NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

<< Podróżowanie po tym usytuowanym na Kaukazie Południowym (Zakaukaziu), na pograniczu Europy i Azji, pięknym, dzikim i szalonym państwie to doświadczanie świata wszystkimi zmysłami. Podczas podziwiania majestatycznych kaukaskich szczytów rozlewamy do kieliszków kolejną butelkę aromatycznego czerwonego wina Saperavi lub białego Rkatsiteli. W naszych ustach rozpływają się wyborne, domowej roboty sery, a na suto zastawionym stole czekają kolejne przysmaki, które kuszą apetycznym wyglądem, zapachem i przede wszystkim smakiem. Pora wznieść toast za przodków i rozpocząć gruzińską „suprę”, czyli huczną i radosną ucztę. „Gaumardżos!” – „Na zdrowie!”. Niech żyje Gruzja! >>

To położone nad Morzem Czarnym państwo graniczy z Rosją (na północy), Azerbejdżanem (na wschodzie) oraz Armenią i Turcją (na południu). Stolicą Gruzji jest 1,5-milionowe Tbilisi, miasto potrafiące swoją wyjątkową atmosferą oczarować każdego turystę, wznoszące się malowniczo nad rzeką Kurą. Z kolei siedziba parlamentu mieści się od 2012 r. w Kutaisi, a sądu konstytucyjnego – w Batumi. W północnej części kraju leży łańcuch Wielkiego Kaukazu ze Szcharą na czele – najwyższym gruzińskim szczytem (5193 m n.p.m.), a w południowej – pasmo Małego Kaukazu. Pomiędzy nimi rozpościera się m.in. Nizina Kolchidzka. Klimat podzwrotnikowy oraz stosunkowo duża ilość opadów stwarzają świetne warunki do rozwoju bujnej roślinności. Nie bez powodu w końcu Gruzini uważają swoją ojczyznę za prawdziwy eden.
Możemy to gościnne państwo zwiedzać na wiele sposobów, trudno jednak ukryć, że każdy z nich zaprowadzi nas w końcu do zakaukaskiego kulinarnego raju. Zaproszeniom tutejszych gospodarzy zwyczajnie nie da się odmówić.

 

NA PRZYSTAWKĘ
Podczas wędrówki przez Gruzję apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie sposób oprzeć się gruzińskiej mentalności i nie zasiąść przy pełnym stole, aby rozpocząć smakową orgię. Na pierwszy plan wysuwają się przekąski z nadziewanych bakłażanów, sałatka z pomidorów i świeżej bazylii, delikatny ser sulguni oraz pleśniowy dambali chaczo, sacwi (kurczak na zimno w sosie orzechowym) czy lobio (przetarta fasola). Nad wszystkim unosi się wspaniały aromat kolendry, estragonu, kopru, czosnku i natki pietruszki… Już jest pysznie i obficie, a to dopiero preludium prawdziwej uczty.
Powtarzając za rosyjskim poetą Aleksandrem Puszkinem (1799–1837), trzeba powiedzieć, że każde gruzińskie danie to poemat. Gruzini są niezmiernie dumni ze swojej kuchni narodowej. Dla nich gotowanie stanowi rodzaj sztuki, którą dopełniają długie, kwieciste toasty wygłaszane przy biesiadnym stole. Przepisy kulinarne pochodzą od dawnych i współczesnych gospodyń, zgodnie z tradycją przekazujących zeszyty z sekretnymi recepturami następnym pokoleniom. Nie obowiązują tu jednak żadne sztywne kanony i akceptuje się wszelkie modyfikacje. W rezultacie potrawy z konkretnego domu czy regionu odzwierciedlają tożsamość danej grupy.
Tak naprawdę pojęcie „gruzińska kuchnia” jest błędne, bowiem wpływy innych kultur (zwłaszcza tureckiej i perskiej), a także ukształtowanie terenu, warunki klimatyczne i różnorodność etniczna doprowadziły do uformowania się w tym kraju odrębnych tradycji kulinarnych. Przez wieki zawładnąć tym zakątkiem świata próbowały 3 potężne mocarstwa (Rosja, Turcja i Iran). Ich przedstawiciele pozostawili po sobie aromatyczne przyprawy oraz dania, które przetrwały do dziś w mniej lub bardziej zmienionej wersji. Być może właśnie dzięki temu gruzińskie specjały zaskakują bogactwem, wyrazistością i pełnią ognia, czym znakomicie oddają temperament Gruzinów. Dlatego też zwiedzanie Gruzji to doświadczenie wielowymiarowe, pobudzające wyobraźnię i zmysły, pozwalające poznać ją z wielu różnych perspektyw, dogłębnie, od kuchni.

