ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

                                                                                                             FOT. ROBERT GONDEK 

<< Afryka ma wiele twarzy, a każda z nich jest jedyna i niepowtarzalna. To samo można z całą pewnością powiedzieć o wszystkich państwach Czarnego Lądu. Dotyczy to również Kenii – krainy dzikich zwierząt i ojczyzny wielu afrykańskich plemion. Jednak duże grono podróżników nie wie, że ten kraj to także ciągle rozwijająca się nowoczesna stolica Nairobi, popularny cel wypraw wspinaczkowych czy coraz bardziej doceniany na całym świecie kierunek wyjazdów golfowych i wędkarskich. Jeśli nie mieliście też o tym pojęcia, czas to zmienić... Zapraszam do mojej Kenii! >>

Republika Kenii, leżąca we wschodniej części kontynentu afrykańskiego, nad Oceanem Indyjskim, graniczy z Tanzanią, Ugandą, Sudanem Południowym, Etiopią i Somalią. Przez terytorium państwa przebiega linia równika, oddzielająca półkulę północną od południowej. Językami urzędowymi są tutaj suahili oraz angielski – pozostałość po kolonialnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, w skład której wchodziła również Uganda. Dziś Kenia należy do brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations), ale w rzeczywistości stanowi od grudnia 1963 r. niepodległy kraj posiadający własnego prezydenta i rząd.

 

W styczniu w Polsce zazwyczaj sypie gęsty śnieg, a temperatura spada poniżej 0°C. W Kenii natomiast w tym czasie panuje pora sucha. Do kenijskiej stolicy – Nairobi – przybywamy nocą, bo duża część linii lotniczych oferuje loty międzykontynentalne właśnie w godzinach nocnych. Na lotnisku czeka na nas Jeff. Będzie nam towarzyszył podczas całej podróży. Zawozi nas małym busem do hotelu w centrum Nairobi. Na drzewach rosnących wzdłuż drogi śpią ibisy i wielkie marabuty. Mijamy również kilka pomników słoni. Gdzieniegdzie zauważam ciemne sylwetki zwierząt majaczące w mroku…

 

Nairobi – nowoczesna metropolia

Rankiem budzą nas ptaki, które śpiewają za oknem. Zwiedzanie Kenii zaczynamy od Nairobi. Nad tym nowoczesnym i czystym miastem góruje kilka wysokich wieżowców. Na jednym z nich – Kenyatta International Convention Centre (KICC), oprócz lądowiska dla helikopterów, znajduje się znakomity punkt widokowy. Wypatrujemy z niego Parku Wolności (w języku suahili Uhuru Park). Niedługo potem zatrzymujemy się w nim na krótki odpoczynek. Popijając coca-colę (którą w Afryce kupimy prawie wszędzie), obserwujemy orły szybujące nad tutejszym jeziorem.

Na kolację udajemy się do restauracji Carnivore w centrum stolicy. Ze względów bezpieczeństwa przed wjazdem na teren obiektu samochód sprawdzany jest wykrywaczem bomb. Na miejscu za 35 dolarów możemy najeść się do syta. Do wyboru mamy różne rodzaje mięsa z grilla, z których próbujemy indyka, kurczaka, wołowiny, wieprzowiny, strusia, krokodyla i barana. Rząd kenijski wprowadził w 2004 r. zakaz sprzedaży mięsa dzikich zwierząt. Dlatego, żeby sprawdzić, jak smakuje potrawa z elanda, kudu, guźca czy zebry, musimy udać się do RPA lub Namibii. W Kenii za najbardziej egzotyczne pozycje z menu uchodzą specjały ze strusia i krokodyla oraz bycze jaja.

Warto wspomnieć, że lokalnymi środkami płatniczymi są zarówno szylingi kenijskie, jak i dolary amerykańskie. Trzeba tylko pamiętać, że banknoty powinny być nowe i o dużych nominałach (najlepiej studolarowe), bo starszych niż 5-letnie nikt nie chce przyjmować. Na potrzeby drobniejszych zakupów lepiej wymienić dolary w jednym z licznych kantorów albo skorzystać z bankomatów. Organizację safari lub trekkingu opłacimy już jednak tylko walutą amerykańską.

 

Masyw Kenia – śnieg na równiku

Następnego dnia wyruszamy z Jeffem w stronę drugiego najwyższego szczytu Afryki (po Kilimandżaro) – Kenii (5199 m n.p.m.). Z Nairobi do Parku Narodowego Góry Kenia (Mount Kenya National Park) wyjeżdżamy autostradą z trzema pasami ruchu w każdą stronę. W rzeczywistości obok siebie porusza się tu tyle pojazdów, ile mieści się na całej szerokości jezdni. W niektórych miejscach brakuje również asfaltu. Z każdym kilometrem droga staje się coraz węższa. Wokół nas rozpościera się charakterystyczna czerwona afrykańska ziemia. W oddali dostrzegamy ośnieżone wierzchołki wulkanu Kenia. Mijamy równik i po 3 godz. docieramy do bramy parku narodowego. Na szczyt prowadzi kilka szlaków – my wybraliśmy Sirimon Route.

