MICHAŁ SYNOWIEC „ZETOR”

 

<< Aby uczestniczyć w prawdziwym safari, trzeba pojechać do Afryki. Jednak by spotkać się oko w oko z dzikimi zwierzętami w środku buszu, nie w rezerwacie pokazowym i bez tłumu turystów dookoła nas, można wybrać się jedynie do kilku krajów na Czarnym Lądzie. Do jednych z najciekawszych z nich należy bez wątpienia Botswana, która oferuje turystom wiele wspaniałych atrakcji turystycznych, choćby kryształowe wody delty rzeki Okawango, Park Narodowy Chobe z ogromną populacją słoni czy pustynne krajobrazy Kalahari. >>

FOT. ANDRZEJ KULKA /WWW.ANDRZEJKULKA.COM

Park Narodowy Chobe

 

Republika Botswany uzyskała niepodległość 30 września 1966 r. i właśnie tego dnia Botswańczycy obchodzą dziś swoje święto narodowe. Wcześniej jej tereny pod nazwą Protektoratu Beczuany (Bechuanaland Protectorate) były brytyjską kolonią. Stolica państwa, Gaborone, znajduje się niedaleko granicy z RPA. Tuż za tym ponad 230-tysięcznym miastem zaczyna się kotlina Kalahari, zajmująca znaczną część botswańskiego terytorium.

 

Kraj ten jest dla polskich turystów bardzo egzotyczny, ponieważ dociera do niego niewielu naszych rodaków. Można w nim spotkać czasami myśliwych z Polski, trochę backpakersów, czyli osób podróżujących indywidualnie z plecakiem, a także Polaków z RPA, uczestników ekspedycji off-roadowych i rzadziej wycieczek objazdowych. Botswana leży na uboczu głównych szlaków i nie została tak rozreklamowana, jak np. Kenia, Tanzania czy Namibia. Dosyć trudno również się do niej dostać, bowiem nie ma bezpośrednich połączeń lotniczych z Europą, a infrastruktura turystyczna, choć bogata i na wysokim poziomie, nie zawsze bywa ogólnie dostępna. Państwo to posiada jednak niezmiernie duży potencjał. Nigdy nie było w nim poważnych działań wojennych, a lud Tswana i Buszmeni są chyba najbardziej pokojowo nastawionymi plemionami w Afryce. Parki narodowe i prywatne rezerwaty utrzymuje się w Botswanie w doskonałym stanie. Poruszanie się po tym kraju jest wyjątkowo przyjemne.

 

Private safari, czyli ekskluzywna Afryka

Botswana to idealne miejsce dla ludzi poszukujących najlepszych hoteli, indywidualnej opieki i prawdziwej anonimowości. Na terenie parków narodowych oraz prywatnych rezerwatów (private concessions) możemy znaleźć obsługę, jakiej nie zapewnią nam nawet szeroko reklamowane ośrodki wypoczynkowe na całym świecie. Każdy, kto chce spędzić wakacje w stylu wiktoriańskiej Wielkiej Brytanii i w otoczeniu dzikiej afrykańskiej przyrody, poczuje się w Botswanie niemalże jak jeden z pierwszych Europejczyków przybywających na Czarny Ląd w XIX i na początku XX w. Oczywiście, współczesne lodge’e wyposażone są we wszelkie udogodnienia cywilizacyjne i oferują standard luksusowych 5-gwiazdkowych hoteli.

FOT. MICHAŁ SYNOWIEC/GLOBTROTER4X4.PL

Stado hipopotamów nad rzeką Khwai

 

Wyprawa typu private safari (prywatne safari) zaczyna się z reguły na jednym z małych botswańskich lotnisk, w Gaborone lub Maun, skąd gości, po uprzednim serdecznym powitaniu, zabiera się niewielkim samolotem lub śmigłowcem do obozu położonego w buszu. Obozowiska te zazwyczaj usytuowane są w bardzo niedostępnych rejonach – często dotrzemy do nich jedynie drogą powietrzną, czasami dojedziemy też samochodem terenowym. W ich centrum wznoszą się nieco oddalone od siebie bungalowy. Goście po przybyciu i kolejnym przywitaniu orzeźwiającym napojem albo małym poczęstunkiem otrzymują swojego opiekuna. Jest to z reguły myśliwy lub tropiciel, który będzie pełnił rolę ich przewodnika w trakcie całego pobytu. Poza tym do dyspozycji mają także prywatnych boi hotelowych. Do ich obowiązków należy noszenie bagaży, przygotowywanie drinków oraz pomoc przy czyszczeniu odzieży lub przyrządzaniu posiłków (jeżeli nie są one wydawane we wspólnej kuchni w obozie). Cały personel mający kontakt z gośćmi kończy zazwyczaj prestiżowe kursy hotelarskie w Anglii lub USA. Podczas takich szkoleń uczy się profesjonalnej i jednocześnie dyskretnej obsługi.