 

TBILISI TO STAN UMYSŁU
Naszą kulinarną wędrówkę rozpoczynamy od miasta, w którym skosztujemy najsmaczniejszych potraw z każdego zakątka kraju, takich jak soczyste szaszłyki mcwadi obsypane przyprawami, duże kołduny chinkali z regionu Chewsuretia, imeretyńskie placki chaczapuri, deser gozinaki, sałatka pchali w akompaniamencie mocnej czaczy i wyśmienitego wina z Kachetii. Tbilisi to stolica jak żadna inna. Swoją nieśpieszną i pełną naturalnego luzu atmosferą w niczym nie przypomina ogromnych europejskich metropolii, gdzie ludzie żyją w pogoni za sukcesem i pieniędzmi. Gruzini doskonale potrafią celebrować życie, ucztują niemal przy każdej okazji! Następnego ranka po udanej biesiadzie regenerują się w tbiliskich baniach – siarkowych termach, które od wieków były mekką podróżników, począwszy od Marca Polo, a skończywszy na Aleksandrze Dumasie. Bardzo popularne wśród miejscowych, jak i wśród turystów stały się spotkania w jacuzzi. Jeśli wynajmie się łaźnię na wyłączność, można przynieść własne jedzenie i napoje, zamówić masaż lub peeling całego ciała i w ten sposób spędzić popołudnie w gronie znajomych.
W trakcie spaceru po Tbilisi trzeba wstąpić do lokalnej piekarni, gdzie jak przed wiekami wytwarza się aromatyczny chleb – nieodłączny składnik każdego gruzińskiego posiłku. Płaskie, okrągłe bochenki tonis puri przyklejane są do gorących ścian tradycyjnego glinianego pieca tone w kształcie beczki, rozgrzanego do temperatury 300°C. My jednak wybieramy lobiani, czyli bagietkę z fasolową pastą, cebulą i czosnkiem, i kontynuujemy naszą przechadzkę. Mijamy średniowieczne kościoły i cerkwie pamiętające początki chrześcijaństwa w Gruzji, przechodzimy przez most na rzece Kurze i podążamy reprezentacyjną aleją Szoty Rustawelego do Muzeum Sztuk Pięknych. Galeria szczyci się kolekcją dzieł słynnego prymitywisty Niko Pirosmaniszwilego (1862–1918), który jako bezdomny artysta malował swoje obrazy na starych szyldach sklepowych, spróchniałych deskach czy ceracie. Zatrudniali go głównie szynkarze, płacący mu butelką trunku lub jedzeniem. To taki gruziński Nikifor. W swoich malowidłach gloryfikował wspólnotę, świętowanie w towarzystwie. Przedstawiał na nich pękate amfory z winem, uczestników uczt, toasty, przemowy, wzniesione kielichy.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Słynne łaźnie siarkowe w starej dzielnicy Tbilisi Abanotubani


Biesiada jest dla Gruzinów okazją, aby uczcić życie i wyrazić szacunek wobec nieżyjących już członków rodziny. Podczas wizyty w kaukaskiej miejscowości Stepancminda (Kazbegi) dwukrotnie podejmowaliśmy próbę dotarcia do pobliskiego Klasztoru Świętej Trójcy (Cminda Sameba). Przebywaliśmy w tym północno-wschodnim rejonie Gruzji akurat w okresie Wielkanocy według kalendarza liturgicznego Kościoła prawosławnego, dokładnie w Wielki Poniedziałek, który stanowi dzień modlitwy za zmarłych. Gdy wędrowaliśmy w stronę wzgórza z malowniczą budowlą na szczycie (położoną na wysokości 2170 m n.p.m.), natknęliśmy się na rodzinne spotkanie na łonie natury. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale po kilku minutach staliśmy już przy suto zastawionym stole na środku łąki i rozmawialiśmy z gospodarzami. Gruzińska gościnność to coś w rodzaju narodowej ideologii. Zetknięcie się z nią wyzwala nieznane dotąd pokłady życzliwości wobec ludzi i świata. Kilka metrów dalej znajdował się grób Miszy, który zginął w wypadku samochodowym. To dla niego wyprawiono tę ucztę, dla niego rozlewaliśmy wino nad jego mogiłą. Tak w Gruzji wygląda pamięć o zmarłych.

 

„BATUMI, ECH, BATUMI”
Co prawda, powierzchnia rozległych niegdyś słynnych herbacianych pól Batumi bardzo się zmniejszyła, ale ten uroczy gruziński kurort na wybrzeżu Morza Czarnego przechodzi obecnie ogromną przemianę. Po wielu latach rozbudowy to niemal 200-tysięczne miasto stało się ośrodkiem turystycznym w całym tego słowa znaczeniu. Nowoczesne budynki kontrastują z klimatycznymi brukowanymi uliczkami i kamienicami z XIX w. Niektórzy te współczesne elementy uważają za twór nieco kiczowaty i nie pasujący do zabytkowej architektury. Jednakże infrastruktura ta stwarza rewelacyjne perspektywy dla rozwoju turystyki w rejonie Adżarii (Adżarskiej Republiki Autonomicznej). Tak naprawdę przy Batumi Tbilisi przypomina jego ubogą krewną. Wzdłuż wybrzeża prowadzi elegancki deptak, z którego dostrzeżemy najlepsze batumskie hotele: Radisson Blue Hotel, Sheraton Batumi Hotel czy Grand Hotel Kempinski (w budowie). Choć kamienista plaża nie zachęca do spacerów nad morzem i skoków przez fale, przyjeżdża tu wielu zagranicznych turystów, zwłaszcza Rosjan.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Przy ulicy Rustavelego wznosi się m.in. Sheraton Batumi Hotel


