NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

 

<< Określana mianem kraju wiecznej wiosny tajemnicza Gwatemala, kipiąca zielenią i zachwycająca piramidami otulonymi mistyczną mgłą lasu deszczowego to niewielka kraina ludzi o ogromnych sercach. Niezmiennie od lat przyciąga ona podróżników szukających kontaktu z wciąż żywą kulturą Majów. Lawirując pomiędzy jej przeszłością i teraźniejszością, odkrywamy jej unikatowy na skalę światową charakter, tak różnorodny jak paleta barw majańskiej chusty. >>

Populacja Republiki Gwatemali liczy niespełna 16 mln mieszkańców, z których ok. 40 proc. stanowią czystej krwi potomkowie Majów. Państwo to dzieli swoją granicę z Meksykiem, Salwadorem, Hondurasem i Belize. Wybrzeże pacyficzne pokrywają czarne wulkaniczne plaże, natomiast na wschodzie wąski pas lądu okalają ciepłe wody Morza Karaibskiego. Na terytorium kraju, wynoszącym niemal 109 tys. km2, czyli mniej więcej trzy razy mniejszym od Polski, znajduje się aż 21 parków narodowych oraz 6 rezerwatów biosfery. W krajobrazie zachodniej i centralnej jego części dominują góry i wyżyny, a jedną trzecią całkowitej powierzchni zajmuje położona na północy nizina Petén, porośnięta lasem tropikalnym i rzadko zaludniona.
Gwatemala jest niewątpliwie idealnym kierunkiem dla prawdziwych podróżników, miłośników historii, kultury, przyrody i turystyki etnicznej. W stołecznej Gwatemali (Ciudad de Guatemala) rokrocznie ląduje ponad milion turystów, którzy wyruszają na poszukiwanie przygód w tym regionie. Międzynarodowy Port Lotniczy La Aurora (Aeropuerto Internacional La Aurora) posiada bezpośrednie połączenia z Madrytem, Meksykiem (Ciudad de México), Kolumbią (Bogotą), Kanadą (Montrealem) oraz wieloma miastami w USA i Ameryce Środkowej. Plasuje się tym samym na czwartej pozycji na liście najbardziej ruchliwych środkowoamerykańskich lotnisk (tuż za Panamą, San José w Kostaryce i Aeropuerto Internacional El Salvador w Salwadorze). Lokalne linie lotnicze Transportes Aéreos Guatemaltecos (TAG Airlines) oferują przeloty pomiędzy stolicą, położoną na centralnych wyżynach kraju, a niziną Petén na północy (Aeropuerto Internacional Mundo Maya). Niewielkie dystanse ułatwiają poznanie całej Gwatemali podczas jednej wyprawy.

 

W DAWNEJ STOLICY
Wzdłuż Pacyfiku rozsiane są stożki ok. 900 wulkanów. W czasie ostatnich 200 lat czynnych pozostawało 9 z nich, z których aktualnie największą aktywność przejawiają Pacaya (2552 m n.p.m.) oraz Volcán de Fuego (Wulkan Ognia, 3763 m n.p.m.) w pobliżu kolonialnego miasta Antigua (La Antigua Guatemala, czyli Stara Gwatemala). Ostatnia erupcja tego pierwszego miała miejsce w marcu br. i wymusiła ewakuację ponad 3 tys. mieszkańców okolicznych wiosek. Sama Antigua po niemal 230 latach utraciła w 1775 r. funkcję stolicy kraju (w latach 1540–1821 hiszpańskiej Kapitanii Generalnej Gwatemali) na rzecz Ciudad de Guatemala po serii silnych trzęsień ziemi w 1773 r. W trakcie spaceru po jej wybrukowanych uliczkach za każdym rogiem znajdujemy wspaniałe zabytki kolonialnej architektury, które stoczyły z żywiołem walkę o przetrwanie. Wraz ze stożkami spowitymi mgłą i kałużami, odbijającymi żółte światła ulicznych latarni, tworzą niezwykle surrealistyczny krajobraz. Gdy tak kluczymy pomiędzy kolorowymi zabudowaniami, docieramy na główny plac miejski (zócalo). Każdego wieczoru ożywia go feeria barw i dźwięków. To tutaj po godzinach pracy swój wolny czas spędzają mieszkańcy miasta z całymi rodzinami. Pobliskie kawiarnie kuszą aromatem świeżo palonej gwatemalskiej kawy. Jeżeli nie pójdziesz na zócalo, to tak, jakby nie było całego dnia – pisze Michał Głombiowski w swojej książce Wieczorem przyjdź na zócalo.

FOT. INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)

Arco de Santa Catalina w Antigui – dawna część klasztoru


     Niepowtarzalna atmosfera oraz dogodne położenie sprawiły, że Antigua stała się idealnym miejscem do organizacji konferencji, kongresów, spotkań biznesowych oraz wyjazdów typu incentive. Urokliwe kolonialne hotele butikowe, a także światowej klasy obiekty przystosowane są do goszczenia dużych i wymagających grup. Wśród nich należy wymienić spektakularny Hotel-Muzeum Casa Santo Domingo, wybudowany na ruinach kościoła i klasztoru dominikanów, zniszczonych przez wspomnianą serię trzęsień ziemi w 1773 r. Ze względu na pełen przepychu barokowy styl dekoracji wnętrz uznano go za ewenement w skali światowej. Z kolei tutejsze klimatyczne restauracje w zabytkowych pałacach i świątyniach świetnie sprawdzają się podczas uroczystych gali i koncertów.

 

WIELKI ZIELONY LAS
Gwatemala wyróżnia się na tle swoich sąsiadów niesamowitym bogactwem flory i fauny. Mimo niewielkich rozmiarów zajmuje czołowe miejsce wśród państw Ameryki Środkowej pod względem bioróżnorodności. Słowo Quauhtlemallan w języku Azteków nahuatl oznacza „krainę wielu drzew”. Bujne, soczyście zielone lasy tropikalne stanowią mniej więcej połowę powierzchni całego kraju. W cieniu gęstych koron rozwinęło się mnóstwo gatunków zwierząt i roślin, w tym wiele endemicznych.
     Pośród gigantycznych paproci i filodendronów możemy się poczuć niczym filmowy archeolog i poszukiwacz przygód Indiana Jones. Nagle naszym oczom ukazuje się piramidalna budowla, której czubek znajduje się w gęstych oparach lasu deszczowego... Jesteśmy w zaginionym do 1848 r. ośrodku prekolumbijskiej cywilizacji Majów – Tikal, leżącym na północy Gwatemali. Mgła dodaje widokowi mistycyzmu, deszcz przegonił już większość turystów. W czasach swojej świetności (III–X w. n.e.) to centrum było jednym z największych miast świata (miało prawdopodobnie średnio ok. 45 tys. mieszkańców). W ciągu setek lat ruiny zarosła tropikalna puszcza.

