NATALIA ŚWIĘCHOWICZ

<< Podróżowanie po tym usytuowanym na Kaukazie Południowym (Zakaukaziu), na pograniczu Europy i Azji, pięknym, dzikim i szalonym państwie to doświadczanie świata wszystkimi zmysłami. Podczas podziwiania majestatycznych kaukaskich szczytów rozlewamy do kieliszków kolejną butelkę aromatycznego czerwonego wina Saperavi lub białego Rkatsiteli. W naszych ustach rozpływają się wyborne, domowej roboty sery, a na suto zastawionym stole czekają kolejne przysmaki, które kuszą apetycznym wyglądem, zapachem i przede wszystkim smakiem. Pora wznieść toast za przodków i rozpocząć gruzińską „suprę”, czyli huczną i radosną ucztę. „Gaumardżos!” – „Na zdrowie!”. Niech żyje Gruzja! >>

To położone nad Morzem Czarnym państwo graniczy z Rosją (na północy), Azerbejdżanem (na wschodzie) oraz Armenią i Turcją (na południu). Stolicą Gruzji jest 1,5-milionowe Tbilisi, miasto potrafiące swoją wyjątkową atmosferą oczarować każdego turystę, wznoszące się malowniczo nad rzeką Kurą. Z kolei siedziba parlamentu mieści się od 2012 r. w Kutaisi, a sądu konstytucyjnego – w Batumi. W północnej części kraju leży łańcuch Wielkiego Kaukazu ze Szcharą na czele – najwyższym gruzińskim szczytem (5193 m n.p.m.), a w południowej – pasmo Małego Kaukazu. Pomiędzy nimi rozpościera się m.in. Nizina Kolchidzka. Klimat podzwrotnikowy oraz stosunkowo duża ilość opadów stwarzają świetne warunki do rozwoju bujnej roślinności. Nie bez powodu w końcu Gruzini uważają swoją ojczyznę za prawdziwy eden.
Możemy to gościnne państwo zwiedzać na wiele sposobów, trudno jednak ukryć, że każdy z nich zaprowadzi nas w końcu do zakaukaskiego kulinarnego raju. Zaproszeniom tutejszych gospodarzy zwyczajnie nie da się odmówić.

 

NA PRZYSTAWKĘ
Podczas wędrówki przez Gruzję apetyt rośnie w miarę jedzenia. Nie sposób oprzeć się gruzińskiej mentalności i nie zasiąść przy pełnym stole, aby rozpocząć smakową orgię. Na pierwszy plan wysuwają się przekąski z nadziewanych bakłażanów, sałatka z pomidorów i świeżej bazylii, delikatny ser sulguni oraz pleśniowy dambali chaczo, sacwi (kurczak na zimno w sosie orzechowym) czy lobio (przetarta fasola). Nad wszystkim unosi się wspaniały aromat kolendry, estragonu, kopru, czosnku i natki pietruszki… Już jest pysznie i obficie, a to dopiero preludium prawdziwej uczty.
Powtarzając za rosyjskim poetą Aleksandrem Puszkinem (1799–1837), trzeba powiedzieć, że każde gruzińskie danie to poemat. Gruzini są niezmiernie dumni ze swojej kuchni narodowej. Dla nich gotowanie stanowi rodzaj sztuki, którą dopełniają długie, kwieciste toasty wygłaszane przy biesiadnym stole. Przepisy kulinarne pochodzą od dawnych i współczesnych gospodyń, zgodnie z tradycją przekazujących zeszyty z sekretnymi recepturami następnym pokoleniom. Nie obowiązują tu jednak żadne sztywne kanony i akceptuje się wszelkie modyfikacje. W rezultacie potrawy z konkretnego domu czy regionu odzwierciedlają tożsamość danej grupy.
Tak naprawdę pojęcie „gruzińska kuchnia” jest błędne, bowiem wpływy innych kultur (zwłaszcza tureckiej i perskiej), a także ukształtowanie terenu, warunki klimatyczne i różnorodność etniczna doprowadziły do uformowania się w tym kraju odrębnych tradycji kulinarnych. Przez wieki zawładnąć tym zakątkiem świata próbowały 3 potężne mocarstwa (Rosja, Turcja i Iran). Ich przedstawiciele pozostawili po sobie aromatyczne przyprawy oraz dania, które przetrwały do dziś w mniej lub bardziej zmienionej wersji. Być może właśnie dzięki temu gruzińskie specjały zaskakują bogactwem, wyrazistością i pełnią ognia, czym znakomicie oddają temperament Gruzinów. Dlatego też zwiedzanie Gruzji to doświadczenie wielowymiarowe, pobudzające wyobraźnię i zmysły, pozwalające poznać ją z wielu różnych perspektyw, dogłębnie, od kuchni.