Tuż obok tego blichtru i szklanych wieżowców w urokliwych zaułkach i zakamarkach głównego bulwaru, między pastelowymi domkami, mieszczącymi tradycyjne tawerny i cukiernie, toczy się normalne życie. Adżaria słynie z trochę odmiennej kuchni niż inne części kraju. Ze względu na swój górzysty charakter i – co za tym idzie – rozpowszechnienie hodowli owiec, kóz i bydła w skład miejscowych potraw często wchodzą produkty mleczne. Natomiast zależność od Imperium Osmańskiego od XVII do drugiej połowy XIX w. sprawiła, że odnajdziemy w nich również wpływy muzułmańskie i tureckie. Region ten jest także jednym z najbujniejszych w Gruzji. Pokrywają go zielone lasy, sady owocowe i łąki pełne ziół. Kwintesencję tych malowniczych krajobrazów stanowi malachto – lekkie, lecz pikantne danie z zielonej fasoli z dodatkiem orzechów i ostrej papryczki, polane świeżo wyciśniętym sokiem z winogron. Poza tym na stołach króluje aczma – adżarska lasagne – pracochłonna, ale pożywna i sycąca, wypełniona młodym serem podpuszczkowym: imeretyńskim, sulguni lub innym. Do najpopularniejszych potraw należy w Adżarii chaczapuri po adżarsku, równie ważne dla jej mieszkańców jak pizza dla Włochów. Ten placek w kształcie łódki nadziewa się tutaj białym serem, kawałkiem masła i jajkiem. Na terenie całego kraju występuje on w różnych wariantach, w których zmieniają się rodzaje ciast i dodatki.
Wchodzimy do restauracji w pobliżu nadmorskiej promenady. Kamienne schodki prowadzą stromo w dół do nastrojowego wnętrza o ścianach z cegieł, z drewnianymi stołami i szerokimi ławami. W rogu grupa Gruzinów właśnie wznosi toast – emocje sięgają zenitu. Po chwili zaczyna grać muzyka, mężczyźni obejmują się, śpiewają i tańczą, zupełnie jakby byli w transie. Zajmujemy wolne miejsce i już po chwili przed nami pojawia się kilka karafek czerwonego wina, chinkali na 3 sposoby i ogromne chaczapuri adżaruli. Największą przyjemność sprawia nam wysysanie ciepłego bulionu z mięsnych pierożków (wspomnianych chinkali), które podano nam jeszcze w 2 innych odmianach: z grzybami i cebulką oraz ze swojskim białym serem i ziemniakami. Pewien starszy pan śpiewa do podkładu z gruzińskim disco. Po chwili zapamiętujemy się w tańcu, razem z kelnerkami, właścicielką lokalu i ucztującymi obok gośćmi. W tym momencie przypomina mi się fragment z książki Ryszarda Kapuścińskiego Kirgiz schodzi z konia: Tu się nie przychodzi, żeby mieć przerwę w życiorysie, żeby się ugotować. Gruzin gardzi pijaństwem, nie znosi picia na ilość. Stół jest tylko pretekstem, smakowitym i winem zakrapianym, ale właśnie pretekstem. Okazją, żeby uczcić życie.
    Podróż do Gruzji to prawdziwa wyprawa w czasie – spotkanie z jedną z najstarszych kultur w tym regionie świata i z ludźmi, którzy nadal kultywują pradawne tradycje i dla których największą wartość mają miłość do rodziny, wdzięczność dla ziemi, co roku hojnie obdarzającej plonami, i beztroska radość istnienia. Tę właśnie istotę gruzińskości zawarł w swojej przetłumaczonej na język polski pieśni rosyjski bard Bułat Okudżawa (1924–1997), syn Ormianki i Gruzina: Spulchnię ziemię na zboczu i pestkę winogron w niej złożę, a gdy winnym owocem gronowa obrodzi mi wić, zwołam wiernych przyjaciół i serce przed nimi otworzę... Bo doprawdy, czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

Artykuły wybrane losowo

Filipiny – kawałek nieba dla każdego

 

MAGDALENA BURDAK

www.1000krokow.pl

 

Filipiny są jak skrawek Ameryki Łacińskiej pośrodku Oceanu Spokojnego. To raj dla każdego, kto lubi beztroski wyspiarski luz, różnorodną przyrodę, przepiękny świat podwodny i ciekawą kulturę. Filipińczycy słyną ze swojej religijności i… niepunktualności. Na Filipinach czasu się nie mierzy. Zegarek warto zostawić w domu i dać się całkowicie pochłonąć niepowtarzalnej atmosferze tego niesamowitego kraju.

