Opera została otwarta 31 sierpnia br.Dubai-Opera-page-010
© DUBAI OPERA


KATARZYNA KAŁUŻA-NAWROT

MARCIN LEWANDOWSKI

www.meet-the-bidder.com

Według niektórych Dubaj wystarczy odwiedzić tylko raz w życiu, dlatego gdy zdecydowaliśmy się na ponowną podróż do tego miasta, założyliśmy, że obalimy ten mit. Tym razem nasza wycieczka zapowiadała się spokojniej. Myśleliśmy, że wiemy, czego się spodziewać. Wyszliśmy z samolotu i nie doznaliśmy szoku kulturowego ani termicznego. Rozejrzeliśmy się dookoła z zadowoleniem – poczuliśmy się tu jak w domu. Rozpoznawaliśmy ulice i prawie wszystkie budynki. Część z nich wywoływała jednak w nas konsternację. Nie byliśmy pewni, czy widzieliśmy je już w zeszłym roku. Mieliśmy wrażenie, że wszystkiego wokół jest więcej – zabudowań, ludzi, samochodów, restauracji, sklepów i... życia.

 Ambitny projekt kompleksu Aladdin City Simg 1

© WWW.MEINHARDTGROUP.COM

Zatrzymaliśmy się w tym samym hotelu, w którym nocowaliśmy poprzednim razem, więc wyjście na spacer nie wymagało zaplanowania całej wyprawy, skompletowania sprzętu turystycznego czy zaopatrzenia się w zapasy na drogę. Mogliśmy też wybrać się w nieznane nam jeszcze rejony. Nie było tylko sensu zabierać ze sobą zeszłorocznej mapy, bo ta... zdążyła się już zdezaktualizować.


Po wypełnieniu obowiązków zawodowych i odbyciu wielu ciekawych spotkań podczas międzynarodowych targów poświęcaliśmy wieczory na zwiedzanie nowych miejsc. Musimy dodać, że tego rodzaju wydarzenia przyciągają do Dubaju niesamowitych ludzi ze znakomitymi pomysłami. Dzięki znajomości z jedną z takich osób znaleźliśmy się na szczycie Nassima Royal Hotel w gronie menedżerów z branży turystycznej z całego świata. Panorama miasta oglądana z pięćdziesiątego piętra na każdym robi ogromne wrażenie. Gdy podziwialiśmy obiekt i studiowaliśmy krajobraz, wreszcie dotarło do nas, że byliśmy tu już wcześniej! Jednak rok temu znajdował się w tym miejscu zupełnie inny hotel. Zmieniła się nie tylko nazwa, ale także wystrój i obsługa. Jak się później okazało, czekało nas więcej niespodzianek…


MIASTO SZANS

Nasza poprzednia wyprawa koncentrowała się wokół genezy powstania Dubaju. Zgłębialiśmy wówczas historie pomysłodawców jego budowy i sponsorów. Ponieważ dowiedzieliśmy się, że mieszkańcy Zjednoczonych Emiratów Arabskich (ZEA) stanowią mniejszość we własnym kraju (ok. 1,5 mln z całej populacji 9,8 mln), chcieliśmy tym razem przyjrzeć się życiu ludzi, którzy zjechali z całego świata, aby zatrzymać się tutaj na nieco dłużej. Obcokrajowcy nie mogą zostać w mieście na stałe, ponieważ lokalne przepisy zabraniają przyznawania im obywatelstwa, a tylko obywatelom przysługuje prawo nieograniczonego pobytu na terytorium państwa. Większość przyjezdnych musi opuścić ZEA najpóźniej po osiągnięciu wieku emerytalnego, kiedy traci się możliwość podjęcia pracy w tej części Półwyspu Arabskiego.


Nasz pierwszy wolny wieczór rozpoczęliśmy od kolacji w hinduskiej restauracji wegetariańskiej. Miejsce świeciło pustkami (mimo usytuowania przy jednej z głównych arterii tętniącej życiem historycznej dzielnicy Bur Dubaj), ale zachęcający zapach przyciągnął nas aż z drugiego końca ulicy. Zamówiliśmy thali, bo jedno z nas nigdy nie jadło tego północnoindyjskiego dania. Sam sposób serwowania zrobił na nas duże wrażenie. Na tradycyjnej metalowej tacy (także nazywanej thali) ustawiono wianuszek miseczek katori, z których każda zawierała inny sos. Kucharze przyglądali się nam, gdy próbowaliśmy tych najostrzejszych, i śmiali się sympatycznie, gdy gasiliśmy ogień w gardle jogurtem. Było miło i znów czuliśmy się jak na innej planecie – w końcu odwiedziliśmy Indie w Dubaju.


We wspomnianym hotelu zgłosiliśmy się do recepcji z prośbą o oprowadzenie po jego nowych wnętrzach. Dzięki temu poznaliśmy dziewczynę z Republiki Południowej Afryki (RPA), która niedawno rozpoczęła w nim pracę. Mówiła świetnie po angielsku, szczerze się uśmiechała, a informacje przekazywała nam w sposób ciekawy i bardzo profesjonalny. Była zadowolona z możliwości, jakie dał jej pracodawca – miała zapewnione i opłacone mieszkanie i wyżywienie oraz stałą pensję. Opowiadała też, że Dubaj jest pierwszym zagranicznym miastem, do którego pojechała, ale nie chce na tym poprzestać. Wypytywała nas z zainteresowaniem o Warszawę i niezmiernie się ucieszyła, gdy na pamiątkę i na szczęście wręczyliśmy jej polską jednogroszówkę. Zrozumieliśmy, że dubajska metropolia daje szansę na rozwój wielu młodym ludziom z całego świata. Mogą się tu uczyć i pracować w międzynarodowym środowisku. Tak spodobała nam się ta wizja, że zaczęliśmy nawet myśleć o tym, czy nie szukać zatrudnienia w Dubaju…


Pewnego wieczoru nasz lokalny partner z biura DMC (Destination Management Company) postanowił pokazać nam, na czym jeszcze polega wielokulturowość tego miasta. Zabrał nas najpierw do baru The Irish Village, który również przypominał inny świat w tym osobliwym kosmosie. Obsługiwali nas Europejczycy, w menu znajdowały się tradycyjne irlandzkie dania i trunki, zupełnie jak w typowym pubie w Dublinie. Siedzieliśmy pod drzewami nad małym jeziorem, dookoła którego przechadzała się rodzina kaczek. Słuchaliśmy muzyki na żywo – niezmiernie utalentowany europejski wokalista wykonywał doskonałe aranżacje popularnych hitów. Nagle straciliśmy poczucie, że jesteśmy na Półwyspie Arabskim. Gośćmi tego lokalu nie byli – niestety – miejscowi, a właśnie turyści i osoby tymczasowo pracujące w tych stronach. Zdaje się, że Europejczycy stworzyli sobie tę enklawę, aby nie tęsknić za domem. W końcu irlandzkie puby działają teraz w wielu miastach naszego kontynentu. Naszym zdaniem ta fatamorgana wyglądała wyjątkowo prawdziwie. Każdy radzi sobie, jak może, a my chcieliśmy przyjrzeć się temu, jak zaadaptowali się tutaj obcokrajowcy. Ruszyliśmy więc na dalsze poznawanie Dubaju.