FOT. ANDRZEJ KULKA /WWW.ANDRZEJKULKA.COM

Krokodyl nilowy nad rzeką Chobe

 

Turyści wybierają tego typu wyjazdy do Botswany, żeby wyciszyć się, odizolować od świata i odpocząć na łonie natury nieskażonej działalnością człowieka. Niektórzy z nich spędzają całe dni na werandach, czytając książki, popijając drinki i podziwiając przechadzające się obok dzikie zwierzęta, inni uczestniczą w tropieniu drapieżników, poznając zasady bezpiecznego poruszania się po afrykańskim buszu lub zgłębiając tajniki fotografii. Jeszcze inni robią sobie wycieczki po okolicy samochodem terenowym, pływają po rozlewiskach i rzekach długimi, płaskodennymi łódkami zwanymi mokoro, jeżdżą konno wśród antylop, słoni i żyraf, wybierają się śmigłowcem na kameralny lunch w przepiękne, lecz wyjątkowo niedostępne zakątki kraju. Poza tym goście mogą także podziwiać z okien małego samolotu zapierającą dech w piersiach deltę Okawango lub malowniczą kotlinę Kalahari albo brać udział w koncesjonowanych, legalnych polowaniach na grubego zwierza. Każdy dzień podczas private safari zaczyna się inaczej – raz wyprawą przed świtem do wodopoju i posiłkiem w buszu, raz miłym śniadaniem podanym do łóżka… Wszystkie ośrodki mają swoje oryginalne programy, które wypełnione są najróżnorodniejszymi atrakcjami, aby przybysze czuli się naprawdę wyjątkowi.  

FOT. ANDRZEJ KULKA /WWW.ANDRZEJKULKA.COM

Rezerwat Moremi we wschodniej części delty rzeki Okawango

 

Samotni odkrywcy buszu

Z podróży do Botswany będą też zadowoleni miłośnicy bezpośredniego obcowania z dziką przyrodą. Jest to jeden z ostatnich afrykańskich krajów, gdzie można całkiem legalnie biwakować na dziko w buszu. Najpopularniejszy środek transportu po trudno dostępnym terenie stanowi tutaj samochód z napędem na cztery koła. W czasie pory deszczowej niektóre szlaki wymagają jednak szczególnych umiejętności od kierowców oraz naprawdę dobrze przygotowanego auta. W południowej części Afryki taki sposób spędzania wolnego czasu (wyprawy jeepami i nocowanie pod gołym niebem) cieszy się sporą popularnością z dwóch powodów. Pierwszy z nich to duża dostępność odpowiednich na trudne do pokonania trasy samochodów terenowych oraz niezmiernie bogaty rynek sprzętu niezbędnego do obozowania z dala od cywilizacji. Drugim jest historyczny pociąg Afrykanerów do ciągłej wędrówki, co pozwoliło im kilkaset lat temu opanować bardzo duży fragment ziem na południu kontynentu. Pojazd z napędem na cztery koła, idealny do wypraw po Czarnym Lądzie, można pozyskać na dwa sposoby – kupić na miejscu i samodzielnie wyposażyć (albo przywieźć w kontenerze z Europy) lub wynająć w jednej z wielu lokalnych wypożyczalni. Do bezproblemowego poruszania się po afrykańskim buszu nasze auto musi być dobrze przygotowane – posiadać odpowiednie opony i zderzaki, wyciągarkę, mocniejsze zawieszenie oraz namiot dachowy (najpopularniejsze i najbezpieczniejsze miejsce na spędzenie nocy to właśnie nasz samochód!). Poza tym powinniśmy zaopatrzyć się również w kuchenkę gazową, lodówkę podróżną, stoliki, krzesła i urządzenie do braai, czyli barbecue lub grilla, oraz – oczywiście – w liny, siekiery, łopaty, szekle (metalowe klamry) czy kotwice do piasku. Kiedyś odkrywcy podróżowali po Afryce w karawanach, zabierali ze sobą dużą ilość sprzętu, otaczali się służbą, pomocnikami, myśliwymi i kucharzami, aby przetrwać w trudnych warunkach. W Botswanie turyści przemieszczają się dziś mniej więcej tymi samymi szlakami, jak podróżnicy 100 lat temu, bowiem ze względu na ukształtowanie terenu trasy migracji ludności nie zmieniły się od wieków. To, co może wydać się szczególnie atrakcyjne pasjonatom prawdziwej przygody, to fakt, że nie ma tutaj rozbudowanej sieci utwardzonych lub asfaltowych dróg, więc aby dotrzeć w ciekawe miejsca, trzeba podążać przez wiele kilometrów za ledwie widocznymi śladami pozostawionymi przez poprzedników.