 

Na Archipelag Filipiński składa się 7107 wysp pochodzenia wulkanicznego, położonych w Azji Południowo-Wschodniej i otoczonych wodami Oceanu Spokojnego. Najczęściej dzieli się je na trzy regiony: Luzon – leżący na północy, z główną wyspą o tej samej nazwie i znajdującą się na niej stołeczną Manilą, Mindanao – usytuowany na południu, i Visayas – obejmujący centralne wyspy takie jak Cebu, Bohol czy Siquijor. Fascynującą tutejszą kulturę wzbogaciły wpływy zarówno hiszpańskie i malajskie, jak i chińskie i amerykańskie. Można je dostrzec m.in. w religii, zwyczajach, języku lub kuchni.

 

Filipiny leżą w strefie klimatu równikowego z wyraźnymi cechami monsunowego, co sprawia, że jest tu gorąco i wilgotno. Średnia temperatura w ciągu roku wynosi 27–28°C. Na archipelagu występuje ok. 13,5 tys. gatunków roślin, w tym 3,2 tys. rosnących jedynie na tutejszych wyspach, i wiele endemicznych gatunków zwierząt takich jak wyrak filipiński, wół mindorski, małpożer, kanczyl ciemny (filipiński), świnia wisajska, lotokot filipiński (kaguan), sambar kropkowany (jeleń Alfreda) czy krokodyl filipiński. Prawdziwe skarby Filipin czekają jednak pod wodą. W niewielu częściach świata można znaleźć tak ogromną różnorodność życia morskiego: przepiękne kolorowe rafy i 2,4 tys. gatunków ryb, a to wszystko ukryte w ciepłym i krystalicznie czystym oceanie. Do tego na dnie leżą również zatopione statki, które stanowią dodatkową atrakcję dla nurków. Z takich właśnie powodów ten kraj cieszy się ogromną popularnością zarówno wśród osób nurkujących z butlą, jak i uprawiających jedynie snorkeling.

 

POGODNI WYSPIARZE

 

Filipińczycy są gościnni, uśmiechnięci i bardzo uczynni. Mówi się, że to jeden z najszczęśliwszych narodów na świecie. Mimo burzliwej historii i często powtarzających się katastrof naturalnych zachowali oni niezachwiany optymizm. W 1521 r. dotarł tu portugalski żeglarz Ferdynand Magellan i włączył archipelag do ziem podległych Hiszpanii. Kolonię założył w lutym 1565 r. hiszpański konkwistador Miguel López de Legazpi. Po 333 latach panowania Europejczyków na wyspach wybuchł bunt przeciwko kolonizatorom. W 1898 r. Filipiny zostały wciągnięte w konflikt pomiędzy USA a Hiszpanią, który dotyczył wpływów na Kubie. W jego efekcie i zgodnie z podpisanym pod koniec XIX w. traktatem paryskim zwierzchność nad archipelagiem przejęły Stany Zjednoczone. Te – niestety – nie zgodziły się na przekształcenie kolonii w niezależne państwo, co zmusiło Filipińczyków do kontynuowania walki o niepodległość, którą uzyskali dopiero w lipcu 1946 r. Po II wojnie światowej w kraju wybuchły protesty chłopów, ale zostały stłumione. Wybrany w 1965 r. prezydent Ferdinand Marcos wprowadził rządy dyktatorskie. Stały się one przyczyną strajków i licznych wystąpień niezadowolonych obywateli. Sytuacja w państwie ustabilizowała się w 1986 r., kiedy doszło do pokojowego przewrotu i zakończenia dyktatury. Obecnie Filipiny są jednym z szybciej rozwijających się krajów Azji, a rząd skupia się na tym, aby zapewnić spokój i bezpieczeństwo mieszkańcom.

 

bohol 04 highres

Wzgórza Czekoladowe na wyspie Bohol

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

NA TALERZU

 

Kadayawan Festival 2 

Filipińskie dzieci na Festiwalu Kadayawan w mieście Davao na Mindanao

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

Unikający konfliktów Filipińczycy uwielbiają karaoke, koszykówkę, festyny, walki kogutów i dobre jedzenie. Ich kuchnia czasami zaskakuje Europejczyków. Łatwo można w niej dostrzec wpływy zarówno hiszpańskie, jak i chińskie, a także malajskie, indonezyjskie, hinduskie i amerykańskie. Na stołach królują proste i niedrogie potrawy, na co duży wpływ ma panująca na Filipinach bieda. Nauczyła ona mieszkańców gotowania z dostępnych i tanich produktów.

