MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Tym, co najbardziej przyciąga do tego południowoamerykańskiego kraju, kojarzonego obecnie w Polsce przede wszystkim z kontrowersyjnym prezydentem Hugo Chávezem, wielkimi złożami ropy naftowej, najpiękniejszymi kobietami na świecie (aż 6 tytułów Miss World i Miss Universe!) i porywającą tłumy widzów, niezrównaną Orkiestrą Symfoniczną Simóna Bolívara pod dyrekcją młodego geniusza muzycznego, 31-letniego Gustavo Dudamela, jest bezsprzecznie wielkie bogactwo tutejszej przyrody. Odważniejsi turyści eksplorują deltę rzeki Orinoko, krainę Indian Warao, podróżując szlakiem słynnego niemieckiego geografa, przyrodnika i podróżnika Aleksandra von Humboldta (1769–1859). Miłośników gór przyciągają dostojne Andy, na czele z najwyższym szczytem Wenezueli – Pico Bolívar (4978 m n.p.m.). Amatorzy ciszy i spokoju oraz zapierających dech w piersiach widoków odpoczywają na rajskim archipelagu Los Roques i u stóp potężnego wodospadu Salto Ángel. A to przecież tylko kilka spośród wielu zachwycających atrakcji tego pasjonującego kraju...

 

Wielbiciele historii, czekolady oraz dziewiczych tropikalnych plaż ściągają na półwysep Paria. Turyści, którym zależy na wygodach oferowanych przez komfortowe hotele typu all inclusive, udają się zazwyczaj na karaibskie wyspy należące do Wenezueli – Margaritę i Coche. Z kolei pielgrzymi podążają do największego na świecie pomnika Matki Bożej – Monumento a la Virgen de la Paz, przyćmiewającego swą wielkością nawet słynną 38-metrową figurę Chrystusa Odkupiciela w Rio de Janeiro. Ta ogromna wenezuelska statua wznosi się ok. 10 km na południowy zachód od 40-tysięcznego miasta Trujillo. Ma prawie 47 metrów wysokości i waży 1200 ton. Wreszcie fascynaci cudów myśli technicznej podziwiają z bliska Centralę Hydroelektryczną Simóna Bolívara na rzece Caroní (głównym dopływie Orinoko), nazywaną również Tamą Guri (Represa de Guri). Jest to trzecia pod względem wielkości elektrownia wodna na świecie – po Zaporze Trzech Przełomów w Chinach i kompleksie Itaipú na granicy Brazylii i Paragwaju. Nie zapominają również o odwiedzeniu Puente Orinoquia, tzw. drugiego mostu nad rzeką Orinoko, oddanego do użytku w 2006 r. To spektakularna przeprawa podwieszona zbudowana z betonu i stali, stworzona koło ponad 1-milionowego Ciudad Guayana. Ta konstrukcja o długości aż 3156 metrów kosztowała ok. 900 mln dolarów. Jak więc widać na tych kilku przykładach, Wenezuela oferuje moc atrakcji dla każdego. Stanowi wymarzone miejsce na podróż pełną przygód, którą można zakończyć błogim odpoczynkiem na rajskiej karaibskiej plaży.

To południowoamerykańskie państwo gwarantuje wszystkim odwiedzającym go turystom niepowtarzalne krajobrazy i dziewiczą naturę. Jak bezcenna, dzika i nietknięta przez człowieka jest tutejsza przyroda pokazuje nam choćby ogromna liczba parków narodowych znajdujących się na obszarze tego kraju (aż 43!). Zajmują one łącznie 15 proc. terytorium Wenezueli, czyli niemal 150 tys. km². Pierwszy z nich – Park Narodowy Henri Pittier – powstał już w 1937 r. (nadano mu wówczas nazwę Rancho Grande, tzn. Wielkiego Rancza). Jego powierzchnia wynosi 1078 km², na których możemy podziwiać zarówno dzikie karaibskie wybrzeże z malowniczymi zatokami i cudownymi plażami (np. Bahía de Cata, Playa Cuyagua, La Ciénaga de Ocumare czy Playa Choroní), jak i górzyste tereny Kordyliery Nadbrzeżnej (Cordillera de la Costa). To prawdziwy raj dla miłośników ornitologii. Ściągają tu oni tłumnie, żeby podglądać ponad 580 gatunków ptaków, m.in. sokoła wędrownego, olbrzymią harpię wielką czy zagrożonego wyginięciem czubacza hełmiastego. Odwiedzając ten wspaniały park, którego ojcem jest Henri Pittier (1857–1950), zakochany w Wenezueli szwajcarski geograf, etnolog, biolog i botanik, koniecznie trzeba też spróbować miejscowego doskonałego kakao, uważanego za jedno z najlepszych na świecie. W tym celu najlepiej odwiedzić nadmorską miejscowość Chuao, słynną od 400 lat ze zbioru nasion kakaowca właściwego.  

 

NAJWYŻSZY WODOSPAD ŚWIATA

FOT. MINISTERIO DE TURISMO DE VENEZUELA (MINTUR)

