PYI_SOE_TUN_120C345_smiling_of_lisu_ladies.jpg

Birmę zamieszkuje oficjalnie aż 135 różnych grup etnicznych © HTAY WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING ©

©PYI SOE TUN/MYANMAR TOURISM MARKETING

 


Anna Bandura 
www.nadiavstheworld.com

 

Choć Birma (od 1989 r. oficjalnie Mjanma – Myanmar) otworzyła się na świat cztery lata temu, wciąż na swój sposób jest krajem zamkniętym. Mężczyźni chodzą tu w spódnicach, kobiety nie piją alkoholu w miejscach publicznych, a dzieci pracują odkąd postawią pierwsze kroki. Woły zaprzęgnięte do drewnianego wozu czy parowóz w ruchu osobowym to nie atrakcje turystyczne, a codzienny widok. Najlepszą wizytówką tej krainy są jej mieszkańcy – imponują gościnnością, otwartością i szacunkiem do obcokrajowców. Ich ciepłe uśmiechy, szczere pozdrowienia oraz okrzyki radości rzucane w stronę turystów zaskakują zagranicznych gości, a jednocześnie sprawiają, że czujemy się niezwykle dobrze w tym kraju, w którym czas się zatrzymał.

 

Htay_Win_082B471_nice_view_to_thetbyinu.jpg

Spektakularny starożytny Pagan

©HTAY WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING

Pogoda ducha nie odstępuje Birmańczyków ani na krok, mimo iż żyją w jednym z najbiedniejszych państw świata. Birma, niegdyś będąca potęgą Azji Południowo-Wschodniej, przypomina dziś Polskę z lat 80. XX w. Niektórzy mówią, że na podróż w te strony jest już za późno, bo na dobre rozpoczął się w nich boom turystyczny. Inni twierdzą, iż na taki wyjazd może być jeszcze za wcześnie, ponieważ miną lata, zanim w tym kraju powstanie infrastruktura potrzebna do przyjęcia tak dużej liczby gości. Warto tu jednak przyjechać dla ludzi, nieważne, czy teraz, czy za kilka lat.

 

Przy pierwszej wizycie w Birmie najlepiej odwiedzić tzw. wielką czwórkę, czyli Rangun ze złotą Pagodą Szwedagon (Shwedagon), starożytny Pagan słynący z mnóstwa świątyń i klasztorów, Mandalaj, czyli kulturową stolicę, oraz magiczne jezioro Inle otoczone wysokimi górami. Jeśli będziemy poruszać się tym szlakiem, istnieje niewielkie prawdopodobieństwo, że spotkamy na swojej drodze uzbrojone bojówki lub birmańską armię. Wiza turystyczna zachowuje ważność przez 28 dni (liczone od wylądowania na lotnisku) i od niedawna można ją wyrobić za pośrednictwem internetu (kosztuje 50 dolarów). Te cztery tygodnie powinny wystarczyć na poznanie najważniejszych zabytków i przekonanie się, że Birmańczycy to najserdeczniejsi i najbardziej bezinteresowni ludzie na świecie. Wyjazd do Birmy najlepiej zaplanować na okres od listopada do lutego. Wówczas temperatury w dzień osiągają ok. 32°C, a w nocy wynoszą mniej więcej 20°C.  

 

Złoto Birmy

 

Swoją 3-tygodniową wyprawę zaczynam w dawnej birmańskiej stolicy – Rangunie. Wjazd do centrum miasta jest nie lada wyzwaniem. Na ulicach utworzył się kilometrowy korek, a dźwięk klaksonów najwidoczniej skutecznie osłabia koncentrację mojego kierowcy, bo prawie potrącamy przebiegającego przez jezdnię chłopaka. Przechodniów zauważam dopiero przy wielkich targowiskach, które wylewają się na chodniki. Aby dostrzec piękno tego ponad 5,2-milionowego miasta, należy spędzić w nim przynajmniej kilka dni. Trzeba się przyzwyczaić do chaosu, zapachu jedzenia smażonego na środku ulicy i krwistoczerwonych plam pod nogami.


O uroku tej metropolii najprościej przekonać się u stóp jednego z najświętszych obiektów Birmy – Pagody Szwedagon. Można tutaj nie tylko podziwiać tę perłę architektury, ale również godzinami obserwować życie religijne Birmańczyków. Wokół wysokiego na 99 m złotego stożka wysadzanego kamieniami szlachetnymi rozciąga się gąszcz korytarzy, zakamarków i kapliczek. Legenda głosi, że dwaj bracia Tapussa i Bhallika otrzymali od Buddy dar w postaci ośmiu włosów wyrwanych z jego głowy. Po powrocie do domu postanowili, że schowają je w jakimś świętym miejscu, a następnie otoczą kultem. Z pomocą czterech duchów (Sule, Amyitha, Yawhani i Dakkhina) i króla nieba Sakki cenny podarek umieszczono na wzgórzu Singuttara. Szkatułkę z włosami ukryto w skarbcu, na którym wzniesiono kilka mosiężnych stożków. Podobno 2500 lat temu (kiedy to według podań powstała) budowla miała 20 m wysokości, dziś mierzy już 99. Od tego czasu pagoda była wielokrotnie przebudowywana, aby w końcu otrzymać obecny kształt.

 

Każdy zakątek tego świętego miejsca rozbrzmiewa nieustającymi modlitwami. Mniszki w różowych habitach tkwią w bezruchu pogrążone w medytacji, a pielgrzymi oblewają wodą posągi Buddy. Turyści fotografują to niecodzienne widowisko, po czym przysiadają na schodach, żeby skorzystać z darmowego bezprzewodowego internetu i jak najszybciej podzielić się zdjęciami z najbliższymi. W kraju, w którym istnieje duży problem z połączeniem z siecią i prędkością przesyłu danych, udostępnienie technologii Wi-Fi na terenie pagody jest co najmniej zaskakujące.


