ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

                                                                                                             FOT. ROBERT GONDEK 

<< Afryka ma wiele twarzy, a każda z nich jest jedyna i niepowtarzalna. To samo można z całą pewnością powiedzieć o wszystkich państwach Czarnego Lądu. Dotyczy to również Kenii – krainy dzikich zwierząt i ojczyzny wielu afrykańskich plemion. Jednak duże grono podróżników nie wie, że ten kraj to także ciągle rozwijająca się nowoczesna stolica Nairobi, popularny cel wypraw wspinaczkowych czy coraz bardziej doceniany na całym świecie kierunek wyjazdów golfowych i wędkarskich. Jeśli nie mieliście też o tym pojęcia, czas to zmienić... Zapraszam do mojej Kenii! >>

Republika Kenii, leżąca we wschodniej części kontynentu afrykańskiego, nad Oceanem Indyjskim, graniczy z Tanzanią, Ugandą, Sudanem Południowym, Etiopią i Somalią. Przez terytorium państwa przebiega linia równika, oddzielająca półkulę północną od południowej. Językami urzędowymi są tutaj suahili oraz angielski – pozostałość po kolonialnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, w skład której wchodziła również Uganda. Dziś Kenia należy do brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations), ale w rzeczywistości stanowi od grudnia 1963 r. niepodległy kraj posiadający własnego prezydenta i rząd.

 

W styczniu w Polsce zazwyczaj sypie gęsty śnieg, a temperatura spada poniżej 0°C. W Kenii natomiast w tym czasie panuje pora sucha. Do kenijskiej stolicy – Nairobi – przybywamy nocą, bo duża część linii lotniczych oferuje loty międzykontynentalne właśnie w godzinach nocnych. Na lotnisku czeka na nas Jeff. Będzie nam towarzyszył podczas całej podróży. Zawozi nas małym busem do hotelu w centrum Nairobi. Na drzewach rosnących wzdłuż drogi śpią ibisy i wielkie marabuty. Mijamy również kilka pomników słoni. Gdzieniegdzie zauważam ciemne sylwetki zwierząt majaczące w mroku…

 

Nairobi – nowoczesna metropolia

Rankiem budzą nas ptaki, które śpiewają za oknem. Zwiedzanie Kenii zaczynamy od Nairobi. Nad tym nowoczesnym i czystym miastem góruje kilka wysokich wieżowców. Na jednym z nich – Kenyatta International Convention Centre (KICC), oprócz lądowiska dla helikopterów, znajduje się znakomity punkt widokowy. Wypatrujemy z niego Parku Wolności (w języku suahili Uhuru Park). Niedługo potem zatrzymujemy się w nim na krótki odpoczynek. Popijając coca-colę (którą w Afryce kupimy prawie wszędzie), obserwujemy orły szybujące nad tutejszym jeziorem.

Na kolację udajemy się do restauracji Carnivore w centrum stolicy. Ze względów bezpieczeństwa przed wjazdem na teren obiektu samochód sprawdzany jest wykrywaczem bomb. Na miejscu za 35 dolarów możemy najeść się do syta. Do wyboru mamy różne rodzaje mięsa z grilla, z których próbujemy indyka, kurczaka, wołowiny, wieprzowiny, strusia, krokodyla i barana. Rząd kenijski wprowadził w 2004 r. zakaz sprzedaży mięsa dzikich zwierząt. Dlatego, żeby sprawdzić, jak smakuje potrawa z elanda, kudu, guźca czy zebry, musimy udać się do RPA lub Namibii. W Kenii za najbardziej egzotyczne pozycje z menu uchodzą specjały ze strusia i krokodyla oraz bycze jaja.

Warto wspomnieć, że lokalnymi środkami płatniczymi są zarówno szylingi kenijskie, jak i dolary amerykańskie. Trzeba tylko pamiętać, że banknoty powinny być nowe i o dużych nominałach (najlepiej studolarowe), bo starszych niż 5-letnie nikt nie chce przyjmować. Na potrzeby drobniejszych zakupów lepiej wymienić dolary w jednym z licznych kantorów albo skorzystać z bankomatów. Organizację safari lub trekkingu opłacimy już jednak tylko walutą amerykańską.

 

Masyw Kenia – śnieg na równiku

Następnego dnia wyruszamy z Jeffem w stronę drugiego najwyższego szczytu Afryki (po Kilimandżaro) – Kenii (5199 m n.p.m.). Z Nairobi do Parku Narodowego Góry Kenia (Mount Kenya National Park) wyjeżdżamy autostradą z trzema pasami ruchu w każdą stronę. W rzeczywistości obok siebie porusza się tu tyle pojazdów, ile mieści się na całej szerokości jezdni. W niektórych miejscach brakuje również asfaltu. Z każdym kilometrem droga staje się coraz węższa. Wokół nas rozpościera się charakterystyczna czerwona afrykańska ziemia. W oddali dostrzegamy ośnieżone wierzchołki wulkanu Kenia. Mijamy równik i po 3 godz. docieramy do bramy parku narodowego. Na szczyt prowadzi kilka szlaków – my wybraliśmy Sirimon Route.

FOT. ROBERT GONDEK

Dolina Mackindera z endemicznymi senecjami

 

