10a_1.jpg

Grupa dzieci z przedmieść Masaki

©MARTA RZESZUT

MARTA RZESZUT

 

Podróżujący po Ugandzie Winston Churchill nazwał ją „Perłą Afryki”. Użył tego wyrażenia nie bez przyczyny. Ten kraj może pochwalić się bogatą przyrodą, soczyście zielonymi lasami, przyjaznymi mieszkańcami i… najsmaczniejszymi ananasami na świecie. Tutaj naprawdę poczujemy, czym jest Czarny Ląd.


Uganda ma powierzchnię ponad 240 tys. km², co odpowiada ok. 75 proc. terytorium Polski. Leży w Afryce Wschodniej, nie posiada dostępu do oceanu, a jej obszar przecina linia równika. Południowo-wschodni kraniec kraju zajmuje potężne Jezioro Wiktorii, gdzie znajduje się źródło Nilu (Nilu Białego, Nilu Wiktorii). Ekscytujący rafting po najdłuższej afrykańskiej rzece, safari przy malowniczych wodospadach, spotkanie z majestatycznymi gorylami górskimi – to tylko niektóre z wielkich atrakcji, czekających tu na podróżników.

Zawsze chciałam wyjechać na wolontariat, a że należę do osób realizujących swoje marzenia, znalazłam studencką organizację, dzięki której stało się to możliwe. Cel wyprawy wybrałam spontanicznie. Skusił mnie projekt – praca z dziećmi w szkole na przedmieściach niedużego miasta. W trakcie weekendów i popołudniami razem z moimi nowymi znajomymi z całego świata, również wolontariuszami, organizowaliśmy większe i mniejsze wycieczki po Ugandzie, kraju do tej pory zupełnie mi nieznanym.

Początek fascynacji

Picture_304.jpg

Park Narodowy Wodospadów Murchisona ma powierzchnię aż 3840 km

©UGANDA TOURISM BOARD



Najbardziej upodobałam sobie okolice ponad 100-tysięcznego miasta Masaka, w którym mieszkałam. Leży ono w Regionie Centralnym, na zachód od Jeziora Wiktorii. Pobliskie wzgórza są łagodne i przypominają mniej zaludnione Beskidy. Największą radość sprawiała mi praca w tutejszej szkole. Uczą się w niej dzieci w wieku od 3 do 6 lat – placówka jest odpowiednikiem polskiego przedszkola. Podopieczni jednak więcej czasu spędzają w ławkach, przy nauce angielskiego, czytania, pisania i liczenia, niż na zabawie. Dzięki nauczycielkom i właścicielkom tego miejsca mogłam poznać prawdziwe życie przeciętnego Ugandyjczyka. Zapraszano mnie na rodzinne posiłki, w odwiedziny do domów uczniów, a także odpowiadano na mnóstwo moich pytań dotyczących historii Ugandy i jej codziennej rzeczywistości. Po kilku tygodniach mieszkańcy zaczęli traktować mnie już niemal jak swoją. Przestałam być mzungu, co w języku suahili znaczy „obcy”, „biały”, a stałam się po prostu Martą, a nawet auntie Marta – „ciocią Martą” (określenia auntie, czyli „ciocia”, dzieci używają w stosunku do członków dalszej rodziny).

Żywiłam się tam, gdzie miejscowi. Uważam, że zaznajomienie się z lokalnymi potrawami stanowi środek do zrozumienia danej kultury, a wspólne posiłki pomagają w porozumiewaniu się. Kuchnia Ugandy jest prosta, lecz smaczna. W regionie, w którym mieszkałam, czyli w południowej części kraju, jada się głównie matoke – masę przypominającą tłuczone ziemniaki, ale bardziej zbitą i odrobinę słodszą. Wytwarza się ją z jednego z gatunków bananów i serwuje w liściach bananowca, najczęściej z sosem z orzeszków ziemnych o różowawym zabarwieniu. Na straganach, rozkładanych od późnego ranka do nocy (która zapada szybko, bowiem już o godz. 19.00 robi się ciemno) można również kupić frytki ze słodkich ziemniaków (batatów) oraz rolexa – słowo pochodzi od angielskiego wyrażenia rolled eggs (roll of eggs) – naleśnika z pomidorem i cebulą. Wszystko serwuje się w plastikowych reklamówkach. Ponieważ w Masace i innych miastach niż stolicy bardzo trudno dostać czekoladę bądź batonika, jako czekoladoholiczka musiałam znaleźć sobie jakiś substytut tej słodkości. Na szczęście w jednym z niewielkich sklepików sprzedawano kabalagalę domowej produkcji – smażone w głębokim tłuszczu małe słodkie placki, wyrabiane z kassawy, czyli mąki zrobionej z jadalnego manioku, oraz bardzo dojrzałych bananów. Do tego brałam świeży sok z ananasów i marakui albo jogurt truskawkowy (obowiązkowo pite przez rurkę wbitą w jednorazówkę) i byłam najszczęśliwsza na ziemi. Same ananasy w Ugandzie, pochodzące prosto z pola, krojone i obierane przy taczce, z której są sprzedawane, pakowane do, jakżeby inaczej, plastikowej reklamówki, uchodzą za najsmaczniejsze na świecie. Dzienny koszt takiego wyżywienia zamykał się w kwocie maksymalnie 20 zł.

Gorillas.jpg

Podziwianie z bliska goryli górskich

©LOVE UGANDA SAFARIS



Zakupy w Kampali

Niemal każdego weekendu lądowałam w ugandyjskiej stolicy Kampali, bo stanowiła ona dla nas bazę wypadową wszystkich wycieczek. Jeśli musieliśmy spędzić noc w tym ponad 2-milionowym mieście, zatrzymywaliśmy się w domu należącym do AIESEC – organizacji, z którą wyjechałam do Afryki – w bardzo biednej i oddalonej od centrum dzielnicy Bandzie. Jak w każdych prawdziwych slumsach, znajdują się tutaj tory kolejowe, biega mnóstwo dzieciaków, włóczą się kozy i kury, stoją sklepiki zrobione z niczego, a na swojej trasie trzeba uważać na dziury w ziemi o paru metrach głębokości. Mimo tego nigdy nie czułam się w tym rejonie zagrożona. Może dlatego, że nasz budynek był jedynym ogrodzonym murem z drutem kolczastym...?

