1__Playa_San_Blas1.jpg

Rajska wysepka w archipelagu San Blas

©VISITPANAMA.COM

Mariusz Kozak-Zagozda


Według jednych teorii nazwa kraju pochodzi z języka Indian Cueva i znaczy „miejsce obfitości ryb”, zgodnie z innymi tłumaczy się ją na „obfitość motyli”. Najlepiej opisują go jednak słowa jednego z bohaterów powieści „Krawiec z Panamy”, autorstwa Anglika Johna le Carré: „Mamy wszystko, czego Bóg potrzebował, by stworzyć raj: żyzne ziemie, plaże, góry, dziką przyrodę, co krok drzewa pełne owoców, a wokół wspaniałych ludzi”. Jeśli więc macie przed oczami wizję idealnych tropików, najprawdopodobniej myślicie właśnie o Panamie.


Republika Panamy (República de Panamá) to państwo w Ameryce Środkowej, położone nad Morzem Karaibskim i Oceanem Spokojnym. Jego pochodząca z 1904 r. flaga składa się z czterech równych prostokątów. Kolory niebieski i czerwony oznaczają odpowiednio Kolumbijską Partię Konserwatywną i Kolumbijską Partię Liberalną, natomiast biały – pokój. Niebieska gwiazda symbolizuje czystość i uczciwość, a czerwona – władzę i prawo. W 1821 r. Panama przestała być kolonią hiszpańską, wywalczyła swoją niepodległość, a w 1903 r. oderwała się od Kolumbii. Żyje tu ponad 3,7 mln mieszkańców. Mniej więcej 68 proc. Panamczyków stanowią Metysi, 15 proc. – biali, 10 proc. – osoby rasy czarnej, 6 proc. – rdzenna ludność indiańska i 1 proc. – Azjaci (głównie chińskiego pochodzenia). Do głównych miast należą Panama, San Miguelito, Arraiján, Colón, Chorrera i David. Ok. 70 proc. powierzchni kraju zajmują niziny, a 30 proc. – wyżyny i góry. Na zachodzie rozciąga się Cordillera de Talamanca z licznymi stożkami wulkanów (w tym Barú – 3475 m n.p.m. – najwyższym panamskim szczytem). Tutejsza gospodarka uchodzi za jedną z najbardziej stabilnych w Ameryce, ale poziom życia większości społeczeństwa pozostaje dość niski (płaca minimalna wynosi 624 dolary). Szacuje się, że ok. 25 proc. mieszkańców żyje w biedzie. Mimo tego w Ameryce Łacińskiej trwa moda na osiedlanie się w tym kraju. To jedno z najlepszych miejsc na spędzenie emerytury. Znaczną liczbę osób inwestujących w tutejsze nieruchomości stanowią osoby przyjeżdżające ze Stanów Zjednoczonych i Kanady. Dla Amerykanów Panama jest dosyć tania. Na dodatek obowiązujący atrakcyjny pakiet udogodnień emerytalnych poszerzono o dwudziestoletnie zwolnienie z podatku od nieruchomości oraz możliwość błyskawicznego uzyskania prawa stałego pobytu. Aby móc oficjalnie osiedlić się w tym kraju, wystarczy miesięczna emerytura lub renta w wysokości minimum 1 tys. dolarów amerykańskich (USD) lub równowartości tej kwoty.

Nasza podróż w te strony nie trwała zbyt długo, bo jedynie 2 tygodnie, ale udało nam się zobaczyć kilka naprawdę fascynujących miejsc, o których chciałbym opowiedzieć. Podczas wyprawy opiekował się nami Enrique, przesympatyczny i bardzo dobrze zorganizowany przewodnik. Przywitał nas razem ze swoim szefem już na lotnisku Tocumen, położonym niecałe 25 km od centrum miasta Panama. Czuliśmy się jak klienci VIP. Marcelo, właściciel opiekującej się nami lokalnej agencji turystycznej, pochodził z Wenezueli. Obaj sprawili, że pobyt w Panamie stał się niezmiernie ciekawy. Enrique zorganizował nam przejazdy, noclegi, posiłki i wiele atrakcji, w tym niespodziankę na sam koniec naszej wizyty.

Witajcie w Panamie

Do stolicy kraju, noszącej tę samą co on nazwę, przylecieliśmy przez Madryt (skorzystaliśmy z całkiem dobrej promocji linii lotniczych Iberia). Kiedy rano obudziliśmy się w luksusowym hotelu na 14. piętrze, przez przeszklone ściany zobaczyliśmy imponującą panoramę miasta – las wieżowców aż po horyzont. Choć to środkowoamerykańskie państwo nie posiada dużej powierzchni (niemal 80 tys. km²), a jego administracyjne centrum wraz z obszarem metropolitalnym zamieszkuje ok. 1,5 mln ludzi, to Warszawa przy Panamie wygląda jak mały, parterowy ośrodek (mamy za to dużo lepsze drogi). Jak okiem sięgnąć, wszędzie widać tutaj olbrzymi wpływ amerykańskiej kultury biznesowej. Podobnie jak w Stanach Zjednoczonych przedstawia się też sytuacja różnic społecznych: skrajna bieda sąsiaduje z ogromnym bogactwem. W końcu ten kraj uchodzi za drugie co do wielkości międzynarodowe centrum bankowe na świecie (zaraz po Szwajcarii).

Rozległa panamska stolica, zajmująca obszar 2561 km², może pochwalić się zarówno pięknymi zabytkami, jak i nowoczesną zabudową. Często określana bywa mianem „małego Miami” lub „Zachodniego Dubaju”, gdyż jej centralne dzielnice rozwijają się w imponującym tempie. Wypełniają je tysiące sklepików, targowiska, knajpki, promenady, a także wielkie galerie handlowe i dobrze wyposażone supermarkety. Tu ludzie uśmiechają się przyjaźnie i niespiesznie spacerują uliczkami starej części miasta, gdzie czujemy się niemal jak w Europie.

W XVI w. hiszpańscy konkwistadorzy, zachęceni sukcesami w Ameryce Środkowej, postanowili wyprawić się do Peru po złoto Inków. Ponieważ czekała ich daleka droga w głąb lądu, w sercu dzisiejszego kraju zamierzali zbudować ośrodek, który miał być bazą wypadową dla wszystkich ekspedycji do Ameryki Południowej. Starą Panamę (Panamá Viejo) założył w sierpniu 1519 r. Pedro Arias Dávila (1440–1531). W 1671 r. w wyniku ataku walijskiego pirata Henry’ego Morgana (ok. 1635–1688) została ona kompletnie zniszczona. Odbudowano ją 2 lata później, ale 8 km od pierwotnej lokalizacji. To nowe miasto funkcjonuje obecnie jako historyczna dzielnica panamskiej metropolii – Casco Viejo (Casco Antiguo). Od 1997 r. figuruje na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Znajdują się w niej malownicze placyki i klimatyczne wąskie uliczki, a styl art déco przeplata się z architekturą kolonialną i karaibskimi domkami.

Ten zakątek Panamy świetnie oddaje kulturowe zróżnicowanie kraju nie tylko pod względem architektonicznym. Podczas spaceru wśród zabytkowych budynków najwięcej uwagi przyciągają… ludzie. W Casco Viejo spotkamy rodzimych biznesmenów oraz ekspatów, którzy przy lunchu rozprawiają o sprawach wielkiej wagi. Urzędnicy i politycy przechadzają się tu obok artystów, a przybyli z całego świata turyści zatrzymują się przy straganach kobiet z indiańskiego plemienia Kuna, które sprzedają tradycyjne rękodzieło (molas – wzorzyste części strojów). Na stoiskach nie brak również kapeluszy panama, a całości dopełnia wspaniały widok na ogromne statki w Zatoce Panamskiej i nowoczesne centrum.

Spacerem przez miasto

punta_pacifica.jpg

Luksusowe osiedle mieszkaniowe Punta Pacífica w mieście Panama

©VISITPANAMA.COM



W Casco Antiguo są 4 najważniejsze place. Główny (Plaza Mayor, zwany obecnie Plaza de la Independencia – placem Niepodległości) leży między Katedrą Metropolitalną (Catedral Metropolitana), Muzeum Międzyoceanicznego Kanału Panamy (Museo del Canal Interoceánico de Panamá) i Pałacem Miejskim (Palacio Municipal). Z kolei ten upamiętniający przywódcę walk o wyzwolenie Ameryki Południowej spod władzy Hiszpanii Simóna Bolívara (Plaza Bolívar) łatwo poznać po pomniku ku jego czci, a otaczają go Kościół św. Franciszka z Asyżu (Iglesia de San Francisco de Asís), Kościół św. Filipa Neri (Iglesia San Felipe de Neri), Teatr Narodowy (Teatro Nacional) oraz Pałac Bolívara (Palacio Bolívar). Cichy i spokojny plac Francji (Plaza de Francia) zdobi obelisk z kogutem (symbolem narodu francuskiego) i dziesięć płyt, opowiadających historię Kanału Panamskiego. Natomiast ostatni z nich, czwarty, czyli plac Herrera (Plaza Herrera, dawniej nazywany placem Zwycięstwa – Plaza del Triunfo), niegdyś pełnił funkcję areny walk byków.

Poza tym w historycznej dzielnicy stolicy znajduje się jeden z najbardziej wiekowych budynków w Panamie – Casa Góngora z 1756 r. – i jeden z najstarszych drewnianych domów w Casco Viejo – Casa Boyacá. Warto też zobaczyć w tym rejonie mały targ z pamiątkami dla turystów, które w dość wysokich cenach sprzedają Indianie Kuna. Wizyta na nim jest dobrą okazją do zapoznania się z rdzenną ludnością kraju. Lepiej jednak nie liczyć na zrobienie pamiątkowych zdjęć barwnych indiańskich strojów, ponieważ ich właściciele nie przepadają za fotografowaniem, jedynie czasem zgadzają się na nie, ale za opłatą.

Gdy kierowaliśmy się dalej w stronę centrum, minęliśmy niewielki port, skąd rybacy co dzień rano wyruszają na połów. Świeże ryby i owoce morza prosto z sieci trafiają do restauracji, które wypełniają cały budynek stojący naprzeciw wybrzeża. Specjalność tutejszych lokali stanowi ceviche, czyli danie z surowych ryb i owoców morza, marynowanych w limonce, cebuli, papryce, pietruszce, soli i pieprzu, a podawane z solonymi krakersami. Po drodze podziwialiśmy więc gości, pochłaniających ze smakiem największe porcje tego przysmaku jak świeże bułeczki.