Zdobycie najwyższego punktu Kenii, w przeciwieństwie do leżącego ok. 400 km na południe Kilimandżaro, wymaga – niestety – umiejętności wspinaczkowych. Na szczęście masyw posiada kilka wierzchołków. Dwa najwyższe z nich (Batian – 5199 m n.p.m. i Nelion – 5188 m n.p.m.) zostawiamy doświadczonym alpinistom, a sami wybieramy trzeci w kolejności – Point Lenana (4985 m n.p.m.) – idealny na trekking. Aby wejść na jego szczyt, wystarczy w miarę dobra kondycja i odporność na zmiany wysokości. Przed nami 4-dniowa wędrówka z przewodnikiem, tragarzami i kucharzem. Pierwszego dnia już zaledwie po 3 godz. zatrzymujemy się na wysokości 3300 m n.p.m. w Old Moses Hut, niewielkiej chacie z kilkoma pokojami. Znajdują się w niej po 4 piętrowe łóżka i przewiewne okna, dzięki którym do środka wciąż wpada świeże powietrze. Drugiego dnia wędrujemy przez jedną z najpiękniejszych kotlin Afryki – Dolinę Mackindera (Mackinder Valley). Ciągnie się ona przez kilka kilometrów, a ponieważ górskie zbocze osłania ją przed chłodnym wiatrem, panuje tutaj 30-stopniowy upał. Charakterystycznym elementem jej krajobrazu jest drzewiasta endemiczna roślina z rodziny astrowatych, senecja (Senecio keniodendron, Dendrosenecio keniodendron). W oddali bieleje samotny szczyt – cel naszej wyprawy. Do Shipton’s Camp – kolejnej bazy noclegowej – docieramy po ok. 7 godz. Przed nami wznoszą się już tylko trzy najwyższe wierzchołki Kenii, wszystkie pokryte śniegiem.

FOT. ROBERT GONDEK

 

Ostatnie 200 m na Point Lenana to śnieg i lód

 

Aby zdążyć na wschód słońca, wyruszamy nocą. Tysiące gwiazd oświetla nam drogę. Termometr wskazuje -15°C, ale nie czujemy chłodu, gdyż jesteśmy mocno podekscytowani. Kiedy pokonujemy przełęcz nad jeziorem Harris Tarn, naszym oczom ukazuje się prawdziwie marsowy krajobraz – wschodzące słońce zabarwia na pomarańczowo skały i śnieg. Zostało nam jeszcze ostatnie podejście i 200 m do celu. Trzymamy się łańcuchów, wchodzimy po klamrach zamontowanych na zboczu. Nagle ponad nami pojawia się blaszana kenijska flaga z nazwą wierzchołka (Point Lenana) i jego wysokością. Kenia została zdobyta! Dookoła rozpościera się rozległa panorama z dominującym w tle zarysem Kilimandżaro.

FOT. ROBERT GONDEK

Masyw Kenia - wierzchołek Point Lenana

 

Niestety, przenikliwy wiatr zmusza nas do szybkiego opuszczenia szczytu. Wracamy drugą stroną przełęczy. Otoczenie się zmienia. Zachwyca tutaj zieleń i liczne malownicze jeziorka. Potężna Dolina Wąwozów (Gorges Valley) wywiera na nas ogromne wrażenie. Po ponad 13 godz. wędrówki docieramy do Meru Mount Kenya Lodge. Musimy jednak uważać na słonie, które często zatrzymują się w tej okolicy na odpoczynek. Zmęczeni świętujemy nasz sukces butelką piwa Tusker i coca-colą.

Czwartego dnia ostatni raz podziwiamy z oddali dobrze nam znaną sylwetkę masywu. To już prawie koniec trekkingu. Czeka nas tylko krótki przemarsz przez bambusowy las i kilkunastokilometrowa przejażdżka samochodem terenowym do Chogorii, a stamtąd powrót do Nairobi.

 

Park Narodowy Nairobi z widokiem na wieżowce

Po intensywnym trekkingu zasłużyliśmy na odpoczynek podczas safari na terenie kenijskich parków narodowych. Na początek wybieramy Park Narodowy Nairobi (Nairobi National Park). Wyprawę po nim rozpoczynamy z samego rana. Im dalej się zapuszczamy, tym więcej stad zebr, antylop i gazeli spotykamy po drodze. Lwy leżą wśród wysokich traw, a pojedyncze guźce biegają między nimi. Grupa nieśpiesznie spacerujących bawołów złowrogo spogląda na nas spod swoich rogów. Cały czas widzimy w oddali wieżowce Nairobi… Ten park ma tę zaletę, że znajduje się w pobliżu stolicy, co pozwala spędzić kilka godzin wśród dzikich zwierząt bez konieczności pokonywania dużych odległości. Jednak jeśli chcemy zobaczyć słonie, musimy odwiedzić inne obszary chronione w Kenii.     

Jeff zawozi nas nad rzekę. W towarzystwie uzbrojonego w karabin parkowego strażnika idziemy przejść się wzdłuż brunatnej rzeki w poszukiwaniu hipopotamów nilowych. Spotykamy jedynie dużych rozmiarów żółwie, krokodyla i małpy. Nasz opiekun pokazuje nam ślady wielkiego węża, drzewo, na którym dzień wcześniej odpoczywał lampart, a także ścieżkę nosorożców oraz wypatrywanych przez nas hipopotamów. Te ostatnie, aby wrócić do rzeki po spacerze wśród zarośli, ześlizgują się do wody po zbyt stromym dla nich do schodzenia brzegu. Widok tego olbrzymiego ssaka zjeżdżającego na brzuchu po błocie musi być naprawdę komiczny… Nasza wizyta w Parku Narodowym Nairobi nie trwa zbyt długo, gdyż nie zajmuje on dużego terenu (ok. 117 km²). Prawdziwe afrykańskie safari dopiero przed nami!

 

Z kamerą wśród zwierząt w Rezerwacie Narodowym Masai Mara

Stoimy obok samochodu terenowego i nerwowo rozglądamy się dookoła… Pamiętamy o tym, że najważniejsza zasada dotycząca bezpieczeństwa podczas wypraw po parkach narodowych Afryki mówi, że uczestnikom safari nie wolno opuszczać pojazdu. Jeff jednak spokojnie rozkłada koc na kamieniu i przygotowuje lunch, czyli kanapki z pysznym bananowym dżemem, słodkimi patatami, arbuzem i marakują. Zjadamy je, nie oddalając się od samochodu, i wpatrujemy się ciekawie w grupę szybujących sępów. Krążą nad jakimś punktem po drugiej stronie rzeki. Zapewne czekają, aż lwy skończą swoją ucztę. A może rozglądają się dopiero za odpowiednim posiłkiem? Staramy się o tym nie myśleć…

Rezerwat Narodowy Masai Mara (Maasai Mara National Reserve) to przedłużenie Parku Narodowego Serengeti, leżącego na terytorium sąsiedniej Tanzanii. Podczas corocznej Wielkiej Migracji setki tysięcy zebr i antylop gnu oraz innych ssaków kopytnych przemierza ten rejon w poszukiwaniu pożywienia i wody. Ten niesamowity spektakl przyrody, znany wszystkim z wielu filmów przyrodniczych, przyciąga w te strony tłumy podróżników z całego świata.