W pamięć zapadł mi najbardziej jeden obrazek z Kampali. Ja i moi znajomi wysiadamy z matatu (małego białego busa służącego jako publiczny środek transportu miejskiego i krajowego), który podwoził nas z centrum do Bandy, i musimy przejść kawałek wzdłuż głównej drogi, aby dostać się do domu. Jest już ciemno, po jednej stronie ulicy działa jeszcze coś w rodzaju targowiska – kobiety pilnują ułożonych na liściach bananowca bądź na stole skleconym z byle czego albo bezpośrednio na czerwonej ziemi towarów do sprzedaży, głównie owoców i warzyw. Zmrok zapadł, ale one nadal tam siedzą przy zapalonych świeczkach. Z góry oświetla je księżyc, z oddali bije blask neonów, ich twarze drgają od migoczących płomieni. W wieczornej ciszy niesie się gwar rozmów. Ta scena wydała mi się zupełnie nierealna i magiczna.

Stolica Ugandy oferuje kilka turystycznych atrakcji, m.in. największy meczet w Afryce Wschodniej – Meczet Narodowy Ugandy (dawniej Meczet Narodowy Muammara Kaddafiego), oddany do użytku w 2007 r. Świątynia może pomieścić nawet 15 tys. wiernych i robi imponujące wrażenie. Z tarasu roztacza się piękna panorama miasta. Dopiero z tej perspektywy widać, jak zielona jest Kampala. Warto zostać tu do zachodu słońca, aby cieszyć się niesamowitym widokiem.

Oprócz przejażdżki matatu, podczas której z pewnością ściągniemy na siebie zainteresowanie Ugandyjczyków, a kierowca posadzi nas na przedniej kanapie obok siebie, abyśmy z trwogą mogli obserwować jego wariacką jazdę i niedziałające liczniki, polecam skorzystać też z boda-boda. To specyficzna szybka taksówka motocykl (bądź rower). Kosztuje trochę więcej od autobusu, ale podwozi klienta pod same drzwi i zapewnia niezapomniane wrażenia! Jako pasażer jednośladu kluczy się między innymi uczestnikami ruchu i na milimetry od kolan mija samochody i matatu. Kierowca jedzie po chodniku, żeby było szybciej, i niezbyt go obchodzi, czy pali się czerwone, czy zielone światło. Na boda-boda mieści się do 4 osób i nieskończona ilość bagażu. Kampala leży na licznych wzgórzach, więc droga to wznosi się, to opada, przez co taka przejażdżka zyskuje jeszcze na atrakcyjności.

W ugandyjskiej stolicy zrobimy również wspaniałe (i tanie!) zakupy. Razem z dziewczynami kilka razy wybrałyśmy się na polowanie na sukienki. Polecam do tego celu okolice głównego dworca autobusowego. Zdecydowanie warto także udać się z wizytą do jednego z lokalnych krawców. Ja skorzystałam z takiej sposobności w Masace. Z przepięknych materiałów w afrykańskie wzory uszyłam sobie 3 pary spodni. Wciąż je posiadam, noszą się świetnie, a jedne kosztowały niewiele ponad 30 zł. Mają co prawda nieco niedociągnięć – jedna nogawka jest węższa od drugiej i są trochę przykrótkie, ale za to niepowtarzalne i najlepsze! To świetna pamiątka z Ugandy. W poszukiwaniu klasycznych upominków, takich jak biżuteria, figurki, bębny, ozdoby, skórzane buty, koszulki czy pocztówki, najlepiej zajrzeć na jeden z kilku tutejszych bazarów tzw. craft markets, które, mimo iż nastawione na turystów, oferują mnóstwo lokalnych ugandyjskich towarów w miarę przystępnych cenach. Nie należy jednak kupować niczego z rogów nosorożca lub kości słoniowej – w całej Afryce walczy się z kłusownictwem i nielegalnym handlem tymi materiałami. Nie wspierajmy więc tego okrutnego procederu.

Pierwsze w życiu safari

Wyruszyliśmy z Kampali z samego rana, a do Parku Narodowego Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park), położonego w północno-zachodniej Ugandzie, dotarliśmy późnym popołudniem. To była długa i męcząca trasa. Gdy tylko wjechaliśmy na teren chroniony... otoczyła nas gęsta puszcza niczym z filmów! Wydawało się, że zaraz przetną nam drogę Tarzan i Jane uczepieni długiej liany. Już wtedy zobaczyliśmy pierwsze pawiany, a dalej na poboczu guźce taplające się w błocie. Nasze miejsce noclegowe nie prezentowało się szczególnie atrakcyjnie. Składała się na nie mała chatka z zimną wodą w brudnej łazience, ale łóżka były czyste i osłonięte moskitierami, więc nie mieliśmy na co narzekać.

Na początek postanowiliśmy obejrzeć Wodospady Murchisona z góry. Chcieliśmy przyjrzeć się spienionym i huczącym kaskadom, zostawiającym drobne kropelki na skórze i włosach. Następnego dnia o poranku przywitały nas małpy siedzące pod domem i czekające na coś do jedzenia. Nad Nilem Wiktorii (Nilem Białym), przez który musieliśmy się przeprawić, zastał nas wschód słońca. Na safari ruszyliśmy małym terenowym samochodem. Roztaczająca się przed nami sawanna sprawiała wrażenie bezkresnej, a jedyne, czego brakowało w tym krajobrazie, to Lwia Skała z filmu animowanego Król Lew. Rano było rześko i przyjemnie, ale potem zrobiło się niesamowicie gorąco, dlatego gdy siedzieliśmy na dachu auta potrzebowaliśmy nakryć głowy, bez nich dostalibyśmy udaru. Wypatrywaliśmy pierwszych zwierząt i po chwili... ujrzeliśmy mnóstwo słoni oraz antylopy i żyrafy. Najwięcej emocji wzbudziły jednak dwa lwy, w tym samiec bez jednej łapy. Jak nam powiedział przewodnik, jego stado się nim opiekuje i tylko dlatego jeszcze żyje. Oba majestatycznie przecięły drogę dla samochodów, aby po chwili zniknąć w kolczastym buszu. Potem nastąpił krótki postój przy jednej z odnóg Jeziora Alberta, gdzie hipopotamy wystawiały z wody swoje wielkie cielska. Po drugiej stronie zbiornika majaczyło terytorium Demokratycznej Republiki Konga. Widzieliśmy sporo antylop i innych kopytnych, a także resztki jakiegoś posiłku w postaci porozrzucanych kości oraz dużo ptaków. Podziwialiśmy też afrykańskie drzewa. Wokół nas pachniało pięknie gorącą ziemią, nieznanymi roślinami i dziką zwierzyną.

