PAWEŁ MUSIAŁOWSKI

<< „Jeśli uważasz, że Japonia jest tajemnicza, daleka i niedostępna, to tym bardziej powinieneś się tam wybrać” – taka myśl przeszła mi przez głowę, gdy jako nastolatek marzyłem o odwiedzeniu tego niezwykłego azjatyckiego państwa, znanego mi wtedy głównie z dzieł japońskiej kinematografii. Choć dzisiaj nadal może się on jawić przybyszowi z Zachodu jako kraj pełen tajemnic, to na pewno dużo łatwiej się do niego dostać. Jednak zapomnijcie o nudnych i schematycznych wycieczkach, w trakcie których nie ma czasu na nic poza „zaliczaniem” kolejnych punktów planu i pośpiesznym robieniem zdjęć. Jeżeli chcecie naprawdę poznać kulturę Japonii, musicie stawić jej czoła sami, bo prawdziwa podróż polega na wyjściu poza własne kulturowe ograniczenia i na bezpośrednim kontakcie z drugą, odmienną społecznością. >>

 

Za każdym razem, gdy ląduję na pasie podtokijskiego Międzynarodowego Portu Lotniczego Narita, ogarnia mnie to samo kojące uczucie spokoju. Może to dlatego, że w tym miejscu znajdowała się kiedyś cicha, zielona wioska. Ja nadal w wyobraźni widzę tu drewniane domki i pracujących na polach chłopów i to wyobrażenie podąża za mną nawet wtedy, kiedy przemierzam centrum tętniącego życiem Tokio.

Powojenna Japonia zadziwiająco szybko zamieniła się w nowoczesne, zalane betonem państwo. Jednak nie mogę oprzeć się wrażeniu, iż – niczym w teatrze nō – to wszystko jest tylko maską. Gdzieś w środku, pod fasadą na wskroś współczesnych mieszkańców szklanych metropolii, Japończycy nadal zdają się być prostymi ludźmi, których uszczęśliwia podziwianie kwitnących kwiatów wiśni. Myślę, że tak naprawdę my, obywatele rozwiniętych cywilizacji, tęsknimy za zwykłym życiem naszych przodków. Mieszkańcy Japonii nie tyle lepiej od nas uświadamiają sobie ten fakt, ile starają się wciąż trzymać swoich korzeni.

 FOT. JNTO/YASUFUMI NISHI Modny Shinjuku Gyoen, czyli Ogród Cesarski w tokijskim Shinjuku

 

Idealny porządek

Współcześni Japończycy, podobnie jak ja, zdają się cierpieć na perfekcjonizm. Może to dlatego, gdy moja noga stanęła tutaj po raz pierwszy, poczułem się jak w domu. Doskonała organizacja rzuca się w Japonii w oczy natychmiast, kiedy tylko opuścimy samolot. Punkty informacyjne z uśmiechniętymi hostessami, wszechobecne automaty pełne różności i półki z przewodnikami na tokijskim lotnisku są przedsionkiem do największego zespołu miejskiego świata (zamieszkiwanego przez niemal 36 mln ludzi!).

Do centrum stolicy dostaniemy się autokarami oraz kilkoma liniami kolei i to właśnie ten ostatni sposób warto polecić najbardziej, bo to z transportu kolejowego przede wszystkim słynie japoński system komunikacji. Utrzymywanie sieci torów i taboru w doskonałym stanie wymaga nieustannego wysiłku. Jednak Japończycy, żyjący na terenach wciąż nawiedzanych przez kataklizmy, wyrobili w sobie przez stulecia niezwykłą siłę woli. Któż inny byłby w stanie trenować gotowanie ryżu przez dziesięć lat, aby zostać wzorowym mistrzem sushi? Obowiązkowość i poświęcenie się dla dobra grupy to słowa, które posiadają w Japonii wyjątkowe znaczenie. Mój znajomy z Fukushimy opowiadał mi historię o pewnej miejscowej pracowniczce centrum kryzysowego, nadającej w 2011 r. przez miejskie głośniki ostrzeżenia o zbliżającej się fali tsunami. Nie zeszła ona z posterunku aż do samego końca i dopiero zalewająca wszystko woda przerwała jej w pół zdania. Japończycy traktują zawsze swoje obowiązki ze śmiertelną powagą, choć zazwyczaj tego nie okazują.

FOT. JNTOWidok na rozświetlone nocą Tokio

 

Nie tylko sushi

Tokio prezentuje fascynujący obraz przemian, jakie miały miejsce w powojennej Japonii. Gdy spaceruję ulicą, mijam kolejne wieżowce, a między nimi niewielką świątynię, przed którą skoncentrowany na swym monotonnym zajęciu mnich z niewzruszonym spokojem zamiata kamienne tafle. Naprzeciwko krzykliwy sklep zaprasza do wejścia, a dwa kroki dalej działa kilka restauracyjek, w których podają sushi, pizzę, steki lub ramen. Jest tu absolutnie wszystko, trzeba tylko wiedzieć, gdzie skierować swoje kroki. Jeśli w Tokio nie można czegoś zjeść, to znaczy, że to nie istnieje lub zostało zakazane, chociaż zasada ta nie dotyczy przysmaku z wątroby śmiertelnie trującej ryby fugu. Japończycy to wytrawni i chwilami nieco szaleni smakosze, którzy są w stanie postawić na szali nawet własne życie, aby doświadczyć kulinarnej nirwany. Okazują oni pożywieniu duży szacunek i konsumują niemalże wszystko. To właśnie w Japonii nauczyłem się jeść przerośniętą tłuszczem wieprzowinę, chrząstki pełne cenionego tutaj kolagenu oraz… hamburgery.

Japońska kuchnia stanowi dla przybysza z Zachodu doświadczenie, które zmienia sposób patrzenia na świat. Nie ma smaczniejszego sposobu na poznanie innej kultury niż przez jej sztukę kulinarną. Nie da się też żyć w kraju, którego kulinariów się nie lubi. Smaki i zapachy najlepiej oddają naturę danego miejsca i jego mieszkańców. Japończycy tak bardzo uwielbiają jedzenie, że ktoś pokusił się nawet o klasyfikację japońskich pokoleń na podstawie najpopularniejszych w danym okresie egzotycznych owoców. Według niej współcześni 60-latkowie to banany, 40-latkowie – kiwi, a 20-latkowie – mango. W Japonii to, co jesz, określa cię o wiele bardziej niż gdziekolwiek indziej na świecie.

 

Powrót do przeszłości

Między wieżowcami wchodzimy nagle w uliczkę pełną niskich, 2-, 3-piętrowych budynków, ukrytych pomiędzy strzelistymi, szklanymi ścianami. – Właścicielom tych posesji oferowano astronomiczne kwoty za ich działki, ale oni nie ulegli presji i postanowili zostać – wyjaśnia mi moja znajoma, tokijska dziennikarka. – Dla wielu Japończyków rodzinna spuścizna i tradycja są warte o wiele więcej niż proponowane im miliony – dodaje. – Chodź, pokaże ci coś jeszcze ciekawszego – zachęca z uśmiechem i tak oto skręcamy w kolejną uliczkę, aby kilkadziesiąt metrów dalej napotkać następną niespodziankę. Z wrażenia opada mi szczęka. Przyzwyczaiłem się do takich widoków na japońskiej prowincji, ale nie w stolicy. Tuż za stylowym ogrodzeniem wznosi się przed nami tradycyjny, drewniany japoński dom, niczym z epoki Edo (taką nazwę nosiła też obecna stolica Japonii do 1868 r.). Tak kiedyś wyglądało całe Tokio. Wśród betonu i szkła ten okaz robi piorunujące wrażenie. – To jakiś skansen? – pytam zaintrygowany. – Ależ skąd! – śmieje się moja przyjaciółka. – To zwykły dom mieszkalny, prawdziwy rodzynek. Ekipy filmowe i telewizyjne są tu częstymi gośćmi, bo bardziej opłaca im się nagrać wszystkie potrzebne sceny do kolejnego odcinka serialu lub innego programu telewizyjnego w tym miejscu, niż budować dekoracje, czy też wyjeżdżać z całym zespołem za miasto. Wiekowa już właścicielka nie ma nic przeciwko, świetnie się bawi, a udostępnianie posesji przynosi jej niezły dochód – podsumowuje radośnie, widząc moją zachwyconą minę. W takich chwilach uświadamiam sobie, jak bardzo kocham to miasto.

