MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Tym, co najbardziej przyciąga do tego południowoamerykańskiego kraju, kojarzonego obecnie w Polsce przede wszystkim z kontrowersyjnym prezydentem Hugo Chávezem, wielkimi złożami ropy naftowej, najpiękniejszymi kobietami na świecie (aż 6 tytułów Miss World i Miss Universe!) i porywającą tłumy widzów, niezrównaną Orkiestrą Symfoniczną Simóna Bolívara pod dyrekcją młodego geniusza muzycznego, 31-letniego Gustavo Dudamela, jest bezsprzecznie wielkie bogactwo tutejszej przyrody. Odważniejsi turyści eksplorują deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao, podróżując szlakiem słynnego niemieckiego geografa, przyrodnika i podróżnika Aleksandra von Humboldta (1769–1859). Miłośników gór przyciągają dostojne Andy, na czele z najwyższym szczytem Wenezueli – Pico Bolívar (4978 m n.p.m.). Amatorzy ciszy i spokoju oraz zapierających dech w piersiach widoków odpoczywają na rajskim archipelagu Los Roques i u stóp potężnego wodospadu Salto Ángel. A to przecież tylko kilka spośród wielu zachwycających atrakcji tego pasjonującego kraju...

 

Wielbiciele historii, czekolady oraz dziewiczych tropikalnych plaż ściągają na półwysep Paria. Turyści, którym zależy na wygodach oferowanych przez komfortowe hotele typu all inclusive, udają się zazwyczaj na karaibskie wyspy należące do Wenezueli – Margaritę i Coche. Z kolei pielgrzymi podążają do największego na świecie pomnika Matki Bożej – Monumento a la Virgen de la Paz, przyćmiewającego swą wielkością nawet słynną 38-metrową figurę Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro. Ta ogromna wenezuelska statua wznosi się ok. 10 km na południowy zachód od 40-tysięcznego miasta Trujillo. Ma prawie 47 metrów wysokości i waży 1200 ton. Wreszcie fascynaci cudów myśli technicznej podziwiają z bliska Centralę Hydroelektryczną Simóna Bolívara na rzece Caroní (głównym dopływie Orinoko), nazywaną również Tamą Guri (Represa de Guri). Jest to trzecia pod względem wielkości elektrownia wodna na świecie – po Zaporze Trzech Przełomów w Chinach i kompleksie Itaipú na granicy Brazylii i Paragwaju. Nie zapominają również o odwiedzeniu Puente Orinoquia, tzw. drugiego mostu nad rzeką Orinoko, oddanego do użytku w 2006 r. To spektakularna przeprawa podwieszona zbudowana z betonu i stali, stworzona koło ponad 1-milionowego Ciudad Guayana. Ta konstrukcja o długości aż 3156 metrów kosztowała ok. 900 mln dolarów. Jak więc widać na tych kilku przykładach, Wenezuela oferuje moc atrakcji dla każdego. Stanowi wymarzone miejsce na podróż pełną przygód, którą można zakończyć błogim odpoczynkiem na rajskiej karaibskiej plaży.

To południowoamerykańskie państwo gwarantuje wszystkim odwiedzającym go turystom niepowtarzalne krajobrazy i dziewiczą naturę. Jak bezcenna, dzika i nietknięta przez człowieka jest tutejsza przyroda pokazuje nam choćby ogromna liczba parków narodowych znajdujących się na obszarze tego kraju (aż 43!). Zajmują one łącznie 15 proc. terytorium Wenezueli, czyli niemal 150 tys. km². Pierwszy z nich – Park Narodowy Henri Pittier – powstał już w 1937 r. (nadano mu wówczas nazwę Rancho Grande, tzn. Wielkiego Rancza). Jego powierzchnia wynosi 1078 km², na których możemy podziwiać zarówno dzikie karaibskie wybrzeże z malowniczymi zatokami i cudownymi plażami (np. Bahía de Cata, Playa Cuyagua, La Ciénaga de Ocumare czy Playa Choroní), jak i górzyste tereny Kordyliery Nadbrzeżnej (Cordillera de la Costa). To prawdziwy raj dla miłośników ornitologii. Ściągają tu oni tłumnie, żeby podglądać ponad 580 gatunków ptaków, m.in. sokoła wędrownego, olbrzymią harpię wielką czy zagrożonego wyginięciem czubacza hełmiastego. Odwiedzając ten wspaniały park, którego ojcem jest Henri Pittier (1857–1950), zakochany w Wenezueli szwajcarski geograf, etnolog, biolog i botanik, koniecznie trzeba też spróbować miejscowego doskonałego kakao, uważanego za jedno z najlepszych na świecie. W tym celu najlepiej odwiedzić nadmorską miejscowość Chuao, słynną od 400 lat ze zbioru nasion kakaowca właściwego.  

