LIDIA MIKOŁAJEWSKA

 

<< Gdy w 2006 r. hinduski reżyser Harry Baweja kręcił sceny do filmu „Love Story 2050”, przyznał w wywiadzie, że południe Australii stanowi znakomity plener zdjęciowy do jego obrazu. Właśnie tu znalazł wszystko to, czego potrzebował: wielkie miasto i małe miasteczko, czerwoną pustynię i słone jezioro, a nawet piękną wyspę. A to przecież jedynie część tego, co ma nam do zaoferowania ten najmniejszy i najbardziej odmienny kontynent świata. Witajcie po drugiej stronie globu! >>

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Dwunastu Apostołów - wapienne kolumny w Parku Narodowym Port Cambell

 

Trzeba przyznać, że w Australii jest coś urzekającego i fascynującego. To prawdziwie filmowy kraj – ogromne i dzikie przestrzenie, ciągnące się po horyzont drogi i bezdroża, piaszczyste plaże i lasy deszczowe, nasłonecznione stoki i pastwiska czy wypalone pustynie… Na dodatek tylko tu ewolucja ssaków przebiegła inaczej niż na całej planecie, dzięki czemu rozwinęły się i przetrwały do naszych czasów gatunki stekowców i torbaczy – dziobaki, kolczatki, wombaty, koale czy kangury.

 

Dwie trzecie kontynentu zajmuje Outback – spieczona słońcem bezkresna równina o barwie, która kojarzy mi się ze zmieloną czerwoną papryką. Tutaj znajduje się symbol Australii – formacja skalna Ayers Rock, czyli Uluru, święte miejsce Aborygenów. O zachodzie ściany tego monolitu mienią się wieloma kolorami. Rdzennych mieszkańców kontynentu spotkacie w każdym wielkim mieście. Żyją jednak przede wszystkim w Australii Zachodniej, Queensland, Nowej Południowej Walii, a również na Terytorium Północnym, gdzie tak, jak ich przodkowie od tysięcy lat, mieszkają w regionie Rzek Aligatorów (Alligator Rivers Region) w Parku Narodowym Kakadu (Kakadu National Park). Dziś te tereny pełne wodospadów, ścieżek spacerowych, ptaków, ryb, kwiatów zasiedla ok. 500 Aborygenów.

 

W australijskich progach

Najważniejszym portem morskim północnego wybrzeża Australii jest Darwin. Obok przepięknych i czyściutkich plaż największy atut tego miasta stanowi wielonarodowa kuchnia, czerpiąca ze sztuki kulinarnej Malezji, Tajlandii, Wietnamu, Indonezji i Timoru Wschodniego. Uważa się je też za świetną bazę wypadową na pobliskie obszary chronione, nie tylko do wspomnianego już Parku Narodowego Kakadu, lecz także do Parku Narodowego Litchfield (Litchfield National Park), na Wyspy Tiwi (Tiwi Islands) oraz do rezerwatu Ziemia Arnhema (Arnhem Land). Ze względu na upał i tropikalną wilgoć wędrówki po tym rejonie nie należą do łatwych. Trzeba również pamiętać, aby wcześniej zaopatrzyć się w karty pozwoleń na wkroczenie na tereny aborygeńskie. Nigdzie indziej jednak nie zobaczycie takich wspaniałości, jak malowidła na skałach Ubirr i Burrunggui (Nourlangie Rock), wodospady Jim Jim, Twin i Gunlom, rozlewiska Rzek Aligatorów z krokodylami i egzotycznym ptactwem czy termitiery w Litchfield.

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Ziemia Arnhema - petroglify Aborygenów

 

Warto wspomnieć, że aż do XVIII w. Aborygeni, pierwotni mieszkańcy kontynentu, obrabiali kamień i kości, muszle morskie i drewno. Nie uprawiali ziemi, nie hodowali zwierząt... Przez dziesiątki tysięcy lat polowali na dziką zwierzynę, łowili ryby, korzystali z darów natury i żyli w zgodzie z jej prawami – nie poprawiali jej i nie zmieniali. Ich kultura jest niezwykle piękna,pełna tajemniczych rytuałów,wierzeń i magii. Opiera się na ustnych podaniach przekazywanych z pokolenia na pokolenie i prastarych wierzeniach pochodzących jeszczez tzw. Czasu Snu. Gdy Europejczycy zaczęli kolonizować antypody, uznali jednak, że Terra Australis (łac. Ziemia Południowa) to ziemia niczyja. Do połowy lat 60. XX w. Aborygeni nie byli uważani za obywateli tego kraju. Ich dzieje, często tragiczne, są ciemną kartą historii Australii.

W ciągu ostatnich dwudziestu paru lat kolejne rządy australijskie czyniły wiele, aby naprawić grzechy przeszłości. Uznano przykładowo aborygeńskie nazwy geograficzne. Dlatego praktycznie na całym kontynencie spotkamy podwójne nazewnictwo: pierwotne i późniejsze, wprowadzone przez podróżników i odkrywców. Wśród nich był również nasz rodak Paweł Edmund Strzelecki (1797–1873), słynny badacz Australii, który ochrzcił najwyższy szczyt w Górach Śnieżnych w paśmie Alp Australijskich mianem Góry Kościuszki (Mount Kosciuszko, 2228 m n.p.m.). Zimą możemy tu poszaleć na nartach biegowych lub snowboardzie (nawet w Australii pada śnieg!), a w miesiącach letnich uprawiać wspinaczkę i kolarstwo górskie, zwiedzać jaskinie, pływać łodzią i wędkować...

 

Plaże wielkiego miasta

Współczesna Australia to niesamowity tygiel narodów, kultur i religii… Ludzie są tu na ogół życzliwi, gościnni, pomocni i wyrozumiali, uśmiechają się do siebie i pozdrawiają nieznajomych.

W styczniu 1788 r., czyli 18 lat po dotarciu przez Jamesa Cooka (1728–1779) do południowo-wschodnich wybrzeży Terra Australis, kapitan Arthur Phillip (1738–1814) wraz z grupą ponad tysiąca osób wylądował w zatoce Port Jackson. Przywiózł ze sobą 778 więźniów skazanych wyrokami sądów angielskich. Taki był początek pierwszej australijskiej kolonii karnej i pierwszej europejskiej kolonii w Australii w ogóle. Na ziemiach, które Cook nazwał Nową Południową Walią, powstała osada Sydney.