FOT. ROBERT GONDEK

Dolina Mackindera z endemicznymi senecjami

 

Zdobycie najwyższego punktu Kenii, w przeciwieństwie do leżącego ok. 400 km na południe Kilimandżaro, wymaga – niestety – umiejętności wspinaczkowych. Na szczęście masyw posiada kilka wierzchołków. Dwa najwyższe z nich (Batian – 5199 m n.p.m. i Nelion – 5188 m n.p.m.) zostawiamy doświadczonym alpinistom, a sami wybieramy trzeci w kolejności – Point Lenana (4985 m n.p.m.) – idealny na trekking. Aby wejść na jego szczyt, wystarczy w miarę dobra kondycja i odporność na zmiany wysokości. Przed nami 4-dniowa wędrówka z przewodnikiem, tragarzami i kucharzem. Pierwszego dnia już zaledwie po 3 godz. zatrzymujemy się na wysokości 3300 m n.p.m. w Old Moses Hut, niewielkiej chacie z kilkoma pokojami. Znajdują się w niej po 4 piętrowe łóżka i przewiewne okna, dzięki którym do środka wciąż wpada świeże powietrze. Drugiego dnia wędrujemy przez jedną z najpiękniejszych kotlin Afryki – Dolinę Mackindera (Mackinder Valley). Ciągnie się ona przez kilka kilometrów, a ponieważ górskie zbocze osłania ją przed chłodnym wiatrem, panuje tutaj 30-stopniowy upał. Charakterystycznym elementem jej krajobrazu jest drzewiasta endemiczna roślina z rodziny astrowatych, senecja (Senecio keniodendron, Dendrosenecio keniodendron). W oddali bieleje samotny szczyt – cel naszej wyprawy. Do Shipton’s Camp – kolejnej bazy noclegowej – docieramy po ok. 7 godz. Przed nami wznoszą się już tylko trzy najwyższe wierzchołki Kenii, wszystkie pokryte śniegiem.

FOT. ROBERT GONDEK

 

Ostatnie 200 m na Point Lenana to śnieg i lód

 

Aby zdążyć na wschód słońca, wyruszamy nocą. Tysiące gwiazd oświetla nam drogę. Termometr wskazuje -15°C, ale nie czujemy chłodu, gdyż jesteśmy mocno podekscytowani. Kiedy pokonujemy przełęcz nad jeziorem Harris Tarn, naszym oczom ukazuje się prawdziwie marsowy krajobraz – wschodzące słońce zabarwia na pomarańczowo skały i śnieg. Zostało nam jeszcze ostatnie podejście i 200 m do celu. Trzymamy się łańcuchów, wchodzimy po klamrach zamontowanych na zboczu. Nagle ponad nami pojawia się blaszana kenijska flaga z nazwą wierzchołka (Point Lenana) i jego wysokością. Kenia została zdobyta! Dookoła rozpościera się rozległa panorama z dominującym w tle zarysem Kilimandżaro.

FOT. ROBERT GONDEK

Masyw Kenia - wierzchołek Point Lenana

 

Niestety, przenikliwy wiatr zmusza nas do szybkiego opuszczenia szczytu. Wracamy drugą stroną przełęczy. Otoczenie się zmienia. Zachwyca tutaj zieleń i liczne malownicze jeziorka. Potężna Dolina Wąwozów (Gorges Valley) wywiera na nas ogromne wrażenie. Po ponad 13 godz. wędrówki docieramy do Meru Mount Kenya Lodge. Musimy jednak uważać na słonie, które często zatrzymują się w tej okolicy na odpoczynek. Zmęczeni świętujemy nasz sukces butelką piwa Tusker i coca-colą.

Czwartego dnia ostatni raz podziwiamy z oddali dobrze nam znaną sylwetkę masywu. To już prawie koniec trekkingu. Czeka nas tylko krótki przemarsz przez bambusowy las i kilkunastokilometrowa przejażdżka samochodem terenowym do Chogorii, a stamtąd powrót do Nairobi.

 

Park Narodowy Nairobi z widokiem na wieżowce

Po intensywnym trekkingu zasłużyliśmy na odpoczynek podczas safari na terenie kenijskich parków narodowych. Na początek wybieramy Park Narodowy Nairobi (Nairobi National Park). Wyprawę po nim rozpoczynamy z samego rana. Im dalej się zapuszczamy, tym więcej stad zebr, antylop i gazeli spotykamy po drodze. Lwy leżą wśród wysokich traw, a pojedyncze guźce biegają między nimi. Grupa nieśpiesznie spacerujących bawołów złowrogo spogląda na nas spod swoich rogów. Cały czas widzimy w oddali wieżowce Nairobi… Ten park ma tę zaletę, że znajduje się w pobliżu stolicy, co pozwala spędzić kilka godzin wśród dzikich zwierząt bez konieczności pokonywania dużych odległości. Jednak jeśli chcemy zobaczyć słonie, musimy odwiedzić inne obszary chronione w Kenii.     