MIASTO NIESPODZIANEK

Nasz przyjaciel, który pochodzi z Indii, zaprowadził nas do jednego z najbardziej nietypowych miejsc, w jakich kiedykolwiek byliśmy. Wąskimi i krętymi korytarzami pewnego hotelu o mniej więcej 3-gwiazdkowym standardzie dotarliśmy do pomieszczenia znanego jedynie wybrańcom. Wiedzieliśmy tylko tyle, że będziemy świętować fakt, że Marcin niebawem zostanie ojcem.


Weszliśmy do ciemnego, ale rozświetlonego cekinami klubu nocnego. Jego gości stanowili przede wszystkim Hindusi. Na wielkich ekranach wyświetlano bollywoodzkie teledyski – od klasyki przez hity Dalera Mehndiego aż po współczesne piosenki. Na długim i wąskim podium w jednym rzędzie siedziały piękne dziewczyny o egzotycznej urodzie. Wszystkie miały na sobie seksowne stroje – niektóre współczesne, inne przypominające hinduskie sari, choć odsłaniające zdecydowanie więcej. Jedna z nich tańczyła. Kusiła erotycznymi ruchami mężczyzn zebranych przy okrągłych stolikach tuż pod sceną. Jednocześnie śpiewała, a raczej ruszała ustami, naśladując bezgłośnie wykonawcę piosenki lecącej w tle. Dotarło do nas wówczas, że jesteśmy w bollywoodzkim klubie ze striptizem, tylko... bez striptizu, bo żadna z pań nie zdjęła nawet spinki z głowy, a każda nosiła pod sukienką specjalne nieprześwitujące cieliste legginsy zakrywające całe nogi i bieliznę.


Przy stoliku w lewym kącie sali siedział stały bywalec – starszy Hindus, który odwiedza lokal niemal codziennie i zawsze wydaje w nim ponad 500 dolarów amerykańskich na tańce i napoje. Wybiera najlepsze tancerki, a te wdzięczą się do niego w seksownych pozach niczym gwiazdy filmowe. Żadna z nich nie podchodzi do mężczyzny bliżej niż na długość ramienia, a jemu nie wolno jej dotknąć, może tylko podziwiać. Występ trwa jedną piosenkę i kosztuje ok. 50 dolarów. Jeśli klient będzie zadowolony z tańca, dziewczyna dostanie koronę, którą on nałoży jej osobiście na głowę. Jest to jedyny moment, gdy mężczyzna ma szansę na bezpośredni kontakt fizyczny. Za koronę płaci się dodatkowe 50 dolarów, więc warto się o nią postarać. Gdy tańczą wszystkie dziewczyny, każda próbuje zwrócić na siebie uwagę gości, aby później dostąpić zaszczytu koronacji. Ich występy – nawet te zamówione dla konkretnej osoby – mogą podziwiać wszyscy obecni. W trakcie naszej wizyty na widowni były tylko dwie kobiety, które bawiły się chyba najlepiej ze wszystkich klientów tego przybytku. Nie mogliśmy rozszyfrować, czy podobnie jak goście także artystki traktują ten rodzaj rozrywki jako zabawę, czy podchodzą do tego poważnie. Marcin dostał w prezencie od naszego przyjaciela aż trzy występy w wykonaniu najlepszej tancerki i niemej wokalistki.


Po odwiedzinach w sekretnym bollywoodzkim klubie ze striptizem bez striptizu udaliśmy się do libańskiej piekarni, w której kupiliśmy wyśmienite placki man’oushe. Nie wiemy, czy to głód, który dopadł nas tej nocy, sprawił, że aż tak nam smakowały, ale niewiele posiłków pamiętamy tak dobrze jak ten. Przycupnęliśmy na murku przed wejściem i po kilku minutach już staliśmy przy kasie po kolejną sztukę! Rozświetlona neonami piekarnia znajdowała sięzupełnie na uboczu, przy spokojnej ulicy.Gdyby nie nasz dubajski znajomy, nigdy nie trafilibyśmy w to wyjątkowe miejsce. Teraz wiemy, gdzie wrócić, i chyba nigdynie zapomnimy tego wieczoru, który dostarczył namtylespecyficznych wrażeń.

 

MIASTO OSOBLIWOŚCI

Ulicami Dubaju jeżdżą najnowsze modele sportowych samochodów
Bryka Marcin
© KATARZYNA KAŁUŻA-NAWROT/MEET THE BIDDER


Chociaż Dubaj nie jest stolicą ZEA ani też nie leży w najbogatszym z emiratów, wiele osób tak właśnie uważa. Dzieje się tak dlatego, że miasto rozwija się w zadziwiającym tempie i wciąż zaskakuje. Wszystko musi tu być największe, najdroższe i najlepsze. Metropolia kojarzy się ze strzelistymi drapaczami chmur i ekskluzywnymi hotelami, a w szczególności z oddanym oficjalnie do użytku w styczniu 2010 r. najwyższym wieżowcem na świecie Burdż Chalifa (Burj Khalifa)o wysokościniemal 830 m.


Jedną z pierwszych okazji, przy których zetknęliśmy się z osobliwym światem ZEA, było natrafienie na zdjęcia z towarzyskiego meczu tenisowego Andre Agassiego i Rogera Federera z lutego 2005 r. Wydarzenia tego nie komentowano by pewnie tak szeroko, gdyby nie fakt, że spotkanie rozegrano 211 m nad ziemią na specjalnie przystosowanym lądowisku dla helikopterów hotelu Burdż Al Arab (Burj Al Arab), uważanego wtedy za najbardziej luksusowy na świecie. Od tamtej pory minęło ponad dziesięć lat, a życie w tym mieście przyszłości wciąż zaskakuje.


Na dubajskich bazarach znajdują się sklepy jubilerskie, w których właściwie nie trzeba by zapalać światła, bo rozświetla je blask biżuterii. Tylko tutaj można wyeksponować w gablocie suknie wykonane ze złoconych materiałów i naszyjniki warte tysiące, a nawet miliony dolarów bez obaw, że ktoś zbije szybę, aby je ukraść. W Dubaju są automaty ze złotem, podające jego aktualny kurs. Wypada ono przez otwór maszyny wprost na ręce właściciela. W tym mieście umówimy się z klientem na kawę z wielbłądzim mlekiem i złotymi drobinkami. W ZEA zamawia się gigantyczne ręcznie tkane gobeliny wyceniane na miliony dolarów. To właśnie tu jest rynek zbytu na telefony komórkowe o wartości większej niż mieszkania. Jeden z najdroższych kosztował 8 mln dolarów, ponieważ został ozdobiony najlepszej jakości diamentami.