 

W amerykańskim zwierciadle

W tym kraju przybywającego z Zachodu podróżnika najbardziej uderzają kontrasty. Jedne widzimy niemal natychmiast, inne odkrywamy z czasem. Łatwo jest zauważyć buddyjskiego mnicha jedzącego hamburgera w restauracji McDonald’s, ale już fakt, że Japonia pokonana przez Stany Zjednoczone w II wojnie światowej jest ich największym wielbicielem, dociera do nas z pewnym opóźnieniem. – Japończycy często nie potrafią docenić tego, co sami stworzą, zanim nie odniesie to sukcesu po drugiej stronie oceanu – tłumaczy mi mój japoński znajomy, który miał okazję mieszkać w USA przez wiele lat. – Potrafimy jak nikt inny na świecie zapożyczać i w nieskończoność udoskonalać, lecz jeśli sami coś wymyślimy, to odnosimy się do tego sceptycznie, póki nie zostanie to zaakceptowane poza naszą ojczyzną – wyjaśnia ogólnie, choć wiem, że ma na myśli głównie rynek amerykański. – Jednak gdy Japończycy zaangażują się już w rozwijanie czegoś, nie umieją się zatrzymać – dodaje.

Gdy w latach 60. XX w. świat ogłaszał koniec epoki transportu kolejowego, Japonia go ulepszała i rozbudowywała, nie przerywając do dziś tego procesu ani na chwilę. Obecnie dysponuje najdoskonalszymi rozwiązaniami w tej dziedzinie, nie tylko technicznymi, ale również organizacyjnymi. Dla zwykłego użytkownika, a zwłaszcza dla turysty z Polski, oznacza to możliwość doświadczenia niewiarygodnej wygody i radości podróżowania. Aby ułatwić sobie poruszanie się kolejami tokijskimi, warto już na lotnisku zaopatrzyć się w kartę magnetyczną Suica, która pozwoli nam korzystać z linii różnych przewoźników bez potrzeby kupowania za każdym razem nowego biletu. Nie oszczędzimy dzięki temu pieniędzy, lecz zyskamy cenny czas. Japońska komunikacja kolejowa to jeden z wielu przykładów perfekcyjnego funkcjonowania systemu, które zakłócić mogą tylko katastrofa naturalna oraz tzw. jishin jiko, czyli „wypadek z udziałem ludzi”. W tak zatłoczonej metropolii jak Tokio jeden samobójczy skok pod pociąg w porannych godzinach szczytu potrafi spowodować, że do pracy spóźnia się jednocześnie kilkaset tysięcy osób. Witajcie w miejskim mrowisku!

 

Japonia oczami fana: Zostawiłem serce w Tokio

W tym roku ukazała się nakładem gdańskiej Oficyny Wydawniczej FINNA pierwsza niezmiernie interesująca książka z serii Japonia oczami fana: Zostawiłem serce w Tokio autorstwa wrocławskiego dziennikarza, wydawcy, recenzenta, podróżnika, popularyzatora mangi i anime w Polsce Pawła Musiałowskiego, znanego pod pseudonimem MrJedi. Od połowy lat 90. XX w. zajmuje się on zawodowo tematem japońskiej popkultury. Od tego czasu Kraj Kwitnącej Wiśni stał się jego wielką pasją, której poświęca się niemal bez reszty. Na co dzień żyje pomiędzy dwoma światami – jedną nogą stojąc w Polsce, a drugą w Japonii. To pełne tajemnic azjatyckie państwo widziane oczami Pawła Musiałowskiego stanowi miejsce pozornie wykluczających się sprzeczności, krainę skrajnych doświadczeń: spokoju zen i orgii kolorowej popkultury, piękna tradycji i krzykliwej nowoczesności. Wraz z zakochanym w tym fascynującym zakątku świata niezwykłym podróżnikiem, jakim jest bez wątpienia MrJedi, oglądamy Kraj Wschodzącego Słońca w zupełnie nowym świetle. Oto 400-stronicowa książka ukazująca nam kontrastowość współczesnej Japonii, pełnej zapracowanych i przesiąkniętych sake salarymanów, przepysznych potraw i zupełnie nieszkodliwej, śmiertelnie trującej ryby, niekończących się zakupów, bossów przestępczej jakuzy, mężczyzn poprzebieranych w koronkowe sukienki, najlepszej na świecie komunikacji kolejowej z różowymi wagonami dla kobiet, supernowoczesnych toalet z czającymi się w nich demonami oraz nocnych lokali czynnych do godziny 26.00. To tylko nieliczne przykłady czekających tu na nas niespodzianek, oferowanych nam przez Tokio, któremu poświęcony został pierwszy tom tej niezmiernie pasjonującej japońskiej opowieści, skierowanej do każdego spragnionego mocnych wrażeń globtrotera. Japonia oczami fana: Zostawiłem serce w Tokio jest orientalną wędrówką wypełnioną niecodziennymi wydarzeniami i historiami wprost z kraju różowej wiśni sakura. Polecamy tę pozycję wszystkim miłośnikom dalekich podróży, a szczególnie wielbicielom Japonii.

 

Młodzi…

Siedzę w zatłoczonym barze przy jednej z ruchliwych tokijskich ulic. Kątem oka obserwuję siedzącą nieopodal czwórkę tokijczyków. Dwie młode dziewczyny gorączkowo rozprawiają o jakimś miejscu, do którego się wybierają. Rzeczywiście, Tokio to prawdziwy bezimienny labirynt. Tutaj ulice nie mają nazw, a dotarcie pod zapisany na kartce adres bez szczegółowej mapki okolicy jest nie lada wyczynem i nawet taksówkarz najczęściej nam nie pomoże. Ostatnią deską ratunku niejednokrotnie stają się przydrożni policjanci, których jedno z głównych zajęć polega na instruowaniu zagubionych ludzi, nie tylko turystów. Znowu spoglądam na stolik nieopodal. Dyskusję obu dziewcząt usłyszała dwójka młodych mężczyzn, siedząca przy równie malutkim, przylegającym stoliku. Prawie nie nawiązując kontaktu wzrokowego, dwaj młodzieńcy podchwytują temat i niby to między sobą tłumaczą sobie rozkład pobliskich ulic. Rozpoczyna się dziwna gra. Moje zamówienie dostarcza sympatycznie uśmiechnięta kelnerka, która wykonuje swoją pracę świetnie, choć w nieco zmechanizowany i sformalizowany sposób. Wgryzam się w potężnego, soczystego hamburgera z wysokiej jakości wołowiny i warzyw. Uporanie się z tak wielką porcją zajmuje mi dobre pół godziny, a gdy kończę posiłek, osobliwa „dyskusja” pomiędzy czwórką gości baru nadal trwa. W zasadzie nie wiadomo, czemu ma ona służyć, bo tak naprawdę każda z par wydaje się rozmawiać tylko ze sobą na jedynie przypadkowo zbieżny temat. Zastanawiam się, czy nie oglądam właśnie sceny podrywania w stylu tokijskim.

We współczesnej Japonii, zwłaszcza w dużych miastach, bycie singlem to świadomy wybór i sposób na życie. Młodzi Japończycy niechętnie wchodzą w stałe związki lub zakładają rodziny, bo nieposiadanie partnera, według wielu z nich, daje więcej możliwości, zwłaszcza gdy pracuje się tylko dorywczo lub pozostaje na utrzymaniu rodziców. Ostatnimi czasy zauważa się tu również odwrócenie tradycyjnego podziału na role społeczne. Mężczyźni coraz częściej rezygnują z robienia kariery i nie chcą poświęcać swojego życia na zarabianie na utrzymanie rodziny, gdy tymczasem kobiety łakną sukcesów na gruncie zawodowym i nie pragną spełniać się jako gospodynie domowe. Efektem tej zamiany jest dramatyczny spadek urodzin, nad którego ekonomicznymi skutkami łamią sobie głowy eksperci w całej Japonii.