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Zatoka Port Jackson w Sydney

 

Dziś zatokę Port Jackson (zwaną też Sydney Harbour) przecina znany z wielu widokówek i prospektów reklamowych most, czyli Sydney Harbour Bridge. Na jej brzegu wznosi się kolejny charakterystyczny symbol miasta – gmach opery, słynny Sydney Opera House, który swoim kształtem przypomina statek pod pełnymi żaglami. Tę perłę tutejszej architektury odwiedza 7 mln turystów rocznie. Podobną popularnością cieszy się także pobliska promenada wysadzana drzewami dżakarandy. W listopadzie i grudniu obsypane są one przecudnym fioletowym kwieciem. Schodząc po schodach opery, można podziwiać centrum Sydney z drapaczami chmur przypominającymi te z Nowego Jorku. Niewątpliwie z tego miejsca prezentuje się ono najokazalej. Nadbrzeżna aleja wypełniona jest restauracjami, a w każdej z nich spróbujecie potraw z najrozmaitszych kuchni świata. Jeśli panorama miasta oglądana z perspektywy schodów opery to dla Was za mało, możecie wybrać się w rejs tramwajem wodnym, promem lub statkiem turystycznym. Dopłyniecie nimi np. do Zoo Taronga (Taronga Zoo), w okolicę Latarni Hornby’ego (Hornby Lighthouse) albo do zatoczki Manly Cove przy najdroższej dzielnicy Manly. Wzdłuż plaży Manly (Manly Beach) nad Morzem Tasmana rosną araukarie wyniosłe (Araucaria heterophylla) – niezwykłe drzewa iglaste, których gałęzie wyglądają nieco jak rosnące w ziemi korzenie, a my mamy wrażenie, że ktoś posadził je na odwrót. Cóż, w końcu jesteśmy w Australii...

Nazwa dzielnicy i plaży pochodzi od wspomnianego już kapitana Arthura Phillipa, który nadał ją temu miejscu po spotkaniu z tubylczą ludnością (manly znaczy „mężny”). Manly to obecnie – obok Bondi Beach (jednej z największych tutejszych plaż) – najmodniejsze kąpielisko Sydney.

Boondi w języku Aborygenów oznacza „odgłos wywoływany uderzeniem fali o skały”. Nad brzegiem oceanu spotkacie w tym miejscu przedstawicieli społeczności z całego świata: Włochów i Polaków, Nowozelandczyków i Brytyjczyków, których łączy miłość do surfingu i nurkowania. Poszukiwacze wysokich fal ściągają na plażę Fairy Bower. Amatorzy podwodnych przygód wybierają zaś Shelly Beach w zatoce Cabbage Tree.

Poza surferami i nurkami przybywają tu także turyści spragnieni morskich kąpieli i spacerów. Restauracje i kawiarnie przy promenadach są zawsze wypełnione po brzegi. Po plażowaniu na Bondi warto wybrać się do północnej części dzielnicy o tej samej nazwie, gdzie na polu golfowym zachowały się naskalne ryty Aborygenów. Można też skierować się na południe – do Tamaramy nad zatoką spienionych fal. W sezonie, a zwłaszcza w okresie Bożego Narodzenia i Nowego Roku, na plaży panuje tu nieopisany ścisk. Nic w tym dziwnego, przecież w Australii panuje wówczas lato!

 

Ziemia królowej

Jeśli ktoś nie lubi tłumów, a marzy o ciszy i spokoju z dala od cywilizacji, niech uda się do Queensland. Na północy tego stanu leży popularna miejscowość Cairns, którą założyli w końcu XIX w. poszukiwacze złota i plantatorzy trzciny cukrowej. Dziś to miasto, żyjące z turystyki i rybołówstwa, jest doskonałą bazą wypadową w inne zakątki półwyspu Jork (Cape York Peninsula) – na przylądek Jork (Cape York), do dżungli tutejszej tropikalnej strefy klimatycznej i na rafy koralowe, dokąd płyną specjalne łodzie wyposażone we wszelki sprzęt do nurkowania. Dziewicza przyroda stanowych parków narodowych – Mungkan Kandju, Iron Range i Jardine River – potrafi wprawić w prawdziwy zachwyt nawet wytrawnych podróżników. Na pewno warto również wyruszyć do Parku Narodowego Daintree (Daintree National Park), aby zobaczyć las deszczowy, skupiska mangrowców, liczne wąwozy i… krokodyle. W Queensland znajdziecie aż pięć rezerwatów wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO, m.in. Wielką Rafę Barierową (Great Barrier Reef) i Lasy Deszczowe Gondwana w Australii (Gondwana Rainforests of Australia), czyli Środkowo-Wschodnie Rezerwaty Lasu Deszczowego (Central Eastern Rainforest Reserves).

 

Raj wczasowiczów i poszukiwaczy złota

Odkrywca wschodnich wybrzeży Australii, kapitan Cook, nazwał jedną z wysp w okolicach Townsville Wyspą Magnetyczną (Magnetic Island), bo kiedy próbował ją opłynąć, wszystkie przyrządy pokładowe zwariowały. Była ona kiedyś aborygeńskim sanktuarium. W XIX w. stała się dla Australijczyków rodzajem modnego kurortu. Tu spotykali się ludzie z elity w czasie urlopów i w weekendy. Na ten niewielki skrawek lądu dopłyniecie promem z Townsville. Krajobraz wysepki jest niezmiernie różnorodny – las deszczowy sąsiaduje na niej z namorzynami i wiszącymi skałami oraz piaszczystymi plażami. Poza tym obejrzycie tu fortyfikacje wojskowe, a także spotkacie pademelony z rodziny kangurowatych i misie koala.

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Heron Island - wysepka koralowa w południowej części Wielkiej Rafy Barierowej

 

Samo Townsville to malowniczy port morski z licznymi lagunami kąpielowymi. Na uwagę zasługują szczególnie miejscowe nowoczesne Muzeum Tropikalnego Queensland (Museum of Tropical Queensland) i akwarium Reef HQ Great Barrier Reef Aquarium. Na południowy zachód od miasta, wśród typowego australijskiego buszu, leży Charters Towers – żywy skansen z okresu gorączki złota (II połowa XIX w.), gdy na kontynencie eksploatowano jedne z największych na świecie złóż tego kruszcu. Swoje bogactwo i ciągły rozwój zawdzięcza tym czasom także Ballarat, położone na zachód od Melbourne, stolicy stanu Wiktoria. Do dziś zachowały się tu imponujące budynki użyteczności publicznej i domy prywatne, wybudowane niegdyś za fortuny zbite na wydobyciu złota. W tym mieście warto zwiedzić m.in. Teatr Jej Królewskiej Mości (Her Majesty’s Theatre), Hotel Craiga (Craig’s Royal Hotel) czy Ratusz (Town Hall).