Będąc na wenezuelskiej ziemi, każdy szanujący się turysta musi zobaczyć cud natury, jaki stanowi ukryty w dżungli, zapierający dech w piersiach Salto Ángel. Ma aż 979 metrów wysokości i jest 19-krotnie wyższy od słynnego wodospadu Niagara. Jako jeden z pierwszych, poza rdzennymi mieszkańcami tych terenów – Indianami Pemon, zobaczył go w 1933 r. amerykański podróżnik i lotnik James Crawford Angel, zwany Jimmie (1899–1956). Ujrzał on potężną kaskadę wody spadającą z góry stołowej Auyantepuy przypadkiem, kiedy przelatywał nad Wielką Sawanną (La Gran Sabana), dziewiczym regionem w południowo-wschodniej części Wenezueli. W 1937 r. postanowił wrócić do tego miejsca jednopłatowcem Flamingo z zamiarem posadzenia go tuż obok wodospadu. Udało mu się wylądować na szczycie Auyantepuy (co oznacza w języku Indian Pemon „Górę Diabła”), ale podczas tego ryzykownego manewru jego samolot, nazywany El Río Caroní (Rzeką Caroní), uległ uszkodzeniu i nie nadawał się do dalszego lotu. Jimmie wraz ze swoją żoną Marie i innymi pasażerami maszyny aż przez 11 dni przedzierali się przez dżunglę do najbliższej ludzkiej osady w dolinie Kamarata. Kiedy po szerokim świecie rozeszła się wiadomość o odkryciu potężnego wodospadu, Angel stał się postacią niemal legendarną w Wenezueli. Jego jednopłatowiec, pozostawiony na szczycie Auyantepuy, w 1970 r. został rozmontowany i przetransportowany w częściach helikopterami do Muzeum Lotniczego w Maracay (Museo Aeronáutico de Maracay). Dzisiaj replikę samolotu El Río Caroní turyści mogą oglądać przed wejściem na lotnisko w centrum Ciudad Bolívar. Angel zmarł w 1956 r. w Panamie, a odkryty przez niego dla potomnych wspaniały wodospad otrzymał na jego cześć nazwę Salto Ángel. Od 1949 r., dzięki badaniom słynnego Towarzystwa National Geographic przeprowadzonym przez amerykańską dziennikarkę Ruth Robertson (1905–1998), wiedziano już, że anielska kaskada wody spadająca z góry Auyantepuy jest najwyższa na świecie. Odważny i zuchwały pilot, jakim był bez wątpienia Jimmie, miał tylko jedną prośbę: aby po śmierci jego prochy rozrzucić w kraju, który tak ukochał, nad wspaniałym Salto Ángel. Rodzina spełniła to życzenie w 1960 r.

 

PODRÓŻ DO STÓP CUDU NATURY

Dzisiaj ten potężny wodospad stanowi jedną z największych atrakcji turystycznych Wenezueli, ale podróż do jego podnóża nie należy do najłatwiejszych, ponieważ dookoła rozciąga się gęsta dżungla i wznoszą się trudno dostępne szczyty gór stołowych, które miejscowi Indianie Pemon nazywają tepuyes. Do Parku Narodowego Canaima, gdzie usytuowany jest Salto Ángel, można dotrzeć awionetką ze stołecznego Caracas lub Ciudad Bolívar. Organizowane są także specjalne wycieczki dla wczasowiczów odpoczywających na karaibskich plażach wyspy Margarita lub dla podróżników odwiedzających Santa Elena de Uairén czy Ciudad Guayana. Wyprawy lądowo-wodne pod najwyższy wodospad świata wyruszają z obozu Canaima i trwają ok. 13 godz. Odbywają się one na ogół od początku czerwca do końca listopada, kiedy tutejsze rzeki (Carrao i Churún) mają wystarczającą głębokość, żeby mogły po nich pływać długie i wąskie drewniane łodzie Indian Pemon, nazywane curiaras albo canoas. W trakcie pory suchej (trwającej zazwyczaj od grudnia do marca) niski poziom wody nie pozwala nam na takie podróże. Należy również pamiętać o tym, że podczas pochmurnych dni trudno jest zobaczyć Salto Ángel w całej okazałości. Dlatego też polecam wybrać się na niezapomnianą wyprawę do stóp tego wenezuelskiego cudu natury, kiedy mamy gwarancję słonecznej pogody. Wtedy będziemy mogli podziwiać najwyższy wodospad świata w pełnej krasie.

W zapierającym dech w piersiach Salto Ángel zakochał się nie tylko jego odkrywca dla ludzkości, czyli Jimmie Angel, ale także słynni filmowcy. To niesamowite miejsce stało się inspiracją dla wielu z nich. Okolice potężnego wenezuelskiego wodospadu, razem ze szczytem Auyantepuy, innymi tepuyes oraz pozostałymi wspaniałymi cudami przyrody Parku Narodowego Canaima, posłużyły jako wzór do stworzenia fikcyjnej dżungli w filmie animowanym (w technologii 3D) amerykańskiej wytwórni Pixar pt. Odlot (ang. Up). Możemy je również oglądać w wielkim przeboju kinowym Jamesa Camerona z gatunku fantastyki naukowej, stworzonym także w technice trójwymiarowej, Avatarze. Krajobrazy filmowego księżyca Pandora nawiązują tu wyraźnie do Salto Ángel i jego najbliższego otoczenia. W pochodzącym z 1998 r. amerykańskim melodramacie Między piekłem a niebem (ang. What dreams may come), w reżyserii Nowozelandczyka Vincenta Warda i z Robinem Williamsem w roli głównej, też występuje najwyższy wodospad świata, który został w nim przedstawiony jako niespotykane, spektakularne miejsce, tak piękne, że aż wręcz nierealne. Warto zauważyć pewną ciekawostkę... Otóż wykorzystanie wenezuelskiego cudu natury gwarantuje filmowcom sukces – wszystkie trzy wymienione przeze mnie obrazy uhonorowano Oskarami: Odlot otrzymał w 2010 r. dwie statuetki, Avatar – trzy (podczas tej samej ceremonii), a Między piekłem a niebem – jedną (w 1999 r.). Jedno jest pewne – nie możemy powiedzieć, że byliśmy w Wenezueli, jeśli nie widzieliśmy budzącego podziw nawet najbardziej doświadczonych globtroterów, ogromnego, 979-metrowego Salto Ángel. To samo tyczy się zresztą wspaniałej, gigantycznej delty Orinoko. Warto więc opuścić usytuowany na granicy wenezuelsko-brazylijskiej bezkresny Park Narodowy Canaima (o powierzchni 30 tys. km², czyli wielkości Belgii!) i udać się na północny wschód kraju, aby zobaczyć kolejne cudowne dzieło przyrody…      