 

…kontra starzy

Kolejne pokolenia Japończyków dzielą coraz większe różnice w poglądach na życie, które zdają się rozłamywać japońskie społeczeństwo. Jak już wspomniałem, tradycyjnie mężczyzna staje się pełnoprawnym członkiem społeczeństwa wtedy, gdy pracuje na pełen etat i utrzymuje rodzinę, a kobieta – kiedy rodzi i wychowuje dzieci oraz zajmuje się domem. Tradycjonaliści patrzą z niechęcią na wszelkie odstępstwa od tego oczywistego dla nich schematu. Tymczasem młodzi, którym państwo nie jest już w stanie zagwarantować pewnego zatrudnienia, tak jak ich rodzicom, zaczynają patrzeć na świat w zupełnie inny sposób. – Zapewniam mojemu synowi wyłącznie dach nad głową, żywić musi się sam – mówi mi z kwaśną miną jeden z moich tokijskich znajomych, wychowany w Stanach Zjednoczonych Japończyk, pracujący na wysokim stanowisku jako informatyk w jednej z japońskich korporacji. Siedzimy przy zielonej herbacie w jego domu, stojącym w centralnej części jednej z tokijskich dzielnic. Biorąc pod uwagę tutejsze ceny gruntów, sama ziemia może być warta fortunę, nie wspominając już o budynku. Jednak zarówno on, jak i jego pochodząca z Chin żona, również informatyczka w tej samej firmie, są ludźmi uśmiechniętymi i życzliwymi. Ich młodsza córka uczęszcza jeszcze do szkoły podstawowej, a dwudziestokilkuletni syn postanowił zostać gitarzystą, singlem i freeterem, czyli osobą bez stałego zatrudnienia, łapiącą nadarzające się okazje do czasowego zarobku. Pomiędzy nim i jego ojcem wyczuwa się napięcie, gdy ten pierwszy prezentuje nam swoje umiejętności gry na gitarze basowej. – Mój mąż zbyt „zjapońszczał” po przyjeździe do ojczyzny i podjęciu pracy w japońskiej firmie – szepcze do mnie z uśmiechem jego żona, choć w jej tonie daje się wyczuć także nutkę goryczy. Tymczasem pan domu wcale nie przypomina typowego salarymana, czyli  noszącego garnitur pracownika korporacji, a raczej otaku (czyli ogólnie rzecz ujmując, fana wytworów popkulturowych, takich jak manga, anime czy gry komputerowe), który w swym nieporządnym dresie i z niewielkim plecaczkiem przemierza uliczki Akihabary, tokijskiej dzielnicy słynącej z setek kolorowych przybytków japońskiej popkultury i elektroniki. Jako wielki miłośnik japońskiej animacji ze swoim nieodłącznym aparatem regularnie odwiedza fanowskie spotkania z idolkami – dziewczętami poprzebieranymi w koronkowe ciuszki i robiącymi słodkie minki do zdjęć ze swoimi wielbicielami. Sprzeczność…? Oto drugie imię Kraju Kwitnącej Wiśni – Japonii nieodgadnionej.

 FOT. JNTO/YASUFUMI NISHI Dzielnica Akihabara to ulubione miejsce m.in. fanów anime

 

Mała Japonia w centrum Polski

W miejscowości Stara Wieś, w województwie łódzkim, w powiecie radomszczańskim, w gminie Przedbórz, na obszarze malowniczego Przedborskiego Parku Krajobrazowego, działa od 10 października 2009 r. Centrum Japońskich Sportów i Sztuk Walki „Dojo – Stara Wieś” (www.dojostarawies.com). Data otwarcia tego ośrodka nie jest przypadkowa. Otóż w tym dniu przypadają urodziny senseia (nauczyciela, mistrza) Hidetaki Nishiyamy (1928–2008), słynnego karateki pochodzącego z Tokio, pierwszego prezydenta Międzynarodowej Federacji Karate Tradycyjnego (ITKF). Zainicjował on ten wielki projekt i od samego początku wspierał jego realizację. „Dojo – Stara Wieś” stanowi wspólne przedsięwzięcie Polskiego Związku Karate Tradycyjnego oraz Fundacji Rozwoju Karate Tradycyjnego. To unikatowy obiekt, stworzony w zgodzie z kanonami architektury japońskiej, będący największym na świecie centrum przeznaczonym do specjalistycznego treningu dalekowschodnich sportów i sztuk walki – zarówno dla zawodowców, jak i amatorów. Można w nim również poznać ducha, klimat i filozofię życia prosto z Kraju Kwitnącej Wiśni. Nic więc dziwnego, że ten oryginalny ośrodek szybko zyskał miano „małej Japonii w Polsce”. „Dojo – Stara Wieś” zapewnia wyśmienite warunki nie tylko sportowcom i miłośnikom Kraju Wschodzącego Słońca, ale także uczestnikom różnego rodzaju konferencji, szkoleń, spotkań integracyjnych czy biznesowych. W skład kompleksu wchodzi 16 domków noclegowych o wysokim standardzie (każdy dla 7–8 osób), gwarantujących gościom wygodę, ciszę, dużą dyskrecję oraz bliskość przyrody. Znajdują się tutaj też m.in. kamienne ogrody w stylu japońskim, sztuczne jezioro czy boisko do gry w piłkę nożną, siatkówkę i koszykówkę. Najważniejszym budynkiem (o powierzchni aż 2 tys. m²) jest wzniesione na wzgórzu Dojo, czyli miejsce treningów dla przedstawicieli wielu dyscyplin sportowych. Osoby odwiedzające ośrodek w Starej Wsi mogą skorzystać również z odnowy biologicznej, hydromasażu i sauny, a w klimatycznej herbaciarni skosztować naturalnego japońskiego naparu. Dodatkowe zajęcia, jak choćby warsztaty przygotowywania sushi, kaligrafii, ikebany (sztuki układania kwiatów), origami (składania papieru) czy kitske (sztuki wkładania kimono), przybliżą im fascynującą kulturę Japonii. Poza tym czekają tu na nich także doskonałe dania kuchni japońskiej i polskiej. – Wiele osób zadaje mi pytanie, dlaczego ulokowaliśmy nasz wspaniały projekt właśnie w Starej Wsi. Kiedy 15 lat temu po raz pierwszy przyjechałem tutaj i wszedłem na wzniesienie, na którym obecnie stoi hala treningowa, widok, jaki ukazał się moim oczom, urzekł mnie do tego stopnia, że zakochałem się w tym miejscu. Poczułem silną pozytywną energię  i już wiedziałem, że zbudujemy tu światowe centrum edukacyjne Budō, czyli japońskich sportów i sztuk walki – powiedział nam Włodzimierz Kwieciński, prezes Polskiego Związku Karate Tradycyjnego. Bez wątpienia każdy wielbiciel Kraju Kwitnącej Wiśni powinien odwiedzić ten uroczy zakątek w samym centrum Polski, gdzie odkryje magiczne miejsce, sprzyjające relaksowi, skupieniu, odnowie ciała i ducha, tak bardzo przypominające prawdziwą japońską wioskę.  

 


 

Artykuły wybrane losowo

12 najlepszych miejsc na świecie na wyprawy quadowe

Chile1.jpg

Rafał Sonik pokonuje trasę chilijskiego odcinka Rajdu Dakar 2015

©ARCHIWUM RAFAŁA SONIKA


KAJETAN CYGANIK


Quady mają wiele zastosowań. Zawodnicy ścigają się na nich – oczywiście – podczas rajdów, ale zdecydowanie częściej korzystają z tego sprzętu ratownicy górscy, służby medyczne czy leśne. Ze względu na swoją budowę to również doskonałe pojazdy do przemierzania odległych i niedostępnych zakątków ziemi. Rafał Sonik – pierwszy Polak, który wygrał Rajd Dakar w kategorii quadów w 2015 r. – zwiedził w ten sposób bezdroża pięciu kontynentów. 


Po raz pierwszy tegoroczny zwycięzca najpopularniejszego wieloetapowego wyścigu terenowego na świecie wsiadł na czterokołowca na południu Francji, kiedy z powodu flauty nie mógł pływać na desce windsurfingowej. Na wzgórzach nieopodal plaży zobaczył dziwne małe samochody, których nigdy wcześniej nie widział. Zadzwonił do kolegi z Polski i zamówił sobie jeden z pierwszych pojazdów ATV (ang. all-terrain vehicle), jaki trafił do naszego kraju. Zaczęło się od jazdy turystycznej, potem były pierwsze starty w polskich rajdach. Sześć razy zdobył tytuł mistrza Polski. Po udziale w wyścigach we Francji i Hiszpanii oraz namowach motocyklistów Jacka Czachora i Marka Dąbrowskiego w 2009 r. Rafał Sonik postanowił spróbować swoich sił w Rajdzie Dakar. Zajął wtedy trzecie miejsce. Ten niewątpliwy sukces stał się dla niego zachętą do kolejnych prób.

