KRZYSZTOF RURAŃSKI

 

<< Wciąż mało znana wśród naszych rodaków Zambia to państwo o terytorium ponad dwukrotnie większym od powierzchni Polski – zajmuje obszar ok. 750 tys. km². Na jej terenie występuje klimat podrównikowy suchy. Pora deszczowa, która trwa od listopada do kwietnia, charakteryzuje się wysokimi temperaturami oraz gwałtownymi burzami. Ten południowoafrykański kraj jest bezpieczny i przyjazny podróżnikom, również tym dysponującym skromniejszym budżetem. Sąsiaduje z ośmioma państwami. Najdłuższą granicę – 1930 km – współdzieli z Demokratyczną Republiką Konga, a najkrótszą – poniżej 1 km – z Botswaną. Na tym małym odcinku na rzece Zambezi znajduje się przejście graniczne i działa przeprawa promowa. >>

Welcome to Zambia – tak śmiertelnie poważny urzędnik imigracyjny przywitał mnie na lotnisku w Lusace, ale zanim wbił pieczątkę w moim paszporcie, zabawną mieszanką angielskiego i jednego z wielu tutejszych afrykańskich dialektów wypytywał mnie, czy przypadkiem nie przyleciałem na wolontariat. Zdecydowałem się skłamać, ponieważ wiedziałem, że miesięczna wiza dla wolontariusza to koszt 120 USD (dolarów amerykańskich), podczas gdy za tę turystyczną płaci się zaledwie 50 USD. Logika podpowiada, iż powinno być raczej odwrotnie, lecz na Czarnym Lądzie zaskakujących przepisów należy spodziewać się na każdym kroku. Doświadczenie z wcześniejszych wyjazdów nauczyło mnie jednej zasady: w Afryce nie myśl jak Europejczyk, a podróż stanie się łatwiejsza i przyjemniejsza.
Po opuszczeniu budynku lotniska stałem się mzungu. To pozytywne określenie białego człowieka, przybysza z daleka. Przedstawiałem się nim za każdym razem, co wywoływało uśmiech na twarzach Zambijczyków i niejednokrotnie pomagało w różnych sytuacjach.

 

CODZIENNE SPRAWY STOLICY
Choć niemal 2-milionowa Lusaka stanowi stolicę kraju, nie ma właściwie nic ciekawego do zaoferowania. Znajdziemy w niej m.in. Muzeum Narodowe Lusaka (Lusaka National Museum), Katedrę św. Krzyża czy kilka centrów handlowych, z których najsłynniejsze to Manda Hill z paroma salami kinowymi (Fresh View Cinemas). W lokalnym języku niandża (nyanja) manda oznacza „cmentarz”, co raczej trudno uznać za dobry chwyt marketingowy. Mimo to po odwiedzających tę galerię tłumach klientów można wnioskować, że najwyraźniej nikomu to nie przeszkadza. W mieście funkcjonuje też zoo i ogrody botaniczne (w Munda Wanga Environmental Park), ale przyrodę lepiej podziwiać w jednym z 19 wspaniałych zambijskich parków narodowych. Miejskie rozrywki zostawmy dzieciom i mniej wymagającym turystom.
     Przy głównej lusakijskiej arterii Cairo Road stoi kilka wysokich budynków o wątpliwej estetyce – to siedziby banków, organizacji międzynarodowych i urzędów. Poza tym na obraz Lusaki składają się zatłoczone ulice, mało zieleni, hałas, spaliny, mnóstwo ludzi i trąbiące niebieskie taksówki. Jej dumą jest Uniwersytet Zambijski, założony w 1966 r. Zambia należy do najbiedniejszych krajów świata, trudno więc spodziewać się, że jej stolica będzie zachwycającą metropolią. Chcę jednak podkreślić, iż miasto na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się na korzyść. Przybywa zagranicznych inwestorów, a stabilna sytuacja polityczno-gospodarcza państwa zachęca turystów do odwiedzin.
     Do tego największego ośrodka przyjeżdżają z różnych stron kraju ludzie, którzy poszukują tu pracy, lepszego życia, szansy na podnoszenie kwalifikacji lub naukę na wyższych uczelniach. Wielu z nich spotyka – niestety – rozczarowanie, bo nie jest to wcale raj na zambijskiej ziemi. Natkniemy się tutaj na znaczną liczbę osób kalekich i chorych, żebrzących bądź siedzących bez celu na ulicy. Bardziej zaradni Zambijczycy handlują wszystkim, co da się sprzedać. Na większości skrzyżowań obnośni sprzedawcy oferują kierowcom mnóstwo towarów: od ładowarek telefonicznych przez kolorowe balony, lampy, T-shirty, kalkulatory, narzędzia, zabawki, płyty CD aż po najbardziej pożądane karty zdrapki doładowujące telefony komórkowe.
     Mieszkańcy licznych afrykańskich krajów, także Zambii, wręcz zachłysnęli się nowoczesnością, a za swoisty synonim luksusu uważają właśnie telefon komórkowy. Posiadają go nawet ludzie, których nie stać na buty czy choćby jeden posiłek dziennie. Zakupione doładowania za 10 ZMW (kwach zambijskich), czyli ok. 1,3 USD, przynajmniej na chwilę łączą ich z globalną społecznością. Reklamy uliczne i telewizyjne dodatkowo zachęcają do korzystania z usług 4 lokalnych operatorów telekomunikacyjnych. Telefon komórkowy daje też poczucie bezpieczeństwa. W trudnym i odludnym afrykańskim buszu łączność telefoniczna to jedyna szansa na wezwanie pomocy.
     Na ulicach Lusaki skrajna bieda miesza się z bogactwem i luksusem elit rządzących. Politycy prześcigają się w udowadnianiu społeczeństwu, że mają czyste ręce, a tymczasem w państwie kwitnie korupcja. Jest to zjawisko tak powszechne, że właściwie od zwykłego obywatela można się dowiedzieć, komu wręczyć pieniądze i ile będzie kosztowało załatwienie konkretnej sprawy.
     Na parkingu pod dużym i ciągle rozbudowywanym centrum handlowym Manda Hill stoją samochody ekskluzywnych marek. W sklepach ceny utrzymują się na poziomie europejskim. Zakupy robią w nich wyłącznie ludzie, którzy nie muszą martwić się pensją w wysokości 150 USD miesięcznie. Praca w Zambii stanowi luksus, towar pierwszej potrzeby. Państwowe statystyki podają co prawda, że bezrobocie wynosi ok. 20 proc., jednak trochę ciężko w to uwierzyć, zwłaszcza wtedy, gdy widzi się sytuację na prowincji.
     Kiedy wybieramy się do różnych instytucji, w których zatrudnia się osoby na etat, powinniśmy uzbroić się w cierpliwość. Pracownicy niespiesznie wykonują swoje czynności. Sprawiają wrażenie, jakby poruszali się w zwolnionym tempie. Lekko zamyślona pani w placówce bankowej Barclays, gdzie wymieniałem dolary na lokalną walutę, potrzebowała aż 20 min., aby dokonać tej transakcji. W nieskończoność przeliczała banknoty, jak gdyby nie wierzyła maszynce do liczenia pieniędzy, kilka razy wychodziła na zaplecze, rozmawiała ze współpracownikami. Przy okienku było urządzenie pozwalające przekazać swoją ocenę jakości obsługi. Skorzystałem z tej możliwości. Idealnie tę sytuację opisuje przysłowie abisyńskie: Przy stworzeniu świata Bóg dał Europejczykom zegar, a Afrykańczykom czas.
     Na dwóch największych stołecznych bazarach New City Market i Kamwala Market kupimy dosłownie wszystko – odzież, żywność, zwierzęta hodowlane czy używane i nowe artykuły gospodarstwa domowego. Swoje warsztaty prowadzą na nich również wszelkiej maści rzemieślnicy: od specjalistów od naprawy samochodów i elektroniki do mistrzów ręcznego wyrobu wiader z blachy ocynkowanej. Panuje tu ogromny gwar i ruch, czuć spaliny i smród psujących się towarów oraz stert śmieci. Do tego należy jeszcze dodać nieoficjalny zakaz fotografowania. Lokalni strażnicy porządku błyskawicznie wyłapują w tłumie posiadacza aparatu. Najwyraźniej handlarze nie do końca są pewni czystości swoich interesów. Takie miejsca po prostu rządzą się swoimi prawami, które warto poznać, zanim wstąpi się na afrykański targ.
     Podróż po Zambii, chcąc nie chcąc, trzeba rozpocząć od Lusaki. Kilka znanych i renomowanych linii lotniczych (m.in. Ethiopian Airlines, South African Airways, Emirates, Lufthansa, Kenya Airways) oferuje połączenia z Europy przez Dubaj w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, Addis Abebę w Etiopii, Johannesburg w RPA czy Nairobi w Kenii. Na wyprawę w głąb lądu najlepiej ruszyć autobusem z Lusaka City Market Bus Station. Ze stolicy realizuje się regularne kursy do każdego większego miasta. Można także pojechać autokarem do RPA czy Tanzanii. Do Livingstone w pobliżu słynnych Wodospadów Wiktorii (Victoria Falls, w języku lozi z rodziny bantu Mosi-oa-Tunya) najkorzystniej wybrać się z jednym z dwóch solidnych przewoźników: Mazhandu Family Bus Services lub Shalom Bus Services. W ich przypadku mamy gwarancję punktualnego odjazdu (autobusy wyjeżdżają kilka razy dziennie), co w warunkach afrykańskich stanowi ewenement. Podróż trwa 6–8 godzin, dlatego warto kupić bilet na poranny kurs, aby dotrzeć do miasta przed zachodem słońca. Po drodze czekają nas piękne widoki, a na postojach obejrzymy scenki rodzajowe z życia codziennego Zambijczyków.
 