 

NAJWYŻSZY WODOSPAD ŚWIATA

FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Będąc na wenezuelskiej ziemi, każdy szanujący się turysta musi zobaczyć cud natury, jaki stanowi ukryty w dżungli, zapierający dech w piersiach Salto Ángel. Ma aż 979 metrów wysokości i jest 19-krotnie wyższy od słynnego wodospadu Niagara. Jako jeden z pierwszych, poza rdzennymi mieszkańcami tych terenów – Indianami Pemon, zobaczył go w 1933 r. amerykański podróżnik i lotnik James Crawford Angel, zwany Jimmie (1899–1956). Ujrzał on potężną kaskadę wody spadającą z góry stołowej Auyantepuy przypadkiem, kiedy przelatywał nad Wielką Sawanną (La Gran Sabana), dziewiczym regionem w południowo-wschodniej części Wenezueli. W 1937 r. postanowił wrócić do tego miejsca jednopłatowcem Flamingo z zamiarem posadzenia go tuż obok wodospadu. Udało mu się wylądować na szczycie Auyantepuy (co oznacza w języku Indian Pemon „Górę Diabła”), ale podczas tego ryzykownego manewru jego samolot, nazywany El Río Caroní (Rzeką Caroní), uległ uszkodzeniu i nie nadawał się do dalszego lotu. Jimmie wraz ze swoją żoną Marie i innymi pasażerami maszyny aż przez 11 dni przedzierali się przez dżunglę do najbliższej ludzkiej osady w dolinie Kamarata. Kiedy po szerokim świecie rozeszła się wiadomość o odkryciu potężnego wodospadu, Angel stał się postacią niemal legendarną w Wenezueli. Jego jednopłatowiec, pozostawiony na szczycie Auyantepuy, w 1970 r. został rozmontowany i przetransportowany w częściach helikopterami do Muzeum Lotniczego w Maracay (Museo Aeronáutico de Maracay). Dzisiaj replikę samolotu El Río Caroní turyści mogą oglądać przed wejściem na lotnisko w centrum Ciudad Bolívar. Angel zmarł w 1956 r. w Panamie, a odkryty przez niego dla potomnych wspaniały wodospad otrzymał na jego cześć nazwę Salto Ángel. Od 1949 r., dzięki badaniom słynnego Towarzystwa National Geographic przeprowadzonym przez amerykańską dziennikarkę Ruth Robertson (1905–1998), wiedziano już, że anielska kaskada wody spadająca z góry Auyantepuy jest najwyższa na świecie. Odważny i zuchwały pilot, jakim był bez wątpienia Jimmie, miał tylko jedną prośbę: aby po śmierci jego prochy rozrzucić w kraju, który tak ukochał, nad wspaniałym Salto Ángel. Rodzina spełniła to życzenie w 1960 r.

 

PODRÓŻ DO STÓP CUDU NATURY

Dzisiaj ten potężny wodospad stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych Wenezueli, ale podróż do jego podnóża nie należy do najłatwiejszych, ponieważ dookoła rozciąga się gęsta dżungla i wznoszą się trudno dostępne szczyty gór stołowych, które miejscowi Indianie Pemon nazywają tepuyes. Do Parku Narodowego Canaima, gdzie usytuowany jest Salto Ángel, można dotrzeć awionetką ze stołecznego Caracas lub Ciudad Bolívar. Organizowane są także specjalne wycieczki dla wczasowiczów odpoczywających na karaibskich plażach wyspy Margarita lub dla podróżników odwiedzających Santa Elena de Uairén czy Ciudad Guayana. Wyprawy lądowo-wodne pod najwyższy wodospad świata wyruszają z obozu Canaima i trwają ok. 13 godz. Odbywają się one na ogół od początku czerwca do końca listopada, kiedy tutejsze rzeki (Carrao i Churún) mają wystarczającą głębokość, żeby mogły po nich pływać długie i wąskie drewniane łodzie Indian Pemon, nazywane curiaras albo canoas. W trakcie pory suchej (trwającej zazwyczaj od grudnia do marca) niski poziom wody nie pozwala nam na takie podróże. Należy również pamiętać o tym, że podczas pochmurnych dni trudno jest zobaczyć Salto Ángel w całej okazałości. Dlatego też polecam wybrać się na niezapomnianą wyprawę do stóp tego wenezuelskiego cudu natury, kiedy mamy gwarancję słonecznej pogody. Wtedy będziemy mogli podziwiać najwyższy wodospad świata w pełnej krasie.

W zapierającym dech w piersiach Salto Ángel zakochał się nie tylko jego odkrywca dla ludzkości, czyli Jimmie Angel, ale także słynni filmowcy. To niesamowite miejsce stało się inspiracją dla wielu z nich. Okolice potężnego wenezuelskiego wodospadu, razem ze szczytem Auyantepuy, innymi tepuyes oraz pozostałymi wspaniałymi cudami przyrody Parku Narodowego Canaima, posłużyły jako wzór do stworzenia fikcyjnej dżungli w filmie animowanym (w technologii 3D) amerykańskiej wytwórni Pixar pt. Odlot (ang. Up). Możemy je również oglądać w wielkim przeboju kinowym Jamesa Camerona z gatunku fantastyki naukowej, stworzonym także w technice trójwymiarowej, Avatarze. Krajobrazy filmowego księżyca Pandora nawiązują tu wyraźnie do Salto Ángel i jego najbliższego otoczenia. W pochodzącym z 1998 r. amerykańskim melodramacie Między piekłem a niebem (ang. What dreams may come), w reżyserii Nowozelandczyka Vincenta Warda i z Robinem Williamsem w roli głównej, też występuje najwyższy wodospad świata, który został w nim przedstawiony jako niespotykane, spektakularne miejsce, tak piękne, że aż wręcz nierealne. Warto zauważyć pewną ciekawostkę... Otóż wykorzystanie wenezuelskiego cudu natury gwarantuje filmowcom sukces – wszystkie trzy wymienione przeze mnie obrazy uhonorowano Oskarami: Odlot otrzymał w 2010 r. dwie statuetki, Avatar – trzy (podczas tej samej ceremonii), a Między piekłem a niebem – jedną (w 1999 r.). Jedno jest pewne – nie możemy powiedzieć, że byliśmy w Wenezueli, jeśli nie widzieliśmy budzącego podziw nawet najbardziej doświadczonych globtroterów, ogromnego, 979-metrowego Salto Ángel. To samo tyczy się zresztą wspaniałej, gigantycznej delty Orinoko. Warto więc opuścić usytuowany na granicy wenezuelsko-brazylijskiej bezkresny Park Narodowy Canaima (o powierzchni 30 tys. km², czyli wielkości Belgii!) i udać się na północny wschód kraju, aby zobaczyć kolejne cudowne dzieło przyrody…      