W ten sposób dotarliśmy do dzielnicy wieżowców, które drapią chmury na podobieństwo tych z nowojorskiego Manhattanu. Pełno w niej biurowców, hoteli, restauracji i nowoczesnych apartamentów. Strzeliste budowle wznoszą się nad Pacyfikiem, głównie przy Avenida Balboa i pozostałych ulicach. Nie należą one do największych na świecie, ale wiele z nich liczy ponad 250 m wysokości i plasuje się wcale nie nisko na liście najwyższych tego typu budynków, przede wszystkim w Ameryce Łacińskiej. Najciekawszy z wieżowców to tzw. El Tornillo (F&F Tower) o kształcie 242-metrowej śruby. 

Kiedy przyszła już pora obiadu, nasz wiekowy panamski kierowca Felix zawiózł nas do lokalnej cafeterii. Turystów nie było w niej wcale i chyba na tym polegał niezwykły urok tego miejsca. Za 45 dolarów 5 osób najadło się i napiło do syta, a to całkiem dobra cena jak na Panamę. Po posiłku przejechaliśmy przez Chinatown (Barrio Chino). W żadnej szanującej się metropolii nie może zabraknąć chińskiej dzielnicy. W panamskiej stolicy jej istnienie jest szczególnie uzasadnione. Prawie każdy sklepik należy w niej do Chińczyków. W większości są oni potomkami dawnych budowniczych Kanału Panamskiego.

Od oceanu do oceanu

CP-06-0076.jpg

Most Stulecia na Kanale Panamskim

©VISITPANAMA.COM



Skoro już wspomnieliśmy o słynnej przeprawie, pora powiedzieć o niej coś więcej. Budowę tego kanału o długości ok. 80 km, poprowadzonego między Atlantykiem a Pacyfikiem, ukończono w 1914 r. Nadal stanowi on jedną z najważniejszych dróg wodnych świata.

Na panamskie arcydzieło inżynierii XX w. składają się trzy Śluzy Gatuńskie (Esclusas de Gatún) – Miraflores, Pedro Miguel i Gatún – oraz sztuczne jezioro Gatún (26 m n.p.m.). Olbrzymie kontenerowce (zwane panamaxami) projektuje się według wymiarów umożliwiających pokonanie przeprawy – jednostka powinna mieć maksymalnie ok. 295 m długości i mniej więcej 32 m szerokości. Przeciętny koszt skorzystania z kanału wynosi ok. 55 tys. USD, choć zdarzają się jednorazowe opłaty przewyższające 300 tys. USD. Do dziś użytkownikiem, który wpłacił rekordowo niską kwotę za przebycie tej trasy, jest amerykański podróżnik Richard Halliburton (1900–1939). W 1928 r. przepłynął tędy wpław za 36 centów.

Po zdobyciu tych wszystkich informacji koniecznie chcieliśmy zobaczyć to miejsce. Odwiedziliśmy śluzę Miraflores. Na tym odcinku od godz. 06.00 do 15.15 statki przemieszczają się od Pacyfiku do Atlantyku, a od godz. 15.45 do 23.00 – od Atlantyku do Pacyfiku. Tutejsze centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores) wraz z salami wystawienniczymi prezentują fascynującą historię budowy kanału, jego użytkowania oraz plany kolejnej rozbudowy.

Na tym etapie naszej wycieczki spotkaliśmy pierwszego Polaka w Panamie. Powiedział nam, że zajmuje się łowieniem ryb i pływa po świecie. Do tej pory słyszałem tylko o jednym człowieku, który ma podobną pasję (mężu mojej koleżanki z pracy), ale nawet przez myśl mi nie przeszło, że to może być on… Rozpoznał mnie dopiero, gdy wrócił do Polski i pochwalił się żonie, że natknął się na rodaka nad Kanałem Panamskim, a ta pokazała mu moje zdjęcia. To niesamowite, jak czasem drogi ludzi, których łączą pewne relacje, krzyżują się na końcu świata.

Poznawanie śluzy i przeprawy zajęło nam kilka godzin. Córka wybrała nam najlepszy taras widokowy, który znajdował się w… restauracji. W trakcie bardzo długiego obiadu obejrzeliśmy kilka wielkich oceanicznych statków, majestatycznie przepływających obok nas. Najbardziej znana atrakcja Panamy stała się częścią naszych wspaniałych wspomnień. Najedzeni i pełni wrażeń wyruszyliśmy w głąb kraju.

Wszystkie cuda TROPIKALNEJ PUSZCZY

Wyprawę do Gamboa zaczęliśmy od… przejechania ogromnego węża, który nagle wypełzł nam pod koła samochodu. Po tym zdarzeniu ani żona, ani córka nie były pewne, czy powinniśmy jechać dalej. W miasteczku zatrzymaliśmy się na terenie dawnej bazy amerykańskiej, położonej w środku lasu deszczowego. Ulokowano nas w zjawiskowym hotelu, wzniesionym na zboczu góry z przepięknym widokiem na Park Narodowy Chagres (Parque Nacional Chagres). Na tarasach pokojów wisiały przepiękne hamaki, na powitanie dostaliśmy wino z owocami, a zewsząd dochodził śpiew ptaków… Nie chcieliśmy stąd wyjeżdżać. To był jednak dopiero początek najatrakcyjniejszej części całej naszej podróży.

Wspomniany Park Narodowy Chagres porastają dziewicze lasy tropikalne oraz pokrywają rzeki i jeziora, m.in. zbiornik retencyjny Alajuela, który gwarantuje funkcjonalność Kanału Panamskiego. Codziennie ruszaliśmy w nowym kierunku, aby na koniec dnia wrócić do naszego bajkowego hotelu. Zaczęliśmy od wycieczki w głąb gęstej selwy. Kolejka linowa przewiozła nas ponad dzikimi i niedostępnymi terenami wprost na jedno ze wzgórz. Na nim czekała wieża widokowa Panama Rainforest Discovery Center, przeznaczona do obserwowania barwnej przyrody (szczególnie ptaków). Oparta na stalowych rurach konstrukcja, wysoka na 32 m, wznosi się na poziom koron najwyższych drzew. Z platformy rozpościera się panorama całej okolicy, dostrzec można nawet pobliski kanał. To naprawdę niezwykły widok!

Po powrocie wybraliśmy się jeszcze na farmę motyli (tzw. Mariposario). Nigdy w życiu nie widziałem ich tak wielu i tak różnorodnych w jednym miejscu. Te z najpiękniejszego gatunku Morpho helenor same przylatywały do mnie i siadały mi na plecach. Wyglądały wyjątkowo pięknie – ich skrzydła z zewnątrz przypominały skórę węża, od wewnątrz były metalicznie niebieskie. Myślałem, że przez przypadek wybrały właśnie mnie, ale gdy następnego dnia znów odwiedziliśmy farmę, wprost do mojej ręki podleciał przepiękny błękitny motyl. Siedział na mojej dłoni kilka minut i wcale nie chciał zmienić miejsca. Stałem się dzięki temu obiektem zdjęć mnóstwa turystów. Czułem się jak bohater filmu Jamesa Camerona Avatar, którego obsiadły świetliste duszki z księżyca Pandora. Jak powiedziała nam lokalna przewodniczka, bardzo rzadko zdarza się, aby motyle przylatywały same do kogokolwiek. Tak jak jaskółki w Polsce, tak one w Panamie przynoszą podobno wielkie szczęście. Ta przepowiednia w naszym przypadku się sprawdziła. Przez całe wakacje czuliśmy się jak szczęściarze.

Kolejnego dnia czekała nas przeprawa łodzią na odosobnione wysepki. Na nich w naturalnym środowisku żyją różne gatunki małp (np. czepiaki Geoffroya, wyjce i kapucynki) oraz tapiry, leniwce, żółwie, kajmany okularowe i krokodyle. Nasz rejs przeszkodził dwóm dużym gadom w polowaniu na ptaka, który zatrzymał się nad mulistą, brązową wodą. Niezadowolone wróciły do rzeki i zaczęły płynąć w naszą stronę. Ruszyliśmy więc szybko dalej. Wkrótce spotkaliśmy i małpy. Zeskakiwały z drzew na pokład łódki, aby zabrać turystom jedzenie. Zupełnie nikogo się nie bały. Kiedy nic nie znalazły, wróciły szybko na swoje stanowiska obserwacyjne, a my naszą motorówką popłynęliśmy dalej kanałem, mijając wielkie kontenerowce. Tak fantastyczne przeżycie zakończyliśmy ochładzającą kąpielą w hotelowym basenie z kieliszkiem dobrego białego wina w dłoni.

Naszą ostatnią wyprawę w Gamboa stanowiła całodzienna wycieczka do wioski, w której od stuleci żyją Indianie Emberá. Przeprawiliśmy się do niej ręcznie wykonanymi indiańskimi kanu. W osadzie jej mieszkańcy powitali nas tradycyjnymi tańcami i muzyką, które nie zmieniły się od czasów okrycia Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Potem odbyliśmy spacer po tropikalnej puszczy w towarzystwie półnagiego Indianina. Emberá czują się w selwie jak w domu, są odporni na ugryzienia mrówek, świadomi zagrożeń, doskonale tropią dzikie zwierzęta i barwne ptaki. Bez nich nie zobaczylibyśmy nawet połowy tego, co nam pokazali. Po powrocie do wioski obejrzeliśmy plemienne ceremonie i występy artystyczne. Indianie porwali nas do rytualnego tańca, a nasza córka uwieczniła ten taneczny popis za pomocą kamery. Na koniec, w ramach podziękowania, wykonaliśmy w duecie na dwa głosy słynny kanon Panie Janie.

Przed pożegnaniem umyliśmy ręce w wodzie z liśćmi, które pachniały jak mięta i których Emberá używają do dezynfekcji. Zjedliśmy jeszcze indiański obiad, a potem kupiliśmy kilka ręcznie robionych pamiątek. Ostatni wieczór w Gamboa zwieńczył przepiękny zachód słońca. Spędziliśmy go przy znakomitym posiłku i wyśmienitym winie. Żegnał nas śpiewający, nigdy nie zasypiający tropikalny las.