Buddyzm therawada został ustanowiony religią państwową przez króla Anawrahta (1014–1077), twórcy Królestwa Paganu (I Imperium Birmańskiego). Dziś wyznaje go ponad 80 proc. społeczeństwa. Religia odgrywa ogromną rolę w życiu Birmańczyków, a jej symbole można znaleźć na każdym kroku. Wszędzie zauważamy drogocenne posągi Buddy, różnobarwne ołtarze, przechadzających się po ulicach mnichów, medytujących pielgrzymów. W ciągu roku odbywa się tu wiele religijnych świąt i festiwali. Nawet najbardziej odizolowana od świata wioska ma własną pagodę, w której umieszczono figurę Oświeconego. Do tego każda rodzina zna jakieś wyświęcone osoby, a ich wizerunki trzyma na domowym ołtarzyku, w samochodzie lub portfelu.

 

Świątynie Paganu

207ho.jpg

XIX-wieczny buddyjski klasztor Maha Aungmye Bonzan w mieście Inwa

©MYANMAR TOURISM PROMOTION DEPARTMENT

 

Przed przyjęciem buddyzmu mieszkańcy tych terenów wierzyli w istnienie bytów duchowych zasiedlających drzewa, góry i rzeki. Uważali, że na ich zadowolenie bądź jego brak wpływają zachowania ludzi. Od 1056 r. za sprawą króla Anawrahta wszystko się zmieniło – wierzenia miejscowej ludności zostały wyparte przez buddyzm therawada.

 

Dziś Pagan stanowi jedną z największych atrakcji Azji Południowo-Wschodniej. Zdaniem wielu podróżników tutejszy kompleks świątyń jest bardziej zachwycający niż kambodżański Angkor Wat czy indonezyjski Borobudur. Europejscy badacze do tej pory spierają się, ile pagód, klasztorów i innych sakralnych obiektów znajduje się na tym terenie. W XIII stuleciu było ich prawdopodobnie powyżej 10 tys.

 

Starożytne miasto przetrwało liczne wojny, zmiany dynastii i klęski żywiołowe, jednak nie udało mu się stawić czoła wojskowemu rządowi. Jeszcze kilkadziesiąt lat temu tętniło życiem, obecnie oprócz świątyń nie ma tutaj nic. Na początku lat 90. XX w., podczas rozpoczętej na dużą skalę restauracji zabytkowych obiektów, które ucierpiały w wyniku trzęsienia ziemi z lipca 1975 r., junta zarządziła przymusowe wysiedlenie mieszkańców, bo zaniedbane bambusowe chatki nie pasowały do nowego wizerunku wschodzącej atrakcji turystycznej Birmy.

 

Swój pobyt w Paganie rozpoczęłam fantastycznym wschodem słońca. Wypełnione gorącym powietrzem balony leniwie unosiły się nad zamglonym miastem, a ich kosze niemal dotykały czubków potężnych wież. Jeździłam od pagody do pagody, nie mogąc się nadziwić, że niektóre stoją tu od mniej więcej tysiąca lat. Przez kolejne trzy dni pchałam wypożyczony motorower przez gorące piaski i wchodziłam do każdej świątyni: małej, dużej, pozłacanej, zapomnianej, otulonej labiryntem z czerwonych cegieł. Zachód słońca podziwiałam z wzniesionej w 1057 r. na rozkaz króla Anawrahta Pagody Szwesandaw (Shwesandaw) wraz z tysiącem innych turystów. Mimo otaczającego mnie zgiełku rozmów w dziesiątkach języków świata, widok na rzekę Irawadi i pasmo gór skąpane w ciepłych promieniach zrobił na mnie wielkie wrażenie.

 

Ostatni dzień przesiedziałam w chłodnych murach jednej z budowli. Przyglądałam się życiu lokalnych sprzedawców. W Paganie można dostać najciekawsze pamiątki, m.in. sand paintings, czyli obrazy malowane piaskiem i pigmentem w proszku zrobionym z minerałów lub kryształów, a także piękne produkty z bambusa. Warto pamiętać, że kupując wyroby rękodzieła artystycznego na targach bezpośrednio od wytwórców, wspomagamy ich pracę i rozwój. To byłby idealny dzień, gdybym nie natknęła się na kilkuletnie dzieci w zniszczonych ubraniach oferujące ręcznie zdobione pocztówki. Rodzice zamiast do szkół wysyłają swoje pociechy pod świątynie. Najmłodsi pracują w pocie czoła od świtu do nocy, a za jeden rysunek dostają w przeliczeniu niecałą złotówkę. Wydawać by się mogło, że jest to niewielka kwota, ale znacząco poprawia ona sytuację finansową rodziny. Jedna trzecia ludności Birmy (populacja kraju wynosi ponad 51 mln) żyje za mniej niż dolara dziennie. W tak turystycznych miejscach jak Pagan dzieci są w stanie w prosty sposób odciążyć rodziców. Jednak praca w tak młodym wieku niesie ze sobą poważne konsekwencje.

 

Miasto wśród czterech stolic

 

Mandalaj stanowi z pewnością jedną z najgłośniejszych i najbardziej zaniedbanych metropolii w kraju. Od wczesnych godzin porannych do późnej nocy panuje w niej niesamowity gwar. Mimo to miasto nie jest pozbawione uroku. Nazwałabym je nawet kulturowym centrum Birmy. Ogromna liczba interesujących świątyń i położenie w pobliżu czterech dawnych stolic sprawiają, że warto się tu zatrzymać na kilka dni.

