DSC_0561.jpg

Stare Miasto w Hội An na północnym brzegu rzeki Thu Bồn

©POLKA TRAVEL/MAJKA SZURA

 


MAGDALENA BARTCZAK

 

Wietnamczycy tworzą jedną z najliczniejszych mniejszości narodowych mieszkających w Polsce. Jeśli wierzyć aktualnym statystykom, ich populacja w naszym kraju sięga dziś ponad 50 tys. osób. Mimo tego wydaje się, że większość Polaków nadal niewiele wie o tym narodzie oraz jego fascynującej ojczyźnie, pełnej kontrastów i emanującej zauważalną na każdym kroku energią. 

Sapa-Trekking-Sercrets-of-Hight-Tonkin-18-days-9.jpg

Wyprawa trekkingowa w rejonie pasma górskiego Hoàng Liên Sơn 

©GREEN TRAIL TOURS LTD/VIETNAMTREKKINGTOURS.ASIA


Pierwsza fala emigracji Wietnamczyków do Polski przypadła na lata 50. XX w. i wiązała się z wymianą studentów, prowadzoną w ramach podtrzymywania socjalistycznej przyjaźni między dwoma oddalonymi od siebie o prawie 10 tys. km państwami. Jeszcze liczniejsze ich grupy zaczęły do nas docierać w latach 90., tym razem głównie z powodów ekonomicznych i politycznych. Szukający azylu bądź przyjeżdżający za chlebem emigranci długo stanowili zamkniętą społeczność, co jednak od pewnego czasu się zmienia. Coraz swoich nowych sąsiadów. Świadczy o tym choćby powiększająca się liczba festiwali poświęconych ich kulturze oraz ogromna popularność wietnamskiej kuchni, która bywa już identyfikowana nie tylko z prostym fast foodem, lecz także z tradycyjnymi i wykwintniejszymi restauracjami.

Mimo to Wietnam wciąż pozostaje dla nas państwem pod wieloma względami nieznanym. Jak powiada wietnamskie przysłowie: raz zobaczyć znaczy więcej niż sto razy usłyszeć. Zgodnie z nim, jeśli chcemy dowiedzieć się o tym kraju czegoś więcej, powinniśmy skorzystać z jednej z licznych promocji biletów lotniczych i ujrzeć go na własne oczy. Ojczyzna Wietnamczyków spójnie wiąże tradycję z nowoczesnością i stanowi fascynującą mieszankę kolorów, zapachów i dźwięków. Niczym popularna w azjatyckiej kuchni przyprawa pięciu smaków, łączy w sobie najrozmaitsze, często kontrastujące ze sobą barwy i aromaty. Tym bardziej więc warto wyruszyć w daleką podróż i przekonać się o tej różnorodności na własnym… podniebieniu.

Smak gorzki – dawniejsza historia

Wietnam leży w Azji Południowo-Wschodniej, na Półwyspie Indochińskim. Od północy graniczy z Chinami, a od zachodu z Laosem i Kambodżą. Jego wydłużone terytorium rozciąga się na kilka stref klimatycznych: północny rejon charakteryzuje się klimatem wilgotnym podzwrotnikowym, środkowa część – zwrotnikowym z porą deszczową i suchą, zaś tropikalny południowy kraniec – zwrotnikowym w odmianie monsunowej. Podobnym bogactwem szczyci się tutejsza przyroda. W tym kraju świetnie odnajdą się zarówno wielbiciele trekkingu, jak i miłośnicy wędrówek po dżungli czy wypoczynku na długich, śnieżnobiałych plażach.

Kraina czerwonego smoka – jak często określa się Wietnam – słynie też z fascynującej, lecz trudnej historii. Kluczowe jej rozdziały stanowiły ponadtysiącletnia chińska okupacja (od 111 r. p.n.e. do 938 r. n.e.) i szczególnie znacząca dla późniejszych losów państwa francuska kolonizacja. Jak pisał pionier studiów postkolonialnych Edward Said (1935–2003): francuskie imperium, choć nie mniej zainteresowane było zyskiem, plantacjami i niewolnikami niż brytyjskie, motywowane było ideą prestiżu. Ślady tego modelu rządów są w tym kraju stale widoczne m.in. we wspaniałej kolonialnej architekturze, dobrych drogach czy gęstej sieci kolei. W 1858 r. pod pretekstem ochrony przebywających na tym obszarze katolickich misjonarzy wojska Francuzów zajęły Tourane (dziś Đà Nẵng),a później południowe prowincje Wietnamu. Od tego momentu trafił on pod panowanie francuskie na niemal 100 lat, aż do 1940 r., gdy wkroczyła tu armia japońska.

W 1945 r. do istnienia powołano Demokratyczną Republikę Wietnamu, na której czele stanął działacz komunistyczny Ho Chi Minh (1890–1969). Wkrótce potem o terytorium dawnej kolonii upomniała się Francja, czym doprowadziła do I wojny indochińskiej (1946–1954). W jej efekcie wyzwolony kraj podzielono na komunistyczną Demokratyczną Republikę Wietnamu (Wietnam Północny) i Republikę Wietnamu (Wietnam Południowy). Mieszkańcy nie mogli jednak zbyt długo cieszyć się wolnością. Niedługo później znaleźli się w ogniu wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej 1955–1975), która okazała się jednym z najdłuższych i najbardziej krwawych konfliktów w historii regionu. W zachodnim świecie od lat wiele mówi się o tym, jak dramatycznie doświadczyła ona Amerykanów, ale rzadziej wspomina się o traumie, jaką przyniosła Wietnamczykom. To ci drudzy ponieśli znacznie więcej ofiar w żołnierzach (ponad milion, podczas gdy po amerykańskiej stronie liczba nie przekraczała 60 tys.) oraz cywilach, których zginęło niemal 70 tys. Skutki stosowanej przez siły amerykańskie broni chemicznej są odczuwalne do dziś, np. wywołane przez nią choroby genetyczne dziedziczą kolejne pokolenia.

