MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl 

 

Republika Dominikańska jest radosnym, roztańczonym, zwariowanym, nieprawdopodobnie osobliwym krajem, który ponoć oferuje przyjezdnym wszystko. Przynajmniej tak przekonują kampanie promocyjne tutejszego Ministerstwa Turystyki. Nie ma w tym zbytniej przesady. Na próżno takiej różnorodności, jaką charakteryzuje się Dominikana, szukać w innych zakątkach Karaibów. Do tego oddalonego od Polski o kilka tysięcy kilometrów miejsca, do którego pod koniec XV w. uczestnicy wyprawy Krzysztofa Kolumba popłynęli statkami „Santa María”, „Niña” („Santa Clara”) i „Pinta”, docieramy dziś samolotem. Niesamowita ziemia zauroczyła wówczas słynnego odkrywcę i żeglarza, co odnotował w swoim dzienniku. Nas również z pewnością zachwyci ta wyjątkowa kraina.

 

Po trwającym ponad 10 godzin locie trafiamy do regionu o zupełnie innych warunkach geograficznych. Lądujemy kilka stopni poniżej zwrotnika Raka. Poznajemy prawdziwy tropikalny klimat, w którym wentylatory chłodzą wilgotne powietrze. To podróż w czasie, pod 500-letnie mury Nowego Świata, wyprawa do obłędnie pięknego królestwa przyrody i wędrówka wśród krajobrazów zdumiewających swoją różnorodnością. 

 

W trakcie naszej wizyty w Dominikanie dowiemy się czegoś więcej o jej wspaniałej kulturze i mieszkańcach. Odkrywanie dominikańskiego świata jest zawsze niesamowitą przygodą i cennym doświadczeniem. Można się o tym przekonać na wiele sposobów.

 

KOKOSOWA KRAINA

 

Kiedy wskoczyłem do taksówki w stolicy kraju Santo Domingo, od razu zorientowałem się, skąd pochodzi szofer. Musiał być z półwyspu Samaná (Península de Samaná). Zagaiłem go, aby to potwierdził, i okazało się, że miałem rację. Samanés, czyli mieszkańców tego właśnie regionu, można łatwo rozpoznać po rysach twarzy i kolorze skóry, co mi się właśnie udało. Wielu z nich różni się wyglądem od Dominikańczyków z pozostałych części kraju. Bliżej im do wyspiarzy np. z Bahamów czy innych anglojęzycznych karaibskich wysp lub Afroamerykanów z południowych bądź wschodnich stanów USA. To potomkowie wyzwolonych niewolników. Historia dała im szansę przeniesienia się tutaj z początkiem XIX w. Przepadam za tą częścią Dominikany. Opowiedziałem szoferowi o stworzeniach morskich, jakie w niej jadłem: o złocistych koryfenach (dorados), lucjanach czerwonych, papugorybach, langustach i jędrnych kalmarach. Wspomniałem mu o odkrytych przeze mnie półdzikich plażach i przyrodzie, która zawróciła mi w głowie. Samaná jest niezmiernie fotogenicznym miejscem. Większość bajecznych pejzaży, znanych z pocztówek przedstawiających tropikalne raje, znajdziemy tu bez większego wysiłku. Przyjęło się mówić o tym malowniczym rejonie tierra del coco („ziemia kokosa”). Rośnie w nim mnóstwo palm kokosowych, tworzących gaje wkomponowane zarówno w rozległą panoramę wzgórz, jak i bujną zieloną roślinność wybrzeża. 

 

Gdy słyszy się jedynie nazwę Samaná, można poczuć się nieco zdezorientowanym. Odnosi się ona zarazem do półwyspu, prowincji, zatoki, miasta (w dłuższej wersji Santa Bárbara de Samaná) i pasma górskiego (Sierra de Samaná). W styczniu 1493 r. dotarł w te dziewicze rejony Krzysztof Kolumb (ok. 1451–1506) z uszczuploną flotą, czyli na żaglowcach Niña i Pinta. Flagowa Santa María roztrzaskała się pechowo na skałach u wybrzeży obecnej Republiki Haiti dokładnie w Boże Narodzenie 1492 r. Rdzenni mieszkańcy wyspy nie przywiązywali wagi do złota, którego tak gorączkowo pragnął późniejszy admirał. Raczej cieszyli się życiem według zasady „lepiej być niż mieć”. Popalali tytoń, przyrządzali maniok na wiele sposobów, uprawiali ostre papryczki (ají), którymi doprawiali swoje dania. Jednak Indianie z ówczesnej Samany, zwani ciguayos, nie przywitali załogi Europejczyków z otwartymi ramionami. Nie bili im pokłonów niczym białym bogom, którzy zstąpili z niebios. Postanowili bronić się przed obcymi. Załadowali strzały i unieśli łuki. Krzysztofowi Kolumbowi udało się początkowo załagodzić sytuację, ale napięcia nie wytrzymali jego ludzie, dali się sprowokować i zaatakowali. Wtedy doszło do pierwszego oficjalnego krwawego starcia Starego i Nowego Świata. Podobno rozpoczęło się od tego, że chrześcijanin z Europy dźgnął Indianina w… udo. Miejscowi zdezorientowani brawurą obcych i skutecznością ich oręża rozpierzchli się w popłochu. Potem obie strony próbowały się jeszcze dogadać i konflikt załagodzono. Następnie Europejczycy odpłynęli do domu. Admirał uzupełnił swój dziennik pokładowy. Krzysztof Kolumb, znany z kreatywności w wymyślaniu nowych nazw, ochrzcił kolejne odkryte miejsce, zupełnie zresztą adekwatnie, mianem Zatoki Strzał (Golfo de las Flechas). Obecnie stanowi ona część zatoki Samaná (Bahía de Samaná), ale wśród badaczy nie ma zgody co do faktycznego jej usytuowania. Niektórzy twierdzą, przywołując niuanse w zapiskach admirała, że ten zakotwiczył karawele i starł się z Indianami na przeciwległym, północnym wybrzeżu półwyspu Samaná, gdzie roztacza się dzisiejsza zatoka Rincón (Bahía de Rincón), między przylądkami Cabrón (Cabo Cabrón)i Samaná (Cabo de Samaná). Bez względu na to, po czyjej stronie leży racja, można założyć, że obydwie zatoki charakteryzowały się tak samo licznymi walorami, aby przywabić do siebie europejskich odkrywców. Niewiele się chyba zmieniło przez kolejne stulecia. Z podobnych względów w te rejony ściągają dzisiaj turyści i dalekomorscy wędkarze, na jachtach przypływają żeglarze, a od stycznia do marca każdego roku pojawiają się inni, wyjątkowi goście – humbaki (Megaptera novaeangliae). Te ogromne morskie ssaki z rzędu waleni przybywają tu regularnie na gody. W celu obserwowania humbaków organizowane są specjalne, ściśle regulowane rejsy, które cieszą się niezmiennie dużą popularnością wśród przyjezdnych.

