Opera została otwarta 31 sierpnia br.Dubai-Opera-page-010
© DUBAI OPERA


KATARZYNA KAŁUŻA-NAWROT

MARCIN LEWANDOWSKI

www.meet-the-bidder.com

Według niektórych Dubaj wystarczy odwiedzić tylko raz w życiu, dlatego gdy zdecydowaliśmy się na ponowną podróż do tego miasta, założyliśmy, że obalimy ten mit. Tym razem nasza wycieczka zapowiadała się spokojniej. Myśleliśmy, że wiemy, czego się spodziewać. Wyszliśmy z samolotu i nie doznaliśmy szoku kulturowego ani termicznego. Rozejrzeliśmy się dookoła z zadowoleniem – poczuliśmy się tu jak w domu. Rozpoznawaliśmy ulice i prawie wszystkie budynki. Część z nich wywoływała jednak w nas konsternację. Nie byliśmy pewni, czy widzieliśmy je już w zeszłym roku. Mieliśmy wrażenie, że wszystkiego wokół jest więcej – zabudowań, ludzi, samochodów, restauracji, sklepów i... życia.

 Ambitny projekt kompleksu Aladdin City Simg 1

© WWW.MEINHARDTGROUP.COM

Zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu, w którym nocowaliśmy poprzednim razem, więc wyjście na spacer nie wymagało zaplanowania całej wyprawy, skompletowania sprzętu turystycznego czy zaopatrzenia się w zapasy na drogę. Mogliśmy też wybrać się w nieznane nam jeszcze rejony. Nie było tylko sensu zabierać ze sobą zeszłorocznej mapy, bo ta... zdążyła się już zdezaktualizować.


Po wypełnieniu obowiązków zawodowych i odbyciu wielu ciekawych spotkań podczas międzynarodowych targów poświęcaliśmy wieczory na zwiedzanie nowych miejsc. Musimy dodać, że tego rodzaju wydarzenia przyciągają do Dubaju niesamowitych ludzi ze znakomitymi pomysłami. Dzięki znajomości z jedną z takich osób znaleźliśmy się na szczycie Nassima Royal Hotel w gronie menedżerów z branży turystycznej z całego świata. Panorama miasta oglądana z pięćdziesiątego piętra na każdym robi ogromne wrażenie. Gdy podziwialiśmy obiekt i studiowaliśmy krajobraz, wreszcie dotarło do nas, że byliśmy tu już wcześniej! Jednak rok temu znajdował się w tym miejscu zupełnie inny hotel. Zmieniła się nie tylko nazwa, ale także wystrój i obsługa. Jak się później okazało, czekało nas więcej niespodzianek…


MIASTO SZANS

Nasza poprzednia wyprawa koncentrowała się wokół genezy powstania Dubaju. Zgłębialiśmy wówczas historie pomysłodawców jego budowy i sponsorów. Ponieważ dowiedzieliśmy się, że mieszkańcy Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) stanowią mniejszość we własnym kraju (ok. 1,5 mln z całej populacji 9,8 mln), chcieliśmy tym razem przyjrzeć się życiu ludzi, którzy zjechali z całego świata, aby zatrzymać się tutaj na nieco dłużej. Obcokrajowcy nie mogą zostać w mieście na stałe, ponieważ lokalne przepisy zabraniają przyznawania im obywatelstwa, a tylko obywatelom przysługuje prawo nieograniczonego pobytu na terytorium państwa. Większość przyjezdnych musi opuścić ZEA najpóźniej po osiągnięciu wieku emerytalnego, kiedy traci się możliwość podjęcia pracy w tej części Półwyspu Arabskiego.


Nasz pierwszy wolny wieczór rozpoczęliśmy od kolacji w hinduskiej restauracji wegetariańskiej. Miejsce świeciło pustkami (mimo usytuowania przy jednej z głównych arterii tętniącej życiem historycznej dzielnicy Bur Dubaj), ale zachęcający zapach przyciągnął nas aż z drugiego końca ulicy. Zamówiliśmy thali, bo jedno z nas nigdy nie jadło tego północnoindyjskiego dania. Sam sposób serwowania zrobił na nas duże wrażenie. Na tradycyjnej metalowej tacy (także nazywanej thali) ustawiono wianuszek miseczek katori, z których każda zawierała inny sos. Kucharze przyglądali się nam, gdy próbowaliśmy tych najostrzejszych, i śmiali się sympatycznie, gdy gasiliśmy ogień w gardle jogurtem. Było miło i znów czuliśmy się jak na innej planecie – w końcu odwiedziliśmy Indie w Dubaju.


We wspomnianym hotelu zgłosiliśmy się do recepcji z prośbą o oprowadzenie po jego nowych wnętrzach. Dzięki temu poznaliśmy dziewczynę z Republiki Południowej Afryki (RPA), która niedawno rozpoczęła w nim pracę. Mówiła świetnie po angielsku, szczerze się uśmiechała, a informacje przekazywała nam w sposób ciekawy i bardzo profesjonalny. Była zadowolona z możliwości, jakie dał jej pracodawca – miała zapewnione i opłacone mieszkanie i wyżywienie oraz stałą pensję. Opowiadała też, że Dubaj jest pierwszym zagranicznym miastem, do którego pojechała, ale nie chce na tym poprzestać. Wypytywała nas z zainteresowaniem o Warszawę i niezmiernie się ucieszyła, gdy na pamiątkę i na szczęście wręczyliśmy jej polską jednogroszówkę. Zrozumieliśmy, że dubajska metropolia daje szansę na rozwój wielu młodym ludziom z całego świata. Mogą się tu uczyć i pracować w międzynarodowym środowisku. Tak spodobała nam się ta wizja, że zaczęliśmy nawet myśleć o tym, czy nie szukać zatrudnienia w Dubaju…


Pewnego wieczoru nasz lokalny partner z biura DMC (Destination Management Company) postanowił pokazać nam, na czym jeszcze polega wielokulturowość tego miasta. Zabrał nas najpierw do baru The Irish Village, który również przypominał inny świat w tym osobliwym kosmosie. Obsługiwali nas Europejczycy, w menu znajdowały się tradycyjne irlandzkie dania i trunki, zupełnie jak w typowym pubie w Dublinie. Siedzieliśmy pod drzewami nad małym jeziorem, dookoła którego przechadzała się rodzina kaczek. Słuchaliśmy muzyki na żywo – niezmiernie utalentowany europejski wokalista wykonywał doskonałe aranżacje popularnych hitów. Nagle straciliśmy poczucie, że jesteśmy na Półwyspie Arabskim. Gośćmi tego lokalu nie byli – niestety – miejscowi, a właśnie turyści i osoby tymczasowo pracujące w tych stronach. Zdaje się, że Europejczycy stworzyli sobie tę enklawę, aby nie tęsknić za domem. W końcu irlandzkie puby działają teraz w wielu miastach naszego kontynentu. Naszym zdaniem ta fatamorgana wyglądała wyjątkowo prawdziwie. Każdy radzi sobie, jak może, a my chcieliśmy przyjrzeć się temu, jak zaadaptowali się tutaj obcokrajowcy. Ruszyliśmy więc na dalsze poznawanie Dubaju.