Jeff zawozi nas nad rzekę. W towarzystwie uzbrojonego w karabin parkowego strażnika idziemy przejść się wzdłuż brunatnej rzeki w poszukiwaniu hipopotamów nilowych. Spotykamy jedynie dużych rozmiarów żółwie, krokodyla i małpy. Nasz opiekun pokazuje nam ślady wielkiego węża, drzewo, na którym dzień wcześniej odpoczywał lampart, a także ścieżkę nosorożców oraz wypatrywanych przez nas hipopotamów. Te ostatnie, aby wrócić do rzeki po spacerze wśród zarośli, ześlizgują się do wody po zbyt stromym dla nich do schodzenia brzegu. Widok tego olbrzymiego ssaka zjeżdżającego na brzuchu po błocie musi być naprawdę komiczny… Nasza wizyta w Parku Narodowym Nairobi nie trwa zbyt długo, gdyż nie zajmuje on dużego terenu (ok. 117 km²). Prawdziwe afrykańskie safari dopiero przed nami!

 

Z kamerą wśród zwierząt w Rezerwacie Narodowym Masai Mara

Stoimy obok samochodu terenowego i nerwowo rozglądamy się dookoła… Pamiętamy o tym, że najważniejsza zasada dotycząca bezpieczeństwa podczas wypraw po parkach narodowych Afryki mówi, że uczestnikom safari nie wolno opuszczać pojazdu. Jeff jednak spokojnie rozkłada koc na kamieniu i przygotowuje lunch, czyli kanapki z pysznym bananowym dżemem, słodkimi patatami, arbuzem i marakują. Zjadamy je, nie oddalając się od samochodu, i wpatrujemy się ciekawie w grupę szybujących sępów. Krążą nad jakimś punktem po drugiej stronie rzeki. Zapewne czekają, aż lwy skończą swoją ucztę. A może rozglądają się dopiero za odpowiednim posiłkiem? Staramy się o tym nie myśleć…

Rezerwat Narodowy Masai Mara (Maasai Mara National Reserve) to przedłużenie Parku Narodowego Serengeti, leżącego na terytorium sąsiedniej Tanzanii. Podczas corocznej Wielkiej Migracji setki tysięcy zebr i antylop gnu oraz innych ssaków kopytnych przemierza ten rejon w poszukiwaniu pożywienia i wody. Ten niesamowity spektakl przyrody, znany wszystkim z wielu filmów przyrodniczych, przyciąga w te strony tłumy podróżników z całego świata.

FOT. ROBERT GONDEK

Para zebr w Masai Mara

 

Nagle Jeff w pośpiechu zbiera wszystko i wracamy do samochodu. Po chwili orientujemy się, co się stało. Okazało się, że stado słoni przechodzi obok nas, aby przeprawić się na drugi brzeg. Resztę trasy pokonujemy, wyglądając jedynie przez otwarty dach naszej terenówki. W pewnym momencie drogę przecina nam szakal niosący w pysku nogi niewielkiej antylopy. Spotykamy kolejne stada zebr i pojedyncze żyrafy. Nie mamy szczęścia tylko do nosorożca czarnego. Populacja tych zwierząt jednak dopiero się odbudowuje. Gdy wieczorem wsłuchujemy się w odgłosy nocnego życia w Masai Mara, postanawiamy, że w przyszłym roku wrócimy do Kenii, aby wytropić to rzadkie stworzenie.

Jedno jest pewne – w Kenii bez trudu przekonamy się o tym, że Afryka to wymarzony kierunek dla ludzi preferujących różnego rodzaju aktywny wypoczynek. Miłośników trekkingu i wspinaczki wysokogórskiej zachwyci masyw Kenia. Podróżnicy pragnący zobaczyć na własne oczy dzikie zwierzęta przeżyją niezapomniane safari, a amatorzy gry w golfa będą mogli doskonalić swoje umiejętności w zapierającej dech w piersiach afrykańskiej scenerii. Nieważne jednak, w jakim celu zawita się do tego kraju. Gwarantuję wszystkim, że zapragną powrócić do tego uroczego zakątka świata.

 

Wizyta na kenijskim polu golfowym

Popularyzację golfa w Kenii rozpoczęli ponad 100 lat temu brytyjscy kolonizatorzy. Najstarsze tzw. pole małe (9-dołkowe) – Royal Nairobi Golf Club – zostało założone w 1906 r. Niewielu miłośników tej dyscypliny sportu zdaje sobie jednak sprawę z tego, jakie ogromne możliwości oferuje ten przepiękny kraj golfistom. Kenia to drugie w Afryce państwo (po RPA) pod względem liczby pól golfowych. Znajdziemy ich tu ponad 40, w tym 13 18-dołkowych. Na aż 12 z nich odbywają się turnieje klasy mistrzowskiej. Dzięki sprzyjającemu klimatowi wszystkie obiekty są czynne przez cały rok. Każdy z nich usytuowany jest w tak niezwykłym miejscu, że stanowi atrakcję samą w sobie.