Zjednoczone w 1976 r. państwo przyjęło nazwę Socjalistyczna Republika Wietnamu i zaczęło stopniowo stawać na nogi m.in. za sprawą kultywowanego przez jego mieszkańców etosu pracy, ich pragmatyzmu oraz przedsiębiorczości. Dziś to jeden z najprężniej rozwijających się krajów Azji Południowo-Wschodniej, w czym zresztą również widać swoistą różnorodność. Współczesny Wietnam, podobnie jak Chiny, stanowi ciekawą syntezę komunizmu i drapieżnego kapitalizmu. Ta dynamika rozwoju ekonomicznego daje o sobie znać głównie w dużych miastach, zdominowanych przez wszechobecny tłum, który jest pierwszym elementem wietnamskiego pejzażu rzucającym się przyjezdnym w oczy. Zagęszczenie ludzi na jednostkę powierzchni odczuwa się niemal na każdym kroku: w sklepach, na ulicach, targach czy autobusowych przystankach. Warto przy tym dodać, że o wiele popularniejszym środkiem transportu niż autobusy są tu skutery – nimi znacznie szybciej można przejechać przez zakorkowane wąskie uliczki lub rozległe aleje. Zresztą same w sobie sprawiają one wrażenie przepełnionych, ponieważ często jeżdżą nimi całe rodziny bądź 4-, a nawet 5-osobowe grupy przyjaciół.

Ten powszechny tłok nie powinien jednak dziwić. W Wietnamie na terytorium nieznacznie większym od Polski (ponad 330 tys. km²) mieszka 2,5 razy więcej ludzi niż u nas (niemal 95 mln). Gdziekolwiek spojrzeć – nic tylko ludzie, ludzie i ludzie. Ludzie piłujący, machający młotkiem, spawający, szyjący, gotujący, jak gdyby wszyscy zaciekle walczyli o przetrwanie – tak w połowie lat 90. XX w. pisał o wietnamskiej przestrzeni włoski mistrz reportażu Tiziano Terzani (1938–2004). Wydaje się, że od czasów jego azjatyckich wojaży niewiele się pod tym względem zmieniło, a jeśli nawet, to zrobiło się jeszcze tłoczniej.

4.jpg

Statek Paradise Privilege podczas rejsu po zatoce Ha Long

©PARADISECRUISES.VN



Smak kwaśny – współczesna sytuacja polityczna

Są takie miejsca, które stanowią odstępstwo od tej niepisanej reguły wszechobecnego tłumu. Należy do nich bez wątpienia położona w północnej części kraju zatoka Ha Long (rozległa na ponad 1,5 tys. km2) – jeden z jego największych skarbów przyrodniczych, wpisany w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Najlepiej jest ją zwiedzić podczas przynajmniej jednodniowego rejsu. W jej granicach znajduje się ok. 2 tys. wapiennych wysepek, wystających z wody skalnych rzeźb oraz tajemniczych grot, które można podziwiać godzinami. Całą okolicę porastają gęste lasy deszczowe pełne dzikich zwierząt. Region ten nosi też miano „Zatoki Lądującego Smoka”. Według legendy niesamowity archipelag został stworzony właśnie za sprawą tego baśniowego zwierzęcia, które zanurzyło się w wodzie po tym, jak zwyciężyło wrogów wietnamskiego narodu. Choć nietrudno zakochać się w spokojnej, kontemplacyjnej naturze krainy Ha Long, to równie łatwo zauważyć, że to jeden z najchętniej odwiedzanych przez turystów zakątków w Wietnamie – ich liczba rocznie sięga 3 mln.

Wielki tłok jest znacznie bardziej zauważalny w politycznym sercu kraju, czyli ponad 7-milionowym Hanoi. Chaotyczne, deszczowe i zanurzone w smogu miasto ma przy tym swój nieodparty urok: wydaje się kwintesencją tego, czego podróżnicy szukają w każdej azjatyckiej metropolii. Na jego ścieżkę dźwiękową składają się donośne klaksony, nawoływania sklepikarzy czy gwarne rozmowy studentów, bo właśnie ten ośrodek stanowi naukową stolicę Wietnamu, a liczbą uczelni przewyższa większe od niego niemal dwukrotnie Ho Chi Minh (dawniej Sajgon). Tu znajduje się najstarszy wietnamski uniwersytet, będący zarazem najsłynniejszą miejscową świątynią konfucjańską. Kompleks zwany Świątynią Literatury (Văn Miếu) ufundował w 1070 r. król Lý Nhân Tông. Utrzymane w klasycznym chińskim stylu budynki są otoczone ogrodem i odgrodzone od reszty zabudowań miejskich grubym murem, dzięki czemu można wśród nich na chwilę zapomnieć o tym, jaki hałas panuje w Hanoi. Bardziej typowe i niewątpliwie głośniejsze oblicze miasta prezentuje jego najstarsza część, czyli Stare Hanoi, utkane z kolonialnej, przyprószonej przez czas architektury oraz plątaniny wąskich uliczek, których nazwy pochodzą od rzemiosł uprawianych przez mieszkających przy nich mistrzów.

Kolejnym kluczowym elementem krajobrazu stolicy jest… woda. Oprócz płynącej przez nią Rzeki Czerwonej, na jej terenie znajdziemy ponad 100 jezior. Za najbardziej reprezentacyjne uchodzi liczące 700 m długości Hoàn Kiếm, czyli Jezioro Zwróconego Miecza. U źródła tej poetyckiej nazwy leży – oczywiście – legenda. Na początku XV w., podczas okupacji chińskiej, ubogi rybak Lê Lợi otrzymał od żyjącego w tym akwenie Złotego Żółwia magiczny miecz, który uczynił go niepokonanym. Wykorzystał go w walce z armią dynastii Ming i został królem, a po zwycięstwie udał się nad brzeg, aby podziękować za swój sukces bogom. Wówczas z głębin ponownie wynurzył się Złoty Żółw i zażądał od mężczyzny zwrotu broni. Miecz sam wysunął się z pochwy i zamienił w smoka, który wzleciał nad taflę i chwilę potem zniknął na zawsze w falach. Król uznał tajemnicze stworzenie za opiekuńczego ducha jeziora i na pamiątkę kazał wybudować na leżącej na nim wysepce Wieżę Żółwia (Tháp Rùa), która stała się symbolem miasta. Budowla szczególne wrażenie robi wieczorem, gdy rozpromieniają ją blaski kolorowych świateł, dodające temu miejscu jeszcze większego uroku.

