Joanna Pszonka

Adam Domagała

 

<< Oblewany wodami Zatoki Perskiej, Morza Arabskiego i Morza Czerwonego Półwysep Arabski pokrywają pustynie i półpustynie. Bogactwo jego krajów stanowi czarne złoto, czyli ropa naftowa, a religię w nich dominującą – islam. Dwa z nich: Zjednoczone Emiraty Arabskie i Oman przypominają grotę 40 rozbójników, którą przez przypadek odkrył Ali Baba. Skarby, jakie tam odkryjemy, zachwycą nie tylko nasze oczy. Nie zwlekajmy więc ani chwili: „Sezamie, otwórz się!” >>

Wizytówką Zjednoczonych Emiratów Arabskich jest Dubaj, mimo iż to nie on pełni funkcję stolicy państwa, a Abu Zabi (Abu Dabi). Właśnie tu znajdują się najwyższy wieżowiec świata, najlepsze hotele, w tym niezmiernie luksusowy Burdż Al Arab (Burj Al Arab) w kształcie żagla – wybudowany na specjalnie dla niego stworzonej wyspie na Zatoce Perskiej, imponujące budynki, potężne centra handlowe, ośnieżony stok narciarski na pustyni, a po ulicach jeżdżą najdroższe samochody. Dzięki temu wielkiemu rozmachowi świat zwrócił uwagę na to miejsce. Dziś Dubaj stanowi cel nie tylko wyjazdów biznesowych, ale też turystycznych. Maskat w sąsiednim Omanie to natomiast miasto zupełnie inne. Tutaj bogactwo widać przede wszystkim w jego architektonicznej całości, jednolitej w stylu zabudowie, która sprawia, że omańska stolica wygląda niczym wspaniała ilustracja do arabskiej baśni. Biel ścian odcinająca się od koloru nieba, starannie zaprojektowana zieleń miejska, pięknie oświetlone po zmroku nabrzeże nadają Maskatowi niepowtarzalnego charakteru sułtańskich włości.

 

W Dubaju byliśmy kilkakrotnie, może nawet już kilkunastokrotnie. Jednak zawsze traktowaliśmy go jedynie jako port przesiadkowy w drodze w dalsze strony świata. Od dłuższego czasu planowaliśmy jednak, że kiedyś zatrzymamy się w nim na dłużej. Pewnego dnia otrzymaliśmy wiadomość, że wylataliśmy odpowiednią liczbę mil powietrznych, aby odebrać darmowe bilety lotnicze właśnie do Dubaju. Takiej okazji nie sposób nie wykorzystać!

 FOT. OMAN MINISTRY OF TOURISM Wielki Meczet Sułtana Kabusa w Maskacie nad Zatoką Omańską

 

Szaleństwo zakupów

Nieprzypadkowo na wycieczkę do Dubaju wybraliśmy się na przełomie stycznia i lutego. Po pierwsze, panują wówczas bardzo sprzyjające warunki pogodowe: jest słonecznie, ale nie upalnie. Po drugie, i chyba najważniejsze, odbywa się wtedy Dubajski Festiwal Zakupów (Dubai Shopping Festival), który przyciąga ludzi z całego świata. Co roku przez okrągły miesiąc można korzystać z licznych atrakcji festiwalowych. W centrach handlowych, których w Dubaju znajduje się ponad 50 (i ciągle powstają nowe), organizowane są koncerty, wystawy, pokazy mody oraz różnego rodzaju konkursy i promocje – trudno nie odnieść wrażenia, że zakupy stanowią tylko tło dla tych wszystkich wydarzeń. Przed przyjazdem na festiwal warto więc sprawdzić w internecie program imprezy i spośród bogatej oferty wybrać coś dla siebie (www.mydsf.ae).