 

Śladem złóż kamieni szlachetnych

Australia słynie także z innego cenionego w jubilerstwie bogactwa naturalnego ziemi – przepięknych opali, mieniących się wszystkimi kolorami tęczy. Zainteresowanym wydobyciem tych kamieni szlachetnych polecam wycieczkę na Pustynię Gibsona (Gibson Desert). Zanim jednak na nią dotrzecie, przejedźcie się drogą Great Ocean Road w kierunku Adelajdy (Adelaide), aby zobaczyć Dwunastu Apostołów (Twelve Apostles), czyli okazałe kominy skalne, utworzone przez wiatr i stałą erozję wapienia. Wyrastają one wprost z Oceanu Południowego. Promienie wschodzącego i zachodzącego słońca barwią je na rozmaite kolory. Na pewno zachwyci też wszystkich turystów miejscowa fauna. Przy brzegu można zaobserwować wieloryby, a w parkach narodowych natknąć się na koale i dziobaki. Okoliczne wody zachęcają do surfowania i pływania z delfinami. Skaliste klify, malownicze plaże, jeziora, wyspy i lasy Wybrzeża Wiktorii (Victoria Coast) warto obejrzeć również z pokładu helikopterów lub samolotów należących do Aus Air Services.

Cel naszej wyprawy leży jednak w centrum Pustyni Gibsona, ponad 800 km na północ od Adelajdy. Nazwa miasteczka Coober Pedy pochodzi od wyrażenia z języka Aborygenów kupa-piti, co oznacza „kryjówkę białego człowieka”. Większość ludzi żyje tu w podziemnych mieszkaniach lub w nieczynnych kopalniach ze względu na panujące na powierzchni kilkudziesięciostopniowe upały. W ich nietypowych domach panuje idealna temperatura: latem jest w nich chłodniej niż na zewnątrz, a zimą – cieplej. Przy wydobyciu opali pracują tutaj tysiące Polaków, Greków, Włochów, Filipińczyków, Wietnamczyków, Hindusów, Chińczyków... Pierwszy okaz znaleziono w tym rejonie w 1915 r., w okresie gorączki złota. Po I wojnie światowej zaczęli napływać w te strony uchodźcy z Europy, którzy pragnęli szybko się wzbogacić. Tu zobaczycie Australię w pigułce – kraj stanowiący mieszankę wielu kultur, wyznań i języków. Coober Pedy słusznie określa się mianem „światowej stolicy opali”.

 

Polacy w Australii

Podczas wędrówki po najmniejszym kontynencie świata natkniecie się również na polskie ślady i swojsko brzmiące nazwy, jak np. Lake Gruszka (jezioro Gruszka). Ponad 50 lat temu Jerzy Gruszka (1930–1994) stał się bohaterem australijskich relacji prasowych, radiowych i telewizyjnych. Na Pustyni Gibsona w Australii Zachodniej nasz rodak odkrył jedyny na tym terenie zbiornik słodkiej wody. Wiadomość ta miała duże znaczenie, ponieważ tutejsze wielkie pustkowia nie mogły zostać wykorzystane pod uprawy z powodu braku nawodnienia.      

Najsłynniejszym Polakiem wśród Australijczyków jest jednak niewątpliwie Paweł Edmund Strzelecki, którego największą zasługą było opracowanie mapy geologicznej Nowej Południowej Walii i Tasmanii. Jego nazwiskiem nazwano okresową rzekę i pustynię w południowej części kraju – Strzelecki Creek i Strzelecki Desert, wzgórza przybrzeżne stanu Wiktoria – Strzelecki Ranges, najwyższy szczyt Wyspy Flindersa – Strzelecki Peak (756 m n.p.m.), a także kilka gatunków roślin i zwierząt. Do jednych z najbardziej znanych polskich obywateli należy też słynny na cały świat antropolog i etnograf Bronisław Malinowski (1884–1942). Swoje badania plemion tubylczych prowadził w Australii, Nowej Gwinei i na Wyspach Trobriandzkich w latach 1914–1920. Ich wyniki opisał potem w swoich pracach, które przyniosły mu międzynarodową sławę. Jego współtowarzyszem podróży, rysownikiem i fotografem był sam Witkacy, czyli Stanisław Ignacy Witkiewicz (1885–1939).

 

Australijskie winne grona

W ciągu ostatnich lat Australia stała się jednym z bardziej popularnych i znaczących eksporterów wina do 85 krajów świata. Tradycję uprawy winorośli przywieźli ze sobą ok. 150 lat temu przybysze z Irlandii, Szkocji, Austrii, Hiszpanii czy Prus. W czasie wędrówek po południowej części kontynentu, od Sydney przez Melbourne i Adelajdę do Perth, możecie skosztować wyśmienitych trunków. Miejscowe winiarnie to zazwyczaj małe, często rodzinne biznesy, ale obok prostych chat zbudowanych przy winnicach znajdziemy tutaj też aleje wysadzane palmami, prowadzące do pałaców otoczonych polami winnych krzewów.

FOT. TOURISM AUSTRALIA IMAGE GALLERY

Port Jackson, inaczej Sydney Harbour (Zatoka Sydney) - romantyczny posiłek z australijskim winem

 

Niezależnie od zamożności wszyscy winiarze cieszą się z odwiedzających ich gości i chętnie opowiadają o historii powstania swojej plantacji, szczepach uprawianych winogron, cudownych smakach i aromatach każdego rocznika... 

Jedynie Australia pachnie tak wspaniale winogronami, bryzą z nad oceanu, suchym powietrzem buszu i wilgotnym zapachem dżungli… Ten fascynujący zakątek świata należy odwiedzić przynajmniej raz w życiu!

