ROBERT GONDEK GERBER”

www.gerber.d7.pl

 

  FOT. TANZANIA TOURIST BOARD 

<< Tanzania to jeden z najpopularniejszych kierunków wśród osób szukających afrykańskiej egzotyki i tych, którzy po raz pierwszy odwiedzają ten kontynent. W tym kraju możemy zdobyć Kilimandżaro – najwyższy szczyt Afryki (5895 m n.p.m.), przemierzyć wspaniałe parki narodowe pełne dzikich zwierząt, poznać życie Masajów, Buszmenów, Sonjo, Chagga, Kuria i wielu innych plemion, a na koniec odpocząć na przepięknych plażach Zanzibaru, delektując się wspaniałymi owocami. Jednak po to, aby odkryć prawdziwą Tanzanię, trzeba czasem nieco zboczyć z turystycznych szlaków. >>

Zjednoczona Republika Tanzanii powstała z połączenia kontynentalnej Tanganiki i wyspiarskiego Zanzibaru, co ma swoje odzwierciedlenie w nazwie Tanzania. Pozostałością po panowaniu Brytyjczyków jest tu m.in. urzędowy język angielski funkcjonujący obok suahili. Jednocześnie rejon ten stał się niemal wizytówką Afryki ze względu na niezmierne bogactwo gatunków fauny i różnorodność kulturową ludów zamieszkujących te tereny.

 

Wypełniam wniosek wizowy. Celnicy robią zdjęcie mojej twarzy. Zostawiam odciski palców. W paszporcie ląduje pieczątka i wiza, a w kasie celników – 50 dolarów. Joseph czeka na mnie na lotnisku z kartką z napisem Karibu Kaka Gerber (Witaj Bracie Gerber!). – Jambo Joseph! (Cześć Joseph!) – pozdrawiam go przyjaźnie. Nie widzieliśmy się półtora roku od czasu wspólnego wyjazdu do Nepalu. Na czerwonej afrykańskiej ziemi czuję się jak w domu. Natychmiast otula mnie przyjemne ciepło. Wokół wszędzie kwitną na fioletowo drzewa dżakarandy.

Na powitalną kolację idziemy do pobliskiego baru, a Joseph przynosi półmiski z jedzeniem. Znów mogę spróbować pysznych tanzańskich przysmaków: słodkiej trzciny cukrowej do żucia w kawałkach, mięsa, sałatek, owoców. Do tego zimne piwo Kilimanjaro, które tutaj, przy pełni księżyca oświetlającego skryty za chmurami najwyższy szczyt Czarnego Lądu, smakuje naprawdę wybornie. Znowu jestem w Afryce!

 

Wschód słońca na Kilimandżaro

Zdobycie „Dachu Afryki”, jak mówi się o Kilimandżaro, to wspaniałe przeżycie, a zaplanowanie trekkingu na najwyższą górę Czarnego Lądu nie sprawia większych trudności. Wystarczy przyjechać do Moshi lub Arushy, gdzie dziesiątki miejscowych biur podróży w przeciągu kilku godzin są w stanie zorganizować wyprawę. Przyda się też odrobina zdolności negocjacyjnych i trochę przezorności, aby nie zostać ofiarą nieuczciwych pośredników. Podczas podróży po Tanzanii należy zawsze pamiętać, że targowanie się jest wręcz tradycją i obowiązkiem, niezależnie od tego, czy kupujemy banany, płacimy za obiad, czy organizujemy trekking albo safari. Ten zwyczaj stanowi po prostu część tutejszej kultury.

Wyzwaniem podczas wspinaczki na Kilimandżaro może być przyzwyczajenie organizmu do dużej wysokości, a także do zmian temperatury powietrza, spadającej nocami mocno poniżej zera. Sam trekking nie wymaga umiejętności wspinaczkowych, a przez większość roku nie przyda się nam nawet żaden specjalistyczny sprzęt. Powinniśmy za to zaopatrzyć się w wytrzymałe i ciepłe ubrania. W zależności od wybranej trasy, własnych możliwości, uzgodnionej ceny i indywidualnie wynegocjowanych warunków wejście na wierzchołek góry zajmuje od 5 do 8 dni. Zejście jest łatwiejsze i trwa zaledwie 2–3 dni. W zdecydowanej większości przypadków wyprawa kończy się zdobyciem szczytu Uhuru na wulkanie Kibo (masyw Kilimandżaro tworzą pozostałości trzech wulkanów: Kibo, Mawenzi i Shira). Ostatni fragment podejścia zaczyna się nocą. W świetle latarek czołowych grupa za grupą podążają wolno pod górę po niezbyt głębokim śniegu, aby zdążyć na wschód słońca. Końcowe metry to emocjonująca walka z własnymi słabościami, zakończona nierzadko łzami radości. Jednak widok, jaki rozpościera się z „Dachu Afryki”, gdy pierwsze promienie słoneczne rozświetlają okolicę, wynagradza wszystkie trudy wspinaczki, a satysfakcja ze zdobycia Kilimandżaro jest nie do opisania.