 

W hostelu otrzymałam mapę, na której grubą czerwoną kreską podkreślono atrakcję turystyczną nazwaną „największą książką na świecie”. Od razu wyobraziłam sobie ogromną księgę w mosiężnej, pozłacanej oprawie, stojącą na wysokim wzgórzu. Trochę się myliłam. Ten wyjątkowy egzemplarz znajduje się w Pagodzie Kuthodaw, a jego zawartość spisano na 729 pionowych marmurowych płytach, złożonych w 729 białych stupach. To zbiór świętych tekstów buddyjskich, rozsławiony jako „buddyjska Biblia”. Muszę przyznać, że tym przypadku rzeczywistość okazała się znacznie ciekawsza niż moje wyobrażenia.

 

Kolejnym przystankiem było słynne wzgórze Mandalaj (240 m n.p.m.), z którego rozciąga się niesamowity widok na okolicę. Miejsce to przez długi czas traktowano jako święte, ponieważ zgodnie z legendą Budda w trakcie swojej wizyty na wzniesieniu przepowiedział, że u jego podnóży zostanie założone potężne miasto. I tak 13 lutego 1857 r. na życzenie króla Mindona (1808–1878) rozpoczęto budowę nowego centralnego ośrodka królestwa.

 

W niedalekiej odległości od Mandalaj znajdują się cztery dawne stolice: Mingun, Amayabuya (Amarapura, obecnie stanowi jego przedmieście), Inwa i Sikong (Sagaing). Wycieczkę do nich można odbyć wynajętą rikszą, rowerem lub skuterem. Zdecydowałam się na ten ostatni i z samego rana wyruszyłam w poszukiwaniu starożytnych miast. Kilkanaście minut po opuszczeniu hostelu pożałowałam, że nie zatrudniłam przewodnika. Błądziłam po szutrowych drogach i co chwilę prosiłam przechodniów o wskazówki. Po raz kolejny doświadczyłam bezinteresownej pomocy ze strony Birmańczyków.

 

Mijam podskakujące na dziurach konne powozy, a wokół mnie unoszą się tumany kurzu. Większość dróg w Birmie jest w fatalnym stanie, choć kilka lat temu zadbano o poprawę nawierzchni autostrad łączących główne miasta. W kraju obowiązuje ruch prawostronny, dlatego widok samochodów z kierownicą po prawej stronie może dziwić. Jeszcze w latach 70. XX w. pojazdy poruszały się tu przy lewej krawędzi jezdni, jednak ówczesny premier Ne Win (1911–2002) zdecydował o zmianie. Podobno zasugerował się przepowiednią swojego wróżbity. Od tego czasu wszyscy jeżdżą prawą stroną. W kabinach ciężarówek przystosowanych do ruchu lewostronnego oprócz kierowcy znajduje się nawigator, który daje znać, kiedy należy wyprzedzić wolniejszy samochód lub stado kóz.

 

Po godzinie docieram do miasta Sikong – stolicy Królestwa Sikongu z lat 1315–1364. Podziwiać tutaj można zabytki świadczące o dawnej chwale tej miejscowości. Główną atrakcję stanowią złote pagody położone na wzgórzu Sikong będące ważnym centrum religijnym buddystów. Następnie zatrzymuję się w Inwie (dawna Ava), pełniącej funkcję stołecznego ośrodka przez niemal 360 lat (z kilkoma przerwami) – od 1365 do 1842 r. Została ona stopniowo opuszczona po serii silnych trzęsień ziemi w I połowie XIX w. Najważniejszym zabytkowym obiektem jest tu klasztor Bagaya Kyaung, w całości wykonany z drewna tekowego. Ustawiony na 267 gigantycznych palach, pokryty mnóstwem misternych rzeźb i zdobień kompleks zalicza się do największych tego typu budowli na świecie. Po Inwie przychodzi kolej na Mingun znane z pozostałości świątyni (Mingun Pahtodawgyi), która w pierwotnym założeniu miała być najpotężniejszą stupą na ziemi. Budowę jednak wstrzymano, gdyż astrolog króla Bodawpaya (1745–1819) przepowiedział, że imperium birmańskie upadnie, jeśli jego dzieło zostanie dokończone. Warto zobaczyć tutaj również imponujących rozmiarów, niemal 91-tonowy dzwon z brązu, który uważa się za jeden z największych wciąż funkcjonujących (wydających dźwięk) na naszym globie. Tuż przed zachodem słońca dojeżdżam do miasta Amayabuya. W swojej historii dwukrotnie odgrywało ono rolę birmańskiej stolicy. Było to za czasów dynastii Konbaung – w latach 1783–1821 i 1842–1859. To właśnie w tym miejscu można przejść się po najprawdopodobniej najstarszym i najdłuższym na świecie tekowym moście. Wzniesiony ok. 1850 r. U Bein ma 1,2 km długości i łączy brzegi jeziora Taungthaman.

 

Birmańska Atlantyda

Kyaw_Kyaw_Win_068A613_boat_running_race_in_inlay_lake.jpg

Żyjący nad jeziorem Inle lud Intka słynie z wiosłowania za pomocą stóp

©KYAW KYAW WIN/MYANMAR TOURISM MARKETING

 

Rejon jeziora Inle to otoczona wysokimi szczytami bajkowa kraina położona na wodzie. Drewniane łodzie zastępują w niej samochody, a zamiast mocnych domów z cegieł stawia się małe chaty na palach. Życie płynie tu wolno, od wieków w tym samym rytmie. Samo jezioro jest najpiękniejsze o poranku, kiedy nad zieloną taflą unosi się lekka mgła. W oddali widać sylwetki ludzi pracujących w pływających ogrodach i rybaków zarzucających stożkowe sieci. 

