ROMAN WARSZEWSKI 

www.warszewski.info

 

« Czym lub kim jest yeti, raczej powszechnie wiadomo. To tajemniczy człowiek śniegu. Gdzie leżą Himalaje, też nie trzeba zazwyczaj wielu osobom tłumaczyć. Trudności mogą nastręczać zawarte w tytule czorteny. Śpieszę zatem z wyjaśnieniem. Są to przydrożne, a niekiedy śróddrożne, obiekty sakralne o prostopadłościennej podstawie, na której spoczywa półkula ze strzelistą iglicą. Jeśli miałbym je do czegoś porównać, powiedziałbym, że pełnią podobną funkcję jak stojące przy polskich drogach kapliczki lub krzyże. W Nepalu czortenów znajdziemy tysiące. »

 

 

Z pełnym przekonaniem mogę stwierdzić, że to jeden z najciekawszych krajów świata. Tutaj jak nigdzie indziej ziemia dotyka nieba. W Nepalu wznosi się najwyższy ziemski tron – Himalaje – i jego misternie wyrzeźbiony porywistymi wiatrami podnóżek – przedproże Tybetu. Z przepiękną i niepowtarzalną przyrodą sąsiadują w nim wytwory bogatej kultury o sięgającym setek lat wstecz rodowodzie. Tu filozofia i różne religie czerpały inspiracje ze środowiska, w którym kształtowały się i wzrastały. Tego kraju w czasie wędrówek po świecie nie wolno ominąć, a po pierwszej w nim wizycie, trzeba go odwiedzić ponownie.

Nepal składa się jakby z tarasów, które stopniowo wyłaniają się z niziny Teraju, a potem przez pogórze Śiwaliku i Małych Himalajów wspinają ku niebosiężnym himalajskim szczytom, aby następnie znów opaść ku Wyżynie Tybetańskiej. Zatem nawet ukształtowanie terenu przypomina w nim wielką świątynię. Nic więc dziwnego, że z sacrum można tutaj spotkać się na każdym kroku.

 Kolorowe flagi modlitewne rozwieszane przez wyznawców buddyzm u tybetańskiego w okolicy Annapurny

© ISTOCK.COM/DEVILKAE

 

 

WROTA KRÓLESTWA

Miejscem, z którego najlepiej wyruszyć na poznawanie kraju, jest niewątpliwie jego stolica – Katmandu.W niej znajduje się największe nepalskie lotnisko (Tribhuvan International Airport) stanowiące łącznik ze światem zewnętrznym. To nieprzypadkowe sformułowanie, bo jeszcze do połowy XX w. do Nepalu dostać się było co najmniej tak samo trudno jak obecnie do Bhutanu. Sytuacja zmieniła się dopiero w latach 50. XX stulecia, gdy zaczęto tu organizować coraz częstsze wyprawy wysokogórskie, a Tenzing Norgay (1914–1986) i Edmund Hillary (1919–2008) zdobyli Mount Everest (29 maja 1953 r.). 

Stosunkowo niewielkie Katmandu liczyło wówczas ok. 100 tys. mieszkańców, potem jego populacja wzrosła do 200 tys. Dopiero przełom XX i XXI w. przyniósł bardzo przyspieszony rozwój. Dzisiejsza stolica, zamieszkana przez mniej więcej 1,3 mln ludzi, w ogóle już nie przypomina miasta sprzed kilku czy kilkunastu lat. Początkowo było ono ledwie plamą na dnie śródgórskiej kotliny, która wzięła od niego nazwę (Kotlina Katmandu). Dziś wypełza daleko poza jej granice. Kompleks Swayambhunath – szacowne buddyjskie centrum pielgrzymkowe, jedno z najświętszych miejsc w okolicy, kiedyś znajdował się w znacznej odległości od Katmandu. Obecnie można odnieść wrażenie, że stolica leży od niego o rzut kamieniem. Podobnie jest z równie ważną i atrakcyjną świątynia Bodnath.


Swayambhunath na wzgórzu w Kotlinie Katmandu

© ISTOCK.COM/ADRIANCATALINLAZAR

 

 

PLAC PAŁACÓW I ŚWIĄTYŃ

W Katmandu trzeba przede wszystkim zobaczyć Durbar Square, czyli plac Królewskiego Pałacu, a na nim oczywiście pałace. Stanowią one najlepszy przykład nepalskiej (a właściwie newarskiej, bo kotlinę zamieszkują głównie Newarowie) architektury, w której w doskonały sposób łączy się drewno z cegłą i kamieniem. Uwagę przykuwają drzwi i okna będące niepowtarzalnymi dziełami sztuki. Przez misterne koronki w okiennych otworach do wnętrza budowli wpada rozproszone światło. Jednocześnie w jakimś stopniu chronią one przed chłodem wieczoru czy zimy.

Prócz pałaców na placu Durbar znajdują się świątynie – głównie hinduistyczne. Nie wolno ich ominąć. Na północy stoi ta poświęcona bogini Taledźu – największa i najwyższa w Kotlinie Katmandu, obecnie jeszcze nie do końca odbudowana po ostatnim, bardzo dotkliwym trzęsieniu ziemi z kwietnia 2015 r. Duże znaczenie ma także świątynia Degutale. Na południowo-zachodnim krańcu placu wznosi się Kumari Ghar, pałac, który zamieszkuje Kumari (Dziewica) – kilkuletnia dziewczynka uznawana za żyjącą hinduistyczną boginię (dewi). Swoje boskie przymioty traci ona w momencie, gdy wchodzi w okres dojrzewania. Wtedy wybiera się nową Kumari. Co ciekawe, dziewczynka, która ma stać się bóstwem, pochodzi zawsze z rodziny buddyjskiej. To najlepiej pokazuje naturalne przenikanie się tych dwóch porządków religijnych, tak typowe dla Nepalu. 

 

 

BUDDYJSKIE MIASTO

Patan (Lalitpur) był kiedyś odrębnym miastem, ale dziś stanowi przedmieścia Katmandu. Nadal jednak pozostaje całkiem czytelnym niezależnym założeniem urbanistycznym i ma zupełnie inny charakter niż hinduistyczno-buddyjska stolica. Patan jest zdecydowanie ośrodkiem buddyjskim. Według jednej z legend został założony przez Aśokę (panującego od ok. 268 do 232 r. p.n.e.), indyjskiego władcę, który jako pierwszy uznał buddyzm za religię państwową (na marginesie warto wspomnieć, że Lumbini, gdzie według tradycji urodził się Budda, też leży w Nepalu, w regionie Teraj).