            My najpierw skierowaliśmy się do The Dubai Mall – największego centrum handlowego nie tylko w Dubaju i na Bliskim Wschodzie, ale na całym świecie. Galeria ta szczyci się znakomitym położeniem obok najwyższego budynku świata – Burdż Chalifa (Burj Khalifa, ponad 828 m). Kompleks The Dubai Mall jest czynny codziennie od godziny 10.00. Ze względu na to, że dotarliśmy do niego nieco wcześniej, postanowiliśmy poczekać na schodach przed centrum i podziwiać okazały dubajski wieżowiec. Nagle ukazał nam się nieprawdopodobny widok: przy akompaniamencie spokojnej, nastrojowej muzyki w stylu Bliskiego Wschodu dziesiątki fontann wystrzeliły w górę jakby według specjalnego układu choreograficznego. Wysokość tryskającej wody dochodziła nawet do 150 m. Przez te kilkanaście minut czuliśmy się jak w teatrze podczas spektaklu, w którym zamiast aktorów występują kaskady The Dubai Fountain.

FOT. DUBAI AQUARIUM & UNDERWATER ZOODubajskie Akwarium i Zoo Podwodne w centrum The Dubai Mall

 

            Przy wejściu do galerii ktoś wręczył nam mapy obiektu, które okazały się bardzo przydatne. Bez nich na pewno bardzo łatwo byśmy się zgubili, ponieważ na trzech poziomach znajduje się tu ponad 1200 sklepów. Każde z nas miało swoje zakupowe priorytety, więc postanowiliśmy się rozdzielić. Dzięki planom centrum zawsze bez problemu się odnajdywaliśmy po wcześniejszym umówieniu punktu spotkania. Największą atrakcję galerii stanowi Dubajskie Akwarium i Zoo Podwodne (Dubai Aquarium & Underwater Zoo). Warto do niego zajrzeć, aby pospacerować podwodnym tunelem, popływać łódką ze szklanym dnem, popatrzeć na karmienie morskich zwierząt, których żyje w nim ponad 33 tys., a nawet poszukać rekinów.

FOT. GOVERNMENT OF DUBAI, DEPARTMENT OF TOURISM AND COMMERCE MARKETINGWnętrze dużego centrum handlowego Ibn Battuta Mall w Dubaju

 

            Zanim w listopadzie 2008 r. oddano The Dubai Mall do użytku tytuł największego centrum handlowego Dubaju nosił kompleks Mall of the Emirates. Pomimo pojawienia się tak znaczącego konkurenta nie odszedł on do lamusa, a to ze względu na fakt, że sam posiada nie lada atrakcję – ośnieżony stok narciarski w zadaszonym resorcie Ski Dubai z 5 trasami o różnych stopniach trudności (najdłuższa ma 400 m). Widok narciarzy na śniegu w pustynnym kraju jest niecodziennym przeżyciem, dlatego warto wybrać się do Mall of the Emirates, nawet jeśli sami nie zamierzamy poszusować. Gdyby natomiast ktoś nagle zmienił zdanie, to bez problemu może wypożyczyć strój i sprzęt, aby skorzystać ze stoku.

            Zmęczeni wszystkimi wspaniałościami, aby nieco odpocząć, udaliśmy się do… kolejnej galerii handlowej o nazwie Souk Madinat Jumeirah w resorcie Madinat Jumeirah. To centrum stylizowane na starożytną arabską cytadelę. W środku przecinają je liczne kanały, po których jak w Wenecji pływają gondole. Wbrew pozorom jest idealnym miejscem do odpoczynku od zgiełku miasta i relaksu przy lokalnej muzyce i filiżance arabskiej kawy.