FOT. INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)

Monumentalna Świątynia I (Świątynia Wielkiego Jaguara) w Tikal

 

Pierwsza naukowa ekspedycja gwatemalska w 1848 r. odkryła 6 wysokich piramid schodkowych, liczne świątynie oraz stele upamiętniające kolejnych władców. Na terenie dzisiejszego stanowiska archeologicznego, wchodzącego w skład Parku Narodowego Tikal, wpisanego w 1979 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, możemy spędzić cały dzień, a rozpocząć go już od podziwiania wschodu słońca ze szczytu najwyższej budowli (Świątynia IV – Templo IV, Świątynia Dwugłowego Węża – Templo de la Serpiente Bicéfala), mierzącej 64,6 m wysokości. Tło tego spektaklu tworzą odgłosy budzącego się do życia ptactwa oraz wyjców, których rozdzierający ciszę wrzask przyprawia o dreszcze. Po jego obejrzeniu czeka na nas jeszcze świeżo zaparzona gwatemalska kawa podana podczas śniadania tuż pod piramidą – idealne zwieńczenie tego magicznego poranka. Zwiedzanie najlepiej zakończyć równie spektakularnym zachodem słońca i ekscytującym spacerem po zmroku.

 

BOSKI PTAK
Ta wyjątkowa przyroda odgrywa istotną rolę w wielu majańskich legendach i wierzeniach, które po dziś dzień stanowią ważną część narodowej spuścizny Gwatemali. Według Majów lasy deszczowe są wspólnym dziełem słońca, wody i ziemi. Nie sposób przejść obojętnie obok ogromnego puchowca (ceiba po hiszpańsku lub Yaaxché w języku maya), czczonego jako Drzewo Świata – uchodzi on za centralną oś wszechświata oraz przejście łączące sferę ziemską z zaświatami Xibalba.
    Funkcję łączników między bogami i ludźmi pełniły ptaki. Jedna z gwatemalskich legend opowiada historię boskiego syna o imieniu Kuk (K’uk), który za swoje krnąbrne i niefrasobliwe postępowanie został zamieniony w kwezala herbowego (quetzal guatemalteco) – najpiękniejsze skrzydlate stworzenie Ameryki Środkowej, zwane „latającą kroplą dżungli”. Jego błyszczące pióra mienią się kolorami tęczy, ogon samca przypominający barwny tren ma nawet 65 cm długości, a głowę zdobi zielona pierzasta korona. Czerwone upierzenie na piersi zawdzięcza on zapewne ostatniemu królowi ludu Kicze (Quiché) i bohaterowi narodowemu Tecúnowi Umánowi (ok. 1500–1524), śmiertelnie ugodzonemu w trakcie walki z hiszpańskimi konkwistadorami. Na jego zakrwawionej ranie usiadł wtedy kwezal i w ten sposób zabarwił się na kolor czerwieni. Majańscy władcy, chcąc wcielić się w boga kukurydzy, zakładali nakrycie głowy z barwnych ptasich piór. Podczas rytualnych tańców przypominały one powiewające na wietrze kukurydziane liście. Ten gatunek może żyć tylko na wolności, w niewoli ginie. Dlatego też został obwołany symbolem niepodległości Gwatemali oraz narodowym ptakiem kraju. Jego wizerunek widnieje na fladze i godle. Od 1925 r. nazwę quetzal nosi gwatemalska waluta. Te piękne stworzenia spotkamy w Biotopie Kwezala (Biotopo del Quetzal) w departamencie Baja Verapaz, Rezerwacie Biosfery Sierra de las Minas (Reserva de la Biosfera Sierra de las Minas) oraz w okolicach miasta Quetzaltenango (zwanego często Xela).

 

JEDYNY TAKI MOST
W sercu tropikalnego lasu, ok. 300 km na północny wschód od stolicy Gwatemali i mniej więcej 10 km na południe od miasteczka Lanquín, znajdziemy zapierający dech w piersiach zakątek, który, o dziwo, nie trafił jeszcze na listę siedmiu cudów świata. To naturalny wapienny most na rzece Cahabón w departamencie Alta Verapaz, w którego pobliżu można podziwiać siedem basenów z wodą o niesamowitej szmaragdowej barwie – Semuc Champey. Określenie tłumaczy się na „tam, gdzie rzeka ukrywa się pod ziemią”, ponieważ wspomniana rzeka wpływa pod formację skalną, aby pojawić się na jej drugim końcu, 300 m poniżej. Przybywający tu turyści rozkoszują się kąpielami w tarasowych zbiornikach, przeskakują na kolejne niższe poziomy lub też zjeżdżają po wyślizganych już skałach.
     Po błogim relaksie czas na emocjonującą wyprawę do pobliskich jaskiń. We wnętrzu grot panuje całkowita ciemność, a mała świeczka, którą dostajemy przy wejściu, tylko potęguje niepokojące wrażenia. Płyniemy przez podziemne korytarze, pokonujemy tunele i przesuwamy się przez wąskie szczeliny, ściskając ciągle w dłoniach nasze źródło światła. Na końcu czeka nas spływ w dół rzeki Cahabón na oponie, zwieńczony butelką piwa Gallo, będącego narodową dumą Gwatemalczyków.

FOT. INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)

Semuc Champey koło Lanquín ogłoszono w 1999 r. Pomnikiem Przyrody


     Zorganizowane grupy turystyczne często omijają Semuc Champey ze względu na jego trudną dostępność. Podróż autobusem z Gwatemali do Lanquín po wyboistych drogach trwa ok. 10 godz. Następnie należy przesiąść się do ciężarówki z napędem na cztery koła, która zabierze nas w góry po nieutwardzonym szlaku. Ten transport obsługują jedynie mieszkańcy Lanquín, dlatego że nie zgodzili się oni na wylanie asfaltowej nawierzchni na trasie wiodącej prosto do Semuc Champey, bo odcięłoby im to stałe źródło dochodu. Alternatywą dla długiego przejazdu jest lot helikopterem, na który najczęściej decydują się organizatorzy wyjazdów incentive.