MIASTO NIESPODZIANEK

Nasz przyjaciel, który pochodzi z Indii, zaprowadził nas do jednego z najbardziej nietypowych miejsc, w jakich kiedykolwiek byliśmy. Wąskimi i krętymi korytarzami pewnego hotelu o mniej więcej 3-gwiazdkowym standardzie dotarliśmy do pomieszczenia znanego jedynie wybrańcom. Wiedzieliśmy tylko tyle, że będziemy świętować fakt, że Marcin niebawem zostanie ojcem.


Weszliśmy do ciemnego, ale rozświetlonego cekinami klubu nocnego. Jego gości stanowili przede wszystkim Hindusi. Na wielkich ekranach wyświetlano bollywoodzkie teledyski – od klasyki przez hity Dalera Mehndiego aż po współczesne piosenki. Na długim i wąskim podium w jednym rzędzie siedziały piękne dziewczyny o egzotycznej urodzie. Wszystkie miały na sobie seksowne stroje – niektóre współczesne, inne przypominające hinduskie sari, choć odsłaniające zdecydowanie więcej. Jedna z nich tańczyła. Kusiła erotycznymi ruchami mężczyzn zebranych przy okrągłych stolikach tuż pod sceną. Jednocześnie śpiewała, a raczej ruszała ustami, naśladując bezgłośnie wykonawcę piosenki lecącej w tle. Dotarło do nas wówczas, że jesteśmy w bollywoodzkim klubie ze striptizem, tylko... bez striptizu, bo żadna z pań nie zdjęła nawet spinki z głowy, a każda nosiła pod sukienką specjalne nieprześwitujące cieliste legginsy zakrywające całe nogi i bieliznę.


Przy stoliku w lewym kącie sali siedział stały bywalec – starszy Hindus, który odwiedza lokal niemal codziennie i zawsze wydaje w nim ponad 500 dolarów amerykańskich na tańce i napoje. Wybiera najlepsze tancerki, a te wdzięczą się do niego w seksownych pozach niczym gwiazdy filmowe. Żadna z nich nie podchodzi do mężczyzny bliżej niż na długość ramienia, a jemu nie wolno jej dotknąć, może tylko podziwiać. Występ trwa jedną piosenkę i kosztuje ok. 50 dolarów. Jeśli klient będzie zadowolony z tańca, dziewczyna dostanie koronę, którą on nałoży jej osobiście na głowę. Jest to jedyny moment, gdy mężczyzna ma szansę na bezpośredni kontakt fizyczny. Za koronę płaci się dodatkowe 50 dolarów, więc warto się o nią postarać. Gdy tańczą wszystkie dziewczyny, każda próbuje zwrócić na siebie uwagę gości, aby później dostąpić zaszczytu koronacji. Ich występy – nawet te zamówione dla konkretnej osoby – mogą podziwiać wszyscy obecni. W trakcie naszej wizyty na widowni były tylko dwie kobiety, które bawiły się chyba najlepiej ze wszystkich klientów tego przybytku. Nie mogliśmy rozszyfrować, czy podobnie jak goście także artystki traktują ten rodzaj rozrywki jako zabawę, czy podchodzą do tego poważnie. Marcin dostał w prezencie od naszego przyjaciela aż trzy występy w wykonaniu najlepszej tancerki i niemej wokalistki.


Po odwiedzinach w sekretnym bollywoodzkim klubie ze striptizem bez striptizu udaliśmy się do libańskiej piekarni, w której kupiliśmy wyśmienite placki man’oushe. Nie wiemy, czy to głód, który dopadł nas tej nocy, sprawił, że aż tak nam smakowały, ale niewiele posiłków pamiętamy tak dobrze jak ten. Przycupnęliśmy na murku przed wejściem i po kilku minutach już staliśmy przy kasie po kolejną sztukę! Rozświetlona neonami piekarnia znajdowała sięzupełnie na uboczu, przy spokojnej ulicy.Gdyby nie nasz dubajski znajomy, nigdy nie trafilibyśmy w to wyjątkowe miejsce. Teraz wiemy, gdzie wrócić, i chyba nigdynie zapomnimy tego wieczoru, który dostarczył namtylespecyficznych wrażeń.

 

MIASTO OSOBLIWOŚCI

Ulicami Dubaju jeżdżą najnowsze modele sportowych samochodów
Bryka Marcin
© KATARZYNA KAŁUŻA-NAWROT/MEET THE BIDDER


Chociaż Dubaj nie jest stolicą ZEA ani też nie leży w najbogatszym z emiratów, wiele osób tak właśnie uważa. Dzieje się tak dlatego, że miasto rozwija się w zadziwiającym tempie i wciąż zaskakuje. Wszystko musi tu być największe, najdroższe i najlepsze. Metropolia kojarzy się ze strzelistymi drapaczami chmur i ekskluzywnymi hotelami, a w szczególności z oddanym oficjalnie do użytku w styczniu 2010 r. najwyższym wieżowcem na świecie Burdż Chalifa (Burj Khalifa)o wysokościniemal 830 m.


Jedną z pierwszych okazji, przy których zetknęliśmy się z osobliwym światem ZEA, było natrafienie na zdjęcia z towarzyskiego meczu tenisowego Andre Agassiego i Rogera Federera z lutego 2005 r. Wydarzenia tego nie komentowano by pewnie tak szeroko, gdyby nie fakt, że spotkanie rozegrano 211 m nad ziemią na specjalnie przystosowanym lądowisku dla helikopterów hotelu Burdż Al Arab (Burj Al Arab), uważanego wtedy za najbardziej luksusowy na świecie. Od tamtej pory minęło ponad dziesięć lat, a życie w tym mieście przyszłości wciąż zaskakuje.


Na dubajskich bazarach znajdują się sklepy jubilerskie, w których właściwie nie trzeba by zapalać światła, bo rozświetla je blask biżuterii. Tylko tutaj można wyeksponować w gablocie suknie wykonane ze złoconych materiałów i naszyjniki warte tysiące, a nawet miliony dolarów bez obaw, że ktoś zbije szybę, aby je ukraść. W Dubaju są automaty ze złotem, podające jego aktualny kurs. Wypada ono przez otwór maszyny wprost na ręce właściciela. W tym mieście umówimy się z klientem na kawę z wielbłądzim mlekiem i złotymi drobinkami. W ZEA zamawia się gigantyczne ręcznie tkane gobeliny wyceniane na miliony dolarów. To właśnie tu jest rynek zbytu na telefony komórkowe o wartości większej niż mieszkania. Jeden z najdroższych kosztował 8 mln dolarów, ponieważ został ozdobiony najlepszej jakości diamentami.