FOT. MICHAŁ SYNOWIEC/GLOBTROTER4X4.PL

Kalahari - samochody dla bezpieczeństwa zawsze ustawia się w kręgu

 

Zwykle wyprawę do buszu zaczyna się od zrobienia porządnych zapasów żywności, które wystarczą nam nawet na kilka tygodni. Wszelkie niezbędne produkty kupimy w doskonale zaopatrzonych botswańskich supermarketach. Potrzebny będzie także pokaźny zapas paliwa, aby móc przejechać bez żadnego problemu, czyli szukania stacji benzynowych, ponad 1200 km. Naszą przygodę z dziewiczą Botswaną rozpoczynamy już za granicami Gaborone. Wjeżdżając w kotlinę Kalahari, od razu poczujemy ekscytujący dreszczyk emocji. Pierwszy nocleg w buszu również stanowi niezwykłe przeżycie dla każdego. Zatrzymujemy się na niego gdzieś po drodze albo szukamy sprawdzonych już miejsc, używanych wcześniej przez turystów do biwakowania i oczyszczonych z trawy, w której chowają się węże i skorpiony. Nocujemy na otwartej przestrzeni, ustawiając samochody w mniej więcej zamknięty krąg z ogniskiem w środku. W ten sposób pole światła chroni nas podczas wieczornego posiłku i zanim położymy się spać. Dzikie zwierzęta nie podejdą do obozowiska, bo obawiają się ognia. Natomiast późną nocą, gdy palenisko już zgaśnie, nieraz zobaczymy, jak hieny lub lwy przemykają pomiędzy samochodami. Usłyszymy też przechadzające się w pobliżu słonie, nawołujące się otocjony, pohukujące antylopy, a posuwając się dalej – na północy Botswany, w okolicy rzek, sapiące hipopotamy. To jest właśnie to, po co organizuje się takie wyprawy – świadomość bycia zależnym od reguł, jakimi rządzi się świat dzikiej przyrody. Jeżeli je znamy i respektujemy, będziemy bezpieczni, a pobyt tutaj pozostawi w naszej pamięci fascynujące wspomnienia na całe życie.

W ciągu dnia przemierzamy niekończące się sawanny, lasy drzew mopane, mijamy majestatyczne baobaby i rozłożyste akacje, poruszamy się między niezliczonymi stadami wspaniałych zwierząt. Podziwiamy z bliska antylopy, słonie, żyrafy, czasami polujące lwy lub gepardy, wiedząc, że w samochodzie jesteśmy neutralnymi obserwatorami. Zwierzęta postrzegają nasze pojazdy niczym jednolitą bryłę, która nie stanowi dla nich zagrożenia. Jeżeli szanujemy ich poczucie bezpieczeństwa i nie podjeżdżamy zbyt blisko, możemy przez długi czas napawać się ich widokiem. Prawa i zwyczaje panujące w buszu nie zmieniły się od wieków, jednak ludzie mieszkający w zindustrializowanym świecie zatracili już dawno swoje naturalne instynkty. Dlatego należy pamiętać, że bez odpowiedniego przygotowania, zdobytej wcześniej wiedzy lub doświadczonego przewodnika wędrówka po dzikiej Afryce może okazać się bardzo niebezpieczna. Warto więc zdobyć się na odrobinę pokory i przyswoić sobie kilka prostych zasad dotyczących podróżowania po Czarnym Lądzie, szczególnie że Botswana stanowi jeden z niewielu obszarów naprawdę dzikiej przyrody, do którego mamy ciągle nieograniczony dostęp. Szkoda byłoby nie skorzystać z możliwości niezwykłego safari w tym kraju…   


 

Artykuły wybrane losowo

Na wenezuelskim Wybrzeżu Pereł

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Wenezuela powoli staje się coraz popularniejszym kierunkiem turystycznym w Ameryce Południowej. Szczególnie modna jest jej perełka – karaibska wyspa Margarita. To najdynamiczniej rozwijający się obszar w kraju rządzonym od 1999 r. przez kontrowersyjnego prezydenta Hugo Cháveza, do czego przyczyniło się z pewnością utworzenie tutaj w latach 60. minionego stulecia strefy bezcłowej. Margarita, której dzieje sięgają czasów hiszpańskich konkwistadorów, słynęła niegdyś z połowów pereł. Dzisiaj przyciąga coraz więcej turystów z całego świata, oferując im doskonały klimat, słoneczną pogodę, malownicze plaże otoczone tropikalną zielenią, wygodne hotele z bogatymi programami all inclusive, wyśmienite restauracje i gorące imprezy w rytmach latino.

