ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

                                                                                                             FOT. ROBERT GONDEK 

<< Afryka ma wiele twarzy, a każda z nich jest jedyna i niepowtarzalna. To samo można z całą pewnością powiedzieć o wszystkich państwach Czarnego Lądu. Dotyczy to również Kenii – krainy dzikich zwierząt i ojczyzny wielu afrykańskich plemion. Jednak duże grono podróżników nie wie, że ten kraj to także ciągle rozwijająca się nowoczesna stolica Nairobi, popularny cel wypraw wspinaczkowych czy coraz bardziej doceniany na całym świecie kierunek wyjazdów golfowych i wędkarskich. Jeśli nie mieliście też o tym pojęcia, czas to zmienić... Zapraszam do mojej Kenii! >>

Republika Kenii, leżąca we wschodniej części kontynentu afrykańskiego, nad Oceanem Indyjskim, graniczy z Tanzanią, Ugandą, Sudanem Południowym, Etiopią i Somalią. Przez terytorium państwa przebiega linia równika, oddzielająca półkulę północną od południowej. Językami urzędowymi są tutaj suahili oraz angielski – pozostałość po kolonialnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, w skład której wchodziła również Uganda. Dziś Kenia należy do brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations), ale w rzeczywistości stanowi od grudnia 1963 r. niepodległy kraj posiadający własnego prezydenta i rząd.

 

W styczniu w Polsce zazwyczaj sypie gęsty śnieg, a temperatura spada poniżej 0°C. W Kenii natomiast w tym czasie panuje pora sucha. Do kenijskiej stolicy – Nairobi – przybywamy nocą, bo duża część linii lotniczych oferuje loty międzykontynentalne właśnie w godzinach nocnych. Na lotnisku czeka na nas Jeff. Będzie nam towarzyszył podczas całej podróży. Zawozi nas małym busem do hotelu w centrum Nairobi. Na drzewach rosnących wzdłuż drogi śpią ibisy i wielkie marabuty. Mijamy również kilka pomników słoni. Gdzieniegdzie zauważam ciemne sylwetki zwierząt majaczące w mroku…

 

Nairobi – nowoczesna metropolia

Rankiem budzą nas ptaki, które śpiewają za oknem. Zwiedzanie Kenii zaczynamy od Nairobi. Nad tym nowoczesnym i czystym miastem góruje kilka wysokich wieżowców. Na jednym z nich – Kenyatta International Convention Centre (KICC), oprócz lądowiska dla helikopterów, znajduje się znakomity punkt widokowy. Wypatrujemy z niego Parku Wolności (w języku suahili Uhuru Park). Niedługo potem zatrzymujemy się w nim na krótki odpoczynek. Popijając coca-colę (którą w Afryce kupimy prawie wszędzie), obserwujemy orły szybujące nad tutejszym jeziorem.

Na kolację udajemy się do restauracji Carnivore w centrum stolicy. Ze względów bezpieczeństwa przed wjazdem na teren obiektu samochód sprawdzany jest wykrywaczem bomb. Na miejscu za 35 dolarów możemy najeść się do syta. Do wyboru mamy różne rodzaje mięsa z grilla, z których próbujemy indyka, kurczaka, wołowiny, wieprzowiny, strusia, krokodyla i barana. Rząd kenijski wprowadził w 2004 r. zakaz sprzedaży mięsa dzikich zwierząt. Dlatego, żeby sprawdzić, jak smakuje potrawa z elanda, kudu, guźca czy zebry, musimy udać się do RPA lub Namibii. W Kenii za najbardziej egzotyczne pozycje z menu uchodzą specjały ze strusia i krokodyla oraz bycze jaja.

Warto wspomnieć, że lokalnymi środkami płatniczymi są zarówno szylingi kenijskie, jak i dolary amerykańskie. Trzeba tylko pamiętać, że banknoty powinny być nowe i o dużych nominałach (najlepiej studolarowe), bo starszych niż 5-letnie nikt nie chce przyjmować. Na potrzeby drobniejszych zakupów lepiej wymienić dolary w jednym z licznych kantorów albo skorzystać z bankomatów. Organizację safari lub trekkingu opłacimy już jednak tylko walutą amerykańską.

 

Masyw Kenia – śnieg na równiku

Następnego dnia wyruszamy z Jeffem w stronę drugiego najwyższego szczytu Afryki (po Kilimandżaro) – Kenii (5199 m n.p.m.). Z Nairobi do Parku Narodowego Góry Kenia (Mount Kenya National Park) wyjeżdżamy autostradą z trzema pasami ruchu w każdą stronę. W rzeczywistości obok siebie porusza się tu tyle pojazdów, ile mieści się na całej szerokości jezdni. W niektórych miejscach brakuje również asfaltu. Z każdym kilometrem droga staje się coraz węższa. Wokół nas rozpościera się charakterystyczna czerwona afrykańska ziemia. W oddali dostrzegamy ośnieżone wierzchołki wulkanu Kenia. Mijamy równik i po 3 godz. docieramy do bramy parku narodowego. Na szczyt prowadzi kilka szlaków – my wybraliśmy Sirimon Route.