 

TBILISI TO STAN UMYSŁU
Naszą kulinarną wędrówkę rozpoczynamy od miasta, w którym skosztujemy najsmaczniejszych potraw z każdego zakątka kraju, takich jak soczyste szaszłyki mcwadi obsypane przyprawami, duże kołduny chinkali z regionu Chewsuretia, imeretyńskie placki chaczapuri, deser gozinaki, sałatka pchali w akompaniamencie mocnej czaczy i wyśmienitego wina z Kachetii. Tbilisi to stolica jak żadna inna. Swoją nieśpieszną i pełną naturalnego luzu atmosferą w niczym nie przypomina ogromnych europejskich metropolii, gdzie ludzie żyją w pogoni za sukcesem i pieniędzmi. Gruzini doskonale potrafią celebrować życie, ucztują niemal przy każdej okazji! Następnego ranka po udanej biesiadzie regenerują się w tbiliskich baniach – siarkowych termach, które od wieków były mekką podróżników, począwszy od Marca Polo, a skończywszy na Aleksandrze Dumasie. Bardzo popularne wśród miejscowych, jak i wśród turystów stały się spotkania w jacuzzi. Jeśli wynajmie się łaźnię na wyłączność, można przynieść własne jedzenie i napoje, zamówić masaż lub peeling całego ciała i w ten sposób spędzić popołudnie w gronie znajomych.
W trakcie spaceru po Tbilisi trzeba wstąpić do lokalnej piekarni, gdzie jak przed wiekami wytwarza się aromatyczny chleb – nieodłączny składnik każdego gruzińskiego posiłku. Płaskie, okrągłe bochenki tonis puri przyklejane są do gorących ścian tradycyjnego glinianego pieca tone w kształcie beczki, rozgrzanego do temperatury 300°C. My jednak wybieramy lobiani, czyli bagietkę z fasolową pastą, cebulą i czosnkiem, i kontynuujemy naszą przechadzkę. Mijamy średniowieczne kościoły i cerkwie pamiętające początki chrześcijaństwa w Gruzji, przechodzimy przez most na rzece Kurze i podążamy reprezentacyjną aleją Szoty Rustawelego do Muzeum Sztuk Pięknych. Galeria szczyci się kolekcją dzieł słynnego prymitywisty Niko Pirosmaniszwilego (1862–1918), który jako bezdomny artysta malował swoje obrazy na starych szyldach sklepowych, spróchniałych deskach czy ceracie. Zatrudniali go głównie szynkarze, płacący mu butelką trunku lub jedzeniem. To taki gruziński Nikifor. W swoich malowidłach gloryfikował wspólnotę, świętowanie w towarzystwie. Przedstawiał na nich pękate amfory z winem, uczestników uczt, toasty, przemowy, wzniesione kielichy.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Słynne łaźnie siarkowe w starej dzielnicy Tbilisi Abanotubani


Biesiada jest dla Gruzinów okazją, aby uczcić życie i wyrazić szacunek wobec nieżyjących już członków rodziny. Podczas wizyty w kaukaskiej miejscowości Stepancminda (Kazbegi) dwukrotnie podejmowaliśmy próbę dotarcia do pobliskiego Klasztoru Świętej Trójcy (Cminda Sameba). Przebywaliśmy w tym północno-wschodnim rejonie Gruzji akurat w okresie Wielkanocy według kalendarza liturgicznego Kościoła prawosławnego, dokładnie w Wielki Poniedziałek, który stanowi dzień modlitwy za zmarłych. Gdy wędrowaliśmy w stronę wzgórza z malowniczą budowlą na szczycie (położoną na wysokości 2170 m n.p.m.), natknęliśmy się na rodzinne spotkanie na łonie natury. Nie mam pojęcia, jak do tego doszło, ale po kilku minutach staliśmy już przy suto zastawionym stole na środku łąki i rozmawialiśmy z gospodarzami. Gruzińska gościnność to coś w rodzaju narodowej ideologii. Zetknięcie się z nią wyzwala nieznane dotąd pokłady życzliwości wobec ludzi i świata. Kilka metrów dalej znajdował się grób Miszy, który zginął w wypadku samochodowym. To dla niego wyprawiono tę ucztę, dla niego rozlewaliśmy wino nad jego mogiłą. Tak w Gruzji wygląda pamięć o zmarłych.

 

„BATUMI, ECH, BATUMI”
Co prawda, powierzchnia rozległych niegdyś słynnych herbacianych pól Batumi bardzo się zmniejszyła, ale ten uroczy gruziński kurort na wybrzeżu Morza Czarnego przechodzi obecnie ogromną przemianę. Po wielu latach rozbudowy to niemal 200-tysięczne miasto stało się ośrodkiem turystycznym w całym tego słowa znaczeniu. Nowoczesne budynki kontrastują z klimatycznymi brukowanymi uliczkami i kamienicami z XIX w. Niektórzy te współczesne elementy uważają za twór nieco kiczowaty i nie pasujący do zabytkowej architektury. Jednakże infrastruktura ta stwarza rewelacyjne perspektywy dla rozwoju turystyki w rejonie Adżarii (Adżarskiej Republiki Autonomicznej). Tak naprawdę przy Batumi Tbilisi przypomina jego ubogą krewną. Wzdłuż wybrzeża prowadzi elegancki deptak, z którego dostrzeżemy najlepsze batumskie hotele: Radisson Blue Hotel, Sheraton Batumi Hotel czy Grand Hotel Kempinski (w budowie). Choć kamienista plaża nie zachęca do spacerów nad morzem i skoków przez fale, przyjeżdża tu wielu zagranicznych turystów, zwłaszcza Rosjan.

