DAWID ZASTROŻNY


Ulotka na lotnisku, przewodnik w plecaku, film na ekranie pokładowego monitora: zanim nasze stopy dotkną tajskiej ziemi, sądzimy, że wiemy, czego się spodziewać. Znamy już uśmiech Leżącego Buddy ze świątyni Wat Pho, naszą wyobraźnię rozpala złoto Wielkiego Pałacu Królewskiego w Bangkoku. Nowoczesny terminal lotniska w stolicy Tajlandii jest przyjaźnie rozplanowany i wiemy dokąd iść. Nie jesteśmy tylko przygotowani na to, co czeka na nas na zewnątrz.

Bangkok pędzi, a pierwsze spotkanie z nim jest niczym czołowe zderzenie. Tajska metropolia domaga się uwagi powodzią neonów, których znaczenia nie pojmujemy. Wszystko, co na pierwszy rzut oka wydaje się znajome, wcale takie nie jest. Warto więc zostać tu kilka dni, żeby się oswoić i bez pośpiechu chłonąć energię tego ogromnego miasta.

 

W Bangkoku są setki świątyń. Pogódźmy się z tym, że nie zobaczymy ich wszystkich. Nic się nie stało – te słowa usłyszymy wiele razy i dobrze wziąć je sobie do serca. Warto się tutaj zgubić, gdyż tuż za rogiem może chować się zaciszna kapliczka, której nie ma w przewodniku, albo domek dla duchów: wypełniony owocowymi darami miniaturowy budynek, stojący przed swoim pierwowzorem. Jeśli dopisze nam szczęście, zobaczymy, jak starsza Tajka w skupieniu wykonuje taniec z ostrym jak brzytwa mieczem. To, czego nie znajdziemy w hotelu, o czym piszą i co fotografują wytrawni podróżnicy, to wszystko tu jest – i to na wyciągnięcie ręki.

 

Miasto dziewięciu klejnotów

Czerwone rubiny i korale, białe perły i diamenty, zielone szmaragdy, niebieskie i żółte szafiry, granaty i „kocie oczy” śledzą naszą przeprawę przez dżunglę ze szkła, betonu i bambusa. Te królewskie klejnoty, upamiętnione w pełnej nazwie Bangkoku, są wszędzie: zdobią fasady świątyń i oblicza strzegących je posągów. Każdy kamień reprezentuje jedną z planet, przez co miasto jawi się jako wymowna metafora kosmosu. To gigantyczna metropolia, będąca domem dla ponad 14,5 miliona osób. Przez futurystyczny las neonowych wież przemyka nowoczesna napowietrzna kolej. Wewnątrz podróżuje modnie ubrana młodzież, biznesmeni, piękne dziewczyny, których poprzednią płeć zdradza jedynie niski głos, a pośród nich skromni, owinięci szafranowymi szatami mnisi. Ludzie spędzają połowę dnia w drogich centrach handlowych i w gigantycznych korkach na sześciopasmowych ulicach.

Obok istnieje równoległa rzeczywistość nabrzeży kanałów żeglownych i zielonych enklaw parków. Na wielkich targowiskach można kupić świeżą rybę, siatkę egzotycznych owoców, a także magiczny amulet. Problemem nie jest nawet uszycie sobie jedwabnego garnituru na miarę. O poranku tysiące mnichów dostojnym krokiem boso przemierzają ulice, zbierając ofiarowaną im żywność. Tuż obok pędzą na złamanie karku motoriksze tuk-tuk. To miasto, w którym doświadczymy prawie wszystkiego: poznamy smak pieczonej szarańczy i spotkamy ludzi z całego świata.

            Blisko stąd do niemal każdego miejsca w Azji. Jeżeli marzy nam się spacer wśród ruin magicznej świątyni Angkor Wat, lot do Kambodży trwa tylko godzinę. Jeszcze bliżej są pozostałości historycznych tajskich miast Ajutthaja i Sukhothai, gdzie również można zobaczyć jak przyroda wygrywa z pomnikami cywilizacji. Nie próbujmy jednak ścigać się z czasem, bo Bangkok zmęczy nas nadmiarem wrażeń. Jeżeli chcemy ochłonąć, mamy do wyboru dwie drogi: na północ i na południe.