Niezapomnianą partię golfa rozegramy m.in. niedaleko wodospadów Thika, w otoczeniu plantacji kawy i ananasów, na jednym z najstarszych pól w Kenii – Thika Sports Club, założonym w 1922 r., goszczącym turniej Winston Churchill Cup od 1949 r. Na terenie Fairmont Mount Kenya Safari Club, leżącego w pobliżu równika i majestatycznego szczytu Kenia, jednym uderzeniem kija przeniesiemy piłeczkę z półkuli północnej na południową. Zapaleni golfiści mają poza tym do wyboru ośrodki położone nad obleganymi przez flamingi brzegami jeziora Nakuru, w sąsiedztwie zamieszkanej przez dzikie zwierzęta sawanny czy w otoczeniu piaszczystych plaż i turkusowych wód Oceanu Indyjskiego...

 


 

Artykuły wybrane losowo

Nieznany niesamowity Honduras

 

Copan Stairs Day

Imponujące Schody Hieroglifów w Copán mają 62 stopnie o szerokości 10 m

© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

IZABELA RUTKOWSKA

 

Honduras jako jeden z niewielu krajów na świecie oparł się masowej turystyce i komercjalizacji. Długo okryty był złą sławą, a to ze względu na niestabilną sytuację polityczną i panującą w nim biedę. Według rozpowszechnionych stereotypów wciąż uchodzi za miejsce niebezpieczne. Jednak podczas wizyty w Hondurasie łatwo odczarujemy ten jego wizerunek. Znajdziemy w nim wszystko, co sprawia, że wyjazd staje się podróżą marzeń. Zanurzymy się tu w krystalicznie czystych, turkusowych wodach Morza Karaibskiego, zakochamy się w pięknych złotych plażach, odkryjemy niezliczone gatunki egzotycznej fauny w tropikalnych lasach i pełne tajemnic ruiny miast niezwykłej cywilizacji Majów.

 

Ten niewielki kraj (jego powierzchnia wynosi prawie 112,5 tys. km2) leży w Ameryce Środkowej, w sąsiedztwie Gwatemali, Salwadoru i Nikaragui. Zamieszkuje go ponad 9,1 mln ludzi. Mniej więcej połowa z nich to katolicy, drugą co do wielkości grupą wyznaniową są protestanci (ok. 40 proc.). Hondurasu nie zalała jeszcze masowa turystyka, co stanowi jego ogromny atut. Jest to świetne miejsce na wyjazdy kulturowe i przyrodnicze oraz wyprawy dla osób aktywnych. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego uchodzi za prawdziwy raj dla nurków. Na południowym zachodzie kraju znajduje się zatoka Fonseca (Golfo de Fonseca) wychodząca na Ocean Spokojny. Uważa się ją za jeden z najlepszych naturalnych portów na świecie. Prawie 80 proc. terytorium Hondurasu zajmują wyżyny i góry. Karaibski brzeg o długości mniej więcej 670 km porastają gęste lasy.

 

Honduran cechuje skromność i serdeczność, a także wielka miłość do ojczyzny. Ich ulubionym sportem jest piłka nożna. W lipcu 1969 r. rozegrał się konflikt zbrojny między Hondurasem a Salwadorem. Wojna stu godzin, nazwana przez polskiego reportażystę Ryszarda Kapuścińskiego wojną futbolową, pochłonęła ok. 2 tys. ofiar. Walki przerwała interwencja Organizacji Państw Amerykańskich, lecz napięcie w kontaktach obu krajów utrzymywało się jeszcze latami. Zarzewiem konfliktu miała być rzekomo przegrana honduraskiej drużyny w meczu kwalifikacyjnym do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1970 odbywającym się 15 czerwca 1969 r. w San Salvadorze (salwadorskiej stolicy). W rzeczywistości jednak stosunki między tymi państwami nie należały do najłatwiejszych już dużo wcześniej. Główny powód wybuchu wojny stu godzin stanowił fakt, że na przygranicznych obszarach Hondurasu masowo osiedlali się salwadorscy rolnicy poszukujący pracy. Honduraskie władze chciały zmusić Salwadorczyków do powrotu do ojczyzny, ale rząd Salwadoru obawiał się, że będą oni żądać reformy rolnej i przydziału ziemi.

 

DZIEDZICTWO MAJÓW

 

Sport, a właściwie sportowe emocje towarzyszyły człowiekowi od zawsze. W Imperium Rzymskim wrażeń dostarczały walki gladiatorów, starożytni Grecy żyli igrzyskami olimpijskimi, natomiast większość ludów prekolumbijskich miała swoją grę w piłkę, czyli juego de pelota.W ruinach majańskich miast w Ameryce Środkowej do dziś zachowały się boiska do grania. Jedno z największych i najbardziej imponujących powstało w Copán, znajdującym się obecnie na zachodzie Hondurasu. Ta mezoamerykańska gra była bardzo trudna i wymagała nie lada umiejętności. Do zawieszonej na wysokości kilku metrów kamiennej obręczy należało trafić podłużną kauczukową piłką (niekiedy nawet 4-kilogramową), którą odbijało się wyłącznie łokciem, kolanem lub biodrem. Gracze używali specjalnych ochraniaczy, często zrobionych z drewna. Z tego, że sport to nie do końca zdrowie, a jego uprawianie może powodować kontuzje i ciężkie obrażenia, Majowie doskonale zdawali sobie sprawę. Oprócz źródła sportowych emocji gra stanowiła też swojego rodzaju rytuał. Często jedna z drużyn składała się z jeńców wojennych i to właśnie ten zespół skazany był na porażkę. Wedle reguł krwawego wariantu rozgrywek kapitan drużyny przegranej tracił głowę. Podczas spaceru po wielkim boisku w Copán łatwo wyobrazić sobie, jak kilkunastu młodzieńców toczy tu walkę na śmierć i życie.