FOT. GEORGIAN NATIONAL TOURISM ADMINISTRATION

Przy ulicy Rustavelego wznosi się m.in. Sheraton Batumi Hotel


Tuż obok tego blichtru i szklanych wieżowców w urokliwych zaułkach i zakamarkach głównego bulwaru, między pastelowymi domkami, mieszczącymi tradycyjne tawerny i cukiernie, toczy się normalne życie. Adżaria słynie z trochę odmiennej kuchni niż inne części kraju. Ze względu na swój górzysty charakter i – co za tym idzie – rozpowszechnienie hodowli owiec, kóz i bydła w skład miejscowych potraw często wchodzą produkty mleczne. Natomiast zależność od Imperium Osmańskiego od XVII do drugiej połowy XIX w. sprawiła, że odnajdziemy w nich również wpływy muzułmańskie i tureckie. Region ten jest także jednym z najbujniejszych w Gruzji. Pokrywają go zielone lasy, sady owocowe i łąki pełne ziół. Kwintesencję tych malowniczych krajobrazów stanowi malachto – lekkie, lecz pikantne danie z zielonej fasoli z dodatkiem orzechów i ostrej papryczki, polane świeżo wyciśniętym sokiem z winogron. Poza tym na stołach króluje aczma – adżarska lasagne – pracochłonna, ale pożywna i sycąca, wypełniona młodym serem podpuszczkowym: imeretyńskim, sulguni lub innym. Do najpopularniejszych potraw należy w Adżarii chaczapuri po adżarsku, równie ważne dla jej mieszkańców jak pizza dla Włochów. Ten placek w kształcie łódki nadziewa się tutaj białym serem, kawałkiem masła i jajkiem. Na terenie całego kraju występuje on w różnych wariantach, w których zmieniają się rodzaje ciast i dodatki.
Wchodzimy do restauracji w pobliżu nadmorskiej promenady. Kamienne schodki prowadzą stromo w dół do nastrojowego wnętrza o ścianach z cegieł, z drewnianymi stołami i szerokimi ławami. W rogu grupa Gruzinów właśnie wznosi toast – emocje sięgają zenitu. Po chwili zaczyna grać muzyka, mężczyźni obejmują się, śpiewają i tańczą, zupełnie jakby byli w transie. Zajmujemy wolne miejsce i już po chwili przed nami pojawia się kilka karafek czerwonego wina, chinkali na 3 sposoby i ogromne chaczapuri adżaruli. Największą przyjemność sprawia nam wysysanie ciepłego bulionu z mięsnych pierożków (wspomnianych chinkali), które podano nam jeszcze w 2 innych odmianach: z grzybami i cebulką oraz ze swojskim białym serem i ziemniakami. Pewien starszy pan śpiewa do podkładu z gruzińskim disco. Po chwili zapamiętujemy się w tańcu, razem z kelnerkami, właścicielką lokalu i ucztującymi obok gośćmi. W tym momencie przypomina mi się fragment z książki Ryszarda Kapuścińskiego Kirgiz schodzi z konia: Tu się nie przychodzi, żeby mieć przerwę w życiorysie, żeby się ugotować. Gruzin gardzi pijaństwem, nie znosi picia na ilość. Stół jest tylko pretekstem, smakowitym i winem zakrapianym, ale właśnie pretekstem. Okazją, żeby uczcić życie.
    Podróż do Gruzji to prawdziwa wyprawa w czasie – spotkanie z jedną z najstarszych kultur w tym regionie świata i z ludźmi, którzy nadal kultywują pradawne tradycje i dla których największą wartość mają miłość do rodziny, wdzięczność dla ziemi, co roku hojnie obdarzającej plonami, i beztroska radość istnienia. Tę właśnie istotę gruzińskości zawarł w swojej przetłumaczonej na język polski pieśni rosyjski bard Bułat Okudżawa (1924–1997), syn Ormianki i Gruzina: Spulchnię ziemię na zboczu i pestkę winogron w niej złożę, a gdy winnym owocem gronowa obrodzi mi wić, zwołam wiernych przyjaciół i serce przed nimi otworzę... Bo doprawdy, czyż warto inaczej na ziemi tej żyć?

Artykuły wybrane losowo

Filipiny – kraina uśmiechniętych ludzi

ChocolateHills-3

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

north luzon 23 highres

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

Ten kraj, składający się z 7107 wysp, zamieszkuje niemal 104 mln osób. Stanowi on jedno z dwóch państw Azji, w których dominuje katolicyzm (drugim jest Timor Wschodni). Filipiny to wybuchowa mieszanka rajskich widoków, białego piasku, przezroczystej wody, aktywnych wulkanów, tarasów ryżowych i wiecznie zakorkowanych dużych miast. Tę krainę wesołych i niezwykle przyjaznych ludzi idealnie opisuje słowo „różnorodność”.

Więcej…

Rozgrzej się zimą w Budapeszcie i okolicach

SYLWIA JEDLAK

<< Kiedy już nadejdą długie zimowe wieczory wielu z nas marzy jedynie o kubku herbaty i ciepłym kocu lub rozgrzewającej kąpieli. A gdyby tak zanurzyć się w basenie wypełnionym wodą z gorących źródeł, gdy wokół leży biały puszysty śnieg... Tę fantazję można urzeczywistnić na niezmiernie gościnnych, bliskich naszym sercom Węgrzech! >>

Polacy korzystali z dobroczynnego wpływu źródeł termalnych już w średniowieczu, ale zagraniczne  wyjazdy do wód zaczęły się cieszyć większą popularnością dopiero w XVII w. Na tego typu podróże mogli sobie wtedy pozwolić raczej tylko przedstawiciele arystokracji. Do Baden pod Wiedniem (Baden bei Wien) jeździł nawet król Władysław IV Waza (1595–1648). Kuracje lecznicze szybko stały się dla niektórych jedynie pretekstem do towarzyskich spotkań lub alternatywą dla wycieczek do najbardziej znaczących europejskich miast. Sama Izabela Czartoryska (1746–1835), żona księcia Adama Kazimierza Czartoryskiego (1734–1823), jeździła do Spa (obecnie w Belgii) wraz ze swoimi adoratorami. Dziś turystyka uzdrowiskowa razem z sektorem spa i wellness jest dostępna dla każdego i ciągle się rozwija. Coraz częściej podróżujący w celach zdrowotnych uzupełniają swój pobyt w kurortach interesującymi wyprawami krajoznawczymi.