Po centrum Dubaju jeżdżą najczęściej nowe modele sportowych samochodów lub limuzyny. Mimo wielu pasów ruchu na ulicach tworzą się gigantyczne korki, które czasami przypominają wystawę targów motoryzacyjnych. Osoby z zasobniejszym portfelem korzystają z różnych sposobów uniknięcia tej niedogodności. Kilka miejscowych firm oferuje przeloty helikopterem dostępne na tej samej zasadzie, co przejazdy taksówką. Popularne przedsiębiorstwo, które wypuściło aplikację mobilną Uber, wprowadziło usługę UberChopper. Najbogatsi zostawiają często auta w garażu i wsiadają do własnych śmigłowców. Zdarzają się nawet niekiedy osoby potrafiące zapomnieć o swoim samochodzie. Błyszczące ferrari czekają potem na parkingu koło lądowiska na właścicieli, którzy nigdy nie zjawili się, aby je odebrać.


Żeby sprawdzić, dokąd jeżdżą na zakupy zwykli ludzie, postanowiliśmy odwiedzić jeden z pobliskich sklepów w rodzaju tych naszych, opatrzonych szyldem Wszystko za 4 złote. W wersji dubajskiej są one wielkości polskich hipermarketów, a obsługują w nich głównie Hindusi. Asortyment pochodzi w przeważającej części z Chin. Można tu znaleźć choćby widokówki 3D – dokładnie takie, które znamy z naszego dzieciństwa, tyle że zamiast postaci z bajek widnieją na nich strzelisty Burdż Chalifa lub jeden z wielu tutejszych słynnych hoteli, np. podobny do wydętego żagla Burdż Al Arab, jak również najmodniejsze silikonowe zegarki we wszystkich kolorach tęczy, irańskie daktyle, a także… czekoladowy żwirek! Kupiliśmy kilka kilogramów tego przysmaku. Wygląda on jak kolorowe kamyczki. Każdy poczęstowany nimi, zanim sięgnie po jeden, upewnia się, czy aby na pewno są jadalne i nie połamie sobie zębów. Takie sklepy warto odwiedzić. Oferują mnóstwo pamiątek znakomicie oddających tutejszą mieszankę kulturową, ale – co ważniejsze – przychodzą do nich zwyczajni ludzie i zakupimy tu tanie produkty nie nadwyrężające budżetu przeciętnego turysty.


FATAMORGANY W BUDOWIE

Kształt gmachu Muzeum Przyszłości przywodzi na myśl kapsułę czasu

Panorama3 rev1

© DUBAI FUTURE FOUNDATION

Fenomenem Dubaju jest też to, że jego wygląd zmienia się wraz z powstawaniem nowych budynków. Wiodący na rynku deweloper Emaar Properties ukończył właśnie (w sierpniu 2016 r.) gmach opery w kształcie dau (dhow), tradycyjnej drewnianej łodzi żaglowej, używanej m.in. na wodach Zatoki Perskiej.


Poza tym duże projekty w tym mieście reklamowane są na świecie z wyprzedzeniem i już teraz zaplanować można wizytę w miejscach, których budowa dopiero się rozpoczyna. Początkowo Dubaj miał być tylko centrum spotkań biznesowych, ale obecnie dąży się do tego, żeby stał się modnym celem turystyki rodzinnej. Dlatego wznosi się w nim takie imponujące obiekty jak IMG Worlds of Adventure – największy na świecie tematyczny park rozrywki pod dachem (o powierzchni ok. 460 tys. m²) z regulowaną temperaturą, pełen rollercoasterów i atrakcji wykorzystujących najnowsze technologie. Jego wystrój nawiązuje do świata postaci z Cartoon Network czy superbohaterów z komiksów wydawnictwa Marvel (np. opowiadających o przygodach Spidermana, Hulka, Iron Mana, Thora i drużyny Avengers). Nie brakuje też wyjątkowych sklepów i restauracji, a także 12-salowego kina. Kompleks otwarto pod koniec sierpnia 2016 r. i już przyciąga wielu turystów z całego świata.


Niesamowitym projektem jest również Aladdin City. Nawodne miasteczko z częścią handlową i hotelową (o powierzchni 110 tys. m²), inspirowane opowieściami o Aladynie i Sindbadzie Żeglarzu, powstanie w Zatoce Dubajskiej. Według planów zostanie ukończone w czwartym kwartale 2018 r.


Niedługo pierwszych odwiedzających powita też Muzeum Przyszłości (Museum of the Future), które ma prezentować najnowsze osiągnięcia naukowe, trendy i wzornictwo oraz praktyczne aplikacje. Jego motto brzmi Zobacz przyszłość, kreuj przyszłość. Rzeczywiście, gdy ogląda się wkomponowany w otoczenie projekt budynku przypominającego stojący na boku gigantyczny pierścień lub nieforemny pączek oponkę, nie można przestać się zastanawiać, czy to na pewno nie plan zdjęciowy filmu fantastycznonaukowego na podstawie powieści Stanisława Lema.


Tego typu obiekty o oszałamiającej nowoczesnej architekturze wciąż wyrastają w Dubaju jak grzyby po deszczu. Szacuje się, że w ciągu najbliższych dziesięciu, a co najwyżej piętnastu lat w okolicy skończą się złoża ropy naftowej, której wydobycie stanowi obecnie jeden z podstawowych sektorów gospodarki emiratu. Dlatego władze inwestują intensywnie w turystykę, sport czy bankowość, mające utrzymywać miasto w przyszłości.

 

SYPIALNIA DUBAJU

Postanowiliśmy również pojechać do sąsiedniej Szardży (Sharjah). Znajduje się w niej kilka atrakcyjnych i niedrogich jak na ZEA hoteli. Zostaliśmy uprzedzeni, że musimy wyruszyć wcześnie rano i wrócić około południa, bo w przeciwnym razie utkniemy w korkach. Nie do końca zdawaliśmy sobie sprawę, czym jest to zjawisko w tych stronach, dopóki nie znaleźliśmy się na trasie z Bur Dubaj do Szardży. My poruszaliśmy się sprawnie i szybko, na drodze przed nami nie było zbyt wielu aut, ale na pasie jazdy w przeciwnym kierunku długi na wiele kilometrów sznur samochodów stał praktycznie nieruchomo. Nasz partner uświadomił nam, że miejsce, do którego zmierzamy, to w dużej mierze sypialnia Dubaju, dlatego każdego ranka mnóstwo ludzi musi dostać się do pracy w centrum. Wieczorne korki są jeszcze większe i trwają do kilku godzin.