Prawdziwi Indianie

Molas_Isla_Achutupo.jpg

Indianki Guna (Kuna) sprzedają molas – tradycyjne barwne tkaniny

©VISITPANAMA.COM



Najciekawszą pod względem etnicznym panamską prowincją jest region autonomiczny Guna Yala (dawniej Kuna Yala), jedno z ostatnich miejsc zamieszkanych prawie wyłącznie przez rdzenne plemię Guna (Kuna). Lud ten zachowuje niezależność od rządu w Panamie. Ma odrębne sądownictwo, władze wykonawcze oraz język. Utrzymaniu tej sytuacji sprzyja brak połączenia drogowego z resztą kraju.

Guna żyją tradycyjnie, blisko natury, mieszkają w domach krytych palmowymi liśćmi, zajmują się turystyką, rolnictwem, rybołówstwem, myślistwem i rękodziełem. Żywią się głównie tym, co upolują i zbiorą w selwie. Uprawiają też banany, kokosy, kakao, ryż, fasolę i kukurydzę. Tylko niektóre indiańskie dzieci chodzą do szkoły. Po drodze na lekcje muszą pokonywać strumienie i rzeki. Tak naprawdę jednak nikt nie kontroluje, czy Indianie korzystają z państwowej edukacji. Oni sami wszystkiego, co ich zdaniem jest najważniejsze, uczą się od rodziców i przyrody. Doskonale znają niebezpieczeństwa, które niesie natura. Wiedzą również, jak pomóc sobie i innym cierpiącym na różne schorzenia. Uważają, że najlepsze apteki nie zastąpią bogactw, jakie kryje ich tropikalna puszcza.

Aby odwiedzić jedną z wiosek, trzeba wcześniej zapowiedzieć swoją wizytę, gdyż mieszkańcy lasów deszczowych nie należą do zbyt gościnnych. Rajskie wyspy San Blas rozrzucone u wybrzeża regionu Guna Yala są własnością przedstawicieli grupy etnicznej Guna i bez ich zgody nikt obcy nie może na nich przebywać. Indianie stanowią zaledwie ok. 6 proc. ludności Panamy. Żyją w strukturach plemiennych, głównie na zachodzie, wschodzie i południu kraju. W tym ostatnim rejonie właśnie przerwano budowę Autostrady Panamerykańskiej (Carretera Panamericana), tu kończy się jej północnoamerykańska część. Na przeszkodzie drogowcom stoi przesmyk Darién (Tapón del Darién), górzysty obszar bagnistej i niezmiernie gęstej selwy. Prowadząca od Alaski aż po Ziemię Ognistą (Tierra del Fuego) szosa urywa się w odległości ok. 280 km na południowy wschód od miasta Panama, w miasteczku Yaviza, położonym mniej więcej 100 km od granicy z Kolumbią. Transkontynentalna trasa zmienia się tutaj w wyboistą, polną drogę. Ekolodzy uważają, że rozcięcie dziewiczego lasu deszczowego miałoby katastrofalne skutki zarówno dla fauny i flory, jak i dla życia miejscowych Indian, ponieważ dzięki usprawnieniu komunikacji dotarliby w te strony na pewno nowi osadnicy. Naukowcy sądzą, że w tutejszej tropikalnej puszczy występują liczne nieodkryte jeszcze gatunki roślin i zwierząt. Można w niej poza tym spotkać jaguary, pumy, oceloty, tapiry, małpy, leniwce, kajmany okularowe i krokodyle, a także tukany, papugi, kolibry, kwezale herbowe czy harpie wielkie. Te ostatnie mierzą metr długości, mają 2-metrową rozpiętość skrzydeł i łapy większe od męskiej dłoni. To najpotężniejsze ptaki drapieżne na ziemiach Nowego Świata. Dla odmiany żyjące tu płochliwe kapibary, aktywne wieczorem i nocą, to największe gryzonie na świecie (osiągające do 1,3 m długości i wagę do 65 kg).

Żeby wjechać do krainy Indian Guna, trzeba przejść przez ich punkt graniczny, wnieść opłatę wjazdową i poddać się kontroli bagażu. Warto jednak podjąć ten trud. Przedostatniego dnia naszego pobytu w Panamie wybraliśmy się na magiczny archipelag San Blas. Jechaliśmy dużym terenowym samochodem razem z naszymi panamskimi przyjaciółmi: Enrique, Ivone i lokalnym kierowcą. Przeprawa przez góry trwała kilka godzin. Różnice wzniesień były tak duże, że czuliśmy się jak w reklamie auta z napędem na 4 koła. W wielu miejscach brakowało asfaltowej nawierzchni, przemieszczaliśmy się więc po szutrze, gołej ziemi, kamieniach i drogach w budowie. Kiedy wreszcie szlak się skończył, okazało się, że jesteśmy w małym, prowizorycznym indiańskim porcie, skąd za opłatą zawozi się chętnych na wybraną wyspę.

San Blas to archipelag 365 wysepek rozmieszczonych na Morzu Karaibskim wzdłuż wybrzeża Panamy. Mnóstwo z nich nie nosi nawet nazwy. Na ok. 80 osiedlili się Indianie Guna. Kobiety wyrabiają charakterystyczne tradycyjne części strojów, zwane molas, zdobione kolorowymi wzorami. Zazwyczaj znajdziemy na nich przedstawienia człowieka, kwiatów, zwierząt morskich, ptaków lub innych stworzeń albo motywy geometryczne.

Idealne pożegnanie

Ponad godzinę płynęliśmy drewnianą łódką z silnikiem obsługiwaną przez sternika z grupy etnicznej Guna. Drugi Indianin na dziobie wypatrywał sieci rybackich, aby wirnik nie rozerwał żadnej z nich i nie uległ awarii. Kiedy dotarliśmy na miejsce, zobaczyliśmy niespodziankę, którą przygotowali dla nas Enrique i Marcelo – luksusowy katamaran tylko dla nas, z załogą i pełnym wyżywieniem. Choć mogliśmy z niego korzystać tylko kilka godzin, czuliśmy się jak w bajce. Pomysł wydawał się o tyle znakomity, że tego dnia obchodziliśmy z żoną rocznicę ślubu. Jednostka nazywała się VIP ONE i przy wejściu powitał nas przystojny kapitan. Załogę stanowiły dwie pary dwudziestokilkuletnich Francuzów, od roku pływających po Karaibach łodzią do wynajęcia. Podano nam szampana, świeżo upieczone homary i doskonałe ryby. Zatrzymaliśmy się też przy zjawiskowej plaży jednej z setek cudownych wysp. Ciepłe słońce rzucało promienie na idealnie przejrzystą wodę. Byliśmy w najprawdziwszym raju! Żadne zdjęcia tego nie oddadzą... Po prostu trzeba to zobaczyć na własne oczy.

Na lotnisku Tocumen rozstawaliśmy się z Enrique i Marcelem jak serdeczni przyjaciele. Przygotowali dla nas wiele miłych niespodzianek i pomogli poznać pasjonującą Panamę z jej najpiękniejszej strony. Muchas gracias, amigos!

Przydatne informacje

Językiem urzędowym w Panamie jest hiszpański, a oficjalną walutą – balboa (PAB). Kraj leży w strefie czasowej UTC-5, co oznacza, że zawsze na zegarkach będzie tu 7 godz. wcześniej niż w Polsce.

Zgodnie z umową między państwami Polaków przy przekraczaniu panamskiej granicy nie obowiązuje wiza, o ile mają ważny paszport, nie planują wizyty dłuższej niż 90 dni i nie przyjechali w celach zarobkowych. Każdy turysta musi też udowodnić, że dysponuje kwotą co najmniej 500 USD na pokrycie kosztów pobytu (wystarczającym dowodem będzie udokumentowana karta kredytowa). Osoby opuszczające Panamę drogą powietrzną, uiszczają obowiązkową opłatę wylotową (ok. 30 USD od osoby). Trzeba także pamiętać, że tutejsza służba graniczna ma prawo skrócić odwiedziny cudzoziemca.

Podczas przemieszczania się po kraju należy wziąć pod uwagę kilka rzeczy. Przejażdżka taksówką nie kosztuje wiele, ale stawkę powinno się ustalić z kierowcą przed kursem, ponieważ w samochodach nie ma liczników. Turyści bywają również niekiedy celem napaści, szczególnie po zmroku w rejonach stolicy obleganych przez przyjezdnych, np. w Casco Viejo czy w pobliżu Avenida Central, oraz w biedniejszych dzielnicach, m.in. Curundú i El Chorrillo. Najniebezpieczniej jest w prowincji Darién, wzdłuż granicy z Kolumbią, ze względu na zorganizowane i uzbrojone grupy przestępcze.

Skąd pochodzi kapelusz panama?

Każdy chyba kojarzy charakterystyczne jasne kapelusze robione z włókien z liści łyczkowca dłoniastego. Powszechnie nazywa się je panamami, choć pochodzą one z Ekwa­do­ru. Jednak to w Panamie zrobiły zawrotną karierę podczas budowy Kanału Pa­nam­skie­go. Tę słynną pamiątkę można kupić np. w stolicy kraju w Casco Viejo od ulicznych sprzedawców za ok. 10 USD. Dobrej jakości kapelusz po zwinięciu w nieduży rulon i po rozwinięciu wraca do swoich kształtów bez zagięć.

Artykuły wybrane losowo

Moja Republika Południowej Afryki

SAT-000-1434G.jpg

Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon) ma ok. 26 km długości

©SOUTH AFRICA TOURISM

MARIANNA JĘDRZEJCZYK

Wielu Polakom z Republiką Południowej Afryki kojarzą się głównie laureat Pokojowej Nagrody Nobla Nelson Mandela, doktryna apartheidu, wysoka przestępczość bądź wyprawy safari. Niektórym z nich być może przychodzą jeszcze na myśl Mistrzostwa Świata w Piłce Nożnej z 2010 r., a przecież w tym kraju jest tyle ciekawych i pięknych miejsc, nierzadko prawdziwych cudów natury. Ma on zresztą do zaoferowania znacznie więcej – niezwykle różnorodną kuchnię, bogatą kulturę czy świetną bazę noclegową. Co ważne, większość atrakcji kusi bardzo przystępnymi cenami.