MIASTO WODOSPADÓW
Pojawiam się na dworcu autobusowym w Lusace ok. godz. 6.00. Słońce podnosi się ponad horyzont. Pora jest wczesna, choć nie dla setek podróżnych, którzy obładowani bagażami szukają swoich autobusów. To poranne godziny szczytu – wokół panuje hałas, tłok i pośpiech. Na placu działają naganiacze, którzy walczą o każdego klienta. Wielu drobnych lokalnych przewoźników konkuruje ze sobą nie ceną ani punktualnością czy komfortem podróży, lecz wyłącznie skutecznością w naganianiu pasażerów. Autobus rusza w drogę dopiero wtedy, gdy wszystkie miejsca zostaną zajęte, łącznie z tymi stojącymi. Poza tym zawsze wypełniają go setki kilogramów bagażu, umieszczonego na dachu i między fotelami.
     Do wyboru mam 2 linie. Okazuje się jednak, że jedyne wolne bilety zostały na Mazhandu Family Bus Services, więc dylemat rozwiązuje się sam. Równowartość ok. 50 zł zapewnia mi transport do odległego o niemal 490 km Livingstone. W krótkim czasie zbiera się komplet chętnych i odjeżdżamy punktualnie. Za oknem miga monotonny krajobraz afrykańskiego buszu i sawanny. Przejazd ubarwiają nigeryjskie filmy. Pasażerowie dobrze się bawią, a ja razem z nimi.
     Na trasie zaplanowano 2 postoje na odświeżenie się i posiłek. Nawet jeśli nie chcemy wyjść z autobusu, możemy zrobić zakupy przez okno. Wielu Zambijczyków z utęsknieniem wyczekuje każdego dnia na kolejny kurs, aby zarobić kilka kwach na sprzedaży warzyw, owoców, wody, soków i koniecznie doładowań do telefonów komórkowych.
     Po 7 godzinach jazdy docieram do 150-tysięcznego Livingstone. Na dworcu witają mnie podobny hałas i chaos jak w Lusace oraz pokrzykiwania dziesiątek taksówkarzy oferujących swoje usługi. Od komfortowego hostelu Jollyboys Backpackers dzieli mnie niecały kilometr, więc z radością zrobię sobie spacer po długiej podróży. Kierowcy taksówek nie są zadowoleni z widoku białego człowieka z plecakiem poruszającego się na piechotę. Po drodze przyglądam się miastu, które od razu przypada mi do gustu. Jest czyste, zielone, bardzo nowoczesne jak na Zambię i ma swój klimat. Zapewne duża w tym zasługa szkockiego protestanckiego misjonarza i podróżnika Davida Livingstone’a (1813–1873), który w 1855 r. dotarł w to miejsce i odkrył potężne wodospady na rzece Zambezi. Jak na prawdziwego Brytyjczyka przystało, nazwał je na cześć ówczesnej brytyjskiej królowej Wiktorii (1819–1901).
     Rozwój miasta wspomaga głównie turystyka. Sława Wodospadów Wiktorii, uważanych przez wielu za jeden z siedmiu naturalnych cudów świata, przyciąga tysiące przybyszów z różną zawartością portfela. Czeka na nich niezmiernie szeroki wybór hoteli, lodży, barów, restauracji i propozycji aktywnego spędzania czasu.