 

Podczas wspomnianej wyprawy Krzysztof Kolumb wpłynął jeszcze na wody dzisiejszego portu Samaná (Puerto de Samaná), gdzie m.in. cumują łodzie zabierające grupy turystów na pobliską wysepkę zwaną Cayo Levantado. Codziennie wita ona gości marzących o chwili błogiego lenistwa, wyśmienitych owocach morza i popijaniu tropikalnych koktajli na plaży z piaskiem białym i drobnym jak mąka. Nie zawsze bywało tutaj tak sielsko. Kiedyś wyspę nazywano Cayo Bannister. Kryje się za tym piracka historia z końca XVII w. W pobliżu zakotwiczył wówczas niejaki Joseph Bannister, słynny angielski pirat. Jego flagowy okręt Golden Fleece (Złote Runo) miał być tu naprawiany. Korsarzowi nie dawała jednak spokoju brytyjska marynarka wojenna. Wysłała swoje dwie fregaty, aby go schwytać. Ten przerzucił sprytnie działa z uszkodzonego okrętu na pobliską wyspę i zaskoczył ogniem Brytyjczyków. Wielu z nich zginęło. Joseph Bannister zdołał zbiec, zaszył się ponoć w przybrzeżnej mangrowej lagunie, jakich na półwyspie Samaná nie brakowało. Pojmano go jakiś czas później i wiele mil morskich dalej – na Wybrzeżu Moskitów (obecnie w Nikaragui i Hondurasie) – i ponoć natychmiast stracono poprzez powieszenie na rei statku. Do Port Royal, ówczesnej stolicy Jamajki, dostarczono zwłoki pirata dyndające wciąż na sznurze, co stanowiło wymowne ostrzeżenie dla tych, którzy planowali jakikolwiek sabotaż wobec brytyjskiej korony. Obecnie jeden z butikowych hoteli, leżący malowniczo nad zatoką Samaná, uhonorował poniekąd tego korsarza – zwie się The Bannister – Hotel & Yacht Club.

 

ZACHODNIE DZIKIE REWIRY

 

Część Dominikany położona na zachód od stołecznego Santo Domingo wydaje się zdecydowanie mniej turystyczna niż pozostałe rejony. Sprawia za to wrażenie bardziej swojskiej, autentycznej i urokliwej. Poza tym jest pociągająco dzika, szczególnie dotyczy to terenów w pobliżu granicy z Haiti. Region przyciąga przyrodniczą i krajobrazową różnorodnością. Szczyci się też bogatą historią. Związane są z nią rozmaite miejsca: od San Cristóbal, leżącego blisko Santo Domingo, gdzie przyszedł na świat późniejszy dyktator Rafael Leónidas Trujillo Molina (1891–1961), po skaliste masywy Bahoruco (Sierra de Bahoruco) i Neiba (Sierra de Neiba), wśród których ukrywał się Enriquillo, legendarny indiański wódz prowincji Jaragua, zwodzący przez lata tropiących go Hiszpanów.

 

W Barahonie (Santa Cruz de Barahona) warto zjawić się wcześnie rano. Miasto znajduje się nad zatoką Neiba (Bahía de Neiba) i stanowi świetny punkt wypadowy do geograficzno-przyrodniczych eksploracji półwyspu Pedernales (Península de Pedernales). Najpierw najlepiej zjeść śniadanie, choćby smaczne empanadas (smażone bądź pieczone pierożki), wypić café dominicano – małą, mocną i słodką kawę, a potem ruszyć na południe jedną z najbardziej spektakularnych tras w Dominikanie noszącą nazwę Carretera Barahona-Paraíso. Możemy pojechać minibusem albo autostopem, choćby na pace. Bez względu na środek transportu mamy szansę podziwiać oszałamiające widoki. Z prawej strony zobaczymy soczyście zielone zbocza masywu Bahoruco, a z lewej naszym oczom ukaże się niesamowity lazur Morza Karaibskiego. Oprócz tego będziemy mijać kamieniste plaże, rozwichrzone palmy, malownicze chaty i zaciekawionych ludzi. Jedna z położonych po drodze osad zwie się Paraíso, co po hiszpańsku znaczy Raj. Trudno o bardziej trafną nazwę.

 

Po godzinie jazdy, w trakcie której wiatr mierzwi nam włosy, ze słoną bryzą na ustach docieramy do niewielkiej wioski Enriquillo, czyli Henryczek. Jasna barwa tutejszych wód oceanu potrafi oślepić. W samej osadzie żyją gościnni i życzliwi mieszkańcy, którzy chętnie częstują kawą, jeszcze niedawno suszącą się w karaibskim słońcu… bezpośrednio na jezdni. W sielskim Enriquillo człowiek bez trudu znajdzie swój azyl, zrelaksuje się i zachwyci nieśpiesznym życiem.

 

Innym razem możemy wybrać się nad jezioro Enriquillo (Lago Enriquillo). Trasa tej wycieczki wiedzie z Barahony na północny zachód. Po drodze również czekają nas wspaniałe widoki. Mijamy plantacje trzciny cukrowej, gaje palm kokosowych, zagajniki bananowe. Tutejsze banany należą do najlepszych w kraju. Poza tym są największe, co często staje się przyczynkiem do rubasznych żartów. Dominikańczycy potrafią żartować. Podróżowanie w ich towarzystwie to zawsze przyjemność. Przejeżdżamy także wzdłuż los bateyes. Są to prowizoryczne osady, swoiste robotnicze kolonie zakładane w pobliżu plantacji trzciny cukrowej. Zamieszkują je głównie haitańscy macheteros, którzy pracują przy zbiorach, używając najprostszych narzędzi takich jak maczety. Często sprowadzają się tu z całymi rodzinami. Miejsca te, pozbawione minimalnego zaplecza sanitarnego, zmieniają się z czasem w osiedla ludzkiej nędzy. Szczególnie przygnębiające wrażenie sprawiają po sezonie, gdy brakuje pracy, a robotnicy muszą jakoś przeżyć do kolejnych zbiorów. Niedaleko miejscowości La Descubierta,co znaczyOdkryta, w Parku Narodowym Jeziora Enriquillo (Parque Nacional Lago Enriquillo)na pewno spotkamy iguany, a właściwie legwany nosorogie (Cyclura cornuta) i legwany Ricorda (Cyclura ricordi). Te dominikańskie smoki należą do istot przyjaznych, pod warunkiem, że nie zakłócimy im spokoju. Wystarczy przejść kilkanaście metrów ścieżką w dusznym tropikalnym lesie, aby natknąć się na ich dość liczne gromady. Robią naprawdę niesamowite wrażenie. Wśród legwanów poczujemy się jak w Parku Jurajskim ze słynnego filmu Stevena Spielberga. Chętni mogą się również przeprawić łodzią przez słone jezioro, pośrodku którego na wyspie (Isla Cabritos) wylegują się… krokodyle amerykańskie (Crocodylus acutus) w towarzystwie żerujących flamingów i pelikanów. 