 

W KRÓLESTWIE INDIAN WARAO         

Czekają tu na nas m.in. olbrzymie połacie dżungli i charakterystyczne drewniane domy zbudowane na palach wbitych w dno rzeki – palafity (palafitos). Od niepamiętnych czasów mieszkają w nich Indianie Warao, znani też jako Guaraúnos – strażnicy tajemnic słynnej delty Orinoko. Stanowią oni najstarszą rdzenną ludność Wenezueli. Przypuszcza się, że pojawili się na tych terenach najprawdopodobniej już ok. 8–9 tys. lat temu. Ich domostwa, na które sami Indianie Warao mówią yanoko, są prymitywne, wyposażone w hamaki i kilka podstawowych przedmiotów. Kobiety i dzieci sprzedają tutaj turystom wykonane przez nie z naturalnych surowców produkty rękodzielnicze, np. proste rzeźby z niezmiernie lekkiego drewna balsy (ogorzałki wełnistej), łańcuszki zrobione z jagód i nasion pochodzących z dżungli, plecione koszyki, bransoletki czy torby z włókien palmy moriche, drzewa będącego jednym z najważniejszych wenezuelskich symboli. Odwiedzenie chaty indiańskiej rodziny to nie tylko doskonała okazja do zakupu oryginalnych pamiątek, ale także do przyjrzenia się z bliska, jak żyją rdzenni mieszkańcy delty Orinoko.

                                                                                                                FOT. MAGAZYN ALL INCLUSIVE

Wenezuelczycy powiadają, że dzieci Warao zanim nauczą się dobrze chodzić, potrafią już same wiosłować po ogromnych tutejszych rozlewiskach, poprzetykanych licznymi kanałami, starorzeczami i wąskimi odnogami potężnej rzeki. Nic więc dziwnego, że tę interesującą grupę etniczną nazywa się „ludźmi łodzi” lub „mieszkańcami wody”. Ci Indianie znad Orinoko są zresztą zręcznymi konstruktorami miejscowego typu drewnianych kanoe (canoas, curiaras). Znają dziewicze tereny delty, porośnięte bujną tropikalną dżunglą, jak własną kieszeń i potrafili doskonale przystosować się do życia w tak ciężkich warunkach. Zajmują się łowieniem ryb, polowaniami, zbieractwem (m.in. miodu i dzikich owoców) oraz rękodziełem. Mimo iż – oczywiście – cieszą się z pieniędzy otrzymywanych od docierających nad Orinoko podróżników, to tak naprawdę niemal wszystko, co posiadają, zawdzięczają otaczającej ich na co dzień przyrodzie. Warto nadmienić, że liczące obecnie ok. 40 tys. osób plemię Warao uważa się za drugą pod względem liczebności społeczność indiańską w Wenezueli, zaraz po Wayúu – rdzennych mieszkańcach półwyspu La Guajira nad Morzem Karaibskim. Ale o tej ostatniej, również niezmiernie fascynującej, grupie etnicznej opowiem już następnym razem...   

Tymczasem powróćmy do Orinoko. Ta trzecia na świecie rzeka pod względem zasobności wód (średni przepływ to aż 33 tys. m³/s!) – po Amazonce i Kongo – tworzy jeden z najpotężniejszych systemów rzecznych na naszym globie. Jej dorzecze zajmuje powierzchnię ponad trzy razy większą od Polski – niemal 989 tys. km², z czego ok. 65 proc. znajduje się na terytorium wenezuelskim, a pozostałe 35 proc. w sąsiedniej Kolumbii. Najważniejsza rzeka Wenezueli rodzi się na górze Carlos Delgado Chalbaud (1047 m n.p.m.), wznoszącej się na południu stanu Amazonas, i wije się następnie przez 2140 km, aż w końcu wpada do Atlantyku, tworząc ogromną, wachlarzowatą deltę o obszarze zbliżonym do 40 tys. km². Masy słodkiej wody dominują nad słonymi jeszcze 200 km od ujścia w głąb oceanu. Delta cały czas się rozrasta poprzez nanoszone przez Orinoko osady. Szacuje się, że co roku powstają w ten sposób 44 km² nowego lądu. Wydłużają się przez to setki tutejszych kanałów i powiększa powierzchnia wysp. W tej olbrzymiej plątaninie dróg wodnych, nazywanych caños, otoczonych wilgotną dżunglą, znakomicie orientują się jedynie Indianie. Miejscowi przewodnicy z plemienia Warao pokażą nam z bliska groźnych mieszkańców rzeki, np. słynne piranie z Orinoko (Pygocentrus cariba), anakondy czy kajmany. Te pierwsze zresztą możemy tu łowić za pomocą prostej indiańskiej wędki (zwyczajne patyki) z nadzianą na haczyk mięsną przynętą. Polowanie na drapieżne piranie w Wenezueli stanowi z pewnością niezapomniane przeżycie, szczególnie jeśli uda się nam złapać tę rybę z ostrymi jak brzytwa zębami (ja wyciągnąłem z wody trzy okazy!). Jeżeli będziemy mieć szczęście, ujrzymy też podczas wyprawy do delty różowe delfiny słodkowodne – inie (Inia geoffrensis), nazywane przez Wenezuelczyków boto lub delfín del Amazonas. Tę pełną życia rzekę zamieszkuje ogromna liczba dzikich zwierząt. Odwiedzając dziewiczą dżunglę nad Orinoko, co chwilę słyszałem różnego rodzaju odgłosy – pomruki, pluski i szelesty. Wśród plątaniny gałęzi udało mi się wypatrzyć kolorowe papugi, kolibry i wiele innych wspaniałych tropikalnych ptaków, m.in. hoacyny (kośniki czubate), na które mówi się w Wenezueli guacharaca de agua. Na drzewach dostrzegłem również purpurowo-czerwone wyjce rude. Ich długi ogon o spłaszczonym, nieowłosionym końcu zapewnia im pewny uchwyt. Pozwala to tym małpom na szybkie przemieszczanie się z jednej gałęzi na drugą. Na obszarze delty Orinoko natknąłem się także na kapibarę, największego żyjącego gryzonia na świecie, wyśmienicie pływającego i nurkującego, oraz na mrówkojada. Zwierzę to nie posiada zębów, ma za to długi i lepki język, którego używa do łapania mrówek i termitów. Dwa razy ujrzałem tu też z bliska wyglądające mało sympatycznie, otoczone złą sławą, wielkie, kosmate pająki – ptaszniki. Potęga największej rzeki Wenezueli zrobiła na mnie ogromne wrażenie. Jest po prostu nieograniczona. Nic więc dziwnego, że Krzysztof Kolumb, który w 1498 r. przybił do brzegu w pobliżu jej delty, nie wiedząc jeszcze, dokąd dotarł, ujrzawszy Orinoko, uświadomił sobie, że takich mas wody nie może nieść rzeka płynąca na wyspie. Hiszpanie myśleli zresztą na początku, iż odkryli nowe morze. Nazwali je Mar Dulce, czyli Słodkim Morzem.