FOT. GOVERNMENT OF DUBAI, DEPARTMENT OF TOURISM AND COMMERCE MARKETING Klimatyczny, niezmiernie luksusowy Souk Madinat Jumeirah

 

Nad brzegami zatoki

W Dubaju polecamy również odwiedzić najstarsze jego dzielnice, czyli Bur Dubaj (Bur Dubai) i Deirę, oddzielone od siebie zatoką Dubai Creek, po której pływają abry – niewielkie drewniane łódki pasażerskie napędzane silnikiem. Zabudowa mediny (starej części arabskiego miasta) znacząco różni się od reszty metropolii. Na jej wąskich uliczkach możemy także spotkać rodowitych dubajczyków, co w innych rejonach wcale nie jest takie łatwe. W 2-milionowym Dubaju mieszkają przedstawiciele ponad 150 narodowości, ale rdzenna ludność stanowi jedynie niecałe 20 proc. populacji.

            Jak na medinę przystało, ważną rolę odgrywają tutaj suki – tradycyjne arabskie targowiska. Szczególnie dwa z nich cieszą się dużą popularnością: targ złota i przypraw. Na nas oba wywarły ogromne wrażenie. Na tym pierwszym działa niezliczona wręcz liczba sklepików sprzedających biżuterię najprzeróżniejszych rodzajów. Wystawy świecą się i mienią, co szczególnie pięknie wygląda wieczorem, gdy padają na nie światła latarni ulicznych i promienie zachodzącego słońca. Z kolei suk z przyprawami to prawdziwa uczta dla zmysłów. Intensywny zapach ziół, suszonych owoców, kwiatów i kadzidła zaprasza przechodniów do wejścia już z daleka. Sprzedawcy wystawiają swój towar w dużych parcianych workach. Można go dotknąć, powąchać, posmakować. Nawet irański szafran, czyli najdroższą przyprawę na świecie, prezentuje się w ten sposób klientom. Naszej leniwej wędrówce wśród kolejnych stoisk towarzyszyły głośne modlitwy rozlegające się z megafonów zamontowanych na licznych meczetach.

            Wieczorami gwar cichnie. Wzdłuż wybrzeża spacerują turyści, spotyka się miejscowa młodzież, robotnicy na co dzień pracujący w porcie i na budowach grają w karty. Przy promenadzie cumują łodzie-restauracje, które oprócz wyśmienitego jedzenia oferują rejsy po zatoce. My taką wycieczkę zarezerwowaliśmy, będąc jeszcze w Polsce. Po wejściu na pokład pasażerowie siadają do stolików, a gdy łódka odbije od brzegu, pojawia się wodzirej, który zabawia towarzystwo przez cały wieczór. Po krótkim powitaniu zaczyna się kolacja. Nasz wodzirej odgrywał głównie rolę magika, a do zabaw angażował gości. Jednak największą przyjemnością rejsu było podziwianie miasta nocą. Oświetlone drapacze chmur wyglądają niesamowicie. Mówi się, że Dubaj w całym swoim przepychu jest kiczowaty. My nie zgadzamy się z tym stwierdzeniem. Naszym zdaniem, odzwierciedla on po prostu gusta Arabów, którzy uwielbiają, gdy wszystko błyszczy.

 

Pustynne safari

Safari po pustyniach są niezmiernie popularną formą spędzania czasu w Zjednoczonych Emiratach Arabskich. Firm oferujących tego typu usługi znajdziemy bardzo dużo i w każdym hotelu otrzymamy mnóstwo informacji na ich temat. Wyprawy odbywają się rano bądź po południu, żeby uczestnicy mieli okazję podziwiać wschód lub zachód słońca. Odważniejsi mogą też spędzić na pustyni całą noc.

Mniej więcej o godzinie 15.00 pod nasz hotel podjechał bus, w którym siedzieli już inni turyści, i udaliśmy się do miejsca, gdzie czekały na nas samochody z napędem na 4 koła. Przesiedliśmy się do nich i w tym momencie zaczęła się prawdziwa zabawa. Przez ponad pół godziny jeździliśmy po pustyni z ogromną prędkością, pokonując kolejne wydmy. W końcu dojechaliśmy do beduińskiej osady. Na horyzoncie ukazała się pomarańczowa kula zachodzącego słońca, a wszyscy sięgnęli po aparaty fotograficzne, aby uwiecznić ten piękny widok.