Nasz rodak znany jest ze swojej konsekwencji, ambicji i nieustępliwości. Jednocześnie jednak potrafi się powstrzymywać od zgubnej walki na sekundy, ma doskonały zmysł taktyczny i opinię świetnego nawigatora. Te cechy pomogły mu zdobyć cztery Puchary Świata FIM w kategorii quadów, wywalczyć dwa trzecie i jedno drugie miejsce w Rajdzie Dakar, a w 2015 r. odnieść wielkie zwycięstwo w tych legendarnych zawodach. Polak zyskał przydomek SuperSonik, ale mimo to nie przestaje cieszyć się jazdą na czterokołowcu, dlatego wielokrotnie odwiedza podczas treningów liczne tory i rozmaite rejony, aby nie tylko przygotowywać się do nowych wyzwań, ale także czerpać przyjemność z ćwiczenia w zróżnicowanym terenie. Przedstawiamy Państwu 12 najciekawszych według niego miejsc na świecie do uprawiania tego sportu.

Sardynia

Ta włoska wyspa to przede wszystkim świetny region dla miłośników motocykli enduro. Rajd odbywający się na niej co roku w czerwcu jest co prawda przeznaczony również dla kierowców quadów, ale pokonanie przez nich licznych wąskich ścieżek, skalnych półek czy ciasnych przejazdów pomiędzy skałami graniczy z cudem.

               
Na Sardynii przemierzymy jednak czterokołowcem fantastyczne trasy. Wiodą one pomiędzy rozległymi wzgórzami, pośród niskiej roślinności lub ponad skalistym wybrzeżem. Każdy znajdzie tu coś dla siebie. Wybór mamy naprawdę duży – od malowniczo położonych łagodnych i szerokich dróg po wymagające technicznie odcinki górskie. Co więcej, na wyspie panuje fantastyczny klimat, a tutejsza kuchnia jest doskonała, więc po całodziennej jeździe czeka na nas nagroda w postaci prawdziwej uczty dla podniebienia. Odwiedzić ten fascynujący region Włoch można przez cały rok, bowiem zawsze prezentuje się równie ciekawie.

Dubaj

Dubaj1.jpg

Pozornie łagodne piękne wydmy w okolicach Dubaju bywają niebezpieczne

©ARCHIWUM RAFAŁA SONIKA


Zjednoczone Emiraty Arabskie słyną z jednej z najpiękniejszych pustyń świata. W okolicach Dubaju wiatr wyrównuje piaszczyste wydmy niczym ratrak śnieg na stoku. Wystarczy odjechać kilkanaście minut od jakiejkolwiek ludzkiej osady, żeby znaleźć się w miejscach nie noszących śladów obecności człowieka. Emocje, jakie towarzyszą jeździe po takim „sztruksie”, są nieporównywalne z żadnym innym uczuciem.

               
Wydmy w rejonie Dubaju wyglądają na łagodne i zapierają dech w piersiach, ale potrafią być także zdradliwe, zwłaszcza po przejściu rzadkich tu deszczów. Układ piaszczystych wzgórz zupełnie się wówczas zmienia, co utrudnia nawigację i przewidywanie niebezpieczeństw. Potrzeba wielu treningów, aby móc pozwolić sobie na nieco mocniejsze dociśnięcie gazu na pustyni. Nawet po latach doświadczeń warto zachować szczególną ostrożność. Inaczej to, co ma być przyjemnością, może stać się bardzo złym wspomnieniem.

               
Sezon na wyjazdy do Dubaju panuje cały rok. Najlepiej jednak planować sobie treningi o wschodzie lub zachodzie słońca. Nie tylko dlatego, że w tych godzinach światło maluje najpiękniejsze widoki, ale też po to, aby uniknąć upałów.

Pustynia Błędowska

Nasza największa pustynia (ok. 33 km²) to prawdziwa mekka polskich off-roadowców. W ostatnich latach prowadzi się intensywne odlesianie tego obszaru w celu przywrócenia jego stanu z początku wieku. Ten piękny region oferuje fantastyczne możliwości treningowe. Nie ma w nim wysokich wydm, ale nie brakuje tutaj kopnego piasku, który doskonale uczy reakcji quada w takich warunkach.

               
Pustynię Błędowską wciąż pokrywa wiele sosnowych zagajników. Ich pokonywanie daje sporo frajdy. Jak w każdym pustynnym rejonie, trzeba wykazać się tu jednak dobrą orientacją w terenie. Zdarzają się tacy kierowcy, którzy pozwalają ponieść się emocjom, a potem długo nie mogą znaleźć drogi powrotnej. Trenuję na Pustyni Błędowskiej kilka razy w roku. Zawsze spotykam na niej innych quadowców i motocyklistów, a często zabieram też w te strony swoich uczniów – mówi Rafał Sonik. Jego bazą do wypraw na czterokołowcach jest tradycyjnie punkt widokowy Dąbrówka w Chechle (355 m n.p.m.).

               
Ten region Polski zaprasza do odwiedzin przez okrągłe 12 miesięcy. O każdej porze roku będziemy czerpać niesamowitą radość z przemierzania Pustyni Błędowskiej.

Brazylia

Brazylia.jpg

Trasy na południu Brazylii prowadzą wśród niskiej roślinności

©ARCHIWUM RAFAŁA SONIKA



Trasy w południowej części Brazylii charakteryzują się przede wszystkim niską, słabo rozwiniętą roślinnością i czerwoną ziemią, która nadaje krajobrazowi zupełnie wyjątkowy wygląd. Szlaki są tutaj szybkie, ale przez to bywają zgubne. Wystarczy, że nieoczekiwanie wjedziemy pomiędzy splątane korzenie, aby nasz brawurowy wyczyn zakończył się nagłym zatrzymaniem wśród drzew. Jeśli tylko będziemy pamiętać o zachowaniu ostrożności, jazda po polnych drogach tego kraju na pewno przyniesie nam dużo przyjemności.

               
To, co czyni z Brazylii wspaniały cel na emocjonujące wyprawy na quadzie, to jednak nie same trasy, lecz mieszkający w niej fantastyczni ludzie. Brazylijczycy są uśmiechnięci, pomocni, otwarci i przyjaźnie nastawieni wobec turystów. Taka podróż może więc być okazją do nawiązania nowych znajomości. Do tej części Ameryki Południowej najlepiej wybrać się w okresie lata.

Argentyna

Kraj tanga, yerba mate i najlepszej wołowiny na świecie to również raj dla quadowców. Nie bez powodu od 2009 r. właśnie w Argentynie odbywa się znaczna część kolejnych edycji Rajdu Dakar. Za każdym razem wyznaczane przez organizatorów tutejsze trasy zaskakują nawet najbardziej wytrawnych kierowców. Ten fakt świadczy niewątpliwie o ogromnym zróżnicowaniu terenów i nieskończonych możliwościach, jakie stają tu przed miłośnikami off-roadu.

               
W centrum kraju znajdziemy wiele piaszczystych obszarów, ale są one tak nieprzyjazne, że lepiej nie zapuszczać się w te rejony, zwłaszcza w osławione okolice miejscowości Fiambalá koło Tinogasty. Warto natomiast wybrać szlaki na północy kraju i liczne malownicze kaniony. Na zachodzie na śmiałków czekają majestatyczne Andy. Widoki z tego regionu zapadają w pamięć na zawsze, ale jeśli zdecydujemy się go odwiedzić, musimy zabezpieczyć się przed chorobą wysokościową. Najlepszym lekarstwem na jej objawy jest herbata z liści koki (krzewu kokainowego) albo żucie ich podczas jazdy. Podróż do fascynującej Argentyny polecamy zaplanować w czasie europejskich miesięcy zimowych.

Hiszpania

W Hiszpanii znajdziemy mnóstwo różnorodnych tras. Rafał Sonik najlepiej poznał jednak te w pobliżu Malagi. W jej okolicy funkcjonuje wiele torów motocrossowych, na których nasz rodak ćwiczy technikę jazdy przy dużych prędkościach. Oprócz tego trenuje też poza wytyczonymi drogami, na otwartych terenach.

               
Ten region stanowi poligon dla takich fantastycznych motocyklistów, jak choćby Hiszpanie Marc Coma czy Jordi Viladoms, którzy właśnie m.in. tutaj przyjeżdżają przygotowywać się do najważniejszych startów w sezonie. Przed Rajdem Dakar 2016 także Rafał Sonik planuje spędzić w tym rejonie Europy kilka dni. Zamierza ćwiczyć jazdę na odcinkach specjalnych w stylu Rajdowych Samochodowych Mistrzostw Świata (WRC – World Rally Championship). Będą one dominować w 37. już edycji legendarnego wyścigu po raz ósmy z kolei organizowanego w Ameryce Południowej – Argentynie i Boliwii.