To najlepiej rozwinięte pod względem gospodarczym państwo Afryki zamieszkuje prawie 55 mln ludzi. Obowiązuje w nim aż 11 języków urzędowych, w tym angielski. Od zachodu południowoafrykańskie wybrzeże oblewają wody Atlantyku, a od wschodu – Oceanu Indyjskiego. Układ pór roku jest po tej stronie równika odwrotny niż w Europie. Najcieplej bywa tu w grudniu i styczniu.


Na szczęście RPA staje się ostatnio coraz popularniejszym kierunkiem wakacyjnym wśród turystów z Polski. Mieszkam tutaj od 4 lat i choć staram się jak najwięcej zobaczyć, to moja lista miejsc do odwiedzenia nadal się wydłuża.


Kiedy przyjechać

SAT-000-1707G.jpg

Muzeum Dystryktu Szóstego w Kapsztadzie z wielką mapą na podłodze

©SOUTH AFRICA TOURISM


Wybór odpowiedniej pory na podróż do tej części Afryki zależy od tego, ile dni planujemy przeznaczyć na urlop (chociaż na krócej niż 2 tygodnie nie warto przyjeżdżać), co chcemy w tym czasie robić i w które regiony pojechać. Sezon turystyczny w RPA trwa właściwie przez cały rok.


Należy jednak pamiętać, że to wielki kraj – lot z Johannesburga do Kapsztadu (Cape Town) zajmuje 2 godz. (podczas niego pokonuje się niemal 1300 km), czyli tylko nieco mniej niż z Warszawy do Londynu. Oznacza to także, że klimat jest tu bardzo zróżnicowany. Miasta Pretoria, w której mieszkam, i sąsiedni Johannesburg leżą w prowincji Gauteng i znajdują się na stosunkowo dużej wysokości: pierwsze na ok. 1350 m, a drugie na mniej więcej 1750 m n.p.m. Zimy (od czerwca do sierpnia) są więc w tym rejonie chłodne, ale też słoneczne i suche. W nocy temperatura spada czasami poniżej 0°C, w ciągu dnia za to bywa często nawet ponad 20°C. Latem jest natomiast gorąco i burzowo, lecz ze względu na położenie nie nadmiernie wilgotno. Bardziej tropikalne warunki klimatyczne panują na wybrzeżu Oceanu Indyjskiego, np. w Durbanie okres zimowy charakteryzuje się przyjemnym ciepłem (w lipcu ok. 25°C za dnia, mniej więcej 15°C wieczorem), a letni – upałami i dużą wilgotnością powietrza, co może być dla niektórych osób niezbyt komfortowe. Kapsztad z kolei ma klimat podobny do śródziemnomorskiego. Wody Atlantyku, nad którym leży, są zimne przez cały rok. W tej okolicy często wieje również silny wiatr. Zimą czasem pada tu horyzontalny deszcz ze śniegiem, więc najlepiej przyjechać do tego miasta między październikiem a kwietniem.


Jeśli chcemy odwiedzić głównie parki narodowe i rezerwaty, w których organizuje się safari, musimy wziąć pod uwagę, że większość z nich znajduje się we wschodniej części kraju, gdzie pogoda jest podobna do tej w Gauteng (choć im dalej na północ i wschód, tym cieplej). Po niemal wszystkich tego typu obszarach chronionych w RPA można jeździć samodzielnie, bez przewodnika, ale – oczywiście – należy przestrzegać obowiązujących w ich granicach zasad. W miesiącach zimowych ze względu na długotrwały brak deszczu roślinność przerzedza się i usycha. Dzięki temu znacznie polepszają się warunki do obserwacji i zwiększa się szansa spotkania dzikich zwierząt przy wodopojach, ponieważ rzeki zazwyczaj też wtedy wysychają. Latem jest natomiast bardzo ciepło i zielono, przyroda w pełni już rozkwitła, a wieczory najprzyjemniej spędzać przed namiotem przy zimnym piwie lub cydrze Savanna na podziwianiu rozgwieżdżonego nieba. Jednak grudzień i styczeń to także pora wakacji i wielu Południowoafrykańczyków wybiera się wówczas z rodzinami do parków narodowych i rezerwatów. Dlatego w ich rejonach panuje w tym okresie tłok i trudno o chwilę spokoju. Najlepszym czasem na udane safari będzie więc wiosna (wrzesień–listopad), gdy temperatury są już dość wysokie, ale nie ma jeszcze upałów, i rodzą się młode zwierzęta, albo jesień (marzec­–maj), kiedy w powietrzu czuć nadchodzące chłody, a zachody słońca pięknie podkreślają żółć, pomarańcz i czerwień, które dominują w krajobrazie.


Jak podróżować


Z Europy do RPA najlepiej przylecieć do Johannesburga z Londynu (British Airways), Paryża (Air France), Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Amsterdamu (KLM), Zurychu (SWISS) lub Stambułu (Turkish Airlines). Można również wybrać połączenie przez Dubaj (Emirates) albo Abu Zabi (Etihad Airways). Z lotniska O.R. Tambo do samego miasta oraz do Pretorii jeździ nowoczesny, klimatyzowany pociąg Gautrain. Jednak komunikacja miejska w tym kraju wciąż znajduje się na etapie rozwoju, najkorzystniej więc wynająć samochód. Drogi i autostrady są tutaj w bardzo dobrym stanie, choć kultura jazdy często pozostawia wiele do życzenia. Trzeba też pamiętać, że w RPA obowiązuje ruch lewostronny. Ze względu na ogromne odległości czasami warto zaoszczędzić czas i skorzystać z samolotu. Południowoafrykańskie tanie linie lotnicze kulula.com i Mango, a także British Airways i South African Airways latają do wszystkich większych miast. Ciekawy sposób podróżowania, np. z Pretorii do Kapsztadu, stanowi przejazd koleją. Obok luksusowych i bardzo drogich przewoźników Blue Train i Rovos Rail działają również tańsze linie Shosholoza Meyl. Podróż trwa 2 lub 3 dni, zależnie od liczby przystanków, a w cenę biletu, oprócz noclegu w kuszetce, wliczone są też posiłki. Z kolei „plecakowiczom” (tzw. backpackerom) spodoba się Baz Bus, którego trasa ciągnie się od Kapsztadu po Durban i Pretorię. Znajdziemy na niej ponad 180 hosteli, a bilet upoważnia do nieograniczonych przesiadek.


Niesamowity Kapsztad

SAT-000-1684G.jpg

Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona w Soweto, dawnych slumsach

©SOUTH AFRICA TOURISM


Chyba za najbardziej znane i popularne południowoafrykańskie miasto, do którego chętnie przyjeżdżają turyści z całego świata, uchodzi Kapsztad (choć to Johannesburg dzierży palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o liczbę odwiedzających). Zresztą nie bez powodu – jest piękny, malowniczo położony, ma ciekawą historię i może pochwalić się mnóstwem atrakcji. Świetny pomysł na jego zwiedzanie stanowi skorzystanie z autobusu turystycznego City Sightseeing Cape Town. Cztery rozbudowane trasy obejmują, oprócz centrum metropolii, również winnice ekskluzywnego przedmieścia Constantia czy wspaniałe wybrzeże na południe od niej. Warto kupić bilet dwudniowy, ponieważ nie tylko nie kosztuje dużo (260 randów, czyli ok. 75 złotych), ale także uprawnia do różnego rodzaju rabatów w wielu miejscach, do których dociera autobus. Na pewno trzeba wysiąść przy stacji kolejki na Górę Stołową (Table Mountain) – już stąd rozciągają się oszałamiające widoki, a panorama rozpościerająca się ze szczytu (z wysokości 1086 m n.p.m.) zapiera dech w piersiach.


Przepiękny jest też utworzony w 1913 r. Narodowy Ogród Botaniczny Kirstenbosch (Kirstenbosch National Botanical Garden), w którym można spędzić kilka godzin na podziwianiu setek gatunków roślin, również endemicznych. Był on pierwszym ogrodem botanicznym na świecie założonym w celu ochrony niepowtarzalnej lokalnej flory. W Kapsztadzie warto także odwiedzić któreś z licznych muzeów, np. Południowoafrykańską Galerię Narodową (South African National Gallery), funkcjonującą w położonym w centrum miasta historycznym parku Company’s Garden, czy Muzeum Dystryktu Szóstego (District Six Museum), upamiętniające przymusowe wysiedlenia mieszkańców w czasach apartheidu. Gdy nie wieje zbyt mocno, trzy razy dziennie (o 9.00, 11.00 i 13.00) z kapsztadzkiego nabrzeża wypływają łodzie na Robben Island (Robbeneiland). Na tej wyspie znajduje się więzienie, w którym Nelson Mandela (1918–2013) i inni przeciwnicy polityki apartheidu spędzili wiele lat życia. To fascynujące miejsce, a oprowadzają po nim byli więźniowie. Ich historie niejednokrotnie mrożą krew w żyłach, ale są jednocześnie budujące i wzbudzają podziw dla ich odwagi i wytrwałości.


Na południe od Kapsztadu leży również słynny Przylądek Dobrej Nadziei (Cape of Good Hope), do którego jedzie się krętą autostradą wzdłuż stromego brzegu oceanu, mijając piękne białe plaże. Wrócić do miasta można z drugiej strony cypla, przez urocze miasteczka, np. Simon’s Town (Simonstad), Kalk Bay czy Muizenberg. Podczas wizyty w tych okolicach trzeba koniecznie zjeść świeże ryby i owoce morza, a także spróbować lokalnej kuchni malajskiej (dziedzictwa z czasów kolonialnych). Takie potrawy, jak Cape Malay curry, bobotie (pikantne mięso mielone z rodzynkami, polane jajeczno-mleczną masą i zapieczone, serwowane z ryżem) bądź koeksisters (pączki w słodkim syropie, podawane na zimno) na pewno pobudzą nasze kubki smakowe.