Po centrum Dubaju jeżdżą najczęściej nowe modele sportowych samochodów lub limuzyny. Mimo wielu pasów ruchu na ulicach tworzą się gigantyczne korki, które czasami przypominają wystawę targów motoryzacyjnych. Osoby z zasobniejszym portfelem korzystają z różnych sposobów uniknięcia tej niedogodności. Kilka miejscowych firm oferuje przeloty helikopterem dostępne na tej samej zasadzie, co przejazdy taksówką. Popularne przedsiębiorstwo, które wypuściło aplikację mobilną Uber, wprowadziło usługę UberChopper. Najbogatsi zostawiają często auta w garażu i wsiadają do własnych śmigłowców. Zdarzają się nawet niekiedy osoby potrafiące zapomnieć o swoim samochodzie. Błyszczące ferrari czekają potem na parkingu koło lądowiska na właścicieli, którzy nigdy nie zjawili się, aby je odebrać.


Żeby sprawdzić, dokąd jeżdżą na zakupy zwykli ludzie, postanowiliśmy odwiedzić jeden z pobliskich sklepów w rodzaju tych naszych, opatrzonych szyldem Wszystko za 4 złote. W wersji dubajskiej są one wielkości polskich hipermarketów, a obsługują w nich głównie Hindusi. Asortyment pochodzi w przeważającej części z Chin. Można tu znaleźć choćby widokówki 3D – dokładnie takie, które znamy z naszego dzieciństwa, tyle że zamiast postaci z bajek widnieją na nich strzelisty Burdż Chalifa lub jeden z wielu tutejszych słynnych hoteli, np. podobny do wydętego żagla Burdż Al Arab, jak również najmodniejsze silikonowe zegarki we wszystkich kolorach tęczy, irańskie daktyle, a także… czekoladowy żwirek! Kupiliśmy kilka kilogramów tego przysmaku. Wygląda on jak kolorowe kamyczki. Każdy poczęstowany nimi, zanim sięgnie po jeden, upewnia się, czy aby na pewno są jadalne i nie połamie sobie zębów. Takie sklepy warto odwiedzić. Oferują mnóstwo pamiątek znakomicie oddających tutejszą mieszankę kulturową, ale – co ważniejsze – przychodzą do nich zwyczajni ludzie i zakupimy tu tanie produkty nie nadwyrężające budżetu przeciętnego turysty.


FATAMORGANY W BUDOWIE

Kształt gmachu Muzeum Przyszłości przywodzi na myśl kapsułę czasu

Panorama3 rev1

© DUBAI FUTURE FOUNDATION

Fenomenem Dubaju jest też to, że jego wygląd zmienia się wraz z powstawaniem nowych budynków. Wiodący na rynku deweloper Emaar Properties ukończył właśnie (w sierpniu 2016 r.) gmach opery w kształcie dau (dhow), tradycyjnej drewnianej łodzi żaglowej, używanej m.in. na wodach Zatoki Perskiej.


Poza tym duże projekty w tym mieście reklamowane są na świecie z wyprzedzeniem i już teraz zaplanować można wizytę w miejscach, których budowa dopiero się rozpoczyna. Początkowo Dubaj miał być tylko centrum spotkań biznesowych, ale obecnie dąży się do tego, żeby stał się modnym celem turystyki rodzinnej. Dlatego wznosi się w nim takie imponujące obiekty jak IMG Worlds of Adventure – największy na świecie tematyczny park rozrywki pod dachem (o powierzchni ok. 460 tys. m²) z regulowaną temperaturą, pełen rollercoasterów i atrakcji wykorzystujących najnowsze technologie. Jego wystrój nawiązuje do świata postaci z Cartoon Network czy superbohaterów z komiksów wydawnictwa Marvel (np. opowiadających o przygodach Spidermana, Hulka, Iron Mana, Thora i drużyny Avengers). Nie brakuje też wyjątkowych sklepów i restauracji, a także 12-salowego kina. Kompleks otwarto pod koniec sierpnia 2016 r. i już przyciąga wielu turystów z całego świata.


Niesamowitym projektem jest również Aladdin City. Nawodne miasteczko z częścią handlową i hotelową (o powierzchni 110 tys. m²), inspirowane opowieściami o Aladynie i Sindbadzie Żeglarzu, powstanie w Zatoce Dubajskiej. Według planów zostanie ukończone w czwartym kwartale 2018 r.


Niedługo pierwszych odwiedzających powita też Muzeum Przyszłości (Museum of the Future), które ma prezentować najnowsze osiągnięcia naukowe, trendy i wzornictwo oraz praktyczne aplikacje. Jego motto brzmi Zobacz przyszłość, kreuj przyszłość. Rzeczywiście, gdy ogląda się wkomponowany w otoczenie projekt budynku przypominającego stojący na boku gigantyczny pierścień lub nieforemny pączek oponkę, nie można przestać się zastanawiać, czy to na pewno nie plan zdjęciowy filmu fantastycznonaukowego na podstawie powieści Stanisława Lema.


Tego typu obiekty o oszałamiającej nowoczesnej architekturze wciąż wyrastają w Dubaju jak grzyby po deszczu. Szacuje się, że w ciągu najbliższych dziesięciu, a co najwyżej piętnastu lat w okolicy skończą się złoża ropy naftowej, której wydobycie stanowi obecnie jeden z podstawowych sektorów gospodarki emiratu. Dlatego władze inwestują intensywnie w turystykę, sport czy bankowość, mające utrzymywać miasto w przyszłości.

 

SYPIALNIA DUBAJU

Postanowiliśmy również pojechać do sąsiedniej Szardży (Sharjah). Znajduje się w niej kilka atrakcyjnych i niedrogich jak na ZEA hoteli. Zostaliśmy uprzedzeni, że musimy wyruszyć wcześnie rano i wrócić około południa, bo w przeciwnym razie utkniemy w korkach. Nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, czym jest to zjawisko w tych stronach, dopóki nie znaleźliśmy się na trasie z Bur Dubaj do Szardży. My poruszaliśmy się sprawnie i szybko, na drodze przed nami nie było zbyt wielu aut, ale na pasie jazdy w przeciwnym kierunku długi na wiele kilometrów sznur samochodów stał praktycznie nieruchomo. Nasz partner uświadomił nam, że miejsce, do którego zmierzamy, to w dużej mierze sypialnia Dubaju, dlatego każdego ranka mnóstwo ludzi musi dostać się do pracy w centrum. Wieczorne korki są jeszcze większe i trwają do kilku godzin.


Szardża uchodzi za spokojne miasto i słynie z tego, że obowiązuje w niej zakaz picia alkoholu. Jednak obsługa hoteli goszczących wielu zagranicznych turystów potrafi pójść na rękę klientom i przymyka oko na skrzętnie ukrywane drinki, które ci przygotowują sobie ukradkiem na plażach. Alkohol kupują w sklepach działających na granicy emiratu, gdzie jego sprzedaż jest już dozwolona. Potem przelewają go do plastikowych butelek po napojach, aby dyskretnie raczyć się nim w swoich pokojach lub właśnie na hotelowych plażach. Obsługa nie zwraca uwagi gościom, dopóki nie dojdzie do nieprzyjemnego incydentu wywołanego nadmiernym spożyciem trunków.