 

LUDZIE Z KUKURYDZY
W epoce wielkiej ciszy bogowie zapragnęli stworzyć szlachetne istoty, które będą ich wielbić i utrzymywać poprzez składanie ofiar. Po kilku nieudanych próbach uformowania człowieka z ziemi i gliny oraz drewna, zrobili go oni w końcu z białej i żółtej kukurydzy. Piękni i inteligentni dali początek wspaniałej cywilizacji Majów, przywrócony z zaświatów bóg kukurydzy odrodził się na nowo jako planeta Wenus, a jego synowie zamienili się w Słońce i Księżyc. Tak opisuje powstanie świata święta księga Popol Vuh – magiczny poemat ludu Kicze zamieszkującego po dziś dzień wyżyny środkowej i zachodniej Gwatemali. Obecnie w regionach tych żyje ok. 14,5 mln ludzi, z czego niemal połowę stanowią Indianie będący potomkami Majów, których cywilizacja rozwijała się na współczesnych terytoriach Meksyku, Belize, Gwatemali, Salwadoru i Hondurasu. Mimo dużej biedy (13 proc. społeczeństwa żyje za mniej niż 1,25 dolara dziennie) deklarowane poczucie zadowolenia z życia jest wyższe niż Polsce. Wpływ na te statystyki ma z pewnością mentalność Gwatemalczyków, wykazujących się wbrew przeciwnościom losu niezmienną pogodą ducha i otwartością wobec innych.
     Na ulicach gwatemalskich miasteczek trwa festiwal barw, a to dzięki regionalnym strojom ich mieszkańców. Tradycyjne ręcznie tkane tuniki i bluzki tzw. huipil to ważne elementy majańskiego uniwersum. Ich kolory i zdobienia na nich umieszczane nie tylko informują o tożsamości kulturowej, ale także są nośnikiem bogatej symboliki. Każdy region posiada charakterystyczne dla siebie barwy oddające różne rodzaje kukurydzy – żółć, biel, czerń i czerwień. Kobiety z rozmaitych wiosek noszą właściwe dla nich wzory spódnic (corte) i pasów (faja), po których doświadczone oko rozpozna, z jakiej miejscowości pochodzą. Co czwartek i niedzielę miłośnicy gwatemalskiego rękodzieła mogą odwiedzić największy targ w Ameryce Środkowej w Chichicastenango (w skrócie Chichi). Leży ono na wysokości 1965 m n.p.m. i stanowi handlowe centrum okolicy. Większość mieszkańców stanowią tutaj przedstawiciele grupy etnicznej Kicze.

 

POŻEGNANIE NAD BRZEGIEM JEZIORA
Udajemy się wreszcie nad urocze jezioro Atitlán, położone w kalderze wulkanicznej na wysokości mniej więcej 1560 m n.p.m. i otoczone wysokimi na ponad 3 tys. m stożkami uśpionych wulkanów (Atitlán, Tolimán i San Pedro), których zbocza pokrywają plantacje kawy, kukurydzy, fasoli i awokado. Majowie uważają je za święte. Omijamy turystyczne Panajachel, zwane przez miejscowych Gringotenango, i ruszamy w kierunku przeciwległego brzegu akwenu. Dopływamy do San Juan La Laguna, określanego mianem miasta artystów. Mury ozdabiają w nim malowidła przedstawiające historię regionu, jego legendy oraz hasła dotyczące ochrony przyrody i środowiska. San Juan uchodzi za najbardziej zadbaną i czystą miejscowość nad Atitlánem. Słynie przede wszystkim ze sztuki tkackiej: to tu spod rąk Indianek Zutujil (Tz’utujil) wychodzą najlepszej jakości chusty, koce, poncha, torebki i hamaki. Dzień możemy zatem spędzić na nauce tkania oraz… kursie robienia tortilli – kukurydzianych placków, bez których nie obejdzie się niemal żaden posiłek. Zachód słońca nad jeziorem najpiękniej wygląda z perspektywy kolorowego hamaka, zawieszonego na werandzie jednego z hoteli. Wielka pomarańczowa kula chowa się za przeciwległą górę o nazwie Nos Indianina (Nariz del Indio), do złudzenia przypominającą profil Indianina Zutujil (Tz’utujil).

FOT. INSTITUTO GUATEMALTECO DE TURISMO (INGUAT)

Widok na górskie jezioro Atitlá


     Podczas gdy wioski wokół Atitlán nadal toną w błogim śnie, rybacy z San Pedro La Laguna wyruszają na poranny połów. Wsiadam więc do drewnianego czółna, które co jakiś czas należy opróżniać z nadmiaru wody, i zarzucam żyłkę z przynętą w nieco wzburzone już wody. Początkujący zawsze mają szczęście – już po 10 min. wyciągam 5 małych rybek. Wylądują dziś na talerzu mojego rybaka José. Po wschodzie słońca jezioro robi się coraz bardziej niespokojne. Według legendy duże fale na nim wywołuje duch Indianina, który rzucił się w głębinę w poszukiwaniu ukochanej.
     Gwatemala to kraj dla osób pragnących czegoś więcej niż blichtru turystycznych enklaw. Świat Majów pełen jest niesamowitych historii i wierzeń, ustnych tradycji przekazywanych z pokolenia na pokolenie. W trakcie naszej podróży przekonujemy się na własne oczy, jak wielką rolę odgrywają one w codziennym życiu lokalnych Indian. Magia przenika tutaj do rzeczywistości na wiele sposobów, a bogata duchowość rdzennych Gwatemalczyków pozwala spotkać się z tym mistycyzmem twarzą w twarz.