Po południu wsiedliśmy na małą łódkę, żeby podpłynąć do Wodospadów Murchisona od dołu i zobaczyć stworzenia żyjące w Nilu Wiktorii. Natrafiliśmy na mnóstwo hipopotamów, które coraz częściej uznaje się za drugie, nie pierwsze, na liście najgroźniejszych zwierząt w Afryce, zaraz po komarach. Te wielkie ssaki tratują każdego, kto nieproszony wejdzie na ich teren. Udało się nam również dostrzec krokodyla, a kaskady widziane z dołu prezentowały się groźnie i dostojnie. Na kolację zawieziono nas na sawannę do małej chatki bez prądu, w której dostaliśmy ugandyjski posiłek (ryż, słodkie ziemniaki, fasolkę i owoce na deser). Rolę muzyki odgrywały głośne cykanie świerszczy i dolatujące z daleka echo tam-tamów. Ziemię spowiła gęsta ciemność, choć gwiazdy świeciły jasno. Panował niezwykły i niezapomniany nastrój.

Oczywiście, słyszałam, że za najlepsze uznaje się safari w Kenii czy Tanzanii, a to ze względu na niezmierne bogactwo występującej tam fauny i flory. Można podczas niego spotkać stada zebr, bawołów, polującego geparda, wyciągniętego na gałęzi drzewa lamparta i wiele innych ciekawych stworzeń. Jednak swoją pierwszą tego typu wyprawę, którą odbyłam akurat w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona, uważam za doskonałą i świetnie zorganizowaną. Mimo iż taka przyjemność dość dużo kosztuje, w czasie wizyty w Czarnej Afryce warto choć raz skorzystać z okazji, aby odwiedzić sawannę i poobserwować dzikie zwierzęta w ich naturalnym środowisku.

Rafting W UGANDZIE

Do miasta Jinja, w okolicach którego zaczynał się rafting, dojechaliśmy późnym rankiem. Dostaliśmy skromny, ale smaczny poczęstunek – jajka oraz banany. Polecono nam ubrać się w kapoki, założyć kaski, wziąć wiosła i udać się na brzeg Nilu Wiktorii, żeby wsiąść do przygotowanych pontonów. Na spokojnej części rzeki odbyło się szkolenie. Poinstruowano nas, jak mamy wiosłować, zachowywać się na miniwodospadach, wydostawać się spod płynącej łódki, gdy obróci się do góry dnem, i jak podnosić stopy, kiedy wypadniemy do wody, aby nie zranić się o ostre kamienie. Wyjaśniono nam także, w jaki sposób nasi ugandyjscy opiekunowie, krążący dookoła każdego pontonu w małych kajakach, będą nas łapać i holować z powrotem, jeśli przewrócimy się na fali.

Z początku spokojny nurt nie zapowiadał nadchodzącego wodospadu, na którym, oczywiście, się wywróciliśmy. W takim momencie zupełnie traci się orientację i nie wie się, co się dzieje – woda wdziera się do gardła i oczu, a człowiek jedynie usilnie próbuje nie zgubić swojego wiosła. Po tym przeżyciu stwierdziłam, że ta rozrywka nie jest dla mnie, a zwiększona dzięki niej ilość adrenaliny wystarczy mi na całe życie. Niestety, przed nami znajdowało się jeszcze kilka wodospadów, ale wytrwaliśmy! Najlepiej wspominam te momenty, kiedy spokojna rzeka pozwalała nam wylegiwać się i rozmawiać albo wskakiwać do wody i dryfować leniwie w kapokach. Gdy nadeszła przerwa na lunch, rzuciliśmy się na jedzenie. Wydawało nam się przepyszne, ale jak naprawdę smakowało, nie wiem. Byliśmy tak głodni, że chcieliśmy tylko siedzieć na trawie z pełnymi talerzami. Wieczorem wylądowaliśmy na kempingu. Czekały na nas wysokie czteropiętrowe łóżka, gorąca kąpiel, piękny taras ze wspaniałym widokiem na szumiący Nil, dobry posiłek i mnóstwo ciekawych ludzi, z którymi prowadziliśmy potem długie dyskusje o życiu.

Rafting to atrakcja dla miłośników mocnych wrażeń. Jeśli komuś będzie mało emocji, niedaleko naszego obozowiska można również skończyć na bungee nad rzeką. Niestety, odkryliśmy także minusy ekscytującej pontonowej wyprawy – prawie wszyscy złapaliśmy porządną grypę żołądkową. Trudno się jednak temu dziwić po wypiciu tak dużej ilości nilowej wody. Poza tym chmary komarów, licznych zapewne z powodu bliskości rozlewisk, bardzo utrudniały życie po zachodzie słońca.

Jeszcze więcej wrażeń

W Ugandzie znajduje się największe w Afryce Jezioro Wiktorii. Warto wybrać się np. na położone na nim wyspy Ssese (łącznie aż 84) – świetne miejsce do odpoczynku w malowniczej scenerii. Jedyną wadę takiej wycieczki stanowi zakaz kąpieli ze względu na pasożyty występujące w wodzie. Na innej wyspie, zwanej Ngamba, przyjrzymy się z bliska szympansom w Sanktuarium Szympansów Wyspy Ngamba (Ngamba Island Chimpanzee Sanctuary) utworzonym w 1998 r. przy współpracy krajowych i międzynarodowych organizacji. Ośrodek można odwiedzić na jeden dzień lub zostać w nim nawet kilka tygodni, ponieważ oferuje on też pobyt na wolontariacie.

Kolejną niesamowitą atrakcją tego kraju jest spotkanie z największymi małpami człekokształtnymi, czyli gorylami górskimi, w ich naturalnym środowisku. Taką szansę stwarzają również Demokratyczna Republika Konga i Rwanda, ale ze względu na toczące się na ich obszarze jeszcze nie tak dawno krwawe konflikty zbrojne turyści nie pojawiają się w nich często. W Ugandzie te imponujące stworzenia mieszkają w jej południowo-zachodniej części w Parku Narodowym Goryli Mgahinga (Mgahinga Gorilla National Park) oraz Nieprzeniknionym Lesie Bwindi, jednym z najbogatszych ekosystemów w Afryce, objętym w większości ochroną Nieprzeniknionego Parku Narodowego Bwindi (Bwindi Impenetrable National Park). Wycieczka do tego regionu kraju stanowi dość spory wydatek, bo samo pozwolenie na wejście na terytorium goryli kosztuje 600 dolarów amerykańskich od osoby (jedynie w tzw. niskim sezonie, który przypada na kwiecień i maj, obowiązuje cena promocyjna – 350 dolarów), a do tego trzeba jeszcze doliczyć opłaty za przewodnika, samochód i wyżywienie. Jednak obserwowanie tych wielkich małp na wolności to przeżycie warte każdych pieniędzy.