 

ZAPASY Z NATURĄ

 

 IAC4043

Maski Kulawych Diabłów podczas karnawału w miejscowości La Vega

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

W centralnej części Republiki Dominikańskiej czeka na turystów mnóstwo atrakcji, w tym także doskonałe warunki do uprawiania sportów ekstremalnych. Nie sposób się tu nudzić. Możemy korzystać z uroków Kordyliery Środkowej (Cordillera Central), zwanej Alpami Dominikańskimi, albo podziwiać urodzajną dolinę Cibao (Valle del Cibao) i Dolinę Królewską (Valle de la Vega Real), uważane za tzw. spichlerz Dominikany. Miłośnicy aktywnego wypoczynku na łonie dziewiczej przyrody będą uszczęśliwieni. Skuszą ich z pewnością wyzwania, choćby te związane z długimi wędrówkami na wysokie szczyty. W Dominikanie ich nie brakuje. Najokazalszy z nich – Pico Duarte (zarazem najwyższy na całych Karaibach!) – wznosi się na wysokość 3087 m n.p.m. (według oficjalnych danych rządowych) lub 3098 m n.p.m. Ten drugi wynik pomiaru wciąż pozostaje sporny, ale ustalono go w 2003 r. przy użyciu profesjonalnego sprzętu w technologii GPS i jest obecnie najbardziej rozpowszechniony. Po zdobyciu szczytu możemy tę wysokość popularyzować. Jednak wspinaczka nie należy do najłatwiejszych, bo wymaga odpowiedniego przygotowania, znajomości terenu i dobrej kondycji.

 

Oczywiście, pozostają jeszcze inne sposoby aktywnego spędzania czasu, choćby mocowanie się z rwącym nurtem rzeki, czyli kanioning lub rafting. Bardzo popularne w tym rejonie jest również kolarstwo górskie. Widoki na trasach przejazdowych zapierają dech w piersiach. Oprócz tego znacznie przyjemniej się tutaj oddycha. W tym rześkim i krystalicznie czystym górskim powietrzu zapominamy na jakiś czas o parnym karaibskim wybrzeżu. Gdy mijamy np. sosnowe lasy, w pamięci zaciera nam się też obraz smukłych palm. W sąsiedztwie miast Jarabacoa lub Constanza czekają z kolei zjawiskowe wodospady. W tej ostatniej możemy załapać się na… sezon truskawkowy. Okolica słynie z uprawy tych owoców. Innego rodzaju rozrywkę proponuje Concepción de La Vega (La Vega). Co roku w lutym organizowany jest w nim zjawiskowy karnawał – Carnaval Vegano, słynny w całym kraju. Ulicami ciągną podczas niego barwne parady, wszędzie rozbrzmiewa muzyka, a rej wodzą tzw. Kulawe Diabły (Diablos Cojuelos) dzierżące w dłoniach bicze z dmuchanymi krowimi pęcherzami. Warto też odwiedzić Salcedo. Z tym niedużym miastem wiążą się postacie heroicznych sióstr Mirabal (Hermanas Mirabal), które walczyły z reżimem w ruchu oporu. Zamordowano je 25 listopada 1960 r. na zlecenie Rafaela Leónidasa Trujillo Moliny.

 

Tabacco 2

Dominikańskie cygara wyrabia się ręcznie z najlepszego tytoniu

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

Szczególnie w tej części Dominikany nie możemy zapomnieć o jednym z jej najważniejszych produktów. Z tutejszego tytoniu, popalanego wcześniej dla relaksu przez Indian Taíno i niemal całkowicie zignorowanego przez Krzysztofa Kolumba, zwija się markowe cygara. Nie ustępują one jakością swoim słynnym kubańskim odpowiednikom. Do najbardziej znanych plantatorów i producentów cygar na świecie należy Carlos Fuente Jr. Jego dziadek Arturo Fuente (1887–1973), pochodzący z Kuby imigrant, założył w 1912 r. rodzinną firmę tytoniową w mieście Tampa na Florydzie. Zdobył wtedy rynek i stworzył solidną markę. Jednak za prezydentury Dwighta Davida Eisenhowera (1890–1969) Stany Zjednoczone nałożyły embargo na kubańskie towary, które rozszerzyły za jego następcy Johna Fitzgeralda Kennedy’ego (1917–1963). Kiedy zablokowano dostęp do tytoniu z Kuby, producenci w USA zaczęli szukać suszu gdzie indziej. Wielbiciele cygar, aficionados, zdążyli już przywyknąć do wysokiej jakości produktu. Carlos Fuente Sr., który przejął w 1958 r. interes po swoim ojcu Arturze, próbował szczęścia w Portoryko, Kolumbii i Meksyku. W końcu przeniósł produkcję do Nikaragui, gdzie jego plany zniweczyła z kolei rewolucja sandinistów z 1979 r. Wtedy zastawił dom, jego syn dołożył własne oszczędności i obaj wyjechali do Republiki Dominikańskiej. Trafili do miasta Santiago (Santiago de los Caballeros), leżącego niemal pośrodku żyznej doliny Cibao. We wrześniu 1980 r. rozpoczęli tu tworzenie nowego biznesu tytoniowego. Obecnie produkują rocznie ponad 30 mln cygar, które sprzedają na całym świecie. W 2012 r. obchodzono 100. rocznicę istnienia przedsiębiorstwa. Cztery lata później w Tampie zmarł w wieku 81 lat Carlos Fuente Sr. 

 

Do firmy Arturo Fuente należą również plantacje. Reżyser i aktor Andy García w 2004 r. zamierzał nakręcić w Dominikanie swój film o Kubie, czyli Hawana – miasto utracone (The Lost City). Scenariusz zakładał, że plenerem kilku scen stanie się pole tytoniowe. Okazało się jednak, że filmowcy zaplanowali dni zdjęciowe na miejscu w okresie, kiedy tytoń będzie już zebrany. Ponoć Andy García nie dawał za wygraną, skontaktował się z Carlosem Fuente Jr. i przedstawił sytuację. Dominikański potentat zgodził się pójść mu na rękę i zasadził kilkanaście akrów tytoniu poza sezonem, czego nigdy wcześniej nie robił. Pośrodku okazałych pól reżyser zainstalował kamery i nakręcił sceny zgodnie z pierwotnym zamierzeniem. Ten, kto miał okazję obejrzeć wspomniany film, być może pamięta wspaniałe zdjęcia z tego pleneru. Carlos Fuente Jr. nie poprzestał jedynie na wsparciu hollywoodzkiej ekipy. Dalej wykonał to, na czym znał się najlepiej. Zebrał i wysuszył ten nietypowo zasadzony tytoń, z którego skręcił cygara. Wyprodukował stylowe banderole i wprowadził na rynek edycję limitowaną Opus X Lost City. Cygara w Republice Dominikańskiej zawsze warto kupić.

