JERZY PAWLETA

 

Choć nie należy do największych państw Afryki, pod względem powierzchni nie może się z nim równać żaden europejski kraj oprócz Rosji (ma aż ponad 800 tys. km²). Turystów przyciąga szczególnie jego stolica – Maputo, gdzie powstały budynki zaprojektowane przez francuskiego inżyniera Gustawa Eiffla – znanego na całym świecie twórcy obiektów z żelaza i stali. Popularnością cieszy się też nieduża wyspa Mozambik, położona na Oceanie Indyjskim, na której portugalski żeglarz Vasco da Gama zbudował fortecę. Jeśli będziemy jednak postrzegać ten kraj jedynie przez pryzmat związków z Europejczykami, popełnimy duży błąd. Jego prawdziwa dusza jest na wskroś afrykańska, a wyczuć ją możemy wśród drewnianych nadmorskich chat pokrytych słomianymi dachami i w twarzach uśmiechniętych mozambickich kobiet ubranych w niezmiernie kolorowe stroje. Warto więc zdobyć się na odrobinę odwagi, aby poznać prawdziwy Mozambik.

 FOT. BENGUERRA LODGE

Od kilkunastu lat kraj ten, przez długi okres targany konfliktami, zaczyna budować swoją nową przyszłość. Dlatego też ludzie, dla których pasją życia stała się Afryka, powinni koniecznie odwiedzić również ten jej region. Przemierzając go, odkryjemy nie tylko ślady jego bogatej historii nierozłącznie związanej z wyprawami portugalskich odkrywców. Na własne oczy zobaczymy także, jak odradza się pełen życia naród...   

Do rozciągniętego wzdłuż Oceanu Indyjskiego Mozambiku najprościej dotrzeć na dwa sposoby: od południa przez RPA oraz od północy przez Tanzanię. Do wyboru mamy jeszcze jedną możliwość – lot do Maputo, stolicy kraju, jednak ze względu na cenę biletu jest to zdecydowanie najdroższa wersja (ok. 4,5–5 tys. zł). Ciekawym rozwiązaniem może być natomiast dojazd z południowoafrykańskiego Johannesburga wynajętym samochodem z napędem na cztery koła.

 

Maputo – rewolucyjny postkolonializm

Ja dotarłem do stolicy Mozambiku z sąsiedniego Suazi typowym afrykańskim środkiem transportu, czyli dość starym minibusem zapakowanym do granic wytrzymałości. Zamieszkałem w klimatycznym Fatima’s Place przy Av. Mao Tse Tung (15 minut piechotą do nabrzeża i centrum miasta) – miejscu popularnym wśród backpackersów, czyli osób podróżujących indywidualnie z plecakiem. Noc w pokoju 1-osobowym z prywatną łazienką kosztuje tu 1250 MZN (ok. 150 zł; 1 metical to ok. 12 polskich groszy). Otrzymałem też mapkę z zaznaczonymi atrakcjami, barami z muzyką na żywo, bankomatami oraz rejonami, których zdecydowanie należy unikać. W toalecie powieszono kartkę z ostrzeżeniem: Nie zabieraj na miasto noża, policja na pewno ci go skonfiskuje!

Czas ruszyć na zwiedzanie, aby zobaczyć, co w rewolucyjnym Mozambiku pozostało z czasów kolonialnych. Udało mi się odnaleźć kilka perełek, a wśród nich białą, strzelistą, jakby kubistyczną Catedral Metropolitana de Nossa Senhora da Conceição (Katedrę Metropolitalną Matki Boskiej Niepokalanego Poczęcia) oraz budynki Ratusza (przy Praça da Independência) i Centro Cultural Franco-Moçambicano (Centrum Kultury Francusko-Mozambickiej). Ten ostatni charakteryzuje się finezyjnym połączeniem kolonializmu i współczesności ze znakomitym wykorzystaniem koloru w przestrzeni urbanistycznej. W niedalekim Museu Nacional de Arte (Narodowym Muzeum Sztuki) przy Av. Ho Chi Minh (wstęp za darmo, ale mile widziane datki na utrzymanie placówki) otrzymuję zaproszenie na wernisaż, który ma odbyć się następnego dnia. Samo muzeum zawiera wiele interesujących przykładów afrykańskiej sztuki współczesnej, od malarstwa po rzeźbę, w tym dzieła sławnego mozambickiego artysty – Malangatany Ngwenya (1936–2011).

Idąc dalej w dół w stronę nabrzeża, trafiam na otwartą mimo późnej pory Fortecę (Fortaleza de Maputo). Prezentuje się imponująco w czerwonym świetle zachodzącego słońca odbitego od ciemnych chmur zawieszonych tuż nad miastem. W jej wnętrzach można obejrzeć ciekawą wystawę lalek ozdobionych tradycyjnymi capulanas, czyli kolorowymi bawełnianymi materiałami, z których Mozambijki robią spódnice, bluzki, chusty czy też nakrycia głowy chroniące ją podczas przenoszenia na niej dużych ciężarów.

Nocny powrót przez miasto nie potwierdza ostrzeżeń, które docierały do mnie z różnych stron. Jeśli tylko unikamy miejsc uchodzących za niebezpieczne i robienia zdjęć nieodpowiednim ludziom, nic nam się nie stanie.

Obfite śniadanie w postkolonialnej Café Continental kosztowało mnie 300 MZN (ok. 35 zł). Ale już dla samej atmosfery miejsca i widoku na tętniące porannym życiem miasto, rozpościerającego się z usytuowanych na zewnątrz foteli, warto wydać tę sumę. Wcześniej odwiedziłem niezwykły kolonialny Iron House (Casa de Ferro) zaprojektowany przez sławnego Gustawa Eiffla. W tym piętrowym, wykonanym z nitowanych płyt szarej blachy budynku mieści się obecnie oddział Ministerstwa Edukacji i Kultury. Jednak nikt nie zwrócił mi uwagi podczas zwiedzania i fotografowania jego wnętrza.  