Więcej…

Indie – szlakiem pałaców, plaż i ajurwedy

PAWEŁ SKAWIŃSKI

 

Podróż zachodnim wybrzeżem Indii to wyprawa przez usiane pałacami pustynie Radżastanu i rajskie plaże Goa, dawnej kolonii portugalskiej, aż po pełną przypraw i dzikiej przyrody Keralę – ojczyznę ajurwedy, prastarej medycyny hinduskiej.

 

Hanwant Singh (1923–1952), maharadża Dźodhpuru (Jodhpuru), wyciągnął pistolet kalibru 22 i wymierzył w indyjskiego urzędnika. – Odmawiam przyjęcia twojego dyktatu! – młody, rozpuszczony, gnuśny i obrzydliwie bogaty władca, którego ulubioną rozrywką były gra w polo, polowania na stepówki i sztuczki magiczne, właśnie zdał sobie sprawę, że oddał władzę nad swoim królestwem. W 1947 r. Singh podpisał akces pustynnego Dźodhpuru do Unii Indyjskiej (przekształconej w 1950 r. w obecną Republikę Indii) – w ten sposób jego ziemie stały się częścią dzisiejszego stanu Radżastan. Co prawda maharadża mógł zachować swój bajeczny majątek, jeździć limuzynami o czerwonych, królewskich tablicach rejestracyjnych, ale upokarzający sposób zawarcia traktatu obudził w nim ducha przodków – wojowniczych i dumnych Radźputów.

Więcej…

Korsyka – szalony wybryk natury

20148949

Snorkeling przy plaży Acciaju w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

MICHAŁ MOC

www.composer.pl

 

Miejsca i rzeczy najprościej opisuje się poprzez podobieństwa do innych, powszechnie znanych. Fakt, że Korsykę tak scharakteryzować wyjątkowo trudno, jest bodaj największą zachętą, aby poznać ją bliżej. Najwyższa pora odkryć ten wciąż niezadeptany kawałek lądu piętrzący się między Europą a Afryką, tuż obok włoskiej Sardynii.

 

Wśród kuszących turystycznym rajem wysp Morza Śródziemnego ta francuska nadal pozostaje ewenementem. Korsyka nie jest typową krainą piaszczystych plaż ze zdjęć z katalogów biur podróży – tutaj krajobrazy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zamiast setek obwarowujących wybrzeże komfortowych resortów wypoczynkowych znajdziemy na niej porozrzucane między morzem a górami niewielkie hotele, domy do wynajęcia i rodzinne pensjonaty oraz inne zdecydowanie bardziej kameralne obiekty noclegowe.

 

Warto przygotować się na tę odmienność, aby w pełni z niej skorzystać. Można tu leniwie wylegiwać się nad krystalicznie czystym morzem, spacerować po ocienionych wąwozach, wybrać się na górski trekking lub rejs po okolicy czy delektować się wykwintnym jedzeniem. Do wyboru jest mnóstwo rozmaitych tras, z których rozpościerają się urzekające widoki. Korsyką łatwo się zauroczyć właśnie ze względu na jej dziewicze oblicze, możliwość ucieczki od zgiełku codzienności i idealne warunki do aktywnego spędzania czasu. A wszystko to na wyciągniecie ręki, niecałe 2 godz. lotu z wybranych europejskich lotnisk (np. Frankfurtu nad Menem, Düsseldorfu, Paryża czy Wiednia-Schwechatu).


LENIUCHOWANIE NA PIASKU

 

Po wylądowaniu w Bastii (położonej na północno-wschodnim brzegu wyspy) niełatwo zdecydować, od której z plaż rozpocząć urlop. Wschodnie wybrzeże to niemalże nieprzerwany pas piasku, oblewany przejrzyście czystą, słoną wodą. Gdziekolwiek zboczy się z wygodnej, wyjątkowo prostej głównej drogi, oczom ukazuje się nadmorski raj, tu i ówdzie urozmaicony małymi hotelami stojącymi przy miniaturowej promenadzie (jak choćby nieopodal Moriani). Częściej jednak trafia się po prostu na pusty brzeg zapraszający do plażowania. W opinii większości osób stale odwiedzających Korsykę odcinek ten jest jedynie przedsmakiem pocztówkowych zatok południa. Jeśli ktoś przybył na wyspę własnym autem (z któregoś z portów w kontynentalnej części Włoch), to wybrzeże rozciągające się od Bastii stanowi dla niego również pierwszy przystanek po zjechaniu z promu.