 

ODPOCZYNEK PO KARAIBSKU

 

DROM6 - Altos de Chavon La Romana

Stylizowany grecki amfiteatr w wiosce artystów Altos de Chavón

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

Większość przyjezdnych spragnionych wypoczynku w gorącym karaibskim słońcu poznaje wschodnie wybrzeże Dominikany, w tym przede wszystkim turystyczne eldorado, zwane Punta Cana. Tu znajduje się najwięcej hotelowych kompleksów all inclusive. Wielu turystów zostaje w tym regionie, słusznie licząc na leniwy odpoczynek i naładowanie akumulatorów w cieniu wysmukłych palm przy rumowych koktajlach z dobrze zaopatrzonego baru. Inni opuszczają czasem luksusowy resort, jadą na zorganizowaną wycieczkę, poobserwują prawdziwe życie Dominikańczyków – świat żywy, fascynujący, kontrastowy. We wschodniej części Republiki Dominikańskiej prowincjonalna senność łączy się w jakiś naturalny sposób z rozmachem masowej turystyki. Zieleń zaprojektowanych z finezją profesjonalnych pól golfowych w pobliżu resortu Casa de Campo (zaliczanego do najbardziej ekskluzywnych ośrodków rekreacyjno-wypoczynkowych na świecie) przechodzi w ciągnące się aż po horyzont w sąsiedztwie miasta La Romana pola równie zielonej trzciny cukrowej. Krzysztof Kolumb chorował ponoć w tych okolicach. Z historycznych zapisków wynika, że na jakiś czas stracił wzrok. Być może nie wytrzymał oślepiającej bieli piaszczystego wybrzeża, które 500 lat później stało się jedną z najbardziej obleganych stref wypoczynkowych na Karaibach. 

 

Fundatorem wspomnianej Casy de Campo, co znaczy dosłownie Wiejski Dom, był Charles Bluhdorn (1926–1983), założyciel i prezes amerykańskiego koncernu Gulf and Western. Uznawany jest za ojca przemysłu turystycznego w Dominikanie. Przyczynił się również do rozwoju kina. W połowie lat 60. XX w. wykupił udziały w wytwórni Paramount Pictures. Zafascynowany pięknem Republiki Dominikańskiej planował zmienić ją w eldorado dla filmowców. Powstawały tutaj produkcje takie jak Ojciec chrzestny II (1974), Cena strachu (1977) czy Czas apokalipsy (1979). W tym ostatnim filmie reżyser Francis Ford Coppola wykorzystał do ujęć malowniczą rzekę Chavón (Río Chavón). W połowie lat 70. minionego stulecia rozpoczęto nad nią budowę wioski stylizowanej na śródziemnomorską kamienną osadę z XVI w. Ponoć miała ona być prezentem dla córki Charlesa Bluhdorna. Wznoszenie eklektycznego zespołu zabudowań ukończono na początku lat 80. XX w. Tak powstała wioska artystów Altos de Chavón. Wąskie brukowane uliczki schodzą się na urokliwych skwerach. Wapienne mury okwiecają bugenwille w kolorze biskupiej szaty. Wzrok przykuwają gustowne fontanny, okiennice, latarnie. Nie brakuje tu wytwornych restauracji i kafejek. Warto zwrócić uwagę na Kościół św. Stanisława (Iglesia de San Estanislao), patrona Polski. Nazwano go tak w hołdzie papieżowi Polakowi – Janowi Pawłowi II (1920–2005), który odwiedził Dominikanę po raz pierwszy w 1979 r. i przekazał wówczas relikwie tego świętego. Z wioski rozciąga się spektakularny widok na rzekę Chavón. Integralną część Altos de Chavón stanowi amfiteatr w stylu greckim na świeżym powietrzu, mogący pomieścić 5 tys. widzów. Występy sceniczne zainaugurowano w nim 20 sierpnia 1982 r. Podczas festiwalu Koncert dla Ameryk (Concert for the Americas, Concierto para las Américas) wystąpili Frank Sinatra, Buddy Rich, zespół Heart i Carlos Santana. Ten pierwszy zaśpiewał w finale swój wielki przebój New York, New York. Carlos Santana zagrał jako ostatni, lecz wykonał tylko kilka numerów. Jego występ zakłóciła tropikalna ulewa z piorunami. Muzyk jednak się nie poddawał. Utwór Black Magic Woman wykańczał ze znaną sobie wirtuozerią w strugach deszczu zalewających gitary i bębny. Koncert ostatecznie przerwano ze względów bezpieczeństwa. 

 

 

2013-02-16 PUNTA RUCIA-350

Snorkeling w okolicy Punta Rucia

© MINISTERIO DE TURISMO DE REPÚBLICA DOMINICANA

 

Ciągnącą się przez 70 km Autostradą Koralową (Autopista del Coral) powrócimy do Punta Cana. Tu czekają jedne z najlepszych plaż na Karaibach: spokojny lazurowy ocean oblewa biały i drobny jak mąka piasek, woda jest przyjemnie ciepła, chylą się ku niej palmy kokosowe. Jeśli kogoś dopadnie zmęczenie, niech bez wyrzutów sumienia uda się w to miejsce na odpoczynek i zapomni o wszystkim. Poza tym w rejonie Punta Cana można poczuć się jak na planie filmowym. Na plaży Macao powstały malownicze zdjęcia do wspomnianego filmu Hawana – miasto utracone. Andy García i Inés Sastre wydawali się być bardzo odprężeni. Na pewno plażowanie im nie zaszkodziło.

 

ŚLADAMI KOLUMBA

 

Pierwszy swoisty przewodnik po północnym wybrzeżu kraju, który zyska później nazwę Republiki Dominikańskiej, zawdzięczamy, oczywiście, Krzysztofowi Kolumbowi. Dotarł tutaj podczas swojej wyprawy w poszukiwaniu drogi morskiej do Indii. Był oczarowany nowym lądem. Cierpliwie szkicował jego kontury, płynąc z zachodu na wschód. Łączył emocje pioniera zachwyconego bujnością tropikalnych terytoriów, które w imieniu hiszpańskich władców objął w posiadanie, z typową dokładnością badacza. Odznaczał przybrzeżne wzniesienia albo zamglone góry gdzieś na horyzoncie. Oceniał przydatność zatok, które mogły posłużyć potem jako naturalne porty. 