 

Na przełaj przez krainę Masajów

  FOT. ROBERT GONDEK

Naszym następnym przystankiem w podróży po Tanzanii są ziemie Masajów. Gdy przez nie przejeżdżamy co chwilę spostrzegamy masajskich mężczyzn owiniętych w czerwone lub fioletowe kangi, trzymających kij, dzidę lub maczetę. Wędrują swoimi ścieżkami oddalonymi parę metrów od drogi. Czasem siedzą i doglądają stad bydła. Wystarczy się zatrzymać, aby jak spod ziemi pojawiły się Masajki sprzedające kolorowe koraliki, wisiorki i bransoletki. To dla nich jedno z najważniejszych źródeł dochodu. Dlatego warto potargować się trochę po drodze i kupić kilka pamiątek bezpośrednio u nich zamiast u pośredników. My robimy postój nawet kilka razy. Mijamy również masajską wioskę, gdzie obserwujemy osobliwą scenę. Jedna z kobiet nie przyszła na umówione spotkanie i pozostałe Masajki zgodnie ze zwyczajem muszą ją za to wychłostać. Biegają więc pomiędzy okrągłymi chatkami z kijkami za swoją ofiarą. Na wszelki wypadek Masajowie radzą nam odjechać ze swojej ziemi. Uiszczamy opłatę wyjazdową za przejazd przez wioskę i jedziemy dalej.

 

Honorowi goście u plemienia Kuria

Przed nami kilkaset kilometrów trasy po bezdrożach północnej Tanzanii do Mugumu – wioski plemienia Kuria, z którego pochodzi Joseph. Po drodze kupujemy ryż i cukier dla jego rodziców. W tutejszych warunkach to towar luksusowy.

On sam długo nie odwiedzał ojczystych stron. Rodzina Josepha postanawia z okazji naszej wizyty zabić kozła, co stanowi ważne i niecodzienne wydarzenie w wiosce, jest wyrazem szacunku dla gości. Czujemy się wyróżnieni. Na podeście przygotowanym z liści bananowca kilka osób trzyma wyrywające się zwierzę. Kozła zabija się poprzez przebicie mu nożem tętnicy szyjnej, z której upuszcza się krew prosto do podstawionego garnka. W naczyniu miesza się czerwoną ciecz z solą, pod wpływem czego staje się ona pomarańczowa. Po ceremonii upuszczania krwi ze zwierzęcia zdejmuje się skórę, a mięso dzieli się na części. Dostajemy nogę kozła na drogę i odjeżdżamy. Szkoda, że nie mogliśmy zostać dłużej. Mieszkańcy wioski cieszą się z odwiedzin i chętnie opowiadają o swoim życiu, a przecież tylko przez bezpośredni kontakt z miejscowymi ludami możemy poznać prawdziwą, nieturystyczną Tanzanię.

 

Oko w oko z lwem

Teraz czeka na nas Park Narodowy Serengeti. Na jego terenie nie wolno osiedlać się ludziom. Przed nami znajduje się pusta żółto-szara równina. Z kolejnymi kilometrami krajobraz zmienia się jednak jak w kalejdoskopie: żółć i szarość zastępuje zieleń, pojawiają się drzewa. Mijamy liczne ślady antylop i zebr. Po obu stronach drogi zauważamy słonie, żyrafy i strusie. Jadąc wzdłuż rzeki, wyprzedzamy ogromne hipopotamy. Jeden z nich zrywa się i w popłochu biegnie wzdłuż traktu.

Momentalnie robi się ciemno. W świetle latarek czołowych rozbijamy namioty. Joseph bierze się za gotowanie. Za kuchnię służy tutaj specjalna okrągła budowla, w której przyrządzają posiłek członkowie wielu grup. Druga podobna pełni funkcję jadalni. Obie są zakratowane. Nie ma w tym nic dziwnego – kemping nie jest ogrodzony. Wszyscy zapewniają nas jednak, że nie musimy się niczego obawiać, ponieważ duże zwierzęta tu nie przychodzą. Mogą się zjawić szakale czy hieny, ale one nie są groźne.