Wenezuela zachwyciła i oczarowała tak wielkich ludzi, wspaniałych podróżników i odkrywców, jak choćby Krzysztof Kolumb, Aleksander von Humboldt, Henri Pittier czy James Crawford Angel. Widzieli oni wiele cudów na całym świecie, mało co mogło ich zaskoczyć, a mimo to łatwo zakochali się w tym kraju. Zdobył on zresztą serce również i autora tego artykułu, który odwiedził go już 7-krotnie i spędził w nim łącznie ponad 7 miesięcy. Jednak niemal co roku znowu powraca do Wenezueli, gdzie przeżył tyle niezapomnianych przygód. W najbliższym czasie – w grudniu – czeka go wyprawa z wenezuelskimi przyjaciółmi na fascynujący półwysep La Guajira nad Morzem Karaibskim, do krainy Indian Wayúu, ale to już temat na inną opowieść…


 

Artykuły wybrane losowo

Nieznany niesamowity Honduras

 

Copan Stairs Day

Imponujące Schody Hieroglifów w Copán mają 62 stopnie o szerokości 10 m

© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

IZABELA RUTKOWSKA

 

Honduras jako jeden z niewielu krajów na świecie oparł się masowej turystyce i komercjalizacji. Długo okryty był złą sławą, a to ze względu na niestabilną sytuację polityczną i panującą w nim biedę. Według rozpowszechnionych stereotypów wciąż uchodzi za miejsce niebezpieczne. Jednak podczas wizyty w Hondurasie łatwo odczarujemy ten jego wizerunek. Znajdziemy w nim wszystko, co sprawia, że wyjazd staje się podróżą marzeń. Zanurzymy się tu w krystalicznie czystych, turkusowych wodach Morza Karaibskiego, zakochamy się w pięknych złotych plażach, odkryjemy niezliczone gatunki egzotycznej fauny w tropikalnych lasach i pełne tajemnic ruiny miast niezwykłej cywilizacji Majów.

 

Ten niewielki kraj (jego powierzchnia wynosi prawie 112,5 tys. km2) leży w Ameryce Środkowej, w sąsiedztwie Gwatemali, Salwadoru i Nikaragui. Zamieszkuje go ponad 9,1 mln ludzi. Mniej więcej połowa z nich to katolicy, drugą co do wielkości grupą wyznaniową są protestanci (ok. 40 proc.). Hondurasu nie zalała jeszcze masowa turystyka, co stanowi jego ogromny atut. Jest to świetne miejsce na wyjazdy kulturowe i przyrodnicze oraz wyprawy dla osób aktywnych. Tutejsze wybrzeże Morza Karaibskiego uchodzi za prawdziwy raj dla nurków. Na południowym zachodzie kraju znajduje się zatoka Fonseca (Golfo de Fonseca) wychodząca na Ocean Spokojny. Uważa się ją za jeden z najlepszych naturalnych portów na świecie. Prawie 80 proc. terytorium Hondurasu zajmują wyżyny i góry. Karaibski brzeg o długości mniej więcej 670 km porastają gęste lasy.

 

Honduran cechuje skromność i serdeczność, a także wielka miłość do ojczyzny. Ich ulubionym sportem jest piłka nożna. W lipcu 1969 r. rozegrał się konflikt zbrojny między Hondurasem a Salwadorem. Wojna stu godzin, nazwana przez polskiego reportażystę Ryszarda Kapuścińskiego wojną futbolową, pochłonęła ok. 2 tys. ofiar. Walki przerwała interwencja Organizacji Państw Amerykańskich, lecz napięcie w kontaktach obu krajów utrzymywało się jeszcze latami. Zarzewiem konfliktu miała być rzekomo przegrana honduraskiej drużyny w meczu kwalifikacyjnym do Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej 1970 odbywającym się 15 czerwca 1969 r. w San Salvadorze (salwadorskiej stolicy). W rzeczywistości jednak stosunki między tymi państwami nie należały do najłatwiejszych już dużo wcześniej. Główny powód wybuchu wojny stu godzin stanowił fakt, że na przygranicznych obszarach Hondurasu masowo osiedlali się salwadorscy rolnicy poszukujący pracy. Honduraskie władze chciały zmusić Salwadorczyków do powrotu do ojczyzny, ale rząd Salwadoru obawiał się, że będą oni żądać reformy rolnej i przydziału ziemi.