Szardża uchodzi za spokojne miasto i słynie z tego, że obowiązuje w niej zakaz picia alkoholu. Jednak obsługa hoteli goszczących wielu zagranicznych turystów potrafi pójść na rękę klientom i przymyka oko na skrzętnie ukrywane drinki, które ci przygotowują sobie ukradkiem na plażach. Alkohol kupują w sklepach działających na granicy emiratu, gdzie jego sprzedaż jest już dozwolona. Potem przelewają go do plastikowych butelek po napojach, aby dyskretnie raczyć się nim w swoich pokojach lub właśnie na hotelowych plażach. Obsługa nie zwraca uwagi gościom, dopóki nie dojdzie do nieprzyjemnego incydentu wywołanego nadmiernym spożyciem trunków.


Ze względu na to, że podróżowanie do Szardży bywa utrudnione w pewnych porach dnia, wiele hoteli oferuje klientom pakiet all inclusive soft. W ich ogrodach, na białych plażach i profesjonalnych kortach tenisowych można spędzić cały dzień. Do tego goście korzystają z mnóstwa atrakcji przygotowanych z myślą o uprzyjemnieniu im pobytu. W mieście znajduje się też kilka miejsc, które naprawdę warto odwiedzić. My trafiliśmy na historyczny suk (arabski targ) Al Arsah, który w godzinach największego ruchu nabiera kolorów i tętni życiem. Kupimy na nim tradycyjne przyprawy i tkaniny, a także zjemy prawdziwy arabski obiad w pięknym otoczeniu.


Podczas naszej wycieczki nie obyło się również bez polskiego akcentu. W trakcie zwiedzania znaleźliśmy dużą przybudówkę z kamieni, która kryła wewnątrz kolorowe ławki i dekoracje. Okazało się, że była to instalacja artystyczna kolektywu Slavs and Tatars (Słowianie i Tatarzy). Przedstawiała relacje między mieszkańcami obszaru położonego na wschód od dawnego Muru Berlińskiego i na zachód od Wielkiego Muru Chińskiego, w tym np. powiązania między irańską rewolucją islamską z 1979 r. a... wydarzeniami Sierpnia ’80 w Polsce i działalnością organizacji NSZZ „Solidarność”. Miała obrazować rewolucyjny potencjał rzemiosła i folkloru. Nie do końca zrozumieliśmy zamysł autorów, ale ucieszyliśmy się z faktu, że ponad 6 tys. km od domu wspomina się o naszej ojczyźnie.

 

MIASTO DLA KAŻDEGO

Władze Dubaju dostrzegają i uznają potrzeby nie tylko swoich obywateli, ale i przyjezdnych. Wiedzą, że na nich polegają i wiążą z nimi swoją przyszłość. Bez napływowej ludności pochodzącej z Indii, Sri Lanki, Pakistanu oraz innych krajów Azji czy Afryki i Europy, a także turystów, którzy są jak krew tętniąca w żyłach tego miasta, ta wspaniała metropolia przestanie istnieć i nie będzie niczym więcej jak zakurzoną, opustoszałą makietą futurystycznego ośrodka na pustyni. Dlatego też każdego roku Dubaj chce zaskoczyć swoich mieszkańców i gości czymś niespotykanym. Bez wątpienia warto zobaczyć te prawdziwe cuda na własne oczy i po pierwszej wizycie wciąż wracać, aby sprawdzać, czym kolejnym razem nas zadziwi.

Artykuły wybrane losowo

Zanurz się w kulturze na pograniczu Węgier i Austrii

Noémi Petneki

 

Po obu stronach granicy austriacko-węgierskiej i wzdłuż brzegów jeziora Nezyderskiego rozciąga się ten sam region. Dzisiejszy Burgenland (po węgiersku Őrvidék), najbardziej wysunięty na wschód i najmłodszy kraj związkowy Austrii, od XII w. był częścią historycznego Królestwa Węgier, które od XVI stulecia (po bitwie z Turkami pod Mohaczem w 1526 r.) dostało się pod panowanie Habsburgów i Cesarstwa Austriackiego. Dziś, po obaleniu żelaznej kurtyny i wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej w 2004 r., znów (jak za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej) praktycznie nie zauważamy, kiedy przejeżdżamy tutaj przez granicę. Węgrzy (nasi bratankowie) i Austriacy nazywają siebie szwagrami – w ten sposób wszyscy jesteśmy ze sobą trochę spowinowaceni…

Więcej…

Île-de-France, czyli wokół stolicy Francji

ALEKSANDRA SOROCZYŃSKA

<< Paryż nie bez powodu zajmuje pierwsze miejsce na podróżniczej liście wielu turystów zarówno z Europy, jak i całego świata. Tu, pod żelazną Wieżą Eiffla odkrywają oni swoje ulubione zakątki, które wspominają później po powrocie do domu. I choć niektórym z nich wydaje się, że w tej części Francji widzieli już chyba wszystko, na pewno się mylą. Przed nimi zostało jeszcze wiele do zobaczenia. >>

Île-de-France to najbardziej zaludniony francuski region (12-milionowy), którego centrum stanowi jedno z najchętniej odwiedzanych europejskich miast – Paryż. Tłumaczenie nazwy tego obszaru brzmi Wyspa Francji i trzeba przyznać, że w pełni zasługuje on na swoje miano. Nigdzie indziej w tym kraju nie znajdziemy tak wielkiej liczby francuskich zabytków, muzeów, galerii, teatrów, kin i innych centrów rozrywki, jak właśnie tutaj.

Więcej…

Jamajka – wyspa w słońcu

 

Robert Pawełek

www.travelcompass.pl

 

 To o niej mógł śpiewać amerykański piosenkarz Harry Belafonte w swoim przeboju z 1957 r. „Island in the Sun”. Na tej szerokości geograficznej przez większość dnia słońce wisi pionowo nad ziemią. Tutaj angielski pisarz Ian Fleming powołał do życia słynnego brytyjskiego agenta 007. Dziś w jamajskim barze można czasem spotkać hollywoodzkie gwiazdy.

 

Kiedy w 1494 r. Krzysztof Kolumb dotarł do brzegów Jamajki, napisał w swoim dzienniku, że to najpiękniejsza wyspa, jaką ujrzały ludzkie oczy. Wraz z nim przybyli hiszpańscy marynarze. Wkrótce mieli poznać rdzennych mieszkańców tego lądu – Tainów. Indianie nazywali go Xaymacą, co znaczyło „kraj drewna i wody”. Z ich języka wywodzą się także słowa „hamak”, „kajman”, „tabaka”, „barbecue”, „huragan” czy „koliber”.