Ze względu na to, że podróżowanie do Szardży bywa utrudnione w pewnych porach dnia, wiele hoteli oferuje klientom pakiet all inclusive soft. W ich ogrodach, na białych plażach i profesjonalnych kortach tenisowych można spędzić cały dzień. Do tego goście korzystają z mnóstwa atrakcji przygotowanych z myślą o uprzyjemnieniu im pobytu. W mieście znajduje się też kilka miejsc, które naprawdę warto odwiedzić. My trafiliśmy na historyczny suk (arabski targ) Al Arsah, który w godzinach największego ruchu nabiera kolorów i tętni życiem. Kupimy na nim tradycyjne przyprawy i tkaniny, a także zjemy prawdziwy arabski obiad w pięknym otoczeniu.


Podczas naszej wycieczki nie obyło się również bez polskiego akcentu. W trakcie zwiedzania znaleźliśmy dużą przybudówkę z kamieni, która kryła wewnątrz kolorowe ławki i dekoracje. Okazało się, że była to instalacja artystyczna kolektywu Slavs and Tatars (Słowianie i Tatarzy). Przedstawiała relacje między mieszkańcami obszaru położonego na wschód od dawnego Muru Berlińskiego i na zachód od Wielkiego Muru Chińskiego, w tym np. powiązania między irańską rewolucją islamską z 1979 r. a... wydarzeniami Sierpnia ’80 w Polsce i działalnością organizacji NSZZ „Solidarność”. Miała obrazować rewolucyjny potencjał rzemiosła i folkloru. Nie do końca zrozumieliśmy zamysł autorów, ale ucieszyliśmy się z faktu, że ponad 6 tys. km od domu wspomina się o naszej ojczyźnie.

 

MIASTO DLA KAŻDEGO

Władze Dubaju dostrzegają i uznają potrzeby nie tylko swoich obywateli, ale i przyjezdnych. Wiedzą, że na nich polegają i wiążą z nimi swoją przyszłość. Bez napływowej ludności pochodzącej z Indii, Sri Lanki, Pakistanu oraz innych krajów Azji czy Afryki i Europy, a także turystów, którzy są jak krew tętniąca w żyłach tego miasta, ta wspaniała metropolia przestanie istnieć i nie będzie niczym więcej jak zakurzoną, opustoszałą makietą futurystycznego ośrodka na pustyni. Dlatego też każdego roku Dubaj chce zaskoczyć swoich mieszkańców i gości czymś niespotykanym. Bez wątpienia warto zobaczyć te prawdziwe cuda na własne oczy i po pierwszej wizycie wciąż wracać, aby sprawdzać, czym kolejnym razem nas zadziwi.

Artykuły wybrane losowo

Mała wielka Malta

MARCIN „HUMBAK” JĘDRZEJCZAK

 

Leżąca na Morzu Śródziemnym, mniej więcej pośrodku między Gibraltarem a Izraelem, a także Sycylią i Tunezją, Malta jest dosyć dobrze rozwiniętym gospodarczo państwem, tysiąc razy mniejszym od Polski (316 km2 powierzchni). Nie uprawia się w nim ani warzyw, ani owoców, wycięto wszystkie oliwne drzewka, a jedyne, co pozostało, to winnice. Brak tu rzek czy jezior, deszcz pada rzadko i praktycznie nie ma słodkiej wody, znajdziemy za to mnóstwo zabytków. Dlatego kraj ten nazywa się często muzeum pod gołym niebem.

Wodę w miejscowym hotelu po przegotowaniu można śmiało wypić. Jej smak nie jest jednak źródlany, bowiem Maltańczycy pozyskują ją odsalając tę, której mają pod dostatkiem w morzu. Nad umywalką umieszczone są dwa krany – z jednego płynie gorąca, a z drugiego zimna woda. To jedna z pozostałości po Brytyjczykach, poprzednich władcach archipelagu.

Więcej…

Peru w kolorach tęczy

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

WWW.LUCYNA-LEWANDOWSKA.PL

 

Obchody Inti Raymi (Święta Słońca) w Cusco

025518 300

© HEINZ PLENGE PARDO/PROMPERÚ

 

W języku hiszpańskim nazwę „Peru” akcentuje się na ostatnią sylabę, przeciągając nieco literę „u”. W rozmowie z mieszkańcami zawsze warto wspomnieć, że bardzo podoba nam się ich ojczyzna. „Perú, hermoso país” („Peru, piękny kraj”) nie jest wcale jedynie kulturalną formułką, ponieważ to rzeczywiście wspaniałe miejsce na naszym globie, olśniewające niezmiernie zróżnicowanymi krajobrazami i fascynującą kulturą, ale chyba przede wszystkim zachwycające wręcz niesamowitą mozaiką barw.

 

Z podróży w te strony pozostają w pamięci soczysta zieleń Amazonii, błękit Oceanu Spokojnego, pomarańcz i brąz wyżyn oraz wielokolorowe stroje peruanos (Peruwiańczyków). Nic więc dziwnego, że wiphala, symbol kojarzony z imperium Inków (Tawantinsuyu), składa się z kwadratów w siedmiu kolorach. W swojej współczesnej wersji prezentują one spektrum światła widzialnego.

 

Już sam lot z Europy do Peru dostarcza barwnych widoków. Kiedy przemierzymy niebieski Atlantyk, przez kilka godzin przez okna samolotu możemy przyglądać się olbrzymiej puszczy amazońskiej. W pewnym momencie zielony las deszczowy niespodziewanie zamyka potężny łańcuch Andów. Gdy docieramy do mniej więcej 10-milionowej Limy, stolicy kraju, góry nagle ustępują miejsca kolejnemu oceanowi, tym razem Pacyfikowi.


KOLONIALNE MIASTO KRÓLÓW

 

Lima, niegdyś jeden z najbogatszych ośrodków Ameryki Południowej, nazywana bywa też miastem hiszpańskich konkwistadorów. Francisco Pizarro (1478–1541) założył ją prawie 500 lat temu (w styczniu 1535 r.) jako bazę do podboju państwa Inków. Aż do 1824 r. była stolicą Wicekrólestwa Peru. Pierwotnie tytułowano ją Miastem Królów (Ciudad de los Reyes). Mimo wielokrotnych trzęsień ziemi zabytki w Limie zachowały swój kolonialny charakter i wciąż przypominają o jej dawnym bogactwie. Świadczy o tym wpisanie w 1988 r. zabudowy historycznego centrum na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

 

Najwięcej turystów przyciąga plac Broni (Plaza de Armas, inaczej Plaza Mayor). Nazwę tę nadawano dość często głównym placom w wielu miastach Ameryki Południowej, ponieważ tu podczas najazdów z zewnątrz rozdawano broń ludziom. W tym miejscu znajdują się największe zabytki kolonialne: Katedra (Catedral de Lima) z grobowcem Francisca Pizarra, Pałac Arcybiskupi (Palacio Arzobispal) z pięknymi zdobionymi balkonami i Pałac Wicekrólów, obecnie Pałac Rządu (Palacio de Gobierno), w którym w 1821 r. ogłoszono niepodległość Peru. Obowiązkowo należy również złożyć wizytę w XVII-wiecznej Bazylice św. Franciszka, tworzącej zespół architektoniczny wraz z pobliskim klasztorem (Basílica y Convento de San Francisco) i uchodzącej za jedną z najpiękniejszych budowli sakralnych na kontynencie. Za jej potężną fasadą kryje się wnętrze ozdobione freskami, pozłacanymi ołtarzami i malowidłami. Odwiedzających intrygują jednak przede wszystkim tajemnicze katakumby znajdujące się pod ziemią. Jak twierdzą przewodnicy, pochowano w nich 25 tys. osób. Po obejrzeniu złożonych w kolejnych salach kości i czaszek nabiera się przekonania, że liczba ta wcale nie jest zawyżona.