 

W KRÓLESTWIE INDIAN WARAO         

Czekają tu na nas m.in. olbrzymie połacie dżungli i charakterystyczne drewniane domy zbudowane na palach wbitych w dno rzeki – palafity (palafitos). Od niepamiętnych czasów mieszkają w nich Indianie Warao, znani też jako Guaraúnos – strażnicy tajemnic słynnej delty Orinoko. Stanowią oni najstarszą rdzenną ludność Wenezueli. Przypuszcza się, że pojawili się na tych terenach najprawdopodobniej już ok. 8–9 tys. lat temu. Ich domostwa, na które sami Indianie Warao mówią yanoko, są prymitywne, wyposażone w hamaki i kilka podstawowych przedmiotów. Kobiety i dzieci sprzedają tutaj turystom wykonane przez nie z naturalnych surowców produkty rękodzielnicze, np. proste rzeźby z niezmiernie lekkiego drewna balsy (ogorzałki wełnistej), łańcuszki zrobione z jagód i nasion pochodzących z dżungli, plecione koszyki, bransoletki czy torby z włókien palmy moriche, drzewa będącego jednym z najważniejszych wenezuelskich symboli. Odwiedzenie chaty indiańskiej rodziny to nie tylko doskonała okazja do zakupu oryginalnych pamiątek, ale także do przyjrzenia się z bliska, jak żyją rdzenni mieszkańcy delty Orinoko.

                                                                                                                FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Wenezuelczycy powiadają, że dzieci Warao zanim nauczą się dobrze chodzić, potrafią już same wiosłować po ogromnych tutejszych rozlewiskach, poprzetykanych licznymi kanałami, starorzeczami i wąskimi odnogami potężnej rzeki. Nic więc dziwnego, że tę interesującą grupę etniczną nazywa się „ludźmi łodzi” lub „mieszkańcami wody”. Ci Indianie znad Orinoko są zresztą zręcznymi konstruktorami miejscowego typu drewnianych kanoe (canoas, curiaras). Znają dziewicze tereny delty, porośnięte bujną tropikalną dżunglą, jak własną kieszeń i potrafili doskonale przystosować się do życia w tak ciężkich warunkach. Zajmują się łowieniem ryb, polowaniami, zbieractwem (m.in. miodu i dzikich owoców) oraz rękodziełem. Mimo iż – oczywiście – cieszą się z pieniędzy otrzymywanych od docierających nad Orinoko podróżników, to tak naprawdę niemal wszystko, co posiadają, zawdzięczają otaczającej ich na co dzień przyrodzie. Warto nadmienić, że liczące obecnie ok. 40 tys. osób plemię Warao uważa się za drugą pod względem liczebności społeczność indiańską w Wenezueli, zaraz po Wayúu – rdzennych mieszkańcach półwyspu La Guajira nad Morzem Karaibskim. Ale o tej ostatniej, również niezmiernie fascynującej, grupie etnicznej opowiem już następnym razem...   

