MARCIN WESOŁY

 

<< Foldery biur podróży wypełniają zdjęcia kolorowych kubańskich domów, wypucowanych starych amerykańskich samochodów, uśmiechniętych par tańczących salsę i Kubańczyków kurzących cygara. Tak wygląda Kuba dewizowych turystów. Aby zobaczyć tę prawdziwą, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i nie bać się wyjść jej naprzeciw. >>

Hiszpańscy osadnicy zbudowali niegdyś potęgę swojej kolonii na handlu cukrem, tytoniem i kawą, a także niewolnikami. Dziś Republika Kuby należy do najsłynniejszych państw komunistycznych na świecie, a brodatą twarz Fidela Castro rozpoznają niemal wszyscy. Jej główna wyspa jest jednocześnie największą w archipelagu Wielkich Antyli i na całych Karaibach. W stolicy kraju, znajdującej się nad Zatoką Meksykańską Hawanie, żyje obecnie ponad 2 mln mieszkańców.

Na hawańskim lotnisku podczas kontroli paszportowej podaję młodemu funkcjonariuszowi wymagane dokumenty. Ten odbiera je ode mnie i prosi, abym ustawił się do zdjęcia. Potem długo czekam, zanim wreszcie słyszę zbawienny odgłos przystawianego stempla.

Mundurowy, oddając mi papiery, ponownie lustruje mnie z nieco zagadkową fascynacją. Po czym dumnie wyprężony z uśmiechem oznajmia: Bienvenido a Cuba, compañero! (Witamy na Kubie, towarzyszu!). Jestem zaskoczony. Z czystej ciekawości zerkam na świeżo podbitą tarjeta de turista (kartę turysty). Teraz rozumiem: kubański żandarm wsunął ją między te strony w moim paszporcie, gdzie widnieje nieaktualna wiza do... Socjalistycznej Republiki Wietnamu. Już na początku wzięli mnie za swojego!

 

Hawana w nocy, Hawana w dzień

W La Habana Vieja, czyli Starej Hawanie, mieszkam przy ulicy Luz, co znaczy „światło”. Nie brakuje go tutaj za dnia. Po zmroku nazwa ta traci jednak sens albo brzmi co najmniej ironicznie. Niewiele tu latarni. Poza tym ledwo się palą. Pod jedną z nich czuwa stróż porządku z Policía Nacional Revolucionaria (Narodowej Policji Rewolucyjnej). Kilka przecznic dalej, w lichym blasku kolejnej stoi jego koleżanka. Spotkamy tu wiele młodych Kubanek w mundurach. Wszystkie są urodziwe, lecz zarazem to niesłychane służbistki. Dzięki nim również po zachodzie słońca jest bezpiecznie.

Tymczasem za dnia Hawanę lepiej oglądać przez różowe okulary. Wtedy wciąż wydaje się niezrównanie piękna, niezwykła i ponadczasowa. Bez tego optymistycznego nastawienia ujrzymy wiele nieszczęść, jakie dotknęły tę dawną „Perłę Antyli” przez ostatnie pół wieku. Kto nie zobaczy Hawany, ten jej nie pokocha – mówi przysłowie. Dziś łatwiej wywołuje ona, niestety, uczucie litości. Niegdyś okazałe i kunsztownie zdobione kamienice popadły w ruinę, a ich najlepsze czasy wydają się odległym wspomnieniem. Pozostawione same sobie na dekady niszczały z roku na rok. Miała to być nieubłagana zemsta za bogactwo i blichtr poprzedniej epoki. Wyrok na kubańską stolicę wydał podobno sam argentyński rewolucjonista Ernesto „Che” Guevara. Wjechał do niej triumfalnie w styczniu 1959 r. i – jak pisze nieżyjący już kubański autor Guillermo Cabrera Infante w książce Mea Kubaznienawidził Hawanę pierwszej nocy i ogłosił nienawistnym kolaboranckim miastem. W starciu z ascetycznymi ideałami rewolucji nie miało ono zatem żadnych szans. W dzielnicy La Habana Vieja znajdziemy niewielki Plaza del Cristo (plac Chrystusa). Przylega on do gwarnej ulicy Brasil, prowadzącej pod same schody El Capitolio (Kapitolu) – dawnej siedziby kubańskiego rządu. W tej okolicy wyróżnia się szczególnie jeden budynek. Jest to bardzo zaniedbany dom, od którego bije wręcz jakiś smutek. Wisi na nim ledwie widoczny, przerdzewiały szyld z napisem La Maravilla, czyli po hiszpańsku „Cud”.

Na szczęście, stołeczne zabudowania są powoli odrestaurowywane. Sprowadzeni z zagranicy specjaliści współpracujący z UNESCO świetnie sobie radzą. Rewolucyjny rząd podobno nie wtrąca się do prac renowacyjnych. Tymczasem ich efekty podziwiają głównie turyści, płacący dewizami. To dla nich odtwarza się zabytkowe place, hotele, parki i deptaki, wyznacza szlaki zwiedzania i przywołuje minioną świetność kubańskiej stolicy...

 

Podwójna waluta i chińska dzielnica

W Hawanie na przekór wszystkim próbuję korzystać z kubańskiego peso (CUP). Tak zwane peso kubańskie wymienialne (CUC) wyciągam z kieszeni niechętnie, mimo iż powinienem sięgać po nie za każdym razem. Na Kubie są w użyciu dwie waluty. Pierwsza ma służyć Kubańczykom, druga – przede wszystkim obcokrajowcom. W praktyce za tę pierwszą niewiele można kupić, a tą drugą płaci się w sklepach dewizowych i wszędzie tam, gdzie zjawiają się przyjezdni.