W Johannesburgu i okolicy


Kapsztad nigdy mi się nie znudzi i zawsze będę chętnie do niego wracać, ale w RPA jest jeszcze wiele innych miejsc wartych odwiedzenia. Zalicza się do nich m.in. 4,5-milionowy Johannesburg, zwany potocznie Jozi, Joburg czy eGoli, największe miasto świata, które nie leży nad żadnym zbiornikiem wodnym lub rzeką. Powstało ono w 1886 r. na fali XIX-wiecznej gorączki złota w absurdalnej lokalizacji, na pustkowiu w górach, bez dostępu do wody, a obecnie rozkwita po latach stagnacji. To prawdziwa metropolia, która tętni życiem przez całą dobę i ciągle się rozwija. Ją również można zwiedzać autobusem turystycznym City Sightseeing Joburg. Po drodze obejrzymy m.in. poruszające Muzeum Apartheidu (Apartheid Museum), nowatorsko zaaranżowane Wzgórze Konstytucyjne (Constitution Hill), wesołe miasteczko Gold Reef City Theme Park oraz plac Gandhiego (któremu właśnie w RPA, gdzie pracował jako prawnik i doświadczył dyskryminacji rasowej, przyszła do głowy koncepcja biernego oporu). Alternatywą dla wycieczki autobusowej są spacery tematyczne, np. z Geraldem Gardnerem, autorem świetnych przewodników po Johannesburgu i strony internetowej JoburgPlaces. Dowiedziałam się od niego wielu fascynujących faktów na temat krótkiej, lecz bogatej historii tego początkowo górniczego miasta, a obecnie ważnego centrum finansowego i biznesowego. Dzięki niemu odkryłam też kilka rewelacyjnych targów rękodzieła, dzielnicę mody, sklepy z oryginalnymi materiałami zwanymi shweshwe czy dystrykt Mała Etiopia, gdzie wypijemy świeżo zaparzoną etiopską kawę i zjemy autentyczną indżerę... Johannesburg to tygiel kulturowy, mekka artystów i młodych przedsiębiorców, różnorodna scena artystyczna z mnóstwem klubów muzycznych, galerii i przeróżnych inicjatyw kulturalnych.


Z centrum miasta niedaleko do Soweto – dawnych slumsów, obecnie liczących sobie niemal 1,5 mln mieszkańców i przyciągających coraz więcej turystów. To tu znajdują się domy Nelsona Mandeli (dziś działa w nim muzeum Mandela House) i arcybiskupa anglikańskiego Desmonda Tutu wzniesione przy tej samej ulicy Vilakazi, a także Pomnik i Muzeum Hectora Pietersona (Hector Pieterson Memorial and Museum), 13-letniego chłopca, którego śmierć podczas zamieszek w 1976 r. stała się symbolem walki z apartheidem. Stąd pochodzi słynny na całym świecie chór Soweto Gospel Choir. To tutaj można skoczyć na bungee z jednej z kolorowych wież chłodniczych Elektrowni Orlando – Orlando Towers. Właśnie w Soweto kręcono też znany południowoafrykański film science fiction Dystrykt 9. Ja pewnego razu wstąpiłam ze znajomymi do jednej z lokalnych jadłodajni i przypadkowo natknęłam się w niej na grupę młodych, elegancko ubranych ludzi, którzy udawali się właśnie na spotkanie w miejscowym kościele. Po krótkiej pogawędce zupełnie spontanicznie przyłączyliśmy się do nich. W ten sposób poznaliśmy barwną społeczność chrześcijańską, która spotyka się co kilka miesięcy w różnych krajach Afryki Południowej, aby śpiewać radosne pieśni i po prostu razem spędzać czas. Nie jestem osobą szczególnie religijną, lecz nie czułam się wśród nich obco. Przedstawiono nas starszyźnie, wszyscy byli ciekawi, skąd pochodzimy i czym się zajmujemy. Bardzo chcieli, żebyśmy zostali na mszy, ale – niestety – zrobiło się już późno i musieliśmy wracać do Pretorii. Do dziś mamy jednak sympatyczne wspomnienie z Soweto.


Ok. 50 km na północny zachód od Johannesburga leży wpisany w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO kompleks jaskiniowo-muzealny Cradle of Humankind – Kolebka Ludzkości. Znaleziono tu szczątki przedstawicieli nieznanego gatunku z rodziny człowiekowatych liczące sobie nawet 2,5 mln lat. Wykopaliska nadal trwają i w 2015 r. po raz pierwszy w mediach pojawił się naukowy opis sensacyjnego odkrycia – nowego przodka ludzi nazwano Homo naledi. Na terenie stanowiska funkcjonuje ciekawe centrum informacyjne, a do systemu pięknych jaskiń Sterkfontein można wejść z przewodnikiem, który interesująco opowiada o pracach archeologicznych i ich wynikach.


Nad Atlantykiem


Powróćmy jeszcze na wybrzeże Oceanu Atlantyckiego. Na północ od Kapsztadu znajduje się malowniczy Park Narodowy West Coast (West Coast National Park). Można tutaj nocować na łodzi zacumowanej kilkadziesiąt metrów od brzegu w samym środku błękitnej laguny. Jeśli pojedziemy dalej w kierunku Namibii, dotrzemy do regionu Namaqualand, który najlepiej odwiedzić wiosną, w sierpniu lub wrześniu, w czasie wspaniałego spektaklu natury. W ciągu kilku tygodni ten półpustynny teren zamienia się w wielką łąkę mieniącą się jaskrawymi kolorami.


Z kolei na wschód od Kapsztadu, wzdłuż Trasy Ogrodów (Garden Route), rozciąga się górzysty obszar upraw winorośli z wieloma uroczymi miasteczkami mogącymi poszczycić się architekturą w stylu cape dutch, jak np. najbardziej chyba znane Franschhoek czy uniwersyteckie Stellenbosch. RPA produkuje świetnej jakości wina, z których zdecydowana większość nie jest eksportowana, warto więc wybrać się przynajmniej do kilku winnic na degustacje. We Franschhoek funkcjonuje tramwaj winny (Franschhoek Wine Tram). Po drodze zatrzymuje się na kilkunastu przystankach – trzeba mieć naprawdę mocną głowę, aby zdołać spróbować trunków we wszystkich miejscach na szlaku w ciągu jednego dnia!


Niemal w linii prostej na południe od tego urokliwego miasteczka leży miejscowość Hermanus, znana głównie z tego, że to stąd najczęściej można obserwować wieloryby. Od czerwca do grudnia walenie południowe (Eubalaena australis) gromadzą się w południowoafrykańskich wodach, żeby się rozmnażać. Często udaje się je zobaczyć z nabrzeża, ale warto też wykupić wycieczkę łodzią z przewodnikiem. Podziwianie tych gigantycznych ssaków z bliska to niezapomniane przeżycie.


Jadąc dalej w kierunku Durbanu, miniemy po drodze m.in. najbardziej na południe wysunięty kraniec Afryki, czyli Przylądek Igielny (Cape Agulhas), stanowiący również umowną granicę między oceanami Atlantyckim i Indyjskim. Stąd niedaleko do przepięknego Rezerwatu Przyrody De Hoop (De Hoop Nature Reserve) ze wspaniałymi dzikimi plażami. W głębi lądu rozciągają się bezkresne tereny Karru Małego i Wielkiego, a na północ od nich zaczyna się już kotlina Kalahari. Następnie dotrzemy do popularnych nadmorskich miejscowości George i Knysna, a potem do Jeffreys Bay, raju dla surferów. Tuż za Port Elizabeth znajduje się Park Narodowy Słoni Addo (Addo Elephant National Park), słynący właśnie ze słoni (których obecnie jest ponad 600), a dalej na wschód – miasto Grahamstown. Co roku na przełomie czerwca i lipca w tym ostatnim odbywa się największy na kontynencie afrykańskim festiwal artystyczny (National Arts Festival), przyciągający 200 tys. widzów. Za East London zaczyna się Dzikie Wybrzeże (Wild Coast). W pełni zasługuje ono na swoją nazwę – trudno się na nie dostać, godzinami kluczy się po wyboistych drogach i wioskach rozsianych na wzgórzach, gdzie lud Xhosa nadal żyje według starych tradycji. Jednak wysiłek się opłaca. Bezkresne i niemal puste plaże, huk oceanu i gościnność lokalnej społeczności wynagradzają trud podróży.


Durban i dzika przyroda

SAT-000-0223G.jpg

Tzw. Whale Crier obwieszczający przybycie wielorybów do Hermanus

©SOUTH AFRICA TOURISM


Kolejnym przystankiem jest Durban – największy port kontenerowy w Afryce, który w ciągu ostatnich kilku lat przeszedł ogromną metamorfozę, głównie dzięki wspomnianym Mistrzostwom Świata w Piłce Nożnej z 2010 r. Z zaniedbanego, mało przyjaznego miasta stał się modnym kurortem, z szeroką promenadą, nowoczesnym stadionem i bogatym życiem kulturalnym. Co roku w lipcu odbywa się tu np. niezmiernie ciekawy i dobrze zorganizowany Międzynarodowy Festiwal Filmowy w Durbanie (Durban International Film Festival), na którym pokazywane są dziesiątki filmów z całego świata. Bardzo lubię Durban za luźną, przyjazną atmosferę, architekturę z elementami stylu art déco, a także za... curry. To właśnie tutaj mieszka więcej Hindusów i ich potomków niż w jakimkolwiek innym mieście poza Indiami. Nic w tym dziwnego, bowiem w drugiej połowie XIX i na początku XX w. przybysze z subkontynentu indyjskiego osiedlali się tłumnie w Afryce Południowej, aby pracować na plantacjach, w kopalniach czy przy budowie kolei.


Na północny wschód od Durbanu znajdują się dwa rezerwaty przyrody, które warto uwzględnić w planach wakacyjnych. Atrakcją Parku Hluhluwe-iMfolozi (inaczej Hluhluwe Umfolozi Game Reserve) jest kilkudniowe piesze safari, podczas którego można spotkać tzw. Wielką Piątkę Afryki, czyli lwa, słonia, lamparta, bawoła i nosorożca czarnego. Mnie się to udało – w ciągu 5 dni spędzonych w buszu, w tym nocy pod gołym niebem, nie tylko je wszystkie widziałam i słyszałam, ale także dowiedziałam się mnóstwa ciekawych rzeczy o lokalnych zwierzętach i roślinności. To najlepszy sposób na poznanie tego, co stanowi esencję afrykańskiej natury! Z kolei w sąsiednim Parku Mokradeł iSimangaliso (iSimangaliso Wetland Park) natknęłam się, oprócz antylop, bawołów i nosorożców, na mnóstwo krokodyli i hipopotamów. Występują tu też żółwie morskie, a w oceanie pojawiają się czasami ogromne rekiny wielorybie.