 

Róża Północy

Lot ze stolicy do Chiang Mai trwa dwie godziny, ale warto rozważyć jazdę pociągiem, bowiem 14-godzinna podróż przez sielskie krajobrazy wycisza, przygotowując na spotkanie z duchowym centrum Królestwa Tajlandii. Jeżeli zastanawiał nas spokój i uśmiech widziany na twarzach przechodniów w Bangkoku, właśnie dotarliśmy do jego źródła. Jest tu kilka klasztorów, w których mnisi zaofiarują nam naukę spojrzenia na życie z dystansu. Nie trzeba być buddystą, choć oni znają prosty przepis na szczęście. Każdy dzień życia, wszystko co robimy powinno być sanuk, czyli radosne. Wystarczy docenić prostotę i odnaleźć piękno w drobiazgach.

Lekcja pierwsza: jedzmy wtedy, kiedy jesteśmy głodni. Tajowie nigdy nie spożywają posiłków o ustalonych porach, a są zdrowi i szczupli. Śmiało odkrywajmy nowe smaki – potrawy w Tajlandii są świeże, obłędnie pachną i kosztują grosze. Kiedy poznamy swoje ulubione danie, dowiedzmy się, jak je przyrządzać. Jest tu mnóstwo miejsc, gdzie nas tego nauczą. Naprawdę warto zdobyć taką wiedzę, bowiem tajskie dania są pyszne, a poza tym łatwe i błyskawiczne w przygotowaniu. Po powrocie z Tajlandii możemy je sobie szykować do pracy. To będzie nasza pamiątka z dalekiego kraju.

            Bangkok odurza Azją, a Chiang Mai z nią oswaja. Tu rozpoczynają się ścieżki prowadzące na naprawdę Daleki Wschód… Miejscowi ludzie albo nie wiedzą, czym jest pogoń za karierą, albo nie chcą o niej słyszeć. W górskich wioskach północnej Tajlandii mieszkają plemiona dumne ze swojego pochodzenia. Posiadają niezmiernie barwne i ciekawe tradycje, którym są wierni od wieków. Rozpoznamy ich od razu, bo na co dzień noszą ludowe stroje i biżuterię. Potrafią również tworzyć przepiękne wyroby rękodzielnicze: papier czerpany, rzeźbione figurki i jedwabne szale. Będą nam one przypominać po powrocie do Europy o ludziach żyjących w zgodzie ze światem oraz o miejscu, gdzie można odnaleźć spokój ducha.

 

Jak w raju

Na pewno pamiętamy zdjęcia z folderów turystycznych: soczysta zieleń, intensywny błękit nieba i turkusowa woda. Trudno na początku uwierzyć, że te kolory są prawdziwe. Na południu Tajlandii przekonamy się o tym na własne oczy. Odkryjemy, że woda naprawdę może być tak przejrzysta, że z pokładu łodzi widać dno morza. Białe kwiatki, znane z reklam kosmetyków i salonów SPA na całym świecie, to plumeria, która rośnie tu na każdym kroku, podobnie jak przepiękne storczyki czy lotos.

            Zanim dotrzemy na południe, wiele razy będziemy mieli możliwość skorzystania z tradycyjnego tajskiego masażu. Usuwa on doskonale zmęczenie. Najprzyjemniej jest się mu poddać właśnie tutaj, w cieniu palm, mając za sobą doświadczenia podróży po całym kraju. Drobni masażyści wykonują zdecydowane ruchy, które mogą spowodować, że na początku poczujemy ból. Nie robią tego celowo – to dają znać o sobie nasze napięte mięśnie. Jednak dzięki intensywnemu uciskowi natychmiast się rozluźniają. Efekt takiego masażu przechodzi najśmielsze oczekiwania.

Jeżeli znudzi nas wylegiwanie się na tarasie drewnianej chatki na plaży i popijanie przez słomkę soku prosto z orzechu kokosa, popatrzmy na morze. W Tajlandii są setki wysp, leżących po obu stronach Półwyspu Malajskiego. Jeśli jesteśmy nad Morzem Andamańskim, płyńmy na archipelag Similan. Wokół niego utworzono Park Narodowy Mu Ko Similan – jedno z najpiękniejszych miejsc do nurkowania na świecie. Nad Zatoką Tajlandzką na odkrywanie podwodnych głębin najlepiej nadają się okolice wyspy Ko Tao. Widoczność pod wodą przekracza tu 40 m.