FOT. ZAMBIA TOURISM BOARD

Ekscytujący lot dwuosobową motolotnią nad Wodospadami Wiktorii


     Hostel Jollyboys Bacpackers stanowi idealne rozwiązanie dla turystów z plecakiem, ceniących sobie międzynarodowe towarzystwo. Zapewnia tanie noclegi w stylowych afrykańskich domkach i smaczne jedzenie za niewielkie pieniądze. Dodatkowo recepcja posiada bogatą ofertę wycieczek i atrakcji związanych nie tylko z tutejszym cudem natury.
     Do Parku Narodowego Mosi-oa-Tunya, odległego od miasta o kilka kilometrów, można dojechać taksówką. W 1989 r. obszar ten został wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Po przekroczeniu parkowej bramy od razu wpadam w ręce sprzedawców pamiątek. Rzeczywiście mnóstwo ich wyrobów to swoiste dzieła sztuki, ale bezpieczniej zrobić zakupy po obejrzeniu zapierających dech w piersiach kaskad. Dobrze oznakowane alejki prowadzą we wszystkie warte zwiedzenia punkty, mapa jest zupełnie niepotrzebna. Jedynym naturalnym zagrożeniem w tym fascynującym miejscu są grupy pawianów, które polują na plecaki turystów w poszukiwaniu darmowego pożywienia. Pod żadnym pozorem nie wolno małp dokarmiać ani rozstawać się ze swoim aparatem czy bagażem. Dyrekcja parku nie ponosi odpowiedzialności za zuchwałe kradzieże tych sprytnych zwierząt.
     Przed przybyciem Europejczyków na te tereny wodospady zwane były Mosi-oa-Tunya, co w języku lokalnej grupy etnicznej Lozi oznacza „Dym, który grzmi”. Taki właśnie obraz ukazał się moim oczom, gdy zbliżyłem się do pierwszego punktu widokowego. Olbrzymie masy wody rzeki Zambezi spadają z wysokości 108 m z potężnym hukiem i wzbijają w górę chmurę drobnych kropelek. Widok jest po prostu zniewalający. Potęgę natury widać zwłaszcza pod koniec pory deszczowej (zazwyczaj w lutym lub marcu), kiedy to w ciągu jednej minuty przez długą na 1708 m krawędź przetacza się ponad 500 mln l wody.
     Alejka prowadzi wzdłuż rzeki do miejsca, gdzie można zanurzyć się w wodospadzie. Trzeba tu dokładnie zapakować w worki foliowe cenne rzeczy i wypożyczyć płaszcz przeciwdeszczowy. Ja zaufałem mojemu wodoszczelnemu plecakowi, do którego schowałem aparat i portfel. Tak jak stałem, wszedłem w kipiel. Wrażenie było niesamowite. Chmura ciepłej wody z Zambezi staje się powietrzem do oddychania, wypełniający przestrzeń huk zagłusza wszystko, widoczność spada właściwie do zera. Powoli i po omacku przesuwam się do przodu. Kierunek ruchu wyznacza poręcz. Co jakiś czas wiatr rozwiewa na chwilę wodną zasłonę i widzę błękit nieba, poza tym jest biało i bardzo mokro. Przejście tego ekstremalnego odcinka zajmuje ok. 10 min. Po drugiej stronie turyści zdejmują płaszcze, a ja, ociekając wodą, zaglądam do plecaka i z radością stwierdzam, że wytrzymał ciężkie warunki.
     Gdy spojrzymy w dół wodospadów, możemy podziwiać przepiękne tęcze, które na tle bujnej i soczystej zieleni tworzą iście rajskie widowisko. Sieć alejek spacerowych pozwala na oglądanie olbrzymich kaskad z różnej perspektywy. Warto też zejść do brzegu rzeki krętą ścieżką wiodącą przez gęsty las przypominający dżunglę, aby spojrzeć na to majestatyczne dzieło natury od dołu. Od tego miejsca gwałtowny nurt Zambezi na odcinku blisko 30 km stwarza idealne warunki do organizowania najsłynniejszego i najtrudniejszego raftingu na świecie. Poziom wody w korycie określa, który fragment tego szaleńczego spływu jest dostępny. 25 bystrzy (o wdzięcznych nazwach „Prosto w ścianę”, „Poranna erekcja”, „Podróże Guliwera”, „Toaleta diabła”, „Schody do nieba”, „Wieczerza o północy” czy „Komercyjne samobójstwo”) wycenianych w 6-stopniowej skali trudności od III do VI zapewnia dawkę adrenaliny na najwyższym poziomie. Tutaj nie wolno popełnić błędu, a po wystartowaniu nie da się już zawrócić. Gdyby jednak komuś te emocje nie wystarczały, niech przypomni sobie, że w Zambezi żyją krokodyle. 

FOT. CHIAWA CAMP

Na safari w Zambii spotkamy króla zwierząt i władcę sawanny – lwa


     Kilkadziesiąt minut spaceru wystarczy, aby dotrzeć do stalowego mostu (Victoria Falls Bridge) łączącego Zambię z Zimbabwe. Dla większości to przejście graniczne, ale stanowi również mekkę amatorów skoków na bungee. Ciężko określić, co jest bardziej szalonym wyczynem: spadanie z wysokości 111 m głową w dół do rzeki czy najtrudniejszy rafting świata wśród krokodyli. Ocenę pozostawiam osobom zainteresowanym.
     Kolejna wielka atrakcja to trwające 3 godziny piesze safari, podczas którego podziwiamy dziewiczą naturę Parku Narodowego Mosi-oa-Tunya. Na turystów czeka tutaj duża dawka przeżyć. Spotkanie oko w oko ze stadem bawołów afrykańskich bądź wytropienie jednego z dwóch okazów nosorożców białych wywołuje emocje nie mniejsze niż uprawianie sportów ekstremalnych. Parkowy tropiciel dzięki swoim umiejętnościom potrafi podprowadzić grupę bardzo blisko zwierząt bez wzbudzania w nich niepokoju. Warto ruszyć na wyprawę o wschodzie słońca, kiedy przyroda budzi się do życia, a łagodne światło ułatwia wykonywanie dobrych zdjęć. W trakcie obserwacji dzikich zwierząt w ich naturalnym środowisku nad Zambezi zdałem sobie sprawę, że nawet najlepsze zoo nie pokaże nam nigdy prawdziwego piękna i potęgi przyrody.

 

W MOJEJ WIOSCE
Jako wolontariusz mieszkałem w małej wiosce Mpanshya (leżącej ok. 180 km na wschód od Lusaki), gdzie nie ma elektryczności, bieżącej wody ani drogi asfaltowej. Dość szybko zostałem zaakceptowany przez lokalną społeczność. Jednej rzeczy jej członkowie nie mogli jednak zrozumieć. Nie mieściło im się w głowie, że poświęciłem swój wolny czas, aby przyjechać z bardzo daleka i pracować dla nich za darmo.
     W Zambii żyje ponad 70 grup etnicznych. Największe to Bemba, Tonga, Chewa (Niandża, Nyanja), Tumbuka, Lunda, Lovale (Luvale), Kaonde, Nkoya i Lozi. Choć angielski funkcjonuje jako język urzędowy, ze względu na wysoki poziom analfabetyzmu w społeczeństwie znajomość lokalnego dialektu staje się koniecznością. Kilka podstawowych zwrotów w języku cziczewa (niandża, nyanja) znacznie ułatwiło mi komunikację z miejscowymi. W ostateczności zawsze pozostaje jeszcze porozumiewanie się za pomocą gestów i duża porcja uśmiechu.