 

Inle leży na wysokości 880 m n.p.m., mierzy 22 km długości i stanowi drugi pod względem wielkości słodkowodny akwen w Birmie. Nad jego powierzchnią wzniesiono miasta i wioski, w których znajdują się szkoły, klasztory, a nawet hotele. Trasa typowej wycieczki wiedzie do manufaktur, gdzie na ręcznych warsztatach kobiety tkają wzorzyste materiały, skręcają słodkie cygaretki i tworzą prawdziwe dzieła sztuki jubilerskiej. Miejscową atrakcją są także pływające plantacje. Lokalni rolnicy uprawiają na nich warzywa, owoce i kwiaty, które każdego ranka trafiają do sklepów położonych po drodze do buddyjskich świątyń. Ostatnim punktem programu jest wizyta na targu. Można się na nim zaopatrzyć w birmańskie pamiątki. W okolicy jeziora znajduje się winnica Red Mountain Estate z ponad 400 tys. winorośli sprowadzonych z Hiszpanii, Izraela i Francji. Warto udać się do niej tuż przed zachodem słońca. Degustacja schłodzonego wina podczas podziwiania widoku na góry skąpane w ciepłym świetle będzie idealnym zakończeniem dnia wypełnionego intensywnym zwiedzaniem. 

 

Nyaungshwe, miasto leżące niedaleko Inle, stanowi też doskonałą bazę wypadową dla turystów lubiących piesze wycieczki. Szlaki są niezmiernie malownicze, wiodą przez zielone wzgórza, rozległe pola ryżowe i małe wioski, po których dzieci biegają na bosaka. Czas zatrzymał się tutaj dawno temu. Chociaż gliniane dzbany zostały wyparte przez plastikowe kanistry, to kobiety wciąż chodzą po wodę do studni, tej samej, z której przez setki lat korzystali ich przodkowie. Na pomarańczowych polach rolnicy pracują motykami, a maluchy noszą młodsze rodzeństwo na plecach.

 

Każdy podróżnik odczuwa potrzebę odkrycia niesamowitości i inności. Wizyta w Birmie z pewnością ją zaspokoi. Kraj ten jest wyjątkowy i fascynujący, ponieważ przez dziesięciolecia był zamknięty na wpływy z zewnątrz, a spragnieni kontaktu z obcokrajowcami Birmańczycy na każdym kroku okazują przybyszom wielkie serce. Dopiero zaczęły tu powstawać pierwsze restauracje McDonald’s czy KFC i sieciowe kawiarnie (np. Starbucks), a w krajobrazie dużych miast brakuje ogromnych szklanych centrów handlowych. Spotkamy za to serdecznych i uśmiechniętych ludzi, którzy swoją życzliwością sprawią, że jeszcze przed wyjazdem do domu zaplanujemy kolejną wizytę. Według danych rządowych Birmę w 2011 r. odwiedziło niemal 400 tys. zagranicznych turystów. W minionym roku liczba ta przekroczyła już 1,1 mln. I choć boom turystyczny wciąż trwa, to w tym kraju bez problemu można znaleźć miejsca nieskażone komercyjną bylejakością. Gościnni Birmańczycy otworzą dla nas swoje domy, obdzwonią całą rodzinę, aby wskazać nam drogę, a w lokalnych autobusach poczęstują ciastkami i winem domowej roboty. Naprawdę trudno będzie nam stąd wrócić do Polski.

 

Artykuły wybrane losowo

Brazylia o smaku açaí

 

MAJA KAŹMIERCZAK-BARTHEL

www.TRAVELINGROCKHOPPER.COM

 

Brazylia nie jest typowym turystycznym rajem. Z jednej strony kojarzy się z pięknymi piaszczystymi plażami i słoneczną pogodą, a z drugiej – z ogromną biedą i przestępczością. Oczywiście, nie można zapominać, że dla wielu to po prostu królestwo piłki nożnej, a ten sport ma tutaj prawie status religii. Turyści, którzy odwiedzili kraj Brazylijczyków, zakochują się za to w smaku açaí, czyli owoców euterpy warzywnej, jednego z gatunków tropikalnych palm z Ameryki Południowej.

 

FozIguacu0797

Park Narodowy Iguaçu od 1986 r. znajduje się pod ochroną UNESCO

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

Od 1960 r. stolicą Brazylii jest 3-milionowa Brasília. Wcześniej tę funkcję pełniło Rio de Janeiro. Władze zdecydowały jednak, że najważniejszy ośrodek administracyjny państwa powinien znajdować się raczej w głębi kraju. Nowe miasto zbudowano w ciągu 41 miesięcy na niemal niezamieszkanym terenie. Jego wygląd i układ zostały precyzyjnie zaplanowane. Co ciekawe, Brasílię zaprojektowano w taki sposób, żeby widziana z góry przypominała swoim kształtem ptaka albo samolot. Brazylijska stolica to swojego rodzaju ciekawostka turystyczno-architektoniczna. Niestety, leży dość daleko od głównych atrakcji kraju i dlatego turyści często ją omijają. Trafiają tu zwykle raczej miłośnicy architektury i urbanistyki.

 

Brazylia to największe państwo Ameryki Południowej – ma ponad 8,5 mln km² powierzchni i prawie 210 mln mieszkańców. Jest niesamowicie różnorodna, także pod względem przyrodniczym. Z tego powodu trudno opisać ją w krótkim artykule. Postaram się jednak nieco przybliżyć ten kraj.

 

Bondinho e Morro da Urca vistos Foto Alexandre Macieira Riotur

Bondinho do Pão de Açúcar – kolejka linowa kursująca na Głowę Cukru

© ALEXANDRE MACIEIRA/RIOTUR

 

JAGODY Z PALMY

 

Zacznę od wspomnianych już owoców, z którymi często Brazylia kojarzy się osobom ją zwiedzającym. Açaí (czyt. asai) wyglądają jak małe fioletowe winogrona albo duże borówki – pewnie dlatego bywają nazywane jagodami. Są ważnym składnikiem diety mieszkańców lasów tropikalnych w dorzeczu Amazonki.