Odwiedzam niepozorne jadłodajnie w Barrio Chino, czyli Chińskiej Dzielnicy, chyba jedynej na świecie, gdzie trudno spotkać jej pierwotnych mieszkańców. Po zwycięstwie rewolucji Chińczycy pragmatycznie opuścili Kubę i przenieśli swoje interesy do Stanów Zjednoczonych. W rezultacie w hawańskim Chinatown zamawiam ze skromnego menu coś na sposób kubański i płacę w walucie dla miejscowych. Potem wpadam do baru, gdzie serwują guarapo z lodem, czyli świeży sok z trzciny cukrowej. Gdzieś na ulicy w Centro Habana (Centrum Hawany) udaje mi się zdobyć inne frykasy: wypieki z marmoladą z gujawy albo świeże, jeszcze ciepłe pączki. Na koniec biorę café cubano – kawę z dużą ilością cukru, nalewaną prosto z termosu do filiżanki wielkości naparstka. Kosztuje tylko 1 kubańskie peso, a smakuje jak marzenie. W kawiarni dla turystów damy za nią również 1 peso, tyle że wymienialne. Za tę kwotę wypiję tutaj z Kubańczykami ponad 20 filiżanek. Oto walutowe szaleństwo!

 

Gdzie Hemingway przychodził na drinka

W barze La Bodeguita del Medio byłem tylko raz, aby spróbować mojito, którym dawniej raczył się w nim z ukontentowaniem amerykański pisarz Ernest Hemingway (1899–1961). Jednak obecnie trudno w tych ścianach wyczuć jego ducha. Niełatwo też wejść za dnia do tego obleganego przez turystów przybytku. Barmani noszą tu odprasowane kremowe guayabery, typowe karaibskie koszule. Zza ciemnego, wysłużonego kontuaru serwują ten słynny koktajl na bazie trzyletniego rumu z miętą, brązowym cukrem, limonowym sokiem i wodą sodową rzeszy chętnych z całego świata. Mimo iż przyrządza się go dzisiaj w bardzo dużych ilościach, jego jakość nie rozczarowuje. Równie dobrze smakuje daiquiri, kolejny kubański drink rozsławiony przez autora powieści Komu bije dzwon. Wypijemy go np. w barze El Floridita – jego drugim ulubionym lokalu w Hawanie, niestety, obecnie niezmiernie komercyjnym. Niegdyś Hemingway przychodził tutaj regularnie. Zamawiał specjalnie dla niego przygotowywaną wersję daiquiri: bez cukru, za to z podwójnym rumem i odrobiną soku z dojrzałego grejpfruta. Obecnie naturalnej wielkości rzeźba pisarza strzeże jego dawnego, stałego miejsca przy kontuarze, za którym barmani bez przerwy szykują koktajle dla tłumu turystów…

FOT. MARCIN WESOŁY

Słynne kubańskie mojito

 

Wehikuły czasu

Mówi się o nich potocznie almendrones, czyli migdałowce, a to ze względu na ich osobliwą wytrzymałość i zdolność przetrwania. Skorupę migdałów niełatwo rozłupać. Równie ciężko rozbić nabity stalą, chromem i niklem pancerz tych wysłużonych amerykańskich aut z lat 50. XX w. Klasą i dostojeństwem biją na głowę całą resztę pojazdów poruszających się po kubańskich drogach. Można je spotkać na całej wyspie, chociaż zdecydowanie najwięcej jest ich w samej Hawanie. Chevrolety, buicki, oldsmobile, chryslery, fordy, plymouthy czy cadillaki niezmiennie królują na jej ulicach. Dzięki temu Kuba już dawno stała się unikalnym na skalę światową skansenem motoryzacji z eksponatami, które są ciągle w użyciu. To także raj dla kolekcjonerów zabytkowych aut. Mają oni teraz z czego się cieszyć, bowiem ostatnie reformy dopuszczają już handel samochodami dla obcokrajowców, stałych lub tymczasowych rezydentów. Możliwe, że za jakiś czas wiele z tych nobliwych pojazdów opuści Kubę. Ta prognoza nie napawa jednak optymizmem... 

 

Nad brzegiem Zatoki Meksykańskiej

W okolicy Hawany leżą wyjątkowo piękne plaże. Dawniej okupowali je Kubańczycy, głównie habaneros – hawańczycy, którzy zjeżdżali na nie podczas weekendów, aby rozkoszować się morzem o trzech kolorach, napić się rumu, potańczyć i powierzyć morskiej toni miłosne sekrety. Plaże te rozciągają się dwadzieścia kilka kilometrów na wschód od kubańskiej stolicy. Jedna z nich jest szczególnie urodziwa. Jej nazwa – Santa María del Mar – mogłaby posłużyć za tytuł tęsknego bolera. Dostaniemy się na nią miejskim autobusem za czterdzieści centavos. Plażowiczów nigdy tu nie brakuje, ale tłok wcale nie przeszkadza, zwłaszcza gdy z radiowych głośników rozbrzmiewają gorące rytmy salsy…

 

Cohiba znaczy luksus

Na Kubie paliłem cygara, gdy tylko miałem okazję, czyli w praktyce dość często. Według Hemingwaya te najszlachetniejsze namiętne Kubanki zwijają na swych udach. Ta romantyczna wizja (prawdziwa czy też nie) bardzo mi odpowiada, ponieważ oddaje typowo zmysłowy klimat Karaibów, więc szkoda ją dementować. Kubańczycy jednak ponoć za nią nie przepadają. Dawniej słynna fabryka El Laguito na obrzeżach kubańskiej stolicy zatrudniała wyłącznie kobiety. Dzisiaj wytworne cygara marki Cohiba są dziełem zarówno męskich, jak i żeńskich dłoni.