 

DZIEDZICTWO MAJÓW

 

Sport, a właściwie sportowe emocje towarzyszyły człowiekowi od zawsze. W Imperium Rzymskim wrażeń dostarczały walki gladiatorów, starożytni Grecy żyli igrzyskami olimpijskimi, natomiast większość ludów prekolumbijskich miała swoją grę w piłkę, czyli juego de pelota.W ruinach majańskich miast w Ameryce Środkowej do dziś zachowały się boiska do grania. Jedno z największych i najbardziej imponujących powstało w Copán, znajdującym się obecnie na zachodzie Hondurasu. Ta mezoamerykańska gra była bardzo trudna i wymagała nie lada umiejętności. Do zawieszonej na wysokości kilku metrów kamiennej obręczy należało trafić podłużną kauczukową piłką (niekiedy nawet 4-kilogramową), którą odbijało się wyłącznie łokciem, kolanem lub biodrem. Gracze używali specjalnych ochraniaczy, często zrobionych z drewna. Z tego, że sport to nie do końca zdrowie, a jego uprawianie może powodować kontuzje i ciężkie obrażenia, Majowie doskonale zdawali sobie sprawę. Oprócz źródła sportowych emocji gra stanowiła też swojego rodzaju rytuał. Często jedna z drużyn składała się z jeńców wojennych i to właśnie ten zespół skazany był na porażkę. Wedle reguł krwawego wariantu rozgrywek kapitan drużyny przegranej tracił głowę. Podczas spaceru po wielkim boisku w Copán łatwo wyobrazić sobie, jak kilkunastu młodzieńców toczy tu walkę na śmierć i życie.

 

Majowie swoje miasta budowali na trudno dostępnym obszarze, w zakątkach głęboko ukrytych wśród gęstych tropikalnych lasów. Dotarcie do nich wymagało znakomitej wiedzy o przyrodzie, tężyzny fizycznej, odwagi i orientacji w terenie. Stanowisko archeologiczne Copán to największe i najlepiej zachowane pozostałości po majańskiej cywilizacji w całym kraju. Koniecznie trzeba je odwiedzić podczas wizyty w Hondurasie. Ruiny zostały odkryte na początku XIX w., ale dopiero w 1841 r. dzięki publikacji amerykańskiego podróżnika Johna Lloyda Stephensa i angielskiego rysownika Fredericka Catherwooda świat dowiedział się więcej o tym niezwykłym miejscu.

 

Tajemniczy Majowie zamieszkiwali półwysep Jukatan i rejony na południe od niego. Do najważniejszych ich ośrodków należały m.in. Chichén Itzá i Palenque (w Meksyku), Tikal (w granicach Gwatemali) czy właśnie Copán. To ostatnie miasto słynie przede wszystkim z najdłuższego znanego majańskiego tekstu utrwalonego pismem hieroglificznym, który opisuje historię jego władców. Znajdziemy go na kamiennych Schodach Hieroglifów prowadzących do centrum ceremonialnego. Składały się na nie świątynie budowane na piramidach schodkowych, zespoły pałacowe, dziedzińce i wspomniane boisko. Na głównym placu mieszkańcy spotykali się w ważnych dla społeczności momentach i z okazji uroczystości religijnych. Znajdowały się tu również stanowiska do prowadzenia niezwykle ważnych dla prekolumbijskich cywilizacji obserwacji astronomicznych. Okres świetności Copán przypada na stulecia od V do VIII. W tym czasie miasto mogło zamieszkiwać nawet 20 tys. osób. Nie bez powodu ośrodek nazywa się Atenami Nowego Świata. Centrum otoczone było dzielnicami mieszkalnymi. W Copán można spędzić cały dzień. Warto przy okazji zajrzeć do tutejszego bardzo ciekawego muzeum archeologicznego.

 

Ten skarb kraju znajduje się jedynie ok. 10 km od gwatemalskiej granicy. Dlatego z Gwatemali często organizuje się fakultatywne wycieczki do Copán. W Hondurasie warto jednak zostać na dużo dłużej.

 

OWOCOWY PORT

 

Na nizinnym obszarze kraju rozciągającym się wzdłuż wybrzeża karaibskiego można spotkać ceibę, w kulturze Majów uważaną za święte drzewo. Jej polska nazwa rodzajowa to puchowiec. Roślina ta występuje licznie w basenie Morza Karaibskiego. Drzewo ma charakterystyczną gładką korę, a z upływem lat pokrywają je gęsto kilkucentymetrowe kolce. Od wieków wykorzystywane jest jako środek leczniczy przy problemach związanych z układem moczowym, jak również przy schorzeniach skóry. Z oleju z nasion ceiby produkuje się mydło. Najcenniejszą jej częścią są jednak włókna nasienne (w formie puchu) o znacznych właściwościach wypornościowych nazywane kapokiem. Wykorzystuje się je w tapicerstwie i jako materiał izolacyjny oraz wypełnia się nimi poduszki i materace (kiedyś używano ich w kamizelkach ratunkowych). Obecnie coraz częściej kapok bywa zastępowany sztucznymi odpowiednikami.

 

Od puchowca pochodzi nazwa trzeciego co do wielkości ośrodka miejskiego Hondurasu. La Ceiba to ponad 200-tysięczne miasto portowe, stolica departamentu Atlántida. Właśnie stąd eksportuje się do Stanów Zjednoczonych owoce z Ameryki Środkowej, m.in. grejpfruty, pomarańcze, cytryny, a przede wszystkim ananasy i banany. Plantacje bananowca są bardzo charakterystycznym elementem krajobrazu północnej i północno-wschodniej części kraju. W 1899 r. powstała spółka United Fruit Company operująca na terenie Ameryki Środkowej i Południowej. Firma była właścicielem największych plantacji i uzależniła Honduras od uprawy bananów, na eksporcie których zarobiła ogromne pieniądze. Miała poza tym znaczący wpływ na politykę w tym kraju i wielu innych, nazywanych z tego względu republikami bananowymi.