 

W wielu miejscach w Brazylii można natrafić na pyszne desery z açaí, takie jak açaí na tigela (w dosłownym tłumaczeniu „açaí w misce”). To mrożony mus z tych jagód z dodatkiem cukru i innych owoców. Obowiązkowo należy go spróbować podczas wizyty w tym kraju. Polecam też sprawdzić, jak smakują same açaí. Deser jest dosładzany, z reguły zbyt mocno, więc warto od razu poprosić o mniejszą ilość cukru.

 

Poza Ameryką Południową te osobliwe owoce uważane są za tzw. superżywność. Od kilku lat promuje się je jako produkt pomagający w odchudzaniu, zawierający mnóstwo składników mineralnych i odżywczych. Również w Polsce można kupić rozmaite suplementy diety zawierające açaí. Część rozpowszechnianych informacji na temat jagód euterpy warzywnej nie jest oparta na żadnych badaniach naukowych. Jednak od lat eksportuje się z Brazylii coraz więcej tych owoców, czasem kosztem lokalnej ludności, która traci ważne źródło witamin.

 

Gdy wracałam z mojej brazylijskiej wyprawy, już zakochana w niezwykłych jagodach, zamarzyło mi się, aby zabrać je do domu. Niestety, açaí bardzo szybko się psują. W Rio de Janeiro znalazłam owoce w proszku, które od razu kupiłam i szczęśliwa wróciłam do Polski. Okazało się jednak, że po takim przetworzeniu nie smakują one jak w brazylijskim deserze. Przez jakiś czas byłam bardzo zdeterminowana w swoich poszukiwaniach i gdziekolwiek zobaczyłam produkt spożywczy z açaí (lody, czekoladę, suszone jagody itd.), natychmiast go kupowałam. W końcu przekonałam się, że te owoce powinno się jeść tylko w Brazylii. Może dzięki temu są one takie wyjątkowe… A jeżeli ktoś chce zdrowo się odżywiać, to idealnym składnikiem jego diety będą zwykłe polskie jagody, porzeczki, maliny, żurawiny czy borówki. Nie dajmy się oszukiwać rozmaitym firmom obiecującym, że ich produkty z açaí odmienią nasze życie.

 

TROPIKALNA AMAZONKA

 

Odpowiedź na pytanie, która rzeka na ziemi jest najdłuższa, okazuje się nie taka oczywista. Nauczyciele z Ameryki Południowej mają często na ten temat inne zdanie niż ci z Europy – pierwsi nieraz przyznają pierwszeństwo Amazonce, a drudzy Nilowi. W obu przypadkach można podeprzeć się źródłami i opiniami badaczy potwierdzającymi słuszność danego stwierdzenia. Nie zmienia to jednak faktu, że obie rzeki są wyjątkowe.

 

W trakcie pobytu w Brazylii, jeżeli tylko jest taka możliwość, warto spędzić trochę czasu w tropikalnym lesie. Nawet w Amazonii udaje się znaleźć różne formy zakwaterowania: od wygodnych hoteli po prymitywne miejsca noclegowe. Jeśli ktoś obawia się nocować w otoczeniu dzikiej przyrody, wystarczy, że wybierze się na kilkugodzinny rejs po Amazonce. W tak krótkim czasie również można dostrzec wyjątkowość tej wspaniałej rzeki, spotkać niesamowite zwierzęta i zobaczyć rozmaite rośliny. Szczególnie polecam nasłuchiwać odgłosów ptaków i rozglądać się za tymi bajecznie kolorowymi!

 

MOTYLE ZNAD IGUAÇU

 

Gdy wspominam brazylijską przyrodę, mam przed oczyma ogromne liście palm, papugi i tukany oraz barwne motyle spotkane przy wodospadach Iguaçu. Te ostanie leżą na granicy Brazylii i Argentyny, na rzece o tej samej nazwie. Niedaleko rozciąga się już terytorium Paragwaju, ale na jego terenie główną atrakcją jest potężna zapora Itaipú na rzece Paranie. Najlepsze punkty widokowe znajdują się po brazylijskiej i argentyńskiej stronie, odpowiednio w miastach Foz do Iguaçu i Puerto Iguazú.

 

Iguaçu są jednymi z największych wodospadów na świecie, a według mnie należą do najbardziej imponujących. Warto przeznaczyć nawet dwa dni na samo ich podziwianie z rozmaitych miejsc w Brazylii i Argentynie. Podczas spaceru ścieżkami w tej okolicy można spotkać różne ptaki i zwierzęta, a przede wszystkim ogromną ilość kolorowych motyli. Osobiście uważam, że argentyńska część wodospadów prezentuje się dużo lepiej niż brazylijska, jest także bardziej zróżnicowana (aż ok. 80 proc. powierzchni Iguaçu leży w Argentynie). Ta druga też ma sporo uroku i w niej nad kaskadami z reguły łatwiej tworzy się tęcza.

 

KRAJ W MINIATURZE

 

Czasem mówię, trochę przekornie, że jeżeli nie odwiedziliśmy jakiegoś miejsca w danym kraju, to tak jakbyśmy wcale w nim nie byli. W przypadku Brazylii chodzi zdecydowanie o Rio de Janeiro. Może takie stwierdzenie wydaje się trochę na wyrost, ale to 6,5-milionowe miasto i jego okolice odzwierciedlają charakter ojczyzny Brazylijczyków z rozmaitymi jej cechami: tymi najlepszymi, najciekawszymi, ale i najgorszymi. W Rio de Janeiro każdy znajdzie coś dla siebie, niezależnie, czy w podróżach najbardziej fascynuje go przyroda, uprawianie sportu, kultura, zabytki, jedzenie, plażowanie czy szalona zabawa.