W samolocie lecącym z Londynu do Hawany spotkałem wyjątkową Kubankę. Wracała z 3-miesięcznego, europejskiego tournée. W Europie miała tylko jedną prestiżową misję: skręcać markowe cygara i promować ich najdoskonalsze rodzaje wśród potencjalnych kontrahentów. Moja towarzyszka podróży nazywała się Berta Corzo Thorpe. Warto zapamiętać to nazwisko. Szansa przypadkowego spotkania osoby, która bezpośrednio odpowiada za kontrolę jakości najlepszych na świecie cygar, jest raczej niewielka. Od lat pracuje ona we wspomnianej kubańskiej fabryce El Laguito. Nadzoruje w niej pracę ponad dwustu „zwijaczy”. Czuwa, aby cygara powstawały według uznawanych standardów, miały idealny kształt i określoną długość z dokładnością do milimetra. Sama pali niechętnie, a regularne testowanie wyrobów należy do jej obowiązków…

 

Kolonialny Trinidad

Do Trinidadu planuje dotrzeć chyba każdy odwiedzający Kubę podróżnik. Miasto wydaje się być zagubione w czasie od dziesięcioleci. Hiszpan Diego Velázquez de Cuéllar założył je w 1514 r. Na początku zwało się La Villa de la Santísima Trinidad. Osada była jedną z siedmiu, które powstały tutaj na początku XVI w. z inicjatywy tego rzutkiego konkwistadora, a następnie pierwszego gubernatora wyspy (w latach 1511–1524). Trinidad zyskał renomę i wielkie bogactwa w XVIII w., gdy eksportowano stąd tony cukru na rynki europejskie. Potem nadszedł kryzys i miasto popadło w zapomnienie, ale dzięki temu zachowało swój pierwotny, kolonialny klimat. Obecnie stanowi jeden z turystycznych klejnotów Kuby, będących źródłem rządowego dochodu.

FOT. CUBA TOURIST BOARD

Plaza mayor w Trinidadzie – historyczne centrum miasta otoczone pałacami z XVIII i XIX w.

 

W 1988 r. UNESCO wpisało Trinidad (razem z Valle de los Ingenios – Doliną Cukrowni) na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości, co zagwarantowało fundusze na renowacje miejscowych zabytków. Efekty prac są dobrze widoczne. Pastelowe domostwa kryte czerwoną dachówką stały się znakiem rozpoznawczym tej malowniczej miejscowości. Szczęśliwie dla prawdziwych podróżników liczni turyści przyjeżdżają tu zazwyczaj w ciągu dnia, aby po południu wrócić do hoteli. Wtedy robi się luźniej, bardziej swojsko i przyjemnie. Po zmroku warto udać się gdzieś na drinka, a potem zajrzeć do lokalnej dyskoteki. Można popatrzeć na salseros (tańczących salsę) albo samemu spróbować swych sił w tym gorącym, latynoskim tańcu. Równie interesująca wydaje się wieczorna przechadzka starymi, brukowanymi ulicami Trinidadu…

 

Na wschodzie

Camagüey leży po drodze do rejonu Oriente, czyli dawnej wschodniej prowincji kraju. To niezmiernie urokliwe miasto stanowi zapowiedź nowych wrażeń w dalszej podróży przez Kubę. Późnym popołudniem światło zachodzącego słońca wdzięcznie pogłębia kolory wiekowej zabudowy. Do przemieszczania się po Camagüey doskonale nadają się bicitaxi (rowerowe taksówki). Na jednym z licznych uroczych placów, czyli plazas, odpoczniemy od gorącego dnia w towarzystwie miejscowych, aby z rana wyruszyć dalej.

Wschodni region kraju jest tak oddalony od Hawany (ponad 500 km), że mieszkańcom stolicy kojarzy się przewrotnie z... arabskim Bliskim Wschodem. Swych rodaków pochodzących z tych okolic, którzy przyjechali do wielkiego miasta w poszukiwaniu lepszego życia, hawańczycy nazywają nieco sarkastycznie palestinos (Palestyńczycy). W samym Camagüey oblicze wyspy wyraźnie zaczyna się zmieniać. Łatwiej też tutaj dostrzec różnice w kolorze skóry ludzi i w ich sposobie bycia – wydają się bardziej powściągliwi i przez to ujmujący. Odnosimy więc wrażenie, jakbyśmy odkrywali inną Kubę, w dodatku bardziej różnorodną od tej zakonserwowanej przez monotonię długich dziesięcioleci pod rządami rewolucji. Jeżeli do tej pory podobało nam się na kubańskim lądzie, to im dalej od Camagüey, będzie już tylko lepiej.

FOT. CUBAINFO.DE

Ponad 300-tysięczne Camagüey

 

Na przeciwległym końcu tej egzotycznej wyspy o kształcie odpoczywającego kajmana, w niepojętym, dalekim rejonie Oriente, wiedzie swój żywot miasto na wskroś karaibskie, parne i rozbuchane – Santiago de Cuba. Jeśli miałbym stworzyć obrazowe porównanie, Hawanę nazwałbym nobliwą ciotką, serwującą café y bizcocho (kawę i ciasto), a ten port położony malowniczo nad Morzem Karaibskim – ukochaną kobietą. Tu na każdym kroku czuje się już gorący oddech pobliskiej wyspy Haiti. Z nieba leje się żar, a powietrze przesycone jest wilgocią. Wielu wytrawnych globtroterów potwierdza, że właśnie w Santiago doświadczają kulminacji krajoznawczych przeżyć na Kubie. W tej kolebce afrokubańskich rytmów czar tropików oraz folklor potrafią zawładnąć człowiekiem bez reszty. Miasto posiada wyrazisty charakter, popada w skrajności, unika półśrodków, drażni przybysza swą nieprzewidywalnością. Dlatego też można je od razu pokochać albo znienawidzić.

FOT. CUBAINFO.DE

Playa Bucanero – nieduża, lecz niezmiernie urokliwa plaża koło Santiago de Cuba

 

Powiadają, że nieważne, gdzie się dojedzie, istotne jest to, co się wydarzy po drodze, że nie liczy się cel wyprawy, lecz ona sama w sobie. Zgadzam się w pełni z tym stwierdzeniem. A jednak podróży po Kubie nie wyobrażam sobie zakończyć gdzie indziej niż w Santiago de Cuba – mieście nieprzeniknionym i pełnym pasji...