Joseph przygotowuje pyszną kolację: zupę z fasoli, ryż z mięsem i warzywami, a na deser obowiązkowe ananasy, mango, papaję i arbuza. Delektujemy się tanzańskim jedzeniem z daleka od jadalni, pod rozgwieżdżonym niebem. Ktoś w obozie zauważa, że niedaleko stoją dwa słonie. Dopóki na naszym kempingu panuje ruch, jest bezpiecznie, bo nawet zainteresowane nie odważą się zbliżyć do ludzi. Kładziemy się spać w namiocie, w którym zostawiliśmy sobie widok na gwiazdy. Słonie stoją jak stały, ale ja nie mogę usnąć. Wytężam słuch. Słychać owady i pojedyncze trzaski łamanych gałęzi. Moja wyobraźnia zaczyna pracować na zwiększonych obrotach. Robi się zimno. Przykrywam się masajską kangą i już wiem, dlaczego Masajowie nie marzną. Gdzieś ryczy lew, zwierzęta gryzą trawę… Nie mam odwagi wyjrzeć z namiotu. Leżę, wpatrując się w rozgwieżdżone niebo, wsłuchując się w odgłosy, czekając na nowy dzień i… nagle budzę się. Jest rano, a mnie nic się nie stało. Przeżyłem noc w dzikiej Afryce i zapamiętam ją na zawsze.

O świcie ruszamy na poranne safari. Stada słoni, bawołów, antylop, strusi i zebr przechadzają się po równinie Serengeti. Widoki są fantastyczne. Morze żółtych falujących traw ustępuje miejsca wielkim baobabom i drzewom chlebowym.

Na skałach z łapą pod głową leży lwica wygrzewająca się w słońcu. Wstaje, leniwie się przechadza i oddala. Pod drzewem znajdują się kolejne trzy lwy. Patrzą mi prosto w oczy, gdy robię im zdjęcia. Serce wali mi jak oszalałe. Z tak bliska lwów jeszcze nie widziałem.

 

Białe piaski Zanzibaru

Nungwi jest najbardziej znanym turystycznym miasteczkiem na Zanzibarze. Pełno tu niewielkich hoteli, bungalowów i domków do wynajęcia. Miejsce to różni się jednak od popularnych nadmorskich kurortów w Egipcie, Tunezji czy Europie. Po bialutkim piasku wśród palm na tle turkusowego Oceanu Indyjskiego przechadza się niewielu turystów. Czas płynie tutaj leniwie. W barze na plaży chłodzimy się wszechobecną w Afryce coca-colą, przegryzając pestki baobabu, świeżutkiego ananasa i mango. Z głośników sączy się muzyka reggae i bongo flava, czyli tanzański hip-hop. Wsłuchujemy się w kojący szum oceanu. Pod skałami ukradkiem przemykają kraby. I tak spędzamy czas do zachodu słońca.

Któregoś dnia na plaży zaczepia nas mieszkaniec z wioski rybackiej Jambiani ze sfatygowanym zeszytem. Chwali się wpisami od gości rekomendujących jego kuchnię i restaurację. Prowadzi nas przez labirynty płotów z koralowców i sadza pod dachem z liści palmowych. Dostajemy menu, napisane w tym samym zeszycie długopisem. Wśród pozycji na liście króluje bear, czyli piwo, które – oczywiście – zamawiamy. Decydujemy się też na kalmary i rybę, white snappera (Macolor niger). Captain Cook – tak tytułuje się nasz zanzibarski kucharz – zrywa z palmy rosnącej na jego posesji świeżego kokosa, którego przy nas rozcina, i podaje nam w łupinach świeży sok. Jedzenie smaży tuż obok nas nad ogniskiem. Na zakończenie wpisujemy się po polsku do zeszytu w części z rekomendacjami i wracamy na plażę. Na pobliskim piaszczystym boisku odbywa się mecz piłki nożnej. To najpopularniejszy sport w Tanzanii. Zawodnicy grają z pełnym zaangażowaniem. Tylko czasem przez boisko przejeżdża dala-dala (lokalny autobus) albo rowerzysta. Nikomu to jednak nie przeszkadza. Tak mija dzień za dniem w tym raju na ziemi. I tylko ta jedna myśl wywołuje smutek na naszych twarzach, że w końcu trzeba będzie wrócić do domu...


 

Artykuły wybrane losowo

Cabo Verde – wyspiarskie oblicze Afryki

ROBERT STEFANICKI

Jeśli nie lubimy długich podróży samolotem, a marzy nam się Ameryka Południowa, warto odwiedzić wówczas Wyspy Zielonego Przylądka (Cabo Verde). W odległości jedynie ośmiu godzin lotu z Warszawy znajdziemy wulkany, solniska, tarasowe pola i rozległe plaże. Nie ma tylko lam.