            W ogrodzonej osadzie czekało na nas mnóstwo niespodzianek: malowanie henną, przymierzanie lokalnych strojów, przyglądanie się technikom miejscowego rzemiosła, przejażdżki na wielbłądzie czy palenie sziszy (fajki wodnej). Nawet nie zauważyliśmy, kiedy rozpoczęła się kolacja w formie grilla, podczas której – oczywiście – serwowano tutejsze rarytasy. Na talerzach pojawiły się naleśniki z mąki razowej, hummus, grillowana jagnięcina, drób i warzywa. W kuchni arabskiej obficie używa się ziół i przypraw, dlatego też wszystko, co jedliśmy, było bardzo aromatyczne, a często pikantne. Podczas posiłku na środek wyszła dziewczyna, która odtańczyła taniec brzucha. Po gromkich brawach dla tancerki stanął przed nami dziwnie ubrany mężczyzna – derwisz (członek muzułmańskiego bractwa religijnego). Po zrzuceniu okrywającego go płaszcza zaczął kręcić się wokół własnej osi. Spódnica, którą miał na sobie, wirowała i świeciła kolorowymi światełkami. Tancerz odpiął ją i utworzył z niej obracający się nad głową talerz. Następnie z kolejnej spódnicy zrobił otaczający go stożek. Wszyscy patrzyli na to z zachwytem. Tańce wirujących derwiszy stały się ostatnio bardzo popularne we wszystkich arabskich kurortach turystycznych.

            O godzinie 21.00 usłyszeliśmy, jak włączają się potężne silniki naszych samochodów, co było znakiem, że pora wracać. Chociaż beduińskie osady, w których odbywają się tego typu imprezy, buduje się specjalnie na potrzeby turystyki, na pewno mówią nam coś o tej egzotycznej krainie. Sceneria pustyni natomiast, zarówno w dzień, jak i w nocy, zachwyci niejednego.

 

Forty i kadzidło

Aby poznać inne oblicze arabskiego świata, udaliśmy się do pobliskiego Omanu. Z jednej strony te dwa kraje są do siebie bardzo podobne: oba wzbogacają się na wydobyciu ropy i należą do muzułmańskiego kręgu kulturowego, a jednak życie w nich potrafi wyglądać zupełnie inaczej.

W Omanie, państwie o powierzchni zbliżonej do obszaru Polski (ok. 310 tys. km²), znajduje się podobno ponad tysiąc fortów i zamków obronnych. Niemalże każda osada ma swoją twierdzę, a przynajmniej niewielką strażnicę. Kraj ten od wieków był bogaty i miał znaczące wpływy ze względu na swoje położenie na szlakach handlowych. Większość fortów w ciągu ostatnich trzydziestu lat została odremontowana i przeznaczona do zwiedzania.

Nam najbardziej spodobał się zamek obronny w maleńkiej miejscowości Jabrin, nieopodal miasta Bahla. Fort Jabrin składa się z mnóstwa komnat połączonych schodami i korytarzami, wśród których łatwo można się zgubić. Spacerowaliśmy po tym labiryncie i ciągle odkrywaliśmy coraz to inne pomieszczenia: meczet, szkołę koraniczną, bibliotekę, więzienie, kuchnię, spiżarnię, pokój modlitw, a nawet miejsce, gdzie przygotowywano wrzący sok z daktyli, który obrońcy wylewali na atakujących mury twierdzy napastników. Wewnątrz kompleksu jest o wiele chłodniej niż na zewnątrz. Specjalna konstrukcja budynku zapewnia dobrą wentylację i przewiewność w środku – to istotne udogodnienie w pustynnym klimacie. Zamek Jabrin swój znakomity stan zawdzięcza zapewne jednemu z omańskich imamów, który spędza w nim lato.