 

Artykuły wybrane losowo

Estonia – dziedziczka Inflantów

PAWEŁ PAKIEŁA

 

  FOT. ENTERPRISE ESTONIA/TOOMAS VOLMER
<< „Mój kraj ojczysty, moje szczęście, radość” –
pierwsze słowa estońskiego hymnu narodowego dobrze odzwierciedlają uczucie, które przez wieki kształtowało świadomość narodową mieszkańców tego nadbałtyckiego rejonu i dodawało im sił w pokonywaniu wielu tragicznych zakrętów historii. Ziemie te narażone były nieustannie na najazdy i podlegały cały czas obcym wpływom. W epokach średniowiecza i renesansu panowali na tych terenach Niemcy, Duńczycy, Rusini i Szwedzi, a nawet chwilowo Polacy, a w ostatnich dekadach – aż do odzyskania niepodległości w 1991 r. – Rosjanie. Dzisiaj, po 22 latach od wyzwolenia, Estończycy żyją w stabilnym, prężnie rozwijającym się państwie. Co więcej, stolica kraju – Tallin, stała się ważnym europejskim ośrodkiem biznesowym i jednym z najpopularniejszych kierunków turystycznych w północnej części Europy. >> 

Więcej…

Sycylia od kuchni

Stragany na uliczce w Palermo uginają się od świeżych warzyw
food-and-wine-palermo-street-markets

© WWW.SICILY.CO.UK

Dominika Friedrich

www.sycyliabocznymidrogami.pl


Sycylia należy do tzw. Mezzogiorno, południowych regionów Włoch. To najbardziej odległy od kontynentalnej Europy zakątek kraju, oddzielony od niej Cieśniną Mesyńską, i najbliższy reszcie świata. Trójkątny ląd otaczają trzy morza – Jońskie, Tyrreńskie i Śródziemne.

Więcej…

Niezwykłe piękno Panamy

 

Filip Werstler

 

Sielski archipelag Bocas del Toro położony na Morzu Karaibskim

14991055 1200368353389294 7969613924783795900 o

© AZULPARADISE.COM/BOCASDELTORO.COM

 

Od zawsze chciałem odwiedzić Amerykę Środkową, a najbardziej Karaiby. Taka podróż z Polski to wciąż niezbyt łatwa wyprawa. Dlatego gdy pojawiła się korzystna oferta lotów do Panamy, nie wahałem się długo. Ten kraj już w trakcie przeglądania relacji internetowych wystarczająco mnie zainteresował. Miałem ochotę na własne oczy zobaczyć wielkie drapacze chmur jego stolicy i piękne bezludne wyspy na Morzu Karaibskim. Jednak to, co ujrzałem i przeżyłem, przerosło moje najśmielsze oczekiwania.

 

Panama jest obecnie jednym z najszybciej rozwijających się państw Ameryki Łacińskiej. W ciągu ostatnich 16 lat zmieniła się nie do poznania, głównie dzięki dochodom płynącym z administrowania Kanału Panamskiego (od 31 grudnia 1999 r.), wpływom ze Strefy Wolnego Handlu Colón (Zona Libre de Colón – druga największa strefa wolnocłowa na naszym globie po Hongkongu) i funkcjonowania stołecznego międzynarodowego centrum bankowego (uważanego również za drugie w skali światowej pod względem wielkości, zaraz po Zurychu). Ma to swoje odbicie także w turystyce, która z roku na rok staje się coraz ważniejszym elementem gospodarki tego niewielkiego kraju (o powierzchni ponad 74 tys. km²) leżącego między Kostaryką a Kolumbią.

 

Ameryka Południowa i Środkowa to – z wyjątkiem niektórych państw wyspiarskich położonych na Morzu Karaibskim, jak Jamajka, Kuba czy Republika Dominikańska, do których latają bezpośrednio samoloty czarterowe z Polski – rejony wciąż nie tak łatwo dostępne dla turystów znad Wisły. Panama, ale też Nikaragua, Kostaryka, Gwatemala, Honduras, Salwador czy inne kraje tej części globu nadal stanowią dla większości Polaków pewną zagadkę. W te strony najczęściej dolecimy z przesiadką w Madrycie (liniami Iberia) lub USA. O ile w tym pierwszym przypadku nie musimy starać się o żadne dodatkowe dokumenty, o tyle zmienianie samolotu na lotnisku w Stanach Zjednoczonych wymaga już posiadania ważnej wizy tranzytowej, co jest niejakim utrudnieniem. Na ogół polskim podróżnikom najłatwiej wyprawić się do kontynentalnej części Ameryki Środkowej z Hiszpanii, skąd dotrą bez żadnych przesiadek do Gwatemali, Salwadoru oraz Kostaryki i Panamy. Te dwa ostatnie państwa są zresztą zdecydowanie najlepiej połączone z Europą. Do kostarykańskiej stolicy dostaniemy się przez cały rok nie tylko z Madrytu, ale także z Frankfurtu nad Menem (Condor) czy Londynu (British Airways). Jeszcze większy wybór mamy obecnie w przypadku panamskiej metropolii. Dolecimy do niej bezpośrednio właśnie z Madrytu oraz Frankfurtu nad Menem (Lufthansa), Paryża (Air France), Amsterdamu (KLM) i Stambułu (Turkish Airlines).

 

Jeżeli chodzi o mnie, to kupiłem bilet do Panamy z Barcelony z międzylądowaniem w hiszpańskiej stolicy. W sumie przesiadałem się dwa razy, bo na Półwysep Iberyjski dotarłem samolotem tanich linii Ryanair z Portu Lotniczego Warszawa-Modlin w Nowym Dworze Mazowieckim. Lot z Madrytu nie najnowszym airbusem trwał ok. 11 godz. i nie należał do ciężkich. Podstawowe udogodnienia w klasie ekonomicznej pozwoliły nam przetrwać podróż w znośnych warunkach. Po wylądowaniu i dopełnieniu formalności administracyjnych udaliśmy się na postój taksówek przy Międzynarodowym Lotnisku Tocumen usytuowanym ok. 25 km od panamskiej metropolii.

 

Casco Antiguo (Casco Viejo) – historyczna dzielnica panamskiej stolicy

Casco Antiguo 2

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

 

Latynoski Nowy Jork

 

 Stolica kraju – Panama (Ciudad de Panamá) – zachwyciła nas od samego początku naszej wizyty. Dzielnica finansowa (distrito financiero) imponuje wysokimi wieżowcami, których są tu dziesiątki. Potężne galerie handlowe, drapacze chmur i ekskluzywne samochody wypełniają miasto ludzi z latynoskim temperamentem. Ważnym miejscem w tym rejonie jest Cinta Costera, ok. 7-kilometrowa promenada biegnąca wzdłuż wybrzeża. Można na niej spotkać panamczyków, którzy biegają lub ćwiczą w siłowniach pod gołym niebem. Jogging stanowi tutaj jedną z najpopularniejszych aktywności, uprawia go naprawdę wiele osób.