FOT. ZAMBIA TOURISM BOAR

Przedstawiciele ludu Ngoni tańczący podczas ceremonii Nc’wala


     Wschód słońca stanowi naturalny początek dnia dla wszystkich. Zaczyna się krzątanie wokół chatek, zamiatanie obejścia, rozpalanie ognia. Niestety, to kobiety odpowiadają w rodzinie za wykonywanie większości obowiązków. Rola mężczyzny zwykle sprowadza się jedynie do prokreacji. Dzieci, które nie mają szczęścia i nie chodzą do szkoły (a takich jest zdecydowana większość), wyruszają z matką po wodę. Często pokonują kilka kilometrów z ciężkim kanistrem lub wiadrem na głowie. Starsze pociechy pod nieobecność kobiet opiekują się młodszym rodzeństwem. Zaradniejsi Zambijczycy uprawiają swoje małe i skromne przydomowe poletka. Część plonów, czyli głównie kukurydzy, przechowuje się jako zapas dla rodziny. Nadmiar można sprzedać na lokalnym bazarze. Pracy nikt nie oferuje, więc jedynym źródłem zarobku pozostaje rolnictwo.
     Chaty zambijskie zbudowane są zazwyczaj z trzciny i drewna. Bogatszych mieszkańców stać na domy z wypalanej gliny lub cegły kryte legendarną w całej Afryce blachą falistą. Nie odgrywają one tu jednak roli domostwa w naszym rozumieniu. Służą tylko jako miejsce na nocleg lub schronienie przed deszczem. Przygotowywanie posiłku czy inne prace gospodarcze odbywają się pod gołym niebem. Dla przeciętnego Zambijczyka wszystkie dni wyglądają tak samo, jedynie pogoda zakłóca tę monotonię. Takie życie nie sprzyja planowaniu przyszłości czy marzeniom. Dzień kończy się dobrze, gdy cała rodzina zje posiłek składający się z nsimy (nshimy) – kleistej papki przygotowanej z białej mąki kukurydzianej.

FOT. KRZYSZTOF RURAŃSKI

Zambijczycy wznoszą zwykle swoje chaty z drewna i trzciny


     Duży problem społeczny w Zambii stanowi pandemia AIDS. Spotkałem wiele rodzin, w których rodzice zmarli, a dziećmi musieli zaopiekować się dziadkowie lub dalsi krewni. Najnowsze raporty Światowej Organizacji Zdrowia (World Health Organization – WHO) podają, że średnia długość życia w tym kraju wynosi 55,5 lat. Natomiast głównymi przyczynami śmierci są brak dostępu do opieki medycznej, malaria, gruźlica i tzw. choroby wskaźnikowe (niektóre formy nowotworów, grzybic, nietypowe zapalenia płuc) występujące przy upośledzeniu układu odpornościowego wywołanym wirusem HIV. Każdego dnia widziałem setki Zambijczyków przybywających po pomoc do Szpitala Misyjnego św. Łukasza (St. Luke’s Mission Hospital) działającego przy misji katolickiej w miejscowości Mpanshya (prowadzonej przez Zgromadzenie Sióstr Boromeuszek Mikołowskich). Ta placówka medyczna jest jedyną w promieniu ok. 200 km. Dotarcie do niej często zajmuje chorym kilka dni wędrówki przez busz. Obiekt posiada parę oddziałów, przeprowadza się w nim skomplikowane zabiegi i operacje, funkcjonują tutaj poradnie specjalistyczne, ośrodek dożywiania i hospicjum. Aż ciężko uwierzyć, że kompleks zasila tylko energia z ogniw słonecznych i generatora prądotwórczego.
     Sporo czasu spędziłem wśród dzieci i młodzieży. Choć warunki, w jakich uczy się młode pokolenie, należą do bardzo trudnych, dało się zauważyć, że zależy mu na wykształceniu. Szkoła w Zambii kojarzy mi się z przygnębiającym widokiem starych, brudnych budynków z wybitymi oknami, gdzie całe wyposażenie sali lekcyjnej stanowi jedynie tablica i kilka ławek. Pomoce dydaktyczne to zwykle plansze z papieru, na których nauczyciel odręcznie wykonał rysunek lub napisał parę słówek po angielsku. Analfabetyzm i bieda rodziców sprawiają, że oni sami nie chcą wysyłać dzieci na naukę, bo nie dostrzegają znaczenia edukacji. Nadzieję na zmianę tego myślenia przynoszą programy oświatowe prowadzone na terenie Zambii przez organizacje świeckie i kościelne z różnych krajów. Najlepszym wzorem do naśladowania dla innych są młodzi ludzie, którzy po udziale w takich projektach zdobyli zawód i stali się samodzielni. Osobiście jestem zwolennikiem teorii mówiącej, że lepiej rozdawać wędki niż ryby. Dlatego kiedy wspominam przedszkole Arka Noego, które dzięki zapałowi grupy wolontariuszy i finansowemu wsparciu Ministerstwa Spraw Zagranicznych RP powstało w wiosce Mpanshya, rozpiera mnie duma. Dwa kolorowe budynki z dużym placem zabaw codziennie odwiedza ponad 240 przedszkolaków z okolicznych osad. W doskonale wyposażonych klasach odbywają się zajęcia prowadzone przez nauczycieli. Przerwy dzieci spędzają na grach i zabawach, a pod koniec dnia każdy maluch dostaje ciepły posiłek. W grudniu z okazji oficjalnego zakończenia zambijskiego roku szkolnego organizuje się wielką uroczystość, w czasie której mali absolwenci otrzymują świadectwa i dyplomy. Grupa przedszkolaków ma także swojego rodzaju rodziców adopcyjnych na odległość w Polsce. Ich regularne wpłaty umożliwiają funkcjonowanie tej placówki, opłacanie nauczycieli i personelu pomocniczego, zakup pomocy dydaktycznych oraz mundurków. Kilka razy w roku przyjeżdżają do Mpanshyi polscy wolontariusze. Wszyscy podkreślają, że widok tak licznej gromady roześmianych i szczęśliwych dzieci jest bezcenny.
     Afrykanie charakteryzują się wrodzonym poczuciem rytmu. Gdy słyszą muzykę, od razu zaczynają śpiewać i tańczyć. Odnoszę wrażenie, że potrafią się śmiać częściej i bawić znacznie lepiej niż wielu ludzi z zamożnej Europy. Parę razy uczestniczyłem we mszy świętej w afrykańskim katolickim kościele, podczas której wierni spontanicznie, poprzez taniec i śpiew wyrażali swoją wiarę. To kapłan musiał się do nich dostosować i czekać, aż emocje opadną, a zgromadzeni się wyciszą.
     Kilkakrotnie gościłem u typowej zambijskiej rodziny. Wizyta mzungu to dla nich wielkie wydarzenie. Nie ukrywam, że i na mnie takie odwiedziny robiły wrażenie – były w końcu nowym doświadczeniem. W dobrym tonie jest przynieść na takie spotkanie drobne upominki dla wszystkich domowników. Za ok. 2 dolary na dzień przeciętną wielodzietną rodzinę z Zambii stać wyłącznie na bardzo skromny posiłek, ale przybycie gościa z dalekiego kraju uchodzi za świetną okazję do ucztowania. Do głównych dań zaliczają się wspomniana nsima (nshima), kapenta – smażone w oleju i mocno solone małe rybki, słodkie ziemniaki oraz kassawa – gotowane lub smażone bulwy manioku jadalnego. Na deser podaje się pyszne egzotyczne owoce. Potrawy spożywa się prawą ręką z jednej miski lub garnka. Bez wątpienia wspólne biesiadowanie zbliża osoby nawet z odległych części świata.