FOT. ROBERT GONDEK

Dolina Mackindera z endemicznymi senecjami

 

Zdobycie najwyższego punktu Kenii, w przeciwieństwie do leżącego ok. 400 km na południe Kilimandżaro, wymaga – niestety – umiejętności wspinaczkowych. Na szczęście masyw posiada kilka wierzchołków. Dwa najwyższe z nich (Batian – 5199 m n.p.m. i Nelion – 5188 m n.p.m.) zostawiamy doświadczonym alpinistom, a sami wybieramy trzeci w kolejności – Point Lenana (4985 m n.p.m.) – idealny na trekking. Aby wejść na jego szczyt, wystarczy w miarę dobra kondycja i odporność na zmiany wysokości. Przed nami 4-dniowa wędrówka z przewodnikiem, tragarzami i kucharzem. Pierwszego dnia już zaledwie po 3 godz. zatrzymujemy się na wysokości 3300 m n.p.m. w Old Moses Hut, niewielkiej chacie z kilkoma pokojami. Znajdują się w niej po 4 piętrowe łóżka i przewiewne okna, dzięki którym do środka wciąż wpada świeże powietrze. Drugiego dnia wędrujemy przez jedną z najpiękniejszych kotlin Afryki – Dolinę Mackindera (Mackinder Valley). Ciągnie się ona przez kilka kilometrów, a ponieważ górskie zbocze osłania ją przed chłodnym wiatrem, panuje tutaj 30-stopniowy upał. Charakterystycznym elementem jej krajobrazu jest drzewiasta endemiczna roślina z rodziny astrowatych, senecja (Senecio keniodendron, Dendrosenecio keniodendron). W oddali bieleje samotny szczyt – cel naszej wyprawy. Do Shipton’s Camp – kolejnej bazy noclegowej – docieramy po ok. 7 godz. Przed nami wznoszą się już tylko trzy najwyższe wierzchołki Kenii, wszystkie pokryte śniegiem.

FOT. ROBERT GONDEK

 

Ostatnie 200 m na Point Lenana to śnieg i lód

 

Aby zdążyć na wschód słońca, wyruszamy nocą. Tysiące gwiazd oświetla nam drogę. Termometr wskazuje -15°C, ale nie czujemy chłodu, gdyż jesteśmy mocno podekscytowani. Kiedy pokonujemy przełęcz nad jeziorem Harris Tarn, naszym oczom ukazuje się prawdziwie marsowy krajobraz – wschodzące słońce zabarwia na pomarańczowo skały i śnieg. Zostało nam jeszcze ostatnie podejście i 200 m do celu. Trzymamy się łańcuchów, wchodzimy po klamrach zamontowanych na zboczu. Nagle ponad nami pojawia się blaszana kenijska flaga z nazwą wierzchołka (Point Lenana) i jego wysokością. Kenia została zdobyta! Dookoła rozpościera się rozległa panorama z dominującym w tle zarysem Kilimandżaro.

FOT. ROBERT GONDEK

Masyw Kenia - wierzchołek Point Lenana

 

Niestety, przenikliwy wiatr zmusza nas do szybkiego opuszczenia szczytu. Wracamy drugą stroną przełęczy. Otoczenie się zmienia. Zachwyca tutaj zieleń i liczne malownicze jeziorka. Potężna Dolina Wąwozów (Gorges Valley) wywiera na nas ogromne wrażenie. Po ponad 13 godz. wędrówki docieramy do Meru Mount Kenya Lodge. Musimy jednak uważać na słonie, które często zatrzymują się w tej okolicy na odpoczynek. Zmęczeni świętujemy nasz sukces butelką piwa Tusker i coca-colą.

Czwartego dnia ostatni raz podziwiamy z oddali dobrze nam znaną sylwetkę masywu. To już prawie koniec trekkingu. Czeka nas tylko krótki przemarsz przez bambusowy las i kilkunastokilometrowa przejażdżka samochodem terenowym do Chogorii, a stamtąd powrót do Nairobi.

 

Park Narodowy Nairobi z widokiem na wieżowce

Po intensywnym trekkingu zasłużyliśmy na odpoczynek podczas safari na terenie kenijskich parków narodowych. Na początek wybieramy Park Narodowy Nairobi (Nairobi National Park). Wyprawę po nim rozpoczynamy z samego rana. Im dalej się zapuszczamy, tym więcej stad zebr, antylop i gazeli spotykamy po drodze. Lwy leżą wśród wysokich traw, a pojedyncze guźce biegają między nimi. Grupa nieśpiesznie spacerujących bawołów złowrogo spogląda na nas spod swoich rogów. Cały czas widzimy w oddali wieżowce Nairobi… Ten park ma tę zaletę, że znajduje się w pobliżu stolicy, co pozwala spędzić kilka godzin wśród dzikich zwierząt bez konieczności pokonywania dużych odległości. Jednak jeśli chcemy zobaczyć słonie, musimy odwiedzić inne obszary chronione w Kenii.     

Jeff zawozi nas nad rzekę. W towarzystwie uzbrojonego w karabin parkowego strażnika idziemy przejść się wzdłuż brunatnej rzeki w poszukiwaniu hipopotamów nilowych. Spotykamy jedynie dużych rozmiarów żółwie, krokodyla i małpy. Nasz opiekun pokazuje nam ślady wielkiego węża, drzewo, na którym dzień wcześniej odpoczywał lampart, a także ścieżkę nosorożców oraz wypatrywanych przez nas hipopotamów. Te ostatnie, aby wrócić do rzeki po spacerze wśród zarośli, ześlizgują się do wody po zbyt stromym dla nich do schodzenia brzegu. Widok tego olbrzymiego ssaka zjeżdżającego na brzuchu po błocie musi być naprawdę komiczny… Nasza wizyta w Parku Narodowym Nairobi nie trwa zbyt długo, gdyż nie zajmuje on dużego terenu (ok. 117 km²). Prawdziwe afrykańskie safari dopiero przed nami!