 

Z tej chętnie odwiedzanej promenady szybko dotrzemy do historycznego centrum stolicy – Casco Viejo (Casco Antiguo). Należy pamiętać, żeby raczej nie zwiedzać jego zaułków po zmroku, jeśli nie towarzyszą nam miejscowi. Ta część miasta bardziej przypomina Kubę niż Stany Zjednoczone. Wśród kolorowych, choć dość często odrapanych, kamienic i małych sklepików stojących przy wąskich uliczkach unosi się atmosfera latynoskiego świata. Mimo iż coraz więcej budynków zostało świeżo odnowionych, Casco Viejo nie straciło swojego klimatu. Możemy tu spróbować innych przysmaków niż w modnych restauracjach i poznać bliżej codzienną twarz Panamy, odmienną od jej biznesowego oblicza. Nie znajdziemy w tym rejonie zbyt wielu punktów informacji turystycznej (przyznaję, że nawet ich nie szukałem), ale nie jest on duży i zwiedzimy go w ciągu 2–3 godz. Wystarczy, że ruszymy przed siebie.

 

Kolejne miejsce warte odwiedzenia stanowi Calzada de Amador. Wzdłuż tej drogi łączącej ze stałym lądem mały archipelag czterech wysp na Pacyfiku (Naos, Perico, Culebra i Flamenco) biegnie krótka, bo ledwie kilkukilometrowa, trasa rowerowa, z której rozpościerają się wspaniałe widoki zarówno na nową część Panamy, jak i południowe wejście do Kanału Panamskiego oraz oczekujące na przeprawę różnej wielkości statki. Wypożyczenie roweru kosztuje kilka dolarów amerykańskich (USD), a sama wycieczka razem z postojem na robienie zdjęć i podziwianie okolicy zajmuje ok. 1,5–2 godz.

 

 

Dzieło inżynierii wodnej

 

Podczas 6-dniowego pobytu w stolicy wybrałem się również – oczywiście – nad Kanał Panamski. Obok Kanału Sueskiego to jedna z najważniejszych dróg wodnych na świecie. Dzięki tej ogromnej inwestycji znacząco skróciły się trasy rejsów statków pływających między Atlantykiem (Morzem Karaibskim) a Pacyfikiem. Wpływy z obsługi przeprawy stanowią główną siłę napędową gospodarki kraju. Jednak ten wyjątkowy wytwór inżynierii wodnej warto zobaczyć też z innych powodów.

 

Na miejsce dojedziemy transportem publicznym (za 1 dolara) lub taksówką (ok. 10–20 dolarów). My wybraliśmy tę pierwszą możliwość. Zapłaciliśmy przy wysiadaniu i prowadzeni przez drogowskazy skierowaliśmy się do wejścia na teren centrum dla odwiedzających (Centro de Visitantes de Miraflores). Po drodze dostrzegliśmy znak ostrzegający nas o pojawiających się w okolicy krokodylach, więc postanowiliśmy przyspieszyć kroku.

 

Po kupieniu biletów (15 dolarów od osoby dorosłej) i wejściu do budynku udaliśmy się po schodach na pierwsze piętro, gdzie niczym na stadionie znajdują się trybuny, a spiker na bieżąco komentuje to, co się dzieje. Wielkie tankowce i kontenerowce czekały w oddali. Kolejne wpływały do śluz Miraflores (las esclusas de Miraflores). Choć cała procedura trwa nieco ponad 30 min. (tak przynajmniej było przed powiększeniem Kanału Panamskiego, które zakończono oficjalnie 26 czerwca 2016 r.), jej przebieg wygląda imponująco. Cztery silniki, każdy wielkości ciężarówki, przesuwają się po specjalnych szynach. Do nich przyczepione są liny zamocowane do kadłuba statku. Dopiero po odpowiednim naprężeniu tych lin jednostka może zostać przeprowadzona. Minimalna odległość między burtą a krawędzią śluzy wynosi… ok. 60 cm. Niesamowity wydaje się fakt, że ta technologia ma więcej niż 100 lat (oddano ją do użytku 15 sierpnia 1914 r.). Przez ponad półtorej godziny oglądaliśmy kolejne statki pokonujące kanał, napełnianie i opróżnianie śluz. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie sprawność całego procesu. Przeprowadzenie przez nie tak znów szeroki korytarz z wodą (o odległości między brzegami wynoszącej 33,53 m, a po poszerzeniu w 2016 r. – 54,86 m) długich stalowych kolosów wyglądało na najprostszą rzecz na świecie. Takiego doświadczenia się nie zapomina.

 

Po tym spektaklu odwiedziliśmy pozostałe piętra budynku prezentującego w ciekawy sposób rozwiązania techniczne i dzieje panamskiej przeprawy. Można tutaj zapoznać się z informacjami na temat powstawania i modernizacji kanału oraz tego, kto przy nim pracował, a także jakie zwierzęta żyją w jego rejonie. W gablotach obejrzymy mnóstwo okazów owadów różnych gatunków. W centrum dla odwiedzających jest również coś dla młodszych turystów – symulator 3D pokonywania przeprawy. Użytkownik urządzenia wciela się w rolę kapitana masowca o maksymalnych dopuszczalnych dla kanału wymiarach. Panamax może mieć do 294,1 m długości, 32,3 m szerokości i 12 m zanurzenia, a tzw. Neo Panamax (od 26 czerwca 2016 r.) odpowiednio: 366, 49 i 15,2 m. Na ostatnim poziomie znajduje się taras widokowy, z którego jeszcze lepiej widać przepływające statki, choć nie usłyszymy na nim komentatora i nie skorzystamy z miejsc siedzących. Wizytę w Centro de Visitantes de Miraflores z czystym sumieniem mogę polecić każdemu, ponieważ spodoba się tu zarówno dorosłym, jak i dzieciom.