Republika Zielonego Przylądka obejmuje archipelag złożony z Wysp Zawietrznych (Ilhas de Barlavento) i Podwietrznych (Ilhas de Sotavento), leżący w pobliżu najdalej na zachód wysuniętego fragmentu kontynentu afrykańskiego – Przylądka Zielonego. Miejsce to jako pierwsi zasiedlili Portugalczycy, którzy ściągnęli tu niewolników z Czarnego Lądu. Do dziś językiem urzędowym pozostaje portugalski.

To nie jest miłość od pierwszego wejrzenia. Wyspa Sal, na której mieści się lotnisko, oglądana z okien podchodzącego do lądowania samolotu wygląda jak naleśnik z brudnego piachu. Trudno doszukać się choćby skrawka zieleni, zawartej w nazwie tego państwa. Jeśli jednak nie zniechęcimy się na początku, na pewno nie wyjedziemy stąd zawiedzeni.

Więcej…

Odkrywanie własnej Armenii

Armenię można zwiedzać na wiele sposobów. Z myślą o turystach chcących przeżyć w tym kraju wyjątkowe doświadczenia i poznać jego prawdziwe oblicze powstał My Armenia Program finansowany przez USAID (United States Agency for International Development – Agencję Stanów Zjednoczonych ds. Rozwoju Międzynarodowego) i wdrożony przez Instytut Smithsona (Smithsonian Institution). Ma on przybliżać obcokrajowcom bogactwo kulturalne i przyrodnicze tej kaukaskiej krainy. 

Więcej…

Korsyka – szalony wybryk natury

20148949

Snorkeling przy plaży Acciaju w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

MICHAŁ MOC

www.composer.pl

 

Miejsca i rzeczy najprościej opisuje się poprzez podobieństwa do innych, powszechnie znanych. Fakt, że Korsykę tak scharakteryzować wyjątkowo trudno, jest bodaj największą zachętą, aby poznać ją bliżej. Najwyższa pora odkryć ten wciąż niezadeptany kawałek lądu piętrzący się między Europą a Afryką, tuż obok włoskiej Sardynii.

 

Wśród kuszących turystycznym rajem wysp Morza Śródziemnego ta francuska nadal pozostaje ewenementem. Korsyka nie jest typową krainą piaszczystych plaż ze zdjęć z katalogów biur podróży – tutaj krajobrazy zmieniają się niczym w kalejdoskopie. Zamiast setek obwarowujących wybrzeże komfortowych resortów wypoczynkowych znajdziemy na niej porozrzucane między morzem a górami niewielkie hotele, domy do wynajęcia i rodzinne pensjonaty oraz inne zdecydowanie bardziej kameralne obiekty noclegowe.

 

Warto przygotować się na tę odmienność, aby w pełni z niej skorzystać. Można tu leniwie wylegiwać się nad krystalicznie czystym morzem, spacerować po ocienionych wąwozach, wybrać się na górski trekking lub rejs po okolicy czy delektować się wykwintnym jedzeniem. Do wyboru jest mnóstwo rozmaitych tras, z których rozpościerają się urzekające widoki. Korsyką łatwo się zauroczyć właśnie ze względu na jej dziewicze oblicze, możliwość ucieczki od zgiełku codzienności i idealne warunki do aktywnego spędzania czasu. A wszystko to na wyciągniecie ręki, niecałe 2 godz. lotu z wybranych europejskich lotnisk (np. Frankfurtu nad Menem, Düsseldorfu, Paryża czy Wiednia-Schwechatu).


LENIUCHOWANIE NA PIASKU

 

Po wylądowaniu w Bastii (położonej na północno-wschodnim brzegu wyspy) niełatwo zdecydować, od której z plaż rozpocząć urlop. Wschodnie wybrzeże to niemalże nieprzerwany pas piasku, oblewany przejrzyście czystą, słoną wodą. Gdziekolwiek zboczy się z wygodnej, wyjątkowo prostej głównej drogi, oczom ukazuje się nadmorski raj, tu i ówdzie urozmaicony małymi hotelami stojącymi przy miniaturowej promenadzie (jak choćby nieopodal Moriani). Częściej jednak trafia się po prostu na pusty brzeg zapraszający do plażowania. W opinii większości osób stale odwiedzających Korsykę odcinek ten jest jedynie przedsmakiem pocztówkowych zatok południa. Jeśli ktoś przybył na wyspę własnym autem (z któregoś z portów w kontynentalnej części Włoch), to wybrzeże rozciągające się od Bastii stanowi dla niego również pierwszy przystanek po zjechaniu z promu.