 

Artykuły wybrane losowo

W Japonii, krainie kontrastów

 

 

 

m_151551.jpg

Park Kakuzan w mieście Tsuyama z uroczo kwitnącymi drzewami wiśniowymi

© OKAYAMA-KEN KANKO RENMEI/JNTO

 

Anna Bielak

WWW.JAPONIA-ONLINE.pl

 

Zanim miałam okazję postawić pierwsze kroki na japońskiej ziemi, interesowałam się Krajem Kwitnącej Wiśni przez wiele lat. Jego obraz w mojej głowie wykreowały książki, filmy, zdjęcia, relacje znajomych. Kiedy więc zbliżał się upragniony dzień wylotu, z jednej strony byłam bardzo podekscytowana, z drugiej – obawiałam się, czy moje wyobrażenia nie okażą się błędne, a oczekiwania nazbyt bajkowe. W końcu każdy ląd wygląda podobnie, jedne drzewa przypominają inne drzewa, ludzie nie różnią się aż tak od siebie nawzajem, a niebo nad nami jaśnieje to samo... Nie zawiodłam się jednak.

Więcej…

Kolumbia – kraj nierzeczywisty

Cartagena de Indias  Cortesia ProColombia

Kolonialna Cartagena de Indias – wieża Katedry św. Katarzyny Aleksandryjskiej

© PROCOLOMBIA

 

MARIA HAWRANEK, SZYMON OPRYSZEK

www.intoamericas.com

 

To niewiarygodne, że Kolumbia istnieje naprawdę. Znajdziemy w niej wszystko: od karaibskich plaż przez tropikalne lasy po andyjskie szczyty. Na dodatek żyją tu najmilsi ludzie na kontynencie, a atmosfera w tym kraju pełna jest magii. Nic dziwnego, że to tutaj urodził się jeden z najważniejszych przedstawicieli realizmu magicznego – Gabriel García Márquez.

 

To czwarte pod względem powierzchni państwo Ameryki Południowej może poszczycić się wyjątkowym położeniem. Ma wybrzeże zarówno nad Pacyfikiem, jak i Atlantykiem (a dokładniej Morzem Karaibskim). Jego stolica, Bogota, leży na średniej wysokości 2640 m n.p.m. Najbardziej na południe wysunięty odcinek granicy przebiega wzdłuż Amazonki.

 

Do jakiego kraju byście wrócili? Dokąd w Ameryce Południowej warto pojechać? – pytają nas często słuchacze podczas prelekcji podróżniczych. Niezmiennie wśród naszych trzech ukochanych miejsc wymieniamy właśnie Kolumbię, której w Polsce wciąż przypina się nieaktualną już od dawna łatkę niebezpiecznej krainy koki. Warto odrzucić stereotypy i odkryć skarby tego naprawdę magicznego zakątka świata.

 

UKOCHANA ZIEMIA

 

Cali to miasto najszybszej salsy na świecie, w którym niemal na każdym kroku wyrasta szkoła tańca, a w klubach tancerze wykonują akrobacje. Oczami wyobraźni już widzieliśmy, jak pocimy się na parkiecie. Ale w dniu wylotu do Cali z Brazylii dostaliśmy maila z propozycją pracy na wolontariacie w prowincjonalnej szkole położonej 40 km od Bogoty, gdzie pilnie potrzebowali nauczycieli angielskiego.

 

Dlatego w czasie przesiadki na lotnisku w kolumbijskiej stolicy, zamiast kontynuować podróż – szukamy autobusu do miasta Zipaquirá. Przyjeżdżamy na rekonesans we wtorek wieczorem, a już w środę rano o godz. 7.00 stoimy pod tablicą. Przez najbliższe trzy miesiące będziemy prowadzić lekcje w miejscowości Cogua, gdzie na przerwach słychać muczenie krów. Alejandro Clavijo, koordynator programu, tłumaczy nam, że zaprasza obcokrajowców do swojej szkoły z dwóch powodów. Po pierwsze, żeby nasi uczniowie w końcu nauczyli się angielskiego. Na naszym hiszpańskojęzycznym kontynencie ze zrozumiałych powodów nie jest popularny, ale kiedy tylko chcemy wyjechać, w mig rozumiemy, jak bardzo się przydaje. A po drugie, abyście zobaczyli, że Kolumbia to już dawno nie jest kraj białego proszku, „narcos” i FARC-u (Fuerzas Armadas Revolucionarias de Colombia – Rewolucyjnych Sił Zbrojnych Kolumbii). Zresztą nigdy w pełni nim nie była, tylko świat przyzwyczaił się tak o nas myśleć.

 

Po wielu tygodniach spędzonych w Kolumbii mamy poczucie głębokiej niesprawiedliwości, że za tą perłą Ameryki Południowej ciągnie się taka krzywdząca opinia. Przepiękne, wściekle zielone pagórki regionu Zona Cafetera, gdzie uprawia się kawę, zjawiskowe, karaibskie plaże, tropikalne lasy – czego jeszcze można chcieć?

 

Każdy dzień na wolontariacie zaczynamy od pobudki o chłodnym poranku na wysokości mniej więcej Kasprowego Wierchu i przytulania się z uczniami na dzień dobry (z przyjemnością odkrywamy, że łączy ich z nauczycielami prawdziwa, oparta na zaufaniu i bliskości więź). Przed przyjazdem do Kolumbii słyszeliśmy, że jest w niej wspaniale, bo Kolumbijczycy to najmilsi ludzie na kontynencie. Nauczeni doświadczeniem, aby na takie slogany patrzeć przez palce, nie dowierzaliśmy im – przecież wszyscy Latynosi są otwarci i sympatyczni. A jednak – ten kraj stał się naszym miejscem na świecie właśnie dzięki jego mieszkańcom. Gdzie indziej klientka w sklepie mięsnym zapyta ekspedientkę: czy podaruje mi pani kurze udko?. Gdzie dwudziestolatek, który odchodzi od grupy znajomych przy piwie, żeby się wysikać, powie: za pozwoleniem? Kolumbijczycy śpiewają o swojej ojczyźnie w najsłynniejszej cumbii: Colombia tierra querida („Kolumbia ukochana ziemia”). Podzielamy ich uczucia.

 

MIASTO POTWÓR

 

Większość stolic Ameryki Południowej to przerośnięte i przytłaczające aglomeracje, w których dojazdy z jednego punktu do drugiego zajmują zbyt dużo czasu w zbyt wielkim ścisku. Kolumbijska Bogota niestety nie jest wyjątkiem – mieszka tu ponad 8 mln ludzi, długie przegubowe autobusy pędzą ulicami wypełnione po brzegi. To zdecydowanie najmniej przyjazne miasto w Kolumbii, więc najlepiej uciec z niego jak najszybciej. Poza małą, urokliwą La Candelarią, którą można obejść w trakcie nie wymagającego wysiłku spaceru i gdzie warto udać się na smaczną kolację, żadna dzielnica nie zachwyca. Wieczorami wiele ulic, nawet tych w centrum, nie jest oświetlonych – nieoswojeni z miastem turyści mogą się przez to czuć niekomfortowo.