Z pewnością najbardziej znanym miejscem na safari jest Park Narodowy Krugera (Kruger National Park). Ma on powierzchnię ok. 20 tys. km², a bogactwo tutejszych gatunków fauny i flory oszałamia. Jednak jego popularność może czasami dawać się we znaki. Na drogach często tworzą się zatory, gdy ludzie zbierają się wokół jakiegoś wyjątkowo ekscytującego zwierzęcia, i – niestety – wielu gości nie potrafi się odpowiednio zachować. Mój ulubiony park to Park Narodowy Pilanesberg (Pilanesberg National Park), położony ok. 2 godz. jazdy z Pretorii na północny zachód w kraterze prastarego wulkanu. Bardzo miło wspominam również nieogrodzony kemping w Rezerwacie Ithala (Ithala Game Reserve) niedaleko granicy z Suazi, gdzie wybrałam się z przewodnikiem na krótkie piesze safari i napotkaliśmy jadowitą czarną mambę oraz nosorożca białego i czarnego. Za to Rezerwat Madikwe (Madikwe Game Reserve) na granicy z Botswaną szczyci się nie tylko Wielką Piątką Afryki, ale także zagrożonymi wyginięciem likaonami pstrymi.


Na listę miejsc godnych odwiedzenia koniecznie trzeba też wpisać Góry Smocze (Drakensberg), na granicy z Królestwem Lesotho, gdzie można spędzić wiele dni na mniej i bardziej wymagających wspinaczkach. Z kolei Kanion Rzeki Radości (Blyde River Canyon, znany również jako Molatse River Canyon) będzie interesującym przystankiem w drodze do Parku Narodowego Krugera. Należy do jednych z największych i najzieleńszych na świecie. Zwiedzimy go podczas pieszych wycieczek, w trakcie których będziemy podziwiać fantastyczne widoki.


Smak RPA


Na zakończenie każdego dnia pełnego wrażeń warto zadbać także o coś dla ciała. Oprócz wspomnianych już wina, cydru, potraw kuchni malajskiej i indyjskiej oraz ryb i owoców morza, prym w południowoafrykańskiej sztuce kulinarnej wiedzie mięso. Koniecznie trzeba spróbować steków, nie tylko wołowych, ale też z antylop kudu i eland czy ze strusia, oraz wołowych kiełbas boerewors – wszystko to przyrządza się na grillu, zwanym tu braai. Odważni powinni skusić się na suszone larwy ćmy Gonimbrasia belina, występujące pod nazwą mopane – to popularna przekąska i bogate źródło białka. Ja jadłam je serwowane w sosie pomidorowym. Były gumowate i niespecjalnie mi smakowały, ale wszystko jest przecież kwestią gustu. Wegetarianie nie muszą się martwić – świeże warzywa i owoce są powszechnie dostępne w sklepach i restauracjach, choć czasami dania z kurczakiem też uchodzą za bezmięsne. Na deser najlepiej zamówić malva pudding – pyszne ciasto nasączone cukrem i masłem, podawane na gorąco z lodami lub polewą waniliową, albo milk tart (melktert) – kruchą tartę z budyniem, posypaną cynamonem.


RPA to bez wątpienia niewyczerpane źródło inspiracji podróżniczych. Ten niezmiernie interesujący kraj ciągle mnie czymś zaskakuje i nie pozwala mi się nudzić. Oczywiście, boryka się on z wieloma problemami, nadal trzeba mieć w nim na uwadze kwestie związane z bezpieczeństwem, ale jednocześnie tutejsze społeczeństwo doskonale zdaje sobie sprawę, jak ważna jest turystyka dla gospodarki. Gościnność mieszkańców RPA, piękno jej różnorodnej przyrody, sprzyjająca zwiedzaniu pogoda, a także wysoka jakość usług sprawiają, że ten wyjątkowy zakątek Afryki stanowi fantastyczny cel podróży.

Magia Wietnamu

 

Aneta Grenda

www.zycieipodroze.pl

 

 Zatokę Hạ Long najlepiej podziwiać podczas malowniczego rejsu

halong

 © VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM/WWW.VIETNAMTOURISM.VN

 

Niezwykła, magiczna wręcz przyroda, fascynująca, bogata kultura, historia naznaczona walkami i konfliktami – Wietnam potrafi przyciągać z wielką siłą. Soczyście zielona roślinność zachwyca niemalże na każdym kroku. Kraj zamieszkują przedstawiciele 54 oficjalnie uznanych grup etnicznych, których zwyczaje i tradycje tworzą niesamowicie barwną mozaikę. To wyjątkowe miejsce na świecie, gdzie wpływy Zachodu łączą się z rodzimą obyczajowością i sztuką, a przeszłość miesza się z nowoczesnością.

 

Specyficzne położenie Wietnamu na Półwyspie Indochińskim w Azji Południowo-Wschodniej w dużej mierze zdecydowało o trybie życia jego mieszkańców, wpłynęło też na rozwój kulturalny czy budowanie tożsamości narodowej. Panujące tu warunki znacznie utrudniały również walkę z przeciwnikiem i czyniły okrucieństwa wojny jeszcze straszniejszymi. Obecnie to kraj przyjazny, w którym odwiedzający mogą czuć się bezpiecznie. Dla mnóstwa turystów jest wymarzonym kierunkiem podróży, a wielu z nich postanawia nawet zostać w nim na dłużej.

 

Wyprawa do Wietnamu to wycieczka na każdą kieszeń. Bez problemu stać na nią osoby o skromniejszym budżecie, które chcą przygotować program zwiedzania na własną rękę. Jeśli ktoś oczekuje wysokich standardów za odpowiednio wyższą cenę, także nie będzie zawiedziony.

 

Kraj i jego mieszkańcy

 

Zarówno krajobraz, jak i warunki klimatyczne są w Wietnamie zróżnicowane. Morze przeplata się z górami, rzeki przecinają niziny i wyżyny. Na północy kraju występuje klimat podzwrotnikowy wilgotny z czterema porami roku. Zima (trwa od listopada do kwietnia) charakteryzuje się niskimi temperaturami, a latem panują upały i padają ulewne deszcze. Większa część południa (od górskiej przełęczy Hải Vân) leży w strefie klimatu zwrotnikowego o typie sawanny z porą suchą i deszczową. Przez cały rok jest tutaj ciepło lub wręcz gorąco. Pora sucha trwa od grudnia do kwietnia, a deszczowa – od maja do listopada (opady bywają wtedy bardzo obfite). W centrum i najbardziej odległym regionie południowym (półwysep Cà Mau i delta rzeki Mekong) występuje klimat zwrotnikowy monsunowy.

 

Populacja Wietnamu wynosi 92,7 mln osób, co czyni go 14 najludniejszym krajem na świecie. Nieco ponad 86 proc. stanowią rdzenni Wietnamczycy (Kinh). Zamieszkują oni głównie tereny nadmorskie i nizinne oraz rejony delt Rzeki Czerwonej i Mekongu. Wśród mniejszości etnicznych najliczniejsi są Tàyowie. Poza tym żyją tu też Tajowie, Mườngowie, Khmerowie, Chińczycy (Hoa), Nùngowie, Hmongowie i Daowie (Yaowie). Historię i kulturę zróżnicowanej ludności Wietnamu przedstawia najpiękniejsze muzeum w Hanoi, czyli Wietnamskie Muzeum Etnologiczne. Poznamy w nim tradycje, zwyczaje, rytuały i wierzenia charakterystyczne dla 54 grup etnicznych, a także dowiemy się, jak wygląda życie codzienne ich przedstawicieli.

 

Funkcję języka urzędowego pełni w kraju wietnamski. Należy do rodziny austroazjatyckiej. Dla ok. 87 proc. populacji Wietnamu stanowi język podstawowy. Ważną rolę odgrywają w nim tony. Zmiana modulacji głosu w przypadku konkretnych jednostek leksykalnych modyfikuje ich znaczenie.

 

Religia i kultura

 

Wietnam jest zróżnicowany pod względem religijnym. Ponad 45 proc. ludności wyznaje tradycyjne religie wietnamskie, ok. 14 proc. to buddyści, mniej więcej 8,5 proc. – chrześcijanie. Oprócz tego wśród Wietnamczyków znajdują się kaodaiści, muzułmanie, bahaici i hinduiści. Niektórzy łączą w życiu elementy różnych systemów religijnych, a czasem kierują się również przesądami. Poza tym w Wietnamie czci się przodków, którzy są darzeni dużym szacunkiem. Na wsiach, gdzie codzienne zajęcia wyznacza rytm przyrody, ludzie oddają cześć matce gór, matce rzek, matce nieba i innym podobnym istotom.

 

Wietnamczycy początki swojego państwa datują na 2879 r. p.n.e. Ich przywiązanie do wielowiekowej historii można dostrzec w życiu codziennym, tradycjach, zwyczajach i sztuce. Mimo rozwoju gospodarki i wdrażania nowoczesnych technologii na wsiach nadal stosuje się dawne metody uprawiania roślin i hodowli zwierząt, a większość prac wykonuje się ręcznie. Mężczyźni, kobiety i dzieci w charakterystycznych kapeluszach na głowach pracują na polach bądź pilnują pasących się stad. Noszące barwne stroje kobiety wykonują ubrania z utkanych przez siebie materiałów i różne ozdoby, aby potem je sprzedać. Każda mniejszość etniczna ma własne tradycje i kulturę. Miejscowości na północy kraju, zamieszkiwane przez Hmongów, Tajów, lud Dao czy Tàyów, mienią się kolorami. M’Nôngowie, Ê Đê (Rade) i Bahnarowie z centralnego płaskowyżu żyją prosto, niemal prymitywnie. Zasiedlający wybrzeże Czamowie stawiają z kolei murowane domy, do dziś zachowało się wiele takich starych budynków.