Więcej…

Zerwij z rutyną w Meksyku

 

BARTEK JANKOWSKI

WWW.TROPIKEY.COM

 

 Gdyby zapytać przeciętnego Polaka, które regiony geograficzne lub miasta kojarzą mu się z Meksykiem, wspomniałby zapewne o Cancún, Acapulco czy półwyspie Jukatan. Od osób nieco bardziej zaznajomionych z tym krajem usłyszelibyśmy może o jego stolicy (także noszącej nazwę Meksyk – po hiszpańsku Ciudad de México), ośrodkach starożytnych Majów Chichén Itzá i Tulum bądź okrytym złą sławą przygranicznym Ciudad Juárez. Idę jednak o zakład, że Akumal, Mahahual (Majahual), Bacalar albo Mismayolę wymieniłaby jedynie garstka naszych rodaków. Czas zatem zboczyć z utartych turystycznych szlaków i zajrzeć do kilku mniej znanych zakątków znajdujących się w meksykańskich granicach.

 

Jesteśmy w samolocie gdzieś nad Atlantykiem. Nie wiem, kto wpadł na pomysł, żeby na liście filmów dostępnych w systemie rozrywki pokładowej umieścić Sicario (2015 r.). Kto widział co prawda świetne dzieło kanadyjskiego reżysera Denisa Villeneuve’a, opowiadające o misji przeciwko meksykańskiemu kartelowi narkotykowemu, zrozumie, dlaczego uważam taki wybór za nieodpowiedni na trasie do tego kraju. To trochę tak, jakby obcokrajowcom lecącym do Polski z Azji lub Ameryki Północnej proponować twórczość Wojciecha Smarzowskiego. Gdyby repertuar zależał ode mnie, pasażerowie mogliby oglądać raczej I twoją matkę też (2001 r.) Alfonsa Cuaróna, bo pokazuje Meksyk mniej oczywisty, klasyczną Noc iguany (1964 r.) Johna Hustona nakręconą w stanie Jalisco i koniecznie Nad morzem z 2009 r. (oryginalny tytuł brzmi Alamar). Właśnie ten ostatni paradokument o kilkuletnim Natanie, jego ojcu i dziadku pchnął nas na głębokie południe półwyspu Jukatan, niemal pod granicę z Belize. Chcieliśmy zobaczyć na własne oczy choć część tego, co sfilmował Pedro González-Rubio.

 

Ciągnącą się przez całe wschodnie wybrzeże Jukatanu szosą 307 (Carretera Federal 307) uciekamy czym prędzej od zgiełku Cancún. Niegdyś było ono perłą stanu Quintana Roo. Dziś pozostało już tylko maszynką do wysysania dolarów z rzeszy głównie amerykańskich i kanadyjskich turystów znęconych neonami obiecującymi wszelkiego rodzaju uciechy życia doczesnego. Wypełniony monstrualnymi hotelami piaszczysty skrawek lądu, który odcina lagunę Nichupté (Laguna de Nichupté) od błękitnego Morza Karaibskiego, należy do najbardziej chyba przygnębiających przykładów degradacji krajobrazu przez branżę hotelarską. Im jednak dalej na południe od Cancún, tym okolica staje się coraz bardziej przyjemna dla oczu. W tym rejonie dominuje soczyście zielony gąszcz lasów tropikalnych, z którego co kilka kilometrów wyłaniają się masywne bramy obwieszczające, że gdzieś za nimi kryje się kolejny 5-gwiazdkowy obiekt jednego z potentatów przemysłu wypoczynkowego.

 

TROCHĘ NA UBOCZU

 

Kolorowe wnętrze baru dla gości w pensjonacie Mayan Beach Garden

diningroom

© MAYAN BEACH GARDEN/MAYANBEACHGARDEN.COM

 