Na granicy z Demokratyczną Republiką Konga leży masyw Rwenzori nazywany Górami Księżycowymi ze względu na swój nietypowy krajobraz i przekonanie, że to właśnie jego oznaczył na swojej mapie grecki uczony z II w. n.e. Klaudiusz Ptolemeusz pod nazwą Lunae Montes (z łac. Góry Księżycowe). Oprócz nich w Ugandzie jest jeszcze mnóstwo do zobaczenia, w tym niezliczone jeziora (m.in. Kioga czy Mburo), 10 parków narodowych (np. Kibale i Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth), groby królów ugandyjskich (Grobowce Kasubi w Kampali), bujna przyroda i małe wioski, w których czas płynie inaczej niż w naszym świecie. Na swojej drodze spotkamy tu na dodatek niezmiernie gościnnych i otwartych ludzi.

Zostawić serce w Afryce

snow_at_Rwenzori.jpg

Najwyższa w masywie Rwenzori Góra Stanleya (5109 m n.p.m.)

©UGANDA TOURISM BOARD



Wyjazd do tego kraju okazał się największą przygodą mojego życia, niezwykłym przeżyciem, które wiele mnie nauczyło. Przewartościował moje spojrzenie na świat, zmienił myślenie o podstawowych sprawach. Zdefiniował mnie. Codziennie cieszę się z drobnostek, takich jak piękny wschód słońca, smaczne śniadanie i uśmiech narzeczonego. Afryka ciągle śni mi się po nocach – czerwona ziemia, twarze ludzi, smaki, zapachy. Wracam do tego wciąż na nowo. Przeglądam zdjęcia. Czytam. Opowiadam sobie i innym. Nie wiem, czy to tęsknota konkretnie za Ugandą i Afryką, czy też może za byciem w drodze, nowością, innością, podróżą, żywiołem, odkrywaniem. Udało mi się tam przekroczyć magiczną barierę – nie byłam już mzungu, tylko Martą albo nawet „ciocią Martą” dla dzieci. Zapraszano mnie do wspólnego stołu, gościłam w miejscowych domach. Zostawiłam w Ugandzie kawałek siebie, a tę pustą przestrzeń w sobie nią wypełniłam. Z pewnością kiedyś wrócę w te fascynujące strony. Muszę się przekonać, czy znów Afryka Wschodnia przyjmie mnie jak swoją, jak znajomego. Czy ponownie będzie przyjazna i wcale niegroźna. Czy kolejny raz mnie czegoś nauczy. Pokaże się z piękniejszego profilu. Uganda, Czarny Ląd… Tęsknię. Wrócę, wiem to na pewno, gdyż zakochałam się w najprawdziwszej „Perle Afryki”.

Informacje praktyczne

Najlepszy sezon

Do Ugandy można się wybrać o dowolnej porze roku. Natomiast na trekking w masywie Rwenzori najlepszymi miesiącami będą styczeń i luty.

Klimat

Kraj leży w strefie klimatu podrównikowego wilgotnego. Temperatury w regionach centralnych i południowych wynoszą 25–30°C w dzień, wieczory są chłodniejsze.

Potrzebne rzeczy

Na wyprawę do tej części Afryki warto zabrać lekkie i wygodne ubrania i buty (nie poleca się nosić rzeczy, które sugerowałyby, że jesteśmy zamożni), a także repelent na komary z rejonów tropikalnych oraz dolary amerykańskie wydrukowane po 2000 r.

Środki ostrożności

W dużych miastach i środkach transportu publicznego trzeba uważać na kradzieże. Należy też mieć świadomość, że białym Europejczykom miejscowi podają często wyższe ceny za towary i usługi.

Dla kogo

Uganda to idealny cel podróży dla miłośników przyrody, amatorów nieutartych szlaków i osób lubiących przygody i nowe doznania. To również kraj dla ludzi otwartych i takich, którzy potrafią cierpliwie czekać.

Wyżywienie

Na posiłki warto udawać się do małych jadłodajni i na lokalne stragany. Najprostsze jedzenie jest zazwyczaj najświeższe i najsmaczniejsze. W ten sposób ma się też szansę poznać prawdziwą ugandyjską kuchnię.

Zakwaterowanie

W Ugandzie znajdziemy duży wybór hoteli, lodży, kempingów i hosteli o różnym standardzie i szerokim zakresie cenowym. Wskazówki dotyczące noclegów z przewodników Lonely Planet i innych wydawnictw są na ogół dość trafne.


Podróżowanie


Jeśli mamy więcej czasu, powinniśmy choć raz skorzystać z lokalnego środka transportu. Jeżeli natomiast nasz grafik jest dość napięty, wynajmijmy samochód terenowy z kierowcą przewodnikiem.

Artykuły wybrane losowo

Moja Republika Południowej Afryki

SAT-000-1434G.jpg

Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon) ma ok. 26 km długości

©SOUTH AFRICA TOURISM

MARIANNA JĘDRZEJCZYK

Wielu Polakom z Republiką Południowej Afryki kojarzą się głównie laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela, doktryna apartheidu, wysoka przestępczość bądź wyprawy safari. Niektórym z nich być może przychodzą jeszcze na myśl Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2010 r., a przecież w tym kraju jest tyle ciekawych i pięknych miejsc, nierzadko prawdziwych cudów natury. Ma on zresztą do zaoferowania znacznie więcej – niezwykle różnorodną kuchnię, bogatą kulturę czy świetną bazę noclegową. Co ważne, większość atrakcji kusi bardzo przystępnymi cenami.


To najlepiej rozwinięte pod względem gospodarczym państwo Afryki zamieszkuje prawie 55 mln ludzi. Obowiązuje w nim aż 11 języków urzędowych, w tym angielski. Od zachodu południowoafrykańskie wybrzeże oblewają wody Atlantyku, a od wschodu – Oceanu Indyjskiego. Układ pór roku jest po tej stronie równika odwrotny niż w Europie. Najcieplej bywa tu w grudniu i styczniu.