FOT. ROBERT GONDEK

Para zebr w Masai Mara

 

Nagle Jeff w pośpiechu zbiera wszystko i wracamy do samochodu. Po chwili orientujemy się, co się stało. Okazało się, że stado słoni przechodzi obok nas, aby przeprawić się na drugi brzeg. Resztę trasy pokonujemy, wyglądając jedynie przez otwarty dach naszej terenówki. W pewnym momencie drogę przecina nam szakal niosący w pysku nogi niewielkiej antylopy. Spotykamy kolejne stada zebr i pojedyncze żyrafy. Nie mamy szczęścia tylko do nosorożca czarnego. Populacja tych zwierząt jednak dopiero się odbudowuje. Gdy wieczorem wsłuchujemy się w odgłosy nocnego życia w Masai Mara, postanawiamy, że w przyszłym roku wrócimy do Kenii, aby wytropić to rzadkie stworzenie.

Jedno jest pewne – w Kenii bez trudu przekonamy się o tym, że Afryka to wymarzony kierunek dla ludzi preferujących różnego rodzaju aktywny wypoczynek. Miłośników trekkingu i wspinaczki wysokogórskiej zachwyci masyw Kenia. Podróżnicy pragnący zobaczyć na własne oczy dzikie zwierzęta przeżyją niezapomniane safari, a amatorzy gry w golfa będą mogli doskonalić swoje umiejętności w zapierającej dech w piersiach afrykańskiej scenerii. Nieważne jednak, w jakim celu zawita się do tego kraju. Gwarantuję wszystkim, że zapragną powrócić do tego uroczego zakątka świata.

 

Wizyta na kenijskim polu golfowym

Popularyzację golfa w Kenii rozpoczęli ponad 100 lat temu brytyjscy kolonizatorzy. Najstarsze tzw. pole małe (9-dołkowe) – Royal Nairobi Golf Club – zostało założone w 1906 r. Niewielu miłośników tej dyscypliny sportu zdaje sobie jednak sprawę z tego, jakie ogromne możliwości oferuje ten przepiękny kraj golfistom. Kenia to drugie w Afryce państwo (po RPA) pod względem liczby pól golfowych. Znajdziemy ich tu ponad 40, w tym 13 18-dołkowych. Na aż 12 z nich odbywają się turnieje klasy mistrzowskiej. Dzięki sprzyjającemu klimatowi wszystkie obiekty są czynne przez cały rok. Każdy z nich usytuowany jest w tak niezwykłym miejscu, że stanowi atrakcję samą w sobie.

Niezapomnianą partię golfa rozegramy m.in. niedaleko wodospadów Thika, w otoczeniu plantacji kawy i ananasów, na jednym z najstarszych pól w Kenii – Thika Sports Club, założonym w 1922 r., goszczącym turniej Winston Churchill Cup od 1949 r. Na terenie Fairmont Mount Kenya Safari Club, leżącego w pobliżu równika i majestatycznego szczytu Kenia, jednym uderzeniem kija przeniesiemy piłeczkę z półkuli północnej na południową. Zapaleni golfiści mają poza tym do wyboru ośrodki położone nad obleganymi przez flamingi brzegami jeziora Nakuru, w sąsiedztwie zamieszkanej przez dzikie zwierzęta sawanny czy w otoczeniu piaszczystych plaż i turkusowych wód Oceanu Indyjskiego...

 


 

Artykuły wybrane losowo

Fotografowanie przyrody

Mandryl barwnolicy (Gabon)
IMG 8889

Jenot azjatycki (Polska, Warmia)

Jenot

ROBERT GONDEK

www.szczytyafryki.pl

Podróżuję po różnych zakątkach naszego globu od ponad dwudziestu lat. Najchętniej wyjeżdżam do Afryki, ale nie tylko tam. Odwiedziłem już ponad pięćdziesiąt państw na całym świecie, w tym siedemnaście właśnie na tym kontynencie. Lubię chodzić po górach. W trakcie swoich wyjazdów skupiam się na przyrodzie. Fotografuję ptaki, zwierzęta i krajobrazy. To moja wielka pasja.

Więcej…

Chile – kraina różnorodności

MAGDALENA BARTCZAK

 

<< Bezkresne pustynie, gigantyczne solniska, bujne lasy, potężne góry, ogromne wulkany i lodowce, rozległe winnice oraz wybrzeże ciągnące się przez kilka tysięcy kilometrów to tylko część atrakcji, które ma do zaoferowania Chile. Trudno się dziwić, że trafiło na sam szczyt listy krajów polecanych do zobaczenia w 2018 r. według słynnego wydawnictwa Lonely Planet. Swoimi niesamowitymi krajobrazami zachwyci nawet najbardziej doświadczonych i wymagających podróżników. >>

 

Pustynna Dolina Księżyca, 13 km na zachód od miasteczka San Pedro de Atacama

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Położone na zachodnich krańcach Ameryki Południowej Chile jest pod wieloma względami wyjątkowe. Szczególną uwagę zwraca już niezmiernie długim i wąskim kształtem swojego terytorium, które rozciąga się wzdłuż brzegu Pacyfiku. Wybrzeże kraju ma niemal 4,3 tys. km długości (z wszystkimi chilijskimi wyspami, w liczbie ok. 3 tys., aż ponad 6,4 tys. km), czyli mniej więcej tyle, ile wynosi odległość między Polską i Afryką Środkową. W najszerszym miejscu granicę wschodnią od zachodniej dzieli zaledwie 445 km (na wysokości Cieśniny Magellana), a w najwęższym – 90 km (między Punta Amolanas i Paso de la Casa de Piedra w regionie Coquimbo).