Na mapie tej części Jukatanu miejsce niezwykłe stanowi Akumal. Mimo iż i tu przy samej plaży znajdują się dwa hotele z najwyższej półki, ta mała, przytulona do olśniewająco lazurowej zatoki miejscowość wciąż może uchodzić za prowincjonalną. Do lat 60. XX w. była ona znana tylko poszukiwaczom skarbów, których kusiły legendy o bogactwach kryjących się we wraku hiszpańskiego galeonu „El Matanceros” (zatonął w tutejszych wodach 22 lutego 1742 r.). Należał do nich m.in. meksykański biznesmen, nurek, pisarz, historyk i archeolog Pablo Bush Romero. Zakochał się w tym miejscu do tego stopnia, że w 1962 r. odkupił Akumal wraz z kilkudziesięcioma hektarami pobliskiej ziemi od dotychczasowego właściciela Argimira Argüellesa i zaczął powoli przekształcać ogromną plantację palm kokosowych w ośrodek nurkowania i turystyki ekologicznej. Jego największym skarbem są żyjące w okolicznych wodach żółwie zielone. To podobno one dały nazwę tej miejscowości (ponoć w języku Majów Akumal znaczy „miejsce żółwi”) i nadal odgrywają pierwszoplanową rolę w tutejszej podwodnej krainie. Większość czasu spędzają na jedzeniu trawy morskiej porastającej rozległe łąki na dnie. Wystarczy jednak poczekać kilka minut, aby ujrzeć niekiedy nawet 200-kilogramowego osobnika, który wynurza się z Morza Karaibskiego, nabiera powietrza i nurkuje z gracją z powrotem. Mimo to większego szyku zadaje tu inne stworzenie. Orleń cętkowany (narinari) to prawdziwy arbiter elegantiarum zatoki Akumal (Bahía de Akumal). Jego majestatyczne, nakrapiane jasnymi plamami płetwy piersiowe o rozpiętości dochodzącej do nawet ponad 3 m można zaobserwować znacznie rzadziej niż sympatyczne pyski żółwi czy płaskie ciała szukających schronienia w piachu ogończy. Gdy jednak już nam się to uda, trudno oderwać wzrok od tej osobliwej ryby. Tańczący niczym baletnica orleń sunie dumnie przez wodę i zatacza szerokie łuki kilkumetrowym ogonem. Jeśli jest w dobrym humorze, zupełnie jak celebryta ignoruje zachwycone miny nurków, łaskawie pozwala gawiedzi podążać za sobą i się fotografować. Miejmy nadzieję, że pojawiające się coraz częściej na forach i blogach podróżniczych wpisy polecające ten rejon nie staną się przekleństwem dla wspaniałych mieszkańców tutejszej zatoki.

 

Pobyt w Akumal trzeba koniecznie połączyć z wizytą w jednym z jukatańskich ośrodków wzniesionych kiedyś przez Majów. Zdecydowanie najbliżej znajdują się ruiny wyjątkowego, położonego nad samym brzegiem morza Tulum ze słynną wieżą wyrastającą z wapiennego klifu. Wystarczy jednak pojechać ponad 40 km w głąb lądu, żeby dotrzeć do pozostałości dużo ciekawszego i bardziej okazałego miasta Cobá. Mimo iż przybywa do niego coraz więcej turystów, nadal bywa ono mniej oblegane i pozostaje słabiej skomercjalizowane od najbardziej znanego majańskiego zabytku – Chichén Itzá. Po ukrytych w gęstym tropikalnym lesie ścieżkach warto jeździć rikszą. Ruiny rozrzucone są na dużym obszarze, więc tym środkiem transportu będziemy poruszać się szybciej niż na piechotę. Na dodatek, kierujący rikszami, choć to nie wykwalifikowani przewodnicy turystyczni, raczą swoich pasażerów wieloma ciekawymi informacjami o poszczególnych obiektach. Największym zainteresowaniem na terenie Coby cieszy się 42-metrowa piramida Nohoch Mul, ostatnia na Jukatanie, na którą wciąż jeszcze można się wspinać. Gorący klimat nie sprzyja temu zadaniu, ale opłaca się podjąć taki wysiłek, bo ze szczytu rozciąga się imponujący widok. Ukojenie po wyczerpującej wspinaczce przyniesie kąpiel w jednej z trzech naturalnych studni (zwanych cenotami) utworzonych w skałach wapiennych, oddalonych od ruin o 10 min. jazdy autem. Najwspanialszą z nich stanowi Multum-Ha. Kręcone schody prowadzą kilkanaście metrów pod ziemię, gdzie w dużej jaskini przez tysiąclecia gromadziła się przyjemnie chłodna i nieprawdopodobnie przejrzysta woda. Kąpiel w tym miejscu warta jest wszystkich peso, które w niemałej kwocie trzeba wręczyć kasjerowi przed udaniem się na dół.

 

Cobá – wciąż jeszcze udostępniona dla turystów piramida Nohoch Mul

22

© IMAGENXPEDITION.COM

 

PO ASFALCIE I SZUTRZE

 

Meksyk nie cieszy się opinią kraju odpowiedniego do samodzielnych podróży samochodem. Z różnych stron docierają ostrzeżenia przed wysoką przestępczością, skorumpowaną policją czy oszustwami na stacjach benzynowych i w wypożyczalniach aut. Jak wygląda to w rzeczywistości? W stanie Quintana Roo pokonaliśmy ponad 1 tys. km i nie spotkała nas żadna sytuacja z listy często wymienianych przeciwności i zagrożeń. Powiem nawet więcej, chciałbym, aby w Polsce jeździło się równie przyjemnie jak po głównych drogach na wschodnim wybrzeżu Jukatanu. Najważniejsza z nich – bezpłatna szosa nr 307 – jest bardzo szeroka, ma świetnie utrzymaną nawierzchnię, a ciągnące się kilometrami proste odcinki pozwalają prowadzić bez stresu. Jedynym utrudnieniem, do którego trzeba przywyknąć, są topes, czyli przeszkody ustawione w miastach w poprzek ulic, wymuszające zredukowanie prędkości. Nasze progi zwalniające to przy nich okruchy rozsypane na jezdni. Na szczęście, w zdecydowanej większości zapowiadają je odpowiednie znaki ostrzegawcze i wystarczy zachować zwykłą czujność, żeby uniknąć urwania zawieszenia.