Tymczasem powróćmy do Orinoko. Ta trzecia na świecie rzeka pod względem zasobności wód (średni przepływ to aż 33 tys. m³/s!) – po Amazonce i Kongo – tworzy jeden z najpotężniejszych systemów rzecznych na naszym globie. Jej dorzecze zajmuje powierzchnię ponad trzy razy większą od Polski – niemal 989 tys. km², z czego ok. 65 proc. znajduje się na terytorium wenezuelskim, a pozostałe 35 proc. w sąsiedniej Kolumbii. Najważniejsza rzeka Wenezueli rodzi się na górze Carlos Delgado Chalbaud (1047 m n.p.m.), wznoszącej się na południu stanu Amazonas, i wije się następnie przez 2140 km, aż w końcu wpada do Atlantyku, tworząc ogromną, wachlarzowatą deltę o obszarze zbliżonym do 40 tys. km². Masy słodkiej wody dominują nad słonymi jeszcze 200 km od ujścia w głąb oceanu. Delta cały czas się rozrasta poprzez nanoszone przez Orinoko osady. Szacuje się, że co roku powstają w ten sposób 44 km² nowego lądu. Wydłużają się przez to setki tutejszych kanałów i powiększa powierzchnia wysp. W tej olbrzymiej plątaninie dróg wodnych, nazywanych caños, otoczonych wilgotną dżunglą, znakomicie orientują się jedynie Indianie. Miejscowi przewodnicy z plemienia Warao pokażą nam z bliska groźnych mieszkańców rzeki, np. słynne piranie z Orinoko (Pygocentrus cariba), anakondy czy kajmany. Te pierwsze zresztą możemy tu łowić za pomocą prostej indiańskiej wędki (zwyczajne patyki) z nadzianą na haczyk mięsną przynętą. Polowanie na drapieżne piranie w Wenezueli stanowi z pewnością niezapomniane przeżycie, szczególnie jeśli uda się nam złapać tę rybę z ostrymi jak brzytwa zębami (ja wyciągnąłem z wody trzy okazy!). Jeżeli będziemy mieć szczęście, ujrzymy też podczas wyprawy do delty różowe delfiny słodkowodne – inie (Inia geoffrensis), nazywane przez Wenezuelczyków boto lub delfín del Amazonas. Tę pełną życia rzekę zamieszkuje ogromna liczba dzikich zwierząt. Odwiedzając dziewiczą dżunglę nad Orinoko, co chwilę słyszałem różnego rodzaju odgłosy – pomruki, pluski i szelesty. Wśród plątaniny gałęzi udało mi się wypatrzyć kolorowe papugi, kolibry i wiele innych wspaniałych tropikalnych ptaków, m.in. hoacyny (kośniki czubate), na które mówi się w Wenezueli guacharaca de agua. Na drzewach dostrzegłem również purpurowo-czerwone wyjce rude. Ich długi ogon o spłaszczonym, nieowłosionym końcu zapewnia im pewny uchwyt. Pozwala to tym małpom na szybkie przemieszczanie się z jednej gałęzi na drugą. Na obszarze delty Orinoko natknąłem się także na kapibarę, największego żyjącego gryzonia na świecie, wyśmienicie pływającego i nurkującego, oraz na mrówkojada. Zwierzę to nie posiada zębów, ma za to długi i lepki język, którego używa do łapania mrówek i termitów. Dwa razy ujrzałem tu też z bliska wyglądające mało sympatycznie, otoczone złą sławą, wielkie, kosmate pająki – ptaszniki. Potęga największej rzeki Wenezueli zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest po prostu nieograniczona. Nic więc dziwnego, że Krzysztof Kolumb, który w 1498 r. przybił do brzegu w pobliżu jej delty, nie wiedząc jeszcze, dokąd dotarł, ujrzawszy Orinoko, uświadomił sobie, że takich mas wody nie może nieść rzeka płynąca na wyspie. Hiszpanie myśleli zresztą na początku, iż odkryli nowe morze. Nazwali je Mar Dulce, czyli Słodkim Morzem.

Wenezuela zachwyciła i oczarowała tak wielkich ludzi, wspaniałych podróżników i odkrywców, jak choćby Krzysztof Kolumb, Aleksander von Humboldt, Henri Pittier czy James Crawford Angel. Widzieli oni wiele cudów na całym świecie, mało co mogło ich zaskoczyć, a mimo to łatwo zakochali się w tym kraju. Zdobył on zresztą serce również i autora tego artykułu, który odwiedził go już 7-krotnie i spędził w nim łącznie ponad 7 miesięcy. Jednak niemal co roku znowu powraca do Wenezueli, gdzie przeżył tyle niezapomnianych przygód. W najbliższym czasie – w grudniu – czeka go wyprawa z wenezuelskimi przyjaciółmi na fascynujący półwysep La Guajira nad Morzem Karaibskim, do krainy Indian Wayúu, ale to już temat na inną opowieść…


 

Artykuły wybrane losowo

Katika Kenya yangu, czyli w mojej Kenii

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.gerber.d7.pl

                                                                                                             FOT. ROBERT GONDEK 

<< Afryka ma wiele twarzy, a każda z nich jest jedyna i niepowtarzalna. To samo można z całą pewnością powiedzieć o wszystkich państwach Czarnego Lądu. Dotyczy to również Kenii – krainy dzikich zwierząt i ojczyzny wielu afrykańskich plemion. Jednak duże grono podróżników nie wie, że ten kraj to także ciągle rozwijająca się nowoczesna stolica Nairobi, popularny cel wypraw wspinaczkowych czy coraz bardziej doceniany na całym świecie kierunek wyjazdów golfowych i wędkarskich. Jeśli nie mieliście też o tym pojęcia, czas to zmienić... Zapraszam do mojej Kenii! >>

Republika Kenii, leżąca we wschodniej części kontynentu afrykańskiego, nad Oceanem Indyjskim, graniczy z Tanzanią, Ugandą, Sudanem Południowym, Etiopią i Somalią. Przez terytorium państwa przebiega linia równika, oddzielająca półkulę północną od południowej. Językami urzędowymi są tutaj suahili oraz angielski – pozostałość po kolonialnej Brytyjskiej Afryce Wschodniej, w skład której wchodziła również Uganda. Dziś Kenia należy do brytyjskiej Wspólnoty Narodów (Commonwealth of Nations), ale w rzeczywistości stanowi od grudnia 1963 r. niepodległy kraj posiadający własnego prezydenta i rząd.

Więcej…

Korsyka – szalony wybryk natury

20148949

Snorkeling przy plaży Acciaju w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

MICHAŁ MOC

www.composer.pl

 

Miejsca i rzeczy najprościej opisuje się poprzez podobieństwa do innych, powszechnie znanych. Fakt, że Korsykę tak scharakteryzować wyjątkowo trudno, jest bodaj największą zachętą, aby poznać ją bliżej. Najwyższa pora odkryć ten wciąż niezadeptany kawałek lądu piętrzący się między Europą a Afryką, tuż obok włoskiej Sardynii.