 

Są tu trzy takie miejsca, które koniecznie trzeba zobaczyć – pomnik Chrystusa Odkupiciela (Cristo Redentor), Głowa Cukru (Pão de Açúcar) i plaża Copacabana. Warto także wybrać się do Parku Narodowego Tijuca (Parque Nacional da Tijuca), pospacerować po najstarszej dzielnicy miasta i wypić w niej kawę, zajrzeć na plażę Ipanema, a z daleka przyjrzeć się fawelom. Każdego dnia polecam pić soki z pysznych świeżych owoców dostępnych na każdym rogu ulicy i obowiązkowo rozkoszować się açaí.

 

DWA WZGÓRZA

 

Pomnik Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro został zbudowany w dużej mierze dzięki datkom brazylijskich katolików. Zaprojektował go francuski rzeźbiarz polskiego pochodzenia Paul Landowski (1875–1961). Statuę wykonano we Francji i w 1931 r. przewieziono do Brazylii. Pomnik jest ogromny, mierzy 30 m (bez 8-metrowego cokołu), a rozpiętość ramion Chrystusa (od końca palców jednej ręki do drugiej) wynosi 28 m.

 

Figura stoi w niezmiernie urokliwym miejscu, na wzgórzu Corcovado (710 m n.p.m.). Jeżeli kogoś nie interesują zabytki religijne, i tak powinien się tutaj wybrać, bo rozpościera się stąd wspaniały widok na okolicę. Do pomnika można dojść na piechotę lub część trasy pokonać kolejką (Trem do Corcovado). Jeżeli według prognozy pogody na dany dzień przewidziano burze, lepiej przełożyć wycieczkę na Corcovado. W wysoką statuę czasami uderzają pioruny. W styczniu 2014 r. w ten właśnie sposób została ona uszkodzona.

 

Wzgórze Głowa Cukru jest niemal o połowę niższe od Corcovado (osiąga wysokość 396 m n.p.m.). Stanowi ono kolejny świetny punkt widokowy w Rio de Janeiro, który zdecydowanie warto odwiedzić. Co więcej, to bardzo charakterystyczny symbol miasta – ze względu na nietypowy kształt łatwo rozpoznać go na każdym zdjęciu. Na szczyt można wjechać kolejką linową (Bondinho do Pão de Açúcar) albo się wspiąć. Tutejsze trasy wspinaczkowe z pewnością zadowolą miłośników sportów ekstremalnych.

 

CUDOWNE PLAŻE

 

Podobno najpiękniejsze na świecie plaże znajdują się w Brazylii. To stwierdzenie nie wzięło się znikąd! Piaszczyste wybrzeże ciągnie się tu kilometrami (linia brzegowa tego kraju ma aż 7491 km!). Najbardziej znane plaże leżą w stanach: Bahia, Ceará i Pernambuco (jego granice obejmują cudowny archipelag Fernando de Noronha). W Rio de Janeiro na zainteresowanie zasługują przede wszystkim dwie.

 

Copacabana jest położona w dzielnicy o tej samej nazwie. To prawdopodobnie najsłynniejsza plaża na świecie i wręcz kultowe miejsce w mieście. Oczywiście, można na niej się opalać, kąpać, grać w siatkówkę i obowiązkowo piłkę nożną. Poza tym odbywają się tutaj rozmaite imprezy kulturalne i sportowe. Charakterystyczny wzór pokrywający miejscową promenadę umieszcza się na wielu pamiątkach z Brazylii. Copacabana ma długość ponad 4 km. Sąsiaduje z inną piękną plażą, którą także warto zobaczyć – Ipanemą.

 

BRAZYLIJSKA MIŁOŚĆ DO PIŁKI

 

Nie jestem pewna, czy istnieje na świecie drugi taki kraj, którego mieszkańców tak silnie łączy wspólna pasja – miłość do piłki nożnej. Brzmi to wręcz jak stereotyp, jednak nie da się ukryć, że każde brazylijskie miasto ma przynajmniej jeden stadion piłkarski, a podczas spaceru w Brazylii, czy to wzdłuż plaży, czy ulicy, prawie zawsze dostrzeżemy kogoś biegającego za piłką.

 

Narodową fascynację tym sportem widać szczególnie w trakcie międzynarodowych mistrzostw. Cały kraj wygląda wtedy jak sparaliżowany – sklepy są zamykane, dzieciom skraca się zajęcia w szkołach, a w większych firmach pracodawcy zapewniają telewizory, aby pracownicy mieli szansę śledzić przebieg meczów. Choć w wielu innych stronach świata mundial wzbudza podobne emocje, Brazylię opanowuje istne szaleństwo.

 

Wydawać by się mogło, że piłka nożna od zawsze była tutaj częścią kultury. Jednak dopiero pod koniec XIX w. szkoccy i angielscy emigranci rozpowszechnili ten sport (za ojca brazylijskiego futbolu uważa się Charlesa Millera). Bardzo szybko zyskał on ogromną popularność w Brazylii. Każdy mógł grać w piłkę nożną. Potrzebne było jedynie miejsce do gry i coś okrągłego do kopania.

 

GORĄCE RYTMY

 

24389490043 0dd320be9d o

Największą atrakcją karnawału w Rio de Janeiro jest parada szkół samby

© FERNANDO GRILLI/RIOTUR

 

Co jest bardziej brazylijskie: piłka nożna czy samba? Ani jedno, ani drugie nie narodziło się w tym kraju, ale obie rzeczy są zdecydowanie jego symbolami.

 

Samba to taniec towarzyski. Wywodzi się prawdopodobnie ze zwyczajów afrykańskich niewolników z ludów Bantu, choć niektórzy dopatrują się w nim również europejskich wpływów. Co ciekawe, dość długo był uważany za nieprzyzwoity i bogaci Brazylijczycy go nie tańczyli. Obecnie samba ma bardzo wiele stylów: od klasycznego prezentowanego w parach na turniejach do swobodnego, ekspresyjnego, rodem z dyskoteki, a pewne jej elementy przeniesiono nawet do sali sportowej.