Na szczęście RPA staje się ostatnio coraz popularniejszym kierunkiem wakacyjnym wśród turystów z Polski. Mieszkam tutaj od 4 lat i choć staram się jak najwięcej zobaczyć, to moja lista miejsc do odwiedzenia nadal się wydłuża.


Kiedy przyjechać

SAT-000-1707G.jpg

Muzeum Dystryktu Szóstego w Kapsztadzie z wielką mapą na podłodze

©SOUTH AFRICA TOURISM


Wybór odpowiedniej pory na podróż do tej części Afryki zależy od tego, ile dni planujemy przeznaczyć na urlop (chociaż na krócej niż 2 tygodnie nie warto przyjeżdżać), co chcemy w tym czasie robić i w które regiony pojechać. Sezon turystyczny w RPA trwa właściwie przez cały rok.


Należy jednak pamiętać, że to wielki kraj – lot z Johannesburga do Kapsztadu (Cape Town) zajmuje 2 godz. (podczas niego pokonuje się niemal 1300 km), czyli tylko nieco mniej niż z Warszawy do Londynu. Oznacza to także, że klimat jest tu bardzo zróżnicowany. Miasta Pretoria, w której mieszkam, i sąsiedni Johannesburg leżą w prowincji Gauteng i znajdują się na stosunkowo dużej wysokości: pierwsze na ok. 1350 m, a drugie na mniej więcej 1750 m n.p.m. Zimy (od czerwca do sierpnia) są więc w tym rejonie chłodne, ale też słoneczne i suche. W nocy temperatura spada czasami poniżej 0°C, w ciągu dnia za to bywa często nawet ponad 20°C. Latem jest natomiast gorąco i burzowo, lecz ze względu na położenie nie nadmiernie wilgotno. Bardziej tropikalne warunki klimatyczne panują na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, np. w Durbanie okres zimowy charakteryzuje się przyjemnym ciepłem (w lipcu ok. 25°C za dnia, mniej więcej 15°C wieczorem), a letni – upałami i dużą wilgotnością powietrza, co może być dla niektórych osób niezbyt komfortowe. Kapsztad z kolei ma klimat podobny do śródziemnomorskiego. Wody Atlantyku, nad którym leży, są zimne przez cały rok. W tej okolicy często wieje również silny wiatr. Zimą czasem pada tu horyzontalny deszcz ze śniegiem, więc najlepiej przyjechać do tego miasta między październikiem a kwietniem.


Jeśli chcemy odwiedzić głównie parki narodowe i rezerwaty, w których organizuje się safari, musimy wziąć pod uwagę, że większość z nich znajduje się we wschodniej części kraju, gdzie pogoda jest podobna do tej w Gauteng (choć im dalej na północ i wschód, tym cieplej). Po niemal wszystkich tego typu obszarach chronionych w RPA można jeździć samodzielnie, bez przewodnika, ale – oczywiście – należy przestrzegać obowiązujących w ich granicach zasad. W miesiącach zimowych ze względu na długotrwały brak deszczu roślinność przerzedza się i usycha. Dzięki temu znacznie polepszają się warunki do obserwacji i zwiększa się szansa spotkania dzikich zwierząt przy wodopojach, ponieważ rzeki zazwyczaj też wtedy wysychają. Latem jest natomiast bardzo ciepło i zielono, przyroda w pełni już rozkwitła, a wieczory najprzyjemniej spędzać przed namiotem przy zimnym piwie lub cydrze Savanna na podziwianiu rozgwieżdżonego nieba. Jednak grudzień i styczeń to także pora wakacji i wielu Południowoafrykańczyków wybiera się wówczas z rodzinami do parków narodowych i rezerwatów. Dlatego w ich rejonach panuje w tym okresie tłok i trudno o chwilę spokoju. Najlepszym czasem na udane safari będzie więc wiosna (wrzesień–listopad), gdy temperatury są już dość wysokie, ale nie ma jeszcze upałów, i rodzą się młode zwierzęta, albo jesień (marzec­–maj), kiedy w powietrzu czuć nadchodzące chłody, a zachody słońca pięknie podkreślają żółć, pomarańcz i czerwień, które dominują w krajobrazie.


Jak podróżować


Z Europy do RPA najlepiej przylecieć do Johannesburga z Londynu (British Airways), Paryża (Air France), Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Amsterdamu (KLM), Zurychu (SWISS) lub Stambułu (Turkish Airlines). Można również wybrać połączenie przez Dubaj (Emirates) albo Abu Zabi (Etihad Airways). Z lotniska O.R. Tambo do samego miasta oraz do Pretorii jeździ nowoczesny, klimatyzowany pociąg Gautrain. Jednak komunikacja miejska w tym kraju wciąż znajduje się na etapie rozwoju, najkorzystniej więc wynająć samochód. Drogi i autostrady są tutaj w bardzo dobrym stanie, choć kultura jazdy często pozostawia wiele do życzenia. Trzeba też pamiętać, że w RPA obowiązuje ruch lewostronny. Ze względu na ogromne odległości czasami warto zaoszczędzić czas i skorzystać z samolotu. Południowoafrykańskie tanie linie lotnicze kulula.com i Mango, a także British Airways i South African Airways latają do wszystkich większych miast. Ciekawy sposób podróżowania, np. z Pretorii do Kapsztadu, stanowi przejazd koleją. Obok luksusowych i bardzo drogich przewoźników Blue Train i Rovos Rail działają również tańsze linie Shosholoza Meyl. Podróż trwa 2 lub 3 dni, zależnie od liczby przystanków, a w cenę biletu, oprócz noclegu w kuszetce, wliczone są też posiłki. Z kolei „plecakowiczom” (tzw. backpackerom) spodoba się Baz Bus, którego trasa ciągnie się od Kapsztadu po Durban i Pretorię. Znajdziemy na niej ponad 180 hosteli, a bilet upoważnia do nieograniczonych przesiadek.