 

La Ceiba uchodzi za honduraską stolicę rozrywki. Turyści przyjeżdżają tutaj zwłaszcza w maju na festiwal karnawałowy organizowany ku czci patrona miasta – św. Izydora Oracza.

 

MIESZKAŃCY KARAIBÓW

 

Niedaleko La Ceiby znajduje się Park Narodowy Pico Bonito (Parque Nacional Pico Bonito), drugi co do wielkości w kraju (ok. 1070 km² powierzchni). Majestatyczna góra (Pico Bonito) o charakterystycznym trójkątnym wierzchołku to wizytówka tego portowego miasta. Szczyt położony w paśmie górskim o nazwie Nombre de Dios wznosi się na wysokość 2435 m n.p.m. O wyjątkowości tego obszaru stanowi bogactwo flory i fauny oraz piękno krajobrazu. Na stosunkowo niewielkiej powierzchni rozwinęły się tu różne systemy roślinne, w tym gęste lasy równikowe na wybrzeżu i leśne kompleksy wysokich partii gór. Warto spędzić w tej malowniczej okolicy więcej czasu. Można go poświęcić na wspinaczkę górską, kąpiele w naturalnych akwenach czy obserwowanie ptaków. W tym rejonie występuje ok. 700 ich gatunków! Spotyka się tutaj piękne bławatniki, kolorowe tukany, wielkie czerwone ary i mnóstwo innych fascynujących stworzeń. Rzeka Cangrejal przepływająca przez park idealnie nadaje się na rafting. Jest jednym z najbardziej znanych w Hondurasie miejsc do uprawiania tej aktywności. Obszar parkowy stanowi część mezoamerykańskiego korytarza migracyjnego zwierząt, obejmującego Amerykę Środkową. W krajach leżących w tym regionie występuje mniej więcej 8 proc. znanych na świecie gatunków fauny, w tym wiele endemicznych.

 

Przy opisywaniu tego rejonu naszego globu nie sposób nie wspomnieć o Garifuna, czyli o tzw. Czarnych Karaibach. Ich bardzo liczna społeczność zamieszkuje właśnie tereny nad rzeką Cangrejal w pobliżu Parku Narodowego Pico Bonito. W całym Hondurasie żyje ok. 100 tys. przedstawicieli tej grupy etnicznej, najwięcej spośród wszystkich krajów w basenie Morza Karaibskiego. Garifuna są potomkami rdzennej ludności Karaibów i Afrykańczyków przywiezionych do pracy na plantacjach. Przekazy mówią o dwóch statkach transportujących afrykańskich niewolników, które w 1635 lub 1675 r. rozbiły się w pobliżu wyspy Saint Vincent w archipelagu Małych Antyli. Prawie wszyscy ocaleli i zasymilowali się z miejscowymi Karaibami. Od połowy XVIII w. władzę w rejonie archipelagu zaczęli przejmować Brytyjczycy. Mieszkańcy wysp długo stawiali opór nowym porządkom. Ostatecznie na obszarze brytyjskiej kolonii pozwolono pozostać rdzennej ludności, tzw. Czerwonym Karaibom, resztę zesłano w 1797 r. na wyspę Roatán u wybrzeży Hondurasu. Była ona zbyt mała, aby pomieścić nowych mieszkańców, którzy szybko przenieśli się na kontynent. Kultura dumnych Garifuna rozwija się do dziś i wraz z ich językiem, tańcem i muzyką została wpisana na Listę Reprezentatywną Niematerialnego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Warto spędzić w zamieszkanym przez nich rejonie choć jeden cały dzień i dać się porwać rytmom energetycznych punty i hunguhungu (fedu) czy zagrać w domino przy szklaneczce wyśmienitego honduraskiego rumu. Produkcji tego trunku sprzyjają idealne warunki do uprawiania trzciny cukrowej.

 

AROMATYCZNE PAMIĄTKI

 

Z Hondurasu pochodzi jedna z najlepszych kaw na świecie. Paczka aromatycznych ziaren będzie znakomitą pamiątką lub prezentem z tego kraju. Aby dowiedzieć się czegoś więcej o uprawie kawowców, najlepiej udać się na jedną z licznych plantacji i do palarni kawy. W takich miejscach można spróbować świeżo przyrządzonego napoju i przekonać się, że zazwyczaj różni się on zdecydowanie jakością od tego, do którego jesteśmy przyzwyczajeni. Zmielona kawa w sklepach w Europie często magazynowana bywa nawet ponad rok. O niepowtarzalnym smaku i doznaniach związanych z piciem tego napoju stanowi aromat, a on szybko się ulatnia. Dlatego też zawsze należy kupować kawę w ziarnach. Kawowce uprawiane są w Hondurasie na stokach o odpowiednim nachyleniu i nasłonecznieniu (głównie na terenie departamentu El Paraíso, czyli Raj). Przed palącym słońcem chronią je wysokie drzewa. Od października do stycznia pielęgnowane ręcznie krzewy pokrywają się czerwonymi dojrzewającymi owocami. Po zebraniu przy pomocy prasy pozbawia się je skórki, a następnie płucze i oddziela miąższ w procesie fermentacji. Kolejnym etapem jest suszenie, które niejednokrotnie odbywa się na słońcu. Rozsypane na plandekach ziarna to częsty widok w Hondurasie. Ostatni etap stanowi palenie – końcowe nierzadko odbywa się już w kraju importera. Najwartościowszą honduraską kawę oznacza się symbolem SHG (Strictly High Grown). Pochodzi ona z najlepszych upraw położonych na średniej wysokości ok. 1350 m n.p.m. Za jej kilogram trzeba zapłacić nawet kilkaset złotych.