 

Majowie swoje miasta budowali na trudno dostępnym obszarze, w zakątkach głęboko ukrytych wśród gęstych tropikalnych lasów. Dotarcie do nich wymagało znakomitej wiedzy o przyrodzie, tężyzny fizycznej, odwagi i orientacji w terenie. Stanowisko archeologiczne Copán to największe i najlepiej zachowane pozostałości po majańskiej cywilizacji w całym kraju. Koniecznie trzeba je odwiedzić podczas wizyty w Hondurasie. Ruiny zostały odkryte na początku XIX w., ale dopiero w 1841 r. dzięki publikacji amerykańskiego podróżnika Johna Lloyda Stephensa i angielskiego rysownika Fredericka Catherwooda świat dowiedział się więcej o tym niezwykłym miejscu.

 

Tajemniczy Majowie zamieszkiwali półwysep Jukatan i rejony na południe od niego. Do najważniejszych ich ośrodków należały m.in. Chichén Itzá i Palenque (w Meksyku), Tikal (w granicach Gwatemali) czy właśnie Copán. To ostatnie miasto słynie przede wszystkim z najdłuższego znanego majańskiego tekstu utrwalonego pismem hieroglificznym, który opisuje historię jego władców. Znajdziemy go na kamiennych Schodach Hieroglifów prowadzących do centrum ceremonialnego. Składały się na nie świątynie budowane na piramidach schodkowych, zespoły pałacowe, dziedzińce i wspomniane boisko. Na głównym placu mieszkańcy spotykali się w ważnych dla społeczności momentach i z okazji uroczystości religijnych. Znajdowały się tu również stanowiska do prowadzenia niezwykle ważnych dla prekolumbijskich cywilizacji obserwacji astronomicznych. Okres świetności Copán przypada na stulecia od V do VIII. W tym czasie miasto mogło zamieszkiwać nawet 20 tys. osób. Nie bez powodu ośrodek nazywa się Atenami Nowego Świata. Centrum otoczone było dzielnicami mieszkalnymi. W Copán można spędzić cały dzień. Warto przy okazji zajrzeć do tutejszego bardzo ciekawego muzeum archeologicznego.

 

Ten skarb kraju znajduje się jedynie ok. 10 km od gwatemalskiej granicy. Dlatego z Gwatemali często organizuje się fakultatywne wycieczki do Copán. W Hondurasie warto jednak zostać na dużo dłużej.

 

OWOCOWY PORT

 

Na nizinnym obszarze kraju rozciągającym się wzdłuż wybrzeża karaibskiego można spotkać ceibę, w kulturze Majów uważaną za święte drzewo. Jej polska nazwa rodzajowa to puchowiec. Roślina ta występuje licznie w basenie Morza Karaibskiego. Drzewo ma charakterystyczną gładką korę, a z upływem lat pokrywają je gęsto kilkucentymetrowe kolce. Od wieków wykorzystywane jest jako środek leczniczy przy problemach związanych z układem moczowym, jak również przy schorzeniach skóry. Z oleju z nasion ceiby produkuje się mydło. Najcenniejszą jej częścią są jednak włókna nasienne (w formie puchu) o znacznych właściwościach wypornościowych nazywane kapokiem. Wykorzystuje się je w tapicerstwie i jako materiał izolacyjny oraz wypełnia się nimi poduszki i materace (kiedyś używano ich w kamizelkach ratunkowych). Obecnie coraz częściej kapok bywa zastępowany sztucznymi odpowiednikami.

 

Od puchowca pochodzi nazwa trzeciego co do wielkości ośrodka miejskiego Hondurasu. La Ceiba to ponad 200-tysięczne miasto portowe, stolica departamentu Atlántida. Właśnie stąd eksportuje się do Stanów Zjednoczonych owoce z Ameryki Środkowej, m.in. grejpfruty, pomarańcze, cytryny, a przede wszystkim ananasy i banany. Plantacje bananowca są bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu północnej i północno-wschodniej części kraju. W 1899 r. powstała spółka United Fruit Company operująca na terenie Ameryki Środkowej i Południowej. Firma była właścicielem największych plantacji i uzależniła Honduras od uprawy bananów, na eksporcie których zarobiła ogromne pieniądze. Miała poza tym znaczący wpływ na politykę w tym kraju i wielu innych, nazywanych z tego względu republikami bananowymi.

 

La Ceiba uchodzi za honduraską stolicę rozrywki. Turyści przyjeżdżają tutaj zwłaszcza w maju na festiwal karnawałowy organizowany ku czci patrona miasta – św. Izydora Oracza.