Drugą wizytówką Hanoi pozostaje Mauzoleum Ho Chi Minha – monumentalny gmach, gdzie spoczywa wielki przywódca i bohater Wietnamu. Jego zabalsamowane ciało umieszczono w centralnej sali budynku, przy którym wartę pełni straż honorowa. Zarówno tam, jak i na całym terenie otaczającym gigantyczny grobowiec, łatwo uświadomić sobie, że przebywa się w państwie rządzonym twardą ręką – żołnierze surowo egzekwują zasady zwiedzania i każde odstępstwo od nich może się spotkać z groźnym spojrzeniem, uwagą bądź stanowczą interwencją. Podczas wizyty w tym prężnie rozwijającym się kraju, pełnym pracowitych, serdecznych i uśmiechniętych ludzi, nietrudno zapomnieć o ponurych stronach tutejszej rzeczywistości, choćby ostrej cenzurze, represjach stosowanych wobec przeciwników politycznych czy prześladowaniach religijnych, które dotykają m.in. buddyjskich mnichów.

Ofiarami polityki komunistycznego rządu są też przedstawiciele mniejszości narodowych. Spotkamy ich np. na terenach leżących na północ od Hanoi, tuż przy granicy z Chinami. Wielu z nich mieszka wśród gór Hoàng Liên Sơn, których najwyższym szczytem (a zarazem najwyższą górą Wietnamu i całych Indochin) jest liczący 3143 m n.p.m. Phan Xi Păng (Fansipan), wiecznie osnuty mgłą i pokryty soczystą zielenią. W jego pobliżu znajduje się chętnie odwiedzana przez turystów miejscowość Sa Pa, słynąca ze wspaniałych widoków na tarasowe pola ryżowe. W samych jej granicach mieszkają Hmongowie, Daowie (Yaowie) oraz Tayowie, których można od siebie rozróżnić po niezwykłych, kolorowych strojach. Jako osoby należące do mniejszości etnicznych, najczęściej nie posiadają oni jednak prawa do swoich ziem, nauki języka ojczystego w szkołach i kultywowania własnych tradycji. Władze Wietnamu zdecydowanie dążą do ujednolicenia narodu i nie potrafią wykorzystać ani docenić skarbu, jaki stanowi wielokulturowość jego obywateli.

Smak ostry – pejzaż kulinarny

Wspomnianą różnorodność widać również w sztuce kulinarnej tego kraju, uważanej za jedną z najlepszych na świecie i podbijającej serca smakoszy na równi z chińską czy tajską. Najpopularniejszym daniem narodowym jest bez wątpienia zupa pho (Phở), czyli rosół z makaronem ryżowym zwykle z kawałkami wołowiny lub kurczaka. Wietnamczycy ochoczo jadają ją nie tylko na obiad, ale też na śniadanie bądź kolację, czemu ciężko się dziwić, bo od jej aromatycznego smaku (w odpowiednio przyprawionej pho składa się na niego m.in. kolendra, imbir, sos rybny i limonka) naprawdę łatwo się uzależnić. Poza tym popularnością cieszą się nem, znane w Polsce jako sajgonki, złożone z farszu (najczęściej mięsnego, krewetkowego lub warzywnego) zawiniętego w papier ryżowy. Kolejny ważny element lokalnej kuchni, na który natkniemy się dosłownie wszędzie, stanowi mocna ca phe, czyli kawa. Wietnam to zresztą drugi po Brazylii największy jej producent na świecie

Poza daniami rozpowszechnionymi w całym kraju każdy region ma również własne przysmaki. Potrawy z rejonu północnego charakteryzują się prostotą przygotowania, stosowaniem smażenia jako ostatecznej obróbki produktów i wykorzystywaniem dużych ilości sosu sojowego, co wiąże się z wpływami chińskiej sztuki kulinarnej. W menu mieszkańców z południa zauważymy natomiast ślady czasów kolonialnych, a także popularność ryb, warzyw oraz owoców. Posiadający niemal 3,5 tys. km linii brzegowej, obdarzony licznymi zatokami i potężnymi deltami Rzeki Czerwonej oraz Mekongu, Wietnam obfituje też w owoce morza. Najsmaczniejsze z nich znajdziemy właśnie na południowym wybrzeżu. Z kolei za najbardziej finezyjną w smaku uważa się mającą cesarskie korzenie kuchnię środkowego obszaru państwa – znacznie ostrzejszą, a przy tym bardziej kolorową i dbającą o wytworniejszą formę podania od pozostałych. Do jej typowych dań należą m.in. bún bò Huế – pikantna zupa z makaronem ryżowym z wołowiną – czy bánh xèo – chrupiące naleśniki z ryżowego ciasta, wypełnione krewetkami, wieprzowiną i kiełkami, przykryte kolendrą, miętą oraz bazylią.

Jeśli zapragniemy spróbować tego rodzaju wietnamskich smakołyków w najlepszym wydaniu, powinniśmy wybrać się do jednej z licznych restauracji lub ulicznych knajpek w Huế – dawnej stolicy (1802–1945), która zachwyca Cytadelą (Hoàng Thành), niegdyś siedzibą władców całego Wietnamu. Na jej terenie zwiedzić można pałac cesarski, świątynie, muzea i Zakazane Purpurowe Miasto, nazwane tak ze względu na surowe reguły dotyczące wizyt za jego murami – przekroczenie ich bez specjalnych uprawnień groziło śmiercią.