 

Z tym widowiskowym tańcem nieodłącznie wiąże się karnawał w Rio de Janeiro, kolejny symbol Brazylii. Impreza trwa od piątku do Środy Popielcowej (w 2018 r. od 9 do 13 lutego) i szacuje się, że codziennie bawi się na niej ok. 2 mln ludzi. W większości są to Brazylijczycy, mniej więcej 20 proc. stanowią obcokrajowcy. Świętuje się nie tylko na słynnym sambodromie (Sambódromo da Marquês de Sapucaí), ulicach miasta, ale także na plażach, w barach i klubach – wszędzie, gdzie tylko się da.

 

Spędzenie karnawału w Rio de Janeiro ma swoje wady i zalety. Na pewno jest to jedyne w swoim rodzaju doświadczenie. Z drugiej strony trzeba pamiętać, że w tym czasie znalezienie tu noclegu będzie bardzo trudne, więc należy wszystko zarezerwować z dużym wyprzedzeniem. Poza tym towarzystwo ogromnych tłumów po jednym dniu szaleństwa może stać się uciążliwe, szczególnie dla osób nieprzyzwyczajonych. W takim ścisku łatwiej też paść ofiarą kradzieży czy nawet napaści.

 

ŚRODKI OSTROŻNOŚCI

 

Niestety, opowieści o przestępczości w Brazylii nie są wyssane z palca. Choć wszędzie na świecie może nam się przytrafić coś złego i nie brakuje złych ludzi, w pewnych miejscach w tym kraju trzeba bardziej uważać. Jeśli zachowamy zdrowy rozsądek, nie będziemy chodzić sami nocą po ulicach i plażach itp., najpewniej wrócimy do domu bogatsi tylko o pozytywne doświadczenia.

 

Przed wyjazdem do Brazylii, a przede wszystkim do Rio de Janeiro, mój znajomy Brazylijczyk ostrzegał mnie, że jest tu bardzo niebezpiecznie i dawał rozmaite porady. Opowiadał, że gdy sam odwiedza to miasto, nosi ze sobą zawsze dwa portfele. Jeden, ten z dokumentami i gotówką chowa głębiej, a drugi, przeznaczony dla ewentualnego złodzieja i wypełniony drobnymi pieniędzmi, żeby wyglądał w miarę wiarygodnie, trzyma gdzieś na wierzchu. Jeżeli ktoś w Rio de Janeiro zechce zabrać nam portfel czy cokolwiek innego, lepiej zbytnio nie protestować, aby nie pogorszyć sytuacji.

 

INNE OBLICZE RAJU

 

Przestępczość w Rio de Janeiro związana jest w dużej mierze z miejscami największej biedy – fawelami. Nazywa się tak ubogie dzielnice, położone wokół centrów miast, często na wzgórzach, w których domy zbudowane są dosłownie z czegokolwiek, np. z materiałów znalezionych na śmietniskach – tektury, sklejek, desek, blach itp. Szacuje się, że ok. 6 proc. ludności Brazylii mieszka w fawelach. W samym Rio de Janeiro jest to zdecydowanie większy odsetek (mniej więcej 22 proc.).

 

Fawele prawdopodobnie powstały pod koniec XIX w., gdy wyzwoleni niewolnicy lub żołnierze, którzy nigdy nie otrzymali swojej zapłaty, szukali miejsca do życia. Nie mieli niczego, zaczęli więc budować sobie domy z materiałów, jakie były pod ręką. Z czasem bieda doprowadziła do wzrostu przestępczości, nierzadko związanej z narkotykami. Fawele rządzą się swoimi prawami, więc nawet policja unika wkraczania na ich teren.

 

Jest wiele filmów pokazujących życie w Brazylii. Warto obejrzeć kilka z nich przed wizytą w tym kraju albo po niej. Do bardziej znanych należy Miasto Boga z 2002 r. Produkcję oparto na książce brazylijskiego pisarza Paula Linsa, która opowiada o życiu młodych chłopców z faweli w Rio de Janeiro.

 

W te rejony w Brazylii turysta nie powinien wybierać się sam. Taka przygoda może być niebezpieczna i bardzo źle się skończyć. Od kilku lat lokalne biura podróży oferują zwiedzanie faweli, ale z reguły tych dość rozwiniętych i względnie bezpiecznych, które dostają pomoc finansową od organizatorów wycieczek. Jest także wiele agencji organizujących przejazdy opancerzonym autobusem przez losowo wybrane dzielnice biedy. Z tego typu atrakcji lepiej zrezygnować – fawele to nie zoo, a osiedla, gdzie mieszkają ludzie, którzy nie mieli w życiu tyle szczęścia co my.

 

Salvador0362

Dzielnica Pelourinho w Salvadorze z arcydziełami brazylijskiego baroku

© EMBRATUR IMAGE BANK

 

MIASTO NAD ZATOKĄ

 

Stan Bahia należy do tych części Brazylii, które słyną ze wspaniałych plaż. Dodatkowo nad Zatoką Wszystkich Świętych (Baía de Todos os Santos) znajduje się tutaj region Recôncavo, uznawany za miejsce narodzin samby de roda, wpisanej na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Stolicą Bahii jest klimatyczny Salvador (Salvador da Bahia), który koniecznie trzeba odwiedzić. Jeśli mamy do wyboru wizytę w tym mieście lub Brasílii, zdecydowanie warto zdecydować się na to pierwsze.

 

W Salvadorze czeka na turystów wiele atrakcji, łącznie z tutejszym niezmiernie barwnym karnawałem. Najciekawsza wydaje się być historyczna dzielnica Pelourinho. Kojarzy mi się ona z La Bocą w Buenos Aires w Argentynie. Oba miejsca są wypełnione kolorowymi budynkami, tańcem i muzyką, dzięki czemu przyciągają licznych przybyszów z zagranicy.