 

Przybycie Krzysztofa Kolumba nie okazało się jednak dla Tainów wydarzeniem szczęśliwym. Hiszpanie podporządkowali ich sobie i zmuszali do ciężkiej pracy. Poza tym Indianie zaczęli chorować na powszechnie znane w Europie choroby, na które oni sami nie byli odporni. Zaledwie 100 lat później rdzenni mieszkańcy Jamajki niemal wymarli. Anglicy po zdobyciu wyspy w 1655 r. zmienili ją w ogromną dochodową plantację cukru, na którą masowo sprowadzali niewolników z Afryki Zachodniej. Obecnie żyją na niej jednak nie tylko potomkowie europejskich kolonizatorów i ludności z Czarnego Lądu. Przez wiele lat przybywali tu imigranci z Indii, Chin, Izraela czy Palestyny. Dzisiejsi Jamajczycy tworzą więc społeczeństwo bardzo różnorodne. Jamajka kojarzy się przede wszystkim z radosnym, roztańczonym i rozśpiewanym krajem, krainą reggae, beztroski i luzu. I taka jest w rzeczywistości.

 

W Górach Błękitnych spotkamy m.in. urocze wille i paprocie drzewiaste

NY JAMA A031757 House on Blue Mountain 4C1 cut

©JAMAICA TOURIST BOARD

 

Z wizytą w raju

 

Rozsławiona przez Harry’ego Belafonte’a „wyspa w słońcu” stanowi wymarzone miejsce na niezapomniany urlop. Przez cały rok panuje tu tropikalna pogoda, temperatura w niższych partiach lądu utrzymuje się na podobnym poziomie 25–30°C (i 15–22°C na wyżej położonych terenach), a lato i zima różnią się nieznacznie. Nocą powietrze nieco się ochładza, ale nawet wtedy nie przestaje być ciepło. Jamajka przyciąga turystów pięknymi plażami z lśniącym piaskiem delikatnie muskanymi przez fale. Daleko od lądu morze jest pofalowane i ma ciemnoniebieską barwę, bliżej wybrzeża, w osłoniętych od wiatru zatokach przypomina lustro i mieni się wieloma kolorami: błękitnym, turkusowym, modrym…

 

W przejrzystej wodzie widać dokładnie karaibskie głębiny. Ryby we wszystkich kolorach tęczy opływają ławicami koralowce i podwodne skały. Ten rajski spokój zakłócają jednak huragany, czasami nawiedzające wyspę w trakcie pory deszczowej. Trwa ona zazwyczaj od maja do października. W tym okresie zagraniczni goście raczej omijają te strony.

 

Wyjątkowe połączenie sprzyjających warunków klimatycznych, ciekawego ukształtowania terenu i różnorodności przyrodniczej wyróżnia Jamajkę na Karaibach. Jej w większości wyżynno-górzysty ląd pokrywa bujna roślinność i lasy równikowe. Na wschodzie leży pasmo Gór Błękitnych (Blue Mountains) z najwyższym jamajskim szczytem – Blue Mountain Peak (2256 m n.p.m.). Jego najczęściej spowity we mgle wierzchołek góruje dumnie nad okolicą. Tereny w głębi wyspy nie są już tak idylliczne jak wybrzeże. W poprzecinanym wąwozami i trudno dostępnym regionie Cockpit Country, z licznymi jaskiniami na północnym zachodzie, ukrywali się kiedyś Maroni (potomkowie zbiegłych czarnych niewolników), którzy próbowali rozpocząć nowe życie. Na północy rejony górskie kończą się plażami pokrytymi jasnym piaskiem, a na południu urwiste, szorstkie klify stawiają opór bijącym falom. Linię brzegową przecinają rzeki i wodospady wypływające wprost z gór do morza. Jamajska tropikalna flora zachwyca swoim oszałamiającym bogactwem. Na wyspie występuje ponad 3,6 tys. gatunków roślin, w tym liczne odmiany palm, paproci i storczykowatych. Tę różnorodność urozmaica jeszcze niezmiernie ciekawa fauna – m.in. ok. 110 gatunków ptaków, w tym 31 endemicznych. Wśród nich znajduje się jeden z symboli Jamajki, czyli koliber czarnogłowy, nazywany doctorem birdem.

 

Na Jamajce spłyniemy bambusową tratwą po Rio Grande i Martha Brae

xm2450a martha brae ret2

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

Plaża Jamesa Bonda

 

Turyści często wybierają Montego Bay, drugie po Kingston (stolicy kraju) najważniejsze miasto na wyspie i zarazem największy tutejszy ośrodek wypoczynkowy. Otaczają je wybrzeże z białym piaskiem, nowoczesne resorty i pola golfowe. Jeżeli znudzimy się nieustannym leżeniem na plaży i sączeniem przez słomkę kolejnejpiña colady, drinka jamaican browning lub innych lokalnych koktajli, powinniśmy opuścić hotel i wyruszyć na zwiedzanie. Mimo niewielkich rozmiarów Jamajki (odległość w linii prostej z zachodu na wschód wynosi ok. 235 km, z południa na północ w najszerszym miejscu – 84 km), nie brak jest na niej ciekawych atrakcji. Możemy wybrać się na wycieczkę rowerową wzdłuż brzegu morza lub w góry. Trasy takich wypraw prowadzą przez lasy tropikalne, plantacje kawy i bananów. Wiele wrażeń dostarcza też spływ długą tratwą bambusową po Rzece Wielkiej (Rio Grande). Zaczyna się w Berrydale. Najpierw przeprawiamy się przez gęsto zarośnięte gaje. Po drodze mijamy przesmyk Lovers Rock (Skała Kochanków) i docieramy aż do ujścia rzeki do morza w Rafter’s Rest. Jeśli mamy wolny cały dzień, wybierzmy się na wycieczkę w Góry Błękitne wznoszące się na północny wschód od Kingston. Ich zwykle zamglone wierzchołki wyglądają bardzo atrakcyjnie. Nie musimy wcale decydować się na pieszą wędrówkę, niepowtarzalny urok tego regionu możemy podziwiać z okien samochodu. Warto pamiętać o zabraniu stroju kąpielowego, po drodze znajdziemy dużo miejsc odpowiednich na odświeżającą kąpiel.