 

Kiedy podąża się drogą RT10 na południe, plaże kuszą nieprzerwanie. Szczególnie trudno sobie odmówić postoju, gdy trasa za miejscowością Sari-Solenzara zaczyna się robić kręta i mija się kolejne najbardziej popularne i wysoko oceniane zatoki. Wśród nich znajdują się plaże Saint-Cyprien i Cala Rossa, a nieco dalej te najsłynniejsze: Palombaggia czy Rondinara. Woda jest tu zazwyczaj spokojna, do tego czysta i ciepła. W pasie płycizny, niemal wszędzie wydłużonym, mogą kąpać się nawet młodsze dzieci. Upstrzone wysepkami i zakolami półwyspów południowo-wschodnie wybrzeże to raj dla rodzin. Takie warunki, w połączeniu z gęstą siecią kempingów, sprawiają, że na leniwy wypoczynek najlepiej wybrać się właśnie tutaj. W zatokach porośniętych od strony lądu m.in. palmami da się czasem odnieść wrażenie, że uciekliśmy znacznie dalej od kontynentalnej Europy. Na niemal wszystkich plażach można także spędzić popołudnie przy drinku, a wieczorem spróbować potraw korsykańskiej kuchni w restauracjach położonych kilkanaście metrów od wody. Delektowanie się lokalnymi serami (na czele ze słynnym brocciu z owczego lub koziego mleka), winem, rybami, daniami z figami lub kasztanami nad brzegiem morza przy stoliku z bajecznym widokiem relaksuje w stopniu niemożliwym do oddania słowami. A jeśli obok przejedzie konna wycieczka lub przypomni nam się poranne nurkowanie z maską i rurką, to szybko uświadomimy sobie, że znaleźliśmy się na wyspie idealnej na udany urlop, który na długo pozostanie w pamięci.

 

Po paru dniach spędzonych na plażowaniu wokół Porto-Vecchio na pewno będziemy chcieli wrócić na Korsykę. Jest tu w końcu jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia. Wśród nich znajduje się perła południowego wybrzeża, usytuowane na wysokich klifach Bonifacio. Widoki z wycieczkowego rejsu, jak i ze ścieżek ciągnących się na południowy wschód od miasta zapierają dech w piersiach. Ale dużo przyjemności daje też samo przekraczanie miejskich bram, szwendanie się po uliczkach starej twierdzy, poznawanie miejscowej kulturalnej oferty, pokonywanie Schodów Króla Aragonii (L’Escalier du Roi d’Aragon), wreszcie szukanie otwartej restauracji na obiad (po południu w większości z nich podaje się najwyżej drinki, bo pełne menu wraca na stoły dopiero wieczorem, ok. godz. 19.00). Można również próbować znaleźć tu ślady pobytu Napoleona Bonapartego. W Bonifacio, jak i w Ajaccio (gdzie urodził się cesarz), stoi dom, w którym mieszkał francuski wódz. Oczywiście, trudno nie dostrzec wokół nastawienia na turystę, ale ponieważ miasto jest niewielkie (wraz z urokliwym cmentarzem da się je zwiedzić w jedno popołudnie lub wieczór), przyjezdni wciąż jeszcze mogą poczuć się w nim choć trochę jak odkrywcy, a nie jedynie klienci. Atrakcje południa dopełniają rzecz jasna kolejne piaszczyste plaże, ciągnące się aż po słusznie wychwalaną Roccapinę i bliźniaczą piękną Erbaju. Co prawda do tych ostatnich prowadzi kilkukilometrowa gruntowa droga, jednak warto podjąć wysiłek dotarcia do nich (chyba że kierowca czuje się niepewnie na zadrzewionych, wąskich trasach lub prześwit auta jest wyjątkowo mały).

 

Tutaj także kończy się opisywana dotąd część wybrzeża – region głównie wypoczynkowy, łatwy w eksploracji i przygotowany na potrzeby turystów. Na ten jego turystyczny charakter składają się parkingi (położone również przy plażach), które bywają płatne, nieco łatwiejszy dostęp do nadmorskiej infrastruktury i toalet czy więcej miejsc zakwaterowania (w sezonie trzeba się liczyć z wyższymi cenami). Stosunkowo szybko można też przemieszczać się wzdłuż brzegu, gdyż trasę z Bastii do Bonifacio lub Roccapiny da się pokonać samochodem w 4 godz. Natomiast przejechanie niewiele dłuższego odcinka na północno-zachodnim wybrzeżu albo w górzystym wnętrzu wyspy zajmie nam zdecydowanie więcej czasu.