 

Z kamerą wśród zwierząt w Rezerwacie Narodowym Masai Mara

Stoimy obok samochodu terenowego i nerwowo rozglądamy się dookoła… Pamiętamy o tym, że najważniejsza zasada dotycząca bezpieczeństwa podczas wypraw po parkach narodowych Afryki mówi, że uczestnikom safari nie wolno opuszczać pojazdu. Jeff jednak spokojnie rozkłada koc na kamieniu i przygotowuje lunch, czyli kanapki z pysznym bananowym dżemem, słodkimi patatami, arbuzem i marakują. Zjadamy je, nie oddalając się od samochodu, i wpatrujemy się ciekawie w grupę szybujących sępów. Krążą nad jakimś punktem po drugiej stronie rzeki. Zapewne czekają, aż lwy skończą swoją ucztę. A może rozglądają się dopiero za odpowiednim posiłkiem? Staramy się o tym nie myśleć…

Rezerwat Narodowy Masai Mara (Maasai Mara National Reserve) to przedłużenie Parku Narodowego Serengeti, leżącego na terytorium sąsiedniej Tanzanii. Podczas corocznej Wielkiej Migracji setki tysięcy zebr i antylop gnu oraz innych ssaków kopytnych przemierza ten rejon w poszukiwaniu pożywienia i wody. Ten niesamowity spektakl przyrody, znany wszystkim z wielu filmów przyrodniczych, przyciąga w te strony tłumy podróżników z całego świata.

FOT. ROBERT GONDEK

Para zebr w Masai Mara

 

Nagle Jeff w pośpiechu zbiera wszystko i wracamy do samochodu. Po chwili orientujemy się, co się stało. Okazało się, że stado słoni przechodzi obok nas, aby przeprawić się na drugi brzeg. Resztę trasy pokonujemy, wyglądając jedynie przez otwarty dach naszej terenówki. W pewnym momencie drogę przecina nam szakal niosący w pysku nogi niewielkiej antylopy. Spotykamy kolejne stada zebr i pojedyncze żyrafy. Nie mamy szczęścia tylko do nosorożca czarnego. Populacja tych zwierząt jednak dopiero się odbudowuje. Gdy wieczorem wsłuchujemy się w odgłosy nocnego życia w Masai Mara, postanawiamy, że w przyszłym roku wrócimy do Kenii, aby wytropić to rzadkie stworzenie.

Jedno jest pewne – w Kenii bez trudu przekonamy się o tym, że Afryka to wymarzony kierunek dla ludzi preferujących różnego rodzaju aktywny wypoczynek. Miłośników trekkingu i wspinaczki wysokogórskiej zachwyci masyw Kenia. Podróżnicy pragnący zobaczyć na własne oczy dzikie zwierzęta przeżyją niezapomniane safari, a amatorzy gry w golfa będą mogli doskonalić swoje umiejętności w zapierającej dech w piersiach afrykańskiej scenerii. Nieważne jednak, w jakim celu zawita się do tego kraju. Gwarantuję wszystkim, że zapragną powrócić do tego uroczego zakątka świata.

 

Wizyta na kenijskim polu golfowym

Popularyzację golfa w Kenii rozpoczęli ponad 100 lat temu brytyjscy kolonizatorzy. Najstarsze tzw. pole małe (9-dołkowe) – Royal Nairobi Golf Club – zostało założone w 1906 r. Niewielu miłośników tej dyscypliny sportu zdaje sobie jednak sprawę z tego, jakie ogromne możliwości oferuje ten przepiękny kraj golfistom. Kenia to drugie w Afryce państwo (po RPA) pod względem liczby pól golfowych. Znajdziemy ich tu ponad 40, w tym 13 18-dołkowych. Na aż 12 z nich odbywają się turnieje klasy mistrzowskiej. Dzięki sprzyjającemu klimatowi wszystkie obiekty są czynne przez cały rok. Każdy z nich usytuowany jest w tak niezwykłym miejscu, że stanowi atrakcję samą w sobie.

Niezapomnianą partię golfa rozegramy m.in. niedaleko wodospadów Thika, w otoczeniu plantacji kawy i ananasów, na jednym z najstarszych pól w Kenii – Thika Sports Club, założonym w 1922 r., goszczącym turniej Winston Churchill Cup od 1949 r. Na terenie Fairmont Mount Kenya Safari Club, leżącego w pobliżu równika i majestatycznego szczytu Kenia, jednym uderzeniem kija przeniesiemy piłeczkę z półkuli północnej na południową. Zapaleni golfiści mają poza tym do wyboru ośrodki położone nad obleganymi przez flamingi brzegami jeziora Nakuru, w sąsiedztwie zamieszkanej przez dzikie zwierzęta sawanny czy w otoczeniu piaszczystych plaż i turkusowych wód Oceanu Indyjskiego...