Znakiem charakterystycznym Chile jest też jego odizolowanie od reszty świata. Warunki geograficzne sprawiają, że wydaje się ono dość niedostępną krainą: od północy oddzieloną bezkresnymi pustynnymi przestrzeniami, a na południu zakończoną fiordami i lodowcami. Na wschodzie wznosi się najdłuższy system górski na ziemi (ciągnący się na odcinku aż 7 tys. km!) – Andy, wybrzeże na zachodzie oblewają z kolei wody Pacyfiku, największego oceanu naszego globu. To wszystko sprawia, że Chile często określa się mianem wyspy, a sami Chilijczycy nierzadko przyznają, że czują się zupełnie inni niż pozostali mieszkańcy kontynentu.

 

SKARBIEC ROZMAITOŚCI

Największy walor tego kraju stanowi jego różnorodność, przejawiająca się m.in. w urozmaiconych krajobrazach. W granicach Chile wyróżnia się wiele formacji roślinnych charakterystycznych dla konkretnych regionów, np. pustyń, terenów wysokogórskich, obszarów nizinnych, fiordów czy południowych wysp pokrytych wiecznym lodem. Znajdują się tu także różne strefy klimatyczne. Na północy panuje klimat zwrotnikowy wybitnie suchy, w środkowej części – podzwrotnikowy i umiarkowany, a na najdalszych krańcach – subpolarny. Poza tym choć znaczne różnice w poziomie życia mieszkańców są typową cechą wielu państw Ameryki Łacińskiej, to w Chile kontrast między światem nielicznych bogatych obywateli i codzienną rzeczywistością dużo większej społeczności ludzi biedniejszych wydał mi się wyjątkowo ogromny. Szczególnie wyraźnie tę sytuację daje się zaobserwować w stolicy, niemal 6,5-milionowym Santiago (Santiago de Chile).

        Sercem miasta jest Plaza Baquedano (dawniej Plaza Italia) z pomnikiem XIX-wiecznego generała Manuela Baquedano. Od placu odchodzi długa aleja nosząca imię Bernarda O’Higginsa (1778–1842), przywódcy powstania, w wyniku którego kraj w lutym 1818 r. uzyskał niepodległość od Hiszpanii. W okolicy mieści się Lastarria, dzielnica pełna uliczek, kawiarni, galerii i stoisk ulicznych, przyciągająca turystów piękną architekturą modernistyczną. Do rozpowszechnienia tego stylu w budownictwie w Chile przyczynił się m.in. Luciano Kulczewski (1896–1972), chilijski architekt o polskich korzeniach, który zaprojektował wiele domów w centrum stolicy, również w tym rejonie. Pod względem atmosfery i urody Lastarria konkuruje z położoną po drugiej stronie rzeki Mapocho dzielnicą Bellavista, wieczorami tętniącą życiem za sprawą licznych barów i restauracji. Leży ona u podnóży wznoszącego się nad miastem Wzgórza św. Krzysztofa (Cerro San Cristóbal), które Hiszpanie nazwali tak na cześć patrona podróżnych. Na liczącą 880 m n.p.m. górę można wejść pieszo albo wjechać samochodem, mikrobusem czy rowerem. Najwięcej wrażeń dostarcza jednak wjazd specjalną windą przypominającą stary tramwaj (funicular) bądź kolejką linową (teleférico).

        Dla odmiany serce najstarszej części stolicy stanowi Plaza de Armas, plac wytyczony przez Pedra de Gamboę (1512–1552) na rozkaz Pedra de Valdivii (1497–1553), hiszpańskiego konkwistadora, który w lutym 1541 r. założył miasto, nadając mu nazwę Santiago de la Nueva Extremadura. Przez wieki odbywały się tu parady wojskowe, procesje religijne, a nawet publiczne egzekucje. Dziś na placu kwitnie życie towarzyskie: znajdziemy na nim wiele kawiarni i barów szybkiej obsługi, w których warto spróbować m.in. chilijskiego hot doga completo italiano, składającego się z parówki z majonezem, keczupem i awokado i z tego względu przywodzącego na myśl układ kolorów na włoskiej fladze. Poza tym kilka razy w tygodniu organizuje się tutaj koncerty, a stojące wokół stoliki często są zajęte przez mężczyzn rozgrywających partie szachowe. Nad środkową częścią placu góruje pomnik Pedra de Valdivii na koniu, na zachodzie z kolei wznosi się monumentalna Katedra Metropolitalna (Catedral Metropolitana de Santiago), która dzisiejszy neoklasycystyczny wygląd otrzymała pod koniec XIX stulecia. Autorami jej ostatnich projektów byli włoscy architekci Joaquín Toesca (1745–1799) i Ignacio Cremonesi (1862–1937). Ten pierwszy zaprojektował również mieszczącą się niedaleko La Monedę (Palacio de La Moneda), budynek pałacu prezydenckiego o nazwie pochodzącej od znajdującej się tu wcześniej mennicy.

 

BURZLIWA HISTORIA

Palacio de La Moneda uległ zniszczeniu podczas wojskowego zamachu stanu z 11 września 1973 r., mającego na celu odsunięcie od władzy prezydenta Salvadora Allende (1908–1973). Większość gmachu została wówczas zbombardowana i ostrzelana, a prezydent popełnił samobójstwo. Do władzy doszła junta wojskowa z generałem Augustem Pinochetem (1915–2006) na czele, który przez kolejnych niemal 17 lat sprawował dyktatorskie rządy. Były one naznaczone brutalnym rozprawianiem się z przeciwnikami politycznymi i osobami wspierającymi Allende – wtrącano podejrzanych do więzień i torturowano ich, a także porywano, w wyniku czego ginęli bez śladu. Te czarne karty historii kraju prezentuje m.in. Muzeum Pamięci i Praw Człowieka (Museo de la Memoria y los Derechos Humanos), wprowadzające w czasy junty od pierwszych godzin przewrotu wojskowego po zorganizowany w październiku 1988 r. plebiscyt umożliwiający wybory i stopniowy powrót demokracji. Placówka znajduje się w gminie Quinta Normal w północno-zachodniej części Santiago, którą w większości wypełnia kolorowa zabudowa kolonialna (zwłaszcza tutejszą dzielnicę Yungay).