Artykuły wybrane losowo

Finlandia, czyli zimowa ucieczka przed pluchą

Adam Stępień

 

                                                                                                             FOT. VISIT FINLAND AND MEDIA BANK

<< Prawdziwa zima już za pasem. Niektórzy zastanawiają się, jak się przed nią schować, ale tym, którym śnieg i mróz niestraszne, proponuję ucieczkę przed pluchą i szarością środkowoeuropejskiej aury, czyli wyprawę do Finlandii, a przede wszystkim fińskiej Laponii. Jeziora i rzeki skute lodem, zaśnieżone wzgórza i sauny opalane drewnem powinny skusić niejednego podróżnika, szczególnie że przy okazji można odwiedzić Świętego Mikołaja, pojeździć na biegówkach, zjeść stek z renifera, zapoznać się z najnowszymi trendami wzornictwa przemysłowego czy poczytać opowieści o Muminkach… >>

Republika Finlandii to państwo stosunkowo nowe na mapie Europy (istnieje od grudnia 1917 r.), choć sami Finowie żyli na tych terenach przez wieki, najpierw pod panowaniem szwedzkim, a później – rosyjskim. Mimo dość dużej powierzchni – 338 tys. km², kraj ten zalicza się do najsłabiej zaludnionych na kontynencie (ok. 18 osób na 1 km²). Każdego roku staje się jednak coraz bardziej popularnym kierunkiem podróży, w tym także Polaków.

Więcej…

Panama z dwóch stron

taboga Island 2

Statki w Zatoce Panamskiej u brzegów Tabogi

© HOVER TOURS

 

MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

Słowo „Panama” ma w sobie siłę i melodię. Ilekroć je słyszę, zawsze pobudza moją wyobraźnię. Przed oczami staje mi scena, w której w tropikalnym klimacie literat pracuje nad swoją książką. Na suficie szumi wiatrak, na kolonialnym biurku stoi maszyna do pisania i butelka postarzonego rumu. Panamska rzeczywistość oczarowała pisarzy takich jak choćby Graham Greene, Joseph Conrad czy John le Carré. Ten ostatni zresztą tutaj właśnie umieścił akcję swojej powieści „Krawiec z Panamy”.

 

Kiedy trafiła się więc okazja, aby pojechać do tego kraju w Ameryce Środkowej, natychmiast z niej skorzystałem. Ta wyprawa dała mi mnóstwo radości. Odnajdywałem ją wszędzie: w ludziach, języku, na stoiskach z ulicznym jedzeniem i w przebogatej przyrodzie, której wcześniej nie znałem. Codziennie wstawałem o 5.00 lub 6.00, żeby nowa przygoda nie musiała na mnie czekać, i ciągle nabierałem apetytu na więcej. Na pierwszy rzut oka Panama wydaje się krajem lepiej zorganizowanym niż np. Dominikana. Ale bez obaw! Nie brakuje w niej naturalnego luzu. Wciąż odnajdziemy tu jedyny w swoim rodzaju, uroczy latynoski rozgardiasz. Do Polski wróciłem ogrzany promieniami słońca, naładowany pozytywną energią oraz wzmocniony witaminami ze świeżych soczystych owoców tropikalnych i życzliwością Panamczyków.

 

Z wyprawy do Panamy z największym sentymentem wspominam wizyty na dwóch wyspach: Taboga (Isla de Taboga) i Kolumba (Isla Colón). Pierwszą z nich oblewają wody Oceanu Spokojnego (Zatoki Panamskiej), a druga należy do archipelagu Bocas del Toro na Morzu Karaibskim. Udało mi się więc poznać ten kraj od strony obu jego wybrzeży.

 

Z MIASTA NA WYSPĘ KWIATÓW

 

Mieszkańcy miasta Panama i przyjeżdżający w odwiedziny do tej tętniącej życiem, ale też niezmiernie głośnej, chaotycznej i dzień w dzień potwornie zakorkowanej panamskiej stolicy mają wiele szczęścia. Z tej wielkomiejskiej przestrzeni naznaczonej gęstym lasem połyskujących w słońcu drapaczy chmur, wypełnionych filiami chyba wszystkich kluczowych banków świata czy kancelarii prawniczych, miejsca przypominającego do złudzenia betonową dżunglę Hongkongu albo Singapuru, dosyć łatwo się wydostać. Wystarczy 30 min. i 10 dolarów amerykańskich w kieszeni, aby dopłynąć do wyspy Taboga leżącej w Zatoce Panamskiej (ok. 20 km od wybrzeża kontynentu). Niebiesko-biały katamaran armatora Taboga Express lawiruje co i rusz między majestatycznymi stalowymi bestiami, czyli ogromnymi statkami flot handlowych. Większość z tych wyczekujących wejścia do Kanału Panamskiego wielotonowych kontenerowców, drobnicowców, tankowców czy masowców zarejestrowano w krajach tzw. tanich bander, jak choćby Bahamy, Antigua i Barbuda, oczywiście, Panama i daleka, położona w Afryce Zachodniej Liberia (w jej stolicy, Monrowii, rejestruje się najwięcej jednostek pod względem liczby i tonażu).

 

Na Tabodze dzięki jej wulkanicznemu pochodzeniu i żyznym glebom rozwinęła się niesamowicie bogata przyroda. Tutejsze wzniesienia pokryte są bujnym tropikalnym lasem. Najwyższe z nich – Cerro Vigía – mierzy 307 m wysokości. Wzgórze Krzyża (Cerro de la Cruz) osiąga z kolei 169 m, a wieńczy je okazały sześciometrowy krzyż. Podczas II wojny światowej oba służyły amerykańskim żołnierzom jako punkty obserwacyjne. Stany Zjednoczone ulokowały na wyspie bazę wojskową, co ponoć poprawiło znacznie status ekonomiczny jej mieszkańców. Obecnie na szczyty wzniesień prowadzą ścieżki, których pokonanie wymaga mniejszego lub większego wysiłku. Zmieniające się nachylenie terenu i duchota, panująca szczególnie na odcinkach zadrzewionych, stanowią czasem nie lada wyzwanie. Jednak warto podjąć ten trud dla późniejszych widoków, które po prostu zachwycają. Nieco niepokojący wydaje się fakt, że nad głowami osób wchodzących na górę krążą pojedynczo lub stadnie urubu czarne (sępniki czarne), padlinożerne ptaki z rodziny kondorowatych, zwane w Panamie gallotes lub gallinazos (Coragyps atratus). Monitorują kondycję wchodzących, jakby wyczekiwały swojej szansy.