W mieście znajduje się 5 stup (rytualnych, półkolistych wzniesień) wiązanych z tym władcą, ale należy wątpić, czy pochodzą z aż tak zamierzchłych czasów. Niemniej w Patanie do dziś działa 18 klasztorów buddyjskich pierwszej rangi (a więc takich, które wyposażone są w dawne archiwa). Niegdyś było ich w nim jednak ponoć aż 150…

Podobnie jak w Katmandu trzeba tu przede wszystkim udać się na miejscowy plac Durbar, a także na Mangal Bazaar. Ten pierwszy choć jest bardziej kameralny niż jego odpowiednik w stolicy, został w znacznie większym stopniu odbudowany po wspomnianym już trzęsieniu ziemi. Oprócz świątyni Mahabuddha wznoszą się na nim świątynie Taledźu i Degutale. Obie warte są poświęcenia im co najmniej kilku godzin uwagi. Inne bardzo charakterystyczne przybytki w okolicy stanowią świątynie ku czci Kriszny i Hariśankara (będącego połączeniem Wisznu z Śiwą). Nawet w Patanie, tym morzu buddyzmu, można więc odnaleźć wysepki hinduizmu. Taki właśnie jest Nepal!



Barwne łodzie w Pokharze na jeziorze Fewa

© ISTOCK.COM/CRYSTALFRAMEPHOTOGRAPHY

 

ZDJĘCIE Z KAMIENNĄ RZEŹBĄ

Za największą kulturową perłę w Kotlinie Katmandu należy jednak uznać Bhaktapur, zwany też Bhadgaonem – Miastem Ryżu. Ten ośrodek o bardzo wyrazistej urbanistycznej bryle otrzymał taką nazwę z racji faktu, że większość jego mieszkańców nadal pracuje na roli, właśnie przy uprawie ryżu. Również dlatego Bhaktapuru w ogóle nie ima się nowoczesność. Zachował on niepowtarzalny, średniowieczny charakter. Pod tym względem przypomina indyjski Jaisalmer z pustyni Thar w Radżastanie – miasto jakby wyjęte z Księgi tysiąca i jednej nocy. Atmosfera jest tu identyczna.

Uliczkami, a raczej zaułkami Bhaktapuru można wędrować bez końca i pod żadnym pozorem nie wolno się spieszyć. Takim spacerem należy się delektować. Każda uliczka kusi dziesiątkami (a może nawet setkami) malowideł na ścianach domów, rzeźb, detali wykutych w metalu, obok których nie da się przejść obojętnie. Koniecznie trzeba zrobić im zdjęcia. W okolicy znajduje się także zatrzęsienie czortenów. W przeciwieństwie do Patanu czy Katmandu w Bhaktapurze atrakcje są rozmieszczone w różnych punktach. Tu też natrafimy na plac Durbar, ale prawdę mówiąc rozciąga się on na całe miasto.

 

 

PRZYSTANEK POD ANNAPURNĄ

Jeśli wybierać się poza Kotlinę Katmandu, to oczywiście trzeba udać się do Pokhary – ponad 400-tysięcznego miasta nad przepięknym jeziorem Fewa (Phewa), leżącego u podnóża trzech ośmiotysięczników: Annapurny (8091 m n.p.m.), Dhaulagiri (8167 m n.p.m.) i Manaslu (8163 m n.p.m.). Można w tym miejscu odpocząć po wizycie w wielkomiejskiej stolicy. Przy dobrej widoczności dostrzeżemy stąd nepalski Matterhorn – szczyt Maćhapućhare (Rybi Ogon – 6993 m n.p.m.). Żeby jednak w pełni docenić jego urodę, należy opuścić miasto i ruszyć w kierunku majestatycznych Himalajów. Trasy trekkingowe prowadzące wokół Annapurny, na które miłośnicy gór wyprawiają się z Pokhary, uchodzą za najbardziej atrakcyjne pod względem widoków. Nie są zbyt wymagające, a podczas wędrówki można stanąć twarzą w twarz z niepowtarzalną nepalską przyrodą. 

 

 

W KRAINIE TYGRYSA

Nepalczycy stają się coraz bardziej świadomi wartości otoczenia, w którym przyszło im żyć. Starają się również dbać o środowisko naturalne. O ich nastawieniu do przyrody może świadczyć m.in. fakt, że w Nepalu zaczęto skutecznie walczyć z wszechobecnym plastikiem, zanim jeszcze zajęto się tym na Zachodzie. Zamiast plastikowych toreb i torebek powszechnie wprowadzono tu do obiegu darmowe wiskozowe woreczki wielokrotnego użytku.

W kraju znajduje się kilka rozległych parków narodowych, np. Ćitwan (ok. 953 km² powierzchni), Sagarmatha (1148 km²), Rara (106 km²) czy Langtang (1710 km²). Najczęściej odwiedzany jest ten pierwszy, istniejący od 1973 r. To właśnie w nim żyje jeszcze kilkaset nosorożców indyjskich oraz blisko setka tygrysów bengalskich. I jedne, i drugie zwierzęta można tutaj zobaczyć na własne oczy. Miejscowi przewodnicy znają ich siedliska, więc potrafią łatwo je wytropić. Przepływającą przez park rzekę Narayani zamieszkują gawiale – azjatyckie krokodyle. Dorosłe osobniki osiągają długość nawet 6 m. Gdy płynie się łodzią, nie sposób ich nie spotkać. Można się wręcz zdziwić, że gawiali jest tu aż tyle.

Najtrudniej wytropić tygrysy. Jeśli ktoś nie ma zamiaru ograniczyć się tylko do oglądania ich śladów pozostawionych w grząskim gruncie, powinien zanocować w jednej z porozstawianych w dżungli ambon, przystosowanych do tego, aby dało się w nich spędzić wiele godzin. Rozmieszczone są wzdłuż szlaków, którymi w nocy tygrysy wędrują do wodopoju lub na żerowiska. Szansa na wypatrzenie tych zwierząt lub przynajmniej ich żarzących się w mroku oczu jest więc dość spora, tym bardziej że na wyposażeniu większości ambon znajdują się noktowizory.

Nic zatem dziwnego, że ten dawny (do 2005 r.) królewski park, w Nepalu to określenie dodaje się zresztą do bardzo wielu nazw, cieszy się ogromną popularnością, i to nie tylko wśród zachodnich turystów. Chętnie odwiedzają go sami Nepalczycy (od Katmandu dzieli go zaledwie ok. 150 km) oraz Hindusi. W końcu Indie leżą tuż za miedzą. Teren parkowy przylega do terytorium tego kraju. Dlatego w jego południowo-zachodniej części natkniemy się na liczne posterunki wojskowe, mimo iż – przynajmniej oficjalnie – Nepal pozostaje w dobrym stosunkach z Indiami.