 

Co najcenniejsze, ten wyjątkowy informator podróżny jest nadal aktualny. Miejsca takie jak Monte Cristi (San Fernando de Monte Cristi) czy Puerto Plata, które dość szybko, bo już na samym początku XVI stulecia, trafiły na kształtującą się mapę Hispanioli (po hiszpańsku La Españoli, obecnie w języku polskim pod nazwą Haiti), istnieją do dziś. Przetrwały burzliwe dzieje. Możemy je odwiedzić i przy tym dowiedzieć się, co sprawiło, że admirał ochrzcił je w ten sposób. Co więcej, gdy patrzymy na okazałe grzbiety El Morro lub Isabel de Torres, widzimy prawdopodobnie to samo, co niegdyś oglądał słynny odkrywca. Splot rozmaitych wydarzeń sprawił, że właśnie tu, gdzie wody Atlantyku oblewały wyspę, rozpoczęło się europejskie osadnictwo. Hiszpańskim konkwistadorom brakowało jedynie złota w zadowalającej ilości. Były natomiast obfite zasoby bursztynu. Indianie zdobili nimi swoje obuwie. Krzysztofowi Kolumbowi musiało to umknąć. Obecnie, być może dla zrekompensowania wysiłków admirała, jedna z reprezentacyjnych plaż północnego wybrzeża, zwanego Bursztynowym (Costa del Ámbar), znana jest jako Złota (Playa Dorada). Do tego rejonu przyciągają również jego przyrodnicze, kulturowe, historyczne, kulinarne i rozrywkowe walory. Każdy znajdzie tutaj swój azyl pośród niezwykłej różnorodności. Do wyboru mamy Monte Cristi – gdzieniegdzie suche, niemal preriowe, w innym miejscu sąsiadujące z laguną i namorzynami, gdzie czasem pachnie duszoną koziną, skąd blisko już do Parku Narodowego Monte Cristi (Parque Nacional Monte Cristi) i łatwo dostać się pod haitańską granicę w Dajabón, tętniące życiem Puerto Plata słynące z rozlewni rumu Brugal i architektonicznych śladów epoki wiktoriańskiej, dalej Sosúa z plażą jak marzenie, w którym króluje zabawa, potem Cabarete – wietrzne, idealne dla amatorów wind- i kitesurfingu, a na końcu beztroskie, senne miasteczko Río San Juan, gdzie na rogatkach pachnie sianem i człowiekowi nie pozostaje nic innego, jak nauczyć się od miejscowych cennej sztuki „spowalniania”…

Artykuły wybrane losowo

Na koniu przez świat

Jerez   Feria 04

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

Jest coś niezmiernie pociągającego w widoku jeźdźca, który na swoim koniu zmierza ku linii horyzontu. Wokół niego rozpościera się pusta przestrzeń, może gdzieś w oddali majaczy las lub brzeg morza, ale tak naprawdę w tej chwili istnieje tylko on, jego wierzchowiec i otaczająca ich przyroda. Ten obraz ma chyba w sobie taką siłę, ponieważ w istocie przedstawia wyjątkowy moment, gdy człowiek i zwierzę działają razem. Ci, którzy jeżdżą konno, zapewne uwielbiają to uczucie pełnej jedności. Odnosi się wówczas wrażenie, że koń rozumie nas niemal tak, jakby mówił naszym językiem. Kto jeszcze tego nie doświadczył, musi koniecznie spróbować.

Więcej…

Botswana – safari dla wybranych

MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

<< Aby uczestniczyć w prawdziwym safari, trzeba pojechać do Afryki. Jednak by spotkać się oko w oko z dzikimi zwierzętami w środku buszu, nie w rezerwacie pokazowym i bez tłumu turystów dookoła nas, można wybrać się jedynie do kilku krajów na Czarnym Lądzie. Do jednych z najciekawszych z nich należy bez wątpienia Botswana, która oferuje turystom wiele wspaniałych atrakcji turystycznych, choćby kryształowe wody delty rzeki Okawango, Park Narodowy Chobe z ogromną populacją słoni czy pustynne krajobrazy Kalahari. >>

FOT. ANDRZEJ KULKA /WWW.ANDRZEJKULKA.COM

Park Narodowy Chobe

 

Republika Botswany uzyskała niepodległość 30 września 1966 r. i właśnie tego dnia Botswańczycy obchodzą dziś swoje święto narodowe. Wcześniej jej tereny pod nazwą Protektoratu Beczuany (Bechuanaland Protectorate) były brytyjską kolonią. Stolica państwa, Gaborone, znajduje się niedaleko granicy z RPA. Tuż za tym ponad 230-tysięcznym miastem zaczyna się kotlina Kalahari, zajmująca znaczną część botswańskiego terytorium.

Więcej…

Kambodża śladami Lary Croft

MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK

www.myfengstyle.com

                                      

<< Kiedy Europejczyk słyszy o Kambodży, często przed oczami stają mu pola minowe i zasieki, a na myśl przychodzi bieda i śmierć setek tysięcy ludzi za krwawych rządów Czerwonych Khmerów. Za tą nazwą kryje się jednak przepiękny krajobrazowo kraj o niezwykłej kulturze, szczycący się wieloma wspaniałymi zabytkami, w tym słynnym kompleksem Angkor ze świątynią Ta Prohm, gdzie Lara Croft w filmie „Lara Croft: Tomb Raider” zwinnie przeskakiwała z jednej komnaty do drugiej. Większość osób nie ma pojęcia o tym, jak bardzo jest interesujący. Kambodża dopiero zaczyna zyskiwać popularność jako cel podróży. Dlatego warto ją odwiedzić, aby wyrobić sobie własną opinię. Najlepiej wyruszyć w drogę już teraz, póki jeszcze wszystkie magiczne zakątki nie zostały zadeptane przez tłumy turystów. Również i mnie przyciągnęła tu właśnie ciekawość. >>

 

Deptak Pub Street w mieście Siem Reap tętni życiem zwłaszcza po zmroku

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

Przekraczanie kambodżańskiej granicy już samo w sobie stanowi przygodę. Od turystów pobierane są odciski palców, fotografuje się także twarze przybywających. Obywateli Polski obowiązują wizy, ale można je bez problemu załatwić przy wjeździe do kraju. Trzeba być jednak przygotowanym na długie kolejki. My przyjechaliśmy do Kambodży z Tajlandii, przez tajlandzkie miasto graniczne Aranyapradet (Aranyaprathet). Sama przeprawa z urzędnikami może trwać wiele godzin albo… niecałą godzinę. Podobnie jak w większości krajów tak i tutaj odpowiednia suma pieniędzy otwiera każde drzwi. Nieoficjalna zasada każe wręczyć pewną kwotę obsłudze, aby przyspieszyć odprawę bagażu. Po przekazaniu datku pojawia się życzliwy człowiek z wozem drabiniastym, na który ładuje się walizki, żeby odebrać je już po właściwej stronie granicy. Nie mam pojęcia, czy ktoś w ogóle ogląda bagaże. Prawdopodobnie (sądząc po ilości czasu) nikt ich nie sprawdza, są przewożone wprost przez przejście. Słyszeliśmy za to opowieści o turystach, którzy chcieli oszczędzić na tej łapówce i spróbować przejść całą procedurę normalnie. Niewykluczone, że wciąż jeszcze czekają na wszystkie swoje walizki, torby czy plecaki…

Gdy wreszcie przekraczamy w Poipet (sąsiadującym z Aranyapradet) bramę z napisem Królestwo Kambodży, towarzyszy nam niezwykłe uczucie. Już sam wjazd zapowiada krainę piękna, tajemniczości i przygód. Przed nami otwiera swoje podwoje wspaniały kraj, z ciekawą, choć smutną, historią i życzliwymi, pracowitymi mieszkańcami.