 

WALKA O SZCZĘŚCIE
Moje wyjazdy do Zambii to trochę nietypowe połączenie turystyki z wolontariatem. Ten sposób podróżowania posiada jednak szereg zalet, z których najważniejszą stanowi możliwość bezpośredniego poznawania ludzi, ich kultury, warunków życia i języka. Dużo łatwiej przychodzi odkrywać nowy kraj, jeśli zaczyna się od spotkania z jego mieszkańcami. Do tej części Afryki turyści nadal nie zaglądają zbyt często. Z jednej strony to dobrze, bowiem zagarniająca wszystko komercja i tłumy przyjezdnych nie ułatwiają zwiedzania, ale małe zainteresowanie nie pomoże w rozwoju tej gałęzi gospodarki. Dla mnie liczy się fakt, że podczas wizyty w Zambii mogłem również zostawić w niej cząstkę siebie jako wolontariusz. Wierzę, iż przedszkole Arka Noego, przy którego budowie pracowałem, da wielu dzieciom dużo radości i zapewni im szczęśliwe dzieciństwo w tym z pewnością wartym bliższego poznania słonecznym południowoafrykańskim kraju.

Artykuły wybrane losowo

Malta – kraina cudów

AGNIESZKA KAMIŃSKA

<< Mozaika wielu kultur czyni Maltę jednym z najciekawszych miejsc na urlop dla miłośników historii, architektury i sztuki. Dzięki znakomitym warunkom do uprawiania rozmaitych aktywności odnajdą się tutaj również amatorzy sportów wodnych, plażowicze, zakochane pary i spragnieni wrażeń imprezowicze. To niezmiernie ciekawy kraj. Każdego roku odwiedzają go prawie 2 mln turystów. Ze względu na swoje specyficzne położenie archipelag ten stanowił przez wieki wyjątkowe miejsce, w którym spotykały się i mieszały ze sobą wpływy europejskie, afrykańskie i azjatyckie.>>

 

Gwiaździsty Fort św. Elma na końcu półwyspu Sciberras w Valletcie

© VIEWINGMALTA.COM

 

Wyspy Maltańskie leżą na Morzu Śródziemnym na wysokości Tunezji. Trzy największe – Malta, Gozo i Comino – są zamieszkałe. Archipelag należy do jednego z najmniejszych krajów Europy (316 km² powierzchni i ok. 450 tys. ludności), czyli Republiki Malty. Jej stolicą jest Valletta.

Łagodny klimat wysp sprawia, że warto je odwiedzić nie tylko w sezonie letnim. Słońce świeci tu przez mniej więcej 300 dni w roku. Dlatego to znakomite miejsce na zorganizowanie np. wyjazdu majowego.

 

PODRÓŻ W CZASIE

Według jednej z teorii Malta zawdzięcza swoją nazwę Fenicjanom (wywodzi się ją od fenickiego słowa maleth oznaczającego „przystań” lub „port”), którzy zaczęli przybywać na wyspę ok. 800–700 r. p.n.e. Jednak początki cywilizacji w tej części Europy sięgają 5200 lat p.n.e., a pierwszymi osadnikami na archipelagu byli mieszkańcy pobliskiej Sycylii. Największymi tutejszymi ciekawostkami archeologicznymi są budowle megalityczne. Te prehistoryczne obiekty po prostu trzeba zobaczyć.

Jednym z nich jest kompleks Ġgantija znajdujący się na Gozo. Należy on do najstarszych budowli na świecie – ma ok. 1 tys. lat więcej niż słynne piramidy w egipskiej Gizie (eksperci szacują, że powstał między 3600 a 3200 r. p.n.e.). Z daleka przypomina nieco kamienny krąg Stonehenge, choć z pewnością trafia tu o wiele mniej turystów niż pod Salisbury w południowej Anglii. Ġgantija razem z kompleksami Tarxien, Ħaġar Qim, Mnajdra, Skorba i Ta’ Ħaġrat na Malcie została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Niewątpliwą atrakcją dla osób zainteresowanych prehistorią jest też podziemne Hypogeum Ħal-Saflieni w miejscowości Paola. Wiedzę na temat dziejów archipelagu można pogłębić w Narodowym Muzeum Archeologicznym (National Museum of Archaeology) w Valletcie.

Miłośnicy architektury będą Maltą zachwyceni. Przez kolejne stulecia mieszały się tu wpływy różnych kultur. Fenicjanie, Kartagińczycy, Rzymianie, Arabowie, Normanowie – wszyscy oni pozostawili po sobie ślady w postaci budynków sakralnych i użyteczności publicznej. Wyjątkowo duże znaczenie w dziejach wyspy miał okres panowania zakonu joannitów (1530–1798). Po osiedleniu się na Malcie przyjęli oni nazwę kawalerów maltańskich. Do dziś zachowały się wzniesione przez nich niegdyś masywne fortyfikacje (ze słynnym Fortem św. Elma w Valletcie), charakterystyczne mury miejskie i liczne świątynie.

 

KRAJ KOŚCIOŁÓW

Pierwsze, co zauważa się po przybyciu do tego niewielkiego wyspiarskiego państwa, to fakt, że jest tutaj bardzo jasno i świetliście. Wysokie kamienice ozdobione kolorowymi drewnianymi balkonami, mury miast, forty i kościoły zbudowane są z piaskowca, który doskonale odbija promienie słoneczne i pięknie kontrastuje z błękitem nieba.

Malta to wyspa świątyń. Kościołów katolickich znajduje się na niej podobno tyle, ile dni ma rok. Budowle sakralne górują nad miastami i wioskami. Najsłynniejszą z nich jest XVI-wieczna Konkatedra św. Jana w Valletcie – jej wnętrze uchodzi za jeden z najlepszych przykładów stylu barokowego w Europie. Pielgrzymują do niej tłumnie również miłośnicy sztuki, m.in. ze względu na obraz włoskiego malarza Caravaggia z 1608 r. Ścięcie św. Jana Chrzciciela.

Do ciekawszych obiektów sakralnych na Malcie należy także Rotunda w Moście, czyli neoklasycystyczny Kościół Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny z lat 1833–1860. Jest on wzorowany na rzymskim Panteonie, a wewnętrzna średnica jego kopuły wynosi ponad 37 m. W zakrystii znajduje się replika niemieckiej bomby, która została zrzucona w czasie II wojny światowej na świątynię i nie wybuchła, co uznano za cud.

Również Gozo znaczą liczne kościoły. Duże wrażenie robi Bazylika Ta’ Pinu – jej wyniosły gmach wyrasta pośrodku niczego w pobliżu miejscowości Għarb. Ze względu na odnotowane w niej cuda świątynia ta jest celem pielgrzymek katolików.

Turyści zainteresowani zwiedzaniem miast najlepiej będą się czuli w stolicy Malty. Vallettę wypełniają zabytki – na jej niewielkim obszarze (zaledwie 0,8 km2) znajduje się ich aż 320. Nic więc dziwnego, że w 1980 r. została ona wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO.