Park można zwiedzać otwartymi jeepami, pieszo lub na słoniach. Tych ostatnich, chętnie użyczanych turystom za opłatą, jest tu stosunkowo dużo. W miejscowościach Tandi Bazar czy Sauraha, stanowiących najbardziej popularne bazy do wycieczek po Ćitwan, spotyka się je także na ulicach, ponieważ zastępują… ciężarówki. Jednak ze względu na protesty organizacji prozwierzęcych również w Nepalu coraz nie chętniej patrzy się na wykorzystywanie słoni jako atrakcji dla turystów marzących o egzotycznym safari. 

 

 

CIEŃ CZŁOWIEKA ŚNIEGU 

Podczas gdy Ćitwan jest płaski, nizinny, w wielu miejscach podmokły, górski Park Narodowy Sagarmatha przyciąga urozmaiconym ukształtowaniem terenu i dla wielu główną atrakcją w kraju – wspaniałymi Himalajami. Na jego obszarze znajduje się kilka najwyższych gór świata, w tym Mount Everest, czyli Czomolungma (8848 m n.p.m.). Park nazwano od nepalskiej nazwy tego szczytu – Sagarmatha.

Właśnie tu mieszkają słynni Szerpowie – tybetański lud doskonale sobie radzący w trudnych wysokogórskich warunkach. Spośród nich rekrutowani są tragarze i przewodnicy wspierający wszystkie ważniejsze wyprawy w wysokie Himalaje. W tej okolicy też najbardziej żywa jest legenda yeti – tajemniczej dwunożnej, owłosionej istoty, pozostawiającej w śniegu duże ślady (gdyby nie ich rozmiar, można by je uznać za odcisk stopy człowieka). Według włoskiego himalaisty Reinholda Messnera pojawiające się w opowieściach stworzenie to po prostu niedźwiedź tybetański. Badacze uważają oczywiście yeti za postać mitologiczną. Być może stanowi on wspomnienie po mieszkających na tym obszarze przed kilkunastu tysiącami lat denisowianach – praludziach, żyjących na ziemi równocześnie z neandertalczykami. W Himalajach mieli oni przetrwać znacznie dłużej niż w innych częściach świata, a przodkowie współczesnych Nepalczyków widywali ich, a nawet – co wykazują badania genetyczne – od czasu do czasu krzyżowali się z nimi. Dziś można usłyszeć m.in. historie o tym, jak yeti porywa nepalskie kobiety. Skoro jednak denisowianie dawno wyginęli, dlaczego w Himalajach znajduje się tajemnicze ślady? Naukowcy wyjaśniają, że to tylko pozornie odciski stóp istot poruszających się na dwóch kończynach. W rzeczywistości pozostawiają je po sobie niedźwiedzie, które podczas przemieszczania się swoimi tylnymi łapami trafiają dokładnie w miejsce, gdzie postawiły wcześniej przednie łapy. Dlatego też rozmiar tych śladów staje się nieco większy niż być powinien.

Do Parku Narodowego Sagarmatha najlepiej wybrać się między październikiem i majem, oczywiście z wyjątkiem okresu od grudnia do lutego, kiedy temperatury spadają znacznie poniżej 0°C, a dodatkowe utrudnienie stanowią obfite opady śniegu. Najpopularniejsza jest wyprawa do bazy u podnóża Mount Everestu, podczas której można podziwiać najwspanialsze widoki na okolicę. Z roku na rok decyduje się na nią coraz więcej osób. Przyciąga ich możliwość znalezienia się wśród najwyższych gór świata, w sąsiedztwie najsłynniejszego ośmiotysięcznika.


Wioska jarkot położona wśród surowych górskich zboczy na obszarze dawnego Królestwa Lo

© ISTOCK.COM/ZZVET

 

MUSTANG, ALE NIE KOŃ

Osobom lubiącym duże wyzwania warto polecić Mustang, który aż do 1992 r. pozostawał niedostępny dla przybyszów z zewnątrz. Wbrew pozorom to nie żaden koń, lecz dawne Królestwo Lo (istniejące do października 2008 r.). Jest ono kawałkiem Tybetu przyklejonym do Nepalu. Z tego zresztą wynika jego wielka atrakcyjność. Jeśli ktoś nie był w indyjskim Ladakhu, a chciałby dowiedzieć się, jak wygląda Tybet, powinien udać się właśnie do tej części kraju.

Szlak do nieformalnej stolicy Mustangu – Lomanthangu (Lo Manthangu, Lo Mantangu) – prowadzi wśród fantazyjnych piaskowcowych skał. Smagane przez suche wiatry, przybrały niezmiernie wymyślne kształty. To także kraina niezwykłych jaskiń, od dawna stanowiących dla ludzi powód do osiedlania się w tym odległym zakątku, i łatwych do znalezienia licznych skamielin, wśród których prym wiodą amonity. Region ten, oprócz wyznawców buddyzmu tybetańskiego, bardzo chętnie odwiedzają więc paleontolodzy.

Mustang jest suchy i niegościnny. Jednak właśnie na tej surowości polega jego urok. Panuje tu klimat kontynentalny. Lata są krótkie, ale bardzo gorące. Mimo znaczącej wysokości nad poziomem morza temperatury dochodzą wówczas do 30°C. Z kolei surowe zimy trwają długo. Krajobraz urozmaica tylko rachityczna roślinność charakterystyczna dla Wyżyny Tybetańskiej.

Jak często się to zdarza, w tym nieprzyjaznym dla człowieka otoczeniu rozwinęła się bardzo bogata kultura. Niczym bezcenna szkatuła Mustang kryje w swoim wnętrzu niesamowite klasztory, czorteny i wielopiętrowe pałace. W nich znajdują się stare malowidła, rzeźby i przedziwne instrumenty muzyczne. Dźwięki wydobywające się z tych ostatnich są zaskakujące. To muzyka z całkiem innego czasu i innej przestrzeni, tak odmiennych jak sam Mustang.

 

 

WOJOWNICY Z INDII

Obok Szerpów jedną z wizytówek Nepalu są niewątpliwie Gurkhowie. Nieustraszeni wojownicy tworzący jedne z najbardziej bitnych oddziałów świata. Nie pochodzą stąd, przywędrowali z północnych Indii, z okolic Radżastanu. Ponieważ nie mogli poradzić sobie z naporem Mogołów w XV w., wyruszyli na wschód i trafili do dzisiejszego zachodniego Nepalu, gdzie założyli miasto Gorkha. W pamięci wciąż mieli swoją wojowniczą przeszłość, dlatego nadal szkolili się w walce. W ciągu 300 lat tak urośli w siłę, że... najechali Kotlinę Katmandu i przegonili stamtąd w 1769 r. dynastię Malla. Potem, do pojawienia się w tych stronach Brytyjczyków, rządzili Nepalem.