 


 

Artykuły wybrane losowo

Cała prawda o Jamajce

PRZEMYSŁAW BOCZARSKI

<< Jamajka jest niewielką wyspą pośrodku Morza Karaibskiego, która uzyskała niepodległość zaledwie 56 lat temu – 6 sierpnia 1962 r. W ciągu tego czasu nie rozwinęła się znacząco gospodarczo ani kulturalnie. Szczerze mówiąc, nie dzieje się tu za wiele. Mimo to Jamajczycy uważają siebie za naród wybrany, a swoją ojczyznę za centrum wydarzeń kulturalnych i kraj kreujący trendy. >>

 

Zjeżdżalnia wodna w kompleksie na Mystic Mountain w Ocho Rios

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

Jamajka to jedna z mniej znanych Polakom wysp Karaibów. Chociaż znajduje się w samym centrum archipelagu Wielkich Antyli, a z wielu europejskich miast regularnie kursują na nią samoloty, wciąż wydaje się mało dostępna i położona trochę za daleko. Faktem jest, że urlop w tym kraju kosztuje nieco więcej niż w przypadku popularnych wśród polskich turystów Dominikany czy Kuby. Trudniej także dolecieć z Polski na wyspę poza sezonem zimowym, w którym funkcjonuje bezpośrednie połączenie czarterowe z Warszawy. Poza tym okresem zazwyczaj Polacy muszą przesiadać się na jednym z lotnisk europejskich, co wiąże się – oczywiście – z wydłużonym czasem podróży.

Na niekorzyść Jamajki działa też ciągnąca się za nią opinia miejsca niezbyt bezpiecznego. Sytuacji nie poprawia fakt wprowadzenia w styczniu 2018 r. stanu wyjątkowego w Montego Bay. Został on ogłoszony z powodu wzrostu przestępczości w tej turystycznej stolicy wyspy. Mimo iż w praktyce sprowadza się głównie do rewidowania samochodów wjeżdżających i opuszczających miasto, co nie jest zbyt uciążliwe i nie wpływa w żaden znaczący sposób na życie mieszkańców czy turystów, widok żołnierzy uzbrojonych w karabiny M16 wywołuje uczucie niepewności i wzbudza ciekawość. Oczywiście, pojawienie się w Montego Bay dodatkowych patroli komentują wszystkie media i użytkownicy na portalach dla podróżników. Jednak choć w mieście odnotowano wzrost przestępczości, turyści nie mają się czego obawiać. Wyspa żyje z turystyki, z czego doskonale zdaje sobie sprawę większość Jamajczyków, którzy starają się nie niepokoić niepotrzebnie przyjezdnych.

 

NA MIEJSCU

Mimo iż Jamajkę uważa się za dość niebezpieczne miejsce, prawda wygląda nieco inaczej. Mieszkam tutaj od 11 lat i chociaż to kraj trzeciego świata, większość przewodników turystycznych wyolbrzymia zagrożenie. Wyspa jest zupełnie inna niż zazwyczaj myślą odwiedzający ją po raz pierwszy turyści. Jamajka zachwyca kolorami, ale również zaskakuje kontrastami i absurdami, które dostrzec można w każdym aspekcie życia Jamajczyków już kilka chwil po przylocie.

Moje pierwsze wspomnienia z tego kraju sięgają 2006 r., kiedy przyjechałem tu do pracy jako przewodnik. Najpierw spadł na mnie lejący się z nieba żar – ten gorący klimat od dawna przyciąga podróżników z całego świata. Potem przyszło nieprzyjemne uczucie zimna panującego w klimatyzowanych pomieszczeniach. Jamajczycy mają w zwyczaju ustawiać klimatyzatory na najniższą temperaturę, co stwarza wręcz komiczny kontrast między chłodem wewnątrz a upałem na zewnątrz. Turyści nie do końca są zadowoleni z takiego stanu rzeczy. Niskie temperatury utrzymuje się nie tylko w hotelach, lecz także w autokarach. Miejscowi korzystają z dobrodziejstw klimatyzacji, ile mogą.

 

ROZMOWY JAMAJCZYKÓW

Do zderzenia z obcą kulturą dochodzi np. przy próbach komunikowania się, ponieważ na wyspie angielski wcale nie jest powszechnie używany. Mimo iż pełni funkcję języka urzędowego, między sobą Jamajczycy zwykle porozumiewają się w patois (jamajskim kreolskim), który powstał na bazie angielskiego z wpływami języków afrykańskich, jakimi posługiwali się niewolnicy sprowadzeni z Afryki do pracy na plantacjach. Podczas pobytu za granicą często za trudności w nawiązaniu rozmowy z miejscowymi obwiniamy siebie, a to ze względu na nasze niedostateczne umiejętności językowe. Warto więc zdawać sobie sprawę, że na Jamajce możemy znaleźć się raczej w odwrotnej sytuacji. Nie wszyscy Jamajczycy potrafią mówić poprawnie po angielsku i nie zawsze rozumieją wypowiedzi w tym języku. Większość z nich wplata w rozmowie słowa pochodzące z patois, co skutkuje tym, że komunikacja bywa bardzo często utrudniona. W rzeczywistości rzadko można spotkać miejscowych, którzy rozmawiają ze sobą na co dzień w języku angielskim, ponieważ się z nim nie identyfikują. To patois odgrywa rolę nośnika ich kultury i zwyczajów, spaja tutejsze społeczeństwo – słychać go w telewizji, teatrze i coraz częściej w szkołach, napisy w nim pojawiają się na reklamach w miastach. Sam język jest niezmiernie ciekawy i niezwykle ekspresywny. Jamajczycy wspierają się w czasie rozmowy elementami niewerbalnymi takimi jak gestykulacja. Bardzo często oprócz słów posługują się dźwiękami, które oznaczają m.in. lekceważenie, niezadowolenie czy brak porozumienia z drugą osobą. Patois trudno się nauczyć, dlatego że funkcjonuje on głównie w formie ustnej i brak jest jakichkolwiek materiałów, które pomogłyby w jego opanowaniu.