 

KAMBODŻAŃSKA CODZIENNOŚĆ

Naszym celem był kompleks Angkor i okolice miasta Siem Reap (Siĕm Réab). Poza tym nastawiliśmy się na chłonięcie tutejszej atmosfery. Zdaję sobie sprawę, że nie widzieliśmy różnych innych ciekawych miejsc ani stolicy czy pozostałych miast, ale to, co zobaczyliśmy, i tak wystarczyło, aby Kambodża zapadła nam mocno w pamięć i na zawsze zamieszkała w naszych sercach. Przede wszystkim zwróciliśmy uwagę na ludzi: drobnych, ze zmęczonymi, ale nieraz pięknymi twarzami, bardzo uczynnych, wręcz usłużnych. Co ciekawe, nie spotkaliśmy osób żebrzących. Dostrzegaliśmy biedę panującą wokół, lecz też poczucie godności i zaradność mieszkańców. Zamiast usiąść na ulicy i żebrać każdy coś ze sobą niósł czy ciągnął: obwoźną garkuchnię, wyciskarkę soków lub towary do sprzedania. Potrawy przygotowywane na takich prowizorycznych stoiskach są niezmiernie smaczne i można je bezpiecznie jeść. Wybór jest bardzo szeroki – spróbujemy zarówno miejscowych specjałów, takich jak szaszłyki z larw, pająków i różnych owadów, jak i bardziej tradycyjnych zup lub pieczonych mięs i ryb. Gdziekolwiek trafiamy, zawsze staramy się zaznajomić z lokalną kuchnią, bo w ten sposób bliżej poznaje się dane miejsce.

                Lepiej też odwiedzać lokale, gdzie jadają Kambodżanie, niż te nastawione na turystów. Kuchnia kambodżańska jest zbliżona do tajskiej, wiele w niej słodkich smaków, ale również ostrych przypraw. Koniecznie trzeba spróbować miejscowych lodów zamrażanych na płycie i zwijanych w rulonik – niebo w gębie! Przeróżne soki świeżo wyciskane z tropikalnych owoców znakomicie gaszą pragnienie podczas upału. Jednak prawdziwym przebojem w gorące dni jest dobrze schłodzona woda kokosowa podawana w orzechu z wetkniętą słomką. Jeden taki napój wystarczy, aby się nieco orzeźwić i odzyskać siły. Sprzedawcy kokosów są niemal wszędzie, stoją praktycznie na każdym rogu ulicy, spotkamy ich nawet przy świątyniach kompleksu Angkor.

 

Uliczne stoisko z przysmakami – szaszłykami z larw, pająków i owadów

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NA PROWINCJI

Jeśli zamierzamy przywieźć z naszej podróży pamiątki, pomyślmy o czymś niestandardowym. Warto zatrzymać się po drodze przy wiejskiej chacie i kupić świeży kambodżański ryż, prawie prosto z pola. Ma zupełnie inny aromat i smak niż ten ze sklepu. Można także przyjrzeć się, jak miejscowi robią cukierki z owoców palmy cukrowej (arengi pierzastej) i przy okazji zakupić trochę takich słodyczy. Przy domach często znajdują się stoły z wystawionymi na sprzedaż naczyniami i ozdobami wyplatanymi z liści palmy czy z trzciny. Mieszkańcy Kambodży w ten sposób zarabiają na życie i dzięki kupującym mogą stanąć na nogi i polepszyć swój byt. W wielu miejscach sprzedaje się też niezwykłą kambodżańską herbatę w różnych smakach i kolorach. Odwiedziliśmy jeden z takich prywatnych domów i gospodarze z radością pokazali nam jego wnętrze oraz nową, umieszczoną na zewnątrz „łazienkę”, gdzie z dumą wskazali na pompę wodną, stanowiącą luksus na prowincji. Dostęp do świeżej wody wciąż jest tu utrudniony. Po wielu latach wojny część brzegów rzek i pola są nadal zaminowane. Co roku wiele osób ginie od min przeciwpiechotnych podczas uprawiania ziemi lub czerpania wody. Swoje uprawy miejscowi podlewają często wodą przyniesioną z daleka, każda zwyczajna czynność bywa więc okupiona dużym trudem, ale nikt nie okazuje niezadowolenia czy zniechęcenia. Mieszkańcy kambodżańskiej wsi ciężko pracują i nie mają czasu na narzekanie. O dziwo, do życia są nastawieni optymistycznie i życzliwie odnoszą się do innych. To jest właśnie niesamowite w tym kraju. Wielu lokalnych przewodników wycieczek prowadzi wśród turystów zbiórki niewykorzystanych hotelowych kosmetyków czy jednorazowych szczoteczek do zębów i grzebieni. Potem te podarki jadą na wieś, a w zamian można otrzymać woreczek świeżego ryżu. Czyż to nie cudowna wymiana?

 

SMUTEK I RADOŚĆ

Aby lepiej zrozumieć Kambodżę, jej mieszkańców i ich problemy, warto udać się do Muzeum Min Lądowych w pobliżu miasta Siem Reap. Założył je Aki Ra, który jako dziecko został siłą wcielony do wojska Czerwonych Khmerów. Później walczył przeciwko nim, a po wojnie poświęcił się szukaniu i rozbrajaniu min. W muzeum można dowiedzieć się, jakiego ogromu cierpienia ten naród doświadczył w przeszłości i – niestety – znaleźć też akcent polski: granaty i miny produkowane w Polsce…

                Z tego miejsca wychodzi się przygnębionym, ale na szczęście potem niemal od razu wtapiamy się w różnokolorowy, optymistyczny i pracowity tłum w Siem Reap. To całkiem duże miasto (ok. 200-tysięczne) i stanowi wspaniałą bazę wypadową do kompleksów świątynnych. Znajdują się w nim przyjemne, a nawet eleganckie hotele, wiele sklepów (m.in. wielki sklep bezcłowy, świetnie zaopatrzony i z korzystnymi cenami), a także Pub Street – deptak słynący z bogatego nocnego życia, mnóstwa knajpek i ulicznych występów. To właśnie przy nim działa znany klub „Angkor What? Bar”, gdzie drinki serwowane są w… wiadrach.