Przybysze z Wielkiej Brytanii bardzo szybko poznali się na niezwykłych umiejętnościach Gurkhów. Uczynili z nich nepalską legię cudzoziemską. Wielokrotnie wykorzystywali ich w boju, m.in. w czasie I wojny światowej, w krwawych walkach o Bosfor oraz w bitwie pod Monte Cassino. Do dziś cztery pułki Gurkhów służą w Wielkiej Brytanii w straży przybocznej królowej Elżbiety II, a siedem stacjonuje w Indiach. Przynoszą Nepalowi znaczne dochody. Państwo za ich zagraniczną służbę otrzymuje 30 mln dolarów. W tak niewielkim i niezbyt zamożnym kraju jak Nepal to kwota nie do pogardzenia. Sami żołnierze też odnoszą spore korzyści: po latach służby cieszą się szacunkiem w społeczeństwie i są lepiej sytuowani niż przeciętni Nepalczycy. Zwykle zakładają prywatne firmy, gdzie zatrudnienie znajdują ich krewni. Sami poświęcają czas na snucie opowieści o tym, co przeżyli za granicą. Historie te robią zazwyczaj na słuchaczach niemałe wrażenie, bo rzadko który Nepalczyk ma okazję wyjechać do innego kraju. 

 

 

NA STOLE U WEGETARIAN

Na razie pisałem o Nepalu w samych superlatywach. Jednak z europejskiego czy ogólnie zachodniego punktu widzenia trudno w podobny sposób opisać nepalską kuchnię. Dla przybysza z Zachodu jest ona po prostu bardzo specyficzna. Wielu osobom może nie przypaść do gustu.

Na początek ważna uwaga: jeśli trafimy do kogoś w Nepalu w gościnę, powinniśmy pamiętać, że główne danie serwuje się zwykle na końcu. Poprzedzają je liczne przekąski, np. prażony groch, smażona wątróbka (uchodząca tu za wielki przysmak), ryżowe ciasto nasączone słodkim alkoholem. Jeżeli więc ktoś nie zachowa ostrożności, może się okazać, że na zasadniczą część posiłku w żołądku nie będzie już miał po prostu miejsca.

W Nepalu najchętniej je się dhaal bhat (dal bhat) – gęstą zupę z soczewicy z gotowanym ryżem. To swojego rodzaju danie narodowe. Niektórzy spożywają je nawet dwa razy dziennie. Kolejną popularną potrawą są gotowane warzywa zwane tarkari. Niekiedy dodaje się do nich pieczone nieobrane ziemniaki.

Poza tym podobnie jak w Indiach często serwuje się tu placki ryżowe czy ćapati (czapati, chapati) lub puri, które wypieka się z różnych typów mąki pszennej. Smak nadaje im zwykle pikantny sos achar ze startej papryki z dodatkiem stopionego masła. Za przysmak uchodzi chana churia – gotowany groch w sosie curry. Danie to popija się herbatą z mlekiem, herbatą z kardamonem, goździkami i cynamonem lub jakimś niezbyt mocnym, słodkim alkoholem. Jeszcze inną często spożywaną potrawą jest halawa – słodka papka z mąki ryżowej, niekiedy z dodatkiem orzechów i stopionego masła. Chrupie się do niej pakorę, czyli kulki z sera i różnych warzyw.

Jak widać, w Nepalu dominuje więc dieta wegetariańska. Mięso jest wielkim rarytasem. Z jednej strony unika się go z uwagi na religię, a z drugiej nie każdy może sobie pozwolić na jego kupowanie ze względu na wysoką cenę.

 

Artykuły wybrane losowo

Do Panamy po panamę

SYLWIA JEDLAK 

 

<< Kanał Panamski i słynny biały kapelusz panama mogą śmiało uchodzić za najbardziej rozpoznawalne symbole tego małego kraju Ameryki Środkowej. Są też zapewne pierwszymi skojarzeniami, z którymi turyści z innych części świata przekraczają jego granice. Gdy jednak opuszczają gościnne progi Panamy, w ich głowach nie ma już śladu po tej prostej, stereotypowej symbolice. Od tego momentu we wspomnieniach podróżników zdecydowanie ważniejsze miejsce zajmują chociażby przepiękne, wielobarwne „molas” – tradycyjne, bogato zdobione ubrania Indian Kuna. >>

  FOT. VISITPANAMA

Na mapie terytorium Panamy wygląda jak mały haczyk łączący ze sobą Amerykę Północną z Południową. Na wschodnim i zachodnim krańcu państwa leżą dziewicze obszary chronionej przyrody: Park Narodowy Darién (Parque Nacional Darién) przy granicy z Kolumbią oraz Międzynarodowy Park La Amistad (Parque Internacional La Amistad) przy granicy z Kostaryką. Bogactwo flory i fauny jest zresztą jedną z panamskich atrakcji turystycznych, a możemy się nim zachwycać nie tylko na lądzie, lecz także pod wodą. Poza tym na powierzchni 78 200 km2, oprócz Metysów, Mulatów, ludności pochodzenia europejskiego i przedstawicieli rasy czarnej, żyją tutaj unikalne plemiona indiańskie, które przetrwały kolonizację hiszpańską, i do dziś zachowały swoją kulturę i obyczaje.

Chyba niewiele osób wie o tym, że popularne kapelusze typu panama, oryginalnie wyplatane z włókien łyczkowca palmiastego (Carludovica palmata), pochodzą tak naprawdę z Ekwadoru. Jednak pod koniec XIX w. to właśnie w Panamie ekwadorscy producenci tych nakryć głowy znaleźli dużo większy rynek zbytu na swoje towary niż we własnej ojczyźnie. Dziś wielu turystów chętnie zabiera ze sobą pamiątkowy egzemplarz kapelusza, aby przypominał im o panamskiej podróży w zaciszu domowym.

Więcej…

Brazylijska Ceará – radosna ziemia światła

MICHAŁ DOMAŃSKI

 

Ten północno-wschodni stan Brazylii zapewnia turystom całą paletę barw, malownicze, dziewicze krajobrazy i mnóstwo możliwości wypoczynku. Jego rajskie plaże oblewane spokojnymi i płytkimi wodami stanowią doskonałe miejsce do kąpieli, a tutejsze silne, stałe wiatry przyciągają miłośników wind- i kitesurfingu. Cumbuco, Taíba, Flecheiras, Baleia, Jericoacoara, Paracuru, Porto das Dunas, Morro Branco, Praia das Fontes, Canoa Quebrada, Ponta Grossa czy Redonda oferują różnego rodzaju atrakcje – od największego aquaparku w Ameryce Łacińskiej do cichych i uroczych wiosek rybackich. Znajdziemy tu szeroki wybór zakwaterowania, m.in. luksusowe ośrodki wypoczynkowe albo czarujące pensjonaty, czyli modne w Brazylii „pousadas”. Smakoszy zachwycą miejscowe świeże ryby i owoce morza. Ceará znana jest jako „Terra da Luz” – „Ziemia Światła”. Zawdzięcza to dużej liczbie słonecznych dni w roku, a także temu, że była pierwszym stanem w federacji brazylijskiej, który zniósł niewolnictwo, cztery lata przed słynną „Lei Áurea” –  „Złotą Ustawą” z 1888 r. Dzisiaj ta radosna ziemia pełna światła stanowi jeden z najpiękniejszych rejonów Brazylii, gdzie odkryjemy nietknięte ręką człowieka cuda natury, niepowtarzalne krajobrazy oraz poznamy niezmiernie sympatycznych, przyjaznych i gościnnych ludzi.