Turyści mają często wrażenie, że Jamajczycy mówią wyjątkowo szybko i robią to celowo, aby nie zdradzać szczegółów swoich dyskusji. Ponieważ miejscowi są w większości osobami bilingwalnymi, potrafią płynnie przechodzić z jednego tutejszego języka urzędowego na drugi. Przykładowo w sklepach z pamiątkami mają zwyczaj zwracania się do klientów w patois nawet w przypadku obcokrajowców. Czasami robią to z nadzieją, że zagadany kupujący może przepłaci. W swoje wypowiedzi Jamajczycy nagminnie wplatają wyrażenie Yeah, mon!, którego da się użyć niemal w każdej sytuacji. W zależności od kontekstu oznacza ono różne rzeczy, bywa zarówno potwierdzeniem, jak i zaprzeczeniem. Z tego powodu turyści wychodzą z założenia, że Yeah, mon! ma bardzo wiele znaczeń i na każde pytanie miejscowych odpowiadają właśnie za pomocą tego wyrażenia.

  

Stoisko ze świeżymi owocami i warzywami

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

NA TARGU

Zazwyczaj obcokrajowcy są również zaskoczeni lokalnymi metodami płacenia za towary i usługi. Mimo iż na Jamajce obowiązującą walutę stanowi dolar jamajski (JMD), praktycznie wszędzie przyjmuje się dolary amerykańskie (USD). Turystów dziwi jednak fakt, że resztę wydaje się w dolarach jamajskich. Przelicznik jest dość egzotyczny i wielu ludzi gubi się w kalkulacjach. Sporo mówi on na temat sytuacji ekonomicznej w kraju. Dolar jamajski traci często na wartości z dnia na dzień – obecnie za 1 USD otrzymuje się w banku ok. 125 JMD. Oczywiście, gdy wartość lokalnej waluty spada, ceny w sklepach stają się wyższe. Dzieje się tak ze względu na to, że większość produktów Jamajka importuje. Obcokrajowcom nierzadko wydaje się, że wyspa stanowi prawdziwy raj dla rolników z racji tropikalnego klimatu i wysokich temperatur powietrza. Jednak jamajska ziemia bogata jest w boksyt (rudę glinu) i dlatego nie charakteryzuje się zbytnią żyznością. Uprawia się tutaj m.in. słodkie ziemniaki, dynię, cebulę oraz ignam (pochrzyn) i maniok – warzywa bulwowe bogate w skrobię i podawane do śniadania czy obiadu. Popularnością cieszą się przeróżne odmiany papryki, w tym ostra scotch bonnet (karaibska czerwona papryka), która wchodzi w skład marynaty do przyprawiania kurczaka lub wieprzowiny w stylu jerk w lokalnych restauracjach.

Owoce dostępne na wyspie smakują naprawdę wspaniale. Tutejsze ananasy, papaje i banany są po prostu nieporównywalnie lepsze niż te sprzedawane w Polsce. Mają bardzo słodki smak, zresztą wszystko, co Jamajczycy piją bądź jedzą, bywa z reguły dosładzane. Turyści często narzekają na przesłodzone drinki, soki z koncentratu oraz desery, do których dodaje się więcej cukru niż potrzeba. Wyspiarze lubią słodkie i na przekąskę czy drugie śniadanie dla dzieci serwują bułki i ciasta. Owoce są tu jednak przepyszne i każdy, kto dotrze na wyspę, powinien koniecznie spróbować tych oferowanych na lokalnym targu lub przydrożnym straganie. Import produktów, co oczywiste, kosztuje i ceny w sklepach bywają bardzo wysokie.

  

Jamajczyk sprzedający rękodzieło przy pomoście nad brzegiem morza

© MAGAZYN ALL INCLUSIVE

 

KURCZAK W MARYNACIE

Jamajczycy spoza stołecznego Kingston – m.in. mieszkańcy innych największych miast w kraju: Montego Bay i Ocho Rios – zazwyczaj nie odwiedzają zbyt często restauracji z dwóch powodów. Po pierwsze, jest w nich drogo. W nielicznych lepszych lokalach za danie trzeba zapłacić ok. 30 USD. Po drugie, nie ma ich zbyt dużo. Większość turystów nie opuszcza swoich rozbudowanych hoteli oferujących pobyty typu all inclusive, a miejscowych nie stać na stołowanie się w restauracjach. Popularne i niezmiernie smaczne jedzenie kupuje się w małych barach, które serwują kurczaka czy wieprzowinę jerk. Pikantne mięso piecze się na grillu opalanym drewnem z korzennika lekarskiego (jego owoce występują pod nazwą ziela angielskiego). Najlepszą taką knajpką jest według mnie „Scotchies” (Falmouth Road, Montego Bay), gdzie można przypatrzeć się, jak przygotowuje się takie danie. Jamajczycy nie mają w zwyczaju krojenia na plasterki – kurczaka bądź wieprzowinę porcjuje się tasakiem łącznie z kośćmi. Mięso podaje się z dodatkami: smażonymi kluskami z mąki kukurydzianej, maniokiem, warzywami duszonymi na parze, słodkimi ziemniakami lub smacznym ryżem gotowanym z grochem i mlekiem kokosowym. Potrawa smakuje przepysznie, dlatego polecam przywiezienie ze sobą z Jamajki przypraw do marynaty jerk – są one dostępne w postaci suchej, jak i mokrej.