 

Wodospad El Macho skryty wśród bujnej tropikalnej roślinności

El Chorro del Macho

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Górskie wędrówki

 

Po opuszczeniu Panamy odwiedziłem najpierw El Valle de Antón – małą miejscowość położoną ok. 125 km na południowy zachód od stolicy, w odległości 2 godz. jazdy busem. Dociera się do niej początkowo Autostradą Panamerykańską (Carretera Panamericana), a następnie drogami wiodącymi przez góry i doliny prowincji Coclé. Po szybkiej konsultacji w punkcie informacji turystycznej wybrałem się obejrzeć mniej więcej 35-metrowy wodospad El Macho (Chorro El Macho). Leży w prywatnym rezerwacie o tej samej nazwie (Refugio Ecológico del Chorro Macho). Wejście kosztuje 5 dolarów, a w granicach obszaru chronionego oprócz podziwiania malowniczej kaskady można obserwować kolibry i przyjrzeć się dokładniej bogatej florze tego specyficznego miejsca. W pobliżu znajduje się poza tym naturalny basen termalny, w którym wolno się kąpać. Bardzo polecam skorzystanie z tej okazji wszystkim oglądającym wodospad.

 

Dłuższą i wymagającą więcej wysiłku wyprawę stanowi zdobycie góry La India Dormida (Śpiąca Indianka – ok. 800–900 m n.p.m.). To jeden z najbardziej wyróżniających się punktów w okolicy. Jej nazwa pochodzi od charakterystycznego kształtu śpiącej Indianki, jaki tworzy linia grzbietu. Wejście na teren Pomnika Przyrody Wzgórze Gaital (Monumento Natural Cerro Gaital), na którym wznosi się ten szczyt, kosztowało mnie 3,5 dolara. Proponuję jednak wynająć lokalnego przewodnika lub skorzystać z tego typu usługi oferowanej przez miejscowych. Ja tego nie zrobiłem, co spowodowało, że dwa razy się zgubiłem i straciłem mniej więcej godzinę na błądzenie po lesie tropikalnym, choć mogło skończyć się o wiele gorzej.

 

Podejście pod górę jest bardzo strome i jeśli mamy dobrą kondycję, na szczycie będziemy już po 50 min. ciągłego marszu. Szlak prowadzi po zboczu porośniętym bujną roślinnością, w trakcie wędrówki mija się też strumień. Towarzyszą nam odgłosy ptaków. Obok wodospadu położonego przy ścieżce warto zrobić sobie przerwę na odpoczynek i podziwianie zarówno wstęgi spienionej wody malowniczo omywającej skały, jak i wąwozu. Podczas mojej wyprawy oglądałem piękne widoki i kolorowe kwiaty oraz spotykałem ciekawe zwierzęta. Natknąłem się także na tutejszych Indian. Jak wspomniałem, nie miałem przewodnika, a przecież poruszałem się po obcym terenie. W takiej sytuacji w Panamie przydaje się znajomość języka hiszpańskiego. Na szczęście, miejscowi pomogli mi i wyprowadzili mnie na szczyt.

 

Zdobycie góry La India Dormida było warte każdych pieniędzy, a moje wspomnienia zostaną ze mną na zawsze. Widok na Dolinę Antoniego (Valle de Antón) zapierał dech w piersiach. Malownicze zielone wzgórza zatrzymywały masy chmur, a słońce oświetlało wąwóz z przeciwnej strony. To jedno z najcudowniejszych miejsc, jakie kiedykolwiek widziałem. W dodatku moja wyprawa nie obyła się bez przygód, więc z pewnością jej nie zapomnę.

 

Wizyta nad pacyfikiem

 

W drodze na północny zachód kraju skręciłem nieco na południe i zatrzymałem się w jednej z miejscowości położonych na wybrzeżu Pacyfiku w prowincji Veraguas. Santa Catalina znajduje się w środku lasu tropikalnego. Dotarcie do niej ze stolicy zajęło mi niemal cały dzień drogi i wymagało dwóch przesiadek (w miastach Santiago de Veraguas i Soná). Podróż kosztowała mnie w sumie ok. 12 dolarów. Późnym popołudniem dojechałem w końcu do miejsca, w którym przyszło mi spędzić kolejne 3 dni.

 

Miejscowość zasługuje na zainteresowanie ze względu na panujące w jej okolicy świetne warunki do uprawiania sportów wodnych. Do pobliskiego Parku Narodowego Coiba (Parque Nacional Coiba) można wybrać się na nurkowanie. Spotyka się tu niezmiernie dużo gatunków zwierząt, w tym manty (diabły morskie), koryfeny (złote makrele), tuńczyki żółtopłetwe, rekiny wielorybie, żarłacze tygrysie czy nawet humbaki, orki, delfinki wysmukłe i butlonosy zwyczajne. Poza tym na malownicze wybrzeże w tym rejonie ściągają liczni surferzy, zarówno osoby początkujące, jak i zaawansowane. Jak to zwykle bywa w takich przypadkach, w niewielkiej Santa Catalinie znaczną grupę stanowią przybysze z całego świata. Według mnie to miejsce jedyne w swoim rodzaju.

 

Pierwszego dnia wybrałem się na surfing. Za wypożyczenie deski musiałem zapłacić 10 dolarów, a za godzinę opieki instruktora w 3-osobowej grupie – 15 dolarów. Warunki były bardzo dobre i po chwili mogłem już cieszyć się ze swoich postępów. Wody Pacyfiku oblewają tutaj pustą plażę pokrytą czarnym piaskiem i ocienioną wysmukłymi palmami. Miłośnikom surfowania z pewnością to miejsce przypadnie do gustu. Po całym dniu spędzonym na falach warto obejrzeć zachód słońca. Przed godziną 18.00 udałem się na brzeg. Widok, jaki ujrzałem, wywarł na mnie ogromne wrażenie. Złocista kula powoli chowała się za horyzontem i odbijała w lekko falującej powierzchni Oceanu Spokojnego. Był to najpiękniejszy zachód słońca, jaki widziałem w życiu. Po dniu pełnym fantastycznych przeżyć szybko poszedłem spać. Nazajutrz planowałem wziąć udział w nurkowaniu.