 

Wśród kuszących turystycznym rajem wysp Morza Śródziemnego ta francuska nadal pozostaje ewenementem. Korsyka nie jest typową krainą piaszczystych plaż ze zdjęć z katalogów biur podróży – tutaj krajobrazy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zamiast setek obwarowujących wybrzeże komfortowych resortów wypoczynkowych znajdziemy na niej porozrzucane między morzem a górami niewielkie hotele, domy do wynajęcia i rodzinne pensjonaty oraz inne zdecydowanie bardziej kameralne obiekty noclegowe.

 

Warto przygotować się na tę odmienność, aby w pełni z niej skorzystać. Można tu leniwie wylegiwać się nad krystalicznie czystym morzem, spacerować po ocienionych wąwozach, wybrać się na górski trekking lub rejs po okolicy czy delektować się wykwintnym jedzeniem. Do wyboru jest mnóstwo rozmaitych tras, z których rozpościerają się urzekające widoki. Korsyką łatwo się zauroczyć właśnie ze względu na jej dziewicze oblicze, możliwość ucieczki od zgiełku codzienności i idealne warunki do aktywnego spędzania czasu. A wszystko to na wyciągniecie ręki, niecałe 2 godz. lotu z wybranych europejskich lotnisk (np. Frankfurtu nad Menem, Düsseldorfu, Paryża czy Wiednia-Schwechatu).


LENIUCHOWANIE NA PIASKU

 

Po wylądowaniu w Bastii (położonej na północno-wschodnim brzegu wyspy) niełatwo zdecydować, od której z plaż rozpocząć urlop. Wschodnie wybrzeże to niemalże nieprzerwany pas piasku, oblewany przejrzyście czystą, słoną wodą. Gdziekolwiek zboczy się z wygodnej, wyjątkowo prostej głównej drogi, oczom ukazuje się nadmorski raj, tu i ówdzie urozmaicony małymi hotelami stojącymi przy miniaturowej promenadzie (jak choćby nieopodal Moriani). Częściej jednak trafia się po prostu na pusty brzeg zapraszający do plażowania. W opinii większości osób stale odwiedzających Korsykę odcinek ten jest jedynie przedsmakiem pocztówkowych zatok południa. Jeśli ktoś przybył na wyspę własnym autem (z któregoś z portów w kontynentalnej części Włoch), to wybrzeże rozciągające się od Bastii stanowi dla niego również pierwszy przystanek po zjechaniu z promu.

 

Kiedy podąża się drogą RT10 na południe, plaże kuszą nieprzerwanie. Szczególnie trudno sobie odmówić postoju, gdy trasa za miejscowością Sari-Solenzara zaczyna się robić kręta i mija się kolejne najbardziej popularne i wysoko oceniane zatoki. Wśród nich znajdują się plaże Saint-Cyprien i Cala Rossa, a nieco dalej te najsłynniejsze: Palombaggia czy Rondinara. Woda jest tu zazwyczaj spokojna, do tego czysta i ciepła. W pasie płycizny, niemal wszędzie wydłużonym, mogą kąpać się nawet młodsze dzieci. Upstrzone wysepkami i zakolami półwyspów południowo-wschodnie wybrzeże to raj dla rodzin. Takie warunki, w połączeniu z gęstą siecią kempingów, sprawiają, że na leniwy wypoczynek najlepiej wybrać się właśnie tutaj. W zatokach porośniętych od strony lądu m.in. palmami da się czasem odnieść wrażenie, że uciekliśmy znacznie dalej od kontynentalnej Europy. Na niemal wszystkich plażach można także spędzić popołudnie przy drinku, a wieczorem spróbować potraw korsykańskiej kuchni w restauracjach położonych kilkanaście metrów od wody. Delektowanie się lokalnymi serami (na czele ze słynnym brocciu z owczego lub koziego mleka), winem, rybami, daniami z figami lub kasztanami nad brzegiem morza przy stoliku z bajecznym widokiem relaksuje w stopniu niemożliwym do oddania słowami. A jeśli obok przejedzie konna wycieczka lub przypomni nam się poranne nurkowanie z maską i rurką, to szybko uświadomimy sobie, że znaleźliśmy się na wyspie idealnej na udany urlop, który na długo pozostanie w pamięci.

 

Po paru dniach spędzonych na plażowaniu wokół Porto-Vecchio na pewno będziemy chcieli wrócić na Korsykę. Jest tu w końcu jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia. Wśród nich znajduje się perła południowego wybrzeża, usytuowane na wysokich klifach Bonifacio. Widoki z wycieczkowego rejsu, jak i ze ścieżek ciągnących się na południowy wschód od miasta zapierają dech w piersiach. Ale dużo przyjemności daje też samo przekraczanie miejskich bram, szwendanie się po uliczkach starej twierdzy, poznawanie miejscowej kulturalnej oferty, pokonywanie Schodów Króla Aragonii (L’Escalier du Roi d’Aragon), wreszcie szukanie otwartej restauracji na obiad (po południu w większości z nich podaje się najwyżej drinki, bo pełne menu wraca na stoły dopiero wieczorem, ok. godz. 19.00). Można również próbować znaleźć tu ślady pobytu Napoleona Bonapartego. W Bonifacio, jak i w Ajaccio (gdzie urodził się cesarz), stoi dom, w którym mieszkał francuski wódz. Oczywiście, trudno nie dostrzec wokół nastawienia na turystę, ale ponieważ miasto jest niewielkie (wraz z urokliwym cmentarzem da się je zwiedzić w jedno popołudnie lub wieczór), przyjezdni wciąż jeszcze mogą poczuć się w nim choć trochę jak odkrywcy, a nie jedynie klienci. Atrakcje południa dopełniają rzecz jasna kolejne piaszczyste plaże, ciągnące się aż po słusznie wychwalaną Roccapinę i bliźniaczą piękną Erbaju. Co prawda do tych ostatnich prowadzi kilkukilometrowa gruntowa droga, jednak warto podjąć wysiłek dotarcia do nich (chyba że kierowca czuje się niepewnie na zadrzewionych, wąskich trasach lub prześwit auta jest wyjątkowo mały).