 

Niemal jedna trzecia powierzchni lądu została tu objęta obszarem chronionym. Taboga zwana jest również całkiem zasadnie Wyspą Kwiatów (Isla de las Flores). Zapach tychże dolatuje do nozdrzy, gdy tylko człowiek postawi nogę na molo niewielkiej przystani promowej – ta woń od razu upaja, wprawia w dobry nastrój, zwiastuje przyjemność wakacyjnej laby. Potem zaczyna się zauważać, że kwiaty rosną wszędzie. Mury i balustrady pokrywają bugenwille w kolorze szaty biskupiej, swoje okazałe kielichy kierują do słońca hibiskusy o barwie stroju kardynalskiego. Rośliny kwitną tu bez przerwy, soczystą, radującą oczy zieleń urozmaica mnóstwo wielobarwnych akcentów. Kwiaty zdobią pobocza wąskich uliczek, jakże spokojnych i urokliwych, upiększają domowe tarasy i przydrożne, zadbane kapliczki, których na wyspie nie brakuje. Najokazalsze z tych ostatnich poświęcone są Matce Boskiej z góry Karmel (Nuestra Señora del Carmen), patronce rybaków. Co roku 16 lipca na jej cześć odbywa się zachwycająca procesja na morzu. Świętuje wówczas cała wyspa. Wokół rozbrzmiewa muzyka, wszyscy tańczą do utraty tchu, a wieczorne niebo roziskrzają pokazy sztucznych ogni.

 

Colon Island 3

Kolorowe domy na karaibskiej Wyspie Kolumba

© HOVER TOURS

 

HISZPAŃSCY KONKWISTADORZY

 

Według legendy przekazywanej od pokoleń Matka Boska miała uwolnić miejscowych od najazdów piratów, którzy nękali tę okolicę w XVI w. Ponoć ukazała się intruzom na plaży jako przywódczyni zbrojnej grupy gotowej na odparcie ataku. Piraci zlękli się i wycofali. Wyspiarze pobiegli więc do kościoła, żeby podziękować Bogu za ten cud. W świątyni ujrzeli ślady mokrych stóp prowadzące do ołtarza. Stojący na nim posąg Maryi był mokry i pokryty piaskiem. Wtedy ludzie zrozumieli, komu ten cud zawdzięczają. Dlatego też czczą swoją patronkę do dziś z niesłabnącym oddaniem.

 

Wspomniany Kościół św. Piotra (Iglesia de San Pedro) jest podobno drugą najstarszą świątynią na półkuli zachodniej. Obecnie pieczołowicie odrestaurowany wyróżnia się bielą murów, jednak wyraźnie chropowatych, pamiętających odległą przeszłość. Mimo wielu budynków stojących w sąsiedztwie kościół już z daleka daje się namierzyć po typowej wieży z dzwonnicą. Wygląda niezmiernie malowniczo. Przed nim rozpościera się niewielki plac, gdzie starsi przychodzą, aby przysiąść i poplotkować, a młodsi, żeby pograć w koszykówkę. Świątynia powstała niedługo po tym, jak w 1524 r. przybył na wyspę hiszpański ksiądz Hernando de Luque i nad brzegiem oceanu założył osadę San Pedro. Najpierw była tu mała kaplica, w której m.in. przed wyprawą konkwistadorską komunię przyjęli poddani Królestwa Hiszpanii Diego de Almagro i Francisco Pizarro. Później, jak głosi historia, ten pierwszy odkrył Chile, a drugi podbił Peru. Datę odkrycia samej Tabogi, której nazwa pochodzi od słowa aboga znaczącego w języku dawnej rdzennej ludności „obfitość ryb”, podaje ceramiczna tablica umieszczona na urokliwym skwerku tuż przy nadmorskiej promenadzie. Według niej czynu tego dokonał w 1513 r. najbardziej kojarzony z Panamą konkwistador – Vasco Núñez de Balboa. Jako pierwszy Europejczyk pokonał Przesmyk Panamski i dotarł do Oceanu Spokojnego, któremu nadał nazwę Mar del Sur – Morze Południowe. Z Santo Domingo na wyspie Hispaniola (gdzie mieszkał i popadł w długi) dostał się do ówczesnej Złotej Kastylii, czyli północnego wybrzeża dzisiejszej Panamy, w nadzwyczaj zuchwały sposób. Ukrył się w beczce na solone mięso.

 

Ciudad de Panama-DSC 8755

Avenida Balboa i drapacze chmur stojące wzdłuż wybrzeża (Ciudad de Panamá)

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

WYDŁUŻAJĄCA SIĘ PLAŻA

 

Taboga przyciąga zarówno Panamczyków, jak i obcokrajowców sielskością i wciąż odczuwalną atmosferą czasów kolonialnych. Najwięcej turystów z kontynentu gości w trakcie świąt i weekendów. Dla tych, którzy odwiedzają kosmopolityczne miasto Panama w interesach lub innym celu i marzą, aby choć przez moment odprężyć się poza stolicą, ta wyspa stanowi najwłaściwszy wybór. Znajdują się na niej całkiem przyjemne plaże, obmywane łagodnymi falami Pacyfiku, jak Playa Honda i Playa La Restinga. Wyjątkową cechą tej drugiej jest to, że podczas odpływu można z niej przejść na inną, znacznie mniejszą, pagórkowatą wysepkę zwaną El Morro. Nadal da się tu dostrzec ślady dawnej stoczni. Warto nadmienić, że w połowie XIX stulecia Taboga pełniła funkcję znaczącego panamskiego portu. Miejsce obfituje w owoce tropikalne i owoce morza. Papaje i karambole dojrzewają dziko i w przydomowych ogrodach. Serwowane w lokalnych knajpkach ryby, jak podawana na różne sposoby corvina (Cilus gilberti), będąca panamską specjalnością, czy wszelakie owoce morza są tu zawsze świeże i wyśmienite. Smażona corvina najlepiej smakuje z także smażonymi bananami warzywnymi – platanami (plátanos verdes), popijana lodowatym piwem Balboa albo Panama. Wśród dań z owoców morza prawdziwą rozkosz dla podniebienia stanowią almejas al ajillo – delikatne małże z czosnkiem duszone w winie, doprawione odrobiną ostrej papryki i pietruszki. Uśmiech na niejednej twarzy wywoła na pewno rachunek wypisany odręcznie na kawałku tektury, będącej fragmentem jakiegoś opakowania.