Drugą niewątpliwą atrakcją środkowej części kraju jest przepiękne portowe Hội An, którego zabytkowa zabudowa została uratowana przed zniszczeniem przez polskiego architekta Kazimierza Kwiatkowskiego (1944–1997). Wśród Wietnamczyków był on znany jako Kazik. W połowie lat 90. XX w. sprzeciwił się planom władz, które chciały wyburzyć starsze budynki i w ich miejsce postawić nowoczesne bloki mieszkalne. Za jego namową historyczne centrum odrestaurowano i przystosowano je do obsługi ruchu turystycznego. W 1999 r., głównie za sprawą zasług Polaka, Hội An wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Wdzięczni mieszkańcy po śmierci Kazimierza Kwiatkowskiego uczcili go w 2007 r. pomnikiem w środku miasta. Bogactwa tutejszej architektury trudno nie docenić nawet podczas jednodniowego spaceru – przez wieki ośrodek ten pozostawał jednym z najważniejszych portów w Azji Południowo-Wschodniej, ściągającym kupców z całego świata, co wpłynęło na jego niepowtarzalny styl i atmosferę.

Smak słony i słodki – skarby południa

phuquoctourism.jpg

Idylliczne domki na wyspie Phú Quốc w Zatoce Tajlandzkiej

©PHUQUOCTOURISM.ORG



Jeżeli z Hội An przejedziemy wzdłuż wybrzeża nieco bardziej na południe, znajdziemy długie na wiele kilometrów plaże – zarówno w pobliżu samego miasta, jak i w okolicy kolejnych kurortów. Najbardziej urokliwy z nich stanowi miejscowość Mũi Né, która z nieznanej wioski rybackiej w ciągu ostatnich lat zmieniła się w niezmiernie popularne nadmorskie centrum wypoczynkowe. Złociste wybrzeże, kosmiczny pejzaż pobliskich Czerwonych Wydm, pełen kolorowych łodzi port rybacki oraz świetne warunki do nurkowania, surfowania, kite- i windsurfingu – to wszystko sprawia, że klimatyczne miasteczko idealnie nadaje się na złapanie oddechu po zwiedzaniu większych ośrodków. Podróżnicy, którzy chcą spędzić więcej czasu w południowym regionie kraju, koniecznie powinni wybrać się także na największą wietnamską wyspę Phú Quốc (ok. 590 km²), słynącą z prawdziwie rajskich, niemal bezludnych plaż, wysokich palm kokosowych oraz produkcji sosu rybnego (nước mắm) i upraw czarnego pieprzu.

Po wypoczynku nad morzem czeka nas jeszcze najważniejszy miejski skarb południa Wietnamu, czyli Ho Chi Minh, dawniej Sajgon (jak nadal nieformalnie określają go sami mieszkańcy). Ta niemal 13-milionowa metropolia tętni życiem i olśniewa monumentalną urodą. Aż trudno uwierzyć, że zanim rozpoczęła swoją karierę, była ledwie zauważalną na mapie wioską rybacką, którą w XVII w. zaczęli zaludniać uchodźcy z Chin. Wkrótce potem została przejęta przez wietnamską dynastię Nguyễn i otrzymała nazwę Gia Đinh. Jednak największy wpływ na jej obecne oblicze mieli Francuzi. To oni przemianowali ją na Sài Gòn i uczynili z niej stolicę i prawdziwą perłę Indochin. Kolonialna architektura, znacznie lepiej zachowana niż w bardziej zniszczonym Hanoi, największe wrażenie robi w Pierwszej Dzielnicy, sercu Sajgonu. Znajdziemy tu wiele zadbanych XIX-wiecznych kamienic, ogromny budynek Poczty Głównej ze stalową konstrukcją zaprojektowaną przez samego Gustave’a Eiffela (1832–1923), sąsiadującą z nim strzelistą neoromańską Katedrę Notre-Dame czy neoklasycystyczny gmach Opery. Bez wątpienia właśnie ta część miasta jest najbardziej zadbana i wytworna, pełna luksusowych sklepów, wykwintnych kawiarni i restauracji. Zdecydowane jej przeciwieństwo stanowi Chinatown (znane również jako Cholon) z kolorowymi buddyjskimi świątyniami, wiecznie zapełnionymi targami, warsztatami rzemieślniczymi, pachnącymi sklepikami z przyprawami i chińskimi (a jakżeby inaczej!) restauracjami. Przy wąskich i klimatycznych uliczkach stoją całymi rzędami stare chińskie kamienice, nadające tej dzielnicy osobliwego charakteru, który znacznie trudniej dostrzec w typowo wietnamskiej części metropolii – najmniej interesującej pod względem architektury, nowoczesnej, ale dość chaotycznej.

Kolejne miejsce, którego nie wolno ominąć podczas pobytu w Ho Chi Minh, to Muzeum Pozostałości Wojennych, prezentujące wstrząsające świadectwa wojny wietnamskiej. Na zewnątrz budynku zobaczyć można autentyczne helikoptery, czołgi i samoloty wojskowe, wykorzystywane w okresie konfliktu. Jeszcze większe wrażenie robią ekspozycje mieszczące się w środku, m.in. zdjęcia przedstawiające zbrodnie, jakich dopuszczało się amerykańskie wojsko czy zachowany z tamtych czasów sprzęt, za pomocą którego Amerykanie rozpylali broń chemiczną. Świetnym uzupełnieniem wizyty w muzeum będzie wycieczka do położonych pod miastem tuneli Củ Chi, wybudowanych w trakcie wojny przez żołnierzy Wietkongu. Pierwotnie liczyły one niemal 250 km długości i okazały się niezmiernie przydatne w walkach. Partyzanci należący do Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu Południowego wykorzystywali podziemną sieć jako mieszkania, szpitale, kuchnie, arsenały, a także drogę transportu i przede wszystkim pułapkę na wroga. Zwiedzający Củ Chi mogą poznać mechanizmy groźnych zasadzek, które czyhały na nieproszonych gości, a nawet przeczołgać się przez słynne tunele, które mają zaledwie 60 cm wysokości – jest to więc zadanie tylko dla największych śmiałków.