Podczas podróży przez Oman naszą uwagę przyciągnęły również kadzidłowce (kadzidle) – powykrzywiane i rozłożyste drzewa, rosnące przede wszystkim w niższych partiach gór oraz w dolinach. Roślinę tę spotkamy jeszcze tylko w sąsiednim Jemenie, afrykańskiej Erytrei, Somalii, Sudanie, Etiopii, Czadzie i północnej części Kamerunu, a także w Indiach. Z kadzidli pozyskuje się żywicę, którą w czasach starożytnych uważano za cenniejszą od złota. Ta z omańskich kadzidłowców uchodzi za najlepszą gatunkowo i podobno trafia nawet do Watykanu. W Omanie kadzidlaną woń czuje się wszędzie. Arabowie rozwieszają nad żywicznym dymem swoje ubrania, aby jego zapach towarzyszył im cały dzień. Kadzidło można kupić nawet w najmniejszej oazie, chociaż najlepsze rodzaje sprzedaje się na samym południu, w mieście Salala. Taka pamiątka jeszcze długo po powrocie będzie przypominać krainę pustynnych wydm smaganych wiatrem i niewielkich osad obwarowanych fortami.

 

Spacer po Maskacie

Maskat jest najpiękniejszą stolicą, jaką udało nam się do tej pory odwiedzić. Miasto leży między górami, które opadają do wód Zatoki Omańskiej, dlatego też nigdy nie widzimy go w całości, a jedynie jego fragmenty. W Maskacie nie ma nowoczesnej, wysokiej zabudowy, tak charakterystycznej dla Dubaju. Dominują tu białe, niewysokie domy w tradycyjnym arabskim stylu. Budynki o bardziej współczesnych projektach zawsze idealnie wkomponowują się w otoczenie. Zwiedzając omańską metropolię, na każdym kroku odnosimy wrażenie, że znajdujemy się w niedużym miasteczku, mimo iż w rzeczywistości wielkością przypomina ona nasz Kraków (ok. 750 tys. mieszkańców).

            W Maskacie wszędzie rzuca nam się w oczy imię sułtana Kabusa ibn Sa’ida. Noszą je meczet, uniwersytet, centrum handlowe, a nawet główna ulica miasta. Obecny władca Omanu rządzi od 1970 r. Za jego panowania kraj otworzył się na świat, a poziom edukacji i opieki zdrowotnej znacznie wzrósł. Nic więc dziwnego, że Omańczycy tak lubią swojego sułtana.

            Nie umiemy powiedzieć, jak żyje się na co dzień w monarchii absolutnej, w której obowiązuje prawo szariatu. Możemy jednak stwierdzić, że wygodnie i przyjemnie się po niej podróżuje. Bez względu na porę dnia i nocy nikt nas po drodze nie zaczepiał. Przed wyjazdem dużo czytaliśmy o wyjątkowym bezpieczeństwie w Omanie. Mimo to podchodziliśmy do tych informacji z dużą rezerwą, ale kilka sytuacji uświadomiło nam, że to prawda.

FOT. OMAN MINISTRY OF TOURISMPark Al-Riyam w mieście Matrah (Muttrah) koło Maskatu

 

Gdy byliśmy w Maskacie, w Parku Naturalnym Qurum, jak co roku w styczniu i lutym, odbywał się festiwal kultury arabskiej Muscat Festival. Pewnej nocy na parkowym trawniku zauważyliśmy pozostawione bez nadzoru kamery, aparaty, laptopy i inne urządzenia. Okazało się, że to bardzo profesjonalny sprzęt dziennikarzy z lokalnych mediów. Kiedy skończyli pracę, zostawili wszystko, żeby nazajutrz kontynuować relację z imprezy.

Zanim opuściliśmy Oman, musieliśmy oddać wynajęty samochód. Pracowniczka wypożyczalni powiedziała nam, że najwygodniej dla nas będzie, jeśli pojedziemy nim na lotnisko, a auto zostawimy na tamtejszym parkingu. Poleciła nam również go nie zamykać, a dokumenty i kluczyki położyć do schowka i wysłać jej SMS-a z numerem sektora parkingu, w którym zaparkowaliśmy. Gdy już wylądowaliśmy w Polsce, otrzymaliśmy informację, że samochód bez problemu trafił do wypożyczalni.