 

UROKI SAN PEDRO

 

Po wyśmienitym posiłku warto udać się na sjestę albo pospacerować po okolicy. Już na obrzeżach San Pedro tutejsza nieposkromiona natura daje o sobie znać. Wszędzie coś rośnie, wije się, pleni. Co chwilę słychać chrobot w konarach drzew, ptasie trele i kwilenie, szelest pośród opadłych, wysuszonych liści lub gdzieś w trawie. Człowiek ma ciągle wrażenie, że nie jest sam, że coś mu dotrzymuje kroku i go obserwuje. Pełno tu jaszczurek śmigających między plamami słońca a cieniem. Jedne są małe i szybkie jak pocisk, inne – całkiem spore, wolniejsze i leniwe. Czasem trafi się wąż, lecz zaraz odpełza w swoją stronę.

 

Po powrocie do miasteczka trafimy na kury grzebiące w cieniu bananowców i na gallos de pelea, czyli koguty bojowe zamknięte w klatkach, odkarmione i zadziorne. Wśród nich znajduje się pewnie przyszły el campeón – czempion. Wtedy skojarzymy, że to, co wcześniej widzieliśmy i co przypominało okrągły basen dla dzieci, ze szczątkami piór zamiast wody, jest w istocie areną do kogucich walk. San Pedro ma też cmentarz. Nekropolie w tropiku zawsze sprawiają wrażenie osobliwych, hipnotyzują. Tworzą przestrzeń z pogranicza jawy i snu, gdzie realizm magiczny, który słynny kolumbijski pisarz Gabriel García Márquez zaklął w swoich powieściach, wkracza do rzeczywistości. Najmocniej intrygują mnie takie nieco chaotyczne, skromne cmentarze. Złożone są one z białych jak wyschnięte piszczele grobowców z typowymi niszami, w które wsuwa się trumny. Część z grobów jest zapadnięta, część powleczona pajęczyną czarnych zacieków, bo wilgoć wypełza w tropiku z każdego kąta. Czasem widać tylko gołe krzyże wyrastające z suchej ziemi. Nie mogę się napatrzeć na takie cmentarze. Fascynuje mnie ten ich jakiś letargiczny charakter, pociągają te wszystkie tajemnice pozaszywane w cieniach i zapisane w osobliwych epitafiach.

 

W drodze do hotelu obowiązkowo należy zajrzeć do sklepu, gdzie Chińczyk mówiący po hiszpańsku płynnie i bez akcentu sprzedaje wyborny panamski rum Abuelo trzy razy drożej niż w kontynentalnej części kraju i narodowy trunek wysokoprocentowy z trzciny cukrowej Seco Herrerano w normalnej cenie. Co ciekawe, chińska społeczność w Panamie jest najliczniejsza w całej Ameryce Środkowej (między 135 tys. a 200 tys. mieszkańców, czyli ok. 4 proc. ludności tej ponad 4-milionowej republiki). Nie zaszkodzi zakupić oba trunki i jeszcze kilka limonek, zupełnie innych niż te, jakie znamy. Skórkę mają odrobinę zbrązowiałą, lecz ledwo przekrojone pachną jak marzenie bukietem aromatów pomarańczy i cytryn. Poza tym można z nich wycisnąć pyszny sok do drinka z rumem i coca colą, jeśli ktoś chciałby napić się cuba libre w wolnej Panamie. W hotelu, w położonym na najwyższym piętrze pokoju z wiatrakiem na suficie patrzę z balkonu na rozświetlony wieczorem Pacyfik – dziesiątki statków wyczekują wejścia do Kanału Panamskiego. O zmierzchu rozbrzmiewają żabie serenady. Niesforne psy ganiają się po sąsiednich podwórkach. Wreszcie przychodzi zasłużony sen.

 

O poranku wschodzące słońce odbija się pomarańczowo w otwartych na oścież drzwiach balkonowych. Na śniadanie dostaję smażone jajka, tosty i kawę, jak zawsze przepyszną. Na plaży na krótko przed wejściem na powrotny prom do Panamy wypijam jeszcze wodę z wielkiego, zielonego, dobrze schłodzonego orzecha kokosowego, w którym zmieściłyby się trzy szklanki płynu. Spoglądam na urzekającą Tabogę i żegnam się z nią: Hasta la próxima! („Do następnego razu!”).

 

WIECZÓR W TROPIKU

 

Po wizycie nad Pacyfikiem trafiam dla odmiany na Wyspę Kolumba (Isla Colón) leżącą na Morzu Karaibskim w prowincji Bocas del Toro (w archipelagu o tej nazwie). Jest późne popołudnie, prawie wieczór. Palmy kokosowe, zalane złotym kolorem zachodzącego słońca strzelają ponad skorodowane rdzą dachy z blachy falistej. Czaple białe wzbijają się nad gęste korony namorzynów, zataczają dwa, może trzy kręgi i siadają. Po drugiej stronie ulicy rozgrywa się scena jak z powieści Gabriela Garcíi Márqueza. Tęga doña z wałkami we włosach, odziana w bufiastą, pstrokatą sukienkę, spoczywa na bujanym fotelu przed domem i chłodzi się wachlarzem. Czasem ofuknie dzieciaki próbujące zwaśnić psa z kotem, jakby obu było mało kłótni na co dzień. W klatce o rozmiarach kredensu kuśtyka po drążku papuga o zielonożółtej głowie z czerwonymi policzkami, zapewne rudosterka żółtoskrzydła, występująca tu pod nazwą cotorra catana (Pyrrhura hoffmanni). Ptak skrzeczy, jakby chciał komuś naubliżać. Trzy młode Mulatki, ubrane w mundurki szkolne, kartkują jakąś opasłą książkę, coś w niej zaznaczają, trajkoczą i śmieją się. W tle za nimi znajduje się bananowy zagajnik, wyrośnięty mangowiec jeszcze bez owoców i drzewo chlebowe z owocami wielkimi jak bomby. Zapalają się pierwsze światła domowych lamp. Woda w zatoce mieni się najpierw złotem, potem różem i fioletem, odbijając kolory gasnącego nieba. Kiedy w tropiku kończy się dzień, wiadomo, że zmierzch zapadnie szybko.