Maputo dzieli się na dystrykty administracyjne, które składają się z mniejszych dzielnic. Mnie najbardziej zaciekawiła Alto Maé, usytuowana pomiędzy starym dworcem kolejowym o pistacjowej barwie (zaprojektowanym również przez Eiffla) a futurystycznym centrum handlowym. Znajdziemy tu ogromny meczet wciśnięty w ciasną zabudowę wąskiej uliczki czy gwarną halę targową Mercado Municipal z imponującą bramą wejściową. Wybudowane opodal nowe centrum handlowe wygląda zupełnie inaczej niż otaczająca go architektura. Błyszczące i kolorowe, wypełnione jest stolikami knajpek wystawionymi w obszernym patio i butikami światowych firm. Zaglądają tutaj najbogatsi mieszkańcy miasta i okolicy. Życie dookoła toczy się jednak swoim zwyczajnym rytmem. Uliczni sprzedawcy oferują różnorodne towary, w długiej kolejce na prom czekają kobiety z pakunkami na głowach i hałaśliwe, głośno śmiejące się dzieci, a w każdym możliwym miejscu stoją rozklekotane samochody.

Nadbrzeżna promenada, ciągnąca się przez kilka kilometrów i obsadzona palmami, zachęca do długiego spaceru, mimo iż sąsiaduje z uważaną za niebezpieczną dzielnicą Central. Spotkamy na niej także nieco natrętnych sprzedawców francuskich perfum i podróbek roleksów. Na koniec wstępuję do przyjaznej restauracji i baru mariny Maputo Waterfront, gdzie zamawiam sałatkę grecką za 300 MZN (ok. 35 zł) i piwo z beczki za 65 MZN (ok. 8 zł). Obok znajduje się również basen, więc chętnie korzystam z możliwości zanurzenia się w orzeźwiającej wodzie, zadowolony, że wziąłem ze sobą kąpielówki.

Następnego dnia rano (o 5.00) czeka mnie ponad 7-godzinny przejazd busem na trasie Maputo–Tofo (ok. 500 km).

 

Praia do Tofo – Boże Narodzenie na plaży

Do Praia do Tofo koło Inhambane dotarłem nieco zaniepokojony informacjami o tłumach Południowoafrykańczyków przybywających tu w okresie świąt Bożego Narodzenia. Bus zatrzymał się niemal na piaszczystej plaży, od której dzielił mnie drewniano-słomiany budynek Fatima’s Nest – obiektu popularnego wśród backpackersów. Roztacza się stąd wspaniała panorama na Ocean Indyjski zamknięty z prawej strony niewielką zatoką z wioską rybacką. Moje obawy okazały się bezpodstawne, gdyż bez problemu dostałem miejsce (1250 MZN za noc – ok. 150 zł) w przytulnym pokoju 1-osobowym z prywatną łazienką.

Czas dzielący mnie od świąt spędziłem na leniuchowaniu na plaży, spacerach długim wybrzeżem i rozmowach ze sprzedawcami bransoletek, kokosów czy świeżych ryb. Odwiedziłem też miejscowy targ. Pełno na nim afrykańskich pamiątek, kolorowych capulanas, owoców, których cena rośnie wraz z liczbą przybywających turystów, czy pieczonych na prowizorycznym grillu ryb.

W wigilijny wieczór wylądowałem w przylegającej do targu małej restauracji. Jej personel ubrany był w mikołajowe czapki. Zamiast karpia dostałem całkiem smaczną barakudę, a kolędy zastąpiła przebojowa afroamerykańska muzyka wydobywająca się z  wiekowych kolumn. Kolację umilał widok na bajecznie kolorowe tkaniny, podświetlone zachodzącym słońcem i fruwające na wietrze nad głowami ich równie barwnie prezentujących się sprzedawczyń.

Moje śniadanie następnego dnia uświetnił występ filharmoników wiedeńskich ubranych w żółto-czerwono-zielone czapki lub rewolucyjne koszulki Mozambiku, grających gorące rytmy afrykańskie, słoneczną muzykę reggae lub sentymentalne pieśni portugalskie fado. Wyciągnąłem się na plaży, wsłuchując się w pomruk potężnych fal ciepłego oceanu, i życzyłem sobie: Wesołych Świąt!

 

Archipelag Bazaruto – przygoda na morzu

Wybrzeże Mozambiku ma ok. 2,5 tys. km. Aby przedostać się z południa na północ za pomocą transportu publicznego, trzeba sporo wyrozumiałości dla jakości dróg.  

Późnym popołudniem docieram do Vilanculos (Vilankulo) i udaję się na targowisko. Tutaj z jednego z telefonów, ustawionych na stoliku z parasolem, dzwonię do uprzedzonego o moim przyjeździe Juniora, organizującego wyprawy łodzią w stronę bajkowego archipelagu Bazaruto, objętego ochroną parku narodowego (Parque Nacional do Arquipélago do Bazaruto). Przyjeżdża po chwili i oferuje mi nocleg z widokiem na wyspy. Zwyczajowo zbijam cenę (z 700 na 500 MZN, czyli ok. 60 zł) i ląduję w krytym strzechą pokoju, którego balkonowe drzwi wychodzą wprost na plażę. Kolację (pyszną rybę w cenie 200 MZN – ok. 25 zł) jem w niedalekim Baobab Beach, wśród wiklinowych dachów i drewnianych pawiloników ustawionych wprost na piasku. Gdy podnoszę pojemnik z przyprawami, znajduję szarozieloną jaszczurkę, która natychmiast znika w jednej ze szpar stołu.

                                                                                             FOT. JERZY PAWLETA

Wyprawa motorowo-żaglową łodzią Juniora, obejmująca lunch, wędkowanie i nurkowanie ze sprzętem (maska z rurką, płetwy), to wydatek rzędu 1500 MZN (ok. 180 zł). Wyruszamy następnego dnia rano – mniej więcej o 9.00. Gdy cały ekwipunek, jedzenie i kilkunastoosobowa grupa turystów są już na pokładzie, odpalamy silnik i suniemy leniwie w stronę widocznej z brzegu wyspy. Kiedy docieramy na miejsce, zaczyna się odpływ. Kształt pięknego, piaszczysto-kamiennego brzegu zmienia się w oczach, jak i kolor otaczającej go wody, która przybiera barwy od błękitnoniebieskiej po turkusową. Z czasem na środku dużego akwenu pojawiają się wielkie piaszczyste łachy. Wędrujące po błękitnym niebie chmury z białych stają się szare.