 FOT. DIVULGACAO/SECRETARIA DO TURISMO DO CEARA

Ceará ma powierzchnię niemal 150 tys. km², czyli ok. 60 proc. większą niż Portugalia! Na jej terytorium żyje obecnie 8,5 mln mieszkańców. Stolicą tego stanu i jednocześnie największym miastem jest Fortaleza. W tym rejonie Brazylii znajduje się największy park wodny w Ameryce Łacińskiej – Beach Park na plaży Porto das Dunas. Ten olbrzymi kompleks turystyczny zajmujący łącznie 30 km², z czego na aquapark przypada 13, odwiedza każdego roku ok. 1 mln osób. W Cearze wznosi się również czwarty pod względem wielkości stadion piłkarski w kraju – świeżo przebudowany Estádio Governador Plácido Castelo, bardziej znany pod nazwą Castelão, który może pomieścić 67 037 widzów. Ten brazylijski stan słynie jednak przede wszystkim ze swojego pięknego wybrzeża i dużej religijności miejscowej ludności. Jeden z jego głównych symboli stanowi jangada – tradycyjna jednomasztowa łódź żaglowa wykonana z drewna używana od wieków przez rybaków z północno-wschodniej Brazylii. Na terenie Ceary znajduje się pokaźna część brazylijskiej caatingi (katingi, sawanny kolczastej) – unikatowej w skali świata formacji roślinnej, która obejmuje w sumie aż 850 tys. km² obszaru kraju.

Więcej…

Kazachstan – kraina różnorodności

 

Agnieszka Szwed

www.szwedacz.com

 

Nowoczesna Astana – widok na miasto z wieżą Bäjterek w oddali

astana  10

© ARCHIWUM AMBASADY KAZACHSTANU W POLSCE

 

Tereny obecnego Kazachstanu zwane były niegdyś skrzyżowaniem Europy i Azji. To miejsce, w którym wpływy Zachodu od wieków ścierały się z kulturą orientalną i tak pozostało do dziś. Historia tego regionu to tysiąclecia migracji, a także najazdów ludów ze wszystkich stron świata. Obszar ten należał m.in. do kaganatu tureckiego, Złotej Ordy, Rosji czy ZSRR. Potężni władcy zabiegali, żeby kazachskie ziemie znalazły się w granicach ich imperiów. Działo się tak nie bez powodu.

 

Ze względu na swoją ogromną powierzchnię (ponad 2,7 mln km2)Kazachstan zalicza się do pierwszej dziesiątki największych państw świata. Mimo iż zdecydowana większość jego terytorium leży w Azji Środkowej, przez co uznawany jest za kraj azjatycki, ok. 13 proc. obszaru pozostaje w granicach Europy (tereny nad Morzem Kaspijskim, na zachód od rzeki Emba). To kraina równin i ciągnących się po horyzont stepów, piaszczystych pustyń i malowniczych pasm górskich. Nieograniczona przestrzeń od wieków przyciąga ludy pasterskie i koczownicze. Nazwa państwa pochodzi z języków starotureckiego i perskiego i odzwierciedla właśnie tę nomadyczną kulturę. „Kazachstan” oznacza „krainę wędrowców”. To terytorium niejednorodne pod względem etnicznym. Tu Wschód spotyka się z Zachodem, a wpływy głównej religii w kraju, islamu, mieszają się ze spuścizną komunistyczną z czasów Związku Radzieckiego (ZSRR), którego republiką było to państwo aż do uzyskania niepodległości 16 grudnia 1991 r.

 

Do Kazachstanu nie docierają masy morskiego powietrza, a jego wybitnie kontynentalny klimat cechują skrajności. Zimy są tutaj niezmiernie mroźne, natomiast lata – suche i upalne. Dość trudne warunki pogodowe i surowość krajobrazu mogą skłaniać do postrzegania tego kraju jako monotonnego i nieprzystępnego. I o ile podróżowanie po nim nie zawsze bywa łatwe, warto odkryć ukrytą w nim różnorodność.

 

Majestatyczny Kanion Szaryński w promieniach zachodzącego słońca

Kazachstan Szaryn1 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Kraj niesamowitych jezior

 

Kazachstan jest największym państwem na świecie pozbawionym dostępu do morza. Nie przeszkadza mu to jednak w posiadaniu własnej floty. Brak ten rekompensują inne akweny, odznaczające się niezwykłą urodą, a także wyjątkowością w skali świata.

 

Zachodnia granica kraju przebiega m.in. wzdłuż brzegów największego na świecie jeziora – Morza Kaspijskiego (371 tys. km² powierzchni). Długość wybrzeża wynosi niemal 1,9 tys. km. W drodze na wschód dotrzemy do leżącego na kazachsko-uzbeckim pograniczu Jeziora Aralskiego (nazywanego przez miejscowych Morzem Aralskim), a raczej tego, co z niego zostało. W wyniku radzieckiego programu wykorzystującego wody Syr-darii i Amu-darii do nawadniania olbrzymich plantacji bawełny, akwen zaczął wysychać i stracił ostatecznie aż ok. 90 proc. swojej pierwotnej powierzchni. Dziś znaczną część jego dawnego obszaru zajmują połacie piachu i uwięzione w nich wraki statków, przemierzających niegdyś wzdłuż i wszerz wielkie Morze Aralskie. Miejsce to znajduje się w niechlubnej czołówce ekologicznych katastrof świata i przykładów destrukcyjnego wpływu człowieka na środowisko. Obecnie organizacje i instytucje międzynarodowe (m.in. Bank Światowy) podejmują działania mające na celu uratowanie zbiornika i osiągają nawet niewielkie sukcesy. Odwrócenie tak ogromnych zniszczeń będzie jednak niezmiernie trudne, a przyszłość dawnej chluby regionu jest niepewna.

 

Wyjątkowy obszar wodny skrywa również rozległa Kotlina Bałchasko-Ałakolska. Mowa o bezodpływowym jeziorze Bałchasz (16,4 tys. km² powierzchni), które wymyka się standardowemu podziałowi zbiorników na słono- i słodkowodne. Wąski przesmyk dzielący akwen nie pozwala na całkowitą wymianę wód. Jedna z jego części pozostaje więc zasolona. Do drugiej natomiast wpływa rzeka Ili. Niesie ona ze sobą masy słodkiej wody pochodzącej z topniejących górskich śniegów.