 

Na Wyspie Kolumba warto wybrać się na Plażę Gwiazd (Playa de las Estrellas) z piaskiem drobnym i jasnym jak mąka, gdzie w płytkiej, przezroczystej wodzie niemal przy samym brzegu wylegują się okazałe rozgwiazdy: pomarańczowe, czerwone, żółte, nakrapiane. Są ich tu dziesiątki, leżą czasem jedna obok drugiej, w tercetach, kwartetach… Aby je podziwiać, trzeba podjechać lokalnym minibusem z Bocas Town (Bocas del Toro) do osady zwanej Boca del Drago (bilet kosztuje 5 dolarów amerykańskich) i dalej powędrować ścieżką biegnącą blisko namorzynów, kryjących setki pociesznych krabów. Idzie się pośród gajów palmowych, migdałowców i powykręcanych konarów kokkoloby gronowej (Coccoloba uvifera), której hiszpańska nazwa brzmi uva de playa, czyli „winogrono plażowe”. Po nacieszeniu się widokiem rozgwiazd można zamówić smażoną rybę z dodatkami w przyplażowej restauracyjce. Przeważnie w ofercie jest pargo rojo, czyli lucjan czerwony (Lutjanus campechanus), który smakuje znakomicie za każdym razem (zwłaszcza ze zmrożonym panamskim piwem). Warto zerknąć najpierw na świeże sztuki, dopiero co przyniesione z łodzi, i wybrać tę najbardziej nam odpowiadającą, szczególnie z uwagi na cenę.

 

HOTEL NA PALACH

 

Ostatniego dnia pobytu na Wyspie Kolumba wychodzę na werandę hotelu o lirycznej nazwie Olas de la Madrugada (Fale Wczesnego Poranka). Przy barze zwisa malowniczo kiść miniaturowych bananów. Wybieram dwa dojrzałe owoce, obieram nieśpiesznie i zjadam. Gdzieś w oddali puszczają w radio panamski reggaeton. Ta muzyka jest z natury głośna, rytmiczna i dość erotyczna, zwłaszcza jeśli chodzi o teksty i choreografię w teledyskach. Zrodziła się w wyniku wymiany kulturalnej i muzycznej między Panamą i Portoryko w latach 90. XX w. Zdaniem wielu badaczy reggaeton, nazywany wcześniej reggae po hiszpańsku (reggae en español), pochodzi właśnie z okolic Przesmyku Panamskiego. Dźwięki utworów tego szaleńczego latynoskiego gatunku muzycznego rozchodzą się po wodzie niewielkiej zatoki, ale dystans sprawia, że do moich uszu docierają cichsze, łagodniejsze, co staje się całkiem przyjemnym doznaniem. Pamiętam jeden z usłyszanych kawałków – nazywa się Muchachita. Nagrał go w 2015 r. Fernando Cabrera Guzmán, znany jako Mr. Saik. To dominikański artysta, który zrobił karierę w Panamie.

 

Spoglądam przed siebie. Widzę domy w pastelowych kolorach osadzone na palach, niektóre świeżo pomalowane, inne już nieco zmurszałe, lecz wciąż bijące jakąś radością. Podobnie wygląda mój hotel: żółto-niebieski, trzymający się na filarach zagłębionych w dnie zatoki. Woda jest tu uderzająco przejrzysta i nie brakuje w niej ławic drobnych ryb. Przypomina mi się fragment z Wojny futbolowej Ryszarda Kapuścińskiego, w którym autor opisuje swój tymczasowy dom w stolicy Ghany – Akrze. Mieszkam na tratwie, w bocznej uliczce handlowej dzielnicy Akry. Tratwa stoi wyniesiona na słupach do wysokości pierwszego piętra i nazywa się Hotel Metropol. W porze deszczów ten dziwoląg architektoniczny gnije i pleśnieje, a w miesiącach suszy – rozsycha się i trzeszczy. Ale się trzyma! Pośrodku tratwy stoi zabudowanie podzielone na osiem przegród. To nasze pokoje. Reszta miejsca objęta rzeźbioną balustradą nazywa się werandą. Tam mamy wielki stół do posiłków i kilka małych stolików, przy których pijemy whisky i piwo. Poza tym, że moja kwatera cechuje się zdecydowanie lepszym stanem, ten opis nawet by do niej pasował. Co najwyżej whisky zamieniłbym na wyśmienity panamski rum.

 

KARAIBSKIE REFLEKSJE

 

Ciężko było mi wyjeżdżać z Bocas Town (Bocas del Toro) na Wyspie Kolumba, a szczególnie żegnać się z tym miejscem o świcie. Za dobrze się tu czułem. Klimat Karaibów potrafi niezmiennie człowieka rozczulić. Niebywałe, jak umie go także zmienić przez pokazanie mu innego życia, często bardzo skromnego, choć kto wie, czy nie lepszego, pełniejszego, bliższego ludzkim sprawom. Wielu wraca z karaibskich tropików, myśląc, że być może mieć mniej znaczy mieć więcej. Dużo jest w tej krainie serdeczności, przyjaznych spojrzeń, pomocnych gestów. Ciągle odczuwa się potrzebę bliskości, towarzystwa drugiego człowieka niezbędnego do tańczenia, gry w domino, wypicia szklaneczki rumu. Poza tym wszyscy cały czas pragną tutaj rozmawiać. Na Karaibach komunikacja jest podstawą codziennego życia. Te rozmowy nigdzie tak szybko nie ujawniają charakteru rozmówców, ich temperamentu i emocji. Dyskutuje się głośno, bez umiaru, gestykulując przy tym żywiołowo. Czy rozmawiają dwie sędziwe matrony w zatłoczonym busie, czy nastolatki jazgoczące do swoich wymuskanych telefonów komórkowych – każdy wykazuje ogromne zaangażowanie. O tym właśnie najbardziej marzą ludzie uciekający z poukładanej północy na bezładne, nieprzewidywalne południe. Chcą doświadczyć obfitości życia i jego barwności we wszystkim, pociągającego luzu i braku pośpiechu, tej chwilowej, ale wyczekiwanej wolności.