 

SKARBY PRZYRODY

 

Na zakończenie chciałabym wspomnieć o kilku parkach narodowych. Brazylia jest jednym z największych państw na świecie, więc na jej terytorium znajduje się ich wiele. Do może mniej znanych niż bardzo popularne wśród turystów Park Narodowy Iguaçu i Park Narodowy Tijuca, ale z pewnością niezmiernie ciekawych należą: Lençóis Maranhenses (w stanie Maranhão), Aparados da Serra (na granicy Rio Grande do Sul i Santa Catarina), Serra da Bodoquena (na terenie Mato Grosso do Sul), Pantanal Matogrossense (na obszarze Mato Grosso), Chapada dos Veadeiros (w Goiás) i Fernando de Noronha (w Pernambuco). Warto odwiedzić każdy z nich, ale jeśli kogoś w podróży goni czas, polecam szczególnie wizytę w tym pierwszym. Zwykle robi on na przybyszach zaskakujące wrażenie, bo nie wygląda jak typowy brazylijski region – w kraju kojarzonym z rozległymi lasami deszczowymi i dziewiczą Amazonią nie spodziewamy się zazwyczaj pustynnych pejzaży. A jednak olbrzymi obszar Parku Narodowego Lençóis Maranhenses (Parque Nacional dos Lençóis Maranhenses) pokrywają piaszczyste wydmy. W porze deszczowej pomiędzy nimi powstają malownicze jeziora. Widoki są tu wręcz bajeczne!

 

NA ZDROWIE!

 

Brazylia to ogromny, bardzo różnorodny kraj, zachwycający piękną przyrodą i mnóstwem atrakcji. Trzeba jednak pamiętać, że doniesienia o dość wysokiej przestępczości w tym państwie bywają nierzadko prawdziwe. Mimo to ostrożność i zdrowy rozsądek powinny zapewnić nam bezpieczną podróż.

 

A jeżeli moje opowieści o açaí kogoś nie przekonały, dodam coś jeszcze na temat dwóch typowych brazylijskich napoi. Po pierwsze, niektórzy uważają, że najlepsza kawa na naszym globie pochodzi z Brazylii. Można też spotkać się z opinią mówiącą, że w tym przypadku ilość zwycięża nad jakością. Według mnie prawda leży gdzieś pośrodku. Brazylia jest największym światowym eksporterem kawy, więc nastawienie na masową produkcję nie powinno dziwić. Dlatego jakość napoju czasem nie zadowala prawdziwych smakoszy. Jednak i tu znajdują się mniejsze plantacje, które w pierwszej kolejności stawiają na uzyskanie jak najlepszych ziaren.

 

Inny tradycyjny brazylijski napitek to caipirinha, koktajl na bazie miejscowego alkoholu z fermentowanego soku z trzciny cukrowej, zwanego cachaçą, z limonką, cukrem i lodem. Bez większych problemów można przygotować ją samemu w domu, a jeszcze łatwiej zamówić ten drink w barze. Jednak caipirinha pita w pasjonującej Brazylii na pewno będzie smakować inaczej.

 

Nepal – w cieniu Himalajów

MAŁGORZATA MIKULSKA

 

Niejeden zapalony podróżnik marzy o ujrzeniu na własne oczy okrytych wiecznym śniegiem nepalskich ośmiotysięczników. Majestat najwyższych gór świata przyciąga jak magnes wszystkich, którzy pragną zmierzyć się z siłami natury. Jest coś pierwotnego, a jednocześnie podniosłego w tej wędrówce wśród przepaści, górskich jezior i osad ludzkich odciętych od cywilizacji w kraju, gdzie buddyzm przeplata się z hinduizmem, tworząc osobliwą mistyczną mozaikę.

  FOT. MAŁGORZATA MIKULSKA

Nepal wydaje się z pozoru maleńkim, ubogim państwem, umiejscowionym pomiędzy dwiema potęgami światowymi: Chinami i Indiami. Obszar kraju zajmują w ponad 80 proc. góry o średniej wysokości 6 tys. m n.p.m., co znacznie ogranicza możliwość szybkiego przemieszczania się. Takie ukształtowanie terenu stwarza dość trudne warunki do życia. Jednak dzięki temu, że pasma górskie rozciągają się wzdłuż granic Nepalu, izolują go od wpływów z zewnątrz. Dlatego mogła tu powstać bardzo unikalna mieszanka kulturowa. Himalaje odcinają Nepal od Tybetu i Chin, a góry Mahabharat od Indii. 

Więcej…

DOMINIKANA TO STAN UMYSŁU

MARCIN WESOŁY

 

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

<< Raj to poniekąd rzecz względna – również w Republice Dominikańskiej. W tym malowniczym zakątku świata może być bajkowo tylko gdzieniegdzie – ale za to jak bardzo! Niebiańskie Karaiby to bardziej stan umysłu. Gdy człowiek napatrzy się na zjawiskowe pejzaże, posiedzi w cieniu palmy nad brzegiem lazurowej wody, zakosztuje tropikalnych specjałów, popije koktajli na bazie rumu, odwzajemni serdeczne uśmiechy Dominikańczyków, to zechce tutaj wracać jak najczęściej… Wizyta w tym karaibskim kraju pozostawia w duszy ślad na całe życie! >>

 

Republika Dominikańska, położona na wyspie La Española (znanej w Polsce jako Haiti) na Morzu Karaibskim, to popularny kierunek podróży szczególnie wśród tych turystów, którzy raz w roku (zimą) uciekają przed niesprzyjającą pogodą we własnym kraju. Językiem urzędowym jest hiszpański i mimo iż jego tutejsza odmiana nieco różni się od wersji z Półwyspu Iberyjskiego, nie stanowi to przeszkody w komunikacji (oczywiście, dla znających go osób). Poza tym sami Dominikańczycy są niezmiernie otwarci i towarzyscy, więc naprawdę trudno się z nimi nie dogadać.

Więcej…