Niesamowity Kapsztad

SAT-000-1684G.jpg

Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona w Soweto, dawnych slumsach

©SOUTH AFRICA TOURISM


Chyba za najbardziej znane i popularne południowoafrykańskie miasto, do którego chętnie przyjeżdżają turyści z całego świata, uchodzi Kapsztad (choć to Johannesburg dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę odwiedzających). Zresztą nie bez powodu – jest piękny, malowniczo położony, ma ciekawą historię i może pochwalić się mnóstwem atrakcji. Świetny pomysł na jego zwiedzanie stanowi skorzystanie z autobusu turystycznego City Sightseeing Cape Town. Cztery rozbudowane trasy obejmują, oprócz centrum metropolii, również winnice ekskluzywnego przedmieścia Constantia czy wspaniałe wybrzeże na południe od niej. Warto kupić bilet dwudniowy, ponieważ nie tylko nie kosztuje dużo (260 randów, czyli ok. 75 złotych), ale także uprawnia do różnego rodzaju rabatów w wielu miejscach, do których dociera autobus. Na pewno trzeba wysiąść przy stacji kolejki na Górę Stołową (Table Mountain) – już stąd rozciągają się oszałamiające widoki, a panorama rozpościerająca się ze szczytu (z wysokości 1086 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach.


Przepiękny jest też utworzony w 1913 r. Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden), w którym można spędzić kilka godzin na podziwianiu setek gatunków roślin, również endemicznych. Był on pierwszym ogrodem botanicznym na świecie założonym w celu ochrony niepowtarzalnej lokalnej flory. W Kapsztadzie warto także odwiedzić któreś z licznych muzeów, np. Południowoafrykańską Galerię Narodową (South African National Gallery), funkcjonującą w położonym w centrum miasta historycznym parku Company’s Garden, czy Muzeum Dystryktu Szóstego (District Six Museum), upamiętniające przymusowe wysiedlenia mieszkańców w czasach apartheidu. Gdy nie wieje zbyt mocno, trzy razy dziennie (o 9.00, 11.00 i 13.00) z kapsztadzkiego nabrzeża wypływają łodzie na Robben Island (Robbeneiland). Na tej wyspie znajduje się więzienie, w którym Nelson Mandela (1918–2013) i inni przeciwnicy polityki apartheidu spędzili wiele lat życia. To fascynujące miejsce, a oprowadzają po nim byli więźniowie. Ich historie niejednokrotnie mrożą krew w żyłach, ale są jednocześnie budujące i wzbudzają podziw dla ich odwagi i wytrwałości.


Na południe od Kapsztadu leży również słynny Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), do którego jedzie się krętą autostradą wzdłuż stromego brzegu oceanu, mijając piękne białe plaże. Wrócić do miasta można z drugiej strony cypla, przez urocze miasteczka, np. Simon’s Town (Simonstad), Kalk Bay czy Muizenberg. Podczas wizyty w tych okolicach trzeba koniecznie zjeść świeże ryby i owoce morza, a także spróbować lokalnej kuchni malajskiej (dziedzictwa z czasów kolonialnych). Takie potrawy, jak Cape Malay curry, bobotie (pikantne mięso mielone z rodzynkami, polane jajeczno-mleczną masą i zapieczone, serwowane z ryżem) bądź koeksisters (pączki w słodkim syropie, podawane na zimno) na pewno pobudzą nasze kubki smakowe.


W Johannesburgu i okolicy


Kapsztad nigdy mi się nie znudzi i zawsze będę chętnie do niego wracać, ale w RPA jest jeszcze wiele innych miejsc wartych odwiedzenia. Zalicza się do nich m.in. 4,5-milionowy Johannesburg, zwany potocznie Jozi, Joburg czy eGoli, największe miasto świata, które nie leży nad żadnym zbiornikiem wodnym lub rzeką. Powstało ono w 1886 r. na fali XIX-wiecznej gorączki złota w absurdalnej lokalizacji, na pustkowiu w górach, bez dostępu do wody, a obecnie rozkwita po latach stagnacji. To prawdziwa metropolia, która tętni życiem przez całą dobę i ciągle się rozwija. Ją również można zwiedzać autobusem turystycznym City Sightseeing Joburg. Po drodze obejrzymy m.in. poruszające Muzeum Apartheidu (Apartheid Museum), nowatorsko zaaranżowane Wzgórze Konstytucyjne (Constitution Hill), wesołe miasteczko Gold Reef City Theme Park oraz plac Gandhiego (któremu właśnie w RPA, gdzie pracował jako prawnik i doświadczył dyskryminacji rasowej, przyszła do głowy koncepcja biernego oporu). Alternatywą dla wycieczki autobusowej są spacery tematyczne, np. z Geraldem Gardnerem, autorem świetnych przewodników po Johannesburgu i strony internetowej JoburgPlaces. Dowiedziałam się od niego wielu fascynujących faktów na temat krótkiej, lecz bogatej historii tego początkowo górniczego miasta, a obecnie ważnego centrum finansowego i biznesowego. Dzięki niemu odkryłam też kilka rewelacyjnych targów rękodzieła, dzielnicę mody, sklepy z oryginalnymi materiałami zwanymi shweshwe czy dystrykt Mała Etiopia, gdzie wypijemy świeżo zaparzoną etiopską kawę i zjemy autentyczną indżerę... Johannesburg to tygiel kulturowy, mekka artystów i młodych przedsiębiorców, różnorodna scena artystyczna z mnóstwem klubów muzycznych, galerii i przeróżnych inicjatyw kulturalnych.


Z centrum miasta niedaleko do Soweto – dawnych slumsów, obecnie liczących sobie niemal 1,5 mln mieszkańców i przyciągających coraz więcej turystów. To tu znajdują się domy Nelsona Mandeli (dziś działa w nim muzeum Mandela House) i arcybiskupa anglikańskiego Desmonda Tutu wzniesione przy tej samej ulicy Vilakazi, a także Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona (Hector Pieterson Memorial and Museum), 13-letniego chłopca, którego śmierć podczas zamieszek w 1976 r. stała się symbolem walki z apartheidem. Stąd pochodzi słynny na całym świecie chór Soweto Gospel Choir. To tutaj można skoczyć na bungee z jednej z kolorowych wież chłodniczych Elektrowni Orlando – Orlando Towers. Właśnie w Soweto kręcono też znany południowoafrykański film science fiction Dystrykt 9. Ja pewnego razu wstąpiłam ze znajomymi do jednej z lokalnych jadłodajni i przypadkowo natknęłam się w niej na grupę młodych, elegancko ubranych ludzi, którzy udawali się właśnie na spotkanie w miejscowym kościele. Po krótkiej pogawędce zupełnie spontanicznie przyłączyliśmy się do nich. W ten sposób poznaliśmy barwną społeczność chrześcijańską, która spotyka się co kilka miesięcy w różnych krajach Afryki Południowej, aby śpiewać radosne pieśni i po prostu razem spędzać czas. Nie jestem osobą szczególnie religijną, lecz nie czułam się wśród nich obco. Przedstawiono nas starszyźnie, wszyscy byli ciekawi, skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Bardzo chcieli, żebyśmy zostali na mszy, ale – niestety – zrobiło się już późno i musieliśmy wracać do Pretorii. Do dziś mamy jednak sympatyczne wspomnienie z Soweto.