Ciekawostkę stanowi fakt, że mieszkańcy tego wyspiarskiego w końcu kraju nie spożywają dużo ryb ani owoców morza. Można je dostać u lokalnych rybaków, którzy chwalą się swoimi zdobyczami przy drodze, ale kosztują one o wiele więcej niż mięso. Przyrządza się głównie krewetki w sosie curry, na ostro, smażone z mlekiem kokosowym i podawane z ryżem. Miłośnicy świeżych owoców morza będą rozczarowani wyborem, ale na pewno zostaną miło zaskoczeni smakiem. Najpopularniejszą rybą jest lucjan czerwony (northern red snapper), którego smaży się lub gotuje na parze z warzywami. Bezapelacyjnie w miejscowej kuchni króluje jednak kurczak, przygotowywany na bardzo wiele sposobów i przy różnych okazjach. Do niego trzeba koniecznie wypić naprawdę dobre jamajskie piwo Red Stripe. Sprzedaje się je w szklanych butelkach, które przypominają te, w jakich kiedyś kupowało się syropy w polskich aptekach. Lokalne piwo, tak jak rum, z pewnością docenią wszyscy.

 

Z GÓR NAD WODOSPADY

Jamajczycy z reguły nie są zbyt zamożni. Zarabiają niewiele, a koszt życia znacznie przewyższa ich zarobki. Dlatego często dorabiają sobie na boku lub utrzymują się z napiwków, które zostawiają turyści. Choć przyjęło się, że drobne kwoty pieniędzy oferuje się po wykonaniu usługi, na Jamajce wręcza się je raczej na początku, co niejednokrotnie przyśpiesza bądź w ogóle umożliwia zrealizowanie czegokolwiek. Warto podzielić się dolarem z kierowcą, zwłaszcza autobusu, ponieważ oni pracują naprawdę długo i dosyć ciężko. W kraju nie ma transportu publicznego, z miasta do miasta można dostać się jedynie lokalnymi taksówkami, a warunki podróży daleko odbiegają od europejskich standardów. Kierowcy pokonują długie i męczące trasy, bo choć wyspa jest niewielka (10 991 km² powierzchni), stan dróg pozostawia sporo do życzenia – pełno na nich dziur i są bardzo kręte. Jednak tutejsze widoki zapierają dech w piersiach, więc zdecydowanie warto wybrać się na wycieczkę.

Wbrew pozorom na Jamajce nie ma aż tak wielu atrakcji. Większość z nich to miejsca ciekawe pod względem przyrodniczym i krajobrazowym: wodospady, rzeki (na których organizuje się spływy tratwami z bambusa) czy zatoki. Poza tym jedną z ważniejszych pozycji na liście rejonów do odwiedzenia są Góry Błękitne (z najwyższym szczytem Blue Mountain Peak, 2256 m n.p.m.), w których uprawia się słynną arabicę nazywaną Jamaican Blue Mountain Coffee. Wyjątkową jakość tej kawy doceniają smakosze z całego świata. Podczas zwiedzania plantacji można podziwiać niezapomniane widoki i odetchnąć powietrzem o wiele bardziej rześkim niż to w dole. Góry Błękitne są naprawdę doskonałe na spacery czy dłuższe wędrówki. Chociaż wciąż pozostają stosunkowo mało popularne, powoli wchodzą do ofert lokalnych biur podróży. Wizyta w tym rejonie Jamajki pozwala poznać ją z trochę innej strony, nie tej prezentowanej na zdjęciach z turystycznych folderów. Jest także okazją, aby na chwilę odpocząć od tłumów turystów na plaży oraz zgiełku miasta. Okolicę gór można również przemierzać na rowerze, co na pewno przypadnie do gustu osobom lubiącym aktywnie spędzać czas.

Inną atrakcją, której nie wolno ominąć w trakcie pobytu na Jamajce, są spektakularne wodospady. Warto tu odwiedzić nie tylko te najsłynniejsze, czyli Dunn’s River Falls koło Ocho Rios, ale też mniej popularne Reach Falls, Mayfield Falls, Bath Fountain lub Reggae Falls, które prezentują się równie zjawiskowo. W takich miejscach trudno nie zachwycić się pięknem jamajskiej przyrody,

 

RUM I MUZYKA

Poza kawą z Jamajki zdecydowanie warto przywieźć lokalny rum. To duma każdego Jamajczyka. W radiu czy telewizji co chwilę puszczane są reklamy z hasłem We are rum people, które znakomicie oddaje przywiązanie miejscowych do tego trunku. Rum stanowi integralny element tutejszej kultury. Jamajczykom towarzyszy na co dzień i od święta od wielu lat.