Nadszedł czas na nurkowanie. Krystalicznie czyste wody kryją wielkie bogactwo krabów w podwodnych skalnych rozpadlinach i ławice bajecznie kolorowych ryb, które przepływają tuż koło mojego nosa. Daję się nieść niewidocznym prądom. Słońce przebijające przez powierzchnię oceanu maluje swoimi promieniami barwny podwodny świat. Mógłbym tak pływać bez końca, gdyby nie powstrzymał mnie wzmagający się głód. Lunch jemy na plaży przy zastawionym w cieniu palm stole. Przygotowane w wielkich misach na afrykańską modłę dania smakują wyśmienicie.

Po posiłku idziemy na spacer po plaży, potem znów zanurzamy się w słonej wodzie oceanu. W końcu zbliża się pora powrotu. Wiatr się wzmaga, stawiamy więc żagiel zawieszony na poprzecznej do masztu rei. Cieszę się z przyjemności żeglowania po afrykańskich wodach. Wieje coraz mocniej, ciemnych chmur szybko przybywa. Gdy nasz sternik, aby ułatwić sobie pracę, przybija do burty grubą linę utrzymującą rozpięty materiał, nieoczekiwany silny boczny podmuch przekręca łódź w poprzek. Następny porywa żagiel, napina go bez kontroli załogi i łamie reję. Dzięki temu jednak nie grozi już nam wywrotka. Na szczęście burza szybko ustaje. Następnego dnia Junior zdradza mi, że był to pierwszy rejs tej łodzi z większą liczbą turystów na pokładzie.

 

Ilha de Moçambique – brylant portugalskich kolonii

Po przebyciu setek kilometrów lokalnymi środkami lokomocji z radością witam 3,5-kilometrowy wąski most prowadzący na Ilha de Moçambique (wyspę Mozambik), ginącą w niebieskawych szarościach zmroku. Zarzucam swój bagaż na plecy i maszeruję nad płytkim tu oceanem. Jest ciepło i duszno, moja koszulka staje się całkiem mokra od potu, ale nie psuje mi to przyjemności marszu, bowiem przede mną znajduje się niezwykłe miejsce na mapie świata. Cieszy mnie wizja spędzenia najbliższych dni w dawnej stolicy Portugalskiej Afryki Wschodniej.

Przechodząc koło zielonego meczetu usytuowanego na granicy wioski rybackiej i zabytkowego Cidade de Pedra (Kamiennego Miasta”), naciskam dzwonek Patio Dos Quintalinhos (Casa do Gabriel Guest House). Czarnoskóry opiekun pensjonatu prowadzi mnie przez gustowne patio do jedynego wolnego pokoju. Płacę 700 MZN za dobę.

Po dobrze przespanej nocy i lekkim śniadaniu z chrupiącymi bułeczkami, wliczonym w cenę pokoju, wyruszam na fotograficzny wypad. Na plaży niedaleko zielonego meczetu, na który wychodzą drzwi Patio Dos Quintalinhos, rybacy czyszczą sieci. Obok znajduje się mały bazar i targ rybny przyklejony do odrapanych ścian okazałych budynków, pamiętających dawną świetność tego miejsca. Rozpadające się zabytkowe kamienne molo wychodzi z jednego z nich. Widok na nabrzeże od jego strony jest doprawdy niezwykły. Przypomina dzieła romantycznego malarstwa europejskiego, poświęconego podróżom do Afryki Wschodniej. Tło stanowi fantazyjna w formie kolonialna architektura. Na plaży i w wodzie stoją afrykańskie kolorowe łodzie. Między nimi krzątają się rybacy, baraszkują małe dzieci. Odziane w wielobarwne capulanas kobiety z pakunkami na głowach sprzedają świeże ryby. Na pierwszym planie niebieskoturkusowym kolorem mieni się powierzchnia oceanu. Artyści, nie tworzący w nurcie realizmu, niewątpliwie nie uwiecznili jednak na płótnie części po łodziach i śmieci…

Idę dalej, zaczepiany co rusz bądź to pozdrowieniami i pytaniami, skąd jestem, bądź to ofertą kupna dosłownie wszystkiego, od kart telefonicznych po szklane paciorki, bądź wprost prośbą o pieniądze. Dzieciaki pchają się przed obiektyw i rzucają jedyny angielski zwrot, który wszystkie znają, czyli give me money!  

Kolonialne miasto zachwyca swoim kolorytem i atmosferą. Niestety, poraża stanem, w jakim się znajduje. Trudno jest mi przejść obojętnie obok tych zaniedbanych pereł afrykańskiej i światowej architektury. Niektórzy moi czarnoskórzy rozmówcy twierdzą, że wyspę uratuje UNESCO. Organizacja ta może jednak ocalić jedynie wybrane obiekty. O resztę muszą zadbać lokalne władze i mieszkańcy Ilha de Moçambique.

Wędruję dalej, podziwiając okazały neoklasycystyczny szpital z potężnymi schodami wychodzącymi na plac ozdobiony wielkimi drzewami. Zarówno na nich, jak i na białych słupach bramy szpitalnej jaskrawą farbą namalowano czerwone wstążki – symbol walki z AIDS. Tuż obok stoi biały budynek wzorowany na portugalskich kościołach. Kilka okolicznych kamienic oparło się dziejowym zawieruchom. Jedną z nich przejął i odnowił bank. Obok znajduje się również bankomat, choć nie zawsze są w nim pieniądze, jak to często bywa w Afryce.