               
Do słonecznej Hiszpanii można zawitać o każdej porze roku. Jeśli nie lubimy zbytniego tłoku, powinniśmy zdecydować się raczej na jesień.

Lidzbark Warmiński

W Lidzbarku Warmińskim znajduje się jeden z najpiękniejszych i najlepszych torów motocrossowych w Polsce. Nasz rodak uwielbia odwiedzać to miejsce, bo jak podkreśla, jest ono przesiąknięte off-roadową atmosferą, a ludzie z nim związani są prawdziwymi pasjonatami.

               
Okolice tego miasta położonego w samym sercu Warmii również zachęcają do wycieczek. Jednak należy pamiętać, aby poruszać się tylko po obszarach, na których wolno organizować wyprawy off-roadowe. Rafał Sonik od wielu lat promuje hasło Daj przyQuad! Nie niszcz lasu! i potępia wszelkie naruszenia granic parków narodowych i krajobrazowych. Wymaga od siebie i kolegów odpowiedzialności za środowisko naturalne i dlatego swoim czterokołowcem nie wyjeżdża poza tor w Lidzbarku Warmińskim, a przyrodę podziwia z perspektywy roweru. Najkorzystniejsze warunki panują na Warmii w okresie lata i złotej polskiej jesieni.

USA

Pierwszym mechanikiem, który towarzyszył Rafałowi Sonikowi w Rajdzie Dakar w 2009 r., był amerykański specjalista od quadów – Lenny Duncan. To właśnie on zabrał Polaka na znane sobie szlaki w zachodnich Stanach Zjednoczonych. Spośród nich nasz rodak najbardziej upodobał sobie rejony Kalifornii, dokąd stara się wracać co jakiś czas.

               
W USA i Kanadzie turystyka quadowa jest zdecydowanie lepiej rozwinięta niż w krajach europejskich. Znajdziemy tu specjalnie przygotowane, kilkudziesięciokilometrowe trasy off-roadowe, pozwalające na legalne poruszanie się po trudno dostępnych obszarach leśnych. To doskonałe rozwiązanie zarówno dla miłośników jazdy poza drogami, jak i turystów i przyrodników. Rafał Sonik zabiega o to, aby wytyczyć podobne szlaki także w Polsce. Do Stanów Zjednoczonych na wyprawy terenowe najlepiej wybrać się latem lub na jesieni.

Chełmno

Chełmno_-_Fot.jpg

Quadowcy ścigający się na torze kompleksu motocrossowego w Chełmnie

©MATEUSZ SZELC



Chełmno uchodzi za drugie obok Torunia najstarsze miasto województwa kujawsko-pomorskiego (oba te grody otrzymały prawa miejskie 28 grudnia 1233 r. – tzw. prawo chełmińskie). Warto odwiedzić nie tylko sam wiekowy ośrodek, ale też lokalny kompleks motocrossowy, który kilka lat temu dzięki inicjatywie naszego rodaka i jego przyjaciół został uratowany przed zamknięciem. Zwycięzca Rajdu Dakar 2015 stawiał tutaj swoje pierwsze kroki, dlatego nie wahał się, aby zainwestować w ten obiekt i stać się jednym z jego współwłaścicieli.

               
Na świetnie wyprofilowanym i dobrze utrzymanym torze regularnie odbywają się imprezy rangi Mistrzostw Polski. Szkolą się na nim młodzi quadowcy i motocykliści. Mamy nadzieję, że za kilka lat godnie zastąpią oni Rafała Sonika w międzynarodowych wyścigach. Obiekt w Chełmnie stanowi idealne miejsce dla początkujących miłośników sportów motocrossowych, którzy chcą zdobyć podstawowe umiejętności, niezbędne do jazdy w terenie. Warto odwiedzić go latem i podczas organizowanych na nim zawodów.

Chile

Amatorom off-roadu Chile kojarzy się przede wszystkim z Atakamą, należącą do najsuchszych pustyń świata. Są na niej rejony, w których od prawie 400 lat nie spadła choćby kropla deszczu. Te warunki czynią ją również jednym z mniej przyjaznych człowiekowi obszarów na ziemi. Jazda po tutejszych bezdrożach może być jednak fantastycznym przeżyciem. Warto odwiedzić w szczególności północną część kraju i okolice portowego miasta Iquique. Potężne piaszczyste wydmy wznoszą się w tym miejscu na wysokość powyżej 2 tys. m n.p.m. i opadają stromo wprost do Pacyfiku.

               
Popularnością cieszą się także rejony miejscowości La Serena, które słyną z winnic. Wiosną zaobserwujemy tu zupełnie nierealne zjawisko. Cały pustynny obszar pokrywa się wówczas różnobarwnym kobiercem kwiatów. Suchy i surowy krajobraz zamienia się w kolorowe pola, od których trudno oderwać wzrok.

               
W północnej części Atakamy dotrzemy z kolei do dużych solnisk (Salar de Atacama), przypominających pustynię solną w Boliwii (Salar de Uyuni), i licznych ciekawych form skalnych w okolicach miasteczka San Pedro de Atacama. Nieco dalej na południe możemy wyjechać quadem na przełęcze sięgające niemal 5 tys. m n.p.m.

               
Ze względu na wspomniany kwiatowy spektakl do Chile najlepiej wybrać się na przełomie sierpnia i września. Zdecydowanie trzeba też zabrać ze sobą aparat fotograficzny.

Egipt

Ten północnoafrykański kraj, zamieszkany niegdyś przez jedną z najbardziej fascynujących i tajemniczych cywilizacji na ziemi, jest również świetnym celem wyjazdowym dla poszukujących wrażeń quadowców. Naprawdę nie warto spędzać wakacji nad basenem w ciągłym bezruchu, kiedy tuż za granicami egipskich kurortów czeka na nas tyle możliwości aktywnego wypoczynku. W 2014 r. słynny Rajd Faraonów startował z wybrzeża Morza Czerwonego z luksusowego miasteczka turystycznego Al-Dżuna (El Gouna). Podczas niego zawodnicy mieli do pokonania kilkaset kilometrów bardzo ciekawego terenu pustynnego.

               
Na egipską część Sahary najlepiej wybrać się z przewodnikiem. Da nam to pewność, że wrócimy szczęśliwie do bazy i nie wpadniemy w kłopoty. Szczególnie piękne są tutaj – oczywiście – odcinki piaszczyste. Saharyjskie wydmy mają zupełnie inną budowę niż te w Zjednoczonych Emiratach Arabskich i nawet sam piasek nieco się różni. Ta największa gorąca pustynia na ziemi jest bardzo różnorodna, więc nawet jeśli nie dotrzemy do typowych wydmowych wzniesień, możemy być pewni, że trafimy w niezwykłe miejsca. Odkrywanie tych niesamowitych zakątków Egiptu warto zaplanować na miesiące wiosenne bądź jesienne.

Maroko

Królestwo Marokańskie należy do najpopularniejszych kierunków podróży wśród Europejczyków zafascynowanych czterokołowcami. Trudno się temu zresztą dziwić. Jak już wspomnieliśmy, olbrzymia północnoafrykańska pustynia, jaką jest Sahara, oferuje wyjątkowo różnorodne i fascynujące trasy. Zjeździłem niemal całe Maroko od północy po południe i naprawdę nie brakuje tu miejsc wartych odwiedzenia. Wspaniałe tereny rozciągają się od szczytów Atlasu do skalistego wybrzeża Oceanu Atlantyckiego. Na Saharze ujrzymy zarówno krajobrazy przywodzące na myśl powierzchnię Marsa, jak i charakterystyczne dla niej piaszczyste wydmy – opisuje Rafał Sonik.

               
W tym kraju można odwiedzić obszary, na których kręcono kolejne epizody Gwiezdnych wojen czy film Gladiator. Niezwykłym przeżyciem są zawsze wizyty w klimatycznych mniejszych i większych miastach. Jazda na quadzie po marokańskich bezdrożach daje niesamowitą frajdę, ale atmosfera lokalnych targów (suków) dosłownie wciąga każdego przybysza.

               
Wyprawa do Maroka będzie więc z pewnością wspaniałym doświadczeniem i to nie tylko ze względu na świetne warunki do treningów na czterokołowcach, lecz także z uwagi na jedyną w swoim rodzaju okazję do poznania tutejszej kultury i podziwiania fascynujących krajobrazów. Podobnie jak w przypadku Egiptu polecamy odwiedzić to położone w Afryce Północnej królestwo w okresie wiosny albo jesieni. W październiku można kibicować polskim kierowcom podczas widowiskowego Rajdu Maroka i towarzyszyć im w trakcie zmagań, przesuwając się równolegle do kolumny pojazdów.