Po powrocie do Ho Chi Minh warto odpocząć po tej ekscytującej wyprawie w jednej z ulicznych kawiarni – najlepiej przy pobudzającej do życia mocnej wietnamskiej kawie czy orzeźwiającym piwie Sajgon oraz obowiązkowych sajgonkach – i poddać się urokowi tropikalnej metropolii, która zdaje się żyć przez całą dobę. Być może zasypia tylko na chwilę przed samym świtem, aby o poranku znów się obudzić i rozpocząć nowy, pracowity dzień. Jakże inaczej powinno się go przywitać, jeśli nie kultowym filmowym powitaniem Good morning, Vietnam! (używanym oryginalnie na antenie Radia Amerykańskich Sił Zbrojnych przez Adriana Cronauera, granego przez nieodżałowanego Robina Williamsa), zapowiadającym nie tylko piękną przygodę, ale też tęsknotę za tym fascynującym krajem, którą na pewno poczujemy, gdy już zakończymy naszą wietnamską podróż.

Artykuły wybrane losowo

Sycylia – mit i rzeczywistość

 taormina DSC9981 ORIZZ

Pozostałości teatru greckiego z III w. p.n.e. w Taorminie niedaleko wulkanu Etna

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

DOMINIKA FRIEDRICH

www.sycyliabocznymidrogami.pl

 

 Trójkątna w swoim kształcie Sycylia jest ziemią słońca i ognia Etny zwanej Mongibello. Niegdyś stanowiła centrum antycznego świata, dlatego też wiele mitów opowiada właśnie o niej. To największa wyspa Morza Śródziemnego. Swojemu strategicznemu położeniu zawdzięczała nie tylko rozkwit, lecz także zainteresowanie najeźdźców. Nie bez znaczenia były zarówno jej urodzajne gleby, jak i wspaniały śródziemnomorski klimat. Kiedyś nazywano ją nawet spichlerzem Włoch, którym zresztą pozostaje do dziś.

 

Na Sycylii od stuleci krzyżowały się wpływy rozmaitych kultur. Pozostawiły one na niej liczne ślady, obecnie bezcenne dzieła sztuki. Współcześni Sycylijczycy wydają się być odrębnym narodem, a ich wyspa – niemal autonomicznym krajem. Łatwo dostrzec, że pod względem społecznym i kulturowym różni się ona od kontynentalnych Włoch. Wszystko jest tutaj jakby doprowadzone do przesady: słońce świeci jaskrawiej, niebo i morze mają wyjątkowo intensywną barwę, owoce są niesamowicie słodkie. To ziemia kontrastów, luksusu i biedy, jedyna w swoim rodzaju, meravigliosa, czyli wspaniała.

 

Sycylia moim zdaniem zdecydowanie bardziej przypomina Afrykę niż Europę. Od kontynentalnych Włoch dzieli ją co prawda tylko wąska Cieśnina Mesyńska, ale południowo-zachodni kraniec wyspy leży zaledwie ok. 230 km od Tunisu. Mamy więc tutaj okazję pooddychać afrykańskim powietrzem w europejskim kraju.

 

OJCZYZNA SYCYLIJCZYKÓW

 

Można pojechać na Sycylię i zobaczyć jedynie słońce, morze i błękitne niebo niczym ze zdjęć w turystycznych folderach. W końcu wyspa ma 1152 km wybrzeża! Jednak już sama wyprawa w głąb lądu stanowi podróż do innej krainy. W miarę zbliżania się do takich miast jak Enna czy Caltanissetta, położonych w centrum Sycylii, można zauważyć, jak wszystko się zmienia: światło, otaczający krajobraz, twarze ludzi i ich charaktery. Po drodze z Katanii do Palermo z wesołej, świątecznej i rozświetlonej nadmorskiej okolicy trafia się do ciemnego, gorzkiego i melancholijnego regionu.

 

Wbrew pozorom tę włoską wyspę warto odwiedzić nie tylko latem. Nie wszyscy wiedzą, że miasta w środku lądu, np. wspomniana Enna, lub te wzniesione na skałach, jak leżące na północno-zachodnim krańcu Erice, są otulone mgłą niczym miejscowości w Lombardii. W jednym z miasteczek na zboczach Etny można z kolei zjeść tradycyjne ciasteczka narciarza (biscotti dello sciatore), bo już w latach 20. XX w. Sycylijczycy uprawiali narciarstwo na stokach tutejszego wulkanu. Jedno jest jednak pewne – na Sycylii podróżnik musi uzbroić się w cierpliwość, niezbędną podczas szukania nieznanych miejsc i odkrywania fascynujących tajemnic. Ta wytrwałość zostanie z pewnością nagrodzona, ale należy uważać, bo wyspa potrafi uzależnić i sprawić, że ciągle chce się na nią wracać.

 

Sycylijska kuchnia jest niezmiernie różnorodna i smakowita. Odzwierciedla historię regionu – mieszają się w niej wpływy włoskie, greckie, arabskie, francuskie i hiszpańskie. Burzliwa przeszłość wyspy ukształtowała też charakter Sycylijczyków. Są oni z natury nieufni, co zapewne stanowi efekt ciągłych najazdów, ale jednocześnie ciekawi świata, na przestrzeni stuleci zetknęli się w końcu z wieloma kulturami. Mają także niesamowite poczucie humoru i cieszą się każdą chwilą, bo przecież jutro może nie nadejść. Nie żyją, żeby pracować, lecz pracują, aby żyć. Sycylijczyk potrafi być prawdziwym przyjacielem, który nigdy nie zostawi nas w potrzebie. Jednak w kłótni bywa tak samo żywiołowy i gwałtowny jak w okazywaniu radości. Poza tym mieszkańcy Sycylii są bardzo rodzinni i darzą ogromnym szacunkiem starszych. Na wspólne wyjazdy wakacyjne często wybierają się razem nawet czteropokoleniowe rodziny.

 

Może ze względu na południowy, niemal afrykański klimat Sycylijczycy mają czas na wszystko, nie skąpią go więc na życzliwy uśmiech, dobre słowo czy kawę z przyjacielem. Jeżeli zapytamy ich o drogę po angielsku, będą prawdopodobnie zakłopotani (najczęściej nie znają tego języka), ale sami zaprowadzą nas na miejsce. To ludzie z sercem na dłoni, nawet jeśli się zdenerwują, po chwili znów wraca im humor. Sycylijczycy są prawdziwym skarbem tej wyspy.

