ALEKSANDRA ANDRZEJEWSKA 

www.polkawkolumbii.com 

 

« Kiedy wspominam, że mieszkam w Kolumbii, większość osób łapie się za głowę i mówi, że lubię mieć pod górkę. Przecież to kraj baronów narkotykowych, gdzie w nieprzebytych lasach tropikalnych można zostać porwanym. Poza wyśmienitą kolumbijską kawą, piłkarzami i znaną na całym świecie piosenkarką Shakirą niewiele innych pozytywnych rzeczy zwykle się z nim kojarzy. Skoro w programach informacyjnych pokazuje się zdjęcia z Kolumbii z paczkami kokainy umieszczonymi nawet w kartonach po bananach, trudno jest uwierzyć mi na słowo, że czuję się tu jak ryba w wodzie, miejsce to zamieszkują radośni ludzie i należy ono do najbardziej rozpieszczanych przez matkę naturę zakątków na naszym globie. »

 

Mimo zmian klimatycznych w tym rozległym kraju Ameryki Południowej (ponad 1,1 mln km² powierzchni) nadal znajdują się bogate zasoby wody. Przez cały rok panuje w nim stały klimat, na tutejszych ziemiach można uprawiać niemal wszystkie znane owoce i warzywa, a osiągają one wielkie rozmiary. Jako jedno z nielicznych państw na świecie (jedyne na kontynencie południowoamerykańskim) Kolumbia ma wybrzeże nad dwoma oceanami (Pacyfikiem i Atlantykiem, a dokładnie Morzem Karaibskim). Poza tym są w niej m.in. spore fragmenty bujnej amazońskiej selwy, cztery pustynie (La Guajira, Tatacoa, La Candelaria i Occidente), ośnieżone szczyty majestatycznych Andów i rajski karaibski Archipelag Wysp San Andrés, Providencia i Santa Catalina (Archipiélago de San Andrés, Providencia y Santa Catalina). Wbrew pozorom zatem to jedno z najciekawszych turystycznie miejsc na ziemi.

 

Na początku chcę zaznaczyć, że wyprawa do Kolumbii jest raczej przygodą dla znawców, wytrawnych podróżników. Osoby szukające luksusowych resortów na Karaibach po prostu nie znajdą ich tutaj zbyt wielu (z wyjątkiem tak popularnych turystycznie miejsc jak Cartagena de Indias, Santa Marta, półwysep Barú, nazywany też wyspą Barú, czy wreszcie San Andrés). Rozległe kompleksy w standardzie 5-gwiazdkowym położone nad białą plażą zastępują w tym kraju zazwyczaj romantyczne ekohotele z widokiem na morze lub te ukryte w górach, do których nierzadko trzeba dojść kawałek pieszo, ponieważ żaden pojazd nas tam nie zawiezie. Kolumbię trudno także uznać za miejsce dla osób starszych. Chodniki w większych miastach stanowią na ogół prawdziwy tor przeszkód, a wiele turystycznych atrakcji wciąż nie zostało przygotowanych pod względem infrastruktury do potrzeb osób z jakąkolwiek niepełnosprawnością ruchową, choć należy podkreślić, iż zmienia się to w ostatnim czasie. W lipcu 2018 r. na wyspie San Andrés, w malowniczej zatoce El Cove, oddano oficjalnie do użytku nowe molo (Muelle Turístico El Cove), przy którym mogą cumować luksusowe statki wycieczkowe, łodzie dla turystów i nurków. W wydarzeniu udział brali m.in. ówczesny prezydent Republiki Kolumbii Juan Manuel Santos i wiceminister turystyki Sandra Howard Taylor. Wcześniej starsi i niepełnosprawni albo samodzielnie wdrapywali się do tańczącej na falach motorówki, albo byli do niej wnoszeni przez krzepkich lokalnych przewodników. Z tego samego powodu również osobom podróżującym z małymi dziećmi nie polecam zbytnio zakątków kraju położonych daleko od głównych dróg. Kolumbia – moim zdaniem – nie jest wreszcie odpowiednim celem podróży dla ludzi nie lubiących aktywności ani zmęczonych pracoholików chcących na urlopie po prostu odpocząć przy basenie i wygrzać się na plaży. Będzie jednak znakomitym wyborem dla turystów spragnionych nowych wrażeń i niezrażających się dość częstymi zmianami podczas wyprawy.

 

ZMIENNA I RÓŻNORODNA

W tym kraju plan podróży nierzadko należy dopasowywać do okoliczności, ponieważ w Andach wciąż zdarzają się obsunięcia ziemi, co może opóźnić dojazd do danego punktu o nawet kilka dni. Kolumbia to raj dla osób lubiących ruch i emocje, amatorów lotów na paralotni, jazdy na rowerze, wycieczek konnych, wspinaczek na wulkany, nurkowania czy wywołujących gęsią skórkę wypraw po bujnym lesie tropikalnym. Zdecydowanie przypadnie do gustu turystom żądnym przygód i chętnie spędzającym czas w otoczeniu dziewiczej natury.

 

Klimat i temperatura zmieniają się tutaj w zależności od wysokości nad poziomem morza. Wyższe partie gór porastają mchy i porosty, na obszarach nizinnych królują wiecznie zielone lasy tropikalne. Dlatego podczas podróży przez Kolumbię zawsze będziemy się przebierać. Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy, w 2006 r., mieliśmy z przyjaciółmi pokonać trasę z wysoko położonej Bogoty (leżącej na średniej wysokości ok. 2640 m n.p.m.) do ciepłego Girardot w departamencie Cundinamarca (mniej więcej 326 m n.p.m.), trudno było mi zrozumieć, dlaczego każą mi zapakować zarówno ciepłą kurtkę, jak i klapki. Jak się okazało, rano przenikał nas górski chłód stolicy, a po południu trafiliśmy w sam środek upalnego lata.

 

Kolumbia zaskakuje wielkim bogactwem przyrodniczym. Tuż nad Pacyfikiem, w departamencie Chocó (i sąsiednim Antioquia), leży jeden z najwilgotniejszych obszarów leśnych na świecie (selwa Darién). W kraju odkryto ponad 1920 rozmaitych gatunków ptaków i wciąż znajduje się nowe. Z jednej strony w wysokich górach spotkamy ogromne kondory wielkie o rozpiętości skrzydeł sięgającej nawet 3,3 m, z drugiej w wielu miejscach natkniemy się na maleńkich przedstawicieli któregoś z aż blisko 400 gatunków kolibrów żyjących w Kolumbii. Miłośnicy kwiatów mogą podziwiać różnorodne orchidee. Wyróżniono tu niemal 4,3 tys. ich gatunków. Wśród występujących w tym południowoamerykańskim kraju motyli warto wymienić tego o nazwie Morpho sulkowskyi. Odkrył go na początku lat 40. XIX stulecia polski książę bielski Maksymilian Sułkowski (1816–1848) podczas swojej wyprawy do tej części Ameryki Południowej. W tropikalnych lasach nad Pacyfikiem, na terenie departamentów Chocó, Cauca i Valle del Cauca, żyje endemiczny liściołaz żółty, nazywany straszliwym (Phyllobates terribilis), najbardziej trujący płaz na ziemi.

 

ATRAKCJE TURYSTYCZNE

Są takie miejsca w Kolumbii, które trzeba koniecznie odwiedzić. Należy do nich bez wątpienia Cartagena de Indias, określana mianem Romantycznej Stolicy Ameryki (La Capital Romántica de América), położona malowniczo na karaibskim wybrzeżu. Jej wspaniała kolonialna architektura przenosi zwiedzających w czasy konkwisty. Na spacer najlepiej udać się na aż 11-kilometrowe, wysokie na średnio 6–8 m, stare mury obronne, zbudowane ze skały koralowej. Niezmiernie urokliwe uliczki miasta spodobają się z pewnością zakochanym parom. W Cartagenie de Indias temperatury przez cały rok oscylują wokół 30°C. Gorące powietrze ochładza świeża i rześka bryza morska. Liczne lokalne restauracje mają w swojej ofercie rozmaite pyszne dania, których zdecydowanie warto spróbować.

 

Z Cartageny de Indias jest już dość blisko na koralowe Wyspy Różańcowe (Islas del Rosario). Rejs na nie odbywa się zawsze wcześnie rano szybką motorówką. Można odwiedzić tu wyspy Múcura, Maravilla lub Grande albo piękną Białą Plażę (Playa Blanca) na pobliskim półwyspie Barú, znanym także jako wyspa Barú (Isla de Barú). Na San Martín de Pajarales działa oceanarium, gdzie w turkusowej wodzie pływają karaibskie ryby, rekiny i delfiny. Cartagena de Indias leży też stosunkowo niedaleko (ok. 230 km na zachód) Narodowego Parku Naturalnego Tayrona (Parque Nacional Natural Tayrona) rozciągającego się nad samym wybrzeżem Morza Karaibskiego. Spotkamy w nim Indian Arhuaco. Kobiety tkają słynne torby mochilas arhuacas (tutu iku), a mężczyźni, żujący liście koki, zapisują myśli na naczyniach poporos, obecnie wykonywanych głównie z tykwy. 

 

Interesującą kolumbijską atrakcją jest również Szlak Kawowy (Ruta del Café). Znaną i cenioną na całym świecie kawę uprawia się w okolicy czterech dużych miast: Armenii, Pereiry, Manizales i Ibagué. Zbocza gór porośnięte są plantacjami, zacienionymi gdzieniegdzie rozłożystymi bananowcami lub melonowcami. Na szczytach wzniesień stoją kolorowe domy, zawsze okolone balustradami w żywych barwach i wyposażone w dobrane do nich okiennice. Krajobraz kulturowy regionu kawy w 2011 r. trafił na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. 