 

PLAŻUJĄCE KROWY

 

20159090

Klimatyczny historyczny plac w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

Na północ od stolicy Korsyki – Ajaccio – przeważają plaże bardziej kamieniste, po krótkim pasie gruboziarnistego piasku lub żwiru pojawiają się tu gwałtowne uskoki. Brzeg wypiętrza się w trudne do opisania kamienne nacieki, postrzępione hałdy i strzeliste wieże. Za uroczą miejscowością Piana jedna z najpiękniejszych widokowych dróg Europy wije się wąską nitką między takimi formacjami. Wzdłuż jej kilkukilometrowego odcinka rozpoczyna się wiele tras spacerowych. Kierowcy trudno skupić się w tym rejonie na prowadzeniu również z powodu aut stojących na krawędziach skalnych półek lub w pojedynczych wnękach wydrążonych w zboczach. Takie parkowanie nie jest przejawem braku umiejętności (wręcz przeciwnie!), po prostu ukształtowanie terenu wymusza wciskanie się w każdą szczelinę. W tej oszałamiającej kształtami krainie można zatrzymać się na odległym parkingu leżącym zaraz za wspomnianą Pianą, aby wyruszyć na długi trekking. Jeżeli po Calanques de Piana będzie komuś wciąż mało wrażeń, powinien zjechać górską, asfaltową dróżką do samego morza i wybrać się na krótki, kilkunastominutowy spacer do pięknej ukrytej zatoki z plażą Ficajola.

 

Gdy podążamy dalej na północ, siłą rzeczy budzi się w nas zmysł odkrywcy, a to ze względu na brak ludzi nie tylko na drogach, ale i na plażach. O piasek tu już trudno i aby swobodnie wejść do wody, a w szczególności później z niej wyjść, przydaje się obuwie do pływania. Nagrodą za trudy są urocze zakątki. Na północnym zachodzie Korsyki na początku lub pod koniec sezonu nadal można odnieść wrażenie, że ta zielona wyspa czeka właśnie na nas, a nie peleton wczasowiczów. To rzadkie uczucie w popularnych wśród turystów miejscach dzisiejszej Europy. Jeśli więc kogoś nie odstraszają niezliczone zakręty i konieczność poczekania z kąpielą na dzień z mniejszymi falami, powinien zdecydować się na odpoczynek w tym rejonie.

 

W tej części Korsyki mamy też szansę na poznanie jej najbardziej autentycznego oblicza, nieco rustykalnego, prostego, niekiedy odbiegającego od standardów, do jakich jest przyzwyczajony europejski turysta. Spotkanie z rodowitym Korsykaninem, nie podejmującym rozmowy w innym języku niż jedyny mu znany, a w dodatku jakby nieprzyjemnie zaskoczonym, że będzie nas gościć (choć dokonaliśmy internetowej rezerwacji), trzeba uznać za doświadczenie wpisujące się w odkrywanie lokalnej kultury. Jednak dzięki rosnącym przed tarasem kwiatom, odmianom cytrynowych drzew niemal wpychających gałęzie do kuchni, domowym konfiturom z fig i towarzyszącemu nam poczuciu, że oto oddychamy pełną piersią, a nie tylko odbywamy zasłużony urlop, odpoczniemy tu znacznie lepiej niż na oddzielonym serpentynami południu wyspy. Jeżeli komuś nie wystarczy siły lub przekonania, by samodzielnie poznawać ten region, powinien przynajmniej wybrać się na rejs do Rezerwatu Naturalnego Scandola (Réserve Naturelle de Scandola; z Ajaccio lub Porto) – oszałamiająco pięknej, dziewiczej okolicy wybrzeża z zachwycającymi formami skalnymi, grotami i zatokami z plażami.

 