Nie trzeba płynąć zbyt daleko, żeby na własne oczy doświadczyć oszałamiającej przyrody. Spokojna wyspa Ko Samet leży tylko 200 km na południowy wschód od Bangkoku. Raczej nie spotkamy tu wielu turystów – to popularne miejsce wśród Tajów ze stolicy. Nie musimy nawet płynąć na żadną wyspę: w Hua Hin, ulubionym kurorcie rodziny królewskiej, albo w prowincji Krabi widoki są równie spektakularne, a na podmorską wyprawę i udane wędkowanie możemy wyruszyć z popularnego kurortu Pattaya. Jeżeli jednak marzy nam się bezludne zacisze, będziemy mieć problem… z wyborem. Maleńkich wysepek jest tu mnóstwo, a na wielu z nich nie ma nawet utwardzonych dróg, często też i samochodów. Dostaniemy się na nie promem, czasem zwykłą łódką, odpływając z większych portów. Jeśli tęsknimy za wygodami i luksusami, wybierzmy większą wyspę: Ko Samui, Ko Chang, Phuket lub Ko Lanta. Znajdują się na nich piękne plaże, jest też wiele miejsc, w których można dobrze zjeść i się pobawić. Trochę ochłody da nam kąpiel u stóp wodospadu, gdzie dotrzemy wynajętym skuterem lub – jak na Ko Chang – na słoniu. Większe wyspy razem z wieloma mniejszymi często tworzą atrakcyjne archipelagi. Cały dzień nie wystarczy, żeby odwiedzić je wszystkie po kolei. Kiedy któraś z nich szczególnie nam się spodoba, możemy na niej zostać – łódź będzie czekać o zachodzie słońca. Tylko kto by chciał na nią wsiąść?!

Wszystko, co zobaczymy, czego doświadczymy, będzie dla nas całkowicie nowe. To zupełnie inny, egzotyczny świat, a jednak zaskakująco przystępny. Nie należy się zatem obawiać podróży do Tajlandii. Transport na miejscu działa bardzo sprawnie, ceny są niskie, a Tajowie – niezmiernie życzliwi. Ci ludzie mogą nas nauczyć spokoju, dystansu do rzeczywistości i pogodnego nastawienia do otoczenia. Nawet na ulicach zatłoczonego Bangkoku w godzinach szczytu wszyscy będą się uśmiechać. Nie każdy uśmiech znaczy tutaj to samo (może np. maskować zakłopotanie, jeżeli ktoś zapytany o drogę, nie będzie umiał jej wskazać), ale zawsze jest wyrazem szacunku dla drugiego człowieka. Nie zdziwmy się więc, jeśli zarazimy się tym zwyczajem i zachowamy go nawet po powrocie na europejski kontynent…


 

Artykuły wybrane losowo

Moc przygód w słonecznej Słowenii

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Słowenia nazywana jest Europą w miniaturze, ponieważ można tu spotkać praktycznie każdy rodzaj krajobrazu – wysokie, ośnieżone zimą szczyty Alp Julijskich, rozległe równiny, bujne lasy, rwące górskie rzeki, malownicze winnice, lecznicze wody termalne, sympatyczne kurorty nad Adriatykiem czy zabytkowe miasta i urocze zamki (na czele ze słynnym średniowiecznym Predjamskim gradem). W tym małym państwie znajdziemy również rozbudowaną bazę hotelową, nowoczesną infrastrukturę narciarską i pyszną kuchnię. Magnesem przyciągającym do niego zagranicznych turystów (w tym coraz więcej Polaków) są unikalne cuda przyrody – wspaniałe zjawiska krasowe, bajkowy podziemny świat (jaskinia Postojna i Jaskinie Szkocjańskie) czy zniewalające jeziora (Bled i Bohinj). Słowenia to także wymarzony kierunek (przez okrągły rok!) dla miłośników aktywnego wypoczynku: narciarstwa (zarówno biegowego, jak i zjazdowego), snowboardingu, wspinaczki sportowej (Osp), jazdy konnej (Lipica), raftingu i kanioningu (śliczna szmaragdowo-zielona Socza), wędkarstwa (tutejsze alpejskie rzeki obfitują w pstrągi), żeglarstwa, golfa, kolarstwa górskiego, pływania (w ciepłym Morzu Adriatyckim lub olbrzymich aquaparkach z licznymi basenami) czy podwodnych przygód (doskonałe miejsca nurkowe na wybrzeżu między Piranem a Strunjanem albo niezmiernie głębokie Divje Jezero, czyli „Dzikie Jezioro”, koło Idriji). Nic więc dziwnego, że o tym maleńkim kraju, zapewniającym dużą dawkę adrenaliny, mówi się, że leży po słonecznej stronie Alp.  