  

Przepiękne, bogato zdobione wnętrze Konkatedry św. Jana w Valletcie

© VIEWINGMALTA.COM

 

SACRUM I PROFANUM

Maltańczycy uchodzą za jeden z najbardziej religijnych narodów w Europie. Katolicyzm jest w ich kraju religią państwową, a prawie 90 proc. mieszkańców deklaruje praktykowanie wiary. Co ciekawe, w języku maltańskim, spokrewnionym z arabskim, na określenie Boga używa się słowa Alla. Ze względu na dużą liczbę miejsc kultu religijnego wyspy, a szczególnie Gozo, są celem pielgrzymów z całej Europy. Na trasie pielgrzymki nie może zabraknąć m.in. drogi krzyżowej z figurami naturalnej wielkości, znajdującej się na wzgórzu Ta’ Għammar (tuż obok wspomnianej już Bazyliki Ta’ Pinu), czy 12-metrowej kopii posągu Chrystusa Odkupiciela z brazylijskiego Rio de Janeiro, wznoszącej się nad miejscowością Żebbuġ.

Maltańska religijność sprawia wrażenie bardzo radosnej, a kult świętych często manifestuje się tu w postaci fiest, podczas których sacrum przeplata się z profanum. Jedną z okazji do świętowania jest dzień patrona miejscowości lub kościoła. Świątynie ozdabia się wtedy kolorowymi lampkami i girlandami, odbywają się uroczyste procesje, a wieczorem odpalane są sztuczne ognie. Do najhuczniej obchodzonych uroczystości należy wspomnienie rozbicia się okrętu ze św. Pawłem na pokładzie u wybrzeży Malty (10 lutego).

Wydarzeniem, które przyciąga rzesze turystów, jest obchodzony zimą widowiskowy karnawał. Przez kilka dni ulice miast wypełnia wówczas kolorowy tłum w fantazyjnych przebraniach, a festyny trwają do białego rana. Zwieńczenie tego radosnego okresu stanowi Grand Finale na St. Anne’s Street we Florianie z paradą z platformami i pokazem fajerwerków. Karnawał hucznie obchodzi się także w Nadur na Gozo.

Malta jest również wyspą kultury. Przez cały rok organizuje się na niej dziesiątki ważnych wydarzeń kulturalnych. W maju odbywa się Malta World Music Festival, w czerwcu – Valletta Film Festival, a w lipcu – Malta International Arts Festival (w 2018 r. rozpoczyna się 29 czerwca), łączący sztuki wizualne z tańcem, operą, teatrem i filmem i przyciągający artystów z całego świata. Lato to też okres plenerowych imprez muzycznych. Wśród najbardziej znanych należy wymienić Isle of MTV (Wyspę MTV), wielki koncert muzyki pop we Florianie, na którym każdego roku bawi się ok. 50 tys. ludzi.

Na 2018 r. zaplanowano wyjątkowo dużo wydarzeń kulturalnych, ponieważ Valletcie (oraz holenderskiemu Leeuwarden) na ten czas nadano tytuł Europejskiej Stolicy Kultury. Motywami przewodnimi imprez, wystaw, spektakli, pokazów ulicznych i koncertów odbywających się w stolicy Malty są m.in. wyspiarskość, barok i podróże oraz kulturowe partnerstwo z Japonią. Szczegółowy program dostępny jest na stronie internetowej www.valletta2018.org.

 

Radosny, wielobarwny pochód karnawałowy

© VIEWINGMALTA.COM

 

RAJ DLA PLAŻOWICZÓW

Choć archipelag może być idealnym miejscem do odkrywania dziedzictwa europejskiej kultury, to letnie temperatury, dochodzące nawet do 40°C, nie zachęcają do zwiedzania. W tym czasie zjeżdżają tu plażowicze i miłośnicy sportów wodnych. Linia brzegowa Malty ma ok. 197 km długości i jest ukształtowana w urozmaicony sposób. Na wybrzeżu kraju znajdują się wysokie klify i idealne do nurkowania czy snorkelingu spokojne zatoczki, a także kilka zachęcających do odpoczynku piaszczystych plaż i malowniczych półwyspów. Ze względu na panujący w okresie letnim upał, którego nie łagodzi ciepły i często porywisty wiatr, turyści i miejscowi szukają choćby chwilowego ochłodzenia w przejrzystym Morzu Śródziemnym, co nie zawsze się udaje, ponieważ w sierpniu temperatura wody potrafi wynosić nawet 30°C. Mimo to w sezonie trzeba być przygotowanym na tłumy wczasowiczów. Dlatego przy planowaniu podróży na Maltę warto rozważyć wyjazd na wiosnę lub jesień. Na plażach jest w tych okresach nieco luźniej, choć bywa wtedy bardzo ciepło. Znawcy tematu twierdzą, że na plażowanie najlepiej wybrać się na archipelag w październiku (woda wciąż ma wówczas powyżej 20°C).

Najwięcej amatorów kąpieli słonecznych odwiedza północno-zachodnie wybrzeże Malty. Piaszczystych plaż jest na wyspie niewiele, dlatego w sezonie są one okupowane. Jedna z najsłynniejszych to Golden Bay, usytuowana niedaleko popularnego wakacyjnego kurortu Mellieħa. Dużo większy spokój panuje w rejonie położonej na południe stąd zatoki Għajn Tuffieħa (Għajn Tuffieħa Bay). Wieczorem warto wdrapać się na stojącą na klifie starą wieżę obronną z 1637 r., ponieważ można tu podziwiać jedne z najpiękniejszych zachodów słońca na Malcie. Bardziej kameralnie jest w ukrytej między skałami niewielkiej Rajskiej Zatoce (Paradise Bay). Jej nazwa znakomicie do niej pasuje. Piasek pokrywa też brzegi leżącej na północy zatoki Armier (Armier Bay), gdzie udają się głównie młodzi ludzie.

Jeden z cudów natury na archipelagu (i od czasu zawalenia się Lazurowego Okna na Gozo w marcu 2017 r. chyba najchętniej fotografowane przez turystów miejsce) stanowi cieśnina Błękitna Laguna pomiędzy wyspami Comino i Cominotto. Jej krystalicznie czyste wody w niezwykłym odcieniu turkusu podziwia rocznie ok. 20 tys. osób.

Ci, którym nie zależy na piaszczystej plaży, mają na Malcie zdecydowanie większy wybór pięknych zakątków, ponieważ wybrzeże kraju jest w dużej mierze skaliste. Wspaniale prezentuje się m.in. miasto Saint Paul’s Bay z zacumowanymi łódkami, palmami rosnącymi na brzegu i ciągnącą się wzdłuż niego promenadą. Pewnie nie wszyscy opalający się na skałach turyści wiedzą, że leżą na pozostałościach murów obronnych wybudowanych przez kawalerów maltańskich w XVIII w. Na tych, którym znudzi się plażowanie lub chcą chwilę odpocząć od słońca, czekają pobliskie Narodowe Akwarium Malty (Malta National Aquarium) i kasyno (Oracle Casino).

Na Malcie znajduje się również sporo wodnych atrakcji dla dorosłych i dzieci. Na północnym wybrzeżu wyspy w pobliżu miejscowości Naxxar warto odwiedzić Mediterraneo Marine Park, w którym odbywają się pokazy z udziałem delfinów i uchatek patagońskich. Obok działa Splash & Fun Water Park z basenami ze sztuczną falą i zjeżdżalniami.