 

Prowincja Lima przyciąga turystów także nowoczesnym nadmorskim rejonem z widokiem na długie oceaniczne fale, idealne do surfowania. Prym na tym obszarze wiedzie ekskluzywny dystrykt Miraflores, położony praktycznie na skraju klifów. Władze regionu postanowiły stworzyć tutaj zespół parków z rzeźbami, oryginalnymi roślinami oraz ścieżkami do spacerów i uprawiania joggingu. W wysokich wieżowcach działają najlepsze w okolicy restauracje, sklepy, hotele i nocne kluby.

 

Na zainteresowanie zasługuje też limska kuchnia ze specjałem ceviche (cebiche), czyli marynowaną surową rybą podawaną z sokiem z limonki, z dodatkiem cebuli, papryki i soli. Warto zwrócić uwagę, że to tradycyjnie przyrządzane danie można spotkać zarówno w luksusowych lokalach, jak i małych ulicznych budkach. Poza tym limeños (mieszkańcy Limy) uwielbiają pisco – brandy wyprodukowane z winogron. Alkohol ten jest składnikiem koktajlu pisco sour, uznawanego niemal za symbol narodowy Peru.

 

INKASKI ŚWIAT

 

Dawna stolica Inków – Cusco (Cuzco) – leży na wysokości ok. 3400 m n.p.m., pośród łagodnych, najczęściej nagich wzgórz. W oddali wznoszą się przykryte śniegiem monumentalne andyjskie szczyty. Przed udaniem się w ten rejon warto sobie uświadomić, że Peru ze względu na swoje położenie blisko linii równika i zróżnicowane ukształtowanie terenu charakteryzuje się rozmaitymi rodzajami klimatu. W trakcie naszej zimy w tej okolicy bywa jednak dosyć ciepło. Choć nocą temperatura powietrza potrafi spaść do 0°C, to w ciągu dnia, na słońcu, wzrasta nawet do ponad 20°C.

 

Mimo iż blisko 84 proc. mieszkańców kraju posługuje się na co dzień hiszpańskim, ciągle używa się tu kilkunastu języków indiańskich, w tym keczua i ajmara. To właśnie od pochodzącego z tego ostatniego języka wyrażenia qusqu wanka („skała sowy”) wielu etymologów wywodzi nazwę Cusco. Według legendy założył je pierwszy inkaski władca Manco Cápac. Zgodnie z badaniami archeologów Inkowie przybyli tutaj na początku XIII stulecia. Ich ośrodek szybko stał się najważniejszym centrum gospodarczym i kulturalnym regionu, mogącym poszczycić się m.in. nowoczesnym systemem wodno-kanalizacyjnym. Prawdopodobnie stanowi najstarsze miasto na zachodniej półkuli zamieszkane nieprzerwanie do dziś.

 

Czas największego rozkwitu Cusco przypadł na XV w. Trzeba zaznaczyć, że państwo Inków (nazywane Tawantinsuyu, Tahuantinsuyo)liczyło wtedy ok. 14 mln mieszkańców i rozciągało się na terenach należących obecnie do Ekwadoru, Peru, Boliwii, Chile, Argentyny i Kolumbii. Ten wyjątkowy okres skończył się wraz z przybyciem Hiszpanów. W listopadzie 1533 r. Francisco Pizarro podbił miasto. Trzy lata później spalono je, aby stłumić antyhiszpańskie powstanie. Na gruzach Cusco kolonizatorzy postawili nowe budynki. Wznieśli je m.in. z pozostałości po inkaskiej zabudowie. Z biegiem czasu okazało się, że mury konstruowane przez Inków z odpowiednio ociosanych kamieni potrafią przetrwać kolejne trzęsienia ziemi, hiszpańska architektura natomiast często ulegała zniszczeniom i wiele obiektów trzeba było wciąż stawiać od nowa.

 

Do dzisiaj możemy podziwiać tu zarówno budowle konkwistadorów, jak i fragmenty pierwotnego miasta. Centralnym placem jest – oczywiście – Plaza de Armas, przy którym wznosiła się niegdyś świątynia ku czci boga słońca (Coricancha). Stanowiła ważny ośrodek kultu, miejsce koronacji i pochówku inkaskich królów. Obecnie znajduje się w tym rejonie Klasztor św. Dominika Guzmána (Convento de Santo Domingo), w którym obejrzymy pozostałości pierwotnego obiektu. Przy głównym placu stał również pałac XV-wiecznego władcy Inków Viracochy (Huiracocha Inca). Na jego fundamentach wybudowano Katedrę (Catedral del Cusco), symbol nowego miasta. Hiszpanie zakończyli prace nad kościołem po ponad 100 latach. W ich trakcie używali kamieni pochodzących z murów pobliskiej inkaskiej twierdzy Sacsayhuamán. W środku, oprócz bogatych dekoracji, możemy podziwiać m.in. obraz peruwiańskiego malarza Marcosa Zapaty (ok. 1710–1773) przedstawiający ostatnią wieczerzę. W odróżnieniu od europejskich wersji tej sceny na stole przed Jezusem i apostołami autor umieścił półmisek z daniem typowym dla Peru – pieczoną świnką morską (kawią domową).

 

O potędze Inków świadczy wspomniana twierdzaSacsayhuamán,która góruje nad Cusco. Chociaż do dziś przetrwały jedynie jej ruiny, nadal zachwyca turystów. Plan fortecy przypomina kształtem pysk pumy – zygzakowate mury przywodzą na myśl zęby. Została ona wzniesiona z gigantycznych kamiennych bloków idealnie przylegających do siebie bez zastosowania jakiejkolwiek zaprawy. Największe z zachowanych głazów ważą 300–350 t. Budowa twierdzy trwała mniej więcej 50 lat i według badaczy musiało przy niej pracować ok. 20 tys. robotników. Trzeba zdawać sobie sprawę z tego, że Inkowie nie znali koła, nie używali zwierząt pociągowych, a poszczególne kamienie dopasowywali do siebie jedynie za pomocą narzędzi.