                Pub Street najlepiej odwiedzić wieczorem, ponieważ wtedy otwierają się puby, restauracje, przeróżne kluby i sklepy. Wszystko rozbłyskuje kolorowymi światłami. Deptak zastawiony jest przenośnymi garkuchniami i rozmaitymi stoiskami, a wszędzie dookoła przelewa się rzeka ludzi mówiących w niezliczonych językach. Czasem turystę zaczepi właściciel tutejszej knajpki czy klubu i wręczy ulotkę z aktualnymi promocjami. Trochę dalej ktoś gra na jakimś instrumencie, magik pokazuje sprytne sztuczki. W innym miejscu znów skąpo ubrane hostessy zapraszają do klubu go-go. Na Pub Street zagraniczni goście spędzają wiele godzin, ani chwili się nie nudząc. Można tu wtopić się w wielobarwny tłum i płynąć łagodnie z punktu do punktu albo zasiąść w którejś z knajpek na tarasie i obserwować żywą rzekę z góry, sącząc jakiegoś drinka lub zajadając się lokalnym rarytasem. Nie trzeba się przejmować brakiem miejscowej waluty, ponieważ podstawowym środkiem płatniczym jest tutaj dolar amerykański, a ceny są bardzo przystępne.

 

W CIENIU ZABYTKÓW

W Siem Reap zatrzymaliśmy się w miejscu, które szczerze polecam – to Mémoire d’Angkor Boutique Hotel. Wnętrza wyglądają przepięknie, urządzono je ze smakiem, a obsługa staje na rzęsach, aby goście byli zadowoleni. Codziennie w pokoju pojawia się też taca z owocami i butelkowana woda. Picie tej ostatniej jest w Kambodży koniecznością. Należy pamiętać o tym, że lokalna woda nie nadaje się dla zagranicznych turystów. Miejscowi są przyzwyczajeni do specyficznej flory bakteryjnej i jakości tutejszej wody, przyjezdni po jej spożyciu mogą – niestety – cierpieć na nieprzyjemne dolegliwości. Co zaskakujące, bezprzewodowy internet działa w hotelach i pubach bardzo dobrze. Wynika to z tego, że infrastruktura sieci komunikacyjnych została w kraju zbudowana niedawno i zastosowane rozwiązania nadal uchodzą za w miarę nowoczesne.

Jednak najciekawsze i najcenniejsze w Kambodży są świątynie i dawne miasta. To prawdziwe perły architektury, ukryte głęboko w dżungli. Wśród nich znajduje się kompleks Angkor – kiedyś głośny i zatłoczony, dziś opuszczony i poprzerastany niezwykłymi drzewami i pnączami. Natura, zgodnie z odwiecznym prawem, zaczęła w nim powracać na swoje. Tutejsze budowle były niemym świadkiem historii i ludzkich dramatów. Z niewiadomych przyczyn mieszkańcy porzucili to miejsce, aby już nigdy do niego nie powrócić. Przez wieki świątynie okradano, później niszczyły je przechodzące tędy oddziały Czerwonych Khmerów. Historycy mówią, że gdyby materiały wybuchowe były bardziej dostępne, z pewnością cały kompleks zostałby wysadzony w powietrze, na zawsze grzebiąc pod gruzami ten fragment dziejów Kambodży. Na szczęście tak się nie stało, chociaż w wielu miejscach widać ślady po kulach. Dżungla i deszcze dokonały reszty zniszczeń. To, co ocalało, wciąż robi jednak ogromne wrażenie. Angkor został w 1992 r. wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO i obecnie napędza rozwój turystyki w kraju. Sylwetka Angkor Wat (najbardziej znanej tutejszej świątyni) znajduje się nawet na fladze Kambodży.

 

Ruiny wspaniałej świątyni buddyjskiej Bajon

© MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

NAJCENNEJSZY SKARB

Angkor warto odwiedzić o świcie. Budowle oświetlają wtedy ciepłe promienie słońca. Wieże Angkor Wat odbijają się przepięknie w wodach stawu. Do kompleksu wchodzi się długim mostem. Z Siem Reap można tu dojechać wypożyczonym rowerem lub popularnym w Azji tuk-tukiem. Droga jest całkiem przyzwoita i dobrze oznaczona.

                Cały kompleks zajmuje dość rozległy teren, ale największe zainteresowanie wzbudza główna świątynia – Angkor Wat – do której prowadzą bardzo strome schody. U ich stóp strażnicy kontrolują strój wchodzących. Trzeba pamiętać, że obowiązuje tutaj zwyczaj zakrywania ramion, dekoltów i kolan u kobiet. Również mężczyźni nie wejdą w szortach. Należy także zapomnieć o klapkach (sandały nie będą źle widziane). Miejsce to nadal uchodzi za święte i wciąż składa się w nim ofiary, pali kadzidła i wznosi modły.

Podczas wędrówki po labiryncie komnat za każdym narożnikiem można odkryć coś ciekawego: ukryty w małej wnęce posąg Buddy z palącymi się przed nim kadzidełkami lub fragment dziedzińca z porozrzucanymi kawałkami murów dekorowanych pięknymi reliefami. Ściany zdobią płaskorzeźby przedstawiające boginie, bóstwa i tancerki w niezwykłych pozach. Tu też znajduje się jeden z największych skarbów Angkoru – kamienny relief mający ponad 900 m długości i prezentujący sceny z indyjskich eposów: Ramajany i Mahabharaty.

                Świątynię zaczęto budować w pierwszej połowie XII w., za panowania władcy Imperium Khmerskiego Surjawarmana II (1113–1150), i pierwotnie była poświęcona hinduistycznemu bogu Wisznu. Potem przez pewien czas służyła buddystom, aż w końcu przywrócono jej pierwotny charakter. Wiele osób uważa, że Angkor Wat jest najpiękniejszą budowlą sakralną świata. Oczywiście, to raczej kwestia gustu, ale niewątpliwie ta niepowtarzalna świątynia, tajemnicza i magiczna, potrafi zachwycić swoją surowością i majestatem.

 

MIASTO I FILMOWA SŁAWA

Innym wspaniałym i równie ciekawym obiektem w okolicy są pozostałości miasta Angkor Thom, ostatniej stolicy państwa Khmerów. Prowadzi do niej most i pięknie zdobiona Brama Południowa. Po obu stronach tego pierwszego umieszczono posągi strażników strzegących wjazdu do stolicy.

                Obecnie z dawnej świetności zostało już niewiele, ale u schyłku średniowiecza Angkor Thom było jednym z najludniejszych miast świata i miało mniej więcej 150 tys. mieszkańców. Właśnie tutaj znajduje się przepiękna świątynia buddyjska Bajon ze słynnymi wieżami ozdobionymi głowami Awalokiteśwary, za którego wcielenie uważał się król Imperium Khmerskiego Dżajawarman VII (panujący w latach 1181–1218). Spacer pośród krzyżujących się spojrzeń kamiennych twarzy z zastygłym delikatnym uśmiechem dostarcza niezapomnianych wrażeń.

                Z miasta zostały już tylko ruiny. Większość budynków jest zawalonych i poprzerastanych korzeniami drzew, ale cały ten obszar stanowi niesamowity labirynt, w którym czas się zatrzymał.