 

Na zainteresowanie zasługuje również założone w 1769 r. miasto Falmouth. Niegdyś był to jeden z najruchliwszych portów na wyspie. Jeśli będziemy mieć szczęście, trafimy na zawody triatlonowe odbywające się w pobliżu. To prawdziwie mordercze wyzwanie w tak gorącym klimacie! Na metę, ustawioną pod Rose Hall (rezydencją nawiedzaną ponoć przez ducha dawnej właścicielki Annie Palmer, podobno fanatycznej wyznawczyni kultu voodoo), dobiegają najbardziej wytrwali zawodnicy. Jamajka słynie z lekkoatletycznych talentów – Usain Bolt w 2009 r. ustanowił rekordy świata w biegu na dystansie 100 i 200 m. Najlepsze wyniki biegaczy nierzadko zresztą należą do Jamajczyków. Zabytkowe Falmouth zachwyca przede wszystkim swoją kolonialną architekturą. Niegdyś prężnie się rozwijało – sieć wodociągów zbudowano w nim wcześniej niż w Nowym Jorku! Dziś Falmouth Heritage Renewal, organizacja non-profit, stara się przywrócić blask różnym obiektom w stylu gregoriańskim, takim jak Centrum Handlowe i Historyczne Alberta George’a, anglikański Kościół św. Piotra czy imponujący budynek sądu z 1815 r.W mieście kręcono również Motylka (1973 r.) z Dustinem Hoffmanem i Steve’em McQueenem w rolach głównych.

 

Bardzo interesująca może być wyprawa do miasta Ocho Rios, czyli Osiem Rzek (chociaż nie ma ich naprawdę aż tyle w okolicy). Jak mówią Jamajczycy, w tym miejscu niebo wlewa się do morza. Z myślą o turystach docierających tu statkami pasażerskimi powstały restauracje i sklepy wolnocłowe. W mieście faluje wesoły, barwny tłum podążający w sobie tylko znanym kierunku. Głośna muzyka reggae płynie z głośników ustawionych przez młodych didżejów. Stąd już niedaleko do dawnego portu bananowego Oracabessa. W jego pobliżu rozpościera się plaża o charakterystycznej nazwie – James Bond Beach, z której widać dawną rezydencję Iana Fleminga (1908–1964), czyli Goldeneye. To w niej powstawały powieści o słynnym brytyjskim agencie 007. Tutaj także Honey Ryder (pierwsza dziewczyna Jamesa Bonda grana przez Ursulę Andress) w filmie Doktor No (1962 r.) wychodziła z wody w scenie, która przeszła już do historii kinematografii. Poza tym wypoczywała w tym miejscu m.in. aktorka Elizabeth Taylor (1932–2011). Dziś chętni mogą spędzić noc w domu pisarza. Ta przyjemność kosztuje jednak kilka tysięcy dolarów amerykańskich. Nowy właściciel terenu Chris Blackwell, założyciel wytwórni Island Records, wybudował w sąsiedztwie kilka willi składających się na luksusowy kompleks turystyczny. Obecnie funkcjonuje tu resort GoldenEye.

 

Od połowy XX w. Jamajka zaczęła cieszyć się popularnością wśród hollywoodzkich aktorów i brytyjskich arystokratów. Mieszkali na niej też amerykański muzyk country Johnny Cash (1932–2003), angielski dramaturg Noël Coward (1899–1973) i aktor Errol Flynn (1909–1959). Przy odrobinie szczęścia, podczas wizyty w Couples Tower Isle w Ocho Rios, pierwszym na wyspie hotelu o standardzie all inclusive, czy ekskluzywnym resorcie The Caves w Negril uda nam się wypić drinka w towarzystwie sław z telewizji i pierwszych stron gazet.

 

W sąsiedztwie ekskluzywnych kompleksów wypoczynkowych znajdują się jednak rejony zamieszkane przez ludzi ubogich. W delikatnych tekturowych domach żyją całe rodziny, które utrzymują się z prowadzenia małych ulicznych straganów i punktów usługowych. Mimo to optymizm wydaje się nie opuszczać wyspiarzy. Jamajczycy są wyjątkowi: sympatyczni, otwarci i zawsze uśmiechnięci. Tę radość z życia oddają charakterystyczne wyrażenia i zwroty pochodzące z kreolskiego jamajskiego (języka patois), np. Yeah, mon! („Tak, bracie!”). Niezwykle życzliwi i uczynni miejscowi okazują się jednocześnie bardzo ciekawscy. Pytają rozmówców o kraj pochodzenia, cel podróży, zawód, a przede wszystkim o to, czy podoba się im Jamajka i czy zamierzają przyjechać na nią ponownie. Jamajczycy są świadomi swojej wartości i dumni z wyspy i wywalczenia niepodległości. Afrykańskie korzenie uważa się tu za zaletę, co podkreśla ruch rastafarian twierdzących, że wywodzą się od władców Etiopii i kiedyś powrócą do ojczyzny swoich przodków. Łatwo ich rozpoznać po długich dredach, które noszą rozpuszczone lub splecione dla wygody i osłonięte turbanem albo czapką. Ich kolorowe stroje nawiązują do barw z flagi etiopskiej – zieleni, żółci i czerwieni. Rastafarianie często palą święte zioło, czyli marihuanę. Mieszają ją razem z tytoniem, a samo palenie uchodzi za swoisty rytuał oczyszczający umysł, towarzyszy mu odmawianie modlitw i błogosławieństw.

 

Widok na Ocho Rios i port, w którym cumują statki wycieczkowe

Jamajka Ocho Rior fot

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

Bob Marley i bobsleje

 

Do rozsławienia Jamajki w dużym stopniu przyczynił się Bob Marley (1945–1981), legendarny wykonawca reggae, który stał się symbolem awansu społecznego na wyspie. Jego fani składają wizyty w Nine Mile, rodzinnej wiosce muzyka, i poświęconej mu placówce w Kingston (Bob Marley Museum). W Ocho Rios można także zajrzeć do Reggae Xplosion, muzeum opowiadającego o życiu i twórczości Boba Marleya. Prezentuje ono również historię jamajskich gatunków muzycznych. Powstały pod koniec lat 70. XX w. dancehall, nawiązujący do reggae, zdobył popularność wśród młodszego pokolenia i na światowe listy przebojów w ciągu ostatnich kilkunastu lat trafiały piosenki takich Jamajczyków jak Shaggy, Beenie Man i Sean Paul.

 

Na Jamajce warto też… przejechać się bobslejem. Tor bobslejowy na górze Mystic (Mystic Mountain) ma 1 km długości. Dociera się do niego wyciągiem krzesełkowym, z którego można podziwiać przepiękne widoki. Ale największych emocji dostarcza szybki zjazd saniami pośród tropikalnego lasu. Od razu przypomina się filmReggae na lodzie (1993 r.) w reżyserii Jona Turteltauba, który inspirował się historią jamajskiej drużyny narodowej debiutującej w konkurencjach bobslejowych na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 1988 r. w Calgary. Dziś Jamajka ma własną reprezentację w tej dziedzinie sportu, co jest prawdziwym wyczynem, zważywszy na panujące w kraju warunki klimatyczne. Po gorących przeżyciach orzeźwienie przynoszą kaskady na rzece Dunn (Dunn’s River Falls o długości ponad 180 m), z których woda opada do Morza Karaibskiego. Do wspinaczki pod okiem miejscowych przewodników nie potrzeba specjalnej kondycji fizycznej. Niezbędne są jednak stroje kąpielowe i gumowe buty zapobiegające ślizganiu się po mokrych skałach. Obuwie można wypożyczyć na miejscu.