 

POD OKIEM MAFIOSÓW

 

Niestety, Sycylia osobom, które niewiele wiedzą na jej temat, najczęściej kojarzy się z mafią. Ta jednak jest nie tylko organizacją przestępczą o początkach sięgających dalekiej przeszłości. Stanowi również zjawisko społeczne, tradycję, sposób na życie i codzienność mieszkańców wyspy. Stworzyła własny kodeks obowiązujący jej członków i określający zasady postępowania. Mafia ma różne oblicza i jej pobieżna charakterystyka zajęłaby setki stron. Zainteresowanym tematem polecam książkę, która do tej pory nie ukazała się w języku włoskim, ale została wydana po polsku – Sycylijski mrok australijskiego autora Petera Robba. Ta publikacja z pewnością pomoże zrozumieć nieco lepiej rzeczywistość Sycylijczyków.

 

Nawet Benicie Mussoliniemu nie udało się ostatecznie zniszczyć tutejszej mafii. Być może stało się tak dlatego, że jest ona integralną częścią sycylijskiego świata. W 1992 r. przegrali z nią sędziowie Giovanni Falcone i Paolo Borsellino (obaj zginęli w zamachach bombowych). Jak dotąd nikt nie rozwiązał problemu mafii na Sycylii definitywnie.

 

Za najlepszy kinowy obraz nakręcony na ten temat uchodzi film, w którym – podobnie jak w książce stanowiącej dla reżysera główną inspirację – słowo „mafia” nie pojawia się ani razu! Ojciec chrzestny Francisa Forda Coppoli powstał na podstawie powieści Maria Puzo o tym samym tytule. Do dziś uważany jest za wzór dla wszystkich twórców, którzy mierzą się z przeniesieniem na ekran mafijnego świata.

 

Sycylia była w przeszłości łakomym kąskiem dla zdobywców szukających nowych ziem. Po śmierci w grudniu 1250 r. cesarza Fryderyka II Hohenstaufa na ludność sycylijską nałożono powinności feudalne, a tych, którzy nie chcieli podporządkować się narzuconym nakazom, surowo karano. Ta sytuacja doprowadziła do buntu Sycylijczyków – powstała grupa mająca pomagać uciśnionym. Według innej teorii taka organizacja zawiązała się, gdy wyspę okupowali Hiszpanie. Mafia zawsze działała w kręgu wielkiej polityki i w tle ważnych wydarzeń. Tzw. Bractwo wspierało Giuseppe Garibaldiego, a w czasie II wojny światowej operacja aliantów pod kryptonimem „Husky” (9 lipca – 17 sierpnia 1943 r.) była poprzedzona zawarciem układu z sycylijskimi bossami.

 

Z mitologicznej otoczki odziera mafię jej codzienna działalność przestępcza. Wymuszenia, nielegalne budownictwo, produkcja narkotyków i handel nimi, prostytucja – to tylko nieliczne przykłady. Mafia stara się legalizować swoje interesy. Wychodzi z założenia, że jeśli pieniądze można włożyć w legalny biznes, należy to po prostu zrobić. Przedsiębiorstwa mafijne zarabiają dziś na wywozie śmieci, budowaniu nieruchomości, rolnictwie, gastronomii i innych usługach. We Włoszech ok. 30 proc. firm odpowiadających za odbiór odpadów znajduje się w rękach mafii lub jest z nią powiązanych. Prasa podaje, że roczne dochody rodzin są szacowane na mniej więcej 120–140 mld euro.

 

 IMG 1930

Polpo bollito – gotowana ośmiornica

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO

 

FESTIWAL ZMYSŁÓW

 

Na Sycylii widok ludzi jedzących na ulicy w trakcie spacerowania, robienia zakupów na targu, jazdy na skuterze czy prowadzenia samochodu należy do codzienności. Ludzie zatrzymują się przed ulicznym straganem, biorą coś do ręki i jadą dalej. Tutaj je się o każdej porze dnia, a używa się do tego palców. Sprzedaje się głównie małe przekąski (gotowane, smażone bądź pieczone na ruszcie), przygotowywane na stoiskach na świeżym powietrzu. To rodzaj miejscowego fast foodu, którego historia na wyspie sięga ponad 2 tys. lat wstecz. Cucina di strada („kuchnia uliczna”) i buffittieri (bufety) są integralną częścią sycylijskiej sztuki kulinarnej. Od wieków oferowane na ulicach specjały oddawały porządek pór roku, dni tygodnia i godzin.

 

Sycylijczycy od zawsze uważali jedzenie nie tylko za sposób na zaspokojenie głodu, ale również za prawdziwą przyjemność. Na Sycylii ludzie się nie pożywiają, oni delektują się, biesiadują i pełnymi garściami czerpią z tego satysfakcję i radość, czyniąc w ten sposób zadość potrzebom duchowym. Poza tym kuchnia jest także nieodłącznym elementem tutejszej kultury.

 

Na całym świecie panuje obecnie moda na tzw. finger food. Na nowo odkrywamy przyjemność, jaka płynie z jedzenia palcami, gdy uaktywnia się nie tylko wzrok, smak i węch, ale też zmysł dotyku. Właśnie przez dotykanie poznajemy najpierw konsystencję i temperaturę tego, co akurat spożywamy, zanim włożymy to do ust. Opuszki palców są bardzo wrażliwe, co potęguje doznania. Sycylijczycy jedzą rękami bez skrępowania, aż do oblizywania palców. Zupełnie nie wstydzą się tej przyjemności. Istnieje nawet takie włoskie powiedzenie buono da leccarsi le dita (dosłownie „dobre aż do oblizania palców”). Do dziś zresztą duża część ludzkości je palcami, bez użycia sztućców (to popularny sposób m.in. w kręgu krajów arabskich, Etiopii czy Azji Południowej).

 

W starożytnych Syrakuzach, Selinuncie, Morgantinie czy innych miastach jedzono na ulicy. Osoby spacerujące pomiędzy stoiskami wchłaniały zapachy przygotowywanych potraw, karmiły oczy ich widokiem, a w końcu rozkoszowały się smakiem. Ten uniwersalny zwyczaj, którego nie zmieniły zawirowania historii, łączy nas dzisiaj z dawnymi czasami.