 

DLA AKTYWNYCH

Podczas gdy jedni wylegują się na plaży, inni wolą spędzać urlop aktywnie. Malta jest wręcz stworzona do tego typu wypoczynku, a zwłaszcza uprawiania sportów wodnych. W okolicznych przejrzystych wodach można pływać i nurkować, na tworzących się na nich falach spróbować swoich sił w surfingu.

Rejon archipelagu to jedno z najpopularniejszych miejsc do nurkowania w Europie. Na wyspach funkcjonuje ok. 60 profesjonalnych baz nurkowych, a wokół na dnie Morza Śródziemnego leży kilkadziesiąt zatopionych statków. Nurkowie eksplorują tu także jaskinie, np. Blue Hole na Gozo czy Blue Grotto na Malcie. Największe maltańskie centra nurkowe znajdują się we wspomnianej już miejscowości Saint Paul’s Bay. Poza tym popularnością cieszy się też zatoka Dwejra (Dwejra Bay) na Gozo. Na archipelagu wielu turystów próbuje również snorkelingu np. w takich miejscach jak Għar Lapsi na południu Malty oraz w zatokach na Gozo: Hondoq, Xwejni i Xatt l-Ahmar.

Okolicę wysp wybierają bardzo często także amatorzy żeglarstwa. Bez problemu można tutaj znaleźć firmę zajmującą się czarterem jachtów i łodzi. Najstarsza marina na Malcie znajduje się w miejscowości Msida (720 miejsc) i jest wymieniana wśród najlepszych w basenie Morza Śródziemnego. Na zainteresowanie zasługują również przystanie w St. Julian’s i Birgu (Vittoriosie). Popularne wśród turystów są rejsy dookoła trzech wysp: Malty, Gozo i Comino, a także wycieczki motorówką czy rekreacja na rowerach wodnych. Odnajdą się tu też miłośnicy wędkowania (wymagane jest pozwolenie na połów).

Ze względu na skaliste wybrzeże Malta idealnie nadaje się do uprawiania wspinaczki skałkowej. Zwolennicy mniej ekstremalnych wrażeń mają do wyboru dyscypliny sportowe z brytyjską tradycją, takie jak golf lub krykiet, których centrum znajduje się w miejscowości Marsa (Royal Malta Golf Club i Marsa Sports Club). Gozo można z kolei zwiedzać w siodle (przejażdżki oferują m.in. stadniny w miejscowości Xagħra) albo rowerem (ze względu na ukształtowanie terenu przyda się dobra kondycja).

 

Popeye Village – wioska złożona z 19 budynków

© VIEWINGMALTA.COM/SEREN OZCAN

 

ŚLUB W WIOSCE POPEYE’A

Piknik na plaży, zwiedzanie winnic, wieczorny rejs dookoła Comino z kolacją na pokładzie jachtu czy spacer po promenadzie w Sliemie – to tylko niektóre z licznych atrakcji dla zakochanych par. Urokliwe uliczki w Valletcie aż się proszą o to, żeby się w nich zgubić i odkrywać miejsca, w których czas się zatrzymał i o których nie piszą w przewodnikach. Malta jest idealnym celem na romantyczny weekend we dwoje, podróż poślubną albo organizację ślubu w niecodziennej scenerii, jak choćby w słynnej wiosce marynarza Popeye’a (Popeye Village) lub XVII-wiecznej wieży obronnej Dwejra na Gozo.

Nie ma też nic bardziej magicznego niż wschód albo zachód słońca oglądany w położonej ok. 10 km na południowy wschód od Valletty niewielkiej rybackiej miejscowości Marsaxlokk. Zacumowane w porcie tradycyjne maltańskie łodzie zwane luzzu są pomalowane na intensywne kolory. Na dziobie zdobią je oczy, które mają chronić rybaków udających się na połów. Te charakterystyczne łodzie same w sobie stanowią atrakcję turystyczną. Ślubna sesja zdjęciowa w tym miejscu to świetna pamiątka z Malty.

Zakochanym spodoba się także w Mdinie. Ta dawna maltańska stolica (do 1530 r.), założona ok. VIII w. p.n.e. przez Fenicjan jako warowna osada (pod nazwą Maleth), nazywana bywa cichym miastem, dlatego że jej otoczoną murami najstarszą część zamieszkuje jedynie 300 osób i jest ona zamknięta dla ruchu pojazdów. Mdina znajduje się w centrum Malty, zbudowano ją na wzgórzu. Podczas przechadzki jej wąskimi uliczkami warto przyjrzeć się architektonicznym detalom na fasadach budynków, wykonanym z kamienia, drewna lub popularnej tu ceramiki. Widok z usytuowanego na murach tarasu kawiarni „Fontanella® Tea Garden” należy do najbardziej spektakularnych na wyspie.

Nowożeńcy mogą korzystać ze zróżnicowanej bazy noclegowej. Do wyboru mają luksusowe apartamenty w miejskich pałacach, kameralne hotele na obrzeżach miejscowości czy rustykalne domy z prywatnym basenem (np. na Gozo).

 

JAK W FILMIE

Malta leży co prawda daleko od Los Angeles, ale szanse na spotkanie hollywoodzkiej gwiazdy są na niej zaskakująco duże. To tutaj Robin Williams prężył muskuły jako Popeye, Brad Pitt walczył pod Troją, a Ridley Scott kręcił sceny do swojego oscarowego Gladiatora. Według wyliczeń pomiędzy 1925 a 2017 r. wyspa była planem dla ok. 120 produkcji.

Miłośnikom kina dużą przyjemność sprawia odnajdywanie miejsc, gdzie powstawały ich ulubione filmy. Najbardziej rozreklamowaną filmową atrakcją na Malcie jest bez wątpienia Wioska Popeye’a (Popeye Village) w zatoce Anchor (Anchor Bay). Przyciąga ona głównie rodziny z dziećmi i choć ma zdecydowanie komercyjny charakter, warto ją odwiedzić.

Wielu twórców uległo czarowi Mdiny, która odgrywała nawet Rzym w filmie Hrabia Monte Christo z 2002 r. Chętnie przyjeżdżają tu również fani popularnego serialu Gra o tron. W pobliżu bramy miasta kręcono sceny przedstawiające wydarzenia dziejące się w Królewskiej Przystani (King’s Landing) w pierwszym sezonie produkcji.

Z kolei w Valletcie, w pobliżu Fortu św. Elma, powstawały zdjęcia do filmów Midnight Express i World War Z (z Bradem Pittem w roli głównej). Stolica Malty grała także m.in. francuską Marsylię we wspomnianym już Hrabi Monte Christo. Upodobał ją sobie poza tym Ridley Scott, któremu posłużyła za plan filmowy do ujęć prezentujących starożytny Rzym w Gladiatorze. Niestety, z pracą nad tą nagradzaną produkcją wiąże się pewna smutna historia. Jeden z aktorów, Anglik Oliver Reed, w przerwie między zdjęciami poszedł do pubu na drinka i… zmarł w nim na atak serca. Aby uczcić pamięć o nim, lokal został nazwany „Ollie’s Last Pub”.

Na dużym ekranie można było też oglądać ulubioną atrakcję turystów, czyli Błękitną Lagunę. Kręcono tu sceny do filmów Helena Trojańska ze Sienną Guillory i Rejs w nieznane z Madonną.