Bruksela i Walonia – odpoczynek w sercu Europy

 

Elżbieta Kuźma

 

Wycieczka do Brukseli to niewątpliwie atrakcja dla każdego turysty. Zarówno dorośli, jak i dzieci czy młodzież znajdą tutaj ciekawe i warte zobaczenia miejsca. I to niezależnie od pogody, która akurat w tej stolicy Europy nikogo nie rozpieszcza. Belgia zaprasza zresztą również do innych swoich regionów, w tym malowniczej francuskojęzycznej Walonii. Nie dajmy się więc dłużej prosić.

Więcej…

Moja Republika Południowej Afryki

SAT-000-1434G.jpg

Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon) ma ok. 26 km długości

©SOUTH AFRICA TOURISM

MARIANNA JĘDRZEJCZYK

Wielu Polakom z Republiką Południowej Afryki kojarzą się głównie laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela, doktryna apartheidu, wysoka przestępczość bądź wyprawy safari. Niektórym z nich być może przychodzą jeszcze na myśl Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2010 r., a przecież w tym kraju jest tyle ciekawych i pięknych miejsc, nierzadko prawdziwych cudów natury. Ma on zresztą do zaoferowania znacznie więcej – niezwykle różnorodną kuchnię, bogatą kulturę czy świetną bazę noclegową. Co ważne, większość atrakcji kusi bardzo przystępnymi cenami.


To najlepiej rozwinięte pod względem gospodarczym państwo Afryki zamieszkuje prawie 55 mln ludzi. Obowiązuje w nim aż 11 języków urzędowych, w tym angielski. Od zachodu południowoafrykańskie wybrzeże oblewają wody Atlantyku, a od wschodu – Oceanu Indyjskiego. Układ pór roku jest po tej stronie równika odwrotny niż w Europie. Najcieplej bywa tu w grudniu i styczniu.


Na szczęście RPA staje się ostatnio coraz popularniejszym kierunkiem wakacyjnym wśród turystów z Polski. Mieszkam tutaj od 4 lat i choć staram się jak najwięcej zobaczyć, to moja lista miejsc do odwiedzenia nadal się wydłuża.


Kiedy przyjechać

SAT-000-1707G.jpg

Muzeum Dystryktu Szóstego w Kapsztadzie z wielką mapą na podłodze

©SOUTH AFRICA TOURISM


Wybór odpowiedniej pory na podróż do tej części Afryki zależy od tego, ile dni planujemy przeznaczyć na urlop (chociaż na krócej niż 2 tygodnie nie warto przyjeżdżać), co chcemy w tym czasie robić i w które regiony pojechać. Sezon turystyczny w RPA trwa właściwie przez cały rok.


Należy jednak pamiętać, że to wielki kraj – lot z Johannesburga do Kapsztadu (Cape Town) zajmuje 2 godz. (podczas niego pokonuje się niemal 1300 km), czyli tylko nieco mniej niż z Warszawy do Londynu. Oznacza to także, że klimat jest tu bardzo zróżnicowany. Miasta Pretoria, w której mieszkam, i sąsiedni Johannesburg leżą w prowincji Gauteng i znajdują się na stosunkowo dużej wysokości: pierwsze na ok. 1350 m, a drugie na mniej więcej 1750 m n.p.m. Zimy (od czerwca do sierpnia) są więc w tym rejonie chłodne, ale też słoneczne i suche. W nocy temperatura spada czasami poniżej 0°C, w ciągu dnia za to bywa często nawet ponad 20°C. Latem jest natomiast gorąco i burzowo, lecz ze względu na położenie nie nadmiernie wilgotno. Bardziej tropikalne warunki klimatyczne panują na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, np. w Durbanie okres zimowy charakteryzuje się przyjemnym ciepłem (w lipcu ok. 25°C za dnia, mniej więcej 15°C wieczorem), a letni – upałami i dużą wilgotnością powietrza, co może być dla niektórych osób niezbyt komfortowe. Kapsztad z kolei ma klimat podobny do śródziemnomorskiego. Wody Atlantyku, nad którym leży, są zimne przez cały rok. W tej okolicy często wieje również silny wiatr. Zimą czasem pada tu horyzontalny deszcz ze śniegiem, więc najlepiej przyjechać do tego miasta między październikiem a kwietniem.


Jeśli chcemy odwiedzić głównie parki narodowe i rezerwaty, w których organizuje się safari, musimy wziąć pod uwagę, że większość z nich znajduje się we wschodniej części kraju, gdzie pogoda jest podobna do tej w Gauteng (choć im dalej na północ i wschód, tym cieplej). Po niemal wszystkich tego typu obszarach chronionych w RPA można jeździć samodzielnie, bez przewodnika, ale – oczywiście – należy przestrzegać obowiązujących w ich granicach zasad. W miesiącach zimowych ze względu na długotrwały brak deszczu roślinność przerzedza się i usycha. Dzięki temu znacznie polepszają się warunki do obserwacji i zwiększa się szansa spotkania dzikich zwierząt przy wodopojach, ponieważ rzeki zazwyczaj też wtedy wysychają. Latem jest natomiast bardzo ciepło i zielono, przyroda w pełni już rozkwitła, a wieczory najprzyjemniej spędzać przed namiotem przy zimnym piwie lub cydrze Savanna na podziwianiu rozgwieżdżonego nieba. Jednak grudzień i styczeń to także pora wakacji i wielu Południowoafrykańczyków wybiera się wówczas z rodzinami do parków narodowych i rezerwatów. Dlatego w ich rejonach panuje w tym okresie tłok i trudno o chwilę spokoju. Najlepszym czasem na udane safari będzie więc wiosna (wrzesień–listopad), gdy temperatury są już dość wysokie, ale nie ma jeszcze upałów, i rodzą się młode zwierzęta, albo jesień (marzec­–maj), kiedy w powietrzu czuć nadchodzące chłody, a zachody słońca pięknie podkreślają żółć, pomarańcz i czerwień, które dominują w krajobrazie.


Jak podróżować


Z Europy do RPA najlepiej przylecieć do Johannesburga z Londynu (British Airways), Paryża (Air France), Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Amsterdamu (KLM), Zurychu (SWISS) lub Stambułu (Turkish Airlines). Można również wybrać połączenie przez Dubaj (Emirates) albo Abu Zabi (Etihad Airways). Z lotniska O.R. Tambo do samego miasta oraz do Pretorii jeździ nowoczesny, klimatyzowany pociąg Gautrain. Jednak komunikacja miejska w tym kraju wciąż znajduje się na etapie rozwoju, najkorzystniej więc wynająć samochód. Drogi i autostrady są tutaj w bardzo dobrym stanie, choć kultura jazdy często pozostawia wiele do życzenia. Trzeba też pamiętać, że w RPA obowiązuje ruch lewostronny. Ze względu na ogromne odległości czasami warto zaoszczędzić czas i skorzystać z samolotu. Południowoafrykańskie tanie linie lotnicze kulula.com i Mango, a także British Airways i South African Airways latają do wszystkich większych miast. Ciekawy sposób podróżowania, np. z Pretorii do Kapsztadu, stanowi przejazd koleją. Obok luksusowych i bardzo drogich przewoźników Blue Train i Rovos Rail działają również tańsze linie Shosholoza Meyl. Podróż trwa 2 lub 3 dni, zależnie od liczby przystanków, a w cenę biletu, oprócz noclegu w kuszetce, wliczone są też posiłki. Z kolei „plecakowiczom” (tzw. backpackerom) spodoba się Baz Bus, którego trasa ciągnie się od Kapsztadu po Durban i Pretorię. Znajdziemy na niej ponad 180 hosteli, a bilet upoważnia do nieograniczonych przesiadek.