 

Tutaj także kończy się opisywana dotąd część wybrzeża – region głównie wypoczynkowy, łatwy w eksploracji i przygotowany na potrzeby turystów. Na ten jego turystyczny charakter składają się parkingi (położone również przy plażach), które bywają płatne, nieco łatwiejszy dostęp do nadmorskiej infrastruktury i toalet czy więcej miejsc zakwaterowania (w sezonie trzeba się liczyć z wyższymi cenami). Stosunkowo szybko można też przemieszczać się wzdłuż brzegu, gdyż trasę z Bastii do Bonifacio lub Roccapiny da się pokonać samochodem w 4 godz. Natomiast przejechanie niewiele dłuższego odcinka na północno-zachodnim wybrzeżu albo w górzystym wnętrzu wyspy zajmie nam zdecydowanie więcej czasu.

 

PLAŻUJĄCE KROWY

 

20159090

Klimatyczny historyczny plac w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

Na północ od stolicy Korsyki – Ajaccio – przeważają plaże bardziej kamieniste, po krótkim pasie gruboziarnistego piasku lub żwiru pojawiają się tu gwałtowne uskoki. Brzeg wypiętrza się w trudne do opisania kamienne nacieki, postrzępione hałdy i strzeliste wieże. Za uroczą miejscowością Piana jedna z najpiękniejszych widokowych dróg Europy wije się wąską nitką między takimi formacjami. Wzdłuż jej kilkukilometrowego odcinka rozpoczyna się wiele tras spacerowych. Kierowcy trudno skupić się w tym rejonie na prowadzeniu również z powodu aut stojących na krawędziach skalnych półek lub w pojedynczych wnękach wydrążonych w zboczach. Takie parkowanie nie jest przejawem braku umiejętności (wręcz przeciwnie!), po prostu ukształtowanie terenu wymusza wciskanie się w każdą szczelinę. W tej oszałamiającej kształtami krainie można zatrzymać się na odległym parkingu leżącym zaraz za wspomnianą Pianą, aby wyruszyć na długi trekking. Jeżeli po Calanques de Piana będzie komuś wciąż mało wrażeń, powinien zjechać górską, asfaltową dróżką do samego morza i wybrać się na krótki, kilkunastominutowy spacer do pięknej ukrytej zatoki z plażą Ficajola.

 

Gdy podążamy dalej na północ, siłą rzeczy budzi się w nas zmysł odkrywcy, a to ze względu na brak ludzi nie tylko na drogach, ale i na plażach. O piasek tu już trudno i aby swobodnie wejść do wody, a w szczególności później z niej wyjść, przydaje się obuwie do pływania. Nagrodą za trudy są urocze zakątki. Na północnym zachodzie Korsyki na początku lub pod koniec sezonu nadal można odnieść wrażenie, że ta zielona wyspa czeka właśnie na nas, a nie peleton wczasowiczów. To rzadkie uczucie w popularnych wśród turystów miejscach dzisiejszej Europy. Jeśli więc kogoś nie odstraszają niezliczone zakręty i konieczność poczekania z kąpielą na dzień z mniejszymi falami, powinien zdecydować się na odpoczynek w tym rejonie.

 

W tej części Korsyki mamy też szansę na poznanie jej najbardziej autentycznego oblicza, nieco rustykalnego, prostego, niekiedy odbiegającego od standardów, do jakich jest przyzwyczajony europejski turysta. Spotkanie z rodowitym Korsykaninem, nie podejmującym rozmowy w innym języku niż jedyny mu znany, a w dodatku jakby nieprzyjemnie zaskoczonym, że będzie nas gościć (choć dokonaliśmy internetowej rezerwacji), trzeba uznać za doświadczenie wpisujące się w odkrywanie lokalnej kultury. Jednak dzięki rosnącym przed tarasem kwiatom, odmianom cytrynowych drzew niemal wpychających gałęzie do kuchni, domowym konfiturom z fig i towarzyszącemu nam poczuciu, że oto oddychamy pełną piersią, a nie tylko odbywamy zasłużony urlop, odpoczniemy tu znacznie lepiej niż na oddzielonym serpentynami południu wyspy. Jeżeli komuś nie wystarczy siły lub przekonania, by samodzielnie poznawać ten region, powinien przynajmniej wybrać się na rejs do Rezerwatu Naturalnego Scandola (Réserve Naturelle de Scandola; z Ajaccio lub Porto) – oszałamiająco pięknej, dziewiczej okolicy wybrzeża z zachwycającymi formami skalnymi, grotami i zatokami z plażami.