 

Krokodyle i narodowe skarby

 

Wodospady na rzece Dunn to popularne miejsce na wspinaczkę

Dunns River Falls1 fot

© ROBERT PAWEŁEK/TRAVELCOMPASS.PL

 

Południowe wybrzeże Jamajki prezentuje inne oblicze tego kraju. Przez XVIII- i XIX-wieczne plantacje trzciny cukrowej dociera się do ukrytych plaż, gdzie nie ma żywej duszy. W mieście Black River doświadczony przewodnik zabiera chętnych na jedną z najdłuższych rzek na wyspie (53,4 km) i na jej największe chronione mokradła. W trakcie wyprawy łodzią można poczuć się jak na afrykańskim safari. Główny jej cel to tropienie krokodyli amerykańskich – jedynych niebezpiecznych zwierząt na Jamajce. Kiedyś występowały tu jeszcze jadowite węże (rzadki boa jamajski nie jest jadowity i nie stanowi zagrożenia dla człowieka), ale podobno wytępiły je mangusty sprowadzone z Afryki. Przewodnik wypatruje gadów i gdy uda mu się dojrzeć jakiegoś osobnika (a dzieje się to dość często), uradowany wskazuje go uczestnikom wycieczki. Krokodyle nierzadko podpływają do łodzi i dają się fotografować. Trzeba jednak być ostrożnym i trzymać się poręczy, bo mogą to być ostatnie nasze zdjęcia w życiu! Przy odrobinie szczęścia ujrzymy także kolibra czarnogłowego.

 

W środku jamajskiego lasu tropikalnego, w małej miejscowości Mavis Bank znajduje się istniejąca od 1885 r. fabryka kawy marki Jablum – Mavis Bank Coffee Factory. Trudno do niej dotrzeć bardzo wyboistą, wąską i stromą drogą, ale na pewno warto. Przyjrzymy się tu wszystkim etapom produkcji słynnej kawy z Gór Błękitnych – narodowego skarbu kraju zwanego „czarnym złotem Jamajki”. Tajemnica jej wysokiej jakości tkwi w wyjątkowych warunkach, w jakich się ją uprawia. Tropikalne ciepło, odpowiedni poziom wilgotności powietrza i ostry górski klimat sprawiają, że ziarna osiągają niepowtarzalny smak. Jamaica Blue Mountain Coffee uchodzi za jedną z najlepszych kaw na świecie. Nie jest kwaskowata i ma piękny zapach. Choć wtajemniczeni twierdzą, że aby wydobyć pełnię jej walorów smakowych, powinno się ją przygotowywać z użyciem odpowiedniej wody i że nie wszędzie smakuje tak dobrze jak na Jamajce… Krzewy kawowca rosną w cieniu wysokich drzew, na plantacjach położonych na wysokości pomiędzy 910 a 1700 m n.p.m. Tylko kawę pochodzącą z tych upraw wolno oznaczać nazwą Jamaica Blue Mountain Coffee. W fabryce warto zrobić sobie przerwę, żeby przy filiżance czarnego napoju podziwiać widok na góry.

 

Inny słynny produkt z wyspy stanowi rum. Najstarsza tutejsza destylarnia – Appleton Estate – działa od 1749 r. Na terenie fabryki, w wielkich halach leżakują liczne beczki wypełnione trunkiem. Każda została opisana według rodzaju i wieku rumu. Znajduje się tu również muzeum. I chociaż obecnie produkcja alkoholu jest zautomatyzowana, można spróbować swoich sił w wyciskaniu słodu w obsługiwanej ręcznie dużej zabytkowej prasie. Lokalny przewodnik oprowadza po zabudowaniach i objaśnia proces wytwarzania trunku. Dowiemy się od niego, że dawniej rum był jedynie produktem ubocznym powstawania cukru i dojrzewa wyłącznie w specjalnych beczkach. Alkohol rozlany do butelek nie nabiera już wieku. Każde odwiedziny w Appleton Estate kończą się degustacją. Przy tej okazji goście uczą się, że wiek trunku można rozpoznać także po jego kolorze (młode roczniki są jasne i ciemnieją z czasem). Rum klasyfikuje się też ze względu na gatunki. Wśród nich wyróżnia się nawet kokosowy lub czekoladowy. Na koniec należy zrobić niezbędne zakupy. Z Jamajki trzeba koniecznie przywieźć ze sobą paczki kawy i kilka butelek rumu.

 

W stolicy luzu

 

Wieczorem warto wybrać się do Negril, a szczególnie do „Rick’s Café”, knajpki wypełnionej tłumem turystów czekających na zachód słońca. Podobno porównywalnie znakomitym miejscem do podziwiania tego zjawiska jest wyspa Key West w amerykańskim stanie Floryda. Oczekiwanie urozmaicają młodzi ludzie skaczący z krawędzi klifu do granatowego morza. W końcu następuje moment, kiedy słońce kryje się za horyzont. To niepowtarzalny widok.

 

Dawno skończyły się czasy, gdy można było tu odkrywać puste i zapomniane fragmenty wybrzeża, przy których żyło skromnie kilku rybaków. Dzisiaj Negril zamieszkuje kilka tysięcy ludzi i stanowi ono dynamicznie rozwijający się ośrodek turystyczny z jedną z najdłuższych na Jamajce plaż (Seven Mile Beach, która w rzeczywistości ma „jedynie” ok. 6,5 km). Mimo tłumu turystów nadal da się w nim jednak wyczuć coś z dawnego czaru i atmosfery beztroski. W knajpkach posłuchamy muzyki na żywo. Wody zatoki zapełniają narciarze wodni, śmiałkowie na paralotniach i katamarany. W rejonie Long Bay Beach Park rozbrzmiewa reggae. Za dnia plaża jest niemal bezludna i ożywa dopiero późnym popołudniem. Jamajczycy rozkładają wówczas na piasku grille zrobione domowym sposobem z beczek po ropie i rozpoczynają smażenie kurczaka w marynacie jerk. To najbardziej popularna jamajska potrawa, podawana nawet w eleganckich restauracjach. Ma bardzo pikantny smak. Do jej przygotowania używa się mięsa marynowanego w zalewie z soku limonki z dodatkiem ostrej papryki, gałki muszkatołowej, ziela angielskiego i innych ziół. Przepis ten pochodzi podobno od rdzennych mieszkańców wyspy – Tainów. Ostry zapach smażonego kurczaka w upalnym powietrzu miesza się z gorącymi rytmami reggae.