O wyznaczonej porze Samuel, mój muzułmański przewodnik, którego poznałem dzień wcześniej, czeka pod pensjonatem. Pokazuje mi kilka magicznych miejsc, w tym bramę do dawnego domu portugalskiego żeglarza Vasco da Gamy. Odkrywca przywiózł ją z Indii wraz z kamiennymi ozdobami upiększającymi portal. Dalej oglądamy bordowoczerwony Pałac i Kaplicę São Paulo, mieszczące obecnie muzeum z ciekawymi wnętrzami z epoki oraz informację turystyczną. Przed nimi wznosi się pokaźny pomnik Vasco da Gamy. Opodal znajduje się magiczna świątynia Igreja da Misericórdia (Kościół Miłosierdzia) z Museu de Arte Sacra (Muzeum Sztuki Sakralnej).

Chwilę odpoczywamy w cieniu arkad pobliskiego hoteliku z basenem, popijając zimne soki owocowe, i znów wyruszamy na zwiedzanie. Wędrujemy ciasnymi, krętymi uliczkami do pierwszego w całym Mozambiku meczetu, fantazyjnej bramy dawnego portu i potężnej portugalskiej twierdzy Fortaleza de São Sebastião, do której przylega szczególnie lubiana przez miejscową śmietankę towarzyską plaża z niewielką knajpką. Za 250 MZN wykupuję dla nas obu wstęp do fortecy i kaplicy. W ogromnym obiekcie, wyposażonym w żeliwne armaty, zbudowano basen, do którego spływa z dachów woda deszczowa służąca do gotowania, picia, prania czy mycia się. Historia fortu związana jest z przybyciem w te strony Portugalczyków. W 1498 r. monsunowe wiatry przywiały Vasco da Gamę, wytyczającego morski szlak z Europy do Indii, na wysepkę u wschodnich brzegów Afryki. Zaskoczony znalazł na niej arabską placówkę handlową. Od imienia kierującego nią Mussy Ben-Bique (Mussy Bin-Bique albo Mussy Al-Mbique), który jako pierwszy tu zawitał i później zamieszkał, nadał jej nazwę Ilha de Moçambique – wyspa Mozambik. Stąd właśnie pochodzi nazwa całego kraju.   

Portugalczycy budowę swojej bazy zaczęli od wzniesienia kaplicy przy artyleryjskim bastionie stworzonym jeszcze przez Vasco da Gamę. Z czasem stała się ona częścią Fortecy św. Sebastiana. Ukończona w 1522 r. Capela de Nossa Senhora do Baluarte – Kaplica Matki Boskiej Bastionowej, uważana jest dziś za jedną z najstarszych europejskich budowli na półkuli południowej. Podziw budzi jej niezmieniona od niemal pięciu wieków manuelińska forma. Wewnątrz Samuel pokazuje mi wkomponowane w kamienną posadzkę płyty nagrobne kolejnych biskupów wyspy Mozambik. Ilha de Moçambique na przestrzeni wieków stała się najważniejszą placówką w regionie, ale dopiero w 1752 r. została stolicą Portugalskiej Afryki Wschodniej. Podstawą bytu kolonii był handel kością słoniową, złotem oraz niewolnikami. Utrzymywano kontakty przede wszystkim z arabskimi kupcami. Fort oparł się wielu atakom wojsk, głównie holenderskich, pozostając najważniejszą portugalską bazą wypadową do Indii.

Kolejnym miejscem, które chce mi pokazać Samuel, jest Cidade de Macuti – wioska rybacka przylegająca do kolonialnego „Kamiennego Miasta” (Cidade de Pedra). W okolicy białego Igreja de Santo António (Kościoła św. Antoniego) gramy z tubylcami w bao, afrykańską grę podobną nieco do naszych szachów czy warcabów. Chwilę rozmawiamy z rybakami i puszczamy wraz z dziećmi żelazne obręcze po kamiennych uliczkach. W końcu zwabieni odgłosami muzyki uczestniczymy w dziecięcym festiwalu tańca.

Zachód słońca podziwiam już samotnie z tarasu usytuowanego na dachu mojego pensjonatu, z którego niemal można sięgnąć ręką do wieżyczek zielonego meczetu. Z drugiej strony ponad dachami wioski bielą się budynek szpitala i przyległej kamienicy. Lampka schłodzonego białego wina smakuje tutaj wyśmienicie.


 

Artykuły wybrane losowo

Japonia dla początkujących

 

SYLWIA JEDLAK-DUBIEL

 

U wschodnich wybrzeży Azji, na Wyspach Japońskich i kilku mniejszych archipelagach leży kraj dość osobliwy z punktu widzenia Europejczyków. Z jednej strony jest zupełnie wyjątkowy pod względem kultury, z drugiej chętnie czerpie ze zwyczajów popularnych w Stanach Zjednoczonych, położonych po drugiej stronie Oceanu Spokojnego. W Japonii niesamowicie wyraźnie daje się odczuć, że nasz świat to miejsce różnorodne, mozaika rozmaitych rzeczywistości współistniejących ze sobą i wchodzących w zaskakujące relacje.

 

Przed wyjazdem w te strony warto zdać sobie sprawę z kilku rzeczy. Taka wiedza z pewnością ułatwi pierwszy kontakt z tym krajem. Cztery główne wyspy archipelagu – Hokkaido, Honsiu, Kiusiu i Sikoku – układają się w kształt ćwierćokręgu rozciągniętego południkowo, co sprawia, że klimat jest tu zróżnicowany. Ze względu na położenie na styku płyt tektonicznych w Japonii występują częste trzęsienia ziemi, jednak na ogół nie są zbyt silne i bywają nawet nieodczuwalne. Oprócz tego obserwuje się też dużą aktywność wulkaniczną. To azjatyckie państwo ma prawie 378 tys. km2 powierzchni, czyli nieco więcej niż np. Niemcy, ale jego obszar zamieszkuje aż ponad 127 mln ludzi (dla porównania w Polsce żyje ich niemal 38,5 mln). Tę wyjątkową gęstość zaludnienia (ok. 336 osób/km²) najbardziej odczuwa się w większych miastach. Poza tym dobrze pamiętać, że obowiązuje tutaj ruch lewostronny.