 

Wietnamczycy na ogół preferują prosty styl życia, są racjonalni i pragmatyczni. Ich codzienne zajęcia reguluje określony rozkład dnia czy rytm pór roku. Wszelkie ceremonie ślubne i pogrzebowe mają tradycyjny charakter. W wietnamskim kalendarzu znajduje się dużo świąt. Niektóre z nich są lokalne, a inne obchodzi się w całym kraju. Podczas wielu okazji świętowaniu towarzyszy muzyka ludowa i różne pokazy. Wietnamczycy na pierwszym miejscu stawiają zawsze rodzinę. Młodzi wyrażają się o swoich rodzicach bardzo pozytywnie, darzą ich ogromnym szacunkiem. Starają się chociaż raz w roku, w czasie Tết (wietnamskiego Nowego Roku, opartego na kalendarzu chińskim, przypadającego w styczniu lub lutym), odwiedzić matkę i ojca.

 

Azjatyckie smaki

 

Różnobarwny ślubny auzaj (áo dài)

ShoppingHanoi

VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM/WWW.VIETNAMTOURISM.VN

 

Kuchnia wietnamska jest uważana za jedną z najzdrowszych na świecie. Charakteryzują ją świeże smaki i mnóstwo aromatów. Potrawy z północy są łagodne, te z centrum kraju – pikantne, a z południa – nieco słodsze. Podstawę wietnamskich kulinariów stanowi ryż. Wykorzystuje się go jako dodatek lub główny składnik samodzielnych dań, np. cơm lam (ryż gotowany w bambusie). Popularnością cieszą się też makarony: ryżowy, jajeczny i sojowy. Wietnamska kuchnia nie potrafi się bez nich obejść. Potrawy mięsne bazują na drobiu, wołowinie i wieprzowinie. Tak naprawdę Wietnamczycy bardzo rzadko jedzą psy. Za to często na stołach goszczą smakowite ryby i owoce morza, a także warzywa. Popularną przyprawą jest sos rybny, choć w niektórych częściach Wietnamu, zwłaszcza przy granicy z Chinami, konkuruje z nim sos sojowy. Poza tym używa się pieprzu, nierzadko od razu połączonego z solą i limonką, ostrych papryczek, trawy cytrynowej, cynamonu, imbiru, czosnku, perilli (pachnotki zwyczajnej), kiełków i świeżych ziół: kolendry, mięty i bazylii tajskiej.

 

Sposoby przygotowywania dań są bardzo różnorodne. Część z nich podaje się na surowo, inne podlegają obróbce: gotowaniu, szybkiemu smażeniu w woku, duszeniu, pieczeniu, jak również grillowaniu. Niezależnie od metody przyrządzania wszystkie potrawy mają bogaty smak. Jako dodatek serwuje się warzywa w marynacie. Składnikiem zarówno dań mięsnych i warzywnych, jak i deserów bywa papier ryżowy. Przez większą część roku na targach dostępne są świeże owoce, m.in. arbuzy, melony, marakuje, liczi, longany, dżakfruty, duriany i ananasy. W Wietnamie koniecznie należy spróbować sajgonek, zupy pho (phở), bún chả (makaronu ryżowego z wieprzowiną), cơm rang (smażonego ryżu), pierożków, owoców morza, zwłaszcza przegrzebków i krewetek, ryb i bánh mì, czyli kanapki z mięsem i warzywami.

 

Filiżanka pełna mocy

 

Ten azjatycki kraj pokrywają liczne plantacje herbaty. W poszczególnych prowincjach uprawiane są różne jej gatunki. Wszystkie prace na polach wykonuje się ręcznie. Pielęgnacją krzewów i zbieraniem liści zajmują się ludzie. Zbiory przechowuje się w suchym miejscu, bez dostępu światła i zapachów mogących wpływać na aromat suszu. W wietnamskich domach tradycyjnie każdy posiłek wieńczy filiżanka zielonej herbaty. Napar ma za zadanie usprawnić trawienie. Rytuał związany z parzeniem liści i delektowaniem się napojem uchodzi za bardzo ważny. To dla wielu Wietnamczyków moment, który przynosi spokój duszy i czyni człowieka szczęśliwym. Wspólne celebrowanie tej chwili jest oznaką szacunku dla innych i wyrazem gościnności gospodarzy.

 

Co ciekawe, Wietnam słynie jednak przede wszystkim z kawy. Zajmuje drugie miejsce na świecie (po Brazylii i przed Kolumbią) pod względem jej eksportu. Plantacje kawowca znajdują się w różnych rejonach kraju. Najwięcej leży w regionach górskich w centralnych prowincjach. Należą do nich m.in. Đăk Lăk (z kawową stolicą Buôn Ma Thuột), Lâm Đồng, Gia Lai i Kon Tum. Wietnamczycy uprawiają rozmaite rodzaje kawy, najpopularniejsze są robusta i arabica (mokka i catimor), ale spotyka się także np. pola kawy liberyjskiej (Coffea liberica). Napój przygotowuje się na różne sposoby. Często stosuje się metalowy zaparzacz zwany phin, którego używa się powszechnie tak w domach, jak i na ulicy. Kawa przyrządzona tą metodą jest przepyszna i bardzo mocna.

 

Wzdłuż i wszerz

 

Podczas zwiedzania Wietnamu można korzystać z rozmaitych środków transportu: rowerów, skuterów, motocykli, busów, autobusów, pociągów, samolotów, promów i statków. Aby dotrzeć do jak największej liczby miejsc, najlepiej używać wszystkich. Życie codzienne zwykłych Wietnamczyków toczy się w małych miejscowościach położonych pośród gór, rzek, jezior i pól. Żeby poznać, jak ono wygląda, i móc podziwiać wspaniałe krajobrazy, trzeba udać się w podróż po kraju. Jeśli dysponujemy dużą ilością czasu, warto zdecydować się na jazdę motocyklem i ten sposób przemieszczania się połączyć z korzystaniem z innych środków lokomocji. Wtedy zrozumiemy, jak wyjątkowy jest Wietnam.

 

Niewątpliwie najbardziej malownicze trasy leżą w rejonach górskich, ale i na pozostałym obszarze takich nie brakuje. Do najpiękniejszych miejsc należą prowincja Hà Giang z drogami w kształcie serpentyn, magicznymi wniesieniami i cudowną roślinnością, prowincja Cao Bằng, na której rozległych polach można obserwować życie codzienne ludzi albo podziwiać spektakularne wodospady Bản Giốc na rzece Quây Sơn, prowincja Lào Cai z urokliwym miastem Sa Pa i najwyższym szczytem kraju Fansipanem (Phan Xi Păng, 3143 m n.p.m.) czy też sielski dystrykt Mai Châu, zielona prowincja Ninh Bình z wieloma pagodami i Katedrą Phát Diệm oraz prowincja Đăk Lăk z winnicami i plantacjami kawy i herbaty.

 

Wietnam słynie również z niezwykłej urody wysp, zatok i miast nadmorskich. Na północy znajduje się zatoka Hạ Long. W jej granicach leży ok. 2 tys. skalistych, głównie wapiennych wysepek pokrytych gęstą roślinnością. Region ten przypomina czarodziejską krainę. Nic więc dziwnego, że w 1994 r. wpisano go na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W południowo-zachodniej części Hạ Long z wody wyłania się Cát Bà – największa spośród 367 wysp archipelagu o tej samej nazwie. Warto ją odwiedzić ze względu na rozpościerające się stąd przepiękne widoki, porastające górzysty ląd zielone lasy i miejsca idealne do plażowania, wspinaczki i spływów kajakowych. Poza tym ustanowiono tu w 1986 r. Park Narodowy Cát Bà. Zupełnie inna jest położona daleko na południu Wietnamu wyspa Phú Quốc (ok. 590 km² powierzchni). Znajduje się ona na Zatoce Tajlandzkiej, niedaleko granicy z Kambodżą. Oplatają ją cudowne wielokilometrowe piaszczyste plaże, rosną na niej palmy kokosowe i lasy tropikalne, a jej wnętrze kryje urokliwe wodospady. Działa tutaj wiele światowej klasy hoteli i centrów spa. Oprócz tego Phú Quốc słynie z pysznych owoców morza i produkcji sosu rybnego.

 

W tym kraju zadziwia bogactwo flory i fauny. Znajduje się w nim 30 wspaniałych parków narodowych, w których żyje mnóstwo gatunków roślin i zwierząt.

 

Dwie metropolie

 

Większość turystów rozpoczyna swoją przygodę z Wietnamem od jednego z jego największych miast, czyli Hanoi lub Ho Chi Minh (do 1976 r. nazywanego oficjalnie Sajgonem). Bez żadnej przesady można powiedzieć, że łączy je tak wiele, jak wiele je dzieli. To pierwsze pełni funkcję wietnamskiej stolicy. Leży nad Rzeką Czerwoną, na obu jej brzegach. Centrum biznesowe kraju stanowi jednak Ho Chi Minh. Hanoi ma wiele twarzy. Na ulicach panuje w nim duży ruch. Z jednej strony znajdują się tutaj nowoczesne budynki i apartamentowce, centra handlowe i szerokie, eleganckie arterie, a z drugiej – zaniedbane osiedla i wąskie uliczki obwieszone przewodami elektrycznymi. W stolicy działają poza tym interesujące muzea (na czele z Narodowym Muzeum Wietnamskiej Historii), teatry, opera (Narodowa Opera i Balet Wietnamu), kina, bary karaoke, kluby muzyczne i galerie sztuki oraz odbywają się liczne koncerty i festiwale.

 

Miejscem wartym uwagi jest konfucjańska Świątynia Literatury z 1070 r. (pierwszy wietnamski uniwersytet) – jedna z największych atrakcji Hanoi. Koniecznie trzeba też udać się nad Hồ Hoàn Kiếm, czyli Jezioro Zwróconego Miecza, otoczone wspaniałymi drzewami. Na jego środku, na niewielkiej wysepce stoi Wieża Żółwia. Została wzniesiona w 1886 r. Uważa się ją za symbol Hanoi. Poza tym na wysepce usytuowanej w pobliżu północnego brzegu Hồ Hoàn Kiếm znajduje się Świątynia Jadeitowej Góry, do której wiedzie piękny czerwony most. Tuż obok możemy podziwiać Starą Dzielnicę (Old Quarter) z architekturą kolonialną i buddyjskimi pagodami. Wypełniają ją różne sklepiki i stoiska z rozmaitymi rzeczami, a także kawiarnie, bary, restauracje, piekarnie, butiki i galerie sztuki. Warto przespacerować się jej uliczkami i poczuć tutejszą specyficzną atmosferę. Niedaleko jeziora znajdziemy również Wodny Teatr Lalek Thăng Long, w którym odbywają się niepowtarzalne spektakle z udziałem tańczących na wodzie drewnianych kukiełek.