 

 Palermo - Ph Valerio Casari

W Palermo sprzedaje się różnego rodzaju przekąski wprost na ulicy

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI

 

W TEATRZE SMAKÓW

 

Uliczną kuchnię można znaleźć na targowiskach miejskich, w zaułkach starych uliczek nadmorskich, rybackich miejscowości, w Katanii, Syrakuzach, Agrygencie (Agrigento), ale przede wszystkim w Palermo. To ostatnie miasto wypełnia różnokolorowy tłum, egzotyczne bary, sklepy z arabskimi artykułami na wystawach. Wokół słychać różne języki, jakby w jednym miejscu zgromadzili się budowniczowie wieży Babel, wszędzie unoszą się rozmaite zapachy. Palermo jest stolicą Sycylii i sycylijskiego street foodu. To miasto pełne życia i ruchu, żyjące szybko, niezmiernie kolorowe, agresywne, hałaśliwe, głośne i ekscytujące.

 

Palermitańska plaża Mondello, leżąca w dzielnicy o tej samej nazwie, uchodzi za popularne wśród mieszkańców miejsce wieczornych spacerów latem i niedzielnych obiadów na świeżym powietrzu na wiosnę. Można tutaj znaleźć również stoiska z ulicznym jedzeniem, jakże odmiennym od tego w centrum Palermo. Na cibo da strada, czyli „żywność z ulicy”, składają się potrawy, których najczęściej nie przygotowuje się w domu. Są zbyt pracochłonne i nie warto przyrządzać porcji tylko dla kilku osób. W Mondello kupimy polpo bollito – gorącą, gotowaną ośmiornicę, ricci di mare – jeżowce, otwierane na oczach klienta (niewiele jest w nich do zjedzenia, to przede wszystkim zapach wiatru i morskiego powietrza), frutti di mare crudi – świeże owoce morza na surowo, np. fasolari (małże wenus brunatne), tartufi di mare, cannolicchi (małże brzytwy), vongole (małże wenus) czy cozze (omułki śródziemnomorskie),ostrygi, padelle i telline (urąbki). Tych wszystkich przysmaków zawsze później brakuje turystom po powrocie z Sycylii do Polski.

 

W centrum Palermo nie wolno odmówić sobie przyjemności, jaką daje spacer, degustacja i zaopatrzenie się w różne specjały na historycznym targowisku Vucciria. To największy tutejszy bazar, oszałamiający kolorami, ilością towarów i chaotyczną, hałaśliwą atmosferą, przypominający nieco suk w arabskim mieście. Po wejściu na targ można poczuć się tak, jak ktoś, kto w teatrze wyszedł nagle zza kulis na scenę podczas trwającego przedstawienia i stał się jednym z aktorów biorących udział w spektaklu. Rozwinięte czerwone markizy zasłaniające oślepiające słońce przywodzą na myśl namiot cyrkowy. Spod płóciennych dachów wyglądają artyści – miejscowi sprzedawcy, z których każdy stara się przyciągnąć uwagę przechodzących osób, szczególnie obcokrajowców, wyróżniających się ubraniem i sposobem poruszania się. Główną rolę odgrywa tu miecznik (pesce spada) ze straganu rybnego. Jest ogromny, ma długi, błyszczący miecz, srebrzystą skórę i ogon wygięty w łuk. Słońce świecące przez markizy zabarwia go na czerwono. Obok ciągną się w nieskończoność rzędy fioletowych i czarnych bakłażanów oraz zielonych cukinii, również tych z rodzaju serpente di Sicilia („sycylijskiego węża”), wraz z ich kruchymi liśćmi – tenerumi. Dalej leżą pachnące pomidory odmian San Marzano, piccadilly, datterino czy Pacchino. Znajdziemy też stoiska z różnorakimi sałatami i warzywami liściastymi(sałatą rzymską,lodową i canasta,rukolą, endywią,cykorią,burakami liściowymi).W powietrzu unosi się oszałamiający zapach świeżej bazylii i mięty. Wzrok z daleka przyciągają ogromne cebule – cipolle di Chiarantana, i czerwony czosnek – aglio rosso di Nubbia.

 

Na targowisku nie brakuje także barwnych owoców. Piętrzą się egzotyczne, piegowate opuncje, słoneczne melony kasaba (casaba) i chlebowe (meloni di pane), zielone arbuzy (tzw. meloni d’acqua – melony wodne, inaczej angurie), rumiane brzoskwinie z Leonforte (pesche di Leonforte) owinięte w oddzielne bibułki niczym balowe sukienki, spłaszczone brzoskwinie tabacchiere (Saturn) i okrągłe, żółte percocche, nektarynki, morele, różnokolorowe winogrona i figi, delikatne, słodkie, rozłożone na liściach figowych. Wśród tego wszystkiego stoją worki pełne ciecierzycy, soczewicy, fasoli, grochu, migdałów, sezamu, rodzynek, orzechów i zielonego złota Etny, czyli pistacji. Znajdziemy również suszone pomidory, kapary – kwiaty do jedzenia, potocznie zwane sycylijskimi orchideami, finocchietto selvatico – dziki koper włoski, a także otwarte wielkie puszki z solonymi sardynkami, suszoną ikrę tuńczyka – bottargę, kadzie pełne oliwek: czarnych, fioletowych lub zielonych.

 

NIEBO W GĘBIE

 

Vucciria to nie tylko żołądek, ale i tętniące serce Palermo, niesamowite królestwo sycylijskiego jedzenia ulicznego. Jeżeli ktoś chce spróbować właśnie takich specjałów, powinien udać się na gwarny palermitański targ. W ponad 670-tysięcznej stolicy Sycylii, w odróżnieniu od innych regionów wyspy, szczególnie nieturystycznych zakątków we wnętrzu lądu, można zjeść o każdej godzinie bez wchodzenia do restauracji czy trattorii. To bardzo charakterystyczne dla Palermo, którego ulice, szczególnie w centrum, pełnią ciągle jeszcze funkcję społeczną, są miejscem spotkań dla wielu Sycylijczyków i stanowią naturalne przedłużenie małego, ciasnego mieszkania. Turystom nie chcącym tracić cennego czasu przeznaczonego na zwiedzanie polecam te posiłki w locie (pranzetti volanti), sprzedawane w kioskach i ulicznych smażalniach.

