prawowitego następcy tronu, Kassapa I zdecydował się wybudować potężną twierdzę i pałac na szczycie niedostępnej skały.

 

Zaspokojenie wybujałych ambicji władcy kosztowało życie tysięcy robotników. Miejsce o naturalnych walorach obronnych umocniono jeszcze systemem murów i fos, czyniącym je niedostępnym dla wrogów. Jedyną drogę na szczyt stanowiły wykute w kamieniu wąskie schodki. Co jednak najciekawsze, skała przekształcona została w olbrzymiego budzącego grozę lwa. Do ogromnej bryły dodano ceglaną głowę i tors oraz pięknie wyrzeźbione przednie łapy. Do dziś przetrwały tylko one, a także sama nazwa Sigirija, która oznacza Lwią Skałę. Skalne ściany samego pałacu pokryto malowidłami przedstawiającymi najprawdopodobniej damy dworu i królewskie nałożnice. Zachowały się one do dzisiaj w zaskakująco dobrym stanie. Oglądający mogą dzięki nim poznać niegdysiejsze kanony urody. Król lubił podziwiać nie tylko piękne kobiety, ale i siebie samego, a jedna ze ścian pałacu została tak wypolerowana, że przy odpowiednim kącie padania promieni słonecznych służyła władcy za lustro. Panowanie Kassapy I trwało 22 lata, do czasu, gdy Mogallana powrócił, aby odebrać bratu władzę.

 

Do dziś na szczycie przetrwały zaledwie fundamenty zespołu pałacowego i umocnień, tworzą one jednak ciekawy labirynt, z którego rozciągają się fantastyczne widoki. Samą Sigiriję można podziwiać w pełnej okazałości z innej skały – położonej niedaleko Pidurangali.

 

CD5-3

Młodzi buddyjscy mnisi na drodze prowadzącej do słynnej Lwiej Skały

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

W GÓRACH USŁANYCH ZIELENIĄ

 

Mimo iż aż 80 proc. obszaru Sri Lanki zajmują niziny, jej środkowo-południowy region to zielona górska kraina pokryta w dużej części tropikalnym lasem. Najbardziej znanym z lankijskich szczytów jest niewątpliwie mierząca 2243 m n.p.m. Sri Pada. Wysokość góry nie imponuje, ale nie z tego względu wyróżnia się ona spośród innych. Według legendy na prośbę boga Samana swój ślad zostawił na tym szczycie sam Budda. Tak przynajmniej utrzymują jego wyznawcy. Hinduiści przekonują natomiast, że ślad ten należy do Śiwy. Chrześcijanie i muzułmanie twierdzą z kolei, że odbił tutaj swoją stopę biblijny pierwszy człowiek, który po wygnaniu z raju stał w tym miejscu na jednej nodze w celu odkupienia grzechów. Dlatego w Europie góra znana jest głównie jako Szczyt Adama (Adam’s Peak), a nie Sri Pada czy Samanalakanda, jak nazywa się ją w Azji. Tajemnicze wgłębienie w skale czyni wzniesienie obiektem kultu wielu religii i celem licznych pielgrzymek.

 

Aby wspiąć się na górę przed wschodem słońca, o którego pięknie na Sri Lance krążą legendy, wyruszyliśmy o 2.00 w nocy. Pobudka po 3 godz. snu nie była łatwa, zwłaszcza że mieliśmy w perspektywie pokonanie ponad 5 tys. schodów. To właśnie one, początkowo łagodne, im dalej, tym coraz bardziej strome, prowadzą do celu. Światła latarni rozstawionych wzdłuż stopni znaczyły w mroku wijącą się ścieżkę na szczyt. Na pewnym etapie zmęczenie dawało nieco o sobie znać. Zapominaliśmy jednak o nim, gdy mijaliśmy wspinających się starszych ludzi, nierzadko nawet o kulach. Niektórzy o własnych siłach, inni wsparci na barkach krewnych powoli, ale konsekwentnie zbliżali się do celu. Na trasie panowała zresztą prawdziwa różnorodność. Spotykaliśmy osoby starsze i dzieci, samotnych wędrowców i całe rodziny, mnichów odzianych w tradycyjne szaty i ubraną współcześnie młodzież. Wszyscy w swoim tempie zmierzali na szczyt.

 

Dotarliśmy na górę ok. 5.00. Było nieco za wcześnie. Słońce miało wzejść za godzinę, a na szczycie niska temperatura dawała nam się we znaki. Schroniliśmy się w jednym z przyświątynnych budynków. Jak się okazało, nie byliśmy jedyni. Wewnątrz zebrał się już spory tłum również zmagających się z zimnem ludzi i wciąż ich przybywało.

 

Nagle wszyscy zaczęli kierować się do wyjścia. Większość osób zebrała się na schodach przy świątyni i patrzyła w stronę wschodzącego słońca, a raczej tam, gdzie powinno się ono pojawić, bo w ostatniej chwili zostało zasłonięte przez rozległą chmurę. Ciemność powoli się rozpraszała, gasły tak liczne wcześniej gwiazdy, a opadające mgły odsłoniły widok na okolicę. Przy dobiegających ze świątyni dźwiękach bębnów patrzyliśmy na zmieniający się krajobraz. Pobliskie szczyty wyłaniały się zza chmur, aby znów w nich zatonąć. Wszystko to działo się na tle nieba mieniącego się odcieniami różu, żółci, pomarańczy i błękitu. Staliśmy tak jeszcze jakiś czas, chłonąc niesamowitą atmosferę. O zimnie zapomnieliśmy zupełnie.