 

Podczas podróży po wyspach najczęściej trafia się na dania określane mianem adobo, które można uznać za filipiński specjał narodowy. Nazwę tę stosuje się zarówno w przypadku potrawy, jak i sposobu jej przyrządzania. Adobo to kawałki mięsa kurczaka bądź wieprzowiny, owoce morza lub warzywa gotowane w marynacie z octu, sosu sojowego, czosnku i czarnego pieprzu. Najpopularniejszą i dość kontrowersyjną przekąską uwielbianą przez Filipińczyków jest balut – ugotowany w jajku w skorupce kaczy embrion, często z zalążkiem dzioba, piór czy kości. Kilkunastodniowe zarodki kaczki uchodzą za przysmak i afrodyzjak. Niestety, obcokrajowcy raczej nie decydują się na ich degustację z uwagi na wygląd, konsystencję i zapach. Baluty najłatwiej kupić w nocy, gdyż sprzedawane są na ulicach i podawane z koszy, w których cały czas utrzymuje się wysoką temperaturę. Bardziej wybredni smakosze mogą spróbować popularnego na Filipinach deseru halo-halo. Stanowi on mieszankę lodów, mleka, słodkiej fasoli i owoców. Warto też napić się buko – soku ze świeżego kokosa.

 

 Makati by Night

Nowoczesne centrum biznesowe Manili po zmroku rozbłyska światłami

© DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

MIASTO KONTRASTÓW

 

Większość odwiedzających Archipelag Filipiński zaczyna swoją podróż od stolicy kraju – Manili, która znajduje się w południowej części wyspy Luzon. Gdyby chcieć opisać to miasto trzema słowami, byłyby to kontrast, hałas i chaos. Takie właśnie wywołuje pierwsze wrażenie. Duży wpływ ma na to fakt, że jest ono najgęściej zaludnioną metropolią świata (na 1 km² przypada tu aż ponad 71,2 tys. osób!). Tłumy ludzi, ogromny ruch samochodowy, hałas, feeria barw i zapachów sprawiają, że Manila bywa miejscem bardzo męczącym. Jeżeli jednak da się jej szansę, można odkryć prawdziwą perłę Orientu – przepiękne miasto, które zyskuje na uroku dzięki swoim licznym kontrastom.

 

Administracyjna stolica Filipin jest także najszybciej rozwijającym się ośrodkiem Azji Południowo-Wschodniej. Najlepiej oddają to nowoczesne obszary pełne biurowców, drapaczy chmur, ekskluzywnych hoteli i drogich sklepów. Jeśli jednak chce się poczuć kolonialny klimat, trzeba odwiedzić najstarszą część metropolii – Intramuros. Założyli ją Hiszpanie, którzy w czerwcu 1571 r. podbili Manilę. Można tutaj znaleźć piękne kamienice, zabytkowe kościoły czy historyczne pałace. W tym rejonie warto zajrzeć do muzeum Casa Manila, które stanowi kopię tradycyjnego kolonialnego domu.

 

TRUMNY I POLA RYŻOWE

 

W głębi wyspy Luzon, na północ od stolicy odkryjemy inny świat. W wysokich górach leżą małe miejscowości. Jedną z nich jest Sagada, gdzie czekają na nas przepiękne piesze trasy, małe pola ryżowe, ukryte w tropikalnym lesie wodospady i nieprzeniknione jaskinie. Ta nieznana kiedyś osada słynie z oryginalnego sposobu grzebania zmarłych, który polega na zawieszeniu trumny ze zwłokami na skale. Jak brzmi uzasadnienie tej tradycji? Otóż dusza ludzka musi być bliżej nieba, czuć powiew świeżego powietrza i ciepło promieni słońca. Tylko wtedy szczęśliwa odejdzie do raju. Do niektórych trumien przytwierdzone są krzesła. Oznaczają one, że zmarły odszedł w zaświaty w pozycji siedzącej. Na taki rodzaj pochówku pozwolić sobie mogą tylko rodowici i majętni mieszkańcy Sagady.

 

Miejscowość kryje jeszcze jeden skarb – przepiękne jaskinie Sumaguing i Lumiang. Wyprawa przez ich korytarze, wąskie szczeliny, podziemne jeziora, rzeki i ogromne komory jest jedną z niezapomnianych atrakcji całych Filipin. Pod Sagadą można oglądać przepiękny podziemny świat, który tworzą labirynty przejść oraz stalagmity i stalaktyty przypominające niebywałe, misternie rzeźbione figury. Dodatkowo uwagę turystów zwracają stosy drewnianych trumien ułożone u wejścia do Jaskini Pogrzebowej Lumiang (Lumiang Burial Cave).

 

Na południowy wschód stąd znajdują się miejscowości Banaue i Batad z tarasami ryżowymi, które są dumą grupy etnicznej Ifugao. Filipińczycy uważają je za ósmy cud świata. Tarasowe pola liczą sobie przeszło 2 tys. lat. Zostały zbudowane tylko pracą rąk ludzkich, bez użycia maszyn. Do dziś ryż uprawia się tu w tradycyjny sposób.