 

Kiedy podąża się drogą RT10 na południe, plaże kuszą nieprzerwanie. Szczególnie trudno sobie odmówić postoju, gdy trasa za miejscowością Sari-Solenzara zaczyna się robić kręta i mija się kolejne najbardziej popularne i wysoko oceniane zatoki. Wśród nich znajdują się plaże Saint-Cyprien i Cala Rossa, a nieco dalej te najsłynniejsze: Palombaggia czy Rondinara. Woda jest tu zazwyczaj spokojna, do tego czysta i ciepła. W pasie płycizny, niemal wszędzie wydłużonym, mogą kąpać się nawet młodsze dzieci. Upstrzone wysepkami i zakolami półwyspów południowo-wschodnie wybrzeże to raj dla rodzin. Takie warunki, w połączeniu z gęstą siecią kempingów, sprawiają, że na leniwy wypoczynek najlepiej wybrać się właśnie tutaj. W zatokach porośniętych od strony lądu m.in. palmami da się czasem odnieść wrażenie, że uciekliśmy znacznie dalej od kontynentalnej Europy. Na niemal wszystkich plażach można także spędzić popołudnie przy drinku, a wieczorem spróbować potraw korsykańskiej kuchni w restauracjach położonych kilkanaście metrów od wody. Delektowanie się lokalnymi serami (na czele ze słynnym brocciu z owczego lub koziego mleka), winem, rybami, daniami z figami lub kasztanami nad brzegiem morza przy stoliku z bajecznym widokiem relaksuje w stopniu niemożliwym do oddania słowami. A jeśli obok przejedzie konna wycieczka lub przypomni nam się poranne nurkowanie z maską i rurką, to szybko uświadomimy sobie, że znaleźliśmy się na wyspie idealnej na udany urlop, który na długo pozostanie w pamięci.

 

Po paru dniach spędzonych na plażowaniu wokół Porto-Vecchio na pewno będziemy chcieli wrócić na Korsykę. Jest tu w końcu jeszcze mnóstwo miejsc do zobaczenia. Wśród nich znajduje się perła południowego wybrzeża, usytuowane na wysokich klifach Bonifacio. Widoki z wycieczkowego rejsu, jak i ze ścieżek ciągnących się na południowy wschód od miasta zapierają dech w piersiach. Ale dużo przyjemności daje też samo przekraczanie miejskich bram, szwendanie się po uliczkach starej twierdzy, poznawanie miejscowej kulturalnej oferty, pokonywanie Schodów Króla Aragonii (L’Escalier du Roi d’Aragon), wreszcie szukanie otwartej restauracji na obiad (po południu w większości z nich podaje się najwyżej drinki, bo pełne menu wraca na stoły dopiero wieczorem, ok. godz. 19.00). Można również próbować znaleźć tu ślady pobytu Napoleona Bonapartego. W Bonifacio, jak i w Ajaccio (gdzie urodził się cesarz), stoi dom, w którym mieszkał francuski wódz. Oczywiście, trudno nie dostrzec wokół nastawienia na turystę, ale ponieważ miasto jest niewielkie (wraz z urokliwym cmentarzem da się je zwiedzić w jedno popołudnie lub wieczór), przyjezdni wciąż jeszcze mogą poczuć się w nim choć trochę jak odkrywcy, a nie jedynie klienci. Atrakcje południa dopełniają rzecz jasna kolejne piaszczyste plaże, ciągnące się aż po słusznie wychwalaną Roccapinę i bliźniaczą piękną Erbaju. Co prawda do tych ostatnich prowadzi kilkukilometrowa gruntowa droga, jednak warto podjąć wysiłek dotarcia do nich (chyba że kierowca czuje się niepewnie na zadrzewionych, wąskich trasach lub prześwit auta jest wyjątkowo mały).

 

Tutaj także kończy się opisywana dotąd część wybrzeża – region głównie wypoczynkowy, łatwy w eksploracji i przygotowany na potrzeby turystów. Na ten jego turystyczny charakter składają się parkingi (położone również przy plażach), które bywają płatne, nieco łatwiejszy dostęp do nadmorskiej infrastruktury i toalet czy więcej miejsc zakwaterowania (w sezonie trzeba się liczyć z wyższymi cenami). Stosunkowo szybko można też przemieszczać się wzdłuż brzegu, gdyż trasę z Bastii do Bonifacio lub Roccapiny da się pokonać samochodem w 4 godz. Natomiast przejechanie niewiele dłuższego odcinka na północno-zachodnim wybrzeżu albo w górzystym wnętrzu wyspy zajmie nam zdecydowanie więcej czasu.