 

Na podróż do Japonii zdecydowaliśmy się, ponieważ nigdy nie byliśmy jeszcze w tej części Azji i tak odległa wyprawa wydała nam się niezmiernie ekscytująca. Na wybór tego właśnie miejsca wpłynął również fakt, że nasz kolega właśnie kończył swój doktorat na tutejszej uczelni i jako osobom nieznającym japońskiego mógł służyć nam pomocą. Na dodatek od 2015 r. Polskie Linie Lotnicze LOT obsługują bezpośrednie połączenie między warszawskim Lotniskiem Chopina a Międzynarodowym Portem Lotniczym Narita koło Tokio. Za bilety trzeba co prawda zazwyczaj zapłacić więcej niż w przypadku lotu z przesiadką w Katarze (liniami Qatar Airways) lub Dubaju (Emirates), jednak ze względu na komfort podróży (nie musimy czekać na następny samolot ani martwić się, czy nasz bagaż dotrze do celu) i jej czas (ok. 11 godzin zamiast nawet ponad 20) warto ponieść ten koszt.

 

Plantacje herbaty położone w pobliżu nadal czynnego wulkanu Fudżi

Tea Plantation and Mt

© JNTO

 

SKOK NA GŁĘBOKĄ WODĘ

 

Na początek chciałabym wspomnieć, czego obawialiśmy się przed wyjazdem. Problemem dla nas była głównie bariera językowa. Jak się później okazało, martwiliśmy się niepotrzebnie. Na lotnisku i większych stacjach kolejowych z obsługą komunikowaliśmy się po angielsku. Zakup biletów nie stanowił więc wielkiego wyzwania. W Tokio korzystaliśmy za to z wszechobecnych automatów biletowych opatrzonych także napisami w języku angielskim. Trochę inaczej sytuacja wyglądała w sklepach. Ekspedienci w Japonii podczas odbierania towaru przy kasie, oprócz używania standardowych zwrotów grzecznościowych, informują klienta o wszystkich wykonywanych czynnościach: o sczytywaniu kolejnych produktów, wartości przyjętej gotówki, nominałach przy wydawanej reszcie. Oczywiście, wszystkie kwestie wypowiadają po japońsku. Tak naprawdę przez cały proces można przejść bezboleśnie bez użycia żadnego słowa, na koniec wystarczy się lekko pokłonić i uśmiechnąć. Czasem jednak dochodzi do interakcji. Przy kupowaniu alkoholu w samoobsługowym sklepie niekiedy trzeba potwierdzić, że ma się przynajmniej 20 lat, np. wciskając odpowiedni przycisk na ekranie. Do gotowych dań do odgrzania w domu pracownik przy kasie proponuje pałeczki. Z naszych doświadczeń wynika, że ostatecznie zawsze udaje się porozumieć. Japończycy wykazują po prostu dużą determinację, żeby sprawę zakończyć pomyślnie. W większych restauracjach i lokalach często goszczących turystów złożymy natomiast zamówienie po angielsku. W mniejszych barach z kolei zwykle przy wejściu umieszczone są automaty do zamawiania jedzenia i wystawy prezentujące przykładowe dania wykonane z… tworzywa sztucznego. Oczywiście, jeśli chcemy porozmawiać z Japończykami, musimy znaleźć wspólny język.

 

Pewnym kłopotem dla Europejczyków bywa orientowanie się w układzie urbanistycznym. Japoński system adresowy jest z naszego punktu widzenia dość trudny do opanowania. Wystarczy wspomnieć, że większość ulic w Japonii nie ma nazw. Tutaj największą pomocą była dla nas po prostu nawigacja w telefonie, która ustalała nasze położenie i pokazywała nam drogę do punktu docelowego. Dlatego polecamy na czas podróży zaopatrzyć się w pakiet internetowy. Odpowiadającą nam kartę do telefonu można kupić na miejscu. Ceny w ofertach roamingowych europejskich operatorów bywają zazwyczaj wysokie. Do atrakcji turystycznych prowadzą zwykle dość czytelne oznaczenia. Z pewną satysfakcją mogę też przyznać, że ani razu się nie zgubiliśmy i zawsze udawało nam się dotrzeć do celu, nawet mimo drobnych trudności.

 

METROPOLIA PO JAPOŃSKU

 

Lubię zwiedzać duże miasta. Jest w nich coś wyjątkowo przyciągającego, ponieważ swoim układem, architekturą, rodzajem sieci komunikacyjnej oddają charakter żyjącej w nich społeczności. Dlatego wielką przyjemność podczas pobytu w Japonii sprawiały mi spacery po Tokio, położonym na wyspie Honsiu, której powierzchnia wynosi niemal 228 tys. km². W stolicy kraju wraz z jej obszarem metropolitalnym mieszka ponad 13,6 mln ludzi (w uproszczeniu można powiedzieć, że na Tokio składają się 23 okręgi administracyjne tworzące Tōkyō-to oraz miasta i miejscowości na zachód od niego). To sprawia, że w jej krajobrazie dominuje głównie gęsta zabudowa poprzecinana ciągami komunikacyjnymi. Mamy tu osiedla z blokami, niskie domki ustawione jeden obok drugiego, wysokie błyszczące wieżowce z biurami i apartamentami, a obok nich małe i większe świątynie, sklepy spożywcze, domy towarowe i punkty czy wręcz całe kompleksy z automatami do gier.

 

Aby uświadomić sobie wielkość tego miasta (ok. 2190 km² powierzchni), należy wybrać się na jeden z punktów widokowych. Za najpopularniejsze uchodzą Tokyo Skytree (najwyższa wieża na świecie – 634 m) i Tokyo Tower (333 m). Wejście na nie jest płatne i w przypadku tego pierwszego obiektu dość kosztowne, bo zwykły bilet dla osoby dorosłej na niższą galerię (350 m) kosztuje 2060 jenów (za wjazd na wyższą galerię na 450 m trzeba zapłacić dodatkowo 1030 jenów). Jeśli ktoś nie uważa się za amatora takich atrakcji i postanowił przeznaczyć swój budżet wyjazdowy na inne cele, może wybrać się na darmowy taras widokowy np. w budynku tokijskich władz w dzielnicy Shinjuku (Tokyo Metropolitan Government Building) lub gmachu Bunkyo Civic Center w Bunkyō. Polecam szczególnie podziwianie panoramy Tokio po zmroku – robi niesamowite wrażenie.