Niesamowity Kapsztad

SAT-000-1684G.jpg

Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona w Soweto, dawnych slumsach

©SOUTH AFRICA TOURISM


Chyba za najbardziej znane i popularne południowoafrykańskie miasto, do którego chętnie przyjeżdżają turyści z całego świata, uchodzi Kapsztad (choć to Johannesburg dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę odwiedzających). Zresztą nie bez powodu – jest piękny, malowniczo położony, ma ciekawą historię i może pochwalić się mnóstwem atrakcji. Świetny pomysł na jego zwiedzanie stanowi skorzystanie z autobusu turystycznego City Sightseeing Cape Town. Cztery rozbudowane trasy obejmują, oprócz centrum metropolii, również winnice ekskluzywnego przedmieścia Constantia czy wspaniałe wybrzeże na południe od niej. Warto kupić bilet dwudniowy, ponieważ nie tylko nie kosztuje dużo (260 randów, czyli ok. 75 złotych), ale także uprawnia do różnego rodzaju rabatów w wielu miejscach, do których dociera autobus. Na pewno trzeba wysiąść przy stacji kolejki na Górę Stołową (Table Mountain) – już stąd rozciągają się oszałamiające widoki, a panorama rozpościerająca się ze szczytu (z wysokości 1086 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach.


Przepiękny jest też utworzony w 1913 r. Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden), w którym można spędzić kilka godzin na podziwianiu setek gatunków roślin, również endemicznych. Był on pierwszym ogrodem botanicznym na świecie założonym w celu ochrony niepowtarzalnej lokalnej flory. W Kapsztadzie warto także odwiedzić któreś z licznych muzeów, np. Południowoafrykańską Galerię Narodową (South African National Gallery), funkcjonującą w położonym w centrum miasta historycznym parku Company’s Garden, czy Muzeum Dystryktu Szóstego (District Six Museum), upamiętniające przymusowe wysiedlenia mieszkańców w czasach apartheidu. Gdy nie wieje zbyt mocno, trzy razy dziennie (o 9.00, 11.00 i 13.00) z kapsztadzkiego nabrzeża wypływają łodzie na Robben Island (Robbeneiland). Na tej wyspie znajduje się więzienie, w którym Nelson Mandela (1918–2013) i inni przeciwnicy polityki apartheidu spędzili wiele lat życia. To fascynujące miejsce, a oprowadzają po nim byli więźniowie. Ich historie niejednokrotnie mrożą krew w żyłach, ale są jednocześnie budujące i wzbudzają podziw dla ich odwagi i wytrwałości.


Na południe od Kapsztadu leży również słynny Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), do którego jedzie się krętą autostradą wzdłuż stromego brzegu oceanu, mijając piękne białe plaże. Wrócić do miasta można z drugiej strony cypla, przez urocze miasteczka, np. Simon’s Town (Simonstad), Kalk Bay czy Muizenberg. Podczas wizyty w tych okolicach trzeba koniecznie zjeść świeże ryby i owoce morza, a także spróbować lokalnej kuchni malajskiej (dziedzictwa z czasów kolonialnych). Takie potrawy, jak Cape Malay curry, bobotie (pikantne mięso mielone z rodzynkami, polane jajeczno-mleczną masą i zapieczone, serwowane z ryżem) bądź koeksisters (pączki w słodkim syropie, podawane na zimno) na pewno pobudzą nasze kubki smakowe.


W Johannesburgu i okolicy


Kapsztad nigdy mi się nie znudzi i zawsze będę chętnie do niego wracać, ale w RPA jest jeszcze wiele innych miejsc wartych odwiedzenia. Zalicza się do nich m.in. 4,5-milionowy Johannesburg, zwany potocznie Jozi, Joburg czy eGoli, największe miasto świata, które nie leży nad żadnym zbiornikiem wodnym lub rzeką. Powstało ono w 1886 r. na fali XIX-wiecznej gorączki złota w absurdalnej lokalizacji, na pustkowiu w górach, bez dostępu do wody, a obecnie rozkwita po latach stagnacji. To prawdziwa metropolia, która tętni życiem przez całą dobę i ciągle się rozwija. Ją również można zwiedzać autobusem turystycznym City Sightseeing Joburg. Po drodze obejrzymy m.in. poruszające Muzeum Apartheidu (Apartheid Museum), nowatorsko zaaranżowane Wzgórze Konstytucyjne (Constitution Hill), wesołe miasteczko Gold Reef City Theme Park oraz plac Gandhiego (któremu właśnie w RPA, gdzie pracował jako prawnik i doświadczył dyskryminacji rasowej, przyszła do głowy koncepcja biernego oporu). Alternatywą dla wycieczki autobusowej są spacery tematyczne, np. z Geraldem Gardnerem, autorem świetnych przewodników po Johannesburgu i strony internetowej JoburgPlaces. Dowiedziałam się od niego wielu fascynujących faktów na temat krótkiej, lecz bogatej historii tego początkowo górniczego miasta, a obecnie ważnego centrum finansowego i biznesowego. Dzięki niemu odkryłam też kilka rewelacyjnych targów rękodzieła, dzielnicę mody, sklepy z oryginalnymi materiałami zwanymi shweshwe czy dystrykt Mała Etiopia, gdzie wypijemy świeżo zaparzoną etiopską kawę i zjemy autentyczną indżerę... Johannesburg to tygiel kulturowy, mekka artystów i młodych przedsiębiorców, różnorodna scena artystyczna z mnóstwem klubów muzycznych, galerii i przeróżnych inicjatyw kulturalnych.


Z centrum miasta niedaleko do Soweto – dawnych slumsów, obecnie liczących sobie niemal 1,5 mln mieszkańców i przyciągających coraz więcej turystów. To tu znajdują się domy Nelsona Mandeli (dziś działa w nim muzeum Mandela House) i arcybiskupa anglikańskiego Desmonda Tutu wzniesione przy tej samej ulicy Vilakazi, a także Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona (Hector Pieterson Memorial and Museum), 13-letniego chłopca, którego śmierć podczas zamieszek w 1976 r. stała się symbolem walki z apartheidem. Stąd pochodzi słynny na całym świecie chór Soweto Gospel Choir. To tutaj można skoczyć na bungee z jednej z kolorowych wież chłodniczych Elektrowni Orlando – Orlando Towers. Właśnie w Soweto kręcono też znany południowoafrykański film science fiction Dystrykt 9. Ja pewnego razu wstąpiłam ze znajomymi do jednej z lokalnych jadłodajni i przypadkowo natknęłam się w niej na grupę młodych, elegancko ubranych ludzi, którzy udawali się właśnie na spotkanie w miejscowym kościele. Po krótkiej pogawędce zupełnie spontanicznie przyłączyliśmy się do nich. W ten sposób poznaliśmy barwną społeczność chrześcijańską, która spotyka się co kilka miesięcy w różnych krajach Afryki Południowej, aby śpiewać radosne pieśni i po prostu razem spędzać czas. Nie jestem osobą szczególnie religijną, lecz nie czułam się wśród nich obco. Przedstawiono nas starszyźnie, wszyscy byli ciekawi, skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Bardzo chcieli, żebyśmy zostali na mszy, ale – niestety – zrobiło się już późno i musieliśmy wracać do Pretorii. Do dziś mamy jednak sympatyczne wspomnienie z Soweto.


Ok. 50 km na północny zachód od Johannesburga leży wpisany w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO kompleks jaskiniowo-muzealny Cradle of Humankind – Kolebka Ludzkości. Znaleziono tu szczątki przedstawicieli nieznanego gatunku z rodziny człowiekowatych liczące sobie nawet 2,5 mln lat. Wykopaliska nadal trwają i w 2015 r. po raz pierwszy w mediach pojawił się naukowy opis sensacyjnego odkrycia – nowego przodka ludzi nazwano Homo naledi. Na terenie stanowiska funkcjonuje ciekawe centrum informacyjne, a do systemu pięknych jaskiń Sterkfontein można wejść z przewodnikiem, który interesująco opowiada o pracach archeologicznych i ich wynikach.


Nad Atlantykiem


Powróćmy jeszcze na wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Na północ od Kapsztadu znajduje się malowniczy Park Narodowy West Coast (West Coast National Park). Można tutaj nocować na łodzi zacumowanej kilkadziesiąt metrów od brzegu w samym środku błękitnej laguny. Jeśli pojedziemy dalej w kierunku Namibii, dotrzemy do regionu Namaqualand, który najlepiej odwiedzić wiosną, w sierpniu lub wrześniu, w czasie wspaniałego spektaklu natury. W ciągu kilku tygodni ten półpustynny teren zamienia się w wielką łąkę mieniącą się jaskrawymi kolorami.