 

PLAŻUJĄCE KROWY

 

20159090

Klimatyczny historyczny plac w Porto-Vecchio

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

Na północ od stolicy Korsyki – Ajaccio – przeważają plaże bardziej kamieniste, po krótkim pasie gruboziarnistego piasku lub żwiru pojawiają się tu gwałtowne uskoki. Brzeg wypiętrza się w trudne do opisania kamienne nacieki, postrzępione hałdy i strzeliste wieże. Za uroczą miejscowością Piana jedna z najpiękniejszych widokowych dróg Europy wije się wąską nitką między takimi formacjami. Wzdłuż jej kilkukilometrowego odcinka rozpoczyna się wiele tras spacerowych. Kierowcy trudno skupić się w tym rejonie na prowadzeniu również z powodu aut stojących na krawędziach skalnych półek lub w pojedynczych wnękach wydrążonych w zboczach. Takie parkowanie nie jest przejawem braku umiejętności (wręcz przeciwnie!), po prostu ukształtowanie terenu wymusza wciskanie się w każdą szczelinę. W tej oszałamiającej kształtami krainie można zatrzymać się na odległym parkingu leżącym zaraz za wspomnianą Pianą, aby wyruszyć na długi trekking. Jeżeli po Calanques de Piana będzie komuś wciąż mało wrażeń, powinien zjechać górską, asfaltową dróżką do samego morza i wybrać się na krótki, kilkunastominutowy spacer do pięknej ukrytej zatoki z plażą Ficajola.

 

Gdy podążamy dalej na północ, siłą rzeczy budzi się w nas zmysł odkrywcy, a to ze względu na brak ludzi nie tylko na drogach, ale i na plażach. O piasek tu już trudno i aby swobodnie wejść do wody, a w szczególności później z niej wyjść, przydaje się obuwie do pływania. Nagrodą za trudy są urocze zakątki. Na północnym zachodzie Korsyki na początku lub pod koniec sezonu nadal można odnieść wrażenie, że ta zielona wyspa czeka właśnie na nas, a nie peleton wczasowiczów. To rzadkie uczucie w popularnych wśród turystów miejscach dzisiejszej Europy. Jeśli więc kogoś nie odstraszają niezliczone zakręty i konieczność poczekania z kąpielą na dzień z mniejszymi falami, powinien zdecydować się na odpoczynek w tym rejonie.

 

W tej części Korsyki mamy też szansę na poznanie jej najbardziej autentycznego oblicza, nieco rustykalnego, prostego, niekiedy odbiegającego od standardów, do jakich jest przyzwyczajony europejski turysta. Spotkanie z rodowitym Korsykaninem, nie podejmującym rozmowy w innym języku niż jedyny mu znany, a w dodatku jakby nieprzyjemnie zaskoczonym, że będzie nas gościć (choć dokonaliśmy internetowej rezerwacji), trzeba uznać za doświadczenie wpisujące się w odkrywanie lokalnej kultury. Jednak dzięki rosnącym przed tarasem kwiatom, odmianom cytrynowych drzew niemal wpychających gałęzie do kuchni, domowym konfiturom z fig i towarzyszącemu nam poczuciu, że oto oddychamy pełną piersią, a nie tylko odbywamy zasłużony urlop, odpoczniemy tu znacznie lepiej niż na oddzielonym serpentynami południu wyspy. Jeżeli komuś nie wystarczy siły lub przekonania, by samodzielnie poznawać ten region, powinien przynajmniej wybrać się na rejs do Rezerwatu Naturalnego Scandola (Réserve Naturelle de Scandola; z Ajaccio lub Porto) – oszałamiająco pięknej, dziewiczej okolicy wybrzeża z zachwycającymi formami skalnymi, grotami i zatokami z plażami.

 