 

Zwiedzanie stolicy Japonii zdecydowanie trzeba sobie zaplanować tak w dzień, jak i w nocy. Po zapadnięciu zmierzchu polecam udać się w okolice sztucznej wyspy Odaiba, aby zobaczyć podświetlony Tęczowy Most (Rainbow Bridge). W pobliżu Parku Shiokaze stoi nawet mała amerykańska Statua Wolności. W tej okolicy warto wsiąść do jednego z pociągów kursujących na trasie Tokyo Monorail, kolei jednoszynowej, której pojazdy poruszają się na pewnej wysokości nad ziemią. Po drodze mija się m.in. szklane ściany wieżowców, a między nimi da się nawet dostrzec oświetloną sylwetkę Tokyo Tower. Gdy patrzy się na rozpościerające się z okna wagonu widoki, trudno nie odnieść wrażenia, że trafiło się do miasta przyszłości.

 

Do największych turystycznych atrakcji Tokio należą niewątpliwie Pałac Cesarski, szintoistyczna świątynia Meiji, buddyjski kompleks Sensō-ji czy rozległy park Shinjuku Gyoen. Obcokrajowcy chętnie wybierają się także na niemal zawsze zatłoczone skrzyżowanie koło stacji Shibuya, aby obserwować tłum pieszych wkraczających na nie jednocześnie ze wszystkich stron, gdy zapala się zielone światło. Na skwerze przy jednym z wejść na wspomnianą wyjątkowo ruchliwą stację postawiono pomnik psa Hachikō (popularnej w Japonii rasy akita), który czekał tu codziennie na swojego właściciela, profesora uniwersyteckiego, wracającego do domu. Pewnego dnia jego pan dostał w pracy udaru mózgu i zmarł. Nie pojawił się jak zwykle na stacji, ale Hachikō przez kolejnych ponad 9 lat wciąż przychodził o tej samej porze i go wypatrywał. Wykonany z brązu pomnik jest dziś popularnym miejscem spotkań Japończyków.

 

Na zainteresowanie zasługują też z pewnością dzielnica Akihabara i luksusowy region Ginza w dzielnicy Chūō. W niedzielę ich główne arterie zostają zamknięte dla ruchu samochodowego i udostępnione pieszym (w Ginzie również w sobotę). Akihabara, obecnie w znacznym stopniu nastawiona na turystów, przyciąga głównie amatorów anime (japońskich filmów animowanych), sprzętu elektronicznego i gier komputerowych. Spotkać w niej można dziewczyny poprzebierane za bohaterki animowanych seriali. Funkcjonują tu także maid cafés, czyli kawiarnie, w których gości obsługują kelnerki w strojach pokojówek. W Ginzie dla odmiany działa wiele butików znanych światowych marek modowych takich jak Chanel, Dior, Carolina Herrera, Gucci, Louis Vuitton czy Furla. W tej okolicy znajdują się też luksusowe domy towarowe Wako i Mitsukoshi. Na zakupy przychodzą tutaj eleganckie Japonki.

 

Swoistą atrakcję turystyczną Tokio stanowi metro. Na peronach oznaczone są punkty, w których otwierają się drzwi do wagonu (pociąg zawsze ustawia się zgodnie z tym układem), a przed nimi często znajdziemy wytyczone linie dla oczekujących osób formujących kolejkę do wejścia. Podczas jazdy Japończycy zwykle drzemią lub wpatrują się w ekran swojego smartfona. Bardzo nietaktownym zachowaniem jest rozmawianie przez telefon w pociągu czy prowadzenie głośnej dyskusji ze znajomymi. Należy jednak pamiętać, że w godzinach porannego i popołudniowego szczytu wagony i stacje bywają wypełnione po brzegi.

 

Wiszący Tęczowy Most nad północną częścią Zatoki Tokijskiej

Rainbow bridge

© YASUFUMI NISHI/JNTO

 

WIDOK NA SZCZYT

 

Za jeden z najważniejszych symboli Japonii za granicą uchodzi góra Fudżi (3776 m n.p.m.). Niestety, jej szczyt często kryje się za chmurami. Najlepszym okresem do podziwiania tego czynnego stratowulkanu np. z Tokio są miesiące zimowe, kiedy powietrze bywa zwykle najbardziej przejrzyste. Zazwyczaj góra Fudżi jest najwyraźniej widoczna w godzinach porannych. Zobaczymy ją m.in. z tarasów widokowych Tokyo Skytree i Bunkyo Civic Center.

 

Słynny japoński szczyt górski udaje się dostrzec również z wypoczynkowej miejscowości Hakone, położonej na południowy zachód od stolicy (ponad 80 km). W tym rejonie specjalnie z myślą o turystach przygotowano Hakone Freepass – karnet uprawniający do przejazdu kolejką górską, kolejką linowo-terenową i gondolową, rejsu statkiem po malowniczym jeziorze Ashi oraz poruszania się niektórymi autobusami kursującymi do stacji kolejowej. Z przystani w Hakone-machi przez zrekonstruowany punkt kontrolny z okresu Edo (1603–1868) można przejść na półwysep z punktem widokowym, a potem dotrzeć do Alei Cedrowej. Stąd najlepiej udać się jeszcze do chramu Hakone (Hakone Jinja), którego jedna z bram (torii) wznosi się w wodach jeziora. W niedalekim 200-tysięcznym mieście Odawara na uwagę zasługuje otoczony parkiem zamek obronny.