 

Wśród miejsc, które odwiedziłam w trakcie podróży, niewątpliwie wyróżnia się Kaindy (Kajyngdy). To akwen położony w południowo-wschodniej części kraju, w jednym z pasm gór Tien-szan – Küngej Ałatau. Turkusowy odcień wody i sąsiedztwo zielonych szczytów upodabnia go do innych urokliwych jezior górskich. Jednak Kaindy jest niezmiernie osobliwe. Jego wody skrywają zatopiony las, a widok kikutów świerków wystających na powierzchnię zapada w pamięć na długo. W języku kazachskim „Kaindy” oznacza „brzozowy”, „pełen brzóz”. To niezwykłe jezioro powstało stosunkowo niedawno, w styczniu 1911 r., w wyniku trzęsienia ziemi w dolinie rzeki Czongkemin. Spadające wapienne skały stworzyły naturalną zaporę, a dno wąwozu i rosnący w nim las zostały zalane. Podziwianie zatopionych konarów utrudnia nieco temperatura wody, która nigdy nie wzrasta powyżej 6°C. Jednak widoczne z brzegu drzewa znaczące gładką taflę i tak prezentują się bardzo malowniczo. Mimo iż woda jest lodowata, ze względu na jej przejrzystość ściąga tu wielu nurków chcących podziwiać niesamowitą podwodną scenerię.

 

Podczas wyprawy nad jezioro towarzyszyły nam wspaniałe widoki, ale te w Kazachstanie mogliśmy oglądać niezmiernie często. Dość łatwo dojechaliśmy do wioski Saty, aby po kilku kilometrach minąć cmentarz, przy którym należy skręcić w drogę prowadzącą do zatopionego lasu. I tutaj zaczęły się problemy. Wypożyczony przez nas samochód nie był porządnym autem terenowym, więc wydawało nam się, że to jedna z najgorszych tras, jaką kiedykolwiek przyszło nam pokonać. Prędkość jazdy spadła do 10 km na godzinę, a każda dziura poważnie zagrażała i tak już nadwyrężonemu podwoziu. Niestety, większość wiejskich dróg w Kazachstanie wygląda w ten sposób, dlatego przy planowaniu podróży trzeba wziąć pod uwagę, że dojazd nawet do pozornie blisko położonych miejsc zajmie znacznie więcej czasu, niż można by się spodziewać. Gdy dotarliśmy do przecinającej naszą trasę płytkiej rzeki, wiedzieliśmy, że wyprawa samochodem dobiegła końca. Jakby tego było mało, widoczne na horyzoncie ciemne chmury nad wyraz szybko zaczęły nadciągać w kierunku auta. I choć uwielbiam taką pogodę, to niekoniecznie potrafię się nią cieszyć, kiedy akurat muszę rozkładać namiot. Obawialiśmy się też znacznego pogorszenia warunków na szlaku, który następnego dnia mieliśmy pokonać pieszo. Napływ zwrotnikowych mas powietrza i niewielka ilość chmur sprawiają, że powietrze jest tu latem gorące i bardzo suche. Góry rządzą się jednak własnymi prawami i jak wszędzie mogą zaskoczyć zmianami pogody.

 

Noc upłynęła nam w strugach deszczu, ale poranek zachęcał do ruszenia w drogę. Do celu zostało nam 7 km. Na tym odcinku przekonaliśmy się, że trekking nie należy najwyraźniej do ulubionych zajęć Kazachów. Nikt, dosłownie żaden z miejscowych, nie szedł pieszo, mimo iż okolica wydawała się do tego stworzona. Owszem, ostatni fragment trasy niektórzy przemierzali o własnych siłach, ponieważ nie dało się tu wjechać żadnym pojazdem. Jednak i w tym przypadku sporo osób wybierało przejażdżkę na grzbiecie konia. Piesza wycieczka wydawała się ostatecznością, choć nie wymagała zbytniego wysiłku. Na szlaku napotkaliśmy skupiska jurt i straganów, przy których można było posilić się czy napić herbaty, z czego chętnie skorzystaliśmy.

 

Kaindy nie da się okrążyć, wędrując przy linii wody. Do fragmentów brzegu prowadzą leśne ścieżki. Warto przejść kilkoma z nich, żeby zobaczyć jezioro z różnych stron, gdyż z każdej prezentuje się nieco inaczej. W drodze powrotnej część trasy pokonaliśmy autostopem, ponieważ niezbyt dobrze wyliczyliśmy zapas czasu. Z Kaindy po prostu niełatwo się rozstać.

 

Żyjąca pustynia

 

Wycieczka konna w okolicy Kaindy

Kazachstan Kaindy3 Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Ok. 150 km na północny wschód od miasta Ałmaty rozpoczyna się rozległa kraina pretendująca do znalezienia się na Liście Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To Park Narodowy „Ałtyn-Jemiel”, którego pustynno-stepowy obszar niemal z każdej strony otaczają góry. Latem temperatura bywa tutaj trudna do zniesienia nawet dla osób lubiących upały.

 

Nazwa parku związana jest z historią Mongolii. Użycie po raz pierwszy określenia, które stosuje się do dziś, przypisuje się słynnemu Czyngis-chanowi (urodzonemu między 1155 a 1162 r. i zmarłemu w 1227 r.). Według legendy, gdy w 1219 r. przemierzał te ziemie ze swoją armią i ujrzał na horyzoncie wzgórza skąpane w promieniach słońca, nazwał je „złotym siodłem”, co właśnie znaczy „Ałtyn-Jemiel”. Kiedy zatrzymał się przed wielką równiną, którą chciał wcielić do swojego imperium, użył tego wyrażenia ponownie.

 

Park zajmuje powierzchnię ponad 5,2 tys. km2, dlatego warto przeznaczyć na jego zwiedzanie więcej niż jeden dzień. Zwłaszcza że największe atrakcje, czyli tzw. Śpiewającą Wydmę, góry Aktau i Katutau dzielą od siebie znaczne odległości. Do spędzenia nocy na tym obszarze świetnie nadaje się baza strażników parkowych, będąca zieloną oazą pośrodku pustyni. Można rozstawić tutaj namiot, skorzystać z wody, a nawet z bani, sprawiającej jednak wrażenie używanej dawno temu.