 

Spacer ulicami Cusco to także doskonała okazja do przyjrzenia się niezwykłym ubraniom jego mieszkańców, łączącym tradycyjne elementy stroju ludowego z wpływami hiszpańskimi. W wielu rejonach Peru typowym kobiecym ubiorem jest suto marszczona, wielowarstwowa spódnica sięgająca kolan, ściągnięta szerokim i bogato zdobionym pasem. Zamiast torebek czy plecaków Peruwianki używają kolorowych, pasiastych tkanin zwanych mantami. Noszą w nich m.in. warzywa, drewno i… dzieci. Mężczyźni ubierają się na ogół po europejsku, choć można spotkać też panów w klasycznych, barwnych poncho. W okolicy Cusco i jeziora Titicaca dopełnieniem zarówno damskiego, jak i męskiego stroju są kapelusze podobne do meloników, zapewne pozostałość po hiszpańskich kolonizatorach.

 

SZLAKIEM INKÓW

 

Mimo iż dawna stolica Inków leży ok. 450 km w linii prostej od wybrzeża, a ze względu na ukształtowanie terenu od Pacyfiku dzieli ją trasa o długości ponad 650 km, to ryby złowione w oceanie trafiały świeże na stół ich władcy. Dzięki rozbudowanemu systemowi szlaków specjalnie przeszkoleni gońcy (chasquis) mogli przemieszczać się bardzo szybko. Również i dzisiaj turyści mają okazję docenić wielkość rozwijającej się w tym regionie cywilizacji.

 

Odtworzona kamienna Droga Inków (Camino Inca), wiodąca w dolinie Urubamby na północny zachód od Cusco, należy bez wątpienia do najpiękniejszych tras turystycznych świata. Dziennie wpuszcza się na nią maksymalnie tylko 500 osób, a rezerwacji trzeba dokonywać kilka miesięcy wcześniej z uwagi na dużą liczbę chętnych.

 

W ciągu od 2 do 5 dni przechodzi się zarówno przez las deszczowy z niezliczoną ilością egzotycznych kwiatów i ptactwa, jak i przez wysoko położone przełęcze, z których najwyższa to Warmiwañusqa (4200 m n.p.m.). Na odpoczynek uczestnicy wyprawy zatrzymują się w inkaskich ruinach, robiących imponujące wrażenie pośród górskiego krajobrazu. Zwieńczeniem całej wędrówki jest wizyta w najbardziej znanym mieście Inków – Machu Picchu (ok. 2430 m n.p.m.).

 

TAJEMNICA Z PRZESZŁOŚCI

 

Do słynnego ośrodka w Andach można dotrzeć nie tylko pieszo, ale także pociągiem PeruRail z Cusco. Dojeżdża się wówczas do miejscowości Aguas Calientes, skąd dalej o własnych siłach bądź autobusem należy udać się już bezpośrednio do zapierających dech w piersiach ruin.

 

Inkowie wznieśli kompleks Machu Picchu w połowie XV w., kiedy ich cywilizacja znajdowała się u szczytu potęgi. Mieszkali w nim zaledwie przez ponad 100 lat. Z nieznanych nam przyczyn opuścili miasto w 1572 r. Być może zrobili to ze względu na szerzącą się epidemię jakiejś choroby, brak wody lub stopniowy upadek państwa spowodowany hiszpańską inwazją, chociaż mimo niewielkiej odległości od Cusco (ok. 130 km), konkwistadorzy nigdy tu nie dotarli. W ciągu kolejnych 350 lat górskie ścieżki prowadzące do ośrodka zarosły, a wśród kamiennych budowli zaczęła rządzić natura. O istnieniu miejsca wiedzieli nieliczni Indianie. Dla świata odkrył je amerykański naukowiec Hiram Bingham III (1875–1956) 24 lipca 1911 r.

 

Otoczenie Machu Picchu wygląda niemal bajkowo. Miasto powstało na wysoko położonym siodle (ponad 2400 m n.p.m.), pomiędzy Młodym Szczytem (Huayna Picchu lub Wayna Picchu, ok. 2700 m n.p.m) a Starym Szczytem (Machu Picchu). W dolinie leżącej 400 m niżej wije się rzeka Urubamba, a stoki wokół porastają bujne lasy. Inkowie wykorzystali naturalne ukształtowanie terenu i rozplanowali swój ośrodek na tutejszych skalnych półkach. Do domów i pól uprawnych na specjalnie przygotowanych tarasach woda docierała licznymi kanałami tworzącymi razem rozbudowany system. Wszystkie budowle, zarówno mieszkalne, jak i te o znaczeniu religijnym, wzniesiono z ciosanych i dobrze dopasowanych kamieni.

 

Indianie zastosowali tu też swoją wiedzę dotyczącą astronomii. W Świątyni Trzech Okien (Templo de las Tres Ventanas) promienie słoneczne wpadają do wnętrza tylko w określonych porach dnia. Umieszczony natomiast na niewielkim wzgórzu kamień Intiwatana prawdopodobnie służył kapłanom jako kalendarz i zegar astronomiczny.

 

Do dziś badacze nie są pewni, jakie znaczenie miało Machu Picchu w inkaskim imperium. O wyjątkowości miasta świadczy nieduża liczba jego mieszkańców (prawdopodobnie żyło w nim od 300 do 1 tys. osób) i fakt, że na tutejszej nekropolii odkryto dużo więcej grobów kobiet niż mężczyzn. Być może stanowiło ono ośrodek religijny, na co wskazywałyby liczne obiekty kultu.

 

Widok na Machu Picchu z charakterystyczną sylwetką Huayna Picchu

022330 300

© PILAR OLIVARES/PROMPERÚ

 

LINIE NA PUSTYNI

 

Większość turystów odwiedzających Machu Picchu bywa tak zachwyconych oszałamiającymi widokami, że uznaje je za jedno z najwspanialszych stanowisk archeologicznych na świecie. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, iż Inkowie byli nie tyle twórcami, ile spadkobiercami ludów andyjskich, żyjących znacznie wcześniej. Na terytorium dzisiejszego Peru rozwijały się po sobie kultury Vicús, Chavín, Cupisnique, Pucará, Recuay, Cajamarca, Lima, Huarpa (Warpa), Lambayeque (Sicán), Nasca (Nazca), Paracas, Tiahuanaco, Wari (Huari), Pachacámac (Pacha Kamaq), Chincha, Chachapoyas, Colla, Lupaca, Chiribaya, Maranga, Huamachuco, Huanca (Wanka), Chancay, Moche (Mochica) i Chimú. Do naszych czasów przetrwało dostatecznie wiele obiektów i przedmiotów świadczących o wielkich umiejętnościach i twórczej wyobraźni ich autorów. Są wśród nich zarówno monumentalne budowle, jak i wymyślne wyroby ze złota.

 

Do najbardziej niezwykłych przykładów starożytnej architektury krajobrazu należą ogromne znaki utrwalone na płaskowyżach oddalonych o ok. 90 km od wybrzeża Peru. Największe ich zagęszczenie znajdziemy w pustynnym rejonie Pampas de Jumana, między miejscowościami Nasca (Nazca) i Palpa. Tajemnicze linie i rysunki powstawały między VI w. p.n.e. a VI stuleciem n.e. Na temat ich pochodzenia i przeznaczenia wysunięto mnóstwo hipotez, a niekiedy wręcz sensacyjnych teorii. Znalezione w pobliżu przedmioty identyfikowane z kulturą Nasca mogą świadczyć o tym, że znaki te były dziełem mieszkańców tej okolicy. Według badaczy do stworzenia większości rytów wystarczyło tylko kilku ludzi wyposażonych w tyczki i sznurek jako prosty przyrząd mierniczy oraz miotłę. W jakim jednak celu powstały te osobliwe wzory, zapewne nigdy się już nie dowiemy.