 

Z Hakone nie zawsze udaje się jednak dostrzec Fudżi. Jeśli ktoś postawił sobie właśnie taki cel podróży po Japonii, polecam wybrać się nad jedno z pięciu jezior znajdujących się w pobliżu wulkanu, np. Yamanaka, Kawaguchi lub Motosu. Na sam szczyt można wejść kilkoma szlakami, a sezon wspinaczkowy wypada w lipcu i sierpniu. Zarówno Japończycy, jak i obcokrajowcy decydują się często na wędrówkę popołudniową i wieczorną, aby wyprawę zakończyć oglądaniem wschodu słońca. Osoby, które źle znoszą szybkie zmiany wysokości, powinny najpierw zaaklimatyzować się do takich warunków.

 

WYPRAWY PO HONSIU

 

Naszą bazą wypadową podczas pobytu w Japonii było Tokio. Odwiedziliśmy więc nowoczesną Jokohamę, gdzie wybraliśmy się na spacer po porcie i zajrzeliśmy do kolorowej chińskiej dzielnicy (Chinatown). Poza tym pojechaliśmy na niewielką wyspę Enoshima, na której czci się występującą w mitologii japońskiej buddyjską boginię urody, bogactwa i muzyki Benzaiten. W okolicy nad głowami przechodniów latają liczne kanie czarne. W tym rejonie warto zwiedzić także Kamakurę, miasto znane ze swoich świątyń (w tym Kōtoku-in z wielkim brązowym posągiem Buddy Nieograniczonego Światła – Daibutsu), które pełniło funkcję stolicy w okresie Kamakura (szogunatu Kamakura, przypadającego od 1185 do 1333 r.).

 

Nie mogliśmy też odmówić sobie podróży shinkansenem, japońskim superszybkim pociągiem. Jednym z nich pokonaliśmy część drogi do Nikkō, położonego ok. 140 km na północ od Tokio. Ludzie odwiedzają je najczęściej ze względu na trzy cenne kompleksy świątynne, z których najsłynniejszy jest zespół chramów szintoistycznych Tōshō-gū poświęcony Ieyasu Tokugawie (założycielowi dynastii szogunów Tokugawa, żyjącemu w latach 1543–1616). Aż 103 tutejsze obiekty sakralne i ich naturalne otoczenie wpisano w 1999 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Od stuleci stanowiły dla Japończyków święte miejsce, znane z prawdziwych arcydzieł architektury i sztuki zdobniczej. Na zwiedzanie zabytkowego sanktuarium Tōshō-gū trzeba przeznaczyć kilka godzin. Budowle robią bardzo duże wrażenie na oglądających ze względu na bogate zdobienia. Cały czas można odkrywać tu nowe płaskorzeźby. Przewodniki zwykle wspominają o trzech mądrych małpach umieszczonych nad drzwiami stajni, ale warto z uwagą przyglądać się każdej bramie i ścianie. W najwyższym punkcie Tōshō-gū znajduje się grobowiec Ieyasu Tokugawy. Wspina się do niego po schodach wśród olbrzymich drzew. Ciekawą atrakcję dla turystów stanowi wizyta w Yakushi-dō. Gdy opowiadający o świątyni mnich klaszcze w dłonie, dźwięk rezonuje i zgromadzonym wydaje się, że namalowany na suficie smok ryczy. Od 2007 r. w całym kompleksie prowadzone są prace renowacyjne, które potrwają do 2024 r. Musimy się więc liczyć z tym, że nie wszystkie obiekty bywają udostępnione do zwiedzania, a pewne z nich zasłaniają rusztowania. Niedaleko Nikkō leży poza tym urokliwe jezioro Chūzenji (11,62 km² powierzchni). Wypływająca z niego rzeka Daiya tworzy liczne wodospady, w tym malowniczy 97-metrowy Kegon. W okolicy znajdują się również źródła termalne, dlatego powstały tu onseny – japońskie publiczne kąpieliska z łaźniami i basenami. Cały region słynie z wyjątkowo pięknych krajobrazów. Jesienią Japończycy podziwiają w nim zabarwione na głęboką czerwień liście klonów. To zjawisko cieszy się podobnym zainteresowaniem co wiosenne kwitnienie drzew wiśniowych. W samym Nikkō przez rzekę Daiya przerzucono uroczy czerwony Święty Most (Shinkyō), należący do założonego w 767 r. chramu Futarasan (Futarasan jinja).

 

Także shinkansenem wyruszyliśmy z Tokio do Sendai, a stąd lokalnym pociągiem do miejscowości Matsushima sąsiadującej z archipelagiem o tej samej nazwie. Wznoszą się tutaj zabudowania Zuigan-ji – ważnej japońskiej świątyni zen (nurtu buddyzmu). Należą do niej też liczne jaskinie, w których składano prochy zmarłych. Archipelag Matsushima składa się z ok. 260 małych wysepek porośniętych sosnami. Z pobliskiej przystani odbijają statki zabierające turystów w rejs wokół nich. Na Fukuurę, gdzie znajduje się m.in. mały ogród botaniczny, prowadzi długi czerwony most. Z wybrzeża pieszo dostaniemy się również na niewielką Oshimę. Jeszcze niedawno takich drewnianych mostków było więcej, ale region ten bardzo ucierpiał w wyniku trzęsienia ziemi i tsunami w marcu 2011 r. Archipelag wygląda niezmiernie malowniczo zwłaszcza o zachodzie słońca.