Pętlę wokół Korsyki domyka nadmorska trasa z Calvi na Cap Corse – półwysep wyrastający za Bastią. Samo Calvi, północny odpowiednik Bonifacio, nie jest w stanie przyćmić swoim urokiem malowniczej miejscowości z południa, ale konkuruje z nią nie bez powodu, gdyż dużo łatwiej się do niego dostać i także okalają je plaże (m.in. z pięknym widokiem na miasto i odpowiednią infrastrukturą). W dodatku można tu też dotrzeć pociągiem, który jedzie trasą wiodącą zachwycającymi wąwozami i wijącą się wśród wzgórz opanowanych przez stada kóz i krów. Jeżeli ma się dość czasu i zapału oraz samochód terenowy, warto wyruszyć na północ na trudno dostępną, ale interesującą ze względu na swój pustynny charakter i odizolowanie, plażę Saleccia. To wspaniała wyprawa na cały dzień. Koniecznie należy zaopatrzyć się we własny prowiant, ponieważ po pokonaniu kilkunastu kilometrów pustkowia na końcu oprócz pola kempingowego na turystę czeka już tylko piasek. Inną ciekawą propozycję stanowi objechanie Cap Corse. W trakcie takiej wycieczki odwiedza się uroczą artystyczną Erbalungę i zabytkowe kościoły (np. Kościół św. Julii w miejscowości Nonza). Odważniejsi przy bezwietrznej pogodzie wjeżdżają pozbawioną barierek drogą na szczyt Serra di Pigno i podziwiają niezapomniane widoki podczas spaceru ścieżką rozpoczynającą się kilkaset metrów przed końcem asfaltowej nawierzchni. Jeśli wyprawa po górach nie zakręci komuś w głowie zbyt mocno, zrobią to z pewnością lokalne wina, bo winnic (które zresztą można odwiedzać także w celu degustacji) w okolicy nie brakuje. Również każdy sklep, czy to prywatny, czy sieciowy, oferuje imponujący wybór korsykańskich trunków. I choć nie wszystko na wyspie spełnia standardy kontynentalnej Francji, selekcja win, ich oznaczenie i dbałość o istotne informacje w opisach poświadczają, że przynależność regionu do kraju z bogatymi tradycjami winiarskimi nie stanowi przypadku.

 

Jednak postrzeganie Korsyki jedynie przez pryzmat samego tylko wybrzeża jest błędne. Na prawdziwie aktywny wypoczynek pośród cudownych pejzaży zaprasza górzysty środek lądu. Wybór szlaków pieszych mamy ogromny: od prostych i krótkich, jak popularny, a niewymagający szczególnej kondycji odcinek z malowniczej miejscowości Ota do równie urokliwej Évisy prowadzący przez spektakularny wąwóz (Gorges de Spelunca), po trudne trasy z panoramicznymi widokami, położone powyżej 1500 m n.p.m. Górskie jeziora, a zwłaszcza wpadające do nich rzeki w wielu miejscach zachęcają do orzeźwiającej kąpieli w krystalicznie czystej wodzie i to mimo licznych spadków, wyżłobień i rynien. Wyspecjalizowane firmy umożliwiają korzystanie z tych naturalnych basenów i zjeżdżalni z wynajętym przewodnikiem i w ochronnych kombinezonach.

 

Należy zdawać sobie sprawę, że jeśli Korsykanin, przywykły do panujących na wyspie warunków, nazywa ścieżkę łatwą, może nas czekać porządna wspinaczka, a szlaki według niego trudne to już zwykle wyzwania dla osób z doświadczeniem. Jednak nawet niespieszna przedpołudniowa wycieczka do polodowcowego jeziora Melo (1710 m n.p.m.) na końcu wąwozu Restonica albo wyprawa łagodnym podejściem na przełęcz Bavella (Col de Bavella – 1218 m n.p.m.) są zdecydowanie warte rozważenia i pozwalają poczuć dzikość korsykańskiego interioru. Z górskich dróg, takich jak choćby Scala di Santa Regina czy kilkunastokilometrowa trasa wąwozem Asco (zakończona węzłem pięknych pieszych szlaków), rozpościerają się wspaniałe widoki, ale trzeba przyznać, że wymagają one od kierowcy pewnego doświadczenia. Jeżeli już przetrwa on irytującą swawolę gnających na złamanie karku miejscowych, może zawahać się, gdy zobaczy stado krów czekających za zakrętem, kozy wskakujące przed samochód albo kilkanaście… świń. Szczególnie te ostatnie budzą wśród przyjezdnych tyle samo ciekawości, ile niechęci z powodu trudnego do opisania zapachu. Tutejsze krowy i świnie lubią przebywać na ciepłym asfalcie i na plażach, przy czym z turystami łączy je to, że preferują miejsca wolne od tłoku. W każdym razie na górskich drogach w środku wyspy czy też którejkolwiek z mniej uczęszczanych tras należy być przygotowanym na spotkanie ze zwierzętami hodowlanymi i nie wolno zakładać, że na widok auta rozpierzchną się w popłochu. To my będziemy musieli się do nich dostosować, wszak są u siebie i swoim zachowaniem zdają się ten fakt demonstrować.