 

Wyróżnia się tutaj szczególnie kilka rysunków, takich jak m.in. przedstawienia kolibrów, kondorów, czapli, żurawia, pelikana, mewy, papugi, małpy, pająka, ślimaka, psa, 27-metrowego walenia, węża, ryby, kaktusów i kwiatów. Ze względu na ich gigantyczne rozmiary geoglify te w całości można podziwiać wyłącznie z dużej wysokości, np. podczas lotu samolotem. W nieodległej miejscowości Nasca organizowane są tego typu wycieczki dla chętnych.

 

KRAINA SZEŚCIOTYSIĘCZNIKÓW

 

Z pustynnego płaskowyżu przenosimy się dla odmiany w ośnieżone Andy. Białe szczyty, ostre słońce i lazurowe jeziora – tym właśnie charakteryzuje się Park Narodowy Huascarán (Parque Nacional Huascarán), który dzięki swojej wyjątkowości został wpisany w 1985 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajduje się w nim na obszarze 3400 km² 296 akwenów, 41 rzek, ponad 660 lodowców i 27 sześciotysięczników, w tym najwyższa góra Peru, czyli Nevado Huascarán (6768 m n.p.m.), stanowiąca cel spragnionych wrażeń miłośników wspinaczki.

 

Na tym obszarze wyróżnia się siedem stref roślinnych: od wilgotnych lasów po formacje wysokogórskie. Rośnie tutaj np. kantuta (Cantua buxifolia), uznawana za narodowy kwiat Peru. Spośród żyjących w tych stronach zwierząt warto wymienić andoniedźwiedzia okularowego (niedźwiedzia peruwiańskiego), który jest jedynym gatunkiem z rodziny niedźwiedziowatych występującym w Ameryce Południowej.

 

Nie tylko amatorzy turystyki wysokogórskiej znajdą w parku coś dla siebie. Niektóre jego malownicze zakątki da się zwiedzić w ciągu jednego dnia, zarówno podczas wycieczki pieszej czy rowerowej, jak i wyprawy na mule.

 

LIŚCIE KOKI W FILIŻANCE

 

W trakcie przemierzania płaskowyżu Altiplano na pewno zauważymy, jak powszechnie miejscowi spożywają liście koki. W Peru można je kupić legalnie za niewielkie pieniądze na każdym targowisku, nierzadko nawet w sporych workach. Ludzie zamieszkujący te tereny już 8 tys. lat temu żuli kokę m.in. dlatego, że dzięki temu odczuwa się mniejszy głód, a wędrówka, dźwiganie bagażu lub wykonywanie innych czynności na dużych wysokościach nie wymagają tyle wysiłku co zazwyczaj.

 

Krzew kokainowy (Erythroxylum coca) odgrywa istotną rolę w kulturze andyjskiej. Jego liście, przypominające kształtem liście laurowe, ofiarowywane były bogom, a w czasach Inków używały ich głównie klasy uprzywilejowane. Ponad 100 lat temu (od 1885 do 1929 r.) wykorzystywano je do produkcji coca-coli. Obecnie mieszkańcy andyjskich wyżyn żują kokę i sporządzają z niej napar zwany mate de coca (lub té de coca). Napój ten (zwalczający objawy choroby wysokogórskiej), traktowany jak herbata, podawany jest nawet w ekskluzywnych hotelach. Liście z krzewu kokainowego stanowią też dodatek do tutejszych ciastek i cukierków. Warto pamiętać, że turyści mogą bez przeszkód wywozić z kraju tego typu produkty, ale nie samą roślinę.

 

WEŁNA BOGÓW

 

Stepowe płaskowyże Peru, pokryte niską roślinnością, są naturalnym środowiskiem życia dla bardzo sympatycznych i pożytecznych dla człowieka zwierząt. Lamy andyjskie, alpaki i wikunie andyjskie (wigonie) należą do jednej rodziny wielbłądowatych. Z daleka wyglądają podobnie, jednak alpaka trochę bardziej przypomina owcę, wikunia z kolei jest z nich wszystkich najbardziej smukła. Słowo llama (polskie „lama”) wywodzi się z języka keczua. Hiszpanie tłumaczyli je jako„owca”. Później za pośrednictwem języka hiszpańskiego wyraz przyswoili sobie inni mieszkańcy Europy.

 

Wikunie w Peru objęte są ochroną. Na trasach przelotowych, z dala od miast, można zobaczyć znaki informujące o ich występowaniu. W takich okolicach na drogach umieszczono specjalne progi spowalniające ruch samochodowy ze względu na pasące się zwierzęta. Lamy i alpaki w Ameryce Południowej odgrywały ważną rolę w gospodarstwie już ponad 5 tys. lat temu. Trzymano je dla pozyskiwanej z ich sierści przędzy oraz dobrego mięsa, które zawiera bardzo dużo białka i jednocześnie zaskakująco mało cholesterolu i tłuszczu. I choć hodowla lam bardziej się rozpowszechniła, to jedynie wełnę z alpak nazywa się wełną bogów.

 

Już w czasach Inków takie wełniane tkaniny kojarzono z luksusem, a ubrania z nich wykonane nosiła inkaska arystokracja. Także i dzisiaj tego typu odzież sporo kosztuje, ponieważ sama przędza jest wyjątkowo miękka, delikatna i lekka, a zrobione z niej rzeczy są trzy razy cieplejsze niż te z włókien owczych i trzykrotnie bardziej odporne na ścieranie. O niezwykłej wytrzymałości materiału mogą zaświadczyć odkrycia archeologiczne. W peruwiańskich grobowcach znaleziono przedmioty z wełny z alpak pochodzące jeszcze sprzed narodzin państwa Inków.

 

Wysepki Uros na jeziorze Titicaca

020838 300

© JUAN PUELLES/PROMPERÚ

 

DRYFUJĄCE WYSPY

 

Jeśli udamy się w góry na granicy z Boliwią, będziemy mogli podziwiać wyjątkowy krajobraz, który tworzą dwa pasy przepięknego błękitu przedzielone brązowymi wzgórzami i błyszczącymi od śniegu szczytami. Takie widoki zapewnia Titicaca – najwyżej położone żeglowne jezioro świata (3812 m n.p.m.). To również drugie co do wielkości jezioro w Ameryce Południowej (po Maracaibo w Wenezueli). W najszerszym miejscu mierzy niemal 80 km, a jego całkowita powierzchnia wynosi ok. 8400 km². Jest więc ok. 74 razy większe od polskich Śniardw.