 

DESZCZ NA POŻEGNANIE

 

O 5.00 lało jak z cebra. O 6.30 deszcz nie ustawał. Z nieba, jaśniejącego z oporem, spadały krople wielkości awokado. To była prawdziwa tropikalna ulewa. Nie chciała wypuścić mnie z hotelu i wyspy. Właściwie nie czułem się tym zmartwiony. Samolot linii Air Panama odlatywał za ponad godzinę, a do lotniska miałem niespełna 800 m. Najpierw planowałem dotrzeć na nie piechotą i po drodze spojrzeć ostatni raz na malownicze, budzące się domy. Jednak w tym potopie mój plan wydawał się bez sensu. Wyskoczyłem na ulicę i pobiegłem do centrum miasteczka, aby złapać taksówkę. Kierowca tej jedynej w zasięgu wzroku zaczynał dopiero dzień. Dopijał kawę w żółtym kubku z logo „Café Durán”, najpopularniejszej sieci w Panamie. Byłem jego pierwszym pasażerem, do tego przemokniętym do suchej nitki. Podrzucił mnie na miejsce, bo mu się nawinąłem, lecz wyczułem, że chętnie przedłużyłby sobie ten kawowy poranek.

 

Na lotnisku ociekający wodą turbośmigłowy samolot Fokker 50 czekał na poprawę pogody. Tą maszyną miałem odlecieć do stolicy. W końcu przestało padać i wyszło słońce. Ściana deszczu zwykle zmienia widoki w tropiku w coś na kształt kontrolnego obrazu z telewizora. Na szczęście promienie słoneczne przywróciły wszelkie utracone barwy. Rozejrzałem się – miałem przed sobą niewielkie lotnisko, mały samolot i krótki pas startowy. Za to karta pokładowa w mojej dłoni była długa jak spory rachunek z supermarketu. W bliskim sąsiedztwie pasa rosły bananowce i palmy. Natomiast tam, gdzie się kończył, zaczynało się boisko do baseballu i piłki nożnej. Niedawno Panama po raz pierwszy w historii awansowała na mundial (mistrzostwa świata odbędą się w Rosji w czerwcu i lipcu 2018 r.). Można więc przypuszczać, w co chętniej będą teraz grać wyspiarze koło lotniska. Lot z Wyspy Kolumba do Ciudad de Panamá trwał 45 min. W odwrotnym kierunku podróżowałem nocnym autobusem linii Tranceibosa (jedynej obsługującej bezpośrednie połączenie) przeszło 10 godz. Co więcej, klimatyzacja w pojeździe była chyba ustawiona na mrożenie pasażerów. Nie pomogła piersiówka z panamskim rumem. Potem, już o świcie, na przystani w miasteczku Almirante wskoczyłem do szybkiej łodzi płynącej do Bocas Town. Przyznam jednak, że pokonałbym tę całą trasę ponownie, każdym środkiem transportu, bo warto dotrzeć na czarujący archipelag Bocas del Toro, w ten czy inny sposób. To w końcu Karaiby!

 

5  Buceo Bocas del Toro1

Malowniczy bar z pomostem na Wyspie Kolumba zbudowany na palach na wodzie

© AUTORIDAD DE TURISMO DE PANAMÁ

 

BYSTRE OKO KINOMANA

 

Kiedy oglądam film i widzę w różnych scenach urzekające tropikalne plenery, jak choćby parujący las deszczowy, wybrzeże usiane wysmukłymi palmami kokosowymi albo fragment wiekowej kolonialnej zabudowy, natychmiast zaczynam szukać w internecie informacji, gdzie nakręcono te ujęcia. Szczególnie gdy tropik prezentuje się wyjątkowo realnie i niemal czuć ten bijący z ekranu żar, jaki oblepia aktorów – czoła im błyszczą, a włosy skręcają się w sprężynki od niepojętej wilgoci. Tego nie można sfabrykować. Jeśli tropik jest prawdziwy, od razu to wiadomo.

 

Tak było z filmem Escobar: Historia nieznana z 2014 r. z Benicio del Toro w roli tytułowej, do tego bardzo wyrazistej i przekonującej. Ten wszechstronny portorykański aktor grał dotąd m.in. wilkołaka, baseballistę czy Ernesta Che Guevarę, a w końcu wcielił się w postać kolumbijskiego barona narkotykowego. Jednak we wspomnianym filmie nie ujrzymy tak naprawdę Kolumbii. Zastąpiła ją Panama, czyli sąsiadka zza miedzy (nawiasem mówiąc, niezmiernie szerokiej, bagnistej i malarycznej, jeśli uznamy za nią przesmyk Darién oddzielający oba kraje). Panamskie pejzaże zostały tutaj zaprezentowane tak, że człowiek od razu nabiera ochoty, aby znaleźć się w okolicy z kadrów. Panama jest wyjątkowo fotogeniczna i skutecznie kusi nieujarzmionym interiorem. Najbardziej cieszy mnie powtórne – choć tym razem ograniczone do filmowych scen – odkrywanie miejsc, które już widziałem na własne oczy. Nieraz zdarzają się niespodzianki. Ostatnio okazało się, że Benicio del Toro gościł wraz z ekipą filmowców na... Bocas del Toro! Właśnie tam jeździłem rowerem: wzdłuż długiej i spektakularnej plaży Bluff na Wyspie Kolumba albo w Bocas Town. Oba miejsca pokazano w filmie kilka razy. Benicio del Toro na Bocas del Toro – brzmi to niesamowicie i zabawnie. Uwielbiam takie odkrycia. A Panama jest po prostu piękna!

 

W kalejdoskopie Stanów Zjednoczonych

CTTC100318162748121.jpg

Golden Gate Bridge w San Francisco

©CALIFORNIA TRAVEL AND TOURISM COMMISSION/ANDREAS HUB

 

LUCYNA LEWANDOWSKA

www.lucyna-lewandowska.pl

 

Od kilku stuleci ludzie przybywający do Ameryki przywożą ze sobą swoje wyobrażenia, nadzieje i marzenia. W dzisiejszych czasach Stany Zjednoczone są dodatkowo postrzegane przez pryzmat kadrów z licznych amerykańskich filmów. Z pamięci widzów wyłania się więc specyficzny obraz kraju, na który składają się drapacze chmur, przepaściste kaniony, neony kasyn i bezkresne drogi. 

Więcej…