 

Omańskie góry

Kilka dni spędziliśmy także na trekkingu po paśmie górskim Al-Dżabal al-Achdar na północy Omanu. Na stromych zboczach napotykaliśmy niewielkie wioski. Życie w takich warunkach nie należy do łatwych. Najważniejszą rzeczą jest dostęp do wody. Kiedy jej zasób zostaje wyczerpany, mieszkańcy porzucają swoje domostwa i szukają nowego miejsca na osiedlenie. Na co dzień omańscy górale trudnią się hodowlą kóz, uprawą cytryn, granatów, brzoskwiń i orzechów oraz produkcją wody różanej.

                Zdarzało się, że na łatwiej dostępnych szlakach spotykaliśmy Omańczyków. Za każdym razem dziwiło nas jednak to, iż przekraczające wysokość 3000 m n.p.m. góry przemierzali zawsze w tradycyjnych strojach: mężczyźni w diszdaszach – białych tunikach, sięgających kostek, z długimi rękawami, natomiast kobiety w abajach – czarnych luźnych szatach, skrywających całe ciało. To charakterystyczny ubiór lokalnej ludności w Omanie. Wspomnienie tego widoku na pewno pozostanie w naszej pamięci na długo i już zawsze będzie nam się kojarzyć z wyprawą na Półwysep Arabski, tak jak odurzający zapach kadzidła, smak hummusu na pustyni czy strzelista sylwetka najwyższego wieżowca świata.

Artykuły wybrane losowo

Rozgrzej się zimą w Budapeszcie i okolicach

SYLWIA JEDLAK

<< Kiedy już nadejdą długie zimowe wieczory wielu z nas marzy jedynie o kubku herbaty i ciepłym kocu lub rozgrzewającej kąpieli. A gdyby tak zanurzyć się w basenie wypełnionym wodą z gorących źródeł, gdy wokół leży biały puszysty śnieg... Tę fantazję można urzeczywistnić na niezmiernie gościnnych, bliskich naszym sercom Węgrzech! >>

Polacy korzystali z dobroczynnego wpływu źródeł termalnych już w średniowieczu, ale zagraniczne  wyjazdy do wód zaczęły się cieszyć większą popularnością dopiero w XVII w. Na tego typu podróże mogli sobie wtedy pozwolić raczej tylko przedstawiciele arystokracji. Do Baden pod Wiedniem (Baden bei Wien) jeździł nawet król Władysław IV Waza (1595–1648). Kuracje lecznicze szybko stały się dla niektórych jedynie pretekstem do towarzyskich spotkań lub alternatywą dla wycieczek do najbardziej znaczących europejskich miast. Sama Izabela Czartoryska (1746–1835), żona księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego (1734–1823), jeździła do Spa (obecnie w Belgii) wraz ze swoimi adoratorami. Dziś turystyka uzdrowiskowa razem z sektorem spa i wellness jest dostępna dla każdego i ciągle się rozwija. Coraz częściej podróżujący w celach zdrowotnych uzupełniają swój pobyt w kurortach interesującymi wyprawami krajoznawczymi.

Więcej…

Sztuka radości życia w tajskim wydaniu

MAGDALENA BARTCZAK

<< Podczas pierwszego spotkania Tajlandia olśniewa przyjezdnych egzotyką i różnorodnością. Dawny Syjam do dziś nie stracił nic ze swojego orientalnego wdzięku i nadal pozostaje jednym z tych azjatyckich krajów, po których podróżuje się zdecydowanie najłatwiej i najwygodniej. Zobaczmy, jak wizyta w tych stronach zmienia zmęczonych, zapracowanych i zestresowanych Europejczyków w optymistycznych, zrelaksowanych i uśmiechniętych ludzi. >>

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.