Z kolei na wschód od Kapsztadu, wzdłuż Trasy Ogrodów (Garden Route), rozciąga się górzysty obszar upraw winorośli z wieloma uroczymi miasteczkami mogącymi poszczycić się architekturą w stylu cape dutch, jak np. najbardziej chyba znane Franschhoek czy uniwersyteckie Stellenbosch. RPA produkuje świetnej jakości wina, z których zdecydowana większość nie jest eksportowana, warto więc wybrać się przynajmniej do kilku winnic na degustacje. We Franschhoek funkcjonuje tramwaj winny (Franschhoek Wine Tram). Po drodze zatrzymuje się na kilkunastu przystankach – trzeba mieć naprawdę mocną głowę, aby zdołać spróbować trunków we wszystkich miejscach na szlaku w ciągu jednego dnia!


Niemal w linii prostej na południe od tego urokliwego miasteczka leży miejscowość Hermanus, znana głównie z tego, że to stąd najczęściej można obserwować wieloryby. Od czerwca do grudnia walenie południowe (Eubalaena australis) gromadzą się w południowoafrykańskich wodach, żeby się rozmnażać. Często udaje się je zobaczyć z nabrzeża, ale warto też wykupić wycieczkę łodzią z przewodnikiem. Podziwianie tych gigantycznych ssaków z bliska to niezapomniane przeżycie.


Jadąc dalej w kierunku Durbanu, miniemy po drodze m.in. najbardziej na południe wysunięty kraniec Afryki, czyli Przylądek Igielny (Cape Agulhas), stanowiący również umowną granicę między oceanami Atlantyckim i Indyjskim. Stąd niedaleko do przepięknego Rezerwatu Przyrody De Hoop (De Hoop Nature Reserve) ze wspaniałymi dzikimi plażami. W głębi lądu rozciągają się bezkresne tereny Karru Małego i Wielkiego, a na północ od nich zaczyna się już kotlina Kalahari. Następnie dotrzemy do popularnych nadmorskich miejscowości George i Knysna, a potem do Jeffreys Bay, raju dla surferów. Tuż za Port Elizabeth znajduje się Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), słynący właśnie ze słoni (których obecnie jest ponad 600), a dalej na wschód – miasto Grahamstown. Co roku na przełomie czerwca i lipca w tym ostatnim odbywa się największy na kontynencie afrykańskim festiwal artystyczny (National Arts Festival), przyciągający 200 tys. widzów. Za East London zaczyna się Dzikie Wybrzeże (Wild Coast). W pełni zasługuje ono na swoją nazwę – trudno się na nie dostać, godzinami kluczy się po wyboistych drogach i wioskach rozsianych na wzgórzach, gdzie lud Xhosa nadal żyje według starych tradycji. Jednak wysiłek się opłaca. Bezkresne i niemal puste plaże, huk oceanu i gościnność lokalnej społeczności wynagradzają trud podróży.


Durban i dzika przyroda

SAT-000-0223G.jpg

Tzw. Whale Crier obwieszczający przybycie wielorybów do Hermanus

©SOUTH AFRICA TOURISM


Kolejnym przystankiem jest Durban – największy port kontenerowy w Afryce, który w ciągu ostatnich kilku lat przeszedł ogromną metamorfozę, głównie dzięki wspomnianym Mistrzostwom Świata w Piłce Nożnej z 2010 r. Z zaniedbanego, mało przyjaznego miasta stał się modnym kurortem, z szeroką promenadą, nowoczesnym stadionem i bogatym życiem kulturalnym. Co roku w lipcu odbywa się tu np. niezmiernie ciekawy i dobrze zorganizowany Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Durbanie (Durban International Film Festival), na którym pokazywane są dziesiątki filmów z całego świata. Bardzo lubię Durban za luźną, przyjazną atmosferę, architekturę z elementami stylu art déco, a także za... curry. To właśnie tutaj mieszka więcej Hindusów i ich potomków niż w jakimkolwiek innym mieście poza Indiami. Nic w tym dziwnego, bowiem w drugiej połowie XIX i na początku XX w. przybysze z subkontynentu indyjskiego osiedlali się tłumnie w Afryce Południowej, aby pracować na plantacjach, w kopalniach czy przy budowie kolei.


Na północny wschód od Durbanu znajdują się dwa rezerwaty przyrody, które warto uwzględnić w planach wakacyjnych. Atrakcją Parku Hluhluwe-iMfolozi (inaczej Hluhluwe Umfolozi Game Reserve) jest kilkudniowe piesze safari, podczas którego można spotkać tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli lwa, słonia, lamparta, bawoła i nosorożca czarnego. Mnie się to udało – w ciągu 5 dni spędzonych w buszu, w tym nocy pod gołym niebem, nie tylko je wszystkie widziałam i słyszałam, ale także dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lokalnych zwierzętach i roślinności. To najlepszy sposób na poznanie tego, co stanowi esencję afrykańskiej natury! Z kolei w sąsiednim Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park) natknęłam się, oprócz antylop, bawołów i nosorożców, na mnóstwo krokodyli i hipopotamów. Występują tu też żółwie morskie, a w oceanie pojawiają się czasami ogromne rekiny wielorybie.


Z pewnością najbardziej znanym miejscem na safari jest Park Narodowy Krugera (Kruger National Park). Ma on powierzchnię ok. 20 tys. km², a bogactwo tutejszych gatunków fauny i flory oszałamia. Jednak jego popularność może czasami dawać się we znaki. Na drogach często tworzą się zatory, gdy ludzie zbierają się wokół jakiegoś wyjątkowo ekscytującego zwierzęcia, i – niestety – wielu gości nie potrafi się odpowiednio zachować. Mój ulubiony park to Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park), położony ok. 2 godz. jazdy z Pretorii na północny zachód w kraterze prastarego wulkanu. Bardzo miło wspominam również nieogrodzony kemping w Rezerwacie Ithala (Ithala Game Reserve) niedaleko granicy z Suazi, gdzie wybrałam się z przewodnikiem na krótkie piesze safari i napotkaliśmy jadowitą czarną mambę oraz nosorożca białego i czarnego. Za to Rezerwat Madikwe (Madikwe Game Reserve) na granicy z Botswaną szczyci się nie tylko Wielką Piątką Afryki, ale także zagrożonymi wyginięciem likaonami pstrymi.


Na listę miejsc godnych odwiedzenia koniecznie trzeba też wpisać Góry Smocze (Drakensberg), na granicy z Królestwem Lesotho, gdzie można spędzić wiele dni na mniej i bardziej wymagających wspinaczkach. Z kolei Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon, znany również jako Molatse River Canyon) będzie interesującym przystankiem w drodze do Parku Narodowego Krugera. Należy do jednych z największych i najzieleńszych na świecie. Zwiedzimy go podczas pieszych wycieczek, w trakcie których będziemy podziwiać fantastyczne widoki.


Smak RPA


Na zakończenie każdego dnia pełnego wrażeń warto zadbać także o coś dla ciała. Oprócz wspomnianych już wina, cydru, potraw kuchni malajskiej i indyjskiej oraz ryb i owoców morza, prym w południowoafrykańskiej sztuce kulinarnej wiedzie mięso. Koniecznie trzeba spróbować steków, nie tylko wołowych, ale też z antylop kudu i eland czy ze strusia, oraz wołowych kiełbas boerewors – wszystko to przyrządza się na grillu, zwanym tu braai. Odważni powinni skusić się na suszone larwy ćmy Gonimbrasia belina, występujące pod nazwą mopane – to popularna przekąska i bogate źródło białka. Ja jadłam je serwowane w sosie pomidorowym. Były gumowate i niespecjalnie mi smakowały, ale wszystko jest przecież kwestią gustu. Wegetarianie nie muszą się martwić – świeże warzywa i owoce są powszechnie dostępne w sklepach i restauracjach, choć czasami dania z kurczakiem też uchodzą za bezmięsne. Na deser najlepiej zamówić malva pudding – pyszne ciasto nasączone cukrem i masłem, podawane na gorąco z lodami lub polewą waniliową, albo milk tart (melktert) – kruchą tartę z budyniem, posypaną cynamonem.


RPA to bez wątpienia niewyczerpane źródło inspiracji podróżniczych. Ten niezmiernie interesujący kraj ciągle mnie czymś zaskakuje i nie pozwala mi się nudzić. Oczywiście, boryka się on z wieloma problemami, nadal trzeba mieć w nim na uwadze kwestie związane z bezpieczeństwem, ale jednocześnie tutejsze społeczeństwo doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważna jest turystyka dla gospodarki. Gościnność mieszkańców RPA, piękno jej różnorodnej przyrody, sprzyjająca zwiedzaniu pogoda, a także wysoka jakość usług sprawiają, że ten wyjątkowy zakątek Afryki stanowi fantastyczny cel podróży.