        Przeciwieństwem tych miejsc o typowo latynoamerykańskim stylu jest nowoczesna dzielnica El Golf w północno-wschodniej gminie Las Condes, stanowiąca centrum finansowe, handlowe i turystyczne, nieoficjalnie określana Sanhattanem. Jej najbardziej charakterystyczny obiekt to Gran Torre Santiago w kompleksie Costanera Center – najwyższy budynek Ameryki Łacińskiej, liczący 64 kondygnacje i mierzący 300 m wysokości, zaprojektowany przez argentyńskiego architekta Césara Pelliego, mającego w swoim dorobku np. Petronas Towers w Kuala Lumpur w Malezji i Carnegie Hall Tower w Nowym Jorku. Wieżowiec, podobnie jak zabudowa wielu chilijskich miast, jest odporny na wstrząsy, które zdarzają się w tym kraju niezwykle często. Właśnie w Chile zanotowano najsilniejsze pod względem magnitudy udokumentowane trzęsienie ziemi w historii – o sile 9,5 stopnia w skali Richtera. Nawiedziło ono w maju 1960 r. Valdivię i było tak potężne, że większość miasta uległa zniszczeniu, a w niektórych miejscach rozstąpiła się ziemia. Odtąd tutejsi architekci zaczęli projektować budynki odporniejsze na wstrząsy, znacznie wytrzymalsze niż w innych częściach świata. Stabilność ich konstrukcji potwierdzają m.in. efekty ostatniego potężnego trzęsienia o sile 8,8 stopnia w skali Richtera, które dotknęło kraj w lutym 2010 r. Pozostawiło ono po sobie mniej zniszczeń, niż początkowo oczekiwano, a strzelista Gran Torre Santiago, jak wspominają miejscowi, tylko nieznacznie tańczyła w powietrzu.

 

CHILIJSKIE SMAKI

Chilijczycy wydają się przyzwyczajeni zarówno do trzęsień ziemi, jak i wielu innych kataklizmów, a jednym z przejawów ich dystansu do tego typu wydarzeń jest m.in. fakt, że nazwę terremoto (czyli „trzęsienie ziemi”) nadali jednemu ze swoich tradycyjnych koktajli – mieszance słodkiego białego wina z lodami ananasowymi, gorzką wódką żołądkową typu fernet lub korzenno-ziołowym likierem amargo i grenadyną. Jeśli mowa o alkoholu, to warto wspomnieć, że do specjałów Chile należy właśnie wino, odznaczające się wysoką jakością i eksportowane na cały świat. Jak głosi legenda, jego produkcję zaczęli rozwijać już w latach 40. XVI w. hiszpańscy kolonizatorzy uprawiający tu winorośl wyhodowaną z pestek z rodzynek przywiezionych z ojczyzny. Na dobre jednak przemysł winiarski upowszechnił się w drugiej połowie XIX stulecia dzięki Francuzom, którzy sprowadzili na kontynent swoje szczepy. Z tego względu za jedne z najpopularniejszych i najsmaczniejszych gatunków chilijskiego wina uchodzą te wytwarzane z odmian cabernet sauvignon, merlot, sauvignon blanc oraz carménère (wprowadzonych do plantacji przez przybyszów z regionu Bordeaux). Co najważniejsze, francuskie szczepy trafiły w Chile na bardzo żyzne gleby. Dolina Środkowochilijska (Valle Central) charakteryzuje się idealnymi do uprawy winogron ziemiami i przyjaznym śródziemnomorskim klimatem. Można się o tym przekonać podczas odwiedzin w licznych winnicach położonych w okolicy stolicy, np. w założonej w 1883 r., słynnej Concha y Toro w Pirque (ponad 20 km od centrum Santiago) – to największy producent i eksporter wina nie tylko w kraju, ale i całej Ameryce Łacińskiej. Jeszcze bardziej malowniczo prezentują się winnice w dolinie Colchagua i Casablanca. Warto do nich zajrzeć nie tylko wtedy, gdy chcemy wybrać się na degustację lub planujemy zakupy szlachetnych trunków, lecz również w przypadku wyprawy na wybrzeże – wiele z nich leży po drodze z Santiago nad ocean.

 

W PORCIE

Miastem, którego nie można ominąć w trakcie pobytu nad Oceanem Spokojnym, jest portowe Valparaíso, położone malowniczo na kilkudziesięciu wzgórzach. W czasach swojej świetności było jednym z największych portów Ameryki Południowej i ze względu na bogactwo i urodę nosiło dumne miano Perły Pacyfiku. Choć dziś okres bycia gospodarczą potęgą ma już za sobą, to wciąż cieszy się opinią najbarwniejszego, najpiękniejszego i najciekawszego miasta w Chile. Zanurzone w dekadenckiej atmosferze Valpo, jak czule mówią o nim Chilijczycy, znane jest z tego, że oddycha sztuką i przyciąga artystów z całego świata. Pomieszkiwał w nim m.in. słynny chilijski poeta i noblista Pablo Neruda (1904–1973). W należącym do niego domu na wzgórzu Florida – La Sebastianie – mieści się obecnie jego muzeum. Właśnie w Valparaíso znajduje się też najsłynniejsza w kraju akademia sztuk pięknych – Instituto de Arte de la Pontificia Universidad Católica (PUCV), której studenci i absolwenci od lat ozdabiają pracami tutejszą XIX- i XX-wieczną zabudowę. W 1992 r. powstało oficjalnie nietypowe Muzeum pod Gołym Niebem (Museo a Cielo Abierto de Valparaíso). Jego początki sięgają jednak tak naprawdę 1969 r. W trakcie spaceru stromymi uliczkami biegnącymi po zboczach wzgórza Bellavista można oglądać 20 ogromnych, barwnych murali. To bezpłatne muzeum stało się wizytówką nie tylko Valparaíso, ale również całego Chile i rozkochanej w sztuce ulicznej Ameryki Południowej.