 

Dla tych, którzy muszą zakosztować stolicy, mamy jednak trzy propozycje. Po pierwsze, wizytę w spektakularnym Muzeum Złota (Museo del Oro), gdzie znajduje się ogromna kolekcja eksponatów sztuki złotniczej kultur prekolumbijskich (niemal 60 tys. przedmiotów). Po drugie, polecamy zajrzeć do Muzeum Botero (Museo Botero) z dziełami najważniejszego współczesnego kolumbijskiego malarza, rzeźbiarza i rysownika, rozpoznawalnego na całym świecie Fernanda Botera. Grubaśne postaci przedstawione na jego obrazach są charakterystyczne dla stylu twórcy – trochę zabawne, czasem smutne, na swój sposób piękne. Poza tym muzeum mieści się w starym budynku z urokliwym patio – to kolejny powód, aby je odwiedzić. Po trzecie, warto spędzić noc przy rytmach salsy, cumbii i vallenato. Najlepiej skorzystać z usług jednej z kilku agencji turystycznych. Oferują one udział w pokazach i lekcjach z profesjonalnymi tancerzami, ale też zabierają do najlepszych miejscówek w mieście, do których trudno trafić samemu.

 

KATEDRA Z SOLI

 

Kiedy rozpoczynaliśmy wolontariat w kolumbijskiej szkole, nie mieliśmy pojęcia, że miasto Zipaquirá, w którym zamieszkaliśmy, słynie z Katedry Solnej (Catedral de Sal) i że Kolumbijczycy byli kilka lat temu w polskiej kopalni w Wieliczce na wizycie studyjnej, żeby podpatrzyć nowe pomysły na turystykę.

 

Obecny podziemny kościół powstał w latach 90. XX w. Pierwszą kapliczkę, w której górnicy modlili się przed rozpoczęciem pracy, założono w kopalni na początku XX stulecia, ale nie został po niej żaden ślad. W latach 50. na jej miejscu pod ziemią wyrosła katedra. Jednak 40 lat później, po serii podmyć i tąpnięć, ze względów bezpieczeństwa trzeba było ją zamknąć. Mniej więcej 60 m pod nią zbudowano Nową Katedrę (Nueva Catedral).

 

Podobno co niedzielę odbywa się tu msza, ale odnieśliśmy wrażenie, że ten przybytek ma bardziej komercyjny niż duchowy charakter. W katedrze jest mrocznie, ale nie mistycznie. Stacje gigantycznej drogi krzyżowej (Viacrusis) są praktycznie nie do odróżnienia. Wnętrze tworzą trzy nawy. W porównaniu z wielicką Kaplicą św. Kingi świątynia w Zipaquirze wygląda monumentalnie – jest prawie trzy razy dłuższa (ma 80 m) i o połowę wyższa (mierzy ponad 16 m) – ale świeci pustkami. Chociaż opisuje się ją jako „osiągnięcie współczesnej architektury”, na nas nie robi wielkiego wrażenia.

 

O wiele bardziej ucieszyło nas odkrycie, że w mieście przez cztery lata mieszkał w internacie i chodził do liceum Gabriel García Márquez, kolumbijski noblista, którego śladami mieliśmy w planie wyruszyć (w jego dawnym liceum działa dziś Centro Cultural Casa del Nobel Gabriel García Márquez). Zresztą w Kolumbii znajduje się mnóstwo zdecydowanie piękniejszych i ciekawszych miejsc niż solny kościół, jak chociażby pobliska Villa de Leyva.

 

TAM, GDZIE CZAS SIĘ ZATRZYMAŁ

 

Villa de Leyva wygląda jak wyobrażenie o czasach kolonialnych w Ameryce Łacińskiej. Położona ok. 170 km od Bogoty na średniej wysokości 2149 m n.p.m., zalicza się do najbardziej fotogenicznych (obok Guatapé) kolumbijskich miasteczek. W 1954 r. uznano ją za skarb narodowy. Powstała w 1572 r. jako miejscowość wypoczynkowa dla sędziwych konkwistadorów, kleru i szlachty. Od tamtej pory niewiele sięzmieniło. Najlepiej przyjechać do miasteczka w tygodniu – wtedy będziemy mieć szansę na spokojne poznanie tego miejsca. W weekendy wąskie uliczki pękają w szwach, ściągają tu amatorzy butikowych hoteli i ekskluzywnych restauracji – mieszkańcy stolicy chętnie wpadają do Villi de Leyva na dwudniowy odpoczynek.

 

Centrum miejscowości stanowi oczywiście Plaza Mayor (Plaza Principal), według niektórych największy brukowany plac w Ameryce Południowej (ma 14 tys. m2 powierzchni). Obowiązkowym miejscem do zwiedzenia dla Kolumbijczyków jest również Dom Muzeum Kapitana Antonia Ricaurtego (Casa Museo Capitán Antonio Ricaurte). Walczył on o niepodległość u boku największego bohatera narodowego Kolumbii i wyzwoliciela wielu krajów kontynentu – Simóna Bolívara (1783–1830). Villę de Leyva otacza malownicza półpustynia. Dzięki temu i położeniu wysoko w górach miasteczko zachowało swój niezmieniony kształt.

 

KRAJ KAWY

 

Choć Kolumbia jest trzecim największym po Brazylii i Wietnamie producentem kawy na świecie, ze zdziwieniem odkryliśmy, że niełatwo się tu napić czegoś w stylu espresso – mocnego, aromatycznego i gorzkiego. Od rana na ulicach stoją mężczyźni z wózkami (często są podprowadzone z supermarketu) wypełnionymi termosami z tinto. To słodka, dosyć słaba kawa, podawana w plastikowych kubeczkach (na początku mieliśmy kłopot z zapamiętaniem tej nazwy, ponieważ w innych hiszpańskojęzycznych krajach oznacza czerwone wino). Byliśmy w Kolumbii, kiedy Starbucks, który zaopatruje się tutaj w kawę, otwierał swoją pierwszą kawiarnię w Bogocie (Parque 93). Z rozbawieniem obserwowaliśmy, jak lokalni hipsterzy od świtu stali w kolejce, aby kupić amerykański napój z rodzimych ziaren. W dłoniach trzymali słodkie tinto.