 

Na Jukatanie są jednak i drogi, które skazują samochód i jego pasażerów na niemal piekielne męki, nawet gdy auto ma napęd na cztery koła. Takim narzędziem tortur jest choćby piętnastka wiodąca z Tulum do wioski Javier Rojo Gómez, znanej jako Punta Allen (od nazwy przylądka, na którym się znajduje). Sformułowanie „pokonanie trasy” nabiera tutaj nowego, wyjątkowo dosłownego znaczenia. Początkowo asfaltowa nawierzchnia traci po jakimś czasie swoje właściwości i przemienia się w niemiłosiernie dziurawą i pofałdowaną żwirową wstęgę, która wije się przez tropikalny las porastający wybrzeże. Dotarcie do jej końca potrafi zająć nawet 3 godz., choć cały odcinek ma długość raptem 50 km. Czy zatem warto w ogóle tędy jechać? Niewątpliwie powinni się na to zdecydować miłośnicy natury i wielbiciele dzikich, ustronnych plaż, nawet jeśli po drodze poobijają się w podskakującym na nierównościach samochodzie. Tutejsze wybrzeże to część ogromnego, bo zajmującego aż niemal 5,3 tys. km² powierzchni, Rezerwatu Biosfery Sian Ka’an. Utworzono go 20 stycznia 1986 r. w celu ochrony niezwykłej przyrody, a już w następnym roku organizacja UNESCO wpisała ten zapierający dech w piersiach obszar na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. W jego gęstych lasach tropikalnych mieszkają pumy płowe, jaguary amerykańskie, oceloty, pekari, wyjce jukatańskie, tapiry panamskie i tukany tęczodziobe. Rozległe bagniste tereny poprzecinane licznymi kanałami i porośnięte soczyście zielonymi namorzynami to królestwo krokodyli amerykańskich i meksykańskich oraz flamingów karmazynowych. W przybrzeżnych wodach nietrudno natrafić na żółwie i delfiny. Warto zatrzymać się tu na kilka dni, aby obcowanie z dziewiczą naturą zrekompensowało trudy podróży.

 

W ŚLAD ZA NATANEM

 

Przypominającą pas startowy, 50-kilometrową odnogą szosy nr 307 docieramy do naszego głównego celu podróży. Oto Mahahual (Majahual) i odcinek malowniczego karaibskiego wybrzeża Meksyku zwany dumnie Costa Maya. W to miejsce, na atol Banco Chinchorro rusza kilkuletni Natan i jego ojciec Jorge, bohaterowie niesamowitego filmu Nad morzem (w oryginale Alamar). Zmierzają do dziadka chłopca, mieszkającego w małej chatce na palach. Mają tutaj spędzić ostatnie chwile razem przed wyjazdem Natana z matką na stałe do Włoch. W tym czasie chłopiec poznaje życie w świecie bez prądu, telewizji i internetu, zaprzyjaźnia się z czaplą Blanquitą, a co najważniejsze, zawiera nierozerwalny pakt z ojcem i dziadkiem. Ten ostatni ponoć nadal trudni się połowami i pływa między Mahahual na stałym lądzie a oddalonym o ok. 20 mil morskich od brzegu skromnym domem osadzonym na chwiejnych palach wystających z atolu. Tak w każdym razie twierdzą Kim i Marcia, Amerykanie prowadzący od ponad 20 lat pensjonat Mayan Beach Garden w osadzie Punta Placer, położonej o pół godziny drogi od Mahahual. Rytm dnia wyznacza w niej natura. Gdy morze jest wystarczająco spokojne, zanurzamy się w płytkich wodach przybrzeżnych, których granicę wytycza Wielka Mezoamerykańska Rafa Koralowa. Przebiega tu ona wyjątkowo blisko brzegu, więc dotarcie do niej wpław nie wymaga dużego wysiłku. Jak okiem sięgnąć, nie widać nikogo oprócz nas. Wokół są tylko koralowce, papugoryby, homary, lucjany, graniki i dziesiątki innych gatunków stworzeń. Zdarza się i orleń cętkowany (narinari), choć ten woli rejony o nieco większej głębokości. Nad naszymi głowami co rusz przelatują zblazowane pelikany i dostojne fregaty. Costa Maya, czyli Wybrzeże Majów, stanowi również dom dla niezmiernie rzadkiego ssaka manata karaibskiego. Największą szansę na jego zobaczenie mamy we wrzynającej się mocno w ląd zatoce Chetumal.

 

Kiedy zbliża się wieczór, goście Kima i Marcii gromadzą się przy wspólnym stole, żeby w wielonarodowym gronie porozmawiać o przeżyciach mijającego dnia. Sącząc dobrze schłodzone ciemne piwo León, czekamy na kolejny pyszny posiłek przygotowywany przez uroczą Lupę i jej koleżanki. Zarówno kolacje, jak i śniadania to istny majstersztyk i esencja tego, co najlepsze w meksykańskiej kuchni. W zależności od pory dnia na stołach lądują placki zwane salbutes, czyli smażone w głębokim tłuszczu tortille przykryte posiekaną sałatą i innymi warzywami, empanadas – nadziewane pierożki zapiekane w piekarniku, ryby i drób przyrządzane na wszelakie sposoby oraz znakomite desery. A do wszystkiego obowiązkowo należy zjeść trójkątne nachos z sosem z awokado albo fasoli. Uczta trwa zawsze do nocy, bo biesiadnicy mają ciągle nowy temat do przedyskutowania. Potem przychodzi czas na najdoskonalszą formę relaksu – kołysanie się w hamaku w rytm szumu fal Morza Karaibskiego i wpatrywanie się w tysiące gwiazd mrugających na nocnym niebie wolnym od sztucznej poświaty.