 

MIESZKAŃCY KARAIBÓW

 

Niedaleko La Ceiby znajduje się Park Narodowy Pico Bonito (Parque Nacional Pico Bonito), drugi co do wielkości w kraju (ok. 1070 km² powierzchni). Majestatyczna góra (Pico Bonito) o charakterystycznym trójkątnym wierzchołku to wizytówka tego portowego miasta. Szczyt położony w paśmie górskim o nazwie Nombre de Dios wznosi się na wysokość 2435 m n.p.m. O wyjątkowości tego obszaru stanowi bogactwo flory i fauny oraz piękno krajobrazu. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rozwinęły się tu różne systemy roślinne, w tym gęste lasy równikowe na wybrzeżu i leśne kompleksy wysokich partii gór. Warto spędzić w tej malowniczej okolicy więcej czasu. Można go poświęcić na wspinaczkę górską, kąpiele w naturalnych akwenach czy obserwowanie ptaków. W tym rejonie występuje ok. 700 ich gatunków! Spotyka się tutaj piękne bławatniki, kolorowe tukany, wielkie czerwone ary i mnóstwo innych fascynujących stworzeń. Rzeka Cangrejal przepływająca przez park idealnie nadaje się na rafting. Jest jednym z najbardziej znanych w Hondurasie miejsc do uprawiania tej aktywności. Obszar parkowy stanowi część mezoamerykańskiego korytarza migracyjnego zwierząt, obejmującego Amerykę Środkową. W krajach leżących w tym regionie występuje mniej więcej 8 proc. znanych na świecie gatunków fauny, w tym wiele endemicznych.

 

Przy opisywaniu tego rejonu naszego globu nie sposób nie wspomnieć o Garifuna, czyli o tzw. Czarnych Karaibach. Ich bardzo liczna społeczność zamieszkuje właśnie tereny nad rzeką Cangrejal w pobliżu Parku Narodowego Pico Bonito. W całym Hondurasie żyje ok. 100 tys. przedstawicieli tej grupy etnicznej, najwięcej spośród wszystkich krajów w basenie Morza Karaibskiego. Garifuna są potomkami rdzennej ludności Karaibów i Afrykańczyków przywiezionych do pracy na plantacjach. Przekazy mówią o dwóch statkach transportujących afrykańskich niewolników, które w 1635 lub 1675 r. rozbiły się w pobliżu wyspy Saint Vincent w archipelagu Małych Antyli. Prawie wszyscy ocaleli i zasymilowali się z miejscowymi Karaibami. Od połowy XVIII w. władzę w rejonie archipelagu zaczęli przejmować Brytyjczycy. Mieszkańcy wysp długo stawiali opór nowym porządkom. Ostatecznie na obszarze brytyjskiej kolonii pozwolono pozostać rdzennej ludności, tzw. Czerwonym Karaibom, resztę zesłano w 1797 r. na wyspę Roatán u wybrzeży Hondurasu. Była ona zbyt mała, aby pomieścić nowych mieszkańców, którzy szybko przenieśli się na kontynent. Kultura dumnych Garifuna rozwija się do dziś i wraz z ich językiem, tańcem i muzyką została wpisana na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Warto spędzić w zamieszkanym przez nich rejonie choć jeden cały dzień i dać się porwać rytmom energetycznych punty i hunguhungu (fedu) czy zagrać w domino przy szklaneczce wyśmienitego honduraskiego rumu. Produkcji tego trunku sprzyjają idealne warunki do uprawiania trzciny cukrowej.

 

AROMATYCZNE PAMIĄTKI

 

Z Hondurasu pochodzi jedna z najlepszych kaw na świecie. Paczka aromatycznych ziaren będzie znakomitą pamiątką lub prezentem z tego kraju. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o uprawie kawowców, najlepiej udać się na jedną z licznych plantacji i do palarni kawy. W takich miejscach można spróbować świeżo przyrządzonego napoju i przekonać się, że zazwyczaj różni się on zdecydowanie jakością od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Zmielona kawa w sklepach w Europie często magazynowana bywa nawet ponad rok. O niepowtarzalnym smaku i doznaniach związanych z piciem tego napoju stanowi aromat, a on szybko się ulatnia. Dlatego też zawsze należy kupować kawę w ziarnach. Kawowce uprawiane są w Hondurasie na stokach o odpowiednim nachyleniu i nasłonecznieniu (głównie na terenie departamentu El Paraíso, czyli Raj). Przed palącym słońcem chronią je wysokie drzewa. Od października do stycznia pielęgnowane ręcznie krzewy pokrywają się czerwonymi dojrzewającymi owocami. Po zebraniu przy pomocy prasy pozbawia się je skórki, a następnie płucze i oddziela miąższ w procesie fermentacji. Kolejnym etapem jest suszenie, które niejednokrotnie odbywa się na słońcu. Rozsypane na plandekach ziarna to częsty widok w Hondurasie. Ostatni etap stanowi palenie – końcowe nierzadko odbywa się już w kraju importera. Najwartościowszą honduraską kawę oznacza się symbolem SHG (Strictly High Grown). Pochodzi ona z najlepszych upraw położonych na średniej wysokości ok. 1350 m n.p.m. Za jej kilogram trzeba zapłacić nawet kilkaset złotych.