 

W stolicy wyspy można kupić jedzenie do ręki (cibo nelle mani) w doskonałym wydaniu. Warto spróbować pane con panelle – kanapkiz tradycyjnymi placuszkami z mąki z ciecierzycy, smażonymi na bieżąco w głębokim oleju i roznoszącymi wokół zapach typowy dla orientalnych targowisk. To tania i skromna przekąska, lecz otacza ją niewidzialny, jedynie wyczuwalny innymi zmysłami przepych. Poza tym na zainteresowanie zasługują z pewnością cazzilli (crocchè di patate) – krokiety z ziemniaków, i melanzane a quaglia – bakłażany rozkrojone w formie kwiatu. Klasyczną propozycją na drugie śniadanie jest sfincione, czyliciasto przypominające pizzę, posmarowane solonymi sardynkami, sosem pomidorowym, posypane cebulą i startym serem caciocavallo oraz polane odrobiną oliwy z oliwek z pierwszego tłoczenia. Nie wolno zapomnieć też o arancini. Ten specjał przypomina o setkach lat sycylijskich tradycji kulinarnych. Pachnący szafranem ryż z dodatkiem zielonego groszku otula serce z mięsnego sosu ragoût z mozzarellą (arancini con ragù). Żeby wygodniej było przewozić arancini i jeść je na ulicy, nadano im okrągły kształt, ze względu na który przypominają po usmażeniu małą pomarańczę (arancia). Obecnie te pyszne złote kulki spotyka się w najróżniejszych wersjach.

 

Od godziny 16.00 uliczne bufety w Palermo stają się jeszcze atrakcyjniejsze. Można wręcz dostać zawrotu głowy od rodzajów przekąsek do wyboru. Na stoiskach serwuje się także wino. Warto wrzucić coś na ząb przed kolacją, którą na wyspie je się nie wcześniej niż o 21.00. Każdego popołudnia w zaułkach i na peryferiach miasta unoszą się do nieba kolumny gryzącego dymu, przypominającego ten z dawnych ołtarzy greckich świątyń. Na wschodzie Sycylii na prymitywnych rusztach piecze się mięso końskie (carne equina), kiełbasy, makrele lub sardynki. W Palermo za gwiazdę popołudniowych ulicznych straganów uchodzą wnętrzności jagnięce bądź kozie, nadziane na szpadkę jak szaszłyk i pieczone na grillu zwane stigghiola.

 

Tradycyjną przekąską w stolicy wyspy o każdej porze dnia i roku jest panino con la milza (pani câ meusa) – bułka z cielęcą śledzioną. W zimowe popołudnia na ulicach podaje się i inne ciepłe dania. Należy do nich np. caldume, czyli gorący talerz (po sycylijsku quarume). W jego skład wchodzą podroby i gotowane flaki wołowe. Na tych samych stoiskach w lecie oferuje się serwowane na zimno wieprzowe kopyta (odpowiednik naszych zimnych nóżek), wołowe policzki i ozory, flaki i inne specjały ugotowane i spryskane sokiem wyciśniętym z cytryny.

 

Warto jeszcze wspomnieć o kilku sycylijskich osobliwościach. Frittola to chrząstki, kawałki tłuszczu i resztki mięsa podsmażone na smalcu z dodatkiem szafranu, liści laurowych, soli i czarnego pieprzu. Pod nazwą babbaluci (vavaluci) kryją się małe, białe ślimaki z gatunku Helix pisana (Theba pisana). Koniecznie trzeba spróbować wspomnianej już miejscowej odmiany cukinii zwanej serpente di Sicilia („sycylijski wąż”). Ugotowana i podana na zimno z odrobiną soli idealnie sprawdza się jako lekkie danie w lecie, szczególnie kiedy wieje suchy i gorący sirocco. W okresie letnim nie brakuje też pysznych zmrożonych kawałków arbuza. Od początku jesieni aż do zimy sprzedaje się obrane na miejscu opuncje.

 

O Sycylii mogłabym pisać bez końca, ale wiem, że nie da się w ten sposób oddać charakterystycznych dla niej kolorów, zapachów i smaków. Tak naprawdę zrozumie mnie tylko ten, kto sam wybierze się na tę pasjonującą włoską wyspę. Na szczęście każdy moment jest dobry na taką podróż. Sycylia zachwyca o każdej porze roku, a wyprawa na nią nie wymaga żadnych wielkich przygotowań. Wystarczy jedynie zabrać ze sobą apetyt i – oczywiście – dobry humor. Wówczas z pewnością zakochamy się w tej Perle Morza Śródziemnego lub Wyspie Słońca, jak słusznie przyjęło się o niej mówić.

 

 Venditore di olive Mercato del Capo a Palermo - Ph Valerio Casari

Stoisko z rozmaitymi rodzajami oliwek na Mercato del Capo w Palermo

© REGIONE SICILIANA DIPARTIMENTO TURISMO, SPORT E SPETTACOLO/VALERIO CASARI

Kostaryka – podróż od wschodu do zachodu słońca

24182453665 8d5ff41d97 o Tortuguero

© COSTA RICAN TOURISM BOARD

 

Jerzy Pawleta

www.jerzypawleta.pl 

 

Gdzie w ciągu jednego dnia można zobaczyć wschód i zachód słońca nad dwoma różnymi oceanami – pierwszy nad należącym do basenu Atlantyku Morzem Karaibskim, a drugi nad Pacyfikiem? Szansę na to mamy w uroczej Kostaryce. Najmniejsza odległość, jaka dzieli oba malownicze wybrzeża w tym kraju, to ponad 100 km. Z karaibskich plaż nad pacyficzny brzeg dostaniemy się bez problemu samochodem albo autobusem. Szybciej pokonamy ten dystans, jeśli skorzystamy z usług lokalnych przewoźników – SANSA czy Nature Air – oferujących przeloty samolotami na kilka lub kilkanaście osób.

Więcej…

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018