 

W Hanoi należy też odwiedzić kilka z jego wielu wspaniałych świątyń. Są pośród nich prawdziwe perełki, takie jak pagody Trấn Quốc i Kim Liên oraz Pagoda Jednego Filaru (Chùa Một Cột). Uwagę turystów przyciąga także neogotycka Katedra św. Józefa zbudowana w 1886 r., a stylizowana na Katedrę Najświętszej Marii Panny w Paryżu (Cathédrale Notre-Dame de Paris). Interesująco prezentuje się również budynek opery (Hanoi Opera House) wzniesiony w latach 1901–1911. W projekcie gmachu połączono motywy antyczne z inspiracjami paryskim Pałacem Garniera (Opéra Garnier). To najbardziej luksusowy teatr w stolicy. Aby poznać historię Wietnamu i wojny wietnamskiej (II wojny indochińskiej 1955–1975), trzeba udać się do kompleksu z zachowanymi pozostałościami Cesarskiej Cytadeli Thăng Long, zabytku ciekawego zarówno pod względem architektonicznym, jak i historycznym. Obiekt pochodzi z czasów panowania dynastii Lý (1009–1225). W 2010 r. jego centralny sektor został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Oprócz stanowisk prezentujących odkrycia archeologiczne znajduje się tutaj bogata ekspozycja związana z wojną wietnamską (tunel D67 i sztab Ludowej Armii Wietnamu – PAVN). Żeby zapoznać się z codziennym życiem mieszkańców i ich zwyczajami oraz rzemiosłem, warto odwiedzić dwie stare wioski: Bát Tràng (niecałe 15 km od centrum Hanoi) z wyrobami ceramicznymi (tzw. porcelana Bát Tràng) i Vạn Phúc (8 km na południowy zachód od stolicy) słynącą ze znakomitej jakości jedwabiu.

 

Położone na południu Ho Chi Minh (dawniej Sajgon) to natomiast najludniejsze miasto w Wietnamie (ok. 8,5 mln mieszkańców). Przeszłość przeplata się w nim z teraźniejszością, a tradycja z nowoczesnością. Jest ono ważnym ośrodkiem przemysłowym i węzłem komunikacyjnym oraz liczącym się centrum biznesowym i kulturalnym. Ten, kto zawita tu po raz pierwszy w życiu, może poczuć się przytłoczony ogromnym ruchem na ulicach. Także architektura miasta potrafi zaskoczyć. Świetnie zachowane zabudowania kolonialne prezentują się niesamowicie na tle nowoczesnych wieżowców takich jak 262,5-metrowy Bitexco Financial Tower czy Vincom Center (największa galeria handlowa w Ho Chi Minh z ponad 250 sklepami).

 

Do ciekawszych obiektów należą niewątpliwie gmachy Opery (Saigon Opera House) i Poczty Głównej oraz piękna i skromna neoromańska Katedra Notre-Dame. W podobnym stylu co świątynia utrzymany jest pobliski budynek Ratusza wzniesiony w latach 1902–1908. Gdy zmęczymy się zwiedzaniem charakterystycznych miejsc Ho Chi Minh, możemy odpocząć na parkowej ławce lub posilić się w restauracji czy barze albo przy jednym z ulicznych stoisk z jedzeniem. Smaczne dania i przekąski pozwolą nam odzyskać siły do dalszej wędrówki.

 

Pomnik Ho Chi Minha w dawnym Sajgonie odsłonięty w maju 2015 r.

Ho Chi Minh City 38

© VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM/WWW.VIETNAMTOURISM.VN

 

Polak i zabytki

 

Leżące w środkowej części kraju Hội An to jedno z najurokliwszych miast w Wietnamie. Wzdłuż wąskich uliczek jego historycznego centrum wznoszą się zabytkowe budynki z czasów świetności tego portu. W latach 90. XX w. władze miejskie chciały wyburzyć zniszczone zabudowania w tym rejonie, ale udało się temu zapobiec. Przyczynił się do tego polski architekt Kazimierz Kwiatkowski (1944–1997), który kierował pracami konserwatorskimi w pobliskim Mỹ Sơn. Dzięki niemu ten niezwykły rejon Hội An przeszedł renowację i dziś zachwyca turystów z całego świata. W 1999 r. znalazł się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. W tutejszej architekturze widoczne są wyraźnie wpływy chińskie, japońskie, buddyjskie i europejskie. Za wyjątkowy na skalę światową obiekt uchodzi kryty Most Japoński z 1593 r. połączony ze świątynią boga pogody. Miasto wygląda magicznie zwłaszcza wieczorem, gdy oświetlają je liczne kolorowe lampiony.

 

Wspomniane Mỹ Sơn, położone ok. 35 km na południowy zachód od Hội An w dolinie otoczonej górami (w pobliżu wioski Duy Phú), jest miejscem zupełnie odmiennym. To dawne sanktuarium Czamów. Większość budynków powstała w nim pomiędzy IV a XIII stuleciem. W czasie wojny wietnamskiej mieli tu swoją kwaterę partyzanci Wietkongu. W wyniku nalotu dywanowego sił amerykańskich przeprowadzonego w sierpniu 1969 r. kompleks został w znacznej mierze zniszczony. Na szczęście wywołało to powszechne protesty, dzięki którym Mỹ Sơn wyłączono z akcji lotnictwa USA. W ten sposób udało się zachować choć część cennych obiektów. W latach 80. XX w. Kazimierz Kwiatkowski i jego zespół podjęli się prac konserwatorskich. Wietnamczycy bardzo szanują naszego rodaka za zaangażowanie w ratowanie ich zabytków. W dowód wdzięczności wystawili mu nawet pomnik w Hội An. Ze względu na swoją wielką wartość kulturową w 1999 r. sanktuarium Mỹ Sơn objęła ochroną organizacja UNESCO.

 

Na północny zachód od czamskiego ośrodka religijnego znajduje się malownicze Huế. Przepływa przez nie Rzeka Perfumowa (Sông Hương). Miasto pamięta jeszcze czasy panowania cesarzy. Było stolicą państwa dynastii Nguyễn (w latach 1802–1945). Po wojnie z USA zniszczone Huế odbudowano, odrestaurowano potężną Cytadelę z Zakazanym Purpurowym Miastem, pagody, grobowce i mosty. Tutaj również służył pomocą Kazimierz Kwiatkowski. Historyczna zabudowa figuruje od 1993 r. na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Warto też zobaczyć Pagodę Thiên Mụ i słynne grobowce cesarzy Minh Mạnga (1791–1841) i Khải Địnha (1885–1925).

 

Most Japoński w Hội An wznieśli w XVI–XVII w. Japończycy

HoiAn 01 Japan bridge in the heart of Hoi An a UNESCO world heritage site by Christian Berg

© VIETNAM NATIONAL ADMINISTRATION OF TOURISM/WWW.VIETNAMTOURISM.VN

 

Podróż dla każdego

 

Wietnam to kraj jedyny w swoim rodzaju. Zachwyca magicznymi krajobrazami, niezwykłą florą i fauną, bogatą kulturą, ciekawymi zwyczajami i tradycjami oraz zazwyczaj miłymi, przyjaźnie nastawionymi do obcokrajowców mieszkańcami. Każdy bez wątpienia może się w nim zakochać. Jednych zafascynują wielkie, wypełnione ludźmi miasta, w których wspaniałe zabytki sąsiadują z nowoczesną architekturą, inni z radością odkryją spokojne, ciche wioski, leżące malowniczo wśród gór i dolin, gdzie życie toczy się własnym, niespiesznym rytmem. Osoby ceniące piękno przyrody także nie będą zawiedzione. Czeka na nie wiele cudownych miejsc położonych z dala od popularnych turystycznych szlaków. Wietnam nie pozostawia nikogo obojętnym. Podróż do tego państwa jest niezwykłym przeżyciem. To spotkanie z niezmiernie urokliwą krainą, w której to, co azjatyckie przeplata się z tym, co charakterystyczne dla kultury Zachodu. Tak osobliwej mozaiki dwóch odmiennych rzeczywistości nie znajdziemy nigdzie indziej na świecie

 

 

Z wizytą nad Sprewą i Hawelą

JOANNA CZUPRYNA

                                                                                   FOT. GERMAN NATIONAL TOURIST BOARD/KLAUS UND DIRK LEHNARTZ

<< Berlin ze swoją wyjątkową historią i unikalnymi zabytkami od lat stanowi magnes dla turystów z całego świata i systematycznie przyciąga ich coraz więcej. Plan na 2015 r., zakładający przekroczenie sprzedaży 20 mln noclegów rocznie, został ku zdziwieniu ekspertów i radości władz miasta osiągnięty już trzy lata temu. Ze wzrastającego zainteresowania niemiecką metropolią korzysta również Poczdam, jej elegancki sąsiad, którego malownicze położenie zwróciło przed wiekami uwagę członków rodziny panującej z dynastii Hohenzollernów. Dzięki pobudowanym przez nich pałacom otoczonym pięknymi ogrodami słusznie zasłużył on sobie na miano „Wersalu Północy”. Sama Brandenburgia, której jest stolicą, zachwyci natomiast entuzjastów turystyki aktywnej. >>

W Berlinie żyje obecnie ponad 3,5 mln ludności. To prawdziwa europejska metropolia i jedno z największych miast na kontynencie. Leży w samym środku kraju związkowego Brandenburgia. Stolicy Republiki Federalnej Niemiec przysługują jednak prawa autonomicznej jednostki administracyjnej. Pobliski Poczdam uchodzi za ważny ośrodek naukowy – działają tu wyższe uczelnie i instytuty badawcze oraz mieszkają studenci.

Więcej…