 

Z Hondurasu warto przywieźć również cygara. W niewielu miejscach na świecie panują sprzyjające warunki do uprawy dobrego tytoniu. Liści z honduraskich plantacji, skoncentrowanych przede wszystkim na żyznym obszarze malowniczej doliny Jamastrán w departamencie El Paraíso, używają najwięksi światowi producenci. Od klimatu, rodzaju gleby, stopnia nasłonecznienia i poziomu wilgotności zależy smak, aromat, rozmiar i kolor cygar. Te z Hondurasu są wyraziste i aromatyczne.

 

KARAIBSKA IDYLLA

 

004PicoBonito
Pico Bonito, motyl Caligo memnon nazywany sową
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Ten środkowoamerykański kraj to mekka miłośników nurkowania i wędkarstwa. Jego nazwa pochodzi od wyjątkowej głębokości wody w okolicy karaibskiego wybrzeża. W języku hiszpańskim hondo znaczy „głęboki”. Honduras leży wzdłuż drugiej co do wielkości na świecie (mającej długość ok. 1 tys. km) rafy koralowej zwanej Wielką Rafą Koralową Majów (Mezoamerykańskim Systemem Rafy Barierowej). Zwykle kojarzy się z nią Belize i głęboka studnia Great Blue Hole, ale prawdziwe bogactwo podwodnego świata kryje się także nieopodal honduraskiego archipelagu Islas de la Bahía. W jego skład wchodzą główne wyspy Roatán, Guanaja i Útila. Są one łatwo dostępne, a pobyt na nich nie kosztuje na ogół zbyt dużo. Z wyjątkiem rajskiego skrawka lądu, za jaki uważa się słusznie Roatán, nie ma tu rozbudowanych luksusowych hoteli i resortów, za to w wielu miejscach możemy spędzić niezapomniane chwile w hamaku na tarasie drewnianego domku na palach lub na dziewiczej plaży. W okolicach Útili znajdziemy jedne z najzdrowszych i najmniej zniszczonych koralowców w Morzu Karaibskim. Poza tym spotyka się w tym rejonie liczne rekiny wielorybie, płaszczki, homary, krewetki czy mureny. Jeśli dopisze nam szczęście, natkniemy się na stado delfinów. Nie bez powodu wyspa ta (jak zresztą cały archipelag Islas de la Bahía!) uchodzi za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie.

 

 MG 7855

Roatán – tzw. Dolphin Encounter zaprasza na spotkanie i pływanie z delfinami 
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

Miłośnicy żeglarstwa, kajakarstwa, wędkarstwa, trekkingu, obserwacji ptaków i ekoturystyki koniecznie muszą odwiedzić jezioro Yojoa usytuowane na zachodzie kraju, na wysokości ok. 630–700 m n.p.m. Leży ono między szczytami wygasłych wulkanów. To największe naturalne jezioro Hondurasu. Znajdują się tu parki narodowe Montaña Santa Bárbara (Parque Nacional Montaña Santa Bárbara) i Cerro Azul Meámbar (Parque Nacional Cerro Azul Meámbar). Na tym obszarze występują np. legwany, węże, małpy, oceloty i pumy.

 

MIASTO W GÓRACH

 

 F3G1132

Kobiety Garifuna tańczące hunguhungu (fedu)
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Tegucigalpę, stolicę kraju, zamieszkuje ok. 1,2 mln osób – to ponad jedna ósma ludności całego Hondurasu. Położona u podnóży wzgórza El Picacho, przed wiekami stanowiła ośrodek wydobycia srebra i złota. Miasto sprawia wrażenie nieuporządkowanego. Warto odwiedzić w nim Muzeum Tożsamości Narodowej (Museo para la Identidad Nacional – MIN). W rejonie historycznego centrum wznosi się XVIII-wieczna barokowa Katedra św. Michała Archanioła i budynek Kongresu Narodowego. Miasto często służy turystom za bazę wypadową, ponieważ właśnie stąd bez problemu dostaniemy się do wszystkich najatrakcyjniejszych miejsc w Hondurasie. Niemal z każdego punktu w Tegucigalpie można dostrzec 30-metrową figurę Chrystusa El Picacho ustawioną na szczycie wzgórza El Picacho. Ma ona przynosić nadzieję na lepszą przyszłość krajowi, który w 1821 r. wyrwał się spod hiszpańskiego jarzma i 17 lat później ogłosił pełną niepodległość (26 października 1838 r.), lecz dopiero od niedawna powoli staje na nogi. Ogromną szansą dla tego państwa jest m.in. rozwój turystyki, a temu sprzyja walka ze stereotypami na temat Hondurasu.

 

Aby wczuć się w atmosferę stolicy, warto przystanąć na chwilę i zjeść sprzedawane na każdym rogu arepas, czyli placki z kukurydzy, smażonych platanów czy fasoli. Honduraska kuchnia niewiele różni się od tej spotykanej w innych krajach Ameryki Środkowej. Jej podstawę stanowi ryż, a także fasola przygotowywana na różne sposoby i tortilla. Na śniadanie jada się zwykle tzw. baleadas, czyli właśnie tortille podawane z fasolą, żółtym serem i kwaśną śmietaną. Dodatki zależą – oczywiście – od upodobania. Kilkadziesiąt lempirów (HNL) kosztuje doskonała wersja z awokado, mięsem i wieloma innymi składnikami. Całość doprawia się zazwyczaj bardzo ostrym sosem na bazie papryki jalapeño. Słynny szkocki szef kuchni Gordon Ramsay, który odwiedził Honduras w marcu 2017 r., tak zachwycił się miejscowymi baleadas, że uznał je nawet za zdecydowanie najlepsze latynoamerykańskie danie.    