 

Jednak jedno jest pewne – miejsca, w których uprawia się kawowce, są zjawiskowe. Położona na zachód od Bogoty w kawowym trójkącie – departamentach Caldas, Risaralda i Quindío – Zona Cafetera (Eje Cafetero) od kilku lat znajduje się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Na soczyście zielonych pagórkach leżą posiadłości z plantacjami (fincas), a w dolinach rosną najwyższe palmy na świecie – palmy woskowe. Zakochaliśmy się w tym rejonie od pierwszego wejrzenia.

 

Zwiedzanie kawowego regionu zwykle zaczyna się w Salento (tu również najlepiej zawitać poza weekendem). W miasteczku jest dużo gringos, ale warto zatrzymać się w nim na noc i spróbować lokalnego specjału – pstrąga ze smażonymi plackami z platana (patacones). Tę odmianę banana pod różnymi postaciami podaje się w Kolumbii do większości posiłków (nam najbardziej smakował pieczony). Poza tym trzeba zagrać w tejo, narodową kolumbijską grę (najlepiej w barze „Los Amigos”). Polega ona na rzucaniu ciężkich metalowych dysków do celu. Jeśli trafi się w fajerwerk ukryty pod piaskiem, następuje wybuch.

 

Prawdziwe skarby znajdują się jednak w okolicy miasteczka. Na piechotę można dojść do plantacji rodziny Eliasów (Finca Las Brisas, Café Don Elias), biznesu prowadzonego od lat na niewielką skalę. Kolejnego dnia warto pojechać jeepami (odjeżdżają z głównego placu) do Valle de Cócora, spektakularnej doliny z wysmukłymi palmami woskowymi. Samochody dowożą nas do początkowego punktu czterogodzinnej trasy pieszej. Po drodze pokonujemy łąki, pagórki i linowe mosty rozwieszone nad strumieniami, aż w końcu dochodzimy do sanktuarium kolibrów Acaime. Starsza para, która je prowadzi, częstuje gorącą czekoladą lub kawą i kawałkiem sera (za symboliczną opłatą). Z filiżanką w dłoni obserwujemy, jak do rozwieszonych wszędzie poidełek podlatują kolejne kolibry. W Kolumbii występuje aż ok. 165 gatunków tego małego ptaka! W drodze powrotnej zaglądamy do jednej z licznych fincas. Do tego regionu najlepiej przyjeżdżać w okresie od stycznia do lutego, kiedy trwają zbiory kawy i dużo się dzieje.

 

KOLUMBIJSKI TYGRYS

 

Paisaje Cultural Cafetero

Departament Quindío to unikatowy przykład urodzajnego krajobrazu kulturowego

© PROCOLOMBIA

 

Od kiedy masową wyobraźnią zawładnęły obrazy z serialu Narcos, miasto Medellín znowu kojarzy się z kokainą, przestępstwami i Pablem Escobarem. Skojarzenia te są częściowo słuszne, ale od ok. 25 lat nieaktualne i stygmatyzujące. Owszem, Medellín było stolicą biznesu narkotykowego w latach 80. XX w., jednak gdy zabito Pabla Escobara w 1993 r. i rozprawiono się z innymi baronami, postawiło na zmianę i rozwój. W tej chwili to najbardziej dynamiczne i nowoczesne miasto w Kolumbii. Kwitnie tu biznes i nowe technologie (zainwestowano m.in. w sieć kolejek gondolowych i największe słodkowodne akwarium w Ameryce Południowej – do obejrzenia w interaktywnym centrum naukowo-technologicznym Parque Explora). Ze względu na swoje położenie w andyjskiej dolinie zwanej Valle de Aburrá, w otoczeniu zielonych wzgórz, i panujący w niej klimat słynie jako miasto wiecznej wiosny (la ciudad de la eterna primavera).

 

Zwiedzanie Medellín zaczynamy od placu imienia wspomnianego artysty Fernanda Botera, pełnego opasłych rzeźb jego autorstwa. Jeśli ktoś nie był w jego muzeum w Bogocie, koniecznie musi zajrzeć do Muzeum Antioquii (Museo de Antioquia) i obejrzeć kolekcję dzieł tego twórcy. Wieczory spędzamy w Parku Lleras (Parque Lleras) – w nim mieszkańcy miasta zbierają się wieczorem na szklaneczkę aguardiente przed imprezą i tańce do rana. Na ciekawe popołudnie wybieramy się do Comuny 13 (San Javier), dawniej niebezpiecznej dzielnicy, gdzie wałęsali się partyzanci z FARC-u i gangsterzy. Dziś wypełniają ją kolorowe domy, galerie sztuki i murale, przeprowadza się w niej ekologiczne i artystyczne projekty (ale wciąż lepiej nie kusić losu nocnymi spacerami). Amatorzy jazdy kolejką gondolową na pewno chętnie skorzystają z jednej z czterech linii (J, K, L i H), które łączą położone na wzgórzach dzielnice Medellín (zanim powstały kolejki, mieszkańcy tych rejonów spędzali na dojeździe do pracy nawet po 2–3 godz. dziennie!). Jeśli kogoś goni czas, naszym zdaniem lepiej jednak zajrzeć na Mercado Minoristai na tym targu urządzić sobie degustację świeżych tropikalnych owoców – niektóre występują tylko w Kolumbii! My po zakosztowaniu soku z lulo nie mogliśmy odżałować, że w żadnym sąsiednim kraju go nie spotkaliśmy. Na stoiskach sprzedaje się też mangostany, pitaje, guanábany czy tamarillo (tomates de árbol, pomidory drzewiaste).

 

Z Medellín można wybrać się na jednodniową wycieczkę do odległego o ok. 80 km miasteczka uchodzącego za najbardziej kolorowe w Kolumbii – Guatapé. To idealne miejsce dla miłośników fotografii i wolno płynącego czasu. Oprócz szukania odpowiednich ujęć, zajadania przysmaków z ulicznych stoisk i popijania tinto nie ma tu nic do roboty. W drodze powrotnej można wysiąść w miejscowości Santa Elena słynącej z pięknych kwiatów, które co roku dostarcza na sierpniowy festiwal Feria de las Flores w Medellín – powstają z nich niesamowite barwne konstrukcje. W tej okolicy ze względu na doskonałe warunki – żyzne ziemie, odpowiednią wysokość bezwzględną i temperaturę – kwiaty rosną jak szalone. Turyści zwykle wybierają się na zachód słońca do położonego nieopodal malowniczego Parku Arví (Parque Arví), gdzie czekają na nich lasy, jeziora, ptaki (ponad 100 gatunków) i owady (powyżej 160 gatunków).