 

20159096

Wyprawa rowerowa szlakiem wiodącym przez tereny rezerwatu Punta di Spanu

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA

 

GOTOWI DO DROGI

 

Na takie okrążenie Korsyki zgodnie z ruchem wskazówek zegara, urozmaicone wizytami we wnętrzu lądu albo pobytem w jednym z opisanych regionów, trzeba przeznaczyć tygodniowy (wówczas będzie to bardzo intensywny wyjazd) lub lepiej dwutygodniowy urlop. Przed podróżą należy uwzględnić jeszcze kilka istotnych faktów. Najlepszym czasem na wypoczynek na wyspie połączony z plażowaniem i kąpielami w krystalicznej wodzie jest zdecydowanie lato, ale ponieważ w tym okresie bywa nieznośnie gorąco (i tłoczno), warto zdecydować się na przyjazd w czerwcu bądź wrześniu. Temperatura powietrza za dnia nierzadko wynosi wtedy powyżej 25°C, koszty pobytu będą niższe i można cieszyć się większą prywatnością.

 

Ceny podstawowych artykułów są wyższe niż w Polsce, lecz nie osiągają poziomu tych ze Skandynawii czy najsłynniejszych europejskich kurortów. Osoby oszczędniejsze nie muszą zamartwiać się o stan budżetu wyjazdowego, jeśli postawią na zakupy w marketach. Wizyta dla dwojga w wysoko ocenianej restauracji to przy posiłku składającym się z dań głównych i miejscowego wina wydatek 40–50 euro. Za pełną wykwintną kolację zapłacimy już 100 euro, nawet jeżeli zamówimy specjały szefa kuchni i wyśmienite desery. Korsykanie są zazwyczaj gościnni, ale poza droższymi lokalami często można odnieść wrażenie, że jest się… intruzem, którego należy zlekceważyć lub zignorować. Błędem byłoby jednak dać się zirytować zbyt szybko! Pod maską surowości i nieprzystępności kryje się często prawdziwa serdeczność. Inna sprawa, że wyspiarze bywają rozdarci między uzależnieniem od dobrodziejstw turystyki a pragnieniem spokoju i wolności od trosk reszty świata. Nic więc dziwnego, że wspomniany brak sympatii w pierwszych kontaktach, o ile nie sfrustruje przybysza, zmienia się po pewnym czasie w życzliwość.

 

Po Korsyce najwygodniej poruszać się wypożyczonym samochodem. Ceny wynajmu auta są nieco wyższe niż na kontynencie, a niedoświadczeni kierowcy będą skupiać się na mozolnym pokonywaniu zakrętów, ale korzystanie z własnego środka transportu pozwala na pełną niezależność. Dzięki tego rodzaju wolności można naprawdę poznać wyspę. Zresztą zdecydowaniu się na takie rozwiązanie sprzyja fakt, że brak tu typowych hotelowych kurortów, w których wykupuje się pobyty w formie all inclusive. Czy chcemy, aby okolica była płaska czy górzysta, wolimy zatokę otoczoną skałami czy lasem palmowym, widok na otwarte morze i cumujące łódki czy sąsiedztwo portu i restauracji, towarzystwo zagranicznych turystów czy raczej miejscowych – wybór zakwaterowania na Korsyce przypomina bardziej szukanie wakacyjnego domu niż obiektu o odpowiedniej liczbie gwiazdek. Ta wyspa stawia na indywidualizm i aktywność.

 

To oczywiste, że dopiero na miejscu ma się szansę sprawdzić, które z rozmaitych wyspiarskich atrakcji będą idealne dla nas. Jednak choć nie sposób oddać w krótkim artykule całego uroku Korsyki – opisać przyjemności, jaką sprawia muśnięcie delikatnej morskiej bryzy, i pieszczot turkusowej wody, można być pewnym, że podczas pobytu tutaj przeżyje się wiele zaskakujących doświadczeń. Widok górskiej kozy stojącej w ekwilibrystycznej pozie na ledwo przylegającym do ściany urwiska kamieniu, smak dzikich jeżyn na kolejnym 180-stopniowym zakręcie, imponujący wodospad droczący się z podmuchami wiatru – wszystko to działa na wyobraźnię i zdaje się udowadniać, że wciąż istnieją nieznane doznania, na których poszukiwanie umysł wyrusza dopiero w takich miejscach. Słynny korsykański śpiew (w sezonie koncerty odbywają się w wielu miejscowościach) z podziałem na kilka głosów doskonale obrazuje charakter tego zjawiska. Jak twierdzą sami Korsykanie, dopiero gdy podstawowe głosy zespolą się, zabrzmią wspólnie, pojawia się nowy, dodatkowy głos. Umysł mamiony harmonią tego, co już go otacza, odkrywa jeszcze więcej. To dopiero sztuka! Dla takich cudownych przeżyć, kontemplowania niezwykłości i odkrywania świata warto wybrać się na fascynującą Korsykę.

 

20118221

Restauracja przed XVI-wiecznym zamkiem w Algajoli

© ATOUT FRANCE/ROBERT PALOMBA