 

Pętlę wokół Korsyki domyka nadmorska trasa z Calvi na Cap Corse – półwysep wyrastający za Bastią. Samo Calvi, północny odpowiednik Bonifacio, nie jest w stanie przyćmić swoim urokiem malowniczej miejscowości z południa, ale konkuruje z nią nie bez powodu, gdyż dużo łatwiej się do niego dostać i także okalają je plaże (m.in. z pięknym widokiem na miasto i odpowiednią infrastrukturą). W dodatku można tu też dotrzeć pociągiem, który jedzie trasą wiodącą zachwycającymi wąwozami i wijącą się wśród wzgórz opanowanych przez stada kóz i krów. Jeżeli ma się dość czasu i zapału oraz samochód terenowy, warto wyruszyć na północ na trudno dostępną, ale interesującą ze względu na swój pustynny charakter i odizolowanie, plażę Saleccia. To wspaniała wyprawa na cały dzień. Koniecznie należy zaopatrzyć się we własny prowiant, ponieważ po pokonaniu kilkunastu kilometrów pustkowia na końcu oprócz pola kempingowego na turystę czeka już tylko piasek. Inną ciekawą propozycję stanowi objechanie Cap Corse. W trakcie takiej wycieczki odwiedza się uroczą artystyczną Erbalungę i zabytkowe kościoły (np. Kościół św. Julii w miejscowości Nonza). Odważniejsi przy bezwietrznej pogodzie wjeżdżają pozbawioną barierek drogą na szczyt Serra di Pigno i podziwiają niezapomniane widoki podczas spaceru ścieżką rozpoczynającą się kilkaset metrów przed końcem asfaltowej nawierzchni. Jeśli wyprawa po górach nie zakręci komuś w głowie zbyt mocno, zrobią to z pewnością lokalne wina, bo winnic (które zresztą można odwiedzać także w celu degustacji) w okolicy nie brakuje. Również każdy sklep, czy to prywatny, czy sieciowy, oferuje imponujący wybór korsykańskich trunków. I choć nie wszystko na wyspie spełnia standardy kontynentalnej Francji, selekcja win, ich oznaczenie i dbałość o istotne informacje w opisach poświadczają, że przynależność regionu do kraju z bogatymi tradycjami winiarskimi nie stanowi przypadku.

 

Jednak postrzeganie Korsyki jedynie przez pryzmat samego tylko wybrzeża jest błędne. Na prawdziwie aktywny wypoczynek pośród cudownych pejzaży zaprasza górzysty środek lądu. Wybór szlaków pieszych mamy ogromny: od prostych i krótkich, jak popularny, a niewymagający szczególnej kondycji odcinek z malowniczej miejscowości Ota do równie urokliwej Évisy prowadzący przez spektakularny wąwóz (Gorges de Spelunca), po trudne trasy z panoramicznymi widokami, położone powyżej 1500 m n.p.m. Górskie jeziora, a zwłaszcza wpadające do nich rzeki w wielu miejscach zachęcają do orzeźwiającej kąpieli w krystalicznie czystej wodzie i to mimo licznych spadków, wyżłobień i rynien. Wyspecjalizowane firmy umożliwiają korzystanie z tych naturalnych basenów i zjeżdżalni z wynajętym przewodnikiem i w ochronnych kombinezonach.

 

Należy zdawać sobie sprawę, że jeśli Korsykanin, przywykły do panujących na wyspie warunków, nazywa ścieżkę łatwą, może nas czekać porządna wspinaczka, a szlaki według niego trudne to już zwykle wyzwania dla osób z doświadczeniem. Jednak nawet niespieszna przedpołudniowa wycieczka do polodowcowego jeziora Melo (1710 m n.p.m.) na końcu wąwozu Restonica albo wyprawa łagodnym podejściem na przełęcz Bavella (Col de Bavella – 1218 m n.p.m.) są zdecydowanie warte rozważenia i pozwalają poczuć dzikość korsykańskiego interioru. Z górskich dróg, takich jak choćby Scala di Santa Regina czy kilkunastokilometrowa trasa wąwozem Asco (zakończona węzłem pięknych pieszych szlaków), rozpościerają się wspaniałe widoki, ale trzeba przyznać, że wymagają one od kierowcy pewnego doświadczenia. Jeżeli już przetrwa on irytującą swawolę gnających na złamanie karku miejscowych, może zawahać się, gdy zobaczy stado krów czekających za zakrętem, kozy wskakujące przed samochód albo kilkanaście… świń. Szczególnie te ostatnie budzą wśród przyjezdnych tyle samo ciekawości, ile niechęci z powodu trudnego do opisania zapachu. Tutejsze krowy i świnie lubią przebywać na ciepłym asfalcie i na plażach, przy czym z turystami łączy je to, że preferują miejsca wolne od tłoku. W każdym razie na górskich drogach w środku wyspy czy też którejkolwiek z mniej uczęszczanych tras należy być przygotowanym na spotkanie ze zwierzętami hodowlanymi i nie wolno zakładać, że na widok auta rozpierzchną się w popłochu. To my będziemy musieli się do nich dostosować, wszak są u siebie i swoim zachowaniem zdają się ten fakt demonstrować.