 

KARAIBSKA PERŁA KOLUMBII

 

Cartagena de Indias to obowiązkowy przystanek dla turystów podróżujących po Kolumbii. Pewnie dlatego, że ten dawniej jeden z najważniejszych karaibskich portów, założony w 1533 r., zachował swój kolonialny urok. Po rozległym starym mieście jeżdżą trochę kiczowate bryczki (podobne do tych w Krakowie), ale można też znaleźć mniej turystyczne zakątki. Dlatego oprócz zwiedzania najważniejszych zabytków, takich jak plac św. Dominika (Plaza de Santo Domingo), Zamek św. Filipa (Castillo de San Felipe de Barajas), Katedra św. Katarzyny Aleksandryjskiej (Catedral de Santa Catalina de Alejandría), kościoły: św. Piotra Klawera (Iglesia de San Pedro Claver), św. Trójcy (Iglesia de la Santísima Trinidad) i św. Turybiusza de Mogrovejo (Iglesia de Santo Toribio de Mogrovejo) czy Pałac Inkwizycji (Palacio de la Inquisición), wybieramy się również w inne strony. Wchodzimy na potężne mury, gdzie próbujemy wyobrazić sobie, jak musieli się czuć konkwistadorzy, gdy przybijali do tych karaibskich brzegów, zanurzamy się w dzielnicę Getsemaní, pełną stylowej sztuki ulicznej, tworzonej przez znanych lokalnych i międzynarodowych artystów. To tutaj znajdujemy tętniące życiem bary, do których trafiają tylko zdeterminowani gringos.

 

Dla wielu osób Cartagena de Indias jest bazą wypadową na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario), gdzie można podziwiać akwarium na otwartym morzu i kąpać się przy bielutkich plażach. Niestety ta część parku narodowego (Parque Nacional Natural Corales del Rosario y de San Bernardo) to jedno z najczęściej odwiedzanych miejsc w kraju – w sezonie przeżywa prawdziwe oblężenie, co nie pozwala na swobodne rozkoszowanie się naturą. Dlatego dla nas Cartagena de Indias stała się bazą do wyprawy na niezwykły, ledwie nadgryziony przez turystów i zupełnie nieznany w Polsce archipelag San Bernardo. Po 2 godz. rejsu motorówką lądujemy w raju na wyspie Múcura, gdzie funkcjonują tylko dwa hotele, a jeden z nich – ekskluzywny Punta Faro – to ziszczenie marzeń o relaksie. Czeka nas nurkowanie lub snorkeling w przejrzystej wodzie pełnej egzotycznych ryb, płaszczek i homarów, samotne kąpiele przy pustych plażach i wycieczki kajakami wzdłuż wybrzeża.

 

Kilka minut rejsu łódką od Múcury leży zupełnie inna wyspa, Santa Cruz del Islote, do której brzegów przybiliśmy, żeby pod pretekstem nauki angielskiego poznać jej społeczność, a potem, za jej zgodą, napisać reportaż do naszej książki Tańczymy już tylko w Zaduszki. Santa Cruz del Islote uchodzi za najgęściej zaludnioną wyspę świata – zajmuje niecały hektar powierzchni, a na co dzień mieszka na niej niemal 800 osób. Kiedy dzieci wracają do domu na wakacje z kontynentalnej Kolumbii, gdzie chodzą do szkoły z internatem, ta liczba zwiększa się nawet do 1,2 tys. Wyspa wygląda jak kawałek betonowego osiedla wrzucony w morze – nie ma tu plaż ani palm. Mieszkańcy nieustannie rozbudowują Santa Cruz de Islote. W miejscach, gdzie jest wystarczająco płytko, wykładają mieliznę muszlami ślimaków morskich (będących składnikiem codziennej diety), wielkogabarytowymi śmieciami i betonem. Żeby zagrać w piłkę, płyną na przestronną i zieloną Múcurę. Aby pochować zmarłego, udają się na cmentarz na sąsiednią Tintipán. Warto ich odwiedzić, ale najlepiej zrobić to na własną rękę, wynajętą łódką, a nie z chmarą turystów, którzy chodzą po wyspie w kapokach i pokazują sobie wyspiarzy palcami.

 

Isla Mucura Cortesia ProColombia

 

SIELSKI ZAKĄTEK

 

Jeden z najpopularniejszych parków narodowych w Kolumbii to Naturalny Park Narodowy Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona). W sezonie trzeba liczyć się w nim z dużą liczbą turystów. Nic w tym dziwnego, w końcu karaibskie wybrzeże spotyka się tutaj z tropikalnym lasem. Kiedy staniemy w jednej z licznych zatoczek zwróceni twarzą w stronę morza, nad głową ujrzymy wysmukłe palmy, a za plecami będziemy mieli bujną leśną roślinność i pasmo Sierra Nevada de Santa Marta.

 

W Parku Tayrona koniecznie należy wybrać się na pocztówkowy przylądek – Cabo San Juan de Guía. Przy odrobinie szczęścia po drodze można spotkać papugi, legwany (to akurat pewne), a nawet małpy! Ten zjawiskowy rejon kryje też w swoich lasach niewielkie ruiny osady Taironów (El Pueblito) i pozostałości ich kultury (kamienny krąg Nueve Piedras). Przede wszystkim znajdują się tu jednak niesamowite plaże, jak La Piscina czy Arrecifes.

 

Miasto Santa Marta, które mijamy po drodze z Cartageny de Indias, jest malownicze, ale naszym zdaniem na wybrzeżu o wiele lepiej spędzać czas w otoczeniu natury niż wśród murów. Wielbiciele plaż mogą zatracić się w Parku Tayrona, ale mamy jeszcze jedną propozycję: wycieczkę do położonej o ok. 15 km od Santa Marty wioski Minca otulonej tropikalną zielenią. Od rana rozbrzmiewa tu głośny śpiew ptaków (w tym rejonie występuje ponad 360 gatunków, a lokalne agencje organizują spacery ornitologiczne). Poza tym roztacza się stąd cudowny widok na wybrzeże i okolicę, bo miejscowość leży na wysokości 650 m n.p.m. Warto pójść na spacer do punktu widokowego Los Pinos albo do dwóch małych jezior Pozo Azul, żeby zanurzyć się w chłodnej kąpieli. A jeśli jeszcze uda się komuś zarezerwować nocleg w wyjątkowym kameralnym hostelu Casa Loma, który wygląda jak domek na drzewie, wizyta w Mince będzie niezapomniana.