 

PODZIEMNA RZEKA

 

Większości osób Filipiny kojarzą się z przepięknymi plażami, białym piaskiem i kolorowymi rafami. Wszystko to znajdziemy właśnie na Palawanie. Wyspa ta leży w południowo-zachodniej części archipelagu. Niedaleko miejscowości Sabang usytuowany jest jeden z 7 Nowych Cudów Natury – Park Narodowy Rzeki Podziemnej Puerto Princesa. Tutejsza podziemna rzeka (Cabayugan) uchodzi za jedną z najdłuższych na świecie. Ciągnie się przez 8,2 km, z czego turyści zobaczyć mogą tylko pierwsze 1,5 km. Jaskinie krasowe zwiedza się małą łódką, sterowaną przez przewodnika. Pod ziemią panuje absolutna cisza i aby jej nie zakłócać, każdy z odwiedzających otrzymuje słuchawki z nagranym wcześniej opisem. Wszystko wokół spowija całkowity mrok, jedynej latarki używa przewodnik i to on oświetla najważniejsze do obejrzenia miejsca. Niezmącony spokój rzeki i jej ogrom robią niesamowite wrażenie. Z łatwością można się tutaj przekonać, jak wielka jest siła natury.

 

Z WYSPY NA WYSPĘ

 

Każdy, kto kiedykolwiek zawita na Filipiny, spotka się z określeniem island hopping. Zwrot ten oznacza zwiedzanie pobliskich małych, nierzadko niezamieszkanych, wysepek, plaż i raf połączone z pływaniem i snorkelingiem. Najpopularniejszy na Palawanie rejon na taką wycieczkę znajduje się w północnej jego części, w okolicy miasta El Nido, zwanego Niebem na Ziemi. Leży tu archipelag Bacuit składający się z 45 niewielkich wysp, które skrywają niesamowite i przepiękne plaże, zatoczki, laguny i jaskinie. W trakcie całodniowej wyprawy tradycyjną filipińską łodzią banca mamy okazję zobaczyć niedostępne brzegi pokryte śnieżnobiałym piaskiem, ponurkować w poszukiwaniu żółwi, obejrzeć niezmiernie kolorową rafę czy popływać kajakiem pomiędzy dzikimi i bezludnymi skrawkami lądu. W El Nido oferuje się cztery wycieczki (oznaczone kolejno literami A, B, C i D), różniące się umieszczonymi w programie miejscami.

 

Do najczęściej odwiedzanych wysepek należy Miniloc, otoczona przepięknymi lagunami – Big Lagoon, Small Lagoon i Secret Lagoon. Aby zobaczyć tę ostatnią, trzeba przecisnąć się przez wąskie przejście ukryte pod olbrzymim wapiennym klifem zanurzonym w wodzie. Helicopter Island swoim kształtem przypomina z kolei mały śmigłowiec. Na Sekretną Plażę (Secret Beach) na Matinloc trafia się przez skalny otwór. Większość z wysp archipelagu Bacuit to ogromne wapienne skały wyrastające pionowo z wody, pokryte bujną zielenią i niewielkimi plażami. Jeżeli jednak ktoś chciałby znaleźć rajski zakątek, ale woli pozostać na Palawanie, powinien w El Nido wypożyczyć skuter i udać się w stronę północnego krańca lądu. Leżą tutaj dzikie plaże, do których trudno dojechać samochodem, takie jak Nacpan Beach. Ma ona 4 km długości i przy odrobinie szczęścia będziemy na niej jedynymi turystami. Usypany ze śnieżnobiałego piasku brzeg oblewa krystalicznie czysta, turkusowa woda, palmy uginają się od kokosów, a nieliczne skromne bary zapraszają do odpoczynku w wygodnym hamaku.

 El Nido Resorts Apulit

El Nido Resorts Apulit Island

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

W SERCU ARCHIPELAGU

 

Centralną częścią Filipin jest region Visayas. To właśnie na jedną z jego wysp (Limasawę) w marcu 1521 r. przypłynęła ekspedycja Ferdynanda Magellana. Hiszpanie przywieźli ze sobą figurkę Dzieciątka Jezus (Santo Niño) i chrześcijaństwo. Na Cebu, w mieście o tej samej nazwie wbito krzyż (Cruz de Magallanes) i ochrzczono pierwszych mieszkańców archipelagu. Ferdynand Magellan zginął jednak 27 kwietnia 1521 r. na sąsiedniej Mactan w walce z wojownikami miejscowego wodza Lapu-Lapu. Kilkadziesiąt lat później do wysp Visayas przybiła kolejna wyprawa z Hiszpanii. Na jej czele stał Miguel López de Legazpi, któremu udało się wprowadzić chrześcijaństwo i ustanowić pierwszą stolicę kolonii hiszpańskich w Azji. Tak właśnie w Cebu, dziś najstarszym założonym przez Hiszpanów mieście na archipelagu (jako Villa de San Miguel w dniu 27 kwietnia 1565 r.), narodził się kraj znany dzisiaj jako Filipiny.

 

W tym największym, ponad 920-tysięcznym ośrodku miejskim regionu Visayas warto poszukać pozostałości po kolonizatorach. W Bazylice Dzieciątka Jezus (Basílica del Santo Niño, najstarszym kościele katolickim na Filipinach, wzniesionym w 1565 r.) można zobaczyć cudowną figurkę Santo Niño. To właśnie w miejscu, w którym stoi świątynia, Ferdynand Magellan ochrzcił pierwszych wyspiarzy. W małym i niepozornym budynku kaplicy nieopodal bazyliki znajduje się krzyż postawiony przez portugalskiego żeglarza, a właściwie jego zachowane fragmenty umieszczone w drewnianej konstrukcji nowego krzyża.