 

NAUKA I ZABAWA

Malta uzyskała niepodległość 21 września 1964 r. (jednak przez kolejne 10 lat jej królową pozostawała Elżbieta II). Wcześniej była kolonią brytyjską (od 1813 r., a od 1800 r. – brytyjskim protektoratem, oficjalnie częścią Królestwa Sycylii). Pozostałościami po tej przeszłości są charakterystyczne czerwone budki telefoniczne na ulicach, ruch lewostronny i język angielski, który obok maltańskiego pełni funkcję języka urzędowego. Wiele osób odwiedza Maltę i Gozo, aby doskonalić swoje umiejętności językowe. Kursy angielskiego ma w swojej ofercie ponad 40 miejscowych szkół, w których pracują wykwalifikowani nauczyciele, pochodzący najczęściej z Wysp Brytyjskich.

Po dniu spędzonym na nauce warto wieczorem nieco się rozerwać. Na Malcie znajduje się wiele odpowiednich do tego klubów. Nie bez powodu organizuje się tu wypady na wieczory kawalerskie i panieńskie, a także wyjazdy motywacyjno-integracyjne dla firm. W ciągu dnia można odpocząć w licznych komfortowych hotelach z centrami spa i wellness, wybrać się na przejażdżkę piętrowym imprezowym autobusem, pojeździć jeepem po Gozo, przyjrzeć się wyspom od strony wody (podczas rejsu łodzią) albo z góry (w trakcie lotu helikopterem).

Wieczorem koniecznie trzeba pojechać do St. Julian’s, nazywanego sin city („miastem grzechu”), gdzie przy Dragonara Junction i ulicy Santa Rita Steps toczy się nocne życie Malty. Popularnym rozrywkowym kurortem jest również Buġibba w Saint Paul’s Bay. Wiele osób kończy imprezę nad ranem na Strait Street w Valletcie, ulicy nazywanej niegdyś The Gut (ang. „jelito”, „flak”). Dla większych grup organizowane są też wieczory z tradycyjnymi daniami kuchni maltańskiej i oprawą zespołu muzycznego, grającego folkowe piosenki i współczesne hity.

 

NIE TYLKO KRÓLIK

Maltańska mieszanka kulturowa ma swoje odzwierciedlenie także w sztuce kulinarnej tego kraju. W miejscowej kuchni odnaleźć można zarówno wpływy sycylijskie (pizza, makarony), jak i brytyjskie (fish and chips). Jednak za największy przysmak uchodzi tu potrawka z królika, najczęściej serwowana w sosie z wina. Jedna ze stołecznych restauracji szczyci się tym, że w swoim menu posiada wersję tego dania, którą słynny brytyjski kucharz Jamie Olivier uznał za najlepszą na Malcie.

Ci, którzy za mięsem nie przepadają, mogą cieszyć się potrawami z różnorodnych ryb i owoców morza. Większość tych ostatnich, jak np. omułki, jest importowana z Włoch. Miejscowy specjał stanowi zupa rybna aljotta z dużą ilością czosnku. Turystom radzi się unikać jedzenia niektórych gatunków ryb, m.in. morszczuka, miecznika (włócznika) czy soli, ponieważ są zagrożone wyginięciem. Świeże ryby można kupić codziennie na targu w Marsaxlokk.

Jeśli mamy ochotę przekąsić coś na szybko, powinniśmy zdecydować się na pastizzi – chrupiące pierożki z ciasta francuskiego nadziewane aromatyczną ricottą lub groszkowym musem, a także arancini – smażone kulki ryżowe z serem i mięsem. Malta słynie z deserów, więc na koniec posiłku warto spróbować np. ciastek kannoli nadziewanych ricottą o różnych smakach albo tradycyjnego ciasta z figami, miodem i rodzynkami. Na głównej ulicy w Valletcie (Republic Street, Triq ir-Repubblika) koniecznie trzeba zjeść lody o fantazyjnym kształcie z lodziarni „Amorino”.

Na archipelagu pije się sporo wina, ale importuje się je głównie z Włoch. Lokalne produkty mają oznaczenie IGT Maltese Islands i DOK Malta lub DOK Gozo. Niestety, rzadko które zachwycają smakiem. Największe i najbardziej znane winnice to Marsovin (założona w 1919 r.) i Meridiana (istniejąca od 1987 r.). Malta nie jest jednak typowym celem wypraw enoturystycznych. Kto chce zapoznać się z miejscowymi tradycjami winiarskimi, może wybrać się na zwiedzanie winnicy połączone z degustacją. Oprócz wina Maltańczycy piją lokalne sznapsy, jak anyżowy likier anisette czy likier cytrynowy z Gozo.

Pragnienie najlepiej gasi piwo Cisk i bezalkoholowy, gazowany napój pomarańczowo-ziołowy Kinnie. Ten ostatni zwykle albo przypada komuś do gustu, albo zupełnie mu nie podchodzi. To zupełnie inaczej niż w przypadku Malty – w niej można się tylko zakochać.

Wydanie Wiosna 2018

Słowenia – mały kraj wielkich win

LUCYNA LEWANDOWSKA

<< Istnieje takie państwo w Europie, w którym nic nie leży za daleko, a niemal wszystko jest po drodze. Z górskich szczytów widać w nim morze, blisko wybrzeża Adriatyku znajdują się liczne zapierające dech w piersiach jaskinie, a kawałek dalej – malownicze rejony winiarskie. To właśnie w niewielkiej Słowenii, dosłownie wciśniętej między Włochy, Austrię, Chorwację i Węgry, natura potrafiła zebrać wszystko to, co w niej najatrakcyjniejsze. >>

Więcej…

Pasjonująca Dominikana

 

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Nowożytna historia Republiki Dominikańskiej (Dominikany), znanej dziś jako „raj Karaibów”, zaczyna się 5 grudnia 1492 r., kiedy Krzysztof Kolumb odkrył wyspę La Española (po angielsku Hispaniola, po polsku Haiti). Ujrzawszy ją, miał stwierdzić, że „jest to najpiękniejsze miejsce, jakie ludzkie oko widziało”. To właśnie tutaj rozpoczęła się kolonizacja Ameryki przez Europejczyków. Na tej ziemi Bartłomiej Kolumb, brat Krzysztofa, założył w 1496 r., na wschodnim brzegu rzeki Ozama, Santo Domingo – pierwsze europejskie miasto w Nowym Świecie, obecną stolicę Dominikany. Wznoszą się tu m.in. najstarsza katedra, uniwersytet, klasztor i zamek w Ameryce. Turyści mogą je dzisiaj podziwiać w Ciudad Colonial (Kolonialnym Mieście), historycznym centrum dominikańskiej metropolii, wpisanym na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To stąd wyruszano niegdyś na podbój Nowego Świata. Warto poznać bliżej to wyspiarskie państwo, a poczujemy wówczas z pewnością wszechobecną tutaj karaibską atmosferę luzu, relaksu, dobrej zabawy i zadowolenia z życia oraz odkryjemy pasjonującą historię Republiki Dominikańskiej.

Więcej…