 

W Santa Marcie można też spełnić marzenie niejednego odkrywcy – zapisać się na niezwykły kilkudniowy trekking przez tropikalny las do zaginionego miasta, czyli Ciudad Perdida (Teyuna). Odkryli je lokalni poszukiwacze skarbów w 1972 r. Kiedy złote figury i biżuteria oraz starodawne naczynia zaczęły pojawiać się na targach, w głąb lasu ruszyli archeolodzy. Ustalili, że miasto pochodzi prawdopodobnie z ok. 800 r. (czyli założono je jakieś 650 lat przed słynnym Machu Picchu), a zostało opuszczone w trakcie hiszpańskiej konkwisty. Rdzenne lokalne społeczności, m.in. Arhuaco, Kogi (Kagaba) i Wiwa, odwiedzały to miejsce od zawsze, ale nie dzieliły się nim ze światem. Przez wiele lat, kiedy na tym terenie operował FARC, wycieczka do Ciudad Perdida była ryzykowna, ale od 2005 r. na szlaku działają agencje turystyczne i taka wyprawa jest bardzo bezpieczna (nie należy jednak wędrować samotnie, bo nietrudno się zgubić, poza tym spacer po tropikalnym lesie wymaga merytorycznego przygotowania). Kto zdecyduje się na trekking, musi wiedzieć, że do pokonania ma ok. 46 km przy dużej wilgotności powietrza.

 

W drodze powrotnej z Parku Tayrona można wysiąść w mieście Barranquilla, a jeśli trwa karnawał, to nawet trzeba! Tu odbywa się najsłynniejsza zabawa karnawałowa w całym kraju, na którą przybywa ponad milion gości. Jej korzenie sięgają XIX w. W Barranquilli mieszają się ze sobą różne kultury z wybrzeża karaibskiego – ich wpływy widać przede wszystkim w muzyce, tańcach i przebraniach. Poza tym miasto ma jeszcze jeden powód do dumy: w 1977 r. urodziła się tu najsłynniejsza współczesna kolumbijska piosenkarka – Shakira (jako ciemna brunetka).

 

KOLEBKA REALIZMU MAGICZNEGO

 

Casa Museo Gabriel Garcia Marquez Aracataca 1

Muzeum Gabriela Garcíi Márqueza w mieście Aracataca otworzono w 2010 r.

© PROCOLOMBIA

 

Jest takie miasto w Kolumbii, do którego nie zajrzy nikt, kto nie zaczytał się choć raz w prozie Gabriela Garcíi Márqueza. To Aracataca. Dla fanów realizmu magicznego wizyta w niej będzie niewielkim nadłożeniem drogi – leży ona zaledwie 80 km od Santa Marty.

 

Aracataca – ta nazwa wybija rytm jak koła pociągu, który przejeżdżał przez miasto wyładowany owocami w okresie boomu bananowego podsycanego przez United Fruit Company. Na te czasy przypadło dzieciństwo pisarza – Gabo, jak pieszczotliwie mówią na niego Latynosi, spędził tu pierwszych osiem lat życia. Aracataca stanowi pierwowzór mitycznego Macondo z powieści Sto lat samotności (1967 r.). Musieliśmy do niej przyjechać, żeby spróbować zrozumieć, jak to się stało, że w opowieściach Márqueza rzeczywistość tak płynnie przechodzi w fantazję, że trudno stwierdzić, co jest bardziej autentyczne – to, co prawdopodobne, czy też to, co wydaje się wytworem wyobraźni.

 

W tym sennym, trochę zapomnianym mieście wszystko dzieje się powoli i nie wiadomo, czy wydarza się naprawdę. Nad murami i chodnikami latają żółte motyle (te owady wciąż towarzyszyły Mauriciowi Babilonii, jednej z postaci Stu lat samotności). Odwiedzamy muzeum, dawny dom pisarza, ale sąsiadka tłumaczy nam, że nie ma on wiele wspólnego z autentycznym, który był dużo skromniejszy. To po prostu replika zbudowana na wzór posiadłości ze słynnej powieści Márqueza, z pokojami ciotek i warsztatem dziadka.

 

Inny sąsiad, Hannibal Caí (dziś dobiega już setki), rozsiada się w bujanym fotelu i opowiada o tym, jak jedna z ciotek Gabo, Francisca, podpaliła kiedyś ich dom. Zajmowała się świętymi w naszym kościele, przystrajała ich ołtarze kwiatami, zapalała świeczki. W domu też miała ołtarzyk. Zapaliła świeczkę i buch, cały dom po chwili stanął w płomieniach. Pomagałem gasić – śmieje się do wspomnień.

 

Próbujemy ustalić, czy jest w miasteczku jakiś pomnik Márqueza. Nie ma i nigdy nie było – twierdzi część mieszkańców. Nie ma, ale był – mówią pozostali. Jaki? Poznajemy trzy różne wersje. Najbardziej podoba nam się ta: ktoś postawił pomnik nagiego Gabita, ale ten przyjechał, obejrzał dzieło i zdecydował, że trzeba je zburzyć – przecież on nie ma takiego małego przyrodzenia!

 

Dolce Vita w Toskanii

PAWEŁ PAKIEŁA

 

 FOT. ISOLADELBA.CA

Od czasów Etrusków poprzez panowanie rzymskie aż do renesansu, jak się powszechnie uważa, największą na świecie skarbnicą dzieł sztuki jest położona w środkowych Włoszech historyczna kraina –Toskania. Zgromadzono tu niezwykłe malowidła, rzeźby, freski czy arcydzieła architektoniczne. Można wymienić jednak więcej powodów, dla których warto przyjechać do tego magicznego miejsca. Tym, co przyciąga tutaj ludzi, jest również ciepły, śródziemnomorski klimat oraz sielskie i malownicze krajobrazy, które pozwalają odpocząć od miejskiego gwaru. Smakosze wina znajdą w tym regionie urocze restauracje z prostym, lecz smacznym jedzeniem i dużym wyborem szlachetnych trunków z miejscowych winnic. Amatorzy wycieczek pieszych i rowerowych mogą cieszyć się licznymi trasami, z kolei spragnieni kąpieli słonecznych wypoczywać na piaszczystych plażach. Nic dziwnego, że Toskania stała się tłem dla wielu filmów i książek skutecznie zachęcających do odwiedzenia tego niezwykłego miejsca.

Więcej…