Niedaleko świątyni Bajon znajduje się Taras Słoni długi na niemal 350 m i wysoki na ok. 4 m. Jego mur pokrywają realistyczne płaskorzeźby słoni. Stąd oglądano parady wojskowe, zawody sportowe i widowiska. Podczas oficjalnych wizyt i audiencji taras zamieniał się w trybunę. Prawdopodobnie stanowił część pałacu królewskiego, ale sam pałac zachował się tylko w szczątkowym stanie. Pozostały z niego ruiny, rzeźby, piękne schody i fragmenty takich udogodnień jak łaźnia. Ponieważ dużo zabudowań było drewnianych, niestety, nie przetrwały do naszych czasów. Wciąż jednak wzrok przyciągają tu piękne zdobienia w formie kwiatów i ślady po fosie broniącej dostępu do pałacu.

                Kolejna świątynia, choć niewielka, jest niemal tak samo znana jak Angkor Wat. Nazywa się Ta Prohm i to właśnie w niej kręcono w 2000 r. słynne sceny do filmu Lara Croft: Tomb Raider z Angeliną Jolie w roli Lary Croft. Tropikalna roślinność rozsadza tutaj korzeniami każdy mur i podważa każdy kamień. Tak wygląda prawdziwa walka z naturą. Dżungla skutecznie sięga po swoją własność. Przy Ta Prohm zbiera się zazwyczaj wielu turystów i trzeba zaczekać w kolejce, aby móc ją uwiecznić na fotografii. Powstały na przełomie XII i XIII stulecia obiekt służył nie tylko jako świątynia. Znajdował się tu również buddyjski uniwersytet, biblioteka i świetnie zaopatrzony skarbiec. Przechowywano w nim podobno 5 t srebra, diamenty i tysiące drogocennych kamieni szlachetnych. Warto zejść z głównego szlaku i pochodzić wśród murów i rozrzuconych brył. Gdy uważnie się patrzy, można czasem wśród wijących się jak węże korzeni drzew odnaleźć twarz tancerki zdobiącą oderwany kawałek reliefu.

 

NIEPOZORNY KLEJNOT

Mniej więcej 25 km od Angkor Wat i Angkor Thom znajduje się jeszcze jedna przepiękna świątynia, zwana Twierdzą Kobiet – Banteay Srei. Została ona wzniesiona w X w., jednak nie na polecenie khmerskich władców – jak te już wspomniane – a dwóch braminów i doradców królewskich. Jeśli ktoś widział misterne arabskie ornamenty wyrzeźbione w drewnie, od razu dostrzeże tę samą precyzję w wykonaniu tutejszych zdobień w kamieniu. Ta mała świątynia jest prawdziwą perełką. Zbudowano ją w większości z czerwonego piaskowca, co nadaje jej niezwykły wygląd. Szczególnie wspaniale prezentuje się o zachodzie słońca, gdy jego promienie nasycają czerwień ścian, a koronkowe reliefy pokrywające dosłownie każdy metr muru zachwycają bardziej niż w innych porach dnia. Całość stanowi ciekawą kompozycję przestrzenną – wiele bram występuje tutaj w szeregu. Ma się zatem wrażenie, jakby oglądało się widoki otoczone podwójną czy nawet potrójną ramą obrazu. W Banteay Srei uprawiano kult hinduistycznego boga Śiwy, ale dlaczego budowlę nazwano Twierdzą Kobiet (w innych źródłach – Cytadelą Kobiet lub Cytadelą Piękna), niestety, nie wiadomo. Być może nazwa ta nawiązuje do delikatnych, jakby utkanych kobiecą ręką wzorów na kamiennych ścianach…

                Na tyłach świątyni jest piękny staw otoczony bujną roślinnością. Zazwyczaj panuje nad nim cisza, bo nie docierają tu tłumy turystów skupionych głównie na bramach i komnatach po drugiej stronie. W tym cichym zakątku można więc w spokoju kontemplować magiczne piękno tego miejsca.

 

Kambodżańskie tancerki podczas wykonywania tradycyjnego tańca khmerskiego

©MAŁGORZATA GAŁKOWSKA-BŁĄDEK/WWW.MYFENGSTYLE.COM

 

WSKAZÓWKI DLA ZWIEDZAJĄCYCH

Podczas pobytu w okolicy poza zwiedzaniem świątyń warto wybrać się na organizowane w Siem Reap przedstawienia i pokazy dawnych tańców khmerskich. Polecam szczególnie „Restaurację Koulen”, w której podaje się wspaniałe potrawy lokalnej kuchni. Odbywają się w niej występy taneczne i prezentacje różnych miejscowych rytuałów. Takie pokazy najlepiej oglądać po wizycie w Angkor Wat i Angkor Thom oraz pozostałych wspomnianych obiektach. Wtedy ma się wrażenie, że apsary – przepiękne i zwinne indyjskie boginki zaklęte w reliefach na murach świątyń – ożywają na naszych oczach. Na moment zapomina się o codziennym życiu i zanurza w świecie magicznych ceremonii, bajecznie kolorowych strojów i poruszających się z ogromnym wdziękiem khmerskich tancerek. Na zakończenie można zrobić sobie z nimi pamiątkowe zdjęcie.

                Jaki okres jest najlepszy na zwiedzanie Kambodży? My podróżowaliśmy w porze deszczowej, w czerwcu. Deszcz padał raz dziennie, około południa, potem wychodziło słońce. Co kilka dni zdarzała się wieczorna ulewa trwająca mniej więcej godzinę lub dwie, ale nie przypominała opadów, jakie obserwujemy w Polsce. Z nieba spływała ściana wody, a ulice zamieniały się w rwące potoki. Sam deszcz nie stanowi problemu, bo można go gdzieś przeczekać. Dużo bardziej uciążliwa jest wysoka wilgotność powietrza powodująca, że po kilku krokach człowiek staje się cały mokry od potu. Osoby odwiedzające częściej tę część Azji twierdzą jednak, że pora sucha znacznie bardziej daje się we znaki, bo ze względu na upał ciężko zwiedzać cokolwiek. Dla nas istotny był fakt, że w porze deszczowej do Kambodży przyjeżdża mniej turystów i dzięki temu przyjemniej poznaje się ten kraj. Mniej jest kolejek i tłumów, a ceny bywają nieco niższe. Zamiast peleryn przeciwdeszczowych lepiej jednak zabrać ze sobą parasol, ponieważ przy wysokich temperaturach i wilgotności pod nieprzepuszczającym powietrza materiałem człowiek przemaka od… potu. Nie zaszkodzi też krem do opalania z filtrem i dobry środek odstraszający komary (przeznaczony do używania w warunkach tropikalnych). Tych ostatnich nie ma zbyt wiele i w okolicy głównych atrakcji Kambodży nie trzeba obawiać się zagrożenia chorobami przez nie przenoszonymi. Tak zaopatrzeni możemy śmiało ruszać na odkrywanie tego tajemniczego kraju.

 

Wydanien Lato 2018