 

Na Szlaku Kawowym, w departamencie Quindío, leży miasteczko Salento, skąd w ciągu pół godziny dojeżdża się do Valle de Cocora z licznymi palmami woskowymi (palma de cera del Quindío), które są jednym z narodowych symboli Kolumbii. Ten gatunek drzewa znajduje się pod ścisłą ochroną. Palmy woskowe osiągają wiek kilkuset lat i wysokość 70 m. Nad doliną przy odrobinie szczęścia wypatrzymy przez dobrą lornetkę kołującego kondora wielkiego. Na obiad warto zjeść typową dla tych okolic potrawę ze świeżo złowionego pstrąga tęczowego i wypić sok z andyjskiego słodko-kwaśnego i orzeźwiającego owocu lulo. W Valle de Cocora można zdobyć się na dodatkowy wysiłek, aby po trekkingu przez las wiecznej mgły – bosque de niebla – dotrzeć do rezerwatu kolibrów (La Casa de los Colibríes – Reserva Natural Acaime), które całymi chmurami furkoczą nad głowami zachwyconych gości.

 

Poza tymi emblematycznymi atrakcjami Kolumbia skrywa inne, wcale nie tak oczywiste skarby. Wśród nich znajduje się tęczowa rzeka Caño Cristales, która od czerwca do końca listopada kwitnie w pięciu kolorach (żółtym, zielonym, niebieskim, czarnym i przede wszystkim czerwonym). Podwodna roślinność w barwach tęczy łączy się z soczystą zielenią roślin na lądzie i błękitem nieba i tworzy jedyny w swoim rodzaju widok. Z tego powodu rzeka bywa nazywana najpiękniejszą na świecie. 

 

Skoro o kolorach już mowa, w Kolumbii zobaczymy też siedmiokolorowe morze (tzw. el mar de los siete colores). Szukać trzeba go w okolicy Archipiélago de San Andrés, Providencia y Santa Catalina. Wchodzące w jego skład maleńkie wysepki leżą niedaleko Nikaragui (ok. 110 km od jej wschodnich wybrzeży). Dostaniemy się na nie samolotem ze stołecznej Bogoty. Kursuje on kilka razy w ciągu dnia, a lot trwa ponad 2 godz. Podczas liczenia odcieni barwy morza można się tu pogubić. Wokół wyspy Providencia znajduje się jedno z najpiękniejszych miejsc do nurkowania w kraju.

 

Nad kolumbijskie wybrzeże Pacyfiku (Parque Nacional Natural Uramba Bahía Málaga, Isla Gorgona, Parque Nacional Natural Ensenada de Utría) od czerwca do listopada przypływają humbaki, aby wydać na świat młode. W tym czasie polecam przylecieć w te okolice awionetką z Medellín i dopłynąć motorówką do jednego z zagubionych w tropikalnym lesie ekohoteli. Po spacerze po dziewiczej plaży i świeżym, pysznym posiłku kolejnego dnia wyrusza się na spotkanie z tryskającymi wodą waleniami.

 Kolorowo ubrana palenquera sprzedająca owoce na ulicy w zabytkowym centrum Cartageny de Indias

© PROCOLOMBIA

 

 Koralowa wyspa Múcura w archipelagu San Bernardo

© PROCOLOMBIA

 

 Wyprawa Szlakiem Kawowym (Ruta del Café)

© PROCOLOMBIA

 

 Chocó, Parque Nacional Natural Ensenada de utría

© PROCOLOMBIA/VICEMINISTERIODETURISMO

 

 

SKARBY NATURY

Kolumbijskiej kawy nie trzeba raczej nikomu specjalnie przedstawiać, bo jest znana na całym świecie. Na terenie kraju uprawia się wyłącznie gatunek arabica. Plantacje znajdują się pod ścisłą kontrolą federacji producentów (Federación Nacional de Cafeteros de Colombia). Kolumbijska kawa rośnie na zboczach Andów na ogół na terenach usytuowanych na wysokości od ok. 1300 do mniej więcej 2000 m n.p.m. Zbiera się ją zawsze ręcznie, bez użycia maszyn. Do koszy trafiają tylko czerwone, dojrzałe owoce i jedynie takie poddawane są dalszej obróbce. Tak pieczołowicie uprawiana, zbierana i selekcjonowana kawa cieszy się opinią jednej z najlepszych na świecie. Obecnie eksperymentuje się z nowymi wysokościami plantacji, zacienieniem i mikroklimatami. W tych specyficznych warunkach dojrzewają ziarna kaw specialty, które wygrywają wiele międzynarodowych konkursów jakości.

 

Dużo mniej osób wie, że Kolumbia należy dziś do największych producentów kakao specjalistycznego na świecie. Popyt na ziarno kakaowca rośnie niemal w każdym kraju. Kolumbijskie kakao ma wspaniały smak i aromat. Ze względu na różnorodność klimatyczną i ogromną powierzchnię Kolumbia może produkować naprawdę duże ilości ziaren kakaowca. Pulpę z jego owoców poddaje się fermentacji i odsącza. Z suchych ziaren powstaje potem masa kakaowa. Oba kolumbijskie cuda natury – kawa i kakao – pachną wybornie i są towarem poszukiwanym na całym świecie. Wcześniej Kolumbia eksportowała je jedynie jako surowiec. Obecnie zajmuje się również ich przetwarzaniem i zaczyna z powodzeniem sprzedawać je za granicę pod własną marką. 

 

Jeszcze bardziej zaskakująca jest inna ciekawostka. Otóż z Kolumbii pochodzi niemal połowa goździków i róż dostępnych w naszych, polskich kwiaciarniach. Już z okien samolotu kołującego nad Bogotą można dostrzec całe pola pokryte dziwnymi, białymi dachami z plastiku. Te trudne do zidentyfikowania obiekty to nic innego jak szklarnie. Goździki, hortensje, chryzantemy i róże najlepiej rosną na płaskowyżu niedaleko stolicy, na wysokości ok. 2600 m n.p.m. Mimo panujących w Andach warunków rośliny wcale nie marzną. Przez 365 dni w roku codziennie mogą liczyć na 12 słonecznych godzin, a temperatura nigdy nie spada tu poniżej zera. Dzięki zawsze wrześniowej pogodzie róże są ogromne i przepięknie wybarwione, a krzewy kwitną przez okrągłe 12 miesięcy. Nic więc dziwnego, że kolumbijskie kwiaty wyprzedzają pod względem jakości kenijskie i holenderskie. Kolumbia przegoniła nawet najsilniejszy do niedawna na południowoamerykańskim rynku Ekwador. Wielki popyt na tutejsze kwiaty cięte czyni kraj najważniejszym ich eksporterem na świecie (zaraz po Holandii, a właśnie przed Ekwadorem i Kenią). W Amsterdamie codziennie lądują całe samoloty wypełnione kartonami świeżych kolumbijskich róż, hortensji, chryzantem, goździków czy alstremerii (krasnolic). Co ciekawe, uważane za najlepsze targi kwiatów ciętych na naszym globie – Proflora – odbywają się co dwa lata właśnie w Bogocie (najbliższą ich edycję zaplanowano w dniach 2–4 października 2019 r.).

 

OWOCE NIE Z TEGO ŚWIATA

Jeśli chodzi o dary natury, to jeszcze nie wszystkie kolumbijskie cuda. Osobiście najbardziej cenię w Kolumbii fakt, że każdego dnia w roku można zjeść w niej inny owoc. Stragany bogotańskiego targu Paloquemao, gdzie uwielbiam robić zakupy, uginają się pod ciężarem kolorowych owoców i warzyw, a o istnieniu wielu z nich przyjezdni najczęściej nie mieli wcześniej pojęcia. Tropikalne skarby natury kuszą barwami i nazwami, takimi jak borojó czy corozo. Owoce w Kolumbii są dostępne na każdym rogu i towarzyszą mieszkańcom przez cały dzień. Rano obowiązkowo pije się świeżo wyciskany sok z pomarańczy. Na drugie śniadanie Kolumbijczycy lubią jeść sałatkę owocową, posypaną dużą ilością startego, słonego sera i polaną syropami owocowymi. Do obiadu popija się sok ze świeżo zmiksowanych owoców. Jako przekąskę chrupie się kupione na ulicznym straganie, pokrojone mango, najlepiej jeszcze niedojrzałe, polane sokiem z cytryny i posypane solą.

 

Ze względu na dużą dostępność owoców przez cały rok w Kolumbii istnieje mnóstwo dotyczących ich mitów i legend oraz przekazywanych sobie nawzajem ich zastosowań. To tutaj wynaleziono frutoterapię, czyli metodę leczenia owocami. Według niej awokado leczy bezpłodność i wszelkie choroby intymne, a jaskraworóżowy miąższ guawy (gujawy, gruszli) jest bogatszy w witaminę C niż wszystkie cytrusy razem wzięte. Ceniące piękny wygląd Kolumbijki nie wyrzucają skórki z ananasa, ale gotują ją i popijają powstały z niej wywar, aby szybko stracić niepotrzebne kilogramy. Papaję stosują z kolei w tym samym celu, co my marchewkę – ma ona pomagać w zapewnieniu słonecznej opalenizny przez cały rok.

 

KUCHNIA PACHNĄCA KOLENDRĄ

W Bogocie na targu Paloquemao znajdziemy również gotowe dania typowe dla tego kraju. Tam, gdzie już z oddali widać unoszącą się parę wodną, w wielkim garnku gotują się tamales. Najłatwiej porównać je do naszych gołąbków. Różnica między tymi dwiema potrawami polega na tym, że farsz (tu masę z ciecierzycy, boczku, mięsa wieprzowego, kurczaka i kukurydzy) zawija się w przypadku tamales colombianos w aromatyczne liście banana lub bijao. Kuchnia Kolumbii jest prosta i łagodna w smaku, dlatego uważam, że bez problemu zaspokoi wymagania polskich podniebień. Tak jak u nas dania pachną posiekaną pietruszką, tak tutaj unosi się nad nimi zapach kolendry. 

 

W Bogocie należy spróbować rozgrzewającego specjału, który postawi na nogi nawet najbardziej zmęczonych podróżników. Mam na myśli zupę ajiaco, znaną powszechnie na płaskowyżu dookoła kolumbijskiej stolicy. To rodzaj rosołu zagęszczonego rozgotowanymi młodymi ziemniakami bądź też zupa ziemniaczana z kurczakiem – oba opisy są tak samo trafne. Jest pyszna i gęsta, a podaje się ją z ryżem, awokado i kaparami. Ważny składnik potrawy stanowi żółtlica drobnokwiatowa, występująca tu pod nazwą guasca, która w polskich ogródkach uchodzi za chwast, a w rzeczywistości zawiera witaminę C i sole mineralne i ma właściwości odżywcze, odtruwające czy przeciwzapalne.