Pod pewnym względem rum przypomina wino – im starszy, tym lepszy. Warto wiedzieć, że jedyną kobietą na świecie będącą specjalistką od niego jest właśnie Jamajka – Joy Spence (pracująca dla Appleton® Estate), która zajmuje się tworzeniem unikatowych blendów, czyli mieszanek różnych gatunków tego trunku. Poza rumami wyborowymi na wyspie można dostać też likiery na bazie rumu. Zadowolą one każdego smakosza słodkich alkoholi. Likiery rumowe przypominają słynny irlandzki Baileys, jednak są o wiele łagodniejsze i delikatniejsze. Występują w różnych smakach, np. bananowym, kokosowym, kawowym albo czekoladowym.

                Na Jamajce oprócz wszelkich standardowych pamiątek, np. magnesów i koszulek z podobiznami Boba Marleya i Usaina Bolta bądź z napisem Jamaica, można kupić ciekawe rękodzieło artystyczne. Obok popularnych masek czy wazoników sprzedaje się tu wyroby z mahoniu, drewna mango lub cedru takie jak długopisy, breloczki i podstawki na stół. Z wyspy warto przywieźć również popularne ostatnio w Polsce płyty winylowe. W Kingston, w domu należącym niegdyś do Boba Marleya (56 Hope Road), znajduje się historyczna siedziba wytwórni Tuff Gong (założonej w 1970 r.), w której nagrywał i tworzył król reggae (od ponad 30 lat mieści się tutaj muzeum artysty). Po odwiedzeniu jej można zaopatrzyć się w winyle z piosenkami legendarnego wokalisty, gitarzysty i kompozytora, które na pewno będą oryginalnym prezentem z Karaibów. Wytwórnia Tuff Gong działa w dalszym ciągu w jamajskiej stolicy, ale już pod adresem 220 Marcus Garvey Drive. Nowe studio, nadal zajmujące się nagrywaniem płyt, udostępniono też do zwiedzania.

Muzyka jest na Jamajce niezmiernie ważna. Oprócz legendarnego Boba Marleya pochodzą stąd także Sean Paul czy Shaggy, gwiazdy rozpoznawalne na całym świecie. Płyty z lokalnymi utworami można nabyć praktycznie na każdym parkingu, gdzie wśród zaparkowanych samochodów miejscowi wykonawcy sprzedają swoje składanki w cenie ok. 200 JMD (w przeliczeniu ponad 1,5 USD). Muzyka ta brzmi naprawdę ciekawie. Takie płyty kupują sami Jamajczycy, którzy zazwyczaj słuchają ich później z odpowiednio zmodyfikowanych odtwarzaczy w swoich samochodach.

 

NIECO INNE PAMIĄTKI

Z Jamajki przywieziemy też interesujące książki. W tutejszych księgarniach można znaleźć prawdziwe perełki pochodzące z utworzonego w 1948 r. Uniwersytetu Indii Zachodnich (University of the West Indies), który jest wiodącą tego typu placówką w anglojęzycznej części Karaibów i jedną ze swoich trzech obecnych siedzib ma właśnie w tym kraju (w podmiejskim obszarze Kingston – położonej u podnóża Gór Błękitnych Monie; poza tym działa jeszcze filia w Montego Bay). Wśród nich są pozycje na temat kolonizacji, rewolucji niewolników czy tożsamości Jamajczyków. Wszystkie napisali lokalni uczeni i choć książki nie należą do tanich, będą ciekawą pamiątką dla tych, którzy chcą zapamiętać Jamajkę na dłużej i dowiedzieć się o niej znacznie więcej niż zawierają kolorowe przewodniki turystyczne. Wiele publikacji dotyczy także karaibskiej sztuki kulinarnej – na pewno spodobają się miłośnikom gotowania. W przypadku większości dań trzeba korzystać z miejscowych produktów, ale po małych modyfikacjach uda się je przygotować również i w Polsce.

                Jeszcze innym pomysłem na ciekawą pamiątkę z wyspy są kosmetyki z dodatkiem lokalnych produktów, np. mydła na bazie oleju kokosowego, papai czy aktywnego węgla. Na Jamajce, podobnie jak i w wielu krajach na świecie, rozpowszechniła się ostatnio moda na naturalną pielęgnację. Do najbardziej interesujących składników zalicza się – oczywiście – wspomniany już olej kokosowy, który pozyskiwany jest na zimno z uprawianych na miejscu kokosów. Dodaje się go do mydeł i kremów sprzedawanych w aptekach i drogeriach. Balsamy z ekstraktami z mango, ananasa, aloesu czy trawy cytrynowej stanowią obowiązkowe wyposażenie kosmetyczki każdej jamajskiej kobiety. Warto przywieźć ze sobą do domu takie ręcznie produkowane naturalne specyfiki, na pewno będą oryginalniejsze niż magnes na lodówkę bądź kolejny otwieracz do butelek.

Niestety, tak jak życie na wyspie również pamiątki są dość drogie, ale za to można je kupić w większości sklepów w miastach oraz w sklepikach działających przy popularnych atrakcjach turystycznych. Sami Jamajczycy chętnie o nich opowiadają i z pewnością doradzą nam w czasie zakupów. Dobrze pamiętać, że nie musimy decydować się na importowane z Chin magnesy lub koszulki, które dominują na jamajskich straganach. Poza tym targować można się praktycznie wszędzie, oczywiście, oprócz sklepów spożywczych i hipermarketów.