 

Z Hondurasu warto przywieźć również cygara. W niewielu miejscach na świecie panują sprzyjające warunki do uprawy dobrego tytoniu. Liści z honduraskich plantacji, skoncentrowanych przede wszystkim na żyznym obszarze malowniczej doliny Jamastrán w departamencie El Paraíso, używają najwięksi światowi producenci. Od klimatu, rodzaju gleby, stopnia nasłonecznienia i poziomu wilgotności zależy smak, aromat, rozmiar i kolor cygar. Te z Hondurasu są wyraziste i aromatyczne.

 

KARAIBSKA IDYLLA

 

004PicoBonito
Pico Bonito, motyl Caligo memnon nazywany sową
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Ten środkowoamerykański kraj to mekka miłośników nurkowania i wędkarstwa. Jego nazwa pochodzi od wyjątkowej głębokości wody w okolicy karaibskiego wybrzeża. W języku hiszpańskim hondo znaczy „głęboki”. Honduras leży wzdłuż drugiej co do wielkości na świecie (mającej długość ok. 1 tys. km) rafy koralowej zwanej Wielką Rafą Koralową Majów (Mezoamerykańskim Systemem Rafy Barierowej). Zwykle kojarzy się z nią Belize i głęboka studnia Great Blue Hole, ale prawdziwe bogactwo podwodnego świata kryje się także nieopodal honduraskiego archipelagu Islas de la Bahía. W jego skład wchodzą główne wyspy Roatán, Guanaja i Útila. Są one łatwo dostępne, a pobyt na nich nie kosztuje na ogół zbyt dużo. Z wyjątkiem rajskiego skrawka lądu, za jaki uważa się słusznie Roatán, nie ma tu rozbudowanych luksusowych hoteli i resortów, za to w wielu miejscach możemy spędzić niezapomniane chwile w hamaku na tarasie drewnianego domku na palach lub na dziewiczej plaży. W okolicach Útili znajdziemy jedne z najzdrowszych i najmniej zniszczonych koralowców w Morzu Karaibskim. Poza tym spotyka się w tym rejonie liczne rekiny wielorybie, płaszczki, homary, krewetki czy mureny. Jeśli dopisze nam szczęście, natkniemy się na stado delfinów. Nie bez powodu wyspa ta (jak zresztą cały archipelag Islas de la Bahía!) uchodzi za jedno z najlepszych miejsc do nurkowania na świecie.

 

 MG 7855

Roatán – tzw. Dolphin Encounter zaprasza na spotkanie i pływanie z delfinami 
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

Miłośnicy żeglarstwa, kajakarstwa, wędkarstwa, trekkingu, obserwacji ptaków i ekoturystyki koniecznie muszą odwiedzić jezioro Yojoa usytuowane na zachodzie kraju, na wysokości ok. 630–700 m n.p.m. Leży ono między szczytami wygasłych wulkanów. To największe naturalne jezioro Hondurasu. Znajdują się tu parki narodowe Montaña Santa Bárbara (Parque Nacional Montaña Santa Bárbara) i Cerro Azul Meámbar (Parque Nacional Cerro Azul Meámbar). Na tym obszarze występują np. legwany, węże, małpy, oceloty i pumy.

 

MIASTO W GÓRACH

 

 F3G1132

Kobiety Garifuna tańczące hunguhungu (fedu)
© INSTITUTO HONDUREÑO DE TURISMO (IHT)

 

Tegucigalpę, stolicę kraju, zamieszkuje ok. 1,2 mln osób – to ponad jedna ósma ludności całego Hondurasu. Położona u podnóży wzgórza El Picacho, przed wiekami stanowiła ośrodek wydobycia srebra i złota. Miasto sprawia wrażenie nieuporządkowanego. Warto odwiedzić w nim Muzeum Tożsamości Narodowej (Museo para la Identidad Nacional – MIN). W rejonie historycznego centrum wznosi się XVIII-wieczna barokowa Katedra św. Michała Archanioła i budynek Kongresu Narodowego. Miasto często służy turystom za bazę wypadową, ponieważ właśnie stąd bez problemu dostaniemy się do wszystkich najatrakcyjniejszych miejsc w Hondurasie. Niemal z każdego punktu w Tegucigalpie można dostrzec 30-metrową figurę Chrystusa El Picacho ustawioną na szczycie wzgórza El Picacho. Ma ona przynosić nadzieję na lepszą przyszłość krajowi, który w 1821 r. wyrwał się spod hiszpańskiego jarzma i 17 lat później ogłosił pełną niepodległość (26 października 1838 r.), lecz dopiero od niedawna powoli staje na nogi. Ogromną szansą dla tego państwa jest m.in. rozwój turystyki, a temu sprzyja walka ze stereotypami na temat Hondurasu.

 

Aby wczuć się w atmosferę stolicy, warto przystanąć na chwilę i zjeść sprzedawane na każdym rogu arepas, czyli placki z kukurydzy, smażonych platanów czy fasoli. Honduraska kuchnia niewiele różni się od tej spotykanej w innych krajach Ameryki Środkowej. Jej podstawę stanowi ryż, a także fasola przygotowywana na różne sposoby i tortilla. Na śniadanie jada się zwykle tzw. baleadas, czyli właśnie tortille podawane z fasolą, żółtym serem i kwaśną śmietaną. Dodatki zależą – oczywiście – od upodobania. Kilkadziesiąt lempirów (HNL) kosztuje doskonała wersja z awokado, mięsem i wieloma innymi składnikami. Całość doprawia się zazwyczaj bardzo ostrym sosem na bazie papryki jalapeño. Słynny szkocki szef kuchni Gordon Ramsay, który odwiedził Honduras w marcu 2017 r., tak zachwycił się miejscowymi baleadas, że uznał je nawet za zdecydowanie najlepsze latynoamerykańskie danie.    