 

INDIANIE I KOLONIŚCI

 

Ciudad Blanca, legendarne Białe Miasto, można nazwać Atlantydą Ameryki Środkowej. Według wierzeń to właśnie w nim narodził się Pierzasty Wąż (Quetzalcóatl). Uważany był za boga wiatru, nieba, ziemi, wody i płodności. Ok. 300 km od Tegucigalpy archeolodzy odkryli w 2012 r. interesujący zespół ruin. Wiele artefaktów dowodzi, że mogą być to pozostałości legendarnego ośrodka Ciudad Blanca. Stanowisko archeologiczne, którego powierzchnię szacuje się na mniej więcej 50 km², znajduje się w gęstym tropikalnym lesie w historycznym rejonie La Mosquitia (na Wybrzeżu Moskitów – Costa de Mosquitos), na terenie dziewiczego Rezerwatu Biosfery Río Plátano, wpisanego w 1982 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To pełne tajemnic miejsce do dziś chroni wojsko, aby zapobiec kradzieżom. Odnaleziono tu fragmenty starożytnych struktur, w tym ziemnych piramid i placów, oraz liczne przedmioty codziennego użytku.

 

W wielu honduraskich miejscowościach natkniemy się na ślady kolonialnych czasów. Perełką architektury i niezmiernie ciekawym miejscem jest Gracias, dawna stolica Hondurasu (dzisiaj departamentu Lempira), założona w 1536 r. Do najstarszych tutejszych budynków należy świetnie zachowany Kościół La Merced, który powstał na początku XVII w. Obowiązkowo trzeba wybrać się też na spacer do hiszpańskiego Fortu św. Krzysztofa (Fuerte San Cristóbal), z którego rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na całą dolinę. Wiele nazw własnych w Gracias nawiązuje do imienia pochodzącego z tego terenu legendarnego Lempiry (ok. 1499–1537), bohaterskiego władcy Indian Lenca (zamieszkujących terytorium dzisiejszego Hondurasu i Salwadoru), walczącego z hiszpańskimi konkwistadorami w latach 30. XVI stulecia. W pobliżu miasta znajdują się najsłynniejsze naturalne gorące źródła w kraju (Aguas Termales „Presidente”).

 

W tej części Ameryki Środkowej jest jeszcze bezsprzecznie mnóstwo do odkrycia. Nie warto się więc zbyt długo zastanawiać nad decyzją o podróży do wciąż raczej nieznanego turystom, lecz niezmiernie fascynującego Hondurasu. Najlepiej po prostu wyruszyć na spotkanie z wielką przygodą.

Jordania – serce Bliskiego Wschodu

 

Ad_Dier3.jpg

Petra – Ad-Dajr, czyli Klasztor, wykuta w skale budowla z I w. n.e.

© JORDAN TOURISM BOARD

Hanna Sobczuk


Siedzę na tarasie hotelu i popijam słodką arabską herbatę. Podziwiam rude od promieni zachodzącego słońca skały skrywające Petrę, słynne miasto Nabatejczyków. To tylko jeden z moich ulubionych obrazów w Jordanii, która wielu osobom wydaje się nudna, bo sądzą, że na pustyni nie można znaleźć żadnych atrakcji. Ja jednak uważam, że jest to jeden z najciekawszych i najbardziej ekscytujących krajów na świecie. Nieraz już urzekł mnie swoją różnorodnością, otwartością i gościnnością.

Więcej…

Zimowe szaleństwo w austriackich Alpach

ELŻBIETA PAWEŁEK

<< Są tu najlepsze stoki narciarskie i słynne trasy Pucharu Świata, którym trudno się oprzeć, całoroczny śnieg na lodowcach i mnóstwo atrakcji. Zbocza Alp w niewielkiej Austrii to istny raj dla wielbicieli białego szaleństwa. Przyjeżdżają oni do tego kraju nie tylko z Europy, lecz także z całego globu, i nigdy nie opuszczają go zawiedzeni. >>

Austriacy wiedzą, jak zadbać o narciarzy. To dla nich przygotowują bezpieczne, ubite szlaki oraz tereny do uprawiania stylu freeride. Z myślą o snowboardzistach otwierają snowparki, aby przyciągnąć rodziny z dziećmi, organizują szkółki dla najmłodszych z dodatkowym programem rozrywkowym. Miejscowe ośrodki słyną ze znakomitej infrastruktury, a zaplecze gastronomiczne jest w nich na naprawdę wysokim poziomie. Zagranicznych gości zapraszają do siebie malowniczo położone hotele, modne pensjonaty, przytulne zajazdy i tradycyjne schroniska. Każdy znajdzie tutaj coś dla siebie.

Więcej…