 

Na Cebu ciekawie spędzimy czas również poza stolicą prowincji. W okolicy miasta Moalboal i pobliskiej wysepki Pescador (po hiszpańsku Rybak) można obserwować ogromne ławice sardynek. Niedaleko pod wodą kryją się jedne z piękniejszych filipińskich raf. Znakomitym miejscem na wypoczynek są dwie plaże – Panagsama i Biała (White Beach). Osoby lubiące aktywne wyprawy powinny wybrać się na wycieczkę pod któryś z licznych wodospadów, np. Kawasan Falls. 

 

Cebu słynie też z innej, dość kontrowersyjnej atrakcji. W pobliżu miasta Oslob można spotkać rekiny wielorybie, które przyciągają codziennie rzesze turystów. Ekolodzy jednak regularnie zwracają uwagę, że zbyt duża ingerencja w naturalne środowisko tych największych na świecie ryb wpływa negatywnie na ich populację.

 

SPOTKANIE Z REKINAMI

 

Na Filipinach mamy niesamowitą okazję zobaczyć na własne oczy rekiny wielorybie. Te całkowicie niegroźne dla ludzi ryby żywią się planktonem i prowadzą migracyjny tryb życia. Przebywają codziennie wiele kilometrów. W poszukiwaniu pożywienia pojawiają się w okolicy wspomnianego Oslob. Lokalni rybacy, którzy czyszczą w morzu swoje sieci, zauważyli, że rekiny przypływają, aby najeść się resztkami z połowów. Sytuację postanowiono więc wykorzystać i ze spotkań z tymi fascynującymi stworzeniami zrobić atrakcję turystyczną. Niestety, karmione codziennie ogromne ryby nauczyły się łatwego zdobywania pokarmu i porzuciły swój migracyjny tryb życia, zaburzając tym samym ekosystem. Popularność tego miejsca sprawia, że turystów i łodzi jest coraz więcej, a rekiny narażone są na zranienie i negatywne skutki zbyt bliskiego kontaktu z człowiekiem.

 

Na Filipinach te niesamowite zwierzęta można spotkać także w rejonach, gdzie ludzie nie ingerują tak mocno w środowisko naturalne, m.in. w okolicy wyspy Pamilacan na morzu Bohol (Mindanao). Tutejsi rybacy, kiedyś polujący na rekiny, dziś oferują wyprawy, na których wypatruje się tych olbrzymów i delfinów. Największe na świecie ryby spotyka się również koło rybackiej miejscowości Donsol, znajdującej się w południowej części Luzonu.

 

KRAINA UŚMIECHU

 

Podczas pobytu na Filipinach nie wolno ominąć wyspy Bohol. To niewątpliwie wizytówka kraju – reprezentuje wszystkie jego wspaniałości, przyciąga niepowtarzalnymi atrakcjami i pięknymi plażami. Te ostatnie najłatwiej znaleźć na czarującej wysepce Panglao, połączonej z Bohol dwoma mostami. Turyści lubiący malownicze kurorty i restauracje z lokalnym jedzeniem powinni odwiedzić słynną plażę Alona. Osobom ceniącym sobie spokój spodoba się raczej popularna wśród miejscowych Dumaluan. W tej części Bohol warto zdecydować się na rejs na małe, urokliwe wysepki, np. Pamilacan z lasami koralowców i podwodnym sanktuarium żółwi morskich czy Balicasag, w okolicy której można spotkać delfiny i rekiny wielorybie.

 

Ciekawym sposobem na spędzenie czasu jest też wycieczka rzeką Loboc (Loay). W jej rejonie kręcono sceny do filmu Czas Apokalipsy Francisa Forda Coppoli. Podczas rejsu podziwia się cudowne widoki i delektuje lokalnymi daniami, a to wszystko przy filipińskiej muzyce na żywo. Amatorów mocnych wrażeń Bohol przyciąga wspaniałymi parkami przygód, w których można zjechać na linie zawieszonej nad tropikalnym lasem, wspinać się po skałach, eksplorować jaskinie lub spłynąć rwącą rzeką.

 

NIETYPOWE WZGÓRZA

 

Większość osób przybywa jednak na Bohol, aby zobaczyć wyjątkowy cud natury, jakim są Wzgórza Czekoladowe. Składa się na nie ok. 1270 wapiennych pagórków o wysokości od 30 do 120 m. Wzniesienia zaskakują prawie idealnie stożkowatym kształtem i do dzisiaj naukowcy nie ustalili ich pochodzenia. Filipińczycy wierzą, że powstały za sprawą olbrzymów. Jedna z legend mówi o tym, że pagórki utworzyły ogromne łzy wylane przez giganta Arogo płaczącego nad utraconą miłością. Według innej opowieści to głazy, którymi rzucali w siebie olbrzymi. Co ciekawe, nazwa tego miejsca pochodzi od koloru traw porastających wzniesienia – w porze suchej stają się one ciemnobrązowe. Jednak Wzgórza Czekoladowe równie pięknie prezentują się w kolorze zielonym.