Ok. 50 km na północny zachód od Johannesburga leży wpisany w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO kompleks jaskiniowo-muzealny Cradle of Humankind – Kolebka Ludzkości. Znaleziono tu szczątki przedstawicieli nieznanego gatunku z rodziny człowiekowatych liczące sobie nawet 2,5 mln lat. Wykopaliska nadal trwają i w 2015 r. po raz pierwszy w mediach pojawił się naukowy opis sensacyjnego odkrycia – nowego przodka ludzi nazwano Homo naledi. Na terenie stanowiska funkcjonuje ciekawe centrum informacyjne, a do systemu pięknych jaskiń Sterkfontein można wejść z przewodnikiem, który interesująco opowiada o pracach archeologicznych i ich wynikach.


Nad Atlantykiem


Powróćmy jeszcze na wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Na północ od Kapsztadu znajduje się malowniczy Park Narodowy West Coast (West Coast National Park). Można tutaj nocować na łodzi zacumowanej kilkadziesiąt metrów od brzegu w samym środku błękitnej laguny. Jeśli pojedziemy dalej w kierunku Namibii, dotrzemy do regionu Namaqualand, który najlepiej odwiedzić wiosną, w sierpniu lub wrześniu, w czasie wspaniałego spektaklu natury. W ciągu kilku tygodni ten półpustynny teren zamienia się w wielką łąkę mieniącą się jaskrawymi kolorami.


Z kolei na wschód od Kapsztadu, wzdłuż Trasy Ogrodów (Garden Route), rozciąga się górzysty obszar upraw winorośli z wieloma uroczymi miasteczkami mogącymi poszczycić się architekturą w stylu cape dutch, jak np. najbardziej chyba znane Franschhoek czy uniwersyteckie Stellenbosch. RPA produkuje świetnej jakości wina, z których zdecydowana większość nie jest eksportowana, warto więc wybrać się przynajmniej do kilku winnic na degustacje. We Franschhoek funkcjonuje tramwaj winny (Franschhoek Wine Tram). Po drodze zatrzymuje się na kilkunastu przystankach – trzeba mieć naprawdę mocną głowę, aby zdołać spróbować trunków we wszystkich miejscach na szlaku w ciągu jednego dnia!


Niemal w linii prostej na południe od tego urokliwego miasteczka leży miejscowość Hermanus, znana głównie z tego, że to stąd najczęściej można obserwować wieloryby. Od czerwca do grudnia walenie południowe (Eubalaena australis) gromadzą się w południowoafrykańskich wodach, żeby się rozmnażać. Często udaje się je zobaczyć z nabrzeża, ale warto też wykupić wycieczkę łodzią z przewodnikiem. Podziwianie tych gigantycznych ssaków z bliska to niezapomniane przeżycie.


Jadąc dalej w kierunku Durbanu, miniemy po drodze m.in. najbardziej na południe wysunięty kraniec Afryki, czyli Przylądek Igielny (Cape Agulhas), stanowiący również umowną granicę między oceanami Atlantyckim i Indyjskim. Stąd niedaleko do przepięknego Rezerwatu Przyrody De Hoop (De Hoop Nature Reserve) ze wspaniałymi dzikimi plażami. W głębi lądu rozciągają się bezkresne tereny Karru Małego i Wielkiego, a na północ od nich zaczyna się już kotlina Kalahari. Następnie dotrzemy do popularnych nadmorskich miejscowości George i Knysna, a potem do Jeffreys Bay, raju dla surferów. Tuż za Port Elizabeth znajduje się Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), słynący właśnie ze słoni (których obecnie jest ponad 600), a dalej na wschód – miasto Grahamstown. Co roku na przełomie czerwca i lipca w tym ostatnim odbywa się największy na kontynencie afrykańskim festiwal artystyczny (National Arts Festival), przyciągający 200 tys. widzów. Za East London zaczyna się Dzikie Wybrzeże (Wild Coast). W pełni zasługuje ono na swoją nazwę – trudno się na nie dostać, godzinami kluczy się po wyboistych drogach i wioskach rozsianych na wzgórzach, gdzie lud Xhosa nadal żyje według starych tradycji. Jednak wysiłek się opłaca. Bezkresne i niemal puste plaże, huk oceanu i gościnność lokalnej społeczności wynagradzają trud podróży.


Durban i dzika przyroda

SAT-000-0223G.jpg

Tzw. Whale Crier obwieszczający przybycie wielorybów do Hermanus

©SOUTH AFRICA TOURISM


Kolejnym przystankiem jest Durban – największy port kontenerowy w Afryce, który w ciągu ostatnich kilku lat przeszedł ogromną metamorfozę, głównie dzięki wspomnianym Mistrzostwom Świata w Piłce Nożnej z 2010 r. Z zaniedbanego, mało przyjaznego miasta stał się modnym kurortem, z szeroką promenadą, nowoczesnym stadionem i bogatym życiem kulturalnym. Co roku w lipcu odbywa się tu np. niezmiernie ciekawy i dobrze zorganizowany Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Durbanie (Durban International Film Festival), na którym pokazywane są dziesiątki filmów z całego świata. Bardzo lubię Durban za luźną, przyjazną atmosferę, architekturę z elementami stylu art déco, a także za... curry. To właśnie tutaj mieszka więcej Hindusów i ich potomków niż w jakimkolwiek innym mieście poza Indiami. Nic w tym dziwnego, bowiem w drugiej połowie XIX i na początku XX w. przybysze z subkontynentu indyjskiego osiedlali się tłumnie w Afryce Południowej, aby pracować na plantacjach, w kopalniach czy przy budowie kolei.