 

Śpiewająca Wydma wznosi się nad płaskim, pustynnym terenem, co sprawia, że góruje nad okolicą. Przy odpowiednim wietrze rozbrzmiewa charakterystycznym dudniącym dźwiękiem. Legendy mówią, że to głosy dusz wojowników pochowanych niegdyś w tym miejscu. Latem „Ałtyn-Jemiel” staje się niemal patelnią. Temperatura sięga 40–50°C i próżno szukać tu przynoszącego ulgę cienia. Dlatego wspinaczka na wysoką na 150 m wydmę w godzinach popołudniowych okazała się zadaniem karkołomnym i zakończyła się dla nas szybciej, niż zakładały plany. Mogliśmy za to chodzić po niej w całkowitej samotności. Wszystkim wybierającym się do parku w okresie letnim polecam jednak przybycie wczesnym rankiem, gdy upał nie daje jeszcze mocno o sobie znać. W tym regionie znajduje się także pięć kamiennych kurhanów Besszatyr, będących cmentarzem i miejscem kultu starożytnych plemion zwanych Sakami (spokrewnionych ze Scytami i Sarmatami), zamieszkujących te ziemie w I tysiącleciu p.n.e. „Ałtyn-Jemiel” sprawia wrażenie rejonu nienadającego się do życia, ale to tylko pozory, gdyż zamieszkują go rozmaite stworzenia. Poza licznymi owadami występuje w tych stronach kilkaset gatunków zwierząt. Zależnie od pory roku można tu spotkać m.in. wilki szare, lisy rude, gazele czarnoogonowe, pieszczanki wielkie, koziorożce syberyjskie, osły azjatyckie (onagery), węże i jaszczurki, a nawet pantery śnieżne (irbisy śnieżne)!

 

Park wolno zwiedzać jedynie od kwietnia do października. Do wstępu na jego teren upoważniają bilety, które kupuje się w biurze w wiosce Basszi. Jeśli nie nabędziemy wejściówek, szlabany ustawione na drodze na granicy obszaru chronionego okażą się najprawdopodobniej przeszkodą nie do przebycia. Basszi to również ostatnie miejsce, w którym możemy zaopatrzyć się w zapasy wody i żywności, jeżeli nie zrobiliśmy tego wcześniej. Ich uzupełnienie w parku jest niemożliwe.

 

Kazachskie jurty charakteryzują się drzwiami zwróconymi na wschód

Kazachstan jurty Szwed

© AGNIESZKA SZWED/WWW.SZWEDACZ.COM

 

Na dnie kanionu

 

W południowo-wschodnim Kazachstanie, tuż przy granicy z Chinami, warto odwiedzić też region nietypowy dla azjatyckiego krajobrazu. W rejonie rzeki Szaryn wiatr owiewa wyłonione z morza skały już od 12 mln lat. Kanion Szaryński określany jest mianem młodszego brata słynnego Wielkiego Kanionu Kolorado w stanie Arizona w USA. Wspominając widoki na amerykański cud natury, zastanawiałam się, czy jego kazachski odpowiednik będzie mu w stanie dorównać. Nie zawiodłam się.

 

Czas naszej podróży okazał się nieco niefortunny, gdyż władze kraju wprowadziły akurat ograniczenia w poruszaniu się w strefie przygranicznej. Do odwiedzania miejsc takich jak Kanion Szaryński czy Wielkie Jezioro Ałmaty wymagane były dodatkowe pozwolenia, których wyrobienie trwałoby zbyt długo. Liczyliśmy się z tym, że możemy zostać zawróceni przed samym osiągnięciem celu. Tak się na szczęście nie stało i po wykupieniu biletów w budce strażniczej niezatrzymywani przez nikogo ruszyliśmy przed siebie. Nad krawędź kanionu przybyliśmy w idealnym momencie. Zachodzące słońce oświetlało skały w głębi, wydobywając ich barwę i fakturę. Patrzyliśmy na ten spektakl natury aż do chwili, gdy światło zgasło. Zostawiliśmy samochód na górze, a sami przypominającą serpentynę ścieżką podążyliśmy w dół wąwozu, żeby zanocować w jego wnętrzu. Do celu dotarliśmy po zmroku. Nie byliśmy w stanie ocenić miejsca, w którym rozbijaliśmy namiot. Słyszeliśmy szum przepływającej obok rzeki i wiedzieliśmy, że otaczają nas strome skalne ściany. Wygląd okolicy do rana pozostał tajemnicą.

 

Podczas schodzenia na dno kanionu spotkaliśmy strażnika, u którego wcześniej kupowaliśmy bilety. Pokazał nam, gdzie możemy się rozbić, i zaproponował, żebyśmy po rozstawieniu namiotów podeszli do pobliskiego baru. Nie spodziewałam się niczego więcej niż niewielkiej budki, w której sprzedaje się przekąski i napoje. Nie doceniłam jednak kazachskiej kreatywności. Wspomniany bar był większy, niż myślałam, a dobiegająca z niego muzyka grała znacznie głośniej, niż można by przypuszczać. Przy stołach siedziały grupki miejscowych raczących się piwem i sziszą. Również na niewielkim drewnianym parkiecie robiło się coraz gęściej. Impreza trwała w najlepsze. Okazało się, że bawią się tu głównie ludzie związani z kanionem, m.in. strażnicy czy pracownicy zaplecza turystycznego. Przyjezdnych było jak na lekarstwo. Gospodarze nie pozwolili, abyśmy siedzieli z boku. Po chwili szisza krążyła już wśród nas, zadbano także, żebyśmy zbyt często nie schodzili z parkietu. Wyobrażałam sobie, że noc upłynie nam na toczonych przed namiotem rozmowach i wsłuchiwaniu się w szum Szarynu. W ogóle nie przyszło mi do głowy, iż w takim miejscu będę uczestniczyć w dość hucznej imprezie. Prawdę mówiąc, chociaż świetnie się bawiłam, nie popieram tworzenia tego typu lokali rozrywkowych w regionach o znacznych walorach przyrodniczych. Zwłaszcza że w tej okolicy planuje się ponoć rozbudowanie infrastruktury turystycznej, a nawet postawienie centrum spa. Raczej nie kibicuję temu przedsięwzięciu, bo sam kanion jest naprawdę wystarczającą atrakcją, a im bardziej dziki i naturalny pozostaje, tym lepiej. To – oczywiście – moje zdanie i zdaję sobie sprawę, że niektórym takie udogodnienia mogą odpowiadać.