 

INDIANIE I KOLONIŚCI

 

Ciudad Blanca, legendarne Białe Miasto, można nazwać Atlantydą Ameryki Środkowej. Według wierzeń to właśnie w nim narodził się Pierzasty Wąż (Quetzalcóatl). Uważany był za boga wiatru, nieba, ziemi, wody i płodności. Ok. 300 km od Tegucigalpy archeolodzy odkryli w 2012 r. interesujący zespół ruin. Wiele artefaktów dowodzi, że mogą być to pozostałości legendarnego ośrodka Ciudad Blanca. Stanowisko archeologiczne, którego powierzchnię szacuje się na mniej więcej 50 km², znajduje się w gęstym tropikalnym lesie w historycznym rejonie La Mosquitia (na Wybrzeżu Moskitów – Costa de Mosquitos), na terenie dziewiczego Rezerwatu Biosfery Río Plátano, wpisanego w 1982 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To pełne tajemnic miejsce do dziś chroni wojsko, aby zapobiec kradzieżom. Odnaleziono tu fragmenty starożytnych struktur, w tym ziemnych piramid i placów, oraz liczne przedmioty codziennego użytku.

 

W wielu honduraskich miejscowościach natkniemy się na ślady kolonialnych czasów. Perełką architektury i niezmiernie ciekawym miejscem jest Gracias, dawna stolica Hondurasu (dzisiaj departamentu Lempira), założona w 1536 r. Do najstarszych tutejszych budynków należy świetnie zachowany Kościół La Merced, który powstał na początku XVII w. Obowiązkowo trzeba wybrać się też na spacer do hiszpańskiego Fortu św. Krzysztofa (Fuerte San Cristóbal), z którego rozpościerają się zapierające dech w piersiach widoki na całą dolinę. Wiele nazw własnych w Gracias nawiązuje do imienia pochodzącego z tego terenu legendarnego Lempiry (ok. 1499–1537), bohaterskiego władcy Indian Lenca (zamieszkujących terytorium dzisiejszego Hondurasu i Salwadoru), walczącego z hiszpańskimi konkwistadorami w latach 30. XVI stulecia. W pobliżu miasta znajdują się najsłynniejsze naturalne gorące źródła w kraju (Aguas Termales „Presidente”).

 

W tej części Ameryki Środkowej jest jeszcze bezsprzecznie mnóstwo do odkrycia. Nie warto się więc zbyt długo zastanawiać nad decyzją o podróży do wciąż raczej nieznanego turystom, lecz niezmiernie fascynującego Hondurasu. Najlepiej po prostu wyruszyć na spotkanie z wielką przygodą.

DOMINIKANA TO STAN UMYSŁU

MARCIN WESOŁY

 

 FOT. DOMINICAN REPUBLIC MINISTRY OF TOURISM

<< Raj to poniekąd rzecz względna – również w Republice Dominikańskiej. W tym malowniczym zakątku świata może być bajkowo tylko gdzieniegdzie – ale za to jak bardzo! Niebiańskie Karaiby to bardziej stan umysłu. Gdy człowiek napatrzy się na zjawiskowe pejzaże, posiedzi w cieniu palmy nad brzegiem lazurowej wody, zakosztuje tropikalnych specjałów, popije koktajli na bazie rumu, odwzajemni serdeczne uśmiechy Dominikańczyków, to zechce tutaj wracać jak najczęściej… Wizyta w tym karaibskim kraju pozostawia w duszy ślad na całe życie! >>

 

Republika Dominikańska, położona na wyspie La Española (znanej w Polsce jako Haiti) na Morzu Karaibskim, to popularny kierunek podróży szczególnie wśród tych turystów, którzy raz w roku (zimą) uciekają przed niesprzyjającą pogodą we własnym kraju. Językiem urzędowym jest hiszpański i mimo iż jego tutejsza odmiana nieco różni się od wersji z Półwyspu Iberyjskiego, nie stanowi to przeszkody w komunikacji (oczywiście, dla znających go osób). Poza tym sami Dominikańczycy są niezmiernie otwarci i towarzyscy, więc naprawdę trudno się z nimi nie dogadać.

Więcej…

Off-road – ekscytujące podróże po bezdrożach

WOJCIECH KUDER

 

                                                                                                             FOT. TOURISM QEENSLAND

<< Zawrotna prędkość, zwiększony poziom adrenaliny i chęć zmierzenia się z własnymi ograniczeniami to główne powody, dla których wielu Polaków coraz częściej zamienia ekskluzywne hotele w formule all inclusive na wypełnione mułem koryta rzek, niedostępne grzęzawiska, bezkresne piaski pustyni, mroźne lodowce czy kamienne bezdroża. Moda na pełne wrażeń wyprawy off-roadowe ma się znakomicie! Oczarowani ekstremalną jazdą pasjonaci samochodów z napędem na cztery koła odnajdują w nich poczucie wolności oraz okazję do wygrania z samym sobą i odwiecznymi siłami dzikiej przyrody. A wszystko to w tumanach kurzu i przy akompaniamencie warczących silników… Ubłoceni, pogryzieni przez komary, skrajnie wyczerpani, lecz niewiarygodnie dowartościowani i szczęśliwi uczestnicy wypraw off-roadowych tworzą nowy, ekscytujący kierunek z pogranicza sportów ekstremalnych, motoryzacji i turystyki. Jeżdżą zdobywać bezdroża oraz poznawać piękne zakątki Europy, Afryki, Azji, Australii czy Ameryki Południowej. >>

Off-road, czyli w największym skrócie sport motorowy, który polega na pokonywaniu specjalnie przygotowanym samochodem terenowym nieutwardzonych dróg i trudno przejezdnych terenów, pozwala naprawdę uwierzyć w siebie. Docierając tam, gdzie nie zapuszczają się zwykli turyści, przeprawiając się przez rwące potoki, pokonując strome polodowcowe wąwozy i wspinając się przeciążonym do granic fabrycznych możliwości jeepem na nieprzyjazne kamieniste zbocza czy wysokie piaszczyste wydmy, każdy może poczuć się jak nieustraszony podróżnik i odkrywca.

Więcej…