 

W Medellín i całym departamencie Antioquia oraz Trójkącie Kawy (Triángulo del Café), regionie rozciągającym się między dolinami rzek Campoalegre, Otún i La Vieja, polecam spróbować słynnego dania eksportowego Kolumbii. Bandeja paisa to dawna potrawa rolników i arrieros, czyli tragarzy np. kawy, którzy kompensowali nią sobie wydatek energetyczny w ciągu dnia. W jej skład wchodzi ryż, porcja mięsa, smażona świńska skóra – chicharrón, smażony banan, sadzone jajko, obowiązkowa w tym regionie fasola, placek kukurydziany, czyli arepa, i awokado.

 

W Kolumbii gotuje się ze świeżych produktów, które są przetwarzane bezpośrednio przed spożyciem. Stały klimat i dostępność jedzenia nigdy nie zmusiły mieszkańców do konserwowania żywności na zimę, dlatego brak tutaj tradycyjnych specjałów suszonych, wędzonych czy kiszonych. Smak i zapach dojrzewających serów przeciętnemu Kolumbijczykowi kojarzy się z czymś zepsutym. Nie liczmy także na to, że potrafiłby docenić nasze kiszonki. Chrupanie sfermentowanej kapusty nie spotka się raczej ze zrozumieniem typowego mieszkańca Kolumbii.

 

SZCZĘŚLIWI LUDZIE

Pewnego dnia jadłyśmy kolację z zaprzyjaźnioną turystką z Polski w restauracji w Bogocie. Pod koniec posiłku koleżanka z niedowierzaniem szepnęła mi do ucha: Słuchaj, Olu, czy oni są naprawdę tacy mili, czy zachowują się tak dlatego, że muszą?. Trudno dziwić się jej zaskoczeniu, skoro kelnerzy w kolumbijskich restauracjach starają się zazwyczaj gościom nieba przychylić, a ekspedientki w tutejszych sklepach zawsze się uśmiechają. Osoby z obsługi rozpieszczają klientów i ich koledzy po fachu z innych miejsc na świecie śmiało mogą uczyć się od Kolumbijczyków tej postawy. Mieszkańcy Kolumbii po prostu tacy są: z natury serdeczni i grzeczni dla drugiego człowieka. 

 

Jak to możliwe w kraju, którego obywatele według amerykańskiego serialu telewizyjnego Narcos i licznych doniesień o działalności narkotykowych karteli doświadczyli tyle przemocy? Dlaczego Kolumbijczycy do niedawna znajdowali się w czołówce rankingów najszczęśliwszych narodów na świecie (według aktualnego badania przeprowadzonego przez Instytut Gallupa na zlecenie ONZ zajmują 43 miejsce, zaraz za Litwinami i przed Słoweńcami)? Być może to za sprawą naturalnej potrzeby niesienia pomocy, jaką ma większość z nich. Dawanie rad jest w tym kraju sportem narodowym. Jeśli powiemy, że boli nas gardło, natychmiast dostaniemy poradę, jak powinniśmy temu zaradzić, oraz listę domowych środków na kaszel, które pomogły już wielu ciotkom. Przyjęcie takiej informacji z uśmiechem wdzięczności wcale nie wystarcza – należy wręcz obiecać, że się te zalecenia zastosuje. Czasem nie ma zresztą innego wyjścia, ponieważ radząca osoba staje na progu z zachwalanym specyfikiem w dłoni, więc nie sposób go już nie zażyć. 

 

Na dodatek w Kolumbii… się nie narzeka. A przecież znajdą się do tego powody. Pomoc socjalna jest minimalna. Szkoły i uniwersytety są płatne. Dobre ubezpieczenie zdrowotne to przywilej bogatszych, a nie obowiązkowe świadczenie dla wszystkich. Nie ma tutaj zasiłków dla bezrobotnych, pomocy dla rodzin z dziećmi ani wysokich emerytur. Zamiast jednak utyskiwać, należy zakasać rękawy i znaleźć dodatkowe źródło dochodu. Trzeba trzymać się razem, dlatego bardzo ważne są więzy rodzinne i koneksje. Narzekanie w Kolumbii jest nudne i nikogo nie interesuje. Jeśli życie daje kwaśne cytryny, najlepiej zrobić z nich lemoniadę. Poza tym wielu Kolumbijczyków nie czuje potrzeby planowania przyszłości, lecz woli, aby los ich zaskoczył. My, zapobiegliwi Polacy, nie zaśniemy spokojnie, jeśli nie odłożymy choćby odrobiny pieniędzy na czarną godzinę. Mieszkańcy Kolumbii dopiero się tego uczą. Wydaje mi się, że to dlatego, że żywność jest tu zawsze dostępna i nikt nie musi gromadzić zapasów na gorsze czasy. Kolumbijczycy nie nastawiają się więc na wielkie oszczędzanie, ale oszczędzają sobie zmartwień na zapas. I żyje im się lżej i przyjemniej.

 

NIEPERFEKCYJNY IDEAŁ

Kolumbia nie jest idealna, bo gdyby taka była, to wszyscy chcielibyśmy się w niej osiedlić. Kolumbijczycy są z natury niepunktualni – ci, którzy przestrzegają terminów, albo mieszkali, studiowali lub pracowali za granicą, albo stanowią po prostu wyjątek od reguły. Do większości z nich należy odnosić się uprzejmie. Bezpośredniość, do której jesteśmy przyzwyczajeni, np. używanie zwrotów w rodzaju Idź!, Zrób to! lub Oszalałeś?!, traktuje się jako obrazę i oznakę zupełnego braku manier. Tutaj każdą krytykę trzeba ubrać w wiele amortyzujących wyrazów. Również słowo nie trudno przechodzi przez kolumbijskie gardło. 

 

Kolumbijczycy uwielbiają topić tłusty, żółty ser w gorącej czekoladzie i wyjadać go łyżeczką dopiero wtedy, gdy porządnie się rozpuści. I w większości nie mają zbytniego dystansu do siebie, a już na pewno brakuje im go w odniesieniu do swojego kraju. Nigdy im nie dość, gdy zachwala się piękno tutejszej przyrody, bogactwo kulturowe, serdeczność mieszkańców i pyszne ajiaco. Przecież tak bardzo się starają, abyśmy my, obcokrajowcy, przywieźli z Kolumbii cudowne wspomnienia. Zacietrzewiają się trochę z kolei, kiedy ktoś krytykuje np. kolumbijski system podatkowy czy służbę zdrowia i mówi o korupcji. Nawet jeśli w rzeczywistości zgadzają się z rozmówcą, to duma narodowa nakazuje im bronić reputacji ojczyzny. W takich przypadkach zwykle odpowiadają, że jeżeli komuś się tutaj nie podoba, to przecież nikt go nie trzyma siłą. Jedyne krytyczne uwagi, jakie są w stanie przyjąć, dotyczą ruchu ulicznego, zwłaszcza w Bogocie, oraz płatnej edukacji.

 

Mimo to Kolumbijczyk i Polak na pewno znajdą wspólny język. Połączy ich zamiłowanie do dużych porcji jedzenia i łagodnych smaków. W Kolumbii lubią dobrze zjeść i choć warzyw i owoców jest pod dostatkiem, w kuchni używa się sporo mięsa. Zarówno Kolumbijczycy, jak i Polacy są również przywiązani do rodziny, a szczególnym szacunkiem darzą matki. Poza tym z pewnością polubią się za ciekawość świata i innych kultur. Oba narody dopiero od niedawna mogą swobodnie podróżować. Nieprzewidywalna Kolumbia stanowi więc świetne miejsce na wyprawę dla Polaków, bo z jednej strony wyda im się całkiem swojska, a z drugiej nigdy nie przestanie ich zaskakiwać. Tu za każdym zakrętem czeka nowa, wspaniała przygoda.

 

 

Artykuły wybrane losowo

Bali – perła Indonezji

Balijki w bogato zdobionych kostiumach w trakcie tańca legong

Photo Balinese - Kopia

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

MARTINA ZAWADZKA

http://lovelajf.pl/

 

Bali od stuleci przyciąga turystów i podróżników z całego świata. Odwiedzają oni wyspę ze względu na jej wielowiekową kulturę, zapierające dech w piersiach krajobrazy i egzotyczną przyrodę. Pragną osobiście przekonać się, czy wszystko, co słyszeli na jej temat, jest prawdą. Po kilku dniach od przybycia na miejsce wiedzą już, że na Bali czeka ich dużo więcej. W tym niezwykłym zakątku ziemi mieszkają przecież przyjaźni, uśmiechnięci ludzie i od samego początku daje się wyczuć panującą w nim specyficzną atmosferę duchowości. Większość obcokrajowców w chwili wylotu zdaje sobie sprawę, iż nie była tu po raz ostatni i na pewno wróci odkrywać kolejne sekrety tego fascynującego lądu.

 

Tworzące piękne tarasy pola ryżowe nawadniane systemem przelewowym

rice flields Bali Mkhail Tsyganov

 

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE/MKHAIL TSYGANOV

 

Indonezja leży na 17 508 wyspach, z których w przybliżeniu jedna trzecia – ok. 6 tys. – pozostaje stale zamieszkana. Zdecydowanie najpopularniejsza jest Bali, wchodząca w skład archipelagu Małych Wysp Sundajskich, położonego na granicy Pacyfiku i Oceanu Indyjskiego. Znajduje się ona między znacznie większą od siebie Jawą (dzieli je cieśnina Bali) a nieco mniejszą Lombok (odseparowane są cieśniną Lombok). Stolicę prowincji stanowi 850-tysięczne miasto Denpasar, w linii prostej oddalone od Warszawy o ok. 11 tys. km. Bali ma powierzchnię zaledwie 5780 km2 (razem z sąsiednimi wysepkami Nusa Penida, Nusa Lembongan czy Nusa Ceningan), czyli trochę mniej niż połowa województwa świętokrzyskiego, jednego z najmniejszych w naszym kraju. Maksymalna długość wyspy z północy na południe wynosi mniej więcej 112 km, a szerokość – jakieś 153 km.

 

Aby dostać się z Polski do tej części Indonezji, trzeba przekroczyć linię równika. Ze względu na położenie geograficzne przez cały rok panuje tutaj stabilny klimat. Przewodniki turystyczne ostrzegają przed występującą w tym regionie porą deszczową, która trwa zwykle od października do kwietnia. Jednak z doświadczenia wiem, że sytuacja nie wygląda wówczas tak źle. Deszcz i burze pojawiają się głównie wieczorem bądź w nocy, rzadko w ciągu dnia, ale nawet jeśli pada, wciąż jest ciepło. Średnia roczna temperatura powietrza na wybrzeżu wynosi 28°C, w głębi lądu osiąga wartość 26°C, a wyżej w górach – 23°C. Dlatego można wybrać się tu praktycznie zawsze.

 

INNY ŚWIAT

 

Ta perła Indonezji wyróżnia się na tle reszty kraju. W przeciwieństwie do innych wysp, na których żyją głównie wyznawcy islamu, dominującą religię w tym rejonie stanowi hinduizm w odmianie balijskiej. Nie znaczy to jednak, że nie spotkamy w nim muzułmanów (ponad 13 proc. tutejszej ludności) czy chrześcijan (niemal 2 proc. Balijczyków). Miejscowi traktują się nawzajem z szacunkiem. Dużą przyjemność sprawia obserwowanie, jak bardzo tolerancyjne społeczeństwo tworzą. Podczas mojej podróży dookoła świata miałam szansę przez kilka tygodni mieszkać u tradycyjnej rodziny z Bali. Ketut i jego żona Puspa wyznawali właśnie hinduizm balijski. To najpopularniejsza odmiana tej religii na wyspie. Łączy w sobie również elementy buddyzmu i animistycznych wierzeń lokalnych.

 

Balijczycy uważają, że każdego z nich od urodzenia obciążają trzy długi (Tri Rna), które muszą spłacić w trakcie swojego życia. Pierwszym z nich jest Dewa Rna (dług życia). Należy za niego wynagrodzić bogu Sang Hyang Widhi Wasa, który stworzył człowieka. Drugi dług to Pitra Rna (dług miłości i oddania). Za niego trzeba uczynić zadość swoim przodkom. Trzeci – Rsi Rna (oznaczający nabytą mądrość) – spłaca się kapłanom. Większość obrzędów i ceremonii religijnych na Bali dotyczy realizacji tych zobowiązań. Balijczycy liczą, iż bogowie i zmarli krewni uznają ich starania po śmierci.

 

Poza tym dla mieszkańców wyspy bardzo ważna jest karma. Wierzą, że wszystko, co człowiek daje innym, zarówno dobro, jak i zło, wraca do niego z podwojoną siłą, czyli czyny mają wpływ na nasze życie. Jeśli więc siejemy nienawiść, możemy być pewni, iż prędzej czy później takie działanie wyda plony i to, na co pracowaliśmy, zostanie zniszczone.

 

Oprócz tego Balijczycy wierzą w dobre i złe bóstwa. Znajduje się tu kilkadziesiąt tysięcy różnych miejsc kultu. Mimo iż ta liczba wydaje się ogromna jak na tak niewielką wyspę, mieszkańcy praktykują swoją religię nie tylko w ich pobliżu. Sfera sacrum obejmuje znacznie więcej, co dostrzega się na każdym kroku.

 

W BALIJSKIM DOMU

 

Przygotowywanie ofiarnych koszyków

offiar

© AMBASADA REPUBLIKI INDONEZJI W WARSZAWIE

 

Podczas gościny u balijskiej rodziny miałam możliwość przyjrzeć się z bliska niektórym obrzędom oraz oddawaniu czci siłom przyrody i bogom. Niezmiernie dużą rolę odgrywają tutaj także kult przodków i wiara w demony. Puspa (podobnie jak większość kobiet na Bali) codziennie przygotowywała ofiarę złożoną z pięknych kwiatów, ryżu, świeżych owoców i pachnących kadzideł umieszczonych w małym koszyczku z liści palmowych. Jest to bardzo ważny rytuał. Czasem dorzuca się też drobne monety i papierosy. Cudownie przyozdobione kolorowe dary składane są w różnych intencjach zarówno dobrym, jak i złym bóstwom. Ofiarne koszyczki można zobaczyć prawie na każdym ulicznym rogu, chodnikach, przy domach i sklepach, a nawet na plażach.

 

Pewnego dnia Puspa i Ketut obudzili mnie z samego rana i poprosili, żebym wyprowadziła swój skuter, ponieważ chcieliby poświęcić pojazdy. Aby to zrobić, najpierw należało przyozdobić je kwiatami i ofiarami. Podeszli do tego niesamowicie poważnie. Powiedzieli, że po poświęceniu nie będą musieli się o mnie martwić, gdy wybiorę się gdzieś samodzielnie skuterem, bo nie zagrozi mi już żadne niebezpieczeństwo. Obrzęd wraz z przygotowaniami trwał mniej więcej godzinę. Na początek wspólnie pokroiliśmy owoce, przycięliśmy kwiaty i wykonaliśmy koszyczki z liści palmy, a następnie udekorowaliśmy nimi zaparkowane na podjeździe pojazdy. Po kilku minutach ich samochód i mój skuter przypominały przystrojone na święta Bożego Narodzenia choinki. Wtedy przyszedł czas na modlitwę. Poprowadziła ją najstarsza osoba z obecnych, czyli ojciec Puspy. Wszyscy, włącznie ze mną, byliśmy ubrani w tradycyjne koronkowe koszule i długie spódnice, a biodra przepasaliśmy sarongiem (chustą zasłaniającą nogi), który miał nas chronić przed demonami wychodzącymi z wnętrza ziemi. Ceremonia odbywała się na werandzie domu moich gospodarzy. Przed nią stały zaparkowane pojazdy, a w powietrzu unosił się zapach kadzideł. Siedzieliśmy ze skrzyżowanymi nogami i rękoma złożonymi na wysokości klatki piersiowej. Ojciec Puspy powtarzał słowa modlitwy, którą co jakiś czas przerywał, aby zadzwonić małym dzwonkiem, gdy my oddawaliśmy pokłon.

 

MUZYKA I TANIEC

 

Mimo iż Bali jest niewielką wyspą, może poszczycić się niezmiernie barwną kulturą. To nieprawda, że tutejsze budowle i wytwory artystyczne mają tylko przyciągać turystów. Przejawy sztuki dostrzeżemy praktycznie wszędzie, a jej cel stanowi zadowolenie bogów. Już po opuszczeniu samolotu na lotnisku w Denpasar orientujemy się, iż znaleźliśmy się w zupełnie innej, magicznej części świata. Atmosferę duchowości wyczujemy również w domach, świątyniach, budynkach rządowych, biurach i hotelach.

 

Gdy po raz pierwszy usłyszałam balijską muzykę, byłam zachwycona! Jednak po kilku dniach słuchania jej w kółko, zaczęłam mieć wrażenie, że towarzyszy mi ciągle ten sam utwór… Na wyspie rozwinął się wyjątkowy styl muzyczny i taneczny, rozpoznawany na całym świecie, a zwany gamelanem. Utwory gra się na tradycyjnych metalofonach, gongach, ksylofonach i bębnach. Zespołów tego typu można posłuchać na Bali przy każdej okazji – podczas pokazów artystycznych, występów tancerzy czy rozmaitych uroczystości, np. weselnych.

 

Według statystyk na tej niewielkiej wyspie funkcjonują setki grup tanecznych wykonujących więcej niż 200 rodzajów tańca tradycyjnego. Oryginalny układ choreograficzny wykorzystuje głównie mowę ciała, mimikę i ruchy palców, nadgarstka, stóp, szyi, a nawet ust i oczu. Jeden z najstarszych gatunków (jego dzieje sięgają XV stulecia) nosi nazwę gambuh, charakteryzuje się wolnym rytmem i swoistym mistycyzmem. Bez wątpienia taniec u Balijczyków należy do sfery sacrum.

 

Ze względu na bardzo duże zainteresowanie tym elementem kultury wśród turystów, pokazy odbywają się niemal wszędzie. Tancerzy coraz częściej można podziwiać w restauracjach, hotelach, a nawet centrach handlowych. Żeby zapobiec profanacji w przypadku religijnych odmian tańca balijskiego, w 1992 r. lokalne władze podjęły decyzję o całkowitym zakazie prezentowania niektórych gatunków w nieodpowiednich dla ich charakteru miejscach.

 

KRAINA SPOKOJU I PIĘKNA

 

Jak większość mieszkańców Azji Balijczycy są ludźmi raczej niskimi, lecz o wielkich sercach i szczerym uśmiechu. W odróżnieniu od Europejczyków żyją zdecydowanie wolniej. Z przyjemnością można przyglądać się, jak celebrują czas spędzany z rodziną i jak ogromnym szacunkiem obdarzają osoby starsze. Zdają sobie sprawę z tego, że wszystko, co mają, zawdzięczają swoim przodkom i tego uczą swoje dzieci. I nie oznacza to wcale majątku, a dar życia. Balijczycy skupiają się na codziennych zajęciach, nie rozmyślają o przyszłości i nie snują długoterminowych planów. Oprócz pracy rytm kolejnych dni wyznaczają im religijne obrzędy i święta. Żyją w zgodzie z tradycją.

 

Podróż na Bali dostarcza mnóstwa wrażeń.Na wyspie działa bardzo dużo ośrodków oferujących zajęcia z jogi i sesje poświęcone nauce medytacji. Najwięcej znajduje się ich w ponad 30-tysięcznym mieście Ubud. Stanowi ono tutejsze centrum kulturalne, a także jest ważnym duchowym ośrodkiem regionu. Powinna do niego zawitać każda osoba szukająca odpowiedniego miejsca, aby móc skupić myśli i odnaleźć wewnętrzną harmonię. Bali to idealny zakątek na skoncentrowanie się na przywróceniu równowagi w swoim życiu.

 

Miłośnicy sportów wodnych też bez wątpienia nie będą się tu nudzić. W pobliżu plaż (np. w sąsiedztwie miasta Kuta) miejscowi oferują wypożyczenie nart wodnych, sprzętu surfingowego, windsurfingowego i łodzi do żeglowania. Balijskie wybrzeże cieszy się wielką popularnością wśród surferów, zarówno tych początkujących, jak i zaawansowanych. Co więcej, wiele osób uważa je za najpiękniejszą okolicę do nurkowania na świecie. Tutejsze rafy koralowe bywają określane mianem cudu natury. Ich niesamowicie bogatą faunę i niespotykane kształty można podziwiać m.in. w południowym rejonie Bali – Nusa Dua, koło wysepki Nusa Penida i plaży Sanur, niedaleko miejscowości Padang Bai (Padangbai) i Candi Dasa (Candidasa), rybackiej wioski Tulamben i zatoki Cemeluk (Jemeluk) oraz wysepki Menjangan i osady Pemuteran.

 

ATRAKCJE WYSPY

 

We wspomnianym mieście Ubud leży Ubud Monkey Forest. To park z hinduistycznymi świątyniami położony w wiosce Padangtegal i zamieszkany przez liczne makaki krabożerne. Przed jego odwiedzeniem warto zaopatrzyć się w banany. Dzięki takiej przynęcie małpy będą bardzo chętnie do nas podchodziły.

 

Miejscem godnym polecenia w pobliżu Ubud jest Satria Coffee Plantation (Satria Agrowisata).Podczas spaceru można tu obejrzeć nie tylko plantację wiecznie zielonych krzewów kawowca, ale również uprawy egotycznych owoców i przypraw. Za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie uchodzi kopi luwak. Powstaje ona w specyficzny sposób. Jagody kawowca stanowią pożywienie łaskuna muzanga (nazywanego cywetą, a lokalnie luwakiem). Ten drapieżny ssak z rodziny łaszowatych nie trawi jednak nasion, a jedynie miąższ. Wydalone ziarna, które zostały poddane działaniu enzymów w przewodzie pokarmowym, wybiera się z odchodów zwierzęcia, następnie suszy i pali. W Satria Coffee Plantation przyjrzymy się temu procesowi na własne oczy, a także spróbujemy tej pysznej kawy i innych indonezyjskich przysmaków.

 

Indonezja jest też trzecim największym producentem ryżu na świecie (po Chinach i Indiach). Ze względu na uprawianie różnych jego gatunków zbiory odbywają się co kilka miesięcy, a więc Balijczycy sadzą i zbierają plony przez okrągły rok.W centrum Bali nieodłączną częścią krajobrazu są zielone pola ryżowe. Pokrywają one wzgórza i tworzą piękne wielopoziomowe tarasy.

 

Egzotycznym i jednocześnie mistycznym przeżyciem będzie dla Europejczyków wizyta w Pura Tirta Empul, zwanej również Świątynią Świętej Wody. Pielgrzymi z całej wyspy przybywają do niej w celu oczyszczenia bądź uleczenia ciała i duszy. W odświętnych strojach zanurzają się w kamiennym basenie z fontannami. Po kolei podchodzą do każdej z nich i odmawiają modlitwy, po czym opłukują twarz i ciało tryskającą z otworu wodą. Ceremoniom towarzyszy zapach kadzideł unoszący się w powietrzu.

 

Do najstarszych świątyń na Bali należy XI-wieczna Pura Uluwatu (Pura Luhur Uluwatu). Wznosi się ona na 97-metrowym klifie, znajdującym się na południowym krańcu wyspy. Oprócz podziwiania samej budowli (niestety, turyści nie mogą wejść do środka) atrakcję w tej okolicy stanowi także spacer po przepięknym urwistym wybrzeżu.

 

Pierwszą świątynią, do której zabrali mnie Puspa i Ketut, była Pura Tanah Lot z XVI stulecia. Właśnie od niej polecono mi zacząć odkrywanie Bali i uważam, że to właściwy wybór. Miejsce kultu umieszczono tu na wspaniałej formacji skalnej, której osobliwy kształt wyrzeźbiły fale oceanu. Nazwa Tanah Lot oznacza po balijsku „Ziemię w morzu”. Jeżeli zdecydujemy się na odwiedziny w trakcie przypływu, to zobaczymy właśnie, jak całkowicie oddzielone od lądu skały oblewa z każdej strony woda. W pobliżu znajduje się poza tym słynna jaskinia węży morskich, które podobno chronią świątynię przed intruzami i złymi duchami. Warto też pamiętać, że w przypadku większości obiektów sakralnych przed wizytą na ich terenie trzeba zadbać o odpowiedni ubiór. Należy założyć ubranie zakrywające nogi albo osłonić je sarongiem, który można kupić przed wejściem.

 

W odległości niemal 2 km od świątyni Ulun Danu Bratan (Pura Ulun Danu Bratan) odkryłam miejsce, które skradło moje serce. Prawdopodobnie nie wspomina o nim żaden przewodnik, ale podczas pobytu w urokliwym rejonie miejscowości Bedugul bardzo polecam się tutaj wybrać. Mam na myśli majestatyczną bramę będącą kiedyś wejściem do pobliskiego miasta. Ciężko oddać słowami niecodzienny widok, jaki tworzy ona wraz z wznoszącymi się w tle malowniczymi zielonymi górami. W okolicy stoją wiejskie domy i leżą pola uprawne, a w środku tego sielskiego krajobrazu wyrasta samotny portal przypominający przejście do innego świata.

 

Istnieje mnóstwo powodów, aby odwiedzić Bali. Jednym z nich są bez wątpienia cudowne rajskie plaże. Najpiękniejsze i najbardziej zapadające w pamięć to według mnie Suluban, Padang Padang i Balangan.

 

OSOBLIWY SYSTEM

 

Pura Ulun Danu Bratan w górach nad jeziorem Bratan niedaleko Bedugul

15-photos-that-will-make-you-want-to-travel-to-indonesia

© VISIT INDONESIA TOURISM OFFICE

 

W trakcie mojego pobytu gospodarze domu kilkakrotnie próbowali mi wyjaśnić, dlaczego większość koleżanek i kolegów Ketuta nosi takie samo imię i skąd pochodzi jego własne. Muszę przyznać, że miałam duży problem ze zrozumieniem zależności w tutejszym systemie nazywania dzieci stosowanym przez Balijczyków żyjących zgodnie z tradycją. Zasady dotyczą głównie potomków mężczyzn pochodzących z najliczniejszych rodzin i najniższej kasty bądź mężczyzn z wyższej kasty, którzy poślubili kobiety z kasty najniższej. Oprócz przynależności kastowej o imieniu decyduje również kolejność urodzin. Pierwsze dziecko powinno nazywać się Wayan (co pochodzi od słowa wayahan oznaczającego „starszy”), Gede (Duży) lub Putu, czyli Wnuk. Płeć dziecka nie zawsze ma znaczenie. Imię Putu częściej nadaje się dziewczynkom, Wayan i Gede natomiast – chłopcom. Nie jest to jednak regułą. W innych przypadkach te same imiona mogą nosić zarówno synowie, jak i córki. W celu rozróżnienia płci Balijczycy stosują odpowiednie przedrostki. Gdy mówi się o chłopcach, należy użyć „i”, np. I Putu, kiedy wspomina się o dziewczynce, wstawia się „ni”, jak w Ni Putu.

 

Drugi w kolejności potomek to Made (imię zostało prawdopodobnie utworzone od słowa madya, czyli „środek”, „średni”), Nengah (tengah oznacza „w środku”) albo Kade czy Kadek (wyraz adik określa „młodszego brata”). Na trzecie dziecko zazwyczaj woła się Nyoman bądź Komang (co wywodzi się według pewnych hipotez od anom – „młody”, „mały” lub uman – „koniec”, „odpoczynek”). Ostatniego, najmłodszego malca nazywa się Ketut (przypuszczalnie od kitut, czyli „ogon”). Widać więc, że w pewnym uproszczeniu imię danej osoby zależy od kasty, kolejności urodzin, a czasem także od rejonu, z którego pochodzi rodzina. Trzeba przyznać, iż ten system nie jest łatwy i można się w nim pogubić.

 

POZA CZASEM

 

Życie na Bali upływa w swoim tempie i to nie tylko dlatego, że niemal zawsze świeci tu słońce, a w okolicy są same piaszczyste plaże, ciepły ocean i wysokie palmy kokosowe. Gdy mieszkałam u Puspy i Ketuta, codziennie rano obserwowałam, jak przeglądali gazetę i sprawdzali, kiedy będzie pełnia księżyca i jakie święta przypadają w najbliższym czasie według ich rachuby. Balijczycy mają swój własny tradycyjny kalendarz, na który składają się dwa systemy: 210-dniowy Pawukon (6 miesięcy po 35 dni) i księżycowy Saka (12-miesięczny). W każdym roku współistnieje ze sobą 10 osobnych cykli. Na podstawie ich wzajemnych zależności określa się m.in. daty ceremonii religijnych odprawianych w świątyniach.

 

Czas zatrzymuje się na wyspie w Nowy Rok, zwany Nyepi (wypada w marcu, niekiedy w kwietniu – w 2017 r. w dniu 28 marca). Ulice pustoszeją, sklepy, banki, a nawet urzędy są zamknięte. Lotnisko w Denpasar nie funkcjonuje i nie sposób dostać się tutaj w jakikolwiek sposób. Nie wolno jeździć samochodami i nikt nawet nie myśli o tym, aby wsiąść na skuter. Co więcej, w tym dniu Balijczycy rezygnują również z używania elektryczności, rozpalania ognia i wszelkich aktywności. Okna w domach pozostają zasłonięte, nikt nie wychodzi na zewnątrz. Mieszkańcy Bali wierzą, że w tym czasie nad wyspą przelatują demony, dlatego starają się je przekonać, iż cała okolica jest wyludniona, aby nie dać im powodu do zatrzymania się.

              

Ten tzw. Dzień Ciszy przeznacza się na medytację, rozmyślanie i pogrążenie się w zadumie. Stanowi on okazję do oczyszczenia umysłu, osiągnięcia wewnętrznej równowagi i zebrania myśli. Pozwala oderwać się od rzeczywistości, odseparować od świata zewnętrznego po to, aby odnaleźć spokój w sobie. Bali jest zresztą przez cały rok znakomitym miejscem na odkrywanie samego siebie. Panująca na wyspie atmosfera sprzyja błogiemu relaksowi i skupieniu się na swoim wnętrzu. Warto zatrzymać się choć na chwilę w codziennym pędzie, żeby odwiedzić ten wyjątkowy zakątek Indonezji.

Jamajski kalejdoskop

IZABELA RUTKOWSKA

www.podroznosci.com

 

<< „Jamaica no problem!” – to zdanie usłyszymy prawdopodobnie jako pierwsze po wyjściu z lotniska na wyspie. Ten zamieszkany przez roztańczonych, uśmiechniętych i radosnych ludzi kraj zachwyca turystów na każdym kroku. Dlatego warto go uwzględnić przy robieniu planów urlopowych. >>

Zróżnicowana krajobrazowo i kulturowo Jamajka leży na Morzu Karaibskim (w archipelagu Wielkich Antyli). Jej terytorium o powierzchni 10 991 tys. km2 zamieszkuje ok. 2,9 mln ludzi. Szacuje się, że mniej więcej 2 mln Jamajczyków żyje poza granicami kraju, głównie w Wielkiej Brytanii, USA i Kanadzie. Najwyższy szczyt wyspy to Blue Mountain Peak w paśmie Gór Błękitnych (wznosi się na 2256 m n.p.m.).

 

Zbudowane przy rajskiej plaży drewniane molo

© Michał Supieta

 

Na Jamajce spotkamy sprowadzone przez kolonistów wszechobecne mangusty oraz gekony, a na wzgórzach Hellshire (Hellshire Hills) – endemiczne legwany Cyclura collie (Jamaican iguana). Największym z tutejszych gadów jest krokodyl amerykański, który żyje jedynie w regionie rzeki Czarnej (Black River) i kilku innych miejscach. Poza tym to prawdziwy ptasi raj. Występuje tu ok. 325 gatunków ptaków, z czego 28 endemicznych. Jednym z symboli wyspy jest koliber czarnogłowy. Przy odrobinie szczęścia można go nawet spotkać. Niesamowite i łagodne manaty pojawiające się w okolicy południowego wybrzeża stały się powodem snucia przez marynarzy legend o syrenach. Średnia roczna temperatura powietrza na nizinach oscyluje między 25 a 30°C, a w wyższych partiach górskich wynosi od 15 do 22°C. Dzięki łagodnemu klimatowi Jamajka to turystyczny raj na ziemi.

 

ETIOPSKIE KORZENIE

Tutaj wszystko jest no problem, nawet jeśli ktoś ma przy sobie marihuanę. Według przepisów z 25 lutego 2015 r. dopuszcza się co prawda posiadanie 2 uncji (ok. 57 g) suszu i pięciu sztuk roślin na własny użytek oraz do celów religijnych, leczniczych i naukowych, lecz za większą ilość nadal grozi kara więzienia. Zapach marihuany unosi się w wielu miejscach. O tym, że to w 100 proc. dar natury i dlatego trzeba jej używać, dowiemy się w wiosce Rasta w okolicy Montego Bay. Warto ją odwiedzić, ponieważ dziś wcale nie tak łatwo spotkać prawdziwego rastafarianina, kojarzonego z charakterystycznym beretem w kolorach żółtym, czerwonym i zielonym i długimi po pas dredami. Rastafari to ruch społeczno-religijny, silnie zakorzeniony w kulturze Jamajki. Rozwinął się w latach 30. XX w. i rozpowszechnił w świecie, czemu sprzyjała coraz liczniejsza emigracja Jamajczyków. Rastafarianie wierzą w nauki ostatniego cesarza Etiopii Hajle Syllasje I (1892–1975), którego uważają za mesjasza, wcielenie Jaha, czyli Boga. Są przekonani, że pochodzą właśnie od przedstawicieli czystej czarnej rasy, prawdziwych potomków biblijnego króla Dawida. Kolorystyka rastafari nawiązuje do trzech kolorów etiopskiej flagi: zielonego, żółtego i czerwonego. Dniem świętym dla rastafarian jest sobota, którą celebrują tańcem, muzyką i śpiewem. Wizyta w Rasta będzie z pewnością niezapomnianym przeżyciem.

 

RAJSKA OKOLICA

W bajkowej okolicy kurortu Montego Bay warto wybrać się na spływ bambusową tratwą. Jamajski flisak z dredami i uśmiechem na twarzy opowie nam o najciekawszych momentach w historii wyspy. Można też zdecydować się na przejażdżkę konną… w morzu. Konie nie boją się pływać, co wyspiarze postanowili wykorzystać, gdy wymyślali tę atrakcję dla turystów. Jazda na końskim grzbiecie wśród ciepłych, błękitnych fal jest niezapomnianym i na pewno jedynym w swoim rodzaju doświadczeniem.

Na wodach Morza Karaibskiego w pobliżu Montego Bay znajduje się poza tym kultowy „Pelican Bar”. Przy składaniu w nim wizyty łatwo się przekonać, że już sama droga może być celem, a z pewnością atrakcją. Kto dotrze łodzią do bambusowego baru, będzie rozkoszować się słońcem i widokami i popijając kolorowe drinki, obserwować pojawiające się tu często stada delfinów. Na dodatek jest to idealne miejsce na podziwianie spektakularnych wschodów i zachodów słońca.

 

Aby dowiedzieć się czegoś więcej o rastafarianach, warto odwiedzić jedną z ich wiosek

© Rappa Rasta Tours

 

ŚLADAMI JAMESA BONDA

Za 20 dolarów amerykańskich podczas ok. 45-minutowego spaceru zwiedzimy słynne jaskinie Green Grotto. Pojawiły się one w jednej ze scen filmu Żyj i pozwól umrzeć (1973), kiedy to najbardziej znany brytyjski agent grany przez Rogera Moore’a pokonał Dr. Kanangę (w tej roli Yaphet Kotto). Ich nazwa pochodzi od koloru alg porastających wapienne skały. Jeszcze do niedawna znajdowała się tutaj dyskoteka.

To zresztą właśnie na Jamajce angielski pisarz Ian Fleming (1908–1964), autor cyklu o przygodach Jamesa Bonda, postanowił wybudować w 1946 r. swoją posiadłość GoldenEye, gdzie spędzał europejską zimę. Nieopodal rybackiej miejscowości Oracabessa napisał większość powieści o agencie 007. Jego imieniem nazwano nawet pobliskie lotnisko. Po śmierci pisarza posiadłość wykupił w 1976 r. Bob Marley. Jednak już rok później rezydencja przeszła w ręce Chrisa Blackwella, założyciela wytwórni płytowej Island Records. Dziś w GoldenEye działa luksusowy resort. Aby spędzić w nim noc, trzeba zapłacić co najmniej kilkaset dolarów amerykańskich za najtańszy pokój (ceny wahają się w zależności od sezonu). Pobliska plaża nazywa się – oczywiście – James Bond Beach. To właśnie na niej były kręcone słynne sceny z Seanem Connerym i Ursulą Andress grającymi w filmie Doktor No (1962).

 

POCHODZENIE WYSPIARZY

Największym skarbem Jamajki są jej mieszkańcy. Jako potomkowie wielu narodów tworzą prawdziwą mozaikę kulturową. Zawsze uśmiechnięci, radośni, rozśpiewani i roztańczeni Jamajczycy potrafią zarazić optymizmem. Choć z Jamajką kojarzy się przede wszystkim reggae, nie można zapomnieć, że właśnie na niej narodziła się również muzyka ska czy dancehall. Tu tańczą i śpiewają praktycznie wszyscy. W hotelu obsługa bardzo często nuci coś pod nosem. Widok podrygującej w rytm podśpiewywanej melodii sprzątaczki czy kucharki to norma.

Rozśpiewane są także tutejsze kościoły. Ponad 60 proc. mieszkańców wyspy stanowią protestanci. Jamajska msza jest niczym koncert gospel. Podczas pobytu na Jamajce z pewnością warto udać się do najbliższego kościoła, żeby poczuć niezwykłą atmosferę wspólnoty oraz posłuchać fantastycznych i porywających pieśni wykonywanych na najwyższym poziomie.

                Europejczycy dotarli do wyspy w trakcie drugiej wyprawy Krzysztofa Kolumba (1451–1506). Zastali na niej Tainów, którzy stanowili większość tutejszej rdzennej ludności. Zajmowali się oni głównie rolnictwem, łowiectwem, rybołówstwem i tkactwem. Praktykowali też palenie ziół przy okazji rytuałów religijnych. To właśnie ten zwyczaj wpłynął na ukształtowanie się tradycji rytualnego palenia marihuany powszechnie kojarzonej z Jamajką. Indianie zostali całkowicie wyparci przez kolonizatorów. Tych, którzy nie zginęli z ich rąk, pokonały nieznane jak dotąd w tej części świata choroby, jak np. ospa.

Krzysztof Kolumb podobno wielokrotnie podkreślał niezwykły urok tego miejsca i uznał Jamajkę za najładniejszą z wysp Indii Zachodnich (obecnie Karaibów). Po raz pierwszy wielki odkrywca dotarł tutaj podczas swojej drugiej wyprawy w maju 1494 r. W trakcie czwartej podróży rozbił się u wybrzeży Saint Ann’s Bay (Santa Gloria), przez rok (od czerwca 1503 r. do czerwca 1504 r.) wraz z załogą próbował przetrwać wśród wrogo nastawionych do Hiszpanów rdzennych mieszkańców. Po powrocie do Hiszpanii nigdy już nie przypłynął do Nowego Świata.

Gdy zaczęło brakować rąk do pracy, hiszpańscy koloniści sprowadzili z Afryki niewolników. To właśnie oni są w dużej mierze przodkami obecnej ludności Jamajki. Na wyspie pojawiły się uprawy cytrusów, bananów i trzciny cukrowej, rozwinęła się hodowla bydła, kóz, koni, świń i kur.

Niewolnicy, którym udało się zbiec w niedostępne góry, stworzyli odrębną grupę zwaną Maronami. W 1655 r. Jamajka trafiła pod panowanie brytyjskie. Maronów długo nazywano cierniem w boku Brytyjczyków. Byli mistrzami maskowania się. Unikali otwartej walki, przygotowywali zasadzki. Pod osłoną nocy zakradali się na plantacje i plądrowali je. Pierwsza wojna Maronów, która wybuchła ok. 1728 r., zakończyła się podpisaniem traktatów pokojowych w latach 1739–1740, na mocy których otrzymali oni autonomię w okolicach miejscowości: Cudjoe’s Town (Trelawny Town), Crawford’s Town (zniszczonej w połowie XVIII stulecia), Accompong, Moore Town (wcześniej znanej jako Nanny Town), Scott’s Hall i Charles Town. To właśnie na pamiątkę tego wydarzenia odbywa się słynny Accompong Maroon Festival. Maronowie dostali ziemię w górzystej części zachodniej Jamajki, która do dziś należy do ich potomków. Miejscowi zajmują się uprawą roślin i rękodziełem. Ani ziemia, ani żadna działalność generująca dochód nie podlega tu opodatkowaniu. Co trzy, cztery lata Maronowie wybierają swojego lidera, tzw. colonela. Jeśli chcemy przeżyć coś naprawdę wyjątkowego, powinniśmy koniecznie udać się do Accompong.

 

WODOSPADY I SPORT

Ukształtowanie terenu i liczne rzeki sprzyjają powstawaniu na wyspie wodospadów. Jest ich mnóstwo. Gęsty, zielony las tropikalny potęguje wrażenie wizyty w Parku Jurajskim. Do najsłynniejszych i z pewnością najbardziej malowniczych wodospadów należą YS Falls. Znajdują się w południowo-zachodniej części Jamajki, a otacza je przepiękna roślinność. Wodospadów jest siedem, woda spływa z nich do urokliwych naturalnych basenów. Warto je pokonać pieszo. Spacer po śliskich skałach to nie lada wyczyn i atrakcja. W każdym momencie możemy liczyć na pomoc wykwalifikowanej obsługi. Ogromną frajdę z odwiedzin w tym miejscu mają również osoby nie potrafiące pływać i dzieci. Mogą korzystać z bezpieczniejszych basenów naturalnie zasilanych wodą m.in. z podziemnych źródeł. Podobną atrakcję stanowią też wodospady na rzece Dunn (Dunn’s River Falls) nieopodal kurortu Ocho Rios, które mają ok. 55 m wysokości i 180 m długości! Prosto spod szumiących kaskad można wybiec na plażę, aby zanurzyć się w ciepłym Morzu Karaibskim.

W okolicy Ocho Rios warto odwiedzić także Blue Hole, zwaną przez wielu ukrytym skarbem Jamajki. Ten magiczny wodospad i wypełnione błękitnoturkusową wodą naturalne baseny znajdują się w odległości mniej więcej 25 minut jazdy samochodem od centrum miejscowości, w gęstwinie leśnej. To idealne miejsce do kąpieli i skoków na główkę. Można w nim uciec od zgiełku zatłoczonych kurortów.

W sąsiedztwie Ocho Rios wznosi się Mystic Mountain. Jej porośnięte bujnym lasem deszczowym zbocza przyciągają osoby lubiące dreszczyk emocji. Chętni mogą tu zjechać tyrolką (Canopy Zip Line) czy udać się wyciągiem krzesełkowym na punkt widokowy. Kultową atrakcję stanowi tor bobslejowy (o długości 1 km), na którym przez cały rok można poczuć się niczym jeden z członków drużyny narodowej biorącej udział w konkurencjach bobslejowych na XV Zimowych Igrzyskach Olimpijskich w 1988 r. w Calgary w Kanadzie. Ich historia stała się inspiracją do nakręcenia amerykańskiego filmu familijnego Reggae na lodzie (1993). Jamajska drużyna mimo nie najlepszego wyniku pod wieloma względami była wygranym tych zawodów. Zdobyła sobie ogromną sympatię kibiców na całym świecie.

Uprawianie sportu to często na wyspie przepustka do sławy i bogactwa. Jamajczycy kochają lekkoatletykę, piłkę nożną, koszykówkę, netball (głównie kobiety) czy krykieta. Ta ostatnia dyscyplina jest spuścizną po Brytyjczykach. Opowieścią o dzieciach z odległych wiosek biegających do szkoły, żeby zdążyć na lekcje, tłumaczy się czasem wybitne rezultaty jamajskich sprinterów. Obecnie za najszybszych ludzi na świecie uważa się Usaina Bolta, który zakończył karierę po Mistrzostwach Świata w Lekkoatletyce 2017 w Londynie, ale nadal jest rekordzistą naszego globu w sprincie na dystansie 100 i 200 m, Asafę Powella i Yohana Blake’a. Do sukcesu piłkarek z Jamajki przyczyniła się córka legendy reggae, Cedella Marley (urodzona 23 sierpnia 1967 r.), która zarządza rodzinną fundacją i kieruje wytwórnią płytową Tuff Gong. Dzięki jej wsparciu kobieca drużyna narodowa Reggae Girlz zakwalifikowała się po raz pierwszy w historii do finałów Mistrzostw Świata w Piłce Nożnej Kobiet 2019 we Francji. Do Cedelli Marley należy również kilka linii ubrań, w tym Catch a Fire, która nazwą nawiązuje do tytułu płyty jej ojca. To właśnie ona przygotowała stroje dla jamajskich lekkoatletów na XXX Letnie Igrzyska Olimpijskie w Londynie w 2012 r.

 

PROSTO DO MORZA

W tym malowniczym kraju warto wybrać się na zachodni jego kraniec, do Negril. Dziś miejscowość ta uchodzi za kolejny znany, luksusowy kurort. Na wysuniętym w morze cyplu znajduje się latarnia morska z 1894 r., do której wchodzi się pod okiem jej opiekuna. To właśnie w Negril, na wysokim urwisku brzegowym, działa od kwietnia 1974 r. kultowa knajpka „Rick’s Cafe”. Z rozległego, piętrowego tarasu możemy podziwiać śmiałków skaczących z 40-metrowego klifu do wody. Te skoki ze specjalnie przygotowanej platformy stały się symbolem miejscowości. Dla odwiedzających to miejsce turystów są zapierającym dech w piersiach widowiskiem.

Okolice kurortu należy polecić przede wszystkim amatorom nurkowania, ponieważ właśnie u zachodnich brzegów Jamajki znajduje się najlepiej zachowana rafa koralowa w rejonie wyspy. W przejrzystych wodach Morza Karaibskiego można podziwiać niezwykłe bogactwo podwodnego królestwa. U jamajskich wybrzeży natkniemy się m.in. na homary, mureny, ośmiornice, rekiny wąsate, barakudy, lucjany, makrele, płaszczki, żółwie morskie, manaty karaibskie, papugoryby, skrzydlice, delfiny czy kraby i wiele innych gatunków zwierząt.

 

TRZCINOWE IMPERIUM

Za czasów brytyjskich Jamajka stała się jednym z największych na świecie eksporterów trzciny cukrowej. Jak grzyby po deszczu wyrastały też na niej kolejne plantacje tytoniu, indygowców, kakaowców. Jednak to uprawa trzciny cukrowej przyniosła kolonizatorom ogromne zyski. Lokalni farmerzy zostali wyparci przez bogatych plantatorów, których stać było na utrzymanie licznych niewolników. Cukier i rum okazały się żyłą złota dla przybyszy z Europy. Co ciekawe, do początku XIX w. cukier produkowano powszechnie jedynie z trzciny cukrowej. Sytuacja zmieniła się dopiero podczas wojen napoleońskich, kiedy Napoleon Bonaparte wprowadził blokadę kontynentalną na handel z Brytyjczykami w listopadzie 1806 r. Warto nadmienić, że pierwsza na świecie fabryka produkująca cukier z buraków cukrowych powstała w latach 1801–1802 we wsi Konary koło Wołowa na Dolnym Śląsku, wtedy znajdującej się w granicach Prus.

W tym okresie jednym z ważniejszych portów Jamajki było założone w 1769 r. miasto Falmouth, skąd w górę rzeki transportowano europejskie towary. Okolicę otaczają naturalne laguny. Śródlądowymi wodami z głębi wyspy przypływały do portu mniejszymi statkami cukier, rum i inne jamajskie skarby. Dziś zabytkowe miasto jest znane przede wszystkim z innego powodu. To jedno z kilku miejsc na naszym globie, gdzie występuje tak silne zjawisko bioluminescencji. Luminous Lagoon świeci się intensywnie nocą. Miliony mikroorganizmów rozwijających się w tutejszej słonej, płytkiej i ciepłej wodzie (tzw. Glistening Waters) robią piorunujące wrażenie.

Wspomniany rum jest do dziś narodowym trunkiem Jamajczyków. Powstaje ze sfermentowanego soku z trzciny cukrowej, jego koncentratu lub melasy. Im dłużej leżakuje w dębowych beczkach, tym staje się ciemniejszy, szlachetniejszy i droższy. Za najcenniejszy uchodzi tzw. rum czarny. Narodowy jamajski trunek należy niewątpliwie do produktów, które warto przywieźć z wyspy jako pamiątkę. Najlepiej odwiedzić tu jedną z destylarni, które znajdują się niemal zawsze przy większych plantacjach trzciny cukrowej (np. słynną, założoną już w 1749 r. Appleton Estate koło miejscowości Maggotty). Najbardziej znanymi markami, oczywiście poza najstarszą z nich Appleton Estate, są White Lightning, Asmussen czy lepszy gatunkowo Wray & Nephew.

 

ZAPACH KAWY

Inny jamajski trunek stanowi słynny likier kawowy Tia Maria. Jego historia sięga połowy XVII stulecia. Legenda mówi, że kiedy piękna i młoda hiszpańska arystokratka uciekała z Jamajki przed zawieruchą kolonialnej wojny z Brytyjczykami, jej służąca uratowała rodzinny skarb, małą szkatułkę z kolczykami z czarnymi perłami i starym rękopisem z przepisem na ten tajemniczy likier. To właśnie na cześć tej odważnej kobiety nadano mu nazwę Tia Maria, co oznacza ciocię Marię. Ten wyśmienity trunek produkuje się z tutejszych ziaren kawowych i rumu oraz wanilii z Madagaskaru i cukru.

Jamaica Blue Mountain Coffee uchodzi za jedną z najlepszych i najdroższych kaw na świecie. Sami mieszkańcy zwykle jej nie piją, głównie ze względów finansowych. Picie kawy nie należy też do ich zwyczajów. Najsłynniejsze plantacje kawowców znajdują się w trudniej dostępnych Górach Błękitnych (Blue Mountains) na obszarze jedynie 7 tys. ha, na wysokości między 910 a 1700 m n.p.m. Terenów upraw nie wolno powiększać. Krzewy rosną na bardzo stromych i zamglonych zboczach górskich. Jamaica Blue Mountain Coffee ma niezapomniany zapach i intensywny smak. Najlepiej spróbować jej na jednej z plantacji ukrytych między zielonymi stokami Gór Błękitnych. Widoki w regionie Blue Mountains zapierają dech w piersiach. Za każdym zakrętem górskiej drogi pojawiają się jeszcze piękniejsze pejzaże. Wizyta w górach wznoszących się we wschodniej części wyspy to również idealna okazja, żeby przyjrzeć się życiu jamajskich farmerów lub odwiedzić kolejną, bardziej niedostępną wioskę rastafarian. Właśnie Blue Mountains zainspirowały Boba Marleya do napisania przeboju Natural Mystic.

 

Leżące we wschodniej części Jamajki Góry Błękitne porastają gęste tropikalne lasy

© Michał Supieta

 

NIE TYLKO MUZYK

Robert Nesta Marley (1945–1981) był największym popularyzatorem reggae, muzyki ludu, która narodziła się na podwórkach slumsów w Kingston, stolicy kraju. Grając i tańcząc, ludzie łączyli się z duchami Afryki i czuli się wolni, kiedy wokół coraz bardziej odczuwalne stawały się napięcia społeczne będące konsekwencją nasilającego się konfliktu politycznego.

Bob Marley był dzieckiem młodziutkiej Sidilli Malcolm (1926–2008) i oficera brytyjskiej marynarki wojennej i nadzorcy plantacji Norvala Marleya, który widział syna dwa razy (zmarł na atak serca w 1955 r. w wieku 70 lat). Urodził się w małej wiosce Nine Mile w regionie Saint Ann. Warto odwiedzić jego rodzinny dom, w którym urządzone zostało muzeum. Oprowadzają po nim przewodnicy opowiadający w charakterystycznej jamajskiej odmianie języka angielskiego o życiu króla reggae. Zwiedzanie przerywane jest najsłynniejszymi piosenkami muzyka. To najlepsze miejsce, żeby posłuchać takich przebojów jak Could You Be Loved, Exodus, Get Up, Stand Up, I Shot the Sheriff, Is This Love, No Woman, No Cry, One Love, Redemption Song czy Stir It Up. Za wysoką bramą znajduje się mauzoleum Boba Marleya, gdzie rastafarianie składają mu hołd, paląc święte zioło.

Król reggae jeszcze za życia stał się legendą. W grudniu 1976 r. po nieudanym zamachu w jego domu wystąpił na koncercie Smile Jamaica. Na koncercie One Love Peace w kwietniu 1978 r. w Kingston, kiedy to w wyniku nasilających się protestów społecznych i wojny gangów kraj stanął na krawędzi wojny domowej, Bob Marley w symbolicznym geście połączył nad głową dłonie skonfliktowanych polityków przeciwnych partii Michaela Manleya i Edwarda Seagi.

Muzyk zmarł 11 maja 1981 r. w szpitalu w Miami w Stanach Zjednoczonych w wieku zaledwie 36 lat. Przegrał długą i bolesną walkę z czerniakiem złośliwym. Jego ciało zostało wystawione na 35-tysięcznym stadionie narodowym (Independence Park) w Kingston z Biblią otwartą na Psalmie 23 (nazywanym pasterskim, zaczynającym się od słów Pan jest moim pasterzem, nie brak mi niczego) i czerwoną gitarą elektryczną Gibson Les Paul. Kondukt pogrzebowy wyruszył z jamajskiej stolicy i pokonał ok. 90 km w drodze do Nine Mile. Żona Rita wraz z dziećmi uczciła Boba Marleya jego piosenkami. Pośmiertnie (w marcu 1994 r.) uhonorowano go w muzeum Rock and Roll Hall of Fame w Cleveland w USA. Na widowiskowy letni festiwal Red Stripe Reggae Sumfest w Montego Bay przybywa co roku ponad ćwierć miliona fanów z całego świata. Najbliższa jego edycja odbędzie się w dniach 14–20 lipca 2019 r. To obecnie największy na świecie festiwal muzyki reggae.

 

ZWIEDZANIE ZE SMAKIEM

Rastafarianie, którzy z założenia unikają mięsa, mieli także wpływ na jamajską kuchnię. Wyspiarze są miłośnikami mięsnych potraw z grilla, jednak wegetarianie też znajdą tu szeroki wybór dań. W kulinariach Jamajki można dostrzec przede wszystkim wpływy afrykańskie i brytyjskie, ale również hiszpańskie, irlandzkie, chińskie, kreolskie czy hinduskie. Te ostatnie przejawiają się np. w stosowaniu mieszanek curry w wielu przepisach. Symbolem kuchni jamajskiej jest charakterystyczna marynata jerk. W jej skład wchodzą m.in. ziele angielskie (owoce korzennika lekarskiego, drzewa pimentowego), papryka scotch bonnet (karaibska czerwona papryka), tymianek, zewnętrzna skórka gałki muszkatołowej, cebula i czosnek. Jerk to także sposób przyrządzania mięsa. Tradycja ta sięga jeszcze czasów rdzennych mieszkańców wyspy, którą kontynuowali Maronowie. Duże płaty mięsa nacierali chili i miejscowymi ziołami, a następnie piekli nad ogniem. Był to doskonały sposób utrzymywania świeżości. Dziś nazwą jerk określa się też typ grilla, często domowej konstrukcji, który można ujrzeć na Jamajce niemal na każdym rogu.

Bardzo popularna jest tutaj koźlina, serwowana na wiele sposobów np. z curry lub grillowanymi owocami i warzywami. W prawie każdej potrawie znajdziemy duże ilości małej, zielonej cebulki, w której lubują się mieszkańcy tej karaibskiej wyspy. Często używa się również ziela angielskiego, imbiru czy tymianku. Gałązkami korzennika lekarskiego opalane są grille, co nadaje daniom dodatkowe walory smakowe. Nie sposób nie wspomnieć też o ackee. Owoc bligii pospolitej, w postaci surowej trujący, stanowi nieodłączny dodatek do solonej ryby (ackee and saltfish uchodzi za narodową potrawę). Roślina ta pochodzi z zachodniego wybrzeża Afryki. Podczas kulinarnych poszukiwań na Jamajce spotkamy się z pewnością z daniem callaloo. Jamajczycy określają tą nazwą szarłat (amarantus). Potrawka ta wyglądem i smakiem przypomina nieco gotowany szpinak. Dodaje się do niej na ogół, oprócz liści amarantusa, okrę (piżmiana jadalnego), sól, cebulę, pomidory, czosnek, paprykę scotch bonnet, miejscowe przyprawy i duże ilości pysznych, świeżych krewetek lub soloną rybę. Na Jamajce warto zaopatrzyć się w ostre sosy, z których również słynie ten rozśpiewany i roztańczony kraj.

Błogi wypoczynek na tej karaibskiej wyspie to marzenie wielu osób. Nie ma w tym nic dziwnego, bo znajdziemy na niej jedne z najpiękniejszych piaszczystych plaż na świecie. Jamajka jest prawdziwym rajem dla miłośników sportów wodnych, ludzi kochających smaczną i zdrową kuchnię, dziewiczą naturę oraz muzykę i taniec. Wśród licznych hoteli o rozmaitym standardzie każdy wybierze z pewnością coś dla siebie. Na wyspę uruchomiono poza tym bardzo korzystne cenowo połączenia czarterowe (Warszawa – Montego Bay, już od 1699 złotych w obie strony!). Jamajka to zdecydowanie jedno z tych pasjonujących miejsc, do których wciąż chce się wracać.

 

Wydanie jesień-zima 2018

Bawaria mlekiem i piwem stoi

Dominika Rotthaler
polkawmonachium.blogspot.com

 

<< Powszechnie Bawaria kojarzy się ze świętem Oktoberfest, odbywającym się corocznie w Monachium, z piwem, charakterystycznym strojem ludowym, Alpami, zamkami Ludwika II i może jeszcze z barokowymi kościołami. Popełniłby jednak błąd ten, kto chciałby na tym zakończyć jej opis. Największy kraj związkowy w Niemczech, zajmujący ok. 20 proc. ich terytorium, jest niezwykle zróżnicowanym, ciekawym regionem, bogatym w walory przyrodnicze i rozwiniętym pod względem kulturowym i przemysłowym. >>

Doskonałe położenie geograficzne – zarówno bezpośrednie sąsiedztwo Austrii, Czech i Szwajcarii, jak i bliskość Włoch – sprawiają, że Bawaria stanowi chętnie odwiedzany land, a Monachium – jedno z najczęściej wizytowanych niemieckich miast. Bawarczycy posługują się aż pięcioma różnymi dialektami. Język niemiecki z akcentem bawarskim uchodzi natomiast za bardzo trudny do zrozumienia dla niewprawionego ucha. Jednak serdeczność mieszkańców i ich życzliwość w stosunku do przybyszów jest w stanie pokonać językowe trudności i pomaga przełamać pierwsze lody.

Więcej…