        Oprócz tego w mieście, szczególnie w jego portowej części, znajdziemy wiele świetnych restauracji, w których podaje się dania chilijskiej kuchni, słynącej ze znakomitych owoców morza i ryb, m.in. miecznika, tuńczyka, dorsza, soli, morszczuka, węgorza i wysokiej jakości łososia. Jedną z tradycyjnych potraw kraju jest paila marina, czyli zupa przygotowywana na bazie ryb i owoców morza, z odrobiną białego wina. Inną popularną zupę stanowi cazuela,przyrządzana z rosołu gotowanego na mięsie, z dodatkiem ziemniaków, dyni, kukurydzy i papryki. Do typowych chilijskich dań należy także pastel de choclo – „ciasto z kukurydzy” i mielonego mięsa, przełożonego jajkami i oliwkami. Popularnością cieszą się też inne potrawy mięsne, przygotowywane głównie z wołowiny, a prawdziwą świętością i sportem narodowym jest w Chile asado, czyli grill, który organizuje się przy każdej możliwej okazji i o każdej porze dnia lub nocy.

Wycieczki łodziami po jeziorze San Rafael wyruszają z Puerto Chacabuco i Puerto Montt

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

WYSPA NA OCEANIE

Podróżników może zdziwić, że w tym samym regionie administracyjnym kraju co portowe Valparaíso leży oddalona tysiące kilometrów od chilijskiego wybrzeża Wyspa Wielkanocna (Isla de Pascua). Pod względem geograficznym jest ona częścią Polinezji. Uchodzi za jedną z najbardziej intrygujących wysp na świecie. Holenderski admirał Jacob Roggeveen (1659–1729) odkrył ją dla Europejczyków 5 kwietnia 1722 r., na który to dzień przypadała Niedziela Wielkanocna – stąd właśnie pochodzenie jej nazwy. Mieszkający na niej Polinezyjczycy określali ją z kolei mianem Te Pito o te Henua, co w ich języku oznacza Pępek Świata. Co ciekawe, uważana dzisiaj za tradycyjną, nazwa Rapa Nui, czyli „Wielka Rapa”, pojawiła się dopiero w XIX stuleciu. Nadali ją najprawdopodobniej żeglarze z Tahiti, którzy odwiedzali wówczas Wyspę Wielkanocną, i nawiązuje ona do podobnej wyspy Rapa (należącej obecnie do Polinezji Francuskiej), znanej także jako Rapa Iti („Mała Rapa”). Jeśli będziemy mieli okazję tu dotrzeć z kontynentalnej części Chile (najpopularniejszym sposobem dostania się w to miejsce jest bezpośredni, mniej więcej pięciogodzinny lot z Santiago do miasteczka Hanga Roa, pełniącego funkcję stolicy), szybko zdamy sobie sprawę z niesamowitego położenia tego malowniczego skrawka lądu. Niewielka wulkaniczna Isla de Pascua, o powierzchni 163,6 km² i liczbie mieszkańców wynoszącej ponad 7,7 tys. ludzi, wydaje się ginąć wśród bezkresnego błękitu Oceanu Spokojnego. Wygląda, jakby była zawieszona w środku ogromnej pustki. Najbliższa zamieszkana polinezyjska wyspa – Pitcairn – leży ok. 2 tys. km na zachód stąd. Wybrzeże Ameryki Południowej znajduje się z kolei ponad 3,5 tys. km od Rapa Nui. Jeszcze mniej więcej 50 lat temu można było się tutaj dostać tylko statkiem zaopatrzeniowym, który kursował kilka razy w roku.

        Mimo swojej niedostępności tropikalna Wyspa Wielkanocna przez wieki budziła zainteresowanie za sprawą charakterystycznych posagów moai, wykonanych ze skał wulkanicznych. Do dziś istnieje wiele hipotez dotyczących okoliczności ich powstania. Według jednych teorii figury zostały wyrzeźbione między IX i XVI w. przez polinezyjskich osadników, zgodnie z innymi wyjaśnieniami nieco wcześniej wykonali je przybysze z Ameryki Południowej. W ustaleniu faktów nie pomaga brak historycznych zapisków na temat wyspy. Jedno jest pewne, tajemnicze moai, prawdopodobnie symbolizujące bogów lub zmarłych wodzów, do dziś robią niesamowite wrażenie. Szczególnie o zachodzie słońca, gdy mienią się kolorami na tle purpurowego nieba i powoli znikają w ciemności. Wtedy wyspiarze wolą się do nich nie zbliżać, bo uważają, że posągi są zamieszkane przez duchy i związane z najbardziej mrocznymi sekretami tej magicznej wyspy, położonej w sercu niezmierzonych oceanicznych przestworzy.

 

Wyspa Wielkanocna słynie z tajemniczych posągów moai z tufu wulkanicznego

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

GWIAZDY PÓŁNOCY

W Chile, zarówno na wyspach, jak i w jego kontynentalnej części, zachwyt wśród turystów budzi przede wszystkim przyroda – dzika i często zupełnie inna od tej, która otacza nas w Europie. Ogromne wrażenie wywierają m.in. pustynne, rozgrzane promieniami palącego słońca i niemal pozbawione śladów ingerencji człowieka przestrzenie na dalekiej północy, znanej jako Wielka Północ (Norte Grande). Znajduje się tu kilka przepięknych parków narodowych, np. graniczący z Boliwią Park Narodowy Lauca, należący do najwyżej położonych na świecie (niektóre miejsca leżą nawet na ponad 6300 m n.p.m.), w którym można podziwiać ośnieżone szczyty wulkanów oraz liczne jeziora i laguny.