 

Wracaliśmy tą samą drogą, jednak wyglądała ona zupełnie inaczej. Dopiero za dnia ukazały nam się zbocza porośnięte wiecznie zielonym wilgotnym lasem równikowym, skryte wcześniej pod osłoną nocy. Przed nami było ponad 5 tys. schodów.

 

Wspaniałą górską panoramę podziwiać możemy także w Parku Narodowym Równin Hortona. To wysoko położony płaskowyż (ok. 2100–2300 m n.p.m.) znany z silnych wiatrów i kapryśnej pogody. Ścieżka w różnych odcieniach pomarańczy tworzy tu pętle prowadzące do dwóch charakterystycznych punktów zwanych Małym Końcem Świata i Końcem Świata. Oba zawieszone są nad głębokimi przepaściami (mającymi odpowiednio mniej więcej 300 i 1,2 tys. m). Rozpościerają się stąd zapierające dech w piersiach widoki na pobliskie szczyty. Niestety, można je oglądać tylko wówczas, gdy okolicy nie spowijają ciężkie chmury i gęsta mgła, co często się tutaj zdarza. Najlepiej wybrać się do parku o wczesnych godzinach porannych, ale nawet to nie daje gwarancji na natrafienie na sprzyjające warunki. Czasem warto jednak trochę poczekać na zmianę pogody, bo potrafi ona nastąpić niespodziewanie.

 

Miłośnicy mgieł powinni za to odwiedzić góry Knuckles (Knuckles Mountain Range). Ich niewielki obszar pokrywają lasy mgliste, w których ze względu na ciągłą kondensację pary wodnej mgły nie ustępują ani na chwilę. Zanim jednak dotrze się do tej tajemniczej krainy, podziwiać można piękno zielonych grzbietów skąpanych w południowym słońcu. W tym regionie znajdziemy również odosobnione domy zamieszkane przez ludzi trudniących się głównie uprawą ryżu i kardamonu.

 

KRÓLESTWO HERBATY

 

Tea Pluckers

Kobiety ciężko pracujące przy zbiorach herbaty to w większości Tamilki

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Chociaż na wyspie uprawia się wiele gatunków roślin, w tym zwłaszcza przyprawy takie jak cynamon, gałka muszkatołowa czy kardamon, powszechnie kojarzy się ona przede wszystkim z herbatą, która stała się niejako symbolem Sri Lanki. Trudno się temu dziwić, gdyż ten cejloński produkt doceniany jest od dawna, a sam kraj mimo niewielkiej powierzchni (65 610 km²) zajmuje czwarte miejsce na świecie pod względem wielkości zbiorów (po Chinach, Indiach i Kenii).

 

Więcej sadzonek herbaty trafiło na Sri Lankę dopiero w drugiej połowie XIX w. Sprowadzone zostały z indyjskiego stanu Asam przez Brytyjczyków po tym, jak zaraza zniszczyła uprawianą przez nich wcześniej na wyspie kawę. Sekret wysokiej jakości cejlońskiej herbaty tkwi nie tylko w doskonałych warunkach do jej uprawy. Przede wszystkim wpływa na nią sposób zbierania liści. Podczas gdy w wielu miejscach na świecie używa się do tego celu maszyn, na Sri Lance wciąż tę pracę wykonuje się ręcznie, co umożliwia dokładną selekcję. Dlatego do suszenia trafiają później najlepiej nadające się liście.

 

Jakość ta okupiona jest jednak ciężką pracą kobiet na plantacjach. Zbieraniem herbaty (i wcześniej kawy) trudniły się przede wszystkim Tamilki sprowadzone przez Brytyjczyków po tym, jak Syngalezki odmówiły wykonywania tego zadania. Mimo upływu lat i zmiany sytuacji politycznej nadal to właśnie one są najliczniejszymi pracownicami plantacji. Od bladego świtu krążą wśród równo przyciętych krzewów, żeby zebrać nawet do 20 kg liści w ciągu dnia! Kobiety zrywają jedynie te najmłodsze, jasnozielone listki wraz z nierozwiniętym pączkiem, rosnące na szczycie herbacianego krzewu. Wymaga to nie tylko wiedzy, ale i cierpliwości, a także manualnej sprawności.