 

Zabytkowe świątynie i sanktuaria w Nikkō

Nikko Toshogu Shrine1 2

© JNTO

 

HISTORIA DAWNIEJSZA I NOWSZA

 

Na Honsiu warto zatrzymać się także w położonej nad zatoką Osace. Stąd można zaplanować np. wycieczki do Kioto, nad Morze Wewnętrzne czy na wyspę Sikoku, a nawet Kiusiu. Tokio zostało niemal całkowicie zniszczone pod koniec II wojny światowej. Nocny nalot dywanowy z 9 na 10 marca 1945 r. wywołał wielki pożar. Dlatego zabudowa japońskiej metropolii jest dosyć nowa. Tego losu uniknęło Kioto. W tej dawnej stolicy Japonii i siedzibie cesarzy (od 794 do 1868 r.) spotkamy się z ogromnym zagęszczeniem zabytków. Jej zabytkowy zespół urbanistyczno-architektoniczny z wieloma pięknymi świątyniami, z Kinkaku-ji i Ryōan-ji na czele, wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Zarówno pierwsza, czyli Świątynia Złotego Pawilonu stojąca nad stawem w parku, jak i druga, z charakterystycznym kamiennym ogrodem do medytacji, przynależą do nurtu buddyzmu zen. Do najbardziej znanych miejsc w Kioto zaliczyć wypada na pewno sanktuarium zwane Fushimi Inari Taisha, do którego prowadzi 4-kilometrowa droga wyznaczona przez tysiące torii. Ponieważ trasa wiedzie w większości pod górę, trzeba założyć wygodne buty i wziąć ze sobą butelkę wody. Kompleks poświęcono japońskiemu bóstwu płodności, ryżu, herbaty, sake, rolnictwa, przemysłu, powodzenia i sukcesu Inari, przedstawianemu w różnych postaciach. Jego posłańcami są dobre białe lisy.

 

W mieście Himeji, leżącym ok. 120 km na południowy zachód od Kioto, warto natomiast zobaczyć piękną budowlę nazywaną Zamkiem Białej Czapli (Shirasagi-jō). To przykład japońskiej architektury obronnej. Jednak zabudowania zamkowe na Europejczykach robią wrażenie finezyjnych i delikatnych. Na zachodnim krańcu Honsiu, na wyspie Itsukushima (Miyajima) znajduje się z kolei Itsukushima Jinja. Imponująca brama tego szintoistycznego chramu stoi w wodach Morza Wewnętrznego. W czasie odpływu można podejść do niej po odkrytym piaszczystym dnie.

 

Osoby, które lubią zwiedzać mniej typowe miejsca, powinny wybrać się do Hiroszimy. To na to miasto 6 sierpnia 1945 r. Stany Zjednoczone zrzuciły bombę atomową. Hiroszimę odbudowano, a o samym wydarzeniu i ofiarach ataku przypomina kompleks parkowy z zachowanymi ruinami dawnego centrum wystawowego, obecnie zwanego Kopułą Bomby Atomowej. W pobliżu działa również Muzeum Pokoju, które utworzono w sierpniu 1955 r. Oprócz tego w mieście funkcjonuje warta uwagi sieć tramwajowa. Po szynach jeżdżą tu m.in. pojazdy produkowane w poprzednim stuleciu w Japonii, a nawet Europie. Tramwaje o numerach 651 i 652 jako jedyne przetrwały wybuch bomby atomowej i wciąż pozostają w użyciu.

 

Tak naprawdę nie ma idealnej instrukcji podróżowania. Każdy musi znaleźć swój sposób na zwiedzanie. Podczas wizyty w tak odmiennym od naszego kraju jak Japonia warto jednak paradoksalnie odstawić na bok wszystkie rzeczy, które o nim przeczytaliśmy bądź usłyszeliśmy. Choć nie da się z pewnością zapomnieć opinii i wrażeń innych ludzi, spróbujmy nie odtwarzać ich doświadczeń, a przeżyć własne. Na każde miejsce spójrzmy ze swojej perspektywy. Prawdopodobnie wtedy dużo łatwiej przyjdzie nam zrozumieć, że Japonia może być tym wszystkim, czym jest w oczach innych, a nawet czymś jeszcze odmiennym. Każdy punkt widzenia tworzy kolejny jej obraz. Ja tak właśnie zapamiętałam ten kraj i w taki sam sposób chcę go poznawać znowu, gdy zawitam do niego po raz kolejny.

 

Ponad 16-metrowa brama Itsukushima Jinja w portowym mieście Hatsukaichi

l 180895

© HIROSHIMA PREFECTURE/JNTO

 

 

Z wizytą na rajskim Zanzibarze

EWA WORSOWICZ

                                                                                    

Afryka od lat fascynuje podróżników z całego świata. To kontynent pełen kontrastów – jego wybrzeże oblewają szmaragdowy Ocean Indyjski i błękitny Atlantyk, rajskie plaże pokrywa biały jak mąka piasek, wśród krytych strzechą z palmowych liści domków dla gości unosi się atmosfera błogiego relaksu, a jednocześnie wielu Afrykańczyków żyje w biedzie i nie ma szans na polepszenie swojej sytuacji. Właśnie za te skrajności Czarny Ląd można kochać lub go nienawidzić.

Więcej…

„Sisi tuna enda Uganda”, czyli jedziemy do Ugandy!

ROBERT GONDEK „GERBER“

www.stronagerbera.pl

<< Tajemnicza i dla wielu egzotyczna Uganda nie należy jak na razie do najpopularniejszych kierunków turystycznych na Czarnym Lądzie. Swoim gościom ma jednak niezmiernie wiele do zaoferowania i pod względem atrakcji nie ustępuje słynniejszym sąsiadom – Kenii czy Tanzanii. Niestabilna sytuacja w tym wschodnioafrykańskim kraju przez wiele lat skutecznie odstraszała turystów. Dziś prowadzone przez ugandyjskie władze statystyki pokazują, że od 2006 do 2010 r. liczba odwiedzających 10 tutejszych parków narodowych (m.in. Park Narodowy Królowej Elżbiety – Queen Elizabeth National Park, Nieprzenikniony Park Narodowy Bwindi – Bwindi Impenetrable National Park, Park Narodowy Doliny Kidepo – Kidepo Valley National Park, czy Park Narodowy Kibale – Kibale National Park) zwiększyła się wyraźnie – ze 109 tys. do 190 tys. osób. Miejscowa przyroda przyciąga przede wszystkim bogactwem dzikiej fauny – zobaczymy tu np. szympansy i bardzo rzadkie goryle górskie. Oprócz tego warto polecić także wędrówkę po masywie Rwenzori (Rwenzori Mountains), rafting po burzliwych wodach Nilu Wiktorii w Parku Narodowym Wodospadów Murchisona (Murchison Falls National Park) oraz wyprawę nad największe w Afryce Jezioro Wiktorii. >>

Więcej…