        Największą i najchętniej odwiedzaną przez turystów atrakcję północy stanowi rozległa pustynia Atakama, uważana za jeden z najsuchszych obszarów na ziemi. Co ciekawe, w związku z niespodziewanymi opadami deszczu wywołanymi zjawiskiem El Niño tutejsze pustynne tereny w ciągu ostatnich paru lat kilka razy zakwitły, pokrywając się kolorowym dywanem kwiatów. Na zwiedzanie najlepiej przeznaczyć co najmniej dwa lub trzy dni. Polecam zatrzymać się w miasteczku San Pedro de Atacama, gdzie warto zajrzeć do muzeum archeologicznego (Museo Arqueológico R.P. Gustavo Le Paige) i XVIII-wiecznego kościoła zbudowanego z suszonej cegły (Iglesia de San Pedro). Sama miejscowość stanowi świetną bazę wypadową do największych okolicznych atrakcji, m.in. pola gejzerów El Tatio, Doliny Księżyca (Valle de la Luna), pełnej wydm i niezwykłych formacji skalnych wyrzeźbionych przez procesy erozji, i na solnisko Salar de Atacama, z którego rozciąga się widok na majestatyczny Licancabur (5920 m n.p.m.), należący do najwyższych wygasłych wulkanów w Andach.

        Charakterystyczną cechą północy są nie tylko księżycowe pejzaże, ale też ogromna liczba kopalń, głównie miedzi, najważniejszego produktu eksportowego kraju. W historii tutejszego górnictwa znajdziemy także polski akcent: jednym z jego najważniejszych patronów jest naukowiec i inżynier Ignacy Domeyko (1802–1889), który przez lata prowadził badania w tym rejonie i zasłużył się dla rozwoju chilijskiej geologii i mineralogii. Aby uczcić pamięć o polskim emigrancie, nazwano jego nazwiskiem m.in. jedno z pasm górskich w Andach (Cordillera Domeyko), miejscowość w regionie Atakama i planetoidę. A skoro mowa o kosmicznych odkryciach, to nie sposób nie wspomnieć o tym, że na północy Chile znajduje się również duża liczba obserwatoriów astronomicznych, niektóre z nich są otwarte dla zwiedzających. Zapewne istnieje niewiele takich miejsc na świecie, gdzie kosmos wydaje się tak bliski i dostępny, a niebo jest równie gęsto zapełnione gwiazdami. Jeśli jednak ktoś nie ma czasu wybrać się na daleką północ, powinien pojechać na wycieczkę do magicznej doliny Elqui (w regionie Coquimbo), leżącej na tzw. Małej Północy (Norte Chico), pokrytej plantacjami owoców i naznaczonej sennymi, andyjskimi miasteczkami. Warto zatrzymać się tu w Pisco Elqui, które słynie m.in. z licznych wytwórni chilijskiego pisco (pisco chileno), czyli ulubionego alkoholu Chilijczyków, przypominającego brandy i uzyskiwanego ze sfermentowanych białych winogron. Jest ono produkowane w całym tym regionie, a to ze względu na sprzyjające warunki do uprawy winorośli. Co ciekawe, także Peruwiańczycy uznają pisco za swój trunek narodowy i od lat toczą z sąsiadami burzliwe spory o to, kto ma większe prawo do szczycenia się nim.

 

MAGIA POŁUDNIA

Jeśli nieco znuży nas gorący klimat północy i zatęsknimy za innymi krajobrazami, powinniśmy wybrać się na południe, np. do regionu Jezior (Los Lagos), gdzie zaczyna się Patagonia. Jednym z jego najpiękniejszych zakątków jest Puerto Varas, malowniczo położone nad jeziorem Llanquihue i przypominające miasta Szwajcarii czy Bawarii. Największe wrażenie wywiera tu widok na okoliczne wulkany: Osorno (2652 m n.p.m.) i Calbuco (2003 m n.p.m.), majestatycznie wznoszące się nad taflą wody.

        Kolejną atrakcję regionu, której nie można przegapić, stanowi wyspa Chiloé (Isla Grande de Chiloé) z lasami, latarniami morskimi oraz urokliwymi rybackimi wioskami i miasteczkami. Charakteryzuje się nieco tajemniczą atmosferą i własnym folklorem, mitami i tradycjami. Do dań miejscowej kuchni należy curanto, składające się z owoców morza, mięsa wieprzowego, kurczaka, kiełbasy, ziemniaków i warzyw. Według lokalnych przepisów powinno być gotowane w dziurze wykopanej w ziemi, na rozgrzanych kamieniach, co dodaje mu smaku. Na zachodzie wyspy znajduje się Park Narodowy Chiloé, pełen pięknych plaż, wydm, pradawnych lasów waldiwijskich i bagien. Z zachodnich wybrzeży w letnich miesiącach i przy lepszej widoczności można dostrzec pływające w oceanie delfiny czarnogłowe (toniny) i wieloryby (płetwale błękitne, walenie południowe). Trzeba jednak pamiętać, że przez większość roku na Chiloé jest pochmurno i sami jej mieszkańcy przyznają, że czasem deszcz pada tutaj niemal bez ustanku przez kilka tygodni bądź nawet miesięcy.

        Równie deszczowa i kapryśna pogoda panuje w regionie Araukania (La Araucanía), gdzie warto odwiedzić m.in. miasto Pucón, położone malowniczo nad jeziorem Villarrica. Nazwa tego ostatniego pochodzi od pobliskiego wulkanu (Volcán Villarrica – 2847 m n.p.m.), uważanego za jeden z najaktywniejszych nie tylko w Chile, ale i całej Ameryce Południowej – jego ostatnia erupcja, poprzedzona wstrząsami sejsmicznymi, miała miejsce w marcu 2015 r. Innym wulkanem, który stosunkowo niedawno dał o sobie znać, jest Chaitén (1122 m n.p.m.), znajdujący się ok. 260 km na południe od Puerto Varas. Po ponad 9 tys. lat uśpienia w maju 2008 r. wybuchł i zalał lawą leżące poniżej miasteczko o tej samej nazwie. Jego mieszkańców na szczęście w porę udało się ewakuować, ale Chaitén, wcześniej pełne życia i przyciągające turystów, zostało niemal całkowicie zniszczone.