 

Sielankowy obraz tego miejsca burzą trochę grożące mu niebezpieczeństwa. W sierpniu 2007 r. przetoczył się tędy bezwzględny i okrutny huragan Dean. Pod jego naporem padały nie tylko wiotkie chatki, lecz także solidne budynki, w tym molo w Mahahual. Od tamtej pory niemal wszystko zostało naprawione, jednak ryzyko kolejnego tropikalnego cyklonu wciąż istnieje. Niestety, tutejsi mieszkańcy muszą jeszcze prowadzić nierówną walkę z masami odpadków niesionych przez prądy morskie, ale też wyrzucanych beztrosko przez pasażerów ogromnych statków wycieczkowych zawijających do Mahahual kilkaset razy w ciągu każdego roku. Kim i Marcia oraz właściciele innych nieruchomości przy plaży starają się dbać o otoczenie i codziennie sprzątają swoje rewiry, lecz są i takie miejsca, w których obłożony śmieciami brzeg sprawia dość przygnębiające wrażenie. Pewne obawy budzi również planowane na 2017 r. uruchomienie międzynarodowych lotów z pobliskiego miasta Chetumal. Dzisiaj, kiedy z lotniska w Cancún trzeba tu jechać ponad 5 godz., niewiele osób decyduje się na wakacje na Costa Maya. Pojawiają się głównie kilkugodzinni wycieczkowicze ze statków cumujących w Mahahual. Wprowadzenie regularnych połączeń międzynarodowych z Chetumal może nie tylko oznaczać znaczny wzrost liczby turystów, ale i zwabić inwestorów z branży hotelarskiej. Oby jednak ten urokliwy region nie przeobraził się w nową enklawę wypoczynkową, przypominającą te z północy Jukatanu.

 

MAJOWIE I PIRACI

 

W czasie gdy Kim i Marcia przeprowadzali się do Punta Placer, przebycie 75-kilometrowego dystansu między drogą nr 307 a ich nowym domem zajmowało ponad 6 godz. Dopiero wiele lat później, w związku z planowanym uruchomieniem pirsu w porcie w Mahahual, powstała szeroka i gładka jak stół trasa. Dziś jej nawierzchnia jest już gdzieniegdzie pomarszczona, ale i tak serce raduje się na myśl, że nie musimy poruszać się po dawnej dziurawej szutrówce. Kawałek za wioską Pedro Antonio Santos skręcamy w prawo i drogą nr 293 dojeżdżamy do ruin Chacchobén. To jedno z dziesiątek miejsc na Jukatanie, gdzie z gęstwiny tropikalnego lasu i spod naniesionej przez wieki warstwy ziemi archeolodzy wydobyli zapomniane miasto Majów. W przeciwieństwie do słynnych kompleksów Chichén Itzá i Tulum nie znajdziemy w nim tłumów. Chacchobén (czyli w języku Majów „miejsce czerwonej kukurydzy”) zwiedzamy w towarzystwie zaledwie kilkunastu innych osób, choć niewykluczone, że kiedy do Mahahual przybywa ogromny statek wycieczkowy, robi się w nim bardziej tłoczno. Odkryte tu przez archeologów budowle nie wyglądają aż tak spektakularnie jak te na terenie wykopalisk na północy półwyspu, ale ich otoczenie jest wyjątkowe. Ścieżka dla zwiedzających prowadzi przez gęsty, dający wytchnienie od słońca las tropikalny, rozbrzmiewający co chwilę krzykami małp (czepiaków czy wyjców). Dopiero u podnóża głównej świątyni, do której wiedzie kilkadziesiąt masywnych schodów, krajobraz ulega zmianie. Równo przystrzyżona trawa przypomina, że to jednak muzeum. Takich mniej znanych i rzadko odwiedzanych ruin ze starożytnych czasów znajduje się w tym rejonie więcej. W Dzibanché, które od ok. 200 r. p.n.e. do aż XIII w. n.e. było jednym z ważniejszych miast Majów, zajmującym powierzchnię ponad 40 km2, wiele obiektów pozostaje wciąż przykrytych ziemią i roślinnością. Spacer wśród tych odsłoniętych przenosi nas w przeszłość, do dawnego ośrodka władzy. Masywne świątynie i pałace zbudowane na podstawach kamiennych piramid wraz z przestronnymi placami pokazują, jak prężnie musiało rozwijać się to miasto w okresie swojej świetności w trakcie panowania potężnej dynastii Kaan.

 

Droga między Chacchobén i Dzibanché prowadzi wzdłuż prawdziwego cudu natury tego regionu Meksyku – oszałamiającego swoimi odcieniami jeziora Bacalar (Laguna de Bacalar). Z lotu ptaka zbiornik, rozciągnięty na długości 42 km i szeroki na maksymalnie niecałe 4 km, przypomina azurytową skazę w malachicie. Niesamowita gra kolorów powstaje częściowo za sprawą niemal białego wapiennego dna. Na płyciznach woda jest jasnobłękitna, ale wraz ze wzrostem głębokości staje się coraz ciemniejsza. W Cenote Azul, owalnym naturalnym basenie (głębokim na aż ok. 90 m), przybiera barwę ciemnego granatu. Bacalar wygląda zupełnie jak jezioro Kourna na Krecie, tyle że ponad sto razy większe. Okolicę najlepiej podziwiać podczas kilkugodzinnego rejsu jedną z łodzi cumujących przy licznych pomostach. W jego trakcie docieramy do każdego z odcieni błękitu tego akwenu i wypatrujemy sekretnych kanałów, którymi z Morza Karaibskiego i rzeki Hondo (Río Hondo) dostawali się tu w XVII i XVIII stuleciu piraci napadający na miasto. Mieszkańców bronić przed nimi miał solidny Fort św. Filipa w Bacalar (Fuerte de San Felipe de Bacalar), ukończony w 1729 r. Dziś działa w nim ciekawe muzeum opowiadające m.in. historię XVII-wiecznego Kubańczyka Diega el Mulata i innych karaibskich awanturników.