 

Pocztówkowe bliźniacze zatoki w Port Antonio

© JAMAICA TOURIST BOARD

 

NIEZNANA WYSPA

Mimo iż Jamajkę dosłownie zalewają turyści, co widać zwłaszcza na jej północnym wybrzeżu, gdzie usytuowana jest większość komfortowych hoteli i rozległych resortów, wciąż są tutaj miejsca, które zachwycą osoby szukające błogiego spokoju. Należy do nich niewątpliwie nieopanowany jeszcze przez masową turystykę region Portland, położony na wschód od miasta Ocho Rios. Znajdują się w nim wille największych hollywoodzkich sław, w tym posiadłość znanego amerykańskiego aktora, producenta filmowego i rapera Willa Smitha. Nie ma w tej okolicy olbrzymich resortów all inclusive ani zbyt wielu hoteli, są za to małe pensjonaty czy domki, w których można wynająć pokój na kilka dni, aby rozkoszować się odgłosami Morza Karaibskiego i śpiewem ptaków. Poza tym organizuje się tu też jednodniowe wycieczki dla tych, którzy chcą zobaczyć, jak wygląda nieturystyczna Jamajka. Niewielkie dziewicze plaże, ukryte w gąszczu wysmukłych palm, wydają się być miejscami nie istniejącymi na mapach czy w informatorach turystycznych. W Portland znajdują się wioski, w których mieszkańcy handlują owocami i warzywami z okolicznych upraw – to tutaj leży większość plantacji bananów, ananasów, kokosów, mango i bligii pospolitej (ackee). Stolicą regionu jest Port Antonio. Miasto upodobał sobie amerykański aktor australijskiego pochodzenia Errol Flynn (1909–1959). W marinie nazwanej jego imieniem cumują luksusowe jachty i łodzie. Malowniczy zachód słońca nad zatoką można podziwiać przy szklaneczce rumu z coca-colą z pobliskiego baru lub po prostu filiżance doskonałej kawy z Gór Błękitnych. Osoby zainteresowane lokalną kuchnią powinny spróbować tutejszych deserów. Warto wybrać się do położonej nieopodal przystani lodziarni „Devon House I-Scream”, w której podaje się olbrzymie porcje naprawdę bardzo dobrych lodów.

Pobyt w urokliwym Portland – niestety – ma swoją cenę, którą jest dość ciężki dojazd. Region leży na wschód od modnych kurortów, dlatego na dotarcie do niego samochodem trzeba przeznaczyć ok. 5 godz. Jeśli jednak ktoś chce zobaczyć mniej popularne oblicze Jamajki, taka niedogodność nie powinna go odstraszyć. Tę pasjonującą karaibską wyspę warto poznać z każdej strony.

 

Wydanie Wiosna 2018

Woda i wino na północy Węgier

NOÉMI PETNEKI

 

<< Coraz popularniejsze wyjazdy do luksusowych hoteli SPA wcale nie muszą oznaczać dni wypełnionych jedynie seriami zabiegów. Ciekawą propozycją dla osób chcących się zrelaksować i uzupełnić zapasy energii niezbędnej do zmagania się z codzienną rzeczywistością są zagraniczne wycieczki do uzdrowisk i centrów wellness. W Europie wiele takich ośrodków znajdziemy na Węgrzech. Kraj naszych bratanków nie od dziś wie, jak wykorzystać swoje dobra naturalne i przyciągnąć jak najwięcej gości z całego świata. >>

Za najpopularniejsze miasta północno-wschodniego regionu państwa Madziarów uchodzą niewątpliwie Miszkolc (Miskolc), Eger oraz Tokaj. Każde z nich ma zupełnie inny charakter i w równym stopniu zasługuje na odwiedzenie. Ten rejon to również zielone lasy Gór Bukowych (Bükk-hegység), łagodne pasma wzgórz Czerhat (Cserhát) czy szczyty Mátry z najwyższym punktem Węgier – Kékes (1014 m n.p.m.). Tuż przy słowackiej granicy leży natomiast podziemne królestwo krasowe z jaskiniami jak z bajki.

Więcej…

Magia Peru

MARTA I WOJTEK DROZDOWSCY

 

Turystyka jest trzecim najważniejszym sektorem gospodarki Peru, zaraz po górnictwie i rybołówstwie. Kraj ten stanowi obecnie najchętniej odwiedzane państwo Ameryki Południowej. Machu Picchu, jezioro Titicaca czy rysunki z płaskowyżu Nasca (Nazca) są znane na całym świecie. Co tak naprawdę przyciąga tu co roku ponad dwa miliony turystów? Czy da się jeszcze w tym zgiełku odnaleźć ducha starożytnych Inków?

Gdy w 2007 r. Machu Picchu ogłoszono jednym z siedmiu nowych cudów świata, stało się jasne, że ta malownicza cytadela zmieni się szybko w największą atrakcję Peru. Od tego czasu obserwuje się tu zwiększony napływ turystów z całego świata. Warto jednak zdawać sobie sprawę z tego, że  państwo Peruwiańczyków to nie tylko słynne Machu Picchu. Ten wyjątkowo interesujący i piękny kraj oferuje zdecydowanie więcej. Swoim nieprzebranym bogactwem przyciąga rzesze ludzi, zapewniając im moc niezapomnianych wrażeń i przeżyć. Imponujące góry, wiecznie zielone lasy deszczowe, pływające wyspy na jeziorze Titicaca, wspaniałe plaże, monumentalne inkaskie miasta i twierdze, a przy tym unikatowe stroje, kultura i kuchnia – oto, co stanowi o magii Peru.

Więcej…