 

POD OSŁONĄ NOCY

 

Innym symbolem wyspy Bohol jest maleńkie stworzenie, które większość ludzi myli z małpką. Mowa tu o wyraku filipińskim. Wyrakowate są ssakami naczelnymi i prowadzą nocny tryb życia. Wyróżniają je ogromne oczy i kończyny zakończone cieniutkimi palcami. Większość dnia przesypiają z jednym zamkniętym okiem, przytulone do gałęzi drzew. Mimo iż wyraki filipińskie uznano za gatunek o podwyższonym ryzyku wyginięcia, ich populacja nadal drastycznie maleje. Sprawy nie ułatwia fakt, że samica rodzi tylko dwa młode w ciągu całego roku. Na Bohol można zobaczyć te niezwykłe stworzenia z bliska. Odpowiednim do tego miejscem jest ośrodek w miasteczku Corella należący do Philippine Tarsier Foundation, w którym zwierzęta przebywają w naturalnym środowisku i pod opieką wolontariuszy.

 

ZACZAROWANY LĄD

 

Na Filipinach leży jeszcze jedna wyjątkowa wyspa, słynąca z magicznej mocy. Filipińczycy starają się ją omijać, gdyż boją się duchów i mieszkających tu szamanów. Siquijor, bo tak się nazywa, można objechać na skuterze w jeden dzień. W tutejszych lasach i górach znajdują się prawdziwe skarby: jeziora z wodospadami, tajemnicze jaskinie, malowniczo położone punkty widokowe i… szamani. Tych ostatnich wcale nie tak łatwo spotkać. Choć przestali trudnić się czarną magią i zajmują się dziś raczej uzdrawianiem, to w miejscowych budzą ogromny respekt.

 

Siquijor z pewnością spodoba się wielbicielom przepięknych widoków. Mówi się, że to właśnie tutaj można oglądać najpiękniejsze zachody słońca na Filipinach. W trakcie zwiedzania trzeba koniecznie wybrać się pod Balete Tree w Campalanas, uważane za najstarsze drzewo na wyspie (ponoć ponad 400-letnie), spod którego korzeni wytryska źródło. Według miejscowych w jego wnętrzu mieszkają duchy. Szamani wykonują w pobliżu drzewa swoje obrzędy. W tej okolicy można skorzystać z naturalnego peelingu stóp w basenie z małymi rybkami.

 

Podczas wizyty na Siquijor warto też zjechać z głównej drogi i poszukać ukrytych plaż i wodospadów. Przy odrobinie szczęścia trafi się na Kagusuan. Tę przepiękną i niedostępną plażę urozmaicają olbrzymie głazy wyrzucone przez morze. Najprawdopodobniej nie spotkamy tu żywej duszy.

 

Lombardia, czyli Włochy w miniaturze

Milano-Galleria_00101.jpg

Wspaniała Galleria Vittorio Emanuele II

©EXPLORA/WONDERFULEXPO2015.IT

Maksymilian Dymitr Czornyj

 

Lombardia to góry, doliny i jeziora, tysiące lat historii, wspaniałe zabytki i przepiękne widoki. Stanowi krainę elegancji, wykwintnej kuchni i szyku. Smakuje risottem, pachnie kawą i zachwyca włoskością. Dawniej dość często pomijana przez podróżnych, obecnie staje się jednym z najbardziej rozpoznawalnych regionów w kraju.

Więcej…

KALEJDOSKOP KUBAŃSKI

MARCIN WESOŁY

 

<< Foldery biur podróży wypełniają zdjęcia kolorowych kubańskich domów, wypucowanych starych amerykańskich samochodów, uśmiechniętych par tańczących salsę i Kubańczyków kurzących cygara. Tak wygląda Kuba dewizowych turystów. Aby zobaczyć tę prawdziwą, trzeba mieć oczy szeroko otwarte i nie bać się wyjść jej naprzeciw. >>

Hiszpańscy osadnicy zbudowali niegdyś potęgę swojej kolonii na handlu cukrem, tytoniem i kawą, a także niewolnikami. Dziś Republika Kuby należy do najsłynniejszych państw komunistycznych na świecie, a brodatą twarz Fidela Castro rozpoznają niemal wszyscy. Jej główna wyspa jest jednocześnie największą w archipelagu Wielkich Antyli i na całych Karaibach. W stolicy kraju, znajdującej się nad Zatoką Meksykańską Hawanie, żyje obecnie ponad 2 mln mieszkańców.

Na hawańskim lotnisku podczas kontroli paszportowej podaję młodemu funkcjonariuszowi wymagane dokumenty. Ten odbiera je ode mnie i prosi, abym ustawił się do zdjęcia. Potem długo czekam, zanim wreszcie słyszę zbawienny odgłos przystawianego stempla.

Więcej…