 

Pustelnia JOHNA HUSTONA

 

Laguna de Bacalar niedaleko Chetumal to tzw. Jezioro Siedmiu Kolorów

LagunaBacalar

© BARTEK JANKOWSKI/TROPIKEY.COM

 

W odległości ponad 2,1 tys. km na zachód od Cancún leży Guadalajara, stolica stanu Jalisco. Dwoma najbardziej znanymi na świecie towarami eksportowymi tego regionu są tak bardzo popularna w Polsce tequila, której nazwa pochodzi od miejscowości położonej na północy, i urodzony w 1947 r. w Autlán de Navarro wirtuoz gitary Carlos Santana. Dzięki połączeniom oferowanym zarówno przez meksykańskiego przewoźnika narodowego (Aeroméxico), jak i kilka linii niskobudżetowych (Interjet, Magnicharters, Viva Aerobus, Volaris) dotarcie tutaj z Cancún zajmuje ok. 2,5 godz. Poza tym na jesieni 2016 r. uruchomiono bezpośrednie loty czarterowe między Warszawą i Puerto Vallarta. To nie przypadek, że wybrano właśnie ten ostatni kurort, a nie przereklamowane Acapulco, które dawno już (podobnie jak Cancún) przeobraziło się w skupisko betonowych molochów. Mimo iż złote wybrzeże Zatoki Flag (Bahía de Banderas) opanowały w wielu miejscach luksusowe hotele, w samym Puerto Vallarta w dużej mierze udało się zachować urok kąpieliska w dawnym stylu. Jego sercem jest Viejo Vallarta, romantyczna najstarsza część miasta z przyległą uroczą plażą o zdecydowanie mniej przyjemnej nazwie – Playa los Muertos (Plaża Zmarłych). Jej nowoczesnym symbolem stało się molo z instalacją do złudzenia przypominającą słynny dubajski wieżowiec Burdż Al Arab (Burj Al Arab). Niegdyś była tu osada rybaków i poławiaczy pereł, ale już od końca XIX w. do szmaragdowych wód Pacyfiku zaczęli przybywać pierwsi letnicy.

 

Prawdziwy rozgłos Puerto Vallarta zyskało jednak w 1964 r., po premierze Nocy iguany z Richardem Burtonem w roli duchownego kuszonego przez kobiety i alkohol. Znaczną część ujęć nakręcono właśnie w tym mieście i na położonej nieopodal malowniczej plaży Mismaloya. Widok ciemnego oceanu kontrastującego z nadbrzeżnymi złotymi skałami i szczytami Sierra Madre Zachodniej (Sierra Madre Occidental) urzekł amerykańskiego reżysera filmu Johna Hustona (1906–1987) tak bardzo, że kupił w tym rejonie willę. Później, kiedy szukał miejsca odizolowanego od świata, znalazł dostępną tylko łodzią plażę Las Caletas. Wydzierżawił ten teren od Indian Chacala i spędził tutaj swoje sędziwe lata, żyjąc w skromnych warunkach, blisko przyrody i z dala od zgiełku filmowego środowiska. Po śmierci Johna Hustona pieczę nad jego azylem objęła ponownie społeczność indiańska, u której dbałość o naturę w pewnym stopniu zastąpiło merkantylne spojrzenie na życie. Dziś działa w tym rejonie agencja turystyczna organizująca dzienne i wieczorne wycieczki łodzią na plażę Las Caletas połączone z relaksującymi zabiegami spa i widowiskowymi występami folklorystycznymi.

 

Wakacje w Meksyku wciąż jeszcze kojarzą nam się głównie z dwutygodniowym leżakowaniem przy basenie w którymś ze wspaniałych kurortów na karaibskiej Riwierze Majów (Riviera Maya). Taka forma wypoczynku ma swoje zalety, ale pobyt w tym kraju może być dużo bardziej urozmaicony i nie musi oznaczać przywiązania do jednego miejsca. Warto ruszyć na wyprawę po innych regionach i to niekoniecznie wypożyczonym samochodem. Dzięki gęstej sieci połączeń autobusowych różnej klasy dotrzemy do mniej zatłoczonych zakątków Meksyku bez ponoszenia znacznych kosztów i bez stresu związanego z prowadzeniem auta. Choć samodzielnego poruszania się po meksykańskich drogach nie trzeba się wcale obawiać, bo tutejsze warunki nie różnią się specjalnie od panujących w naszym kraju. Przy planowaniu w przyszłości wyjazdu do tej fascynującej części świata można zatem rozważyć i taką formę podróżowania.

 

W turystycznym Puerto Vallarta znajdziemy wiele historycznych budowli

Puerto-Vallarta-sunset

© MEDIAKIT.VISITPUERTOVALLARTA.COM