 

Wyprawę rozpoczęliśmy od zbiórki w bazie i omówienia trasy oraz innych szczegółów. Na pokładzie łodzi poza dwoma osobami z załogi i instruktorem znalazłem się ja, para ze Szwecji i jeden Niemiec. W takim składzie wypłynęliśmy w godzinny rejs na wyspę Coiba (ok. 500 km² powierzchni), będącą częścią wspomnianego parku narodowego.

 

Już na miejscu miał odbyć się trening przypominający podstawowe zasady nurkowania. W moim przypadku okazało się to bardzo przydatne. Sama wyspa i jej okolica wyglądały naprawdę urokliwie. Po kilkudziesięciu minutach przygotowań ruszyliśmy w stronę wyznaczonego punktu. W wodzie mogliśmy obserwować wiele ciekawych zwierząt, m.in. mureny czy manty. Nie był to natomiast dobry sezon na wytropienie rekinów wielorybich czy żarłaczy tygrysich. Po ponad 20 min. od zejścia na dno całkowicie zużyłem swój tlen i musiałem wracać na górę. Czułem pewien niedosyt, bo chciałem jednak zobaczyć więcej.

 

Powrót uprzyjemniła nam niezapowiedziana atrakcja. W pewnym momencie para ze Szwecji zauważyła, że asystują nam 3 delfiny! Co chwilę wyskakiwały z wody w odległości ok. 1 metra od łodzi. Widok był fantastyczny. Pierwszy raz widziałem te sympatyczne ssaki na wolności w ich naturalnym środowisku i nigdy tego nie zapomnę, nawet mimo utraty filmu wideo, który udało mi się wówczas nagrać. Niespodziewana przygoda stała się tematem naszych rozmów już do końca dnia. Po powrocie zjedliśmy kurczaka w sosie kokosowym i poszliśmy spać. Następnego dnia wyruszyłem w kierunku północno-zachodniego wybrzeża Panamy.

 

Nurkowanie w towarzystwie żółwi

 visitpanama 6252876118

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ (ATP)

 

Raj odnaleziony

 

Cel mojej kolejnej wyprawy stanowił archipelag Bocas del Toro. Tworzy go kilkanaście większych wysp i ok. 250 wysepek, z których kilka pozostaje zamieszkanych. Najważniejszą wśród nich jest Isla Colón, czyli Wyspa Kolumba (o powierzchni ponad 61 km²), ze stolicą tutejszej prowincji Bocas del Toro noszącą tę samą nazwę, co cały region administracyjny. Miasto liczy w przybliżeniu 8 tys. mieszkańców. Aby dostać się na archipelag, najpierw musimy dojechać do miejscowości Almirante, gdzie należy skorzystać z taksówki wodnej, zabierającej średnio 7–9 osób (za taki kurs zapłacimy 7 dolarów od osoby w jedną stronę, podróż trwa mniej więcej 45 min.). Możemy tu też dolecieć w godzinę samolotem linii Air Panamá z lotniska Albrook w Ciudad de Panamá (koszt biletu powrotnego to ok. 250 dolarów).

 

Na północno-zachodnim brzegu Isla Colón leży Boca del Drago. Ta niewielka osada (a właściwie skupisko kilku domów) przypomina prawdziwy raj. Wśród kołyszących się przy uroczej plaży palm panuje błoga cisza. Nie ma tutaj sklepów, chińskich zabawek i przepełnionych koszów na śmieci. Jest za to dużo hamaków zamocowanych między drzewami. Po prostu wiszą i czekają na chętnych, dostępne bez żadnej opłaty. Nikt nie kładzie na nich swojego ręcznika z samego rana, żeby je zająć. Hamaków wystarczy dla wszystkich. Przystanek autobusowy stanowi palma. Wokół niej zakręca bus, który nas przywiózł. W osadzie znajdują się tylko dwa hostele oraz klimatyczne chatki do wynajęcia (cabañas), a także działają restauracje z wyśmienitymi daniami, typowymi dla kuchni karaibskiej. Wciąż mało kto wie o tym miejscu i chyba lepiej, aby tak zostało.

 

W pobliżu położona jest jedna z największych atrakcji wyspy – Playa de las Estrellas (Playa Estrella),czyli plaża, przy której możemy spotkać cudowne rozgwiazdy. Turyści zazwyczaj wolą nocować w Bocas del Toro, a w tę okolicę wybierają się z wycieczką zorganizowaną, co kosztuje ok. 20–30 dolarów. Za przejazd busem zapłacimy 5 dolarów. Przechadzki przepiękną plażą prowadzącą do Playa de las Estrellas nie da się wycenić. Uważam, że to przeżycie wyjątkowo wartościowe.

 

W Boca del Drago spędziłem 3 dni, w tym Wigilię i pierwszy dzień świąt Bożego Narodzenia. Codziennie szedłem na plażę i ładowałem baterie, leżałem na hamaku i czytałem. W okolicy jedynym miejscem przystosowanym do ruchu turystycznego jest Playa de las Estrellas, ale i ona nie utraciła z tego powodu swojego dziewiczego uroku. Owszem, można tu znaleźć białe plastikowe leżaki, drogie restauracje (zazwyczaj zbudowane z drewna) i reklamy popularnych napojów, a z głośników rozbrzmiewa radosna muzyka reggae. Ja traktowałem jednak to zestawienie jako swoisty klimat tego zakątka. Boca del Drago stanowi prawdziwą oazę spokoju, zachwyci osoby chcące zrelaksować się przez kilka dni w ciszy i z dala od tłumów. Odcięciu od świata sprzyjają nawet przerwy w dostawach energii elektrycznej – z prądu korzysta się tylko przez mniej więcej 5 godz. dziennie, między 18.00 a 23.00, przynajmniej w hostelach, w których nocowałem. A jeśli zatęsknimy za widokiem ludzi, wystarczy, że wybierzemy się wraz z innymi na plażę na podziwianie rozgwiazd.