 

KONIEC ŚWIATA

Jeszcze dalej na południe rozciąga się Aisén (Región de Aysén del General Carlos Ibáñez del Campo), najmniej zaludniony region w całym Chile (jedynie niewiele ponad 100 tys. mieszkańców). Tutejsza stolica – Coyhaique – to jedno z najpiękniej położonych, ale i też najbardziej odizolowanych miast w kraju. Stanowi ono znakomitą bazę wypadową m.in. do dziewiczego Rezerwatu Narodowego Cerro Castillo i Parku Narodowego Laguna San Rafael z ogromnym lodowcem San Rafael, zajmującym obszar ok. 760 km². Za atrakcję okolicy uchodzą również tzw. Marmurowe Jaskinie (Santuario de la Naturaleza Capilla de Mármol), uformowane w czystym marmurze i zatopione w wodach turkusowego jeziora General Carrera, największego w Patagonii (1850 km² powierzchni, w tym 978,12 km² na terytorium Chile, a reszta w Argentynie).

        Z kolei najgłębszym patagońskim akwenem (aż 836 m!) jest także niezmiernie rozległe jezioro O’Higgins (San Martín w Argentynie), mające w sumie 1013 km², leżące też na terenie Aisén (Aysén), który graniczy z wysuniętym najbardziej na południe regionem kraju, zwanym Magallanes i Chilijska Antarktyka (Región de Magallanes y de la Antártica Chilena). Znajduje się w nim najważniejsza przyrodnicza atrakcja chilijskiej Patagonii – Park Narodowy Torres del Paine. Wytyczono tu ponad 250 km przepięknych tras, wiodących raz przez zielone i soczyste lasy, łąki i pastwiska, innym razem po górskich zboczach. Pełen ośnieżonych szczytów, lodowców, turkusowych jezior i spektakularnych wodospadów park wydaje się baśniową krainą i od kwietnia 1978 r. figuruje na liście rezerwatów biosfery UNESCO. Najlepszą bazę wypadową w okolicy stanowi Puerto Natales, turystyczne miasteczko położone blisko 250 km na północny zachód od Punta Arenas (stolicy regionu Magallanes i Chilijska Antarktyka), uważanego za jedno z najpiękniejszych miast Chile, a kiedyś należącego do najbogatszych i najbardziej kosmopolitycznych ośrodków Ameryki Południowej – aż do otwarcia Kanału Panamskiego w sierpniu 1914 r. zaliczało się do najważniejszych portów na kontynencie i najruchliwszych na kuli ziemskiej. Dziś nadal pobrzmiewają w nim echa dawnego bogactwa i świetności, o których przypominają m.in. okazałe pałace oraz historyczny cmentarz ze śnieżnobiałymi grobowcami i równo przystrzyżonymi cyprysami.

        Oddychające przeszłością Punta Arenas leży nad Cieśniną Magellana, oddzielającą kontynentalną część Ameryki Południowej, Wyspy Królowej Adelajdy i wyspę Riesco od archipelagu Ziemia Ognista (Tierra del Fuego). Odkryta w 1520 r. przez słynnego portugalskiego podróżnika cieśnina łączy Ocean Atlantycki ze Spokojnym. Ze względu na silne wiatry i prądy morskie w tej okolicy, a także podwodne skały stanowi ogromne wyzwanie dla żeglarzy. Dalekie południe Chile zdaje się przypominać piękną, lecz niegościnną krainę, pełną lodowców, fiordów i niezamieszkanych, poszarpanych falami wysepek. Na jednej z nich leży skalisty przylądek Horn (Cabo de Hornos), uważany tradycyjnie za najdalej na południe wysunięty punkt Ameryki Południowej (w rzeczywistości jest nim wysepka Águila w archipelagu Diego Ramírez). Od tego miejsca pochodzi nazwa Parku Narodowego Przylądka Horn – jednego z najbardziej dziewiczych i niedostępnych na kuli ziemskiej. Można się do niego dostać statkami wojskowymi lub handlowymi, które pływają z chilijskich portów do Europy, Afryki bądź na Antarktydę. Wiele rejsów na tę ostatnią odbywa się z ponad 2-tysięcznego Puerto Williams, wysuniętego najdalej na południe miasteczka na świecie. Powstało ono w latach 50. XX w. jako baza wojskowa i znajduje się na wyspie Navarino, ok. 300 km w linii prostej na południowy wschód od Punta Arenas. Pogoda jest tutaj kapryśna, a życie płynie spokojnie. Na Puerto Williams składa się zaledwie parę ulic, działa w nim kilka sklepów, restauracji, pensjonatów i hosteli, muzeum antropologiczne (Museo Antropológico Martín Gusinde), niewielkie lotnisko, port, baza chilijskiej marynarki wojennej, szpital, kościół katolicki, bank i jeden bankomat. W dzień wypełniają je odgłosy polarnego wiatru, rześkie, mroźne powietrze i nawoływania rybaków wyruszających na połów. Właśnie tu, na najdalszych krańcach cywilizacji, wydaje się mieścić finis terrae, czyli koniec świata, wietrzny i pełen mrocznego uroku, podobnie jak całe Chile odosobniony, dziewiczy i zachwycający wielką siłą i pięknem nieujarzmionej natury.

 

Masyw Torres del Paine składa się z trzech wysokich, granitowych iglic (wież)

©BANCO DE IMÁGENES SERNATUR

 

Wydanie Lato 2018

Dominikana – raj dla każdego

MARCIN WESOŁY

<< Dominikana odcisnęła głęboki ślad w mojej duszy chyba za sprawą emocji, jakie towarzyszą zazwyczaj inicjacji. Pierwszy raz ujrzałem ją ponad 8 lat temu. Wtedy była dla mnie poniekąd tropikalnym zauroczeniem, po którym chce się od razu więcej. Z wprawą prawdziwej łamaczki serc usidliła mnie, oszołomiła i zatrzymała przy sobie na dłużej. Do dzisiaj zresztą pozostaję jej wierny. Dlatego opowiadam o mojej miłości z niegasnącym entuzjazmem. >>

Więcej…