 

20159096

Wyprawa rowerowa szlakiem wiodącym przez tereny rezerwatu Punta di Spanu

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

GOTOWI DO DROGI

 

Na takie okrążenie Korsyki zgodnie z ruchem wskazówek zegara, urozmaicone wizytami we wnętrzu lądu albo pobytem w jednym z opisanych regionów, trzeba przeznaczyć tygodniowy (wówczas będzie to bardzo intensywny wyjazd) lub lepiej dwutygodniowy urlop. Przed podróżą należy uwzględnić jeszcze kilka istotnych faktów. Najlepszym czasem na wypoczynek na wyspie połączony z plażowaniem i kąpielami w krystalicznej wodzie jest zdecydowanie lato, ale ponieważ w tym okresie bywa nieznośnie gorąco (i tłoczno), warto zdecydować się na przyjazd w czerwcu bądź wrześniu. Temperatura powietrza za dnia nierzadko wynosi wtedy powyżej 25°C, koszty pobytu będą niższe i można cieszyć się większą prywatnością.

 

Ceny podstawowych artykułów są wyższe niż w Polsce, lecz nie osiągają poziomu tych ze Skandynawii czy najsłynniejszych europejskich kurortów. Osoby oszczędniejsze nie muszą zamartwiać się o stan budżetu wyjazdowego, jeśli postawią na zakupy w marketach. Wizyta dla dwojga w wysoko ocenianej restauracji to przy posiłku składającym się z dań głównych i miejscowego wina wydatek 40–50 euro. Za pełną wykwintną kolację zapłacimy już 100 euro, nawet jeżeli zamówimy specjały szefa kuchni i wyśmienite desery. Korsykanie są zazwyczaj gościnni, ale poza droższymi lokalami często można odnieść wrażenie, że jest się… intruzem, którego należy zlekceważyć lub zignorować. Błędem byłoby jednak dać się zirytować zbyt szybko! Pod maską surowości i nieprzystępności kryje się często prawdziwa serdeczność. Inna sprawa, że wyspiarze bywają rozdarci między uzależnieniem od dobrodziejstw turystyki a pragnieniem spokoju i wolności od trosk reszty świata. Nic więc dziwnego, że wspomniany brak sympatii w pierwszych kontaktach, o ile nie sfrustruje przybysza, zmienia się po pewnym czasie w życzliwość.

 

Po Korsyce najwygodniej poruszać się wypożyczonym samochodem. Ceny wynajmu auta są nieco wyższe niż na kontynencie, a niedoświadczeni kierowcy będą skupiać się na mozolnym pokonywaniu zakrętów, ale korzystanie z własnego środka transportu pozwala na pełną niezależność. Dzięki tego rodzaju wolności można naprawdę poznać wyspę. Zresztą zdecydowaniu się na takie rozwiązanie sprzyja fakt, że brak tu typowych hotelowych kurortów, w których wykupuje się pobyty w formie all inclusive. Czy chcemy, aby okolica była płaska czy górzysta, wolimy zatokę otoczoną skałami czy lasem palmowym, widok na otwarte morze i cumujące łódki czy sąsiedztwo portu i restauracji, towarzystwo zagranicznych turystów czy raczej miejscowych – wybór zakwaterowania na Korsyce przypomina bardziej szukanie wakacyjnego domu niż obiektu o odpowiedniej liczbie gwiazdek. Ta wyspa stawia na indywidualizm i aktywność.

 

To oczywiste, że dopiero na miejscu ma się szansę sprawdzić, które z rozmaitych wyspiarskich atrakcji będą idealne dla nas. Jednak choć nie sposób oddać w krótkim artykule całego uroku Korsyki – opisać przyjemności, jaką sprawia muśnięcie delikatnej morskiej bryzy, i pieszczot turkusowej wody, można być pewnym, że podczas pobytu tutaj przeżyje się wiele zaskakujących doświadczeń. Widok górskiej kozy stojącej w ekwilibrystycznej pozie na ledwo przylegającym do ściany urwiska kamieniu, smak dzikich jeżyn na kolejnym 180-stopniowym zakręcie, imponujący wodospad droczący się z podmuchami wiatru – wszystko to działa na wyobraźnię i zdaje się udowadniać, że wciąż istnieją nieznane doznania, na których poszukiwanie umysł wyrusza dopiero w takich miejscach. Słynny korsykański śpiew (w sezonie koncerty odbywają się w wielu miejscowościach) z podziałem na kilka głosów doskonale obrazuje charakter tego zjawiska. Jak twierdzą sami Korsykanie, dopiero gdy podstawowe głosy zespolą się, zabrzmią wspólnie, pojawia się nowy, dodatkowy głos. Umysł mamiony harmonią tego, co już go otacza, odkrywa jeszcze więcej. To dopiero sztuka! Dla takich cudownych przeżyć, kontemplowania niezwykłości i odkrywania świata warto wybrać się na fascynującą Korsykę.

 

20118221

Restauracja przed XVI-wiecznym zamkiem w Algajoli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

Jamajka – więcej niż plaże

MAŁGORZATA CHOLEWA

<< Właściwie każda osoba, którą pytam o Jamajkę, wiąże ją z Bobem Marleyem i jednymi z najpiękniejszych plaż na świecie. Oczywiście, na urlopie Polacy chcą poleżeć na wygodnym leżaku z kolorowym drinkiem w dłoni, skorzystać z mocno prażącego tropikalnego słońca i zrobić sobie zdjęcie pod wysmukłą palmą i nie ma w tym nic złego, ale skoro dotarliśmy już na odległe Karaiby, warto poszukać na nich innych, równie niespotykanych dla nas wrażeń. Mnie ta wyspa kojarzy się z niezliczonymi atrakcjami dla osób aktywnych, pikantną marynatą do mięs „jerk”, aromatyczną kawą, pysznym rumem i przecudownymi krajobrazami tonącymi w bujnej zieleni. >>

Więcej…