Na północny wschód od Durbanu znajdują się dwa rezerwaty przyrody, które warto uwzględnić w planach wakacyjnych. Atrakcją Parku Hluhluwe-iMfolozi (inaczej Hluhluwe Umfolozi Game Reserve) jest kilkudniowe piesze safari, podczas którego można spotkać tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli lwa, słonia, lamparta, bawoła i nosorożca czarnego. Mnie się to udało – w ciągu 5 dni spędzonych w buszu, w tym nocy pod gołym niebem, nie tylko je wszystkie widziałam i słyszałam, ale także dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lokalnych zwierzętach i roślinności. To najlepszy sposób na poznanie tego, co stanowi esencję afrykańskiej natury! Z kolei w sąsiednim Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park) natknęłam się, oprócz antylop, bawołów i nosorożców, na mnóstwo krokodyli i hipopotamów. Występują tu też żółwie morskie, a w oceanie pojawiają się czasami ogromne rekiny wielorybie.


Z pewnością najbardziej znanym miejscem na safari jest Park Narodowy Krugera (Kruger National Park). Ma on powierzchnię ok. 20 tys. km², a bogactwo tutejszych gatunków fauny i flory oszałamia. Jednak jego popularność może czasami dawać się we znaki. Na drogach często tworzą się zatory, gdy ludzie zbierają się wokół jakiegoś wyjątkowo ekscytującego zwierzęcia, i – niestety – wielu gości nie potrafi się odpowiednio zachować. Mój ulubiony park to Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park), położony ok. 2 godz. jazdy z Pretorii na północny zachód w kraterze prastarego wulkanu. Bardzo miło wspominam również nieogrodzony kemping w Rezerwacie Ithala (Ithala Game Reserve) niedaleko granicy z Suazi, gdzie wybrałam się z przewodnikiem na krótkie piesze safari i napotkaliśmy jadowitą czarną mambę oraz nosorożca białego i czarnego. Za to Rezerwat Madikwe (Madikwe Game Reserve) na granicy z Botswaną szczyci się nie tylko Wielką Piątką Afryki, ale także zagrożonymi wyginięciem likaonami pstrymi.


Na listę miejsc godnych odwiedzenia koniecznie trzeba też wpisać Góry Smocze (Drakensberg), na granicy z Królestwem Lesotho, gdzie można spędzić wiele dni na mniej i bardziej wymagających wspinaczkach. Z kolei Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon, znany również jako Molatse River Canyon) będzie interesującym przystankiem w drodze do Parku Narodowego Krugera. Należy do jednych z największych i najzieleńszych na świecie. Zwiedzimy go podczas pieszych wycieczek, w trakcie których będziemy podziwiać fantastyczne widoki.


Smak RPA


Na zakończenie każdego dnia pełnego wrażeń warto zadbać także o coś dla ciała. Oprócz wspomnianych już wina, cydru, potraw kuchni malajskiej i indyjskiej oraz ryb i owoców morza, prym w południowoafrykańskiej sztuce kulinarnej wiedzie mięso. Koniecznie trzeba spróbować steków, nie tylko wołowych, ale też z antylop kudu i eland czy ze strusia, oraz wołowych kiełbas boerewors – wszystko to przyrządza się na grillu, zwanym tu braai. Odważni powinni skusić się na suszone larwy ćmy Gonimbrasia belina, występujące pod nazwą mopane – to popularna przekąska i bogate źródło białka. Ja jadłam je serwowane w sosie pomidorowym. Były gumowate i niespecjalnie mi smakowały, ale wszystko jest przecież kwestią gustu. Wegetarianie nie muszą się martwić – świeże warzywa i owoce są powszechnie dostępne w sklepach i restauracjach, choć czasami dania z kurczakiem też uchodzą za bezmięsne. Na deser najlepiej zamówić malva pudding – pyszne ciasto nasączone cukrem i masłem, podawane na gorąco z lodami lub polewą waniliową, albo milk tart (melktert) – kruchą tartę z budyniem, posypaną cynamonem.


RPA to bez wątpienia niewyczerpane źródło inspiracji podróżniczych. Ten niezmiernie interesujący kraj ciągle mnie czymś zaskakuje i nie pozwala mi się nudzić. Oczywiście, boryka się on z wieloma problemami, nadal trzeba mieć w nim na uwadze kwestie związane z bezpieczeństwem, ale jednocześnie tutejsze społeczeństwo doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważna jest turystyka dla gospodarki. Gościnność mieszkańców RPA, piękno jej różnorodnej przyrody, sprzyjająca zwiedzaniu pogoda, a także wysoka jakość usług sprawiają, że ten wyjątkowy zakątek Afryki stanowi fantastyczny cel podróży.

Good Morning, Wietnam!

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Kraj przytulony do Zatoki Tonkińskiej i Morza Południowochińskiego zazwyczaj łączony jest z wojną, śmiercią i zniszczeniem. Ale turysta nie musi już przedzierać się przez pola minowe, żeby znaleźć dziewicze plaże, cuda natury oraz zabytki starej i bogatej kultury.

Dzień doooobry, Wietnam! – przeciągłe powitanie rozerwało ciszę wiosennego poranka 1965 r. Zaczęła się audycja Radia Amerykańskich Sił Zbrojnych, a za mikrofonem siedział Adrian Cronauer, niedawno przeniesiony z bazy w Grecji. Nowy didżej łamał sztywny gorset reguł wojskowej rozgłośni, która zazwyczaj nudziła żołnierzy obwieszczeniami i niekończącymi się pogadankami. Cronauer opowiadał dowcipy na antenie, puszczał popularną muzykę i walczył z przełożonymi o zachowanie audycji, która przecież nie licowała z powagą armii. Jednak żołnierze go kochali.

Więcej…

Siedem szczęśliwych Wysp Kanaryjskich

LUCYNA LEWANDOWSKA

<< Ten uroczy archipelag znajdziemy na mapie na północy Afryki, w pobliżu południowych wybrzeży Maroka i Sahary Zachodniej. Pod względem administracyjnym stanowi on wspólnotę autonomiczną wchodzącą w skład Hiszpanii. To jeden z ultraperyferyjnych regionów Unii Europejskiej. Otoczone wodami Atlantyku Wyspy Kanaryjskie (część Makaronezji) przyciągają słońcem i umiarkowanymi temperaturami, a także znakomitymi warunkami do wypoczynku oraz atmosferą błogiego relaksu. Od lat uchodzą za numer 1 wśród wymarzonych kierunków wakacyjnych klientów europejskich biur podróży (w 2013 r. odwiedziło je ponad 12 mln turystów!). >>

Więcej…