 

Kazachscy Ujgurzy

 

Wieczór upłynął nam nie tylko na zabawie, ale i na interesujących rozmowach z miejscowymi. Jak się okazało, byli wśród nich Ujgurzy. Są oni grupą etniczną pochodzenia tureckiego. Dawne ujgurskie imperium (kaganat ujgurski, chanat ujgurski), istniejące mniej więcej w latach 744–840, sięgało niemal od Morza Kaspijskiego po Mandżurię, zostało jednak podbite, a jego mieszkańcy w ciągu następnych wieków przenosili się m.in. na tereny podlegające Czyngis-chanowi i kolejnym mongolskim władcom. Ostatecznie Ujgurzy trafili pod panowanie Chińczyków. Obecnie zdecydowana większość ponad 15-milionowej populacji tej ludności zamieszkuje rozległy Region Autonomiczny Sinciang-Ujgur w północno-zachodnich Chinach. W Kazachstanie żyje ich powyżej 250 tys., osiedlili się głównie na południu, np. w okolicach miasta Ałmaty. Mimo burzliwej przeszłości i braku własnego państwa, Ujgurzy nigdy nie zatracili tożsamości i nie porzucili marzeń o własnym kraju. Świadczą o tym liczne zrywy wolnościowe i powstania, którymi naznaczona jest ich historia. Również i dziś, zmuszani do używania głównie języka mandaryńskiego (standardowego chińskiego, putonghua) i asymilowania chińskiej kultury, nadal walczą o niepodległość. Chociaż uciekają się niekiedy nawet do aktów terroryzmu, większość świata nie wie o ich istnieniu. Ujgurzy opowiadali nam m.in. o swoim pochodzeniu i o tym, czym różni się język ujgurski od kazachskiego. Podkreślanie tych różnic było dla nich bardzo ważne i wiązało się zapewne właśnie z potrzebą zachowania odrębności kulturowej.

 

Spać położyliśmy się dużo później, niż planowaliśmy. Po raz pierwszy przebudziliśmy się o wschodzie słońca. Choć widziany z dna kanionu nie wydawał się zbyt spektakularny, światło pięknie wyeksponowało rozżarzone szczyty otaczających nas skał. Wtedy też zobaczyliśmy, w jak urokliwym miejscu spędziliśmy noc. Na dobre obudziliśmy się kilka godzin później. Zebraliśmy obozowisko i ruszyliśmy na dalsze odkrywanie Kanionu Szaryńskiego. Wracaliśmy tą samą drogą, którą przyszliśmy. Za dnia mogliśmy podziwiać wspaniałe formacje skalne w pełnej okazałości.

 

Na koniec warto wspomnieć, że z mniejszością ujgurską związana jest jedna z bardziej oryginalnych budowli znajdujących się na terenie Kazachstanu. Otóż w mieście Żarkent, zaledwie 30 km od granicy z Chinami, wybudowano niezwykły meczet przypominający chińską pagodę. Co ciekawe, wzniesiono go z drewna, bez użycia ani jednego gwoździa. W czasach ZSRR obiekt wykorzystywany był jako wartownia dla pograniczników lub pijalnia herbaty. Od końca lat 60. XX w. uchodzi za zabytek, a władze państwowe przekształciły go w muzeum.

 

Nie tylko przyroda

 

Kazachstan jest nie tylko największym, ale i najbogatszym stabilnie rozwijającym się krajem Azji Środkowej. Widać to zwłaszcza w dużych miastach takich jak Astana czy Ałmaty. To nowoczesne ośrodki, które bez problemu mogą konkurować z zachodnimi metropoliami. Architekci i planiści pragną, żeby ten pierwszy, pełniący od grudnia 1997 r. funkcję stolicy, stał się Berlinem w euroazjatyckim stylu. Jego centrum zaprojektowano z wielkim rozmachem, a futurystyczne budowle i monumentalizm architektury wprawiają w osłupienie. Miasto stanowi zrealizowaną wizję prezydenta Nursułtana Nazarbajewa, sprawującego swój urząd od początku istnienia współczesnego niepodległego państwa. Zarówno Astana, jak i Ałmaty są ośrodkami przemysłowymi, kulturalno-naukowymi i handlowo-usługowymi. Znajdziemy w nich wiele udogodnień nie tylko dla mieszkańców, ale i turystów. Część miejskiej ludności szybko się bogaci, o czym świadczą liczne drogie samochody przemierzające tutejsze ulice.

 

Symbolem inwestycyjnego rozmachu, tym razem jednak jeszcze z czasów radzieckich, jest kosmodrom Bajkonur. Ten obiekt, wybudowany w 1955 r. ok. 200 km na wschód od Jeziora Aralskiego, to najstarszy i do tej pory nadal największy ośrodek wysyłający statki i promy kosmiczne poza orbitę Ziemi.

 

Mimo iż Kazachstan w porównaniu ze swoimi sąsiadami osiągnął względny sukces gospodarczy związany z wydobyciem surowców naturalnych, dostrzega się tu wyraźnie rozwarstwienie społeczne wynikające z różnic w dochodach, a duże obszary biedy poza wielkimi miastami stanowią wyzwanie dla władz stawiających na ciągły rozwój. Większość społeczeństwa wciąż żyje bardzo skromnie, a o problemach z dostępem do wody w mniejszych miejscowościach mieliśmy okazję przekonać się na własnej skórze.

 

Rządzący krajem marzą jednak o zwiększeniu znaczenia Kazachstanu w świecie. To właśnie Astana została gospodarzem Expo 2017, cyklicznej prestiżowej wystawy prezentującej kulturowy, naukowy i techniczny dorobek państw i narodów z całego globu. Impreza rozpocznie się 10 czerwca i potrwa 3 miesiące, a jej temat stanowi energia przyszłości. Jednym z głównych wyzwań będzie uzyskanie odpowiedzi na pytanie, w jaki sposób zapewnić bezpieczny i trwały dostęp do energii przy jednoczesnej redukcji emisji dwutlenku węgla.

 

Warto wspomnieć, że w sierpniu 2016 r. pierwszy raz po 14 latach odbyła się oficjalna wizyta prezydenta Kazachstanu Nursułtana Nazarbajewa w Polsce. To spotkanie ma być początkiem zacieśnienia stosunków między oboma państwami. Zapewne przełoży się więc na nasze częstsze kontakty z Kazachami tak w sferze gospodarki, jak i turystyki. Nie bez zasług w dziedzinie budowania wzajemnych relacji pozostaje również działalność kazachskiej ambasady i kierującego nią Ałtaja Abibułłajewa, który doskonale mówi po polsku, co pozwala mu wspaniale promować swoją ojczyznę w Polsce.

 

W 2017 r. Polacy dostaną się do Kazachstanu szybciej i łatwiej. Już od 8 maja Polskie Linie Lotnicze LOT wprowadzają do swojej oferty połączenia z Warszawy do Astany. Będą to pierwsze bezpośrednie loty naszego przewoźnika do Azji Środkowej. W jego rozkładzie znalazły się cztery rejsy w tygodniu (w poniedziałek, środę, czwartek i piątek) samolotami Boeing 737-800 Next Generation. Oprócz tego od 1 stycznia br. polscy obywatele mogą przekraczać kazachską granicę bez wizy, wystarczy jedynie okazanie ważnego paszportu (dotyczy to pobytu do 30 dni). Podróż z Polski do Kazachstanu nigdy jeszcze nie była tak prosta. Warto skorzystać z tej okazji i odkryć ten różnorodny i niezmiernie interesujący kraj.