 

Specjalnie wyselekcjonowane liście poddawane są procesom suszenia, rolowania i fermentacji. Dopiero tak przygotowany susz trafia na aukcje, na których zaopatrują się w niego światowi producenci. Warto przy tym zaznaczyć, że zarówno herbatę czarną, jak i zieloną czy białą pozyskuje się z jednego typu herbacianego krzewu. Różni je jedynie to, co dzieje się z liśćmi po zerwaniu. W przypadku herbaty czarnej są one w pełni sfermentowane – najpierw więdną, potem zostają skręcone, ulegają fermentacji, a na koniec się je suszy. Liście herbaty zielonej poddaje się tylko minimalnemu utlenianiu, a później suszeniu i podgrzewaniu, co zapobiega rozpoczęciu się procesów fermentacyjnych, dzięki czemu produkt końcowy zachowuje zieloną barwę. Herbatę białą wytwarza się z nierozwiniętych młodych pączków pozostawianych do zwiędnięcia, a następnie suszonych.

 

Wzgórza pokryte przystrzyżonymi herbacianymi krzewami to jeden z najbardziej charakterystycznych, a także najpiękniejszych widoków na Cejlonie. Wspaniale prezentują się zarówno skąpane w południowym słońcu, jak i otulone poranną mgłą. Znajdują się m.in. w pobliżu miejscowości Nuwara Elija (Nuwara Eliya), Kandy, Haputale, Badulla, Bandarawela czy Dimbula, a podziwiać można je również z przebiegającej tu niezwykle widokowej trasy linii kolejowej. Przejażdżka pociągiem w tym malowniczym rejonie jest atrakcją, której podczas podróży po Sri Lance naprawdę nie wolno pominąć.

 

W trakcie wizyty na tutejszych plantacjach nie tylko nacieszymy oczy. Uświadomimy też sobie, jak długotrwały i pracochłonny proces przechodzi herbata, zanim trafi do naszych filiżanek w formie popularnego napoju.

 

Rajskie wybrzeże

 

Sun tanning at one of the many beautiful sandy beaches

Na Cejlonie jest mnóstwo słonecznych plaż idealnych na błogi wypoczynek

© SRI LANKA TOURISM PROMOTION BUREAU

 

Sri Lanka to wręcz wymarzone miejsce dla osób chcących odpocząć na słonecznym wybrzeżu. Wszak wyspę oblewają krystaliczne wody Oceanu Indyjskiego, a długa na 1340 km linia brzegowa usłana jest gęsto naturalnymi, skąpanymi w słońcu plażami. Pasy białego i złocistego piasku urozmaicają namorzynowe laguny, palmowe gaje, zaciszne zatoczki, urokliwe rybackie wioski i rafy koralowe. Lankijskie wybrzeże ma niejedno oblicze. Znajdują się na nim tętniące życiem kurorty, jak i miejsca niemal całkiem bezludne. Są tutaj plaże dla miłośników imprez i nocnego życia oraz takie dla osób lubiących czytać książki w hamaku. Luksusowe hotele zaspokajające oczekiwania bardzo wymagających klientów przeplatają się ze skromnymi domkami pozbawionymi cywilizacyjnych udogodnień. Odnajdą się tu turyści chcący aktywnie spędzić czas na surfowaniu czy nurkowaniu, a także ludzie szukający błogiego spokoju i ciszy, spragnieni obcowania z przyrodą. Warto zatem zrobić wcześniej rozeznanie, żeby wybrać plażę najbardziej odpowiadającą naszym wymaganiom.

 

Na południowo-zachodnim wybrzeżu można odwiedzić Galle. To założone na początku XVI stulecia przez Portugalczyków (w miejscu, gdzie istniał już port) i przebudowane później przez Holendrów miasto słynie z wąskich uliczek, kolonialnych willi, kilkusetletnich kościołów i fortu z XVII w. Jego centrum historyczne zostało wpisane w 1988 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO jako najlepszy przykład ufortyfikowanego ośrodka wzniesionego przez Europejczyków w Azji Południowej i Południowo-Wschodniej.

 

Niedaleko brzegów oceanu położony jest również Park Narodowy Yala, w którym można spotkać wiele gatunków zwierząt takich jak słonie, bawoły indyjskie (wodne), krokodyle błotne i różańcowe czy lamparty w ich naturalnym środowisku. To zresztą nie jedyne takie miejsce na wyspie. W celu obserwowania lokalnej fauny warto wybrać się też do parków narodowych Udawalawe lub Wilpattu.

 

Powierzchnia Sri Lanki wynosi tyle, ile mniej więcej jedna piąta terytorium Polski. Na tak niewielkim obszarze znajdują się wspaniałe góry, piękne plaże, ciekawe skarby kultury i architektury buddyjskiej, a także parki narodowe pełne egzotycznych roślin i zwierząt. Wszystko to sprawia, że po pierwszej wizycie na wyspie odwiedzający ją czują niedosyt, który skłania ich do planowania powrotu do tego niesamowitego zielonego zakątka świata.

 

Tysiąc twarzy Chile

 

KAROLINA WUDNIAK

www.tropimyprzygody.pl

 

Nie zakochałam się w Chile miłością namiętną i porywającą. Nawet nie było to zauroczenie, ale raczej przelotna znajomość, która – ku mojemu zaskoczeniu – zamieniła się w przyjaźń. Okazało się, że to związek na lata. Ta przyjaźń nakazuje mi tęsknić za niezwykłymi ludźmi, których tu poznałam, i wrócić do niesamowitych miejsc, jakich nie zdążyłam jeszcze zobaczyć.

Więcej…