 

Główne miasto w tym rejonie – 150-tysięczne Puno – stanowi bardzo dobrą bazę wypadową do poznawania okolicy. W porcie warto zobaczyć historyczną kanonierkę Yavarí, która została zbudowana w Wielkiej Brytanii w 1862 r., a potem w częściach dotarła nad Titicacę. Statek złożono ostatecznie w 1870 r. Był wykorzystywany przez ponad 100 lat (do 1975 r.).

 

Największą atrakcją jeziora są jednak wyspy Uros (Urus) z trzciny totora, które mogą… pływać (na terytorium Peru istnieje ich ponad 20). Kiedyś swobodnie dryfowały, terazprzycumowuje się je w jednym miejscu. Sama roślina przez wieki była podstawowym produktem dla tutejszej ludności. Indianie Uro (Uru) przygotowywali z niej herbatę, jedli słodki rdzeń, dorzucali ją do paleniska. Dzisiaj wciąż z trzciny buduje się domy i łodzie (tzw. caballitos de totora) oraz wyrabia meble i pamiątki. Średnio co trzy miesiące na zgniłe fragmenty wyspy kładzie się nową warstwę liści i łodyg. Po ok. 20 latach całą konstrukcję trzeba wymienić.

 

Część regionu pozostaje zamieszkana. Indianie żyją tu głównie z rybołówstwa, choć turystyka staje się coraz ważniejszym źródłem ich dochodów. Miejscowi często porzucają język uro (uru) na rzecz ajmara czy hiszpańskiego.

 

Na jeziorze znajdują się też naturalne wyspy. Taquile słynie z wyrobu tkanin. W 2008 r. ta sztuka została wpisana oficjalnie na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Jej mieszkańcy (taquileños) aż do lat 50. XX w. żyli w niemal całkowitej izolacji, dzięki czemu wciąż łączy ich silne poczucie wspólnoty. Noszą typowe jedynie dla Taquile stroje. Kobiety zakładają czarne lub czerwone spódnice (polleras) i różowe bluzki (almillas), a na głowę i ramiona długie, czarne chusty, które z tyłu sięgają kolan (chuku). Mężczyźni ubierają się przeważnie w czarne spodnie z szerokim, kolorowym pasem i białe koszule. Ten zwyczaj, inspirowany wyglądem hiszpańskich chłopów, pojawił się z końcem XVI w., kiedy to konkwistadorzy zabronili taquileños używania tradycyjnego ubioru.

 

Chociaż tkaniny wytwarza niemal cała lokalna społeczność, bez względu na wiek i płeć, to kobiety głównie przygotowują przędzę, a mężczyźni tkają i robią na drutach. Najbardziej charakterystycznymi częściami stroju są szeroki paskalendarzowy, przedstawiający coroczny cykl prac i obrzędów, oraz wełniana czapka chullo z nausznikami, która w różnych wariantach, nie tylko kolorystycznych, jest popularna w całym kraju.

 

KANION SZYBUJĄCYCH KONDORÓW

 

Polacy pozostawili po sobie w Peru dwa ważne ślady. Polski inżynier Ernest Malinowski (1818–1889) wybudował w nim drugą najwyżej położoną linię kolejową na świecie (Ferrocarril Central del Perú – Centralną Kolej Transandyjską). Natomiast w maju 1981 r. dziką, spienioną rzeką na dnie kanionu Colca po raz pierwszy w historii spłynęła grupa kajakarzy z Polski z Andrzejem Piętowskim (kierownikiem wyprawy) na czele. Wyczyn ten został wpisany do Księgi rekordów Guinnessa i przyniósł temu miejscu sławę. W dowód wdzięczności mieszkańcy pobliskiego miasteczka Chivay nazwali główną 6-kilometrową ulicę Avenida Polonia, czyli aleją Polska.

 

Cañón del Colca uważa się za drugi najgłębszy kanion na ziemi (po Cotahuasi, leżącym także w Peru). Panorama rozpościerająca się z jego stromych brzegów zapiera dech w piersiach. Górne krawędzie wznoszą się na wysokość 4–5 tys. m n.p.m. Dno znajduje się na poziomie od 950 do 3050 m n.p.m. W węższej części kanionu ściany pozbawione są roślinności. U jego wylotu, odległość między brzegami staje się coraz szersza, a na zboczach leżą przepiękne tarasy uprawne.

 

Największe wrażenie wywiera jednak widok kondorów wielkich o poranku. W miejscu zwanym Krzyżem Kondora (Cruz del Cóndor) pojawia się ich najwięcej. Te olbrzymie ptaki (o rozpiętości skrzydeł sięgającej ponad 3 m) przelatują często kilkanaście metrów ponad głowami turystów. Zjawiają się regularnie z samego rana. W wyniku stopniowego ogrzewania promieniami słońca zimnego powietrza z dna kanionu powstają wznoszące prądy, które kondorom widocznie bardzo odpowiadają.

 

TĘCZOWA KRAINA

 

W Peru wciąż spotyka się ślady po mieszkańcach dawnego imperium, którzy zdołali rozwinąć tu rolnictwo, zbudować potężne państwo i założyć miasta w rejonach pięknych, choć ciężkich do życia. Ludzie w tym regionie zawsze uczyli się pokonywać trudności. Widać to nie tylko w opuszczonym Machu Picchu, ale również w niemal 1-milionowej Arequipie, drugim co do wielkości ośrodku w kraju, otoczonym przez wulkany i nawiedzanym przez trzęsienia ziemi. Stare domy i świątynie zbudowane są w nim ze skamieniałej lawy. W bujnym amazońskim lesie równikowym, z dala od cywilizacji Indianie od setek lat zakładają swoje skromne osady.

 

To poza tym niezmiernie zaskakująca kraina. Na kolorowych procesjach i festynach rytuały prekolumbijskie przenikają się z tradycjami katolickimi i lokalnymi zwyczajami. Mężczyźni nad jeziorem Titicaca robią na drutach. Kobiety w górach noszą męskie kapelusze. Na obiad możemy zjeść tutaj pieczoną świnkę morską, a w hotelu zamówimy herbatę z liści koki. Nawet ziemniaki występują aż w kilkudziesięciu odmianach i mają różną barwę: od brązu i żółci po fiolet i czerwień. Dlatego żeby opisać Peru, trzeba użyć całej palety kolorów. W końcu nawet flagi w Cusco są tęczowe.

 

Cruz del Cóndor i Indianie oferujący turystom pamiątki i barwne tekstylia

025850 300

© JAMES POSSO/PROMPERÚ

 

Dominikańska przygoda

ŁUKASZ KUDELSKI


Ten wyspiarski kraj położony na Karaibach na wyspie Hispanioli (to używana w Polsce do XIX w. nazwa Haiti) kojarzy mi się przede wszystkim z wyśmienitym rumem, wyborną kawą, motocyklami, pięknymi plażami i kobietami, gorącą muzyką, a także górami, jeziorami, wodospadami, sawannami i pustynią. Gdy rzucimy okiem na mapę świata i dostrzeżemy sąsiadów Dominikany – Haiti, Kubę, Jamajkę i Portoryko – nie będziemy mieć wątpliwości. To musi być wyjątkowo egzotyczne i pełne ciekawych niespodzianek miejsce. 

Więcej…