Więcej…

Malezja – między sacrum a futurum

ANNA JANOWSKA

<< Jeśli Malezja kojarzyła Wam się do tej pory z leżeniem na plaży, snorkelingiem czy nurkowaniem wśród kolorowych raf i pływaniem z żółwiami, a nie ze scenami rodem z filmów science fiction, nie jesteście na bieżąco! Są tu budowane od fundamentów na potrzeby branży informatycznej cybermiasta kontrolowane przez maszyny, jak w „Pamięci absolutnej”. Jest rozświetlona neonami stolica, w której życie toczy się piętrowo jak w futurystycznym Nowy Jorku z „Piątego elementu”. W nieskażonych cywilizacją lasach rodem z „Avatara” nadal można jednak spotkać tajemnicze gatunki roślin i zwierząt nieznane naukowcom. >>

To niemal 30-milionowe państwo w Azji Południowo-Wschodniej leży nad wodami Morza Południowochińskiego na Półwyspie Malajskim i w północnej części wyspy Borneo. Niepodległość od Wielkiej Brytanii uzyskało w 1957 r. Dziś na czele tego kraju o ustroju monarchii konstytucyjnej stoi król (obecnie Tuanku Abdul Halim), który mianuje premiera. Na początku lat 90. XX w. ze względu na szybkie tempo wzrostu gospodarczego Malezję zaliczono do tzw. azjatyckich tygrysów.

Więcej…

Kenia, Tanzania, Lamu i Zanzibar – 101 cudów Afryki

ELŻBIETA I ROBERT PAWEŁEK

 

<< Dla większości podróżników zakochanych w Czarnym Lądzie Kenia i Tanzania nie mają sobie równych. To kraje bajecznie piękne, magiczne i wciąż dzikie. Warto odwiedzić je szczególnie w porze tzw. Wielkiej Migracji, kiedy rozgrywa się jeden z najbardziej widowiskowych spektakli przyrody na ziemi. Jeśli przy okazji upolujemy aparatem fotograficznym całą Wielką Piątkę Afryki (lwa, słonia, bawoła, nosorożca czarnego i lamparta), nasze safari będziemy mogli zaliczyć do udanych i wyruszyć na zasłużony odpoczynek na afrykańskie wyspy – kenijską Lamu i słynny tanzański Zanzibar – prawdziwe miniaturowe wersje raju. >>

 FOT. KENYA TOURISM BOARD

Terytoria obu państw znajdowały się w swojej historii w granicach kolonii brytyjskiej. O czasach tych przypomina dzisiaj powszechny w sferze oficjalnej język angielski. Rdzenni mieszkańcy Kenii i Tanzanii posługują się jednak suahili, którego główny dialekt unguja pochodzi z wyspy Zanzibar.

Afryka jest mistyczna: dzika, piekielnie upalna, stanowi raj dla fotografujących i myśliwych, krainę utopii dla eskapistów. Jest tym, czego pragniesz, wymyka się wszelkim interpretacjom – pisała w swoich pamiętnikach West with the Night słynna kenijska pilotka urodzona w Wielkiej Brytanii Beryl Markham (1902–1986). Dla pasjonatów nieskażonej natury liczą się tu przede wszystkim dwa miejsca: Maasai Mara National Reserve (Rezerwat Narodowy Masai Mara) w Kenii i Serengeti National Park (Park Narodowy Serengeti) w Tanzanii. Jedną z największych atrakcji są w nich duże ssaki. Jednak ani gepard, ani lew, ani nawet sympatycznie wyglądające, choć groźne w rzeczywistości hipopotamy nie wystawią się nam same do zdjęcia. Niemal na każdym kroku napotkamy za to stada płochliwych oryksów czy żyjące gromadnie zebry, od których aż mieni się w oczach.

Więcej…