Pętlę wokół Korsyki domyka nadmorska trasa z Calvi na Cap Corse – półwysep wyrastający za Bastią. Samo Calvi, północny odpowiednik Bonifacio, nie jest w stanie przyćmić swoim urokiem malowniczej miejscowości z południa, ale konkuruje z nią nie bez powodu, gdyż dużo łatwiej się do niego dostać i także okalają je plaże (m.in. z pięknym widokiem na miasto i odpowiednią infrastrukturą). W dodatku można tu też dotrzeć pociągiem, który jedzie trasą wiodącą zachwycającymi wąwozami i wijącą się wśród wzgórz opanowanych przez stada kóz i krów. Jeżeli ma się dość czasu i zapału oraz samochód terenowy, warto wyruszyć na północ na trudno dostępną, ale interesującą ze względu na swój pustynny charakter i odizolowanie, plażę Saleccia. To wspaniała wyprawa na cały dzień. Koniecznie należy zaopatrzyć się we własny prowiant, ponieważ po pokonaniu kilkunastu kilometrów pustkowia na końcu oprócz pola kempingowego na turystę czeka już tylko piasek. Inną ciekawą propozycję stanowi objechanie Cap Corse. W trakcie takiej wycieczki odwiedza się uroczą artystyczną Erbalungę i zabytkowe kościoły (np. Kościół św. Julii w miejscowości Nonza). Odważniejsi przy bezwietrznej pogodzie wjeżdżają pozbawioną barierek drogą na szczyt Serra di Pigno i podziwiają niezapomniane widoki podczas spaceru ścieżką rozpoczynającą się kilkaset metrów przed końcem asfaltowej nawierzchni. Jeśli wyprawa po górach nie zakręci komuś w głowie zbyt mocno, zrobią to z pewnością lokalne wina, bo winnic (które zresztą można odwiedzać także w celu degustacji) w okolicy nie brakuje. Również każdy sklep, czy to prywatny, czy sieciowy, oferuje imponujący wybór korsykańskich trunków. I choć nie wszystko na wyspie spełnia standardy kontynentalnej Francji, selekcja win, ich oznaczenie i dbałość o istotne informacje w opisach poświadczają, że przynależność regionu do kraju z bogatymi tradycjami winiarskimi nie stanowi przypadku.

 

Jednak postrzeganie Korsyki jedynie przez pryzmat samego tylko wybrzeża jest błędne. Na prawdziwie aktywny wypoczynek pośród cudownych pejzaży zaprasza górzysty środek lądu. Wybór szlaków pieszych mamy ogromny: od prostych i krótkich, jak popularny, a niewymagający szczególnej kondycji odcinek z malowniczej miejscowości Ota do równie urokliwej Évisy prowadzący przez spektakularny wąwóz (Gorges de Spelunca), po trudne trasy z panoramicznymi widokami, położone powyżej 1500 m n.p.m. Górskie jeziora, a zwłaszcza wpadające do nich rzeki w wielu miejscach zachęcają do orzeźwiającej kąpieli w krystalicznie czystej wodzie i to mimo licznych spadków, wyżłobień i rynien. Wyspecjalizowane firmy umożliwiają korzystanie z tych naturalnych basenów i zjeżdżalni z wynajętym przewodnikiem i w ochronnych kombinezonach.

 

Należy zdawać sobie sprawę, że jeśli Korsykanin, przywykły do panujących na wyspie warunków, nazywa ścieżkę łatwą, może nas czekać porządna wspinaczka, a szlaki według niego trudne to już zwykle wyzwania dla osób z doświadczeniem. Jednak nawet niespieszna przedpołudniowa wycieczka do polodowcowego jeziora Melo (1710 m n.p.m.) na końcu wąwozu Restonica albo wyprawa łagodnym podejściem na przełęcz Bavella (Col de Bavella – 1218 m n.p.m.) są zdecydowanie warte rozważenia i pozwalają poczuć dzikość korsykańskiego interioru. Z górskich dróg, takich jak choćby Scala di Santa Regina czy kilkunastokilometrowa trasa wąwozem Asco (zakończona węzłem pięknych pieszych szlaków), rozpościerają się wspaniałe widoki, ale trzeba przyznać, że wymagają one od kierowcy pewnego doświadczenia. Jeżeli już przetrwa on irytującą swawolę gnających na złamanie karku miejscowych, może zawahać się, gdy zobaczy stado krów czekających za zakrętem, kozy wskakujące przed samochód albo kilkanaście… świń. Szczególnie te ostatnie budzą wśród przyjezdnych tyle samo ciekawości, ile niechęci z powodu trudnego do opisania zapachu. Tutejsze krowy i świnie lubią przebywać na ciepłym asfalcie i na plażach, przy czym z turystami łączy je to, że preferują miejsca wolne od tłoku. W każdym razie na górskich drogach w środku wyspy czy też którejkolwiek z mniej uczęszczanych tras należy być przygotowanym na spotkanie ze zwierzętami hodowlanymi i nie wolno zakładać, że na widok auta rozpierzchną się w popłochu. To my będziemy musieli się do nich dostosować, wszak są u siebie i swoim zachowaniem zdają się ten fakt demonstrować.