 

Atrakcje archipelagu

 

Na Isla Colón warto odwiedzić również wspomnianą stolicę prowincji. W Bocas del Toro możemy dobrze zjeść w ciągu dnia i poimprezować w nocy. Tutejsze bary, puby i dyskoteki są otwarte do białego rana. Nie musimy się w nich obawiać o swoje bezpieczeństwo. Oprócz tego jeśli nie będziemy zapuszczać się poza główne ulice i spacerować samotnie, z pewnością nic się nam nie stanie. Po zapadnięciu zmierzchu turyści często wyruszają na pobliską długą i zalesioną wysepkę Carenero (Isla Carenero, 0,94 km² powierzchni). Krótki rejs łodzią, która kursuje bez przerwy, kosztuje 1 dolara. Tu także czeka na nas dobra zabawa. W lokalach gra się lokalną muzykę lub hity popularne w Europie czy Stanach Zjednoczonych.

 

Po nocnych szaleństwach warto udać się na 7-kilometrową plażę Bluff (Playa Bluff). W jednej z tutejszych restauracji zamiast stolików natknęliśmy się na łóżka ustawione przy brzegu morza. Uznaliśmy to za wspaniały pomysł. Jeśli pójdziemy dalej wzdłuż plaży, trafimy na miejsce oblegane przez surferów ze względu na niesamowite fale, wysokie na 2–4 m.

 

Na wyspie polecam zajrzeć też do prywatnego Ogrodu Botanicznego Finca Los Monos. Dzięki takiej wizycie poznamy bogatą florę i faunę tego regionu. Osoby spacerujące alejkami otacza prawdziwa feeria barw i niezliczone ilości egzotycznych kwiatów, a nad ich głowami lata mnóstwo małych kolibrów.

 

Na północ od Isla Colón znajduje się Isla Pájaros – Wyspa Ptaków. To raczej grupa połączonych skał wystających z Morza Karaibskiego pokrytych bujną roślinnością. Prezentuje się jednak niezmiernie malowniczo. Ten cud natury cieszy się dość dużym zainteresowaniem wśród turystów. Zdecydowanie warto go zobaczyć na własne oczy.

 

Innym popularnym miejscem są bezludne Cayos Zapatilla – dwie małe wysepki (0,48 km² powierzchni) oddalone o ok. 50 min. rejsu łodzią od stolicy prowincji. Na wyprawę na nie należy zarezerwować sobie co najmniej pół dnia. Za taką wycieczkę bezpośrednio u właściciela łodzi zapłaciliśmy 10 dolarów za osobę, podczas gdy lokalne agencje turystyczne oferowały ją za 30–40 dolarów. Abyśmy mogli odbić od brzegu, musi zebrać się odpowiedniej wielkości grupa chętnych (przynajmniej 8–9 osób). W drodze powrotnej warto zatrzymać się w Morskim Parku Narodowym Wyspy Bastimentos (Parque Nacional Marino Isla Bastimentos), gdzie w trakcie snorkelingu przyjrzymy się licznym mieszkańcom podwodnego świata. Tego rodzaju rejs zazwyczaj zapewnia każdy właściciel łodzi, a w opłatę wliczony jest również sprzęt do nurkowania powierzchniowego.

 

Podróże po kraju

 

Na koniec chciałbym jeszcze krótko opisać sposoby przemieszczania się między różnymi punktami na mapie kraju. Samoloty z Europy (Frankfurtu nad Menem, Madrytu, Paryża, Amsterdamu i Stambułu) lądują na Międzynarodowym Lotnisku Tocumen (Aeropuerto Internacional de Tocumen), skąd do centrum panamskiej stolicy można dojechać taksówką, zwykły autobusem albo kolorowym chicken busem. Oczywiście, w tym pierwszym przypadku należy negocjować cenę. Po Panamie najlepiej podróżować samochodem bądź środkami autobusowego transportu zbiorowego. W kraju działa także kolej (Ferrocarril de Panamá), łącząca Atlantyk z Pacyfikiem, ale z niej nie korzystałem, bo nie było takiej potrzeby. W stolicy poruszałem się taksówkami lub komunikacją miejską, która funkcjonuje bardzo dobrze, zwłaszcza w części biznesowej i turystycznej. Cały system transportu publicznego jest zintegrowany. Podobnie jak w wielu dużych miastach na świecie, musimy kupić plastikową kartę i wpłacić na nią określoną sumę pieniędzy, które później wydajemy na przejazdy autobusami i metrem (odczytu dokonuje się przy wejściu). Główny stołeczny terminal autobusowy znajduje się przy modnym centrum handlowym Albrook Mall – Gran Terminal Nacional de Transporte de Panamá. Stąd dojedziemy do niemal każdego zakątka w Panamie, włącznie z Bocas del Toro. Oczywiście, po drodze czasem będą konieczne przesiadki (np. do Santa Catalina).

 

Do części rejonów można również dolecieć. Samolotem dostaniemy się np. do Bocas del Toro, choć ten środek transportu wybierają jednak nieliczni z uwagi na dość duży koszt biletu. Krajowe linie lotnicze Air Panamá oferują obecnie połączenia do siedemnastu miejsc leżących w panamskich granicach oraz do San José (stolicy Kostaryki) i dwóch miast w Kolumbii (Armenii i Medellín). Trzeba pamiętać, że niektóre loty są sezonowe. Jeśli nasz budżet na tym zbytnio nie ucierpi, warto skorzystać z usług tego przewoźnika, bo podróżowanie samolotem to z pewnością najwygodniejszy i najszybszy sposób poruszania się po Panamie. Połączeń oferowanych ze stolicy przez Air Panamá nie obsługuje jednak Międzynarodowe Lotnisko Tocumen, ale Międzynarodowy Port Lotniczy Marcosa A. Gelaberta (Aeropuerto Internacional Marcos A. Gelabert) położony przy Albrook Mall.

 

Ta część Ameryki Centralnej wciąż pozostaje dla Polaków ziemią nieznaną. Większość z nich niewiele wie o jej historii i mieszkańcach. Dlatego wyprawa do Panamy ma w sobie coś z odkrywania Nowego Świata. Ten kraj potrafi zachwycić swoim pięknem i nadal można w nim znaleźć prawdziwie rajskie zakątki. Kto zdecyduje się go odwiedzić, przeżyje fascynującą przygodę, której nigdy nie zapomni.