 

Jamajska turystyka

 

Jamajka pretenduje do grona najpopularniejszych miejsc urlopowych na świecie i aktywnie promuje się na znaczących międzynarodowych imprezach związanych z turystyką. Na wyspie organizowane są również targi turystyczne, z których największe to Jamaica Product Exchange (JAPEX). W kraju powstają także interesujące oferty dla branży MICE. Organizatorzy spotkań, konferencji i wyjazdów integracyjno-motywacyjnych mogą skorzystać z usług przeznaczonych specjalnie dla firm i odpowiednio przygotowanej infrastruktury. Część Jamajki (Góry Błękitne i pasmo John Crown – obszar zamieszkiwany przez Maronów) jako obiekt mieszany o charakterze kulturowo-przyrodniczym znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, obok tylko 35 tego rodzaju wyjątkowych miejsc na ziemi. W rankingu najfajniejszych narodów na świecie opublikowanym w 2011 r. na stronie internetowej amerykańskiego portalu informacyjnego CNN Jamajczycy uplasowali się na trzeciej pozycji (po Brazylijczykach i Singapurczykach). Poza tym ten karaibski kraj ze względu na swój wielki potencjał stanowi świetny region dla inwestorów i przedsiębiorców zagranicznych. Wyspa leży przy głównych szlakach powietrznych i morskich na Karaibach oraz w niewielkiej odległości od najważniejszych światowych rynków. Działają na niej nowoczesne porty lotnicze, znajdują się tu dobre drogi i infrastruktura spełniająca międzynarodowe standardy.

 

Jak na kraj rozwijający się baza noclegowa na Jamajce jest bardzo dobrze rozbudowana. Duży wybór różnorodnych hoteli, willi i pensjonatów oraz wysoką jakość usług docenią nawet najbardziej wymagający klienci. Wiele obiektów, najczęściej typu all inclusive, należących do znanych międzynarodowych sieci, leży nad urokliwymi plażami w pobliżu atrakcji turystycznych. Goście mogą korzystać ze znakomitej infrastruktury hotelowej, świetnej obsługi i ciekawej oferty spędzania wolnego czasu. Ośrodki wybudowane na rozległych terenach są tak zaprojektowane, że nie trzeba opuszczać hotelu, aby zrelaksować się i rozerwać. Popularnością cieszą się też strzeżone, luksusowe i kameralne kondominia z pełną obsługą, choć ze względu na wysoką cenę nie każdy może sobie pozwolić na wynajęcie w nich apartamentu. Oczywiście, oprócz tego rodzaju drogich kompleksów na Jamajce znajdują się również niskobudżetowe hotele i pensjonaty dla mniej wymagających turystów. Wiele z nich jest urządzonych w stylu postkolonialnym.

 

Niektóre z obiektów, takie jak te należące do sieci Bahía Príncipe Hotels & Resorts, IBEROSTAR, Sandals czy Couples Resorts, oferują pakiety dla narzeczonych i nowożeńców w różnych cenach w zależności od długości pobytu, czasami także z darmową ceremonią ślubną. Idealne na dużą uroczystość będą resort Half Moon i rezydencja Rose Hall. W przypadku bardziej kameralnych ślubów sprawdzi się Round Hill Hotel and Villas, natomiast nowoczesnej parze młodej przypadnie do gustu Rockhouse. Za popularne wśród zakochanych jamajskie ośrodki uchodzą Luxury Bahía Príncipe Runaway Bay, The Caves w Negril i Couples Tower Isle w Ocho Rios. Hotele butikowe charakteryzują się jeszcze wyższym standardem i zapewniają większą prywatność. Dla przykładu Trident Hotel w Port Antonio nie bywa zbyt oblegany przez turystów i stanowi ulubione miejsce celebrytów. Strawberry Hill słynie nie tylko ze wspaniałej kuchni, ale też organizowania przepięknych uroczystości ślubnych oraz wspaniałych widoków na Kingston i Blue Mountain Peak. Mimo iż na wyspie raczej niechętnym okiem patrzy się na nietypowe ceremonie zaślubin, ośrodek Hedonism II w Negril oferuje swoim gościom również możliwość zawarcia małżeństwa w stroju Adama i Ewy.

 

Kilka prostych zasad

 

Wbrew często pojawiającym się stereotypowym opiniom Jamajka jest właściwie bezpieczna. Dodatkowo nad bezpieczeństwem przyjezdnych czuwa specjalnie powołana policja turystyczna. Oczywiście, w każdej podróży gdziekolwiek na świecie można spotkać się z nieprzyjemnościami. Na pewno trzeba pamiętać, że to kraj ogromnych kontrastów społecznych.

 

Na co dzień, jak gdzie indziej, warto przestrzegać pewnych zasad. Nie należy okazywać zniecierpliwienia. Ulubione powiedzenie Jamajczyków soon come („niedługo będzie”) w pełni wyraża ich życiową postawę. Uśmiech i żart pomogą wyjść z twarzą z każdej kłopotliwej sytuacji. Wyspiarze, zwłaszcza sprzedawcy, są prawie zawsze chętni do sympatycznej pogawędki. Jeśli ktoś nie życzy sobie usług przewodnika lub nie ma ochoty kupić zachwalanego towaru, wystarczy, że grzecznie, ale stanowczo powie: No, thank you.

 

Nie wolno też fotografować bez pozwolenia. Może to sprawić trudność wielu dzisiejszym turystom, ale zawsze należy zapytać o zgodę osobę, której chce się zrobić zdjęcie. Jeśli odmówi, trzeba to uszanować. Poza tym zdecydowanie lepiej nie ryzykować i nie kupować marihuany. Rastafarianie uważają, że ma ona właściwości uzdrawiające – od lat stosują ją jako naturalne lekarstwo. Co prawda, od 25 lutego 2015 r. prawo obowiązujące na Jamajce dopuszcza posiadanie 2 uncji (ok. 57 g) suszu i 5 sztuk roślin na własny użytek oraz do celów religijnych, leczniczych i naukowych, ale w przypadku znalezienia u kogoś większych ilości nadal grozi mu kara więzienia. W jamajskich zakładach karnych panują ciężkie warunki, a organy ścigania nie pobłażają również zagranicznym gościom.

 

Odradza się także przechadzek po gettach stołecznego Kingston. Po zapadnięciu zmroku nie należy przemieszczać się po mieście pieszo, najlepiej wziąć taksówkę. W rejonie historycznego centrum trzeba zachować ostrożność też za dnia – nawet zwykły zegarek lepiej zostawić w hotelu i unikać wyludnionych miejsc. Warto pamiętać, aby nie nosić ze sobą zbyt dużo gotówki i pilnować portfela. Jeżeli będziemy poruszać się w tej okolicy samochodem, zamknijmy okna i zablokujmy drzwi.

 

Jeśli zastosujemy się do tych kilku zasad, możemy w pełni cieszyć się pobytem na słonecznej Jamajce. Ta radosna wyspa co roku zdobywa serca wielu podróżników, nawet tych najbardziej wymagających.