 

20159096

Wyprawa rowerowa szlakiem wiodącym przez tereny rezerwatu Punta di Spanu

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

GOTOWI DO DROGI

 

Na takie okrążenie Korsyki zgodnie z ruchem wskazówek zegara, urozmaicone wizytami we wnętrzu lądu albo pobytem w jednym z opisanych regionów, trzeba przeznaczyć tygodniowy (wówczas będzie to bardzo intensywny wyjazd) lub lepiej dwutygodniowy urlop. Przed podróżą należy uwzględnić jeszcze kilka istotnych faktów. Najlepszym czasem na wypoczynek na wyspie połączony z plażowaniem i kąpielami w krystalicznej wodzie jest zdecydowanie lato, ale ponieważ w tym okresie bywa nieznośnie gorąco (i tłoczno), warto zdecydować się na przyjazd w czerwcu bądź wrześniu. Temperatura powietrza za dnia nierzadko wynosi wtedy powyżej 25°C, koszty pobytu będą niższe i można cieszyć się większą prywatnością.

 

Ceny podstawowych artykułów są wyższe niż w Polsce, lecz nie osiągają poziomu tych ze Skandynawii czy najsłynniejszych europejskich kurortów. Osoby oszczędniejsze nie muszą zamartwiać się o stan budżetu wyjazdowego, jeśli postawią na zakupy w marketach. Wizyta dla dwojga w wysoko ocenianej restauracji to przy posiłku składającym się z dań głównych i miejscowego wina wydatek 40–50 euro. Za pełną wykwintną kolację zapłacimy już 100 euro, nawet jeżeli zamówimy specjały szefa kuchni i wyśmienite desery. Korsykanie są zazwyczaj gościnni, ale poza droższymi lokalami często można odnieść wrażenie, że jest się… intruzem, którego należy zlekceważyć lub zignorować. Błędem byłoby jednak dać się zirytować zbyt szybko! Pod maską surowości i nieprzystępności kryje się często prawdziwa serdeczność. Inna sprawa, że wyspiarze bywają rozdarci między uzależnieniem od dobrodziejstw turystyki a pragnieniem spokoju i wolności od trosk reszty świata. Nic więc dziwnego, że wspomniany brak sympatii w pierwszych kontaktach, o ile nie sfrustruje przybysza, zmienia się po pewnym czasie w życzliwość.

 

Po Korsyce najwygodniej poruszać się wypożyczonym samochodem. Ceny wynajmu auta są nieco wyższe niż na kontynencie, a niedoświadczeni kierowcy będą skupiać się na mozolnym pokonywaniu zakrętów, ale korzystanie z własnego środka transportu pozwala na pełną niezależność. Dzięki tego rodzaju wolności można naprawdę poznać wyspę. Zresztą zdecydowaniu się na takie rozwiązanie sprzyja fakt, że brak tu typowych hotelowych kurortów, w których wykupuje się pobyty w formie all inclusive. Czy chcemy, aby okolica była płaska czy górzysta, wolimy zatokę otoczoną skałami czy lasem palmowym, widok na otwarte morze i cumujące łódki czy sąsiedztwo portu i restauracji, towarzystwo zagranicznych turystów czy raczej miejscowych – wybór zakwaterowania na Korsyce przypomina bardziej szukanie wakacyjnego domu niż obiektu o odpowiedniej liczbie gwiazdek. Ta wyspa stawia na indywidualizm i aktywność.

 

To oczywiste, że dopiero na miejscu ma się szansę sprawdzić, które z rozmaitych wyspiarskich atrakcji będą idealne dla nas. Jednak choć nie sposób oddać w krótkim artykule całego uroku Korsyki – opisać przyjemności, jaką sprawia muśnięcie delikatnej morskiej bryzy, i pieszczot turkusowej wody, można być pewnym, że podczas pobytu tutaj przeżyje się wiele zaskakujących doświadczeń. Widok górskiej kozy stojącej w ekwilibrystycznej pozie na ledwo przylegającym do ściany urwiska kamieniu, smak dzikich jeżyn na kolejnym 180-stopniowym zakręcie, imponujący wodospad droczący się z podmuchami wiatru – wszystko to działa na wyobraźnię i zdaje się udowadniać, że wciąż istnieją nieznane doznania, na których poszukiwanie umysł wyrusza dopiero w takich miejscach. Słynny korsykański śpiew (w sezonie koncerty odbywają się w wielu miejscowościach) z podziałem na kilka głosów doskonale obrazuje charakter tego zjawiska. Jak twierdzą sami Korsykanie, dopiero gdy podstawowe głosy zespolą się, zabrzmią wspólnie, pojawia się nowy, dodatkowy głos. Umysł mamiony harmonią tego, co już go otacza, odkrywa jeszcze więcej. To dopiero sztuka! Dla takich cudownych przeżyć, kontemplowania niezwykłości i odkrywania świata warto wybrać się na fascynującą Korsykę.

 

20118221

Restauracja przed XVI-wiecznym zamkiem w Algajoli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA