MARCIN WESOŁY

www.caribeya.pl

 

« W jednym słowie „Karaiby” można poniekąd zawrzeć wszystko. Ten wyraz magnetyzuje i rozbudza zmysły. Ożywia niczym słona bryza mierzwiąca grzywy wybujałych palm kokosowych. Przywołuje skryte marzenia albo najgorętsze wspomnienia chwil spędzonych w tropikalnej zieleni i nad lazurowym morzem w blasku słońca, które sprawia, że życie ulega słodkiemu spowolnieniu. Przywodzi na myśl pirackie ekscesy na skrzypiących, posępnych brygach wypełnionych łupami i beczkami z rumem, morskie potyczki kolonialnych potęg, mapy wiodące do skarbów ukrytych na wyspach strzeżonych przez wojowniczych Indian. »

Z drugiej strony jedna, nawet najzgrabniejsza definicja nie odda całego uroku Karaibów. Zadziwiają one niesłychaną różnorodnością i bogactwem. Oszałamiają krajobrazami i zaciekawiają śladami kolonialnej przeszłości, w której znaczącą rolę odegrali Brytyjczycy, Francuzi, Hiszpanie czy Holendrzy oraz mieszkańcy Afryki. Z tej fascynującej i barwnej mieszanki kulturowej zrodziła się pełna energii muzyka, żywiołowy i nierzadko frywolny taniec, zaskakujące feerią barw malarstwo, a także doceniana na świecie literatura. Zjawiskowy lokalny folklor, często czerpiący całymi garściami z magii czy rytuałów religijnych przywiezionych przez afrykańskich niewolników, tradycyjne sposoby świętowania i czczenia niezliczonych patronów, szaleństwo karnawałowe oraz kuchnia gwarantująca intensywne doznania smakowe sprawiają, że ten jeden z najbardziej malowniczych regionów na naszym globie potrafi przyciągnąć każdego, nawet turystów z ograniczonym budżetem. Dla wielu osób Karaiby są spełnieniem wyobrażeń o raju. Dzisiaj dzięki znacznej liczbie połączeń lotniczych (regularnych lub czarterowych) i morskich można się na nie dostać dosyć szybko, wygodnie i niekoniecznie za duże pieniądze. A gdy już się tu trafi, nie pozostaje nic innego, jak rozpocząć własną niepowtarzalną przygodę na lekkim rumowym rauszu.

Czym są więc Karaiby i co składa się na ich magiczną esencję? We wstępie do Hebanu Ryszard Kapuściński pisał o Afryce: Ten kontynent jest zbyt duży, aby go opisać. To istny ocean, osobna planeta, różnorodny, przebogaty kosmos. Tylko w wielkim uproszczeniu, dla wygody mówimy – Afryka (Ryszard Kapuściński, Heban, Warszawa 1998). Można to z powodzeniem odnieść również do Karaibów. Spróbujemy uchwycić tę karaibską esencję podczas przyglądania się kilkunastu miejscom w regionie, gdzie niegdyś ścierały się siły kolonialnych mocarstw. Nie sposób opisać tutaj wszystkiego, choć to niezmiernie kuszące, jak ciepło Morza Karaibskiego.

 

KUBA

HEMINGWAY TU BYŁ

To, że pojechałem na Kubę, zawdzięczam w dużej mierze Ernestowi Hemingwayowi (1899–1961). Ten amerykański pisarz i dziennikarz pozostaje dla mnie do dzisiaj ważną osobistością. Niekoniecznie ze względu na jego twórczość, bo bywał w różnej pisarskiej formie, raczej z powodu tego, gdzie i jak żył. Z jego losów można by wykroić śmiało kilka życiorysów. Hemingway kreował swoich bohaterów na miarę własnych czasów. Uważał, że pisanie o czymś, czego samemu się nie doznało, nie ma sensu. Zależało mu na intensywnych przeżyciach, które potem mógłby opisać i opublikować. Oczywiście ubarwiał swoje opowieści. I miał do tego prawo, gdyż pozwalała mu na to licentia poetica. Poza tym, że był pierwszej wody awanturnikiem, wiecznie poszukującym przygód, jego powołanie stanowiło przede wszystkim pisarstwo. Hemingway dawał swoim czytelnikom możliwość przeżycia czegoś ekstremalnego bez ruszania się z fotela. To, co wówczas wyszło spod jego pióra, rozchodziło się jak mrożone daiquiri w piekle. Obecnie proza tego pisarza, choć wciąż należy do klasyki i kanonu lektur szkolnych, nie jest zbyt popularna. Wielu pożegnało się z nią jeszcze w szkole podstawowej. Innych umęczyły późniejsze próby zapoznania się z utworami Amerykanina. Za to mnie Hemingway zaciągnął na Kubę i choćby tego nie mogę mu zapomnieć...

 

CO SIĘ ZDARZYŁO W COJÍMAR

Za kurs z przepięknej piaszczystej plaży Santa María del Mar, której nazwa kojarzy się z tytułem rzewnego bolera, do Cojímar taksówkarz policzył w 2011 r. 10 pesos convertibles (peso kubańskich wymienialnych – CUC). I co niezwykłe, nigdy nie słyszał o Hemingwayu! A ten przecież mieszkał i pisał na Kubie przez ponad 20 lat. Osiadł w San Francisco de Paula, niewielkim pueblo pod Hawaną (dziś części kubańskiej stolicy), gdzie miał swoje „ranczo obserwacyjne” Finca Vigía, z chińskim kucharzem i kocim haremem. Poza tym, jak sam podkreślał, stał się prawie Kubańczykiem z krwi i kości: mówił po hiszpańsku, hodował koguty bojowe i nosił tradycyjną tropikalną koszulę z czterema kieszeniami – guayaberę. Tej ostatniej przypisuje się pochodzenie kubańskie, warto coś tu o nim opowiedzieć.

 

Otóż, jak wieść niesie, pewien chłopak, gdy umawiał się na randki z dziewczyną, zakładał elegancką koszulę z dwoma kieszeniami. Wkładał do nich owoce gwajawy (guawy), jeden dla siebie, drugi dla wybranki. Być może chciał, aby uczucie rozwijało się zdrowo. Któregoś dnia otrzymał zaproszenie do domu przyszłych teściów. Ponieważ nie mógł do nich iść z pustymi rękami, pomyślał znowu o gwajawach. Tym razem musiał jednak zabrać cztery sztuki, a przecież miał tylko dwie kieszenie! Jego wspaniałomyślna matka doszyła mu na szczęście dodatkowe dwie. I tak zrodziła się guayabera.

 

Taksówkarz sprawiał wrażenie, jakby zupełnie ignorował fantastyczną historię Hemingwaya (i jakże chwytliwy temat dla turystów!) albo zwyczajnie zapomniano mu przekazać, że niegdyś kręcił się po Cojímar, najczęściej blisko przystani, łodzi i pośród charakternych rybaków, pewien ogromy jankes, który potem (w 1951 r.) przedstawił to miejsce w opowiadaniu Stary człowiek i morze. A przecież ten Amerykanin trzymał tu przy kei własną łódź, ochrzczoną imieniem Pilar, i wypływał nią na połowy marlinów, tuńczyków czy barakud. Rybacy w portowej tawernie tyle mu opowiadali o morskich wyczynach i gigantycznych rybach, że w końcu musiał o tym napisać, co ponoć przesądziło o przyznaniu mu w 1954 r. Literackiej Nagrody Nobla. 

 

Jak podają biografie, nagrodzonemu pisarzowi, choć uszczęśliwionemu takim obrotem sprawy, nie spieszyło się na noblowskie salony. Ponoć ciężko mu było zrzucić bermudy upaprane rybią krwią i tłuszczem. Poza tym wiadomo, że nie znosił chodzenia w smokingu i... wkładania bielizny, co uważał za podejście zbyt oficjalne. W rzeczywistości jednak zdecydował on, że nie poleci w październiku do Sztokholmu, aby odebrać nagrodę, bo w tym samym roku uczestniczył w Afryce w dwóch wypadkach lotniczych, na skutek których doznał obrażeń głowy, wstrząśnienia mózgu i poparzeń rąk.  

 

HAWAŃSKIE KLASYKI BAROWE 

W Hawanie Hemingway chadzał regularnie do ulubionych barów, gdzie lubił tęgo popić. Kiedyś jasno określił swoje preferencje co do tropikalnych trunków: My mojito in La Bodeguita, My daiquiri in El Floridita. Poszedłem do baru „La Bodeguita del Medio”, mieszczącego się od zawsze przy ulicy Empedrado, aby skosztować słynnego koktajlu, jakim dawniej raczył się amerykański pisarz. Miejsce oblegają turyści z całego świata. Barmani w odprasowanych guayaberach serwują zza ciemnego, wysłużonego kontuaru jedyną w swoim rodzaju mieszankę: mojito przygotowane z trzyletniego rumu Havana Club, podobnych w smaku do naszej mięty liści „dobrego zioła” (yerba buena lub hierbabuena), brązowego cukru, soku limonowego i wody sodowej. Koktajl jest przyrządzany w ilościach niemal fabrycznych, lecz trzeba przyznać, iż jego jakość nie rozczarowuje, a raczej uzależnia.

 

Jeśli komuś przyjdzie ochota kontynuować radosne hemingwayowskie wędrówki od baru do baru, powinien udać się do jego drugiej hawańskiej przystani, czyli przybytku zwanego „El Floriditą” przy ulicy Obispo. W nim będzie mógł spróbować daiquiri. Ta rozkoszna mieszanka jest najlepszym dowodem na to, że rum i limonka są stworzone do wiecznego romansu. Hemingway zamawiał specjalnie dla niego stworzoną wersję drinka (papa doble) – bez cukru, ale z podwójnym rumem, kapką soku z dojrzałego grejpfruta i sześcioma kroplami likieru maraschino (maraskino). Obecnie naturalnej wielkości figura pisarza strzeże jego dawnego stałego miejsca przy kontuarze, za którym barmani nieustannie miksują koktajle dla nowych turystów napływających falami.

 

Słyszałem też taką anegdotę. Jakiś początkujący dziennikarz miał przeprowadzić wywiad z Hemingwayem. Chciał się do niego solidnie przygotować. Kombinował, czym zaskoczyć swojego rozmówcę, jak zyskać w jego oczach. Wreszcie wymyślił – to musi być daiquiri! Podglądał barmanów, ćwiczył i nauczył się przyrządzać ten koktajl. Nastał dzień wywiadu, Hemingway przyszedł na zaproszenie do domu dziennikarza. Zacierając ręce, już w progu zagaił: To co pijemy?. Jego gospodarz tylko na to czekał i od razu wystrzelił: Daiquiri!. Pisarz spojrzał na niego zdumiony i wycedził: O dziesiątej rano?!. Jak widać, przestrzeganie kultury picia, choćby takich kuszących trunków, to ważna rzecz.

 

LATAWCE, DMUCHAWCE, TRINIDAD

Z Hawany warto pojechać do Trinidadu. Chyba wszyscy odwiedzający Kubę podróżnicy planują do niego dotrzeć. Pełne wąskich uliczek i kolorowej kolonialnej zabudowy miasto wabi ich niesamowitą karaibską atmosferą. Wydaje się jakby zawieszone w czasie od wieków. W 1514 r. założył je przeprowadzający podbój wyspy Hiszpan Diego Velázquez de Cuéllar (1465–1524). Wtedy nazywało się Villa de la Santísima Trinidad. Było jedną z ośmiu osad, które z początkiem XVI stulecia powstały z inicjatywy tego rzutkiego konkwistadora, od 1511 r. pierwszego gubernatora Kuby. 

 

Trinidad zdobył renomę i wielkie bogactwa na fali cukrowej bonanzy w XVIII i pierwszej połowie XIX w., kiedy tony słodkiego towaru wysyłano do Europy. Po okresie prosperity nadszedł kryzys i o mieście właściwie zapomniano. Jednak dzięki temu zachowało ono swój oryginalny, magiczny charakter i dziś uchodzi za jeden z turystycznych klejnotów Kuby, będących źródłem dużych dochodów dla gospodarki kraju. W Trinidadzie nierzadko malowniczy widok stanowią chłopcy puszczający latawce, zbierający się choćby w okolicy Plaza Mayor – głównego placu przy Kościele Trójcy Świętej (Iglesia de la Santísima Trinidad). Całkowicie oddani swojej zabawie zapominają prosić turystów o cokolwiek. Liczy się tylko to, jak złapać dobry wiatr. Warto poobserwować tych spryciarzy w akcji.

Panorama Trinidadu z wieżą kościoła należącego do dawnego Klasztoru św. Franciszka z Asyżu w tle

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

 

RAKIETY W TROPIKU

Przed wyjazdem na wyspę przeczytałem zajmującą książkę brytyjskiego pisarza i polityka Michaela Dobbsa Za minutę północ, poświęconą kryzysowi kubańskiemu, który rozgrywał się między 16 a 28 października 1962 r. Autor przedstawia wiele ciekawych faktów o tamtych wydarzeniach z perspektywy trzech stron uczestniczących, tj. USA, ZSRR i Kuby. Dobbs znalazł byłych radzieckich żołnierzy, których Nikita Chruszczow (1894–1971) wysłał wtedy na wyspę, niekoniecznie w celach wakacyjnych. Tę niebeletrystyczną książkę czyta się jak polityczny thriller pierwszej klasy. W pewnym momencie trafiamy w niej na następujący fragment: Pięć kilometrów na północ od Casildy konwój dotarł do Trynidadu, architektonicznej perełki zbudowanej przez osiemnastowiecznych baronów cukrowniczych i właścicieli niewolników. Ponieważ transportery z rakietami na pewno nie zmieściłyby się w starych uliczkach kolonialnego miasteczka, żołnierze radzieccy i kubańscy zbudowali wokół niego obwodnicę (Michael Dobbs, Za minutę północ, Warszawa 2010).

 

Wspomniana Casilda jest niewielką wioską z przystanią rybacką, malowniczo położoną w zatoce o tej samej nazwie na południowym wybrzeżu Kuby. Podobno w lutym 1519 r. Hernán Cortés (1485–1547), ówczesny sekretarz gubernatora Diega Velázqueza de Cuéllara, skłócony ze swoim pryncypałem, wyruszył stąd na podbój Meksyku. Burzliwe dzieje Casildy związane są z działalnością piratów i handlem niewolnikami. W dobie cukrowej hossy była ona tętniącym życiem portem przeładunkowym dla pobliskiego Trinidadu i otaczających go licznych plantacji w Dolinie Cukrowni (Valle de los Ingenios) – razem z miastem wpisanych zresztą w 1988 r. przez UNESCO na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości. Wioska chroniona długim ramieniem zjawiskowego półwyspu Ancón pełniła swoją funkcję idealnie. Obecnie już tylko wspomina czasy świetności.

 

Jednak na początku września 1962 r. Casilda miała swoje pięć minut. Na pokładzie frachtowca Omsk zostały tu dostarczone pierwsze radzieckie pociski balistyczne R-12. Ich transport z ZSRR na Kubę stanowił kluczową część dużej operacji logistycznej, która trwała już od lipca. Nadano jej kryptonim Anadyr – od nazwy miasta leżącego na wschodnim krańcu dzisiejszej Rosji. Aby skutecznie wyprowadzić w pole szpiegów, na statki szykujące się do rejsu w tropiki ładowano... zimowe walonki i osprzęt narciarski. Później, już na kubańskiej ziemi, po udanym przerzucie, zbędny ekwipunek układano w triumfalne stosy i palono.

 

Po dwutygodniowej podróży przez Atlantyk załoga Omska ujrzała południowo-wschodnie wybrzeże Kuby w rejonie Guantánamo. Słynną bazę marynarki wojennej USA (używaną od 1898 r.) minęła bez zbędnych prowokacji. Z raportów CIA wynikało, że podstawowy ładunek na pokładzie stanowił... olej napędowy w baryłkach. Casilda znalazła się w gronie kilkunastu kubańskich portów wybranych przez radzieckich planistów pracujących przy operacji. Do pozostałych należały m.in. Cienfuegos, Matanzas czy położony w sąsiedztwie Hawany Mariel (później, bo w 1980 r., właśnie stąd Kubańczycy emigrowali masowo w akcie desperacji do USA, na Florydę, co nazwano potem exodusem z Mariel – hiszp. éxodo del Mariel).

 

Doki Casildy, stworzone dla kutrów rybackich, nie były przystosowane do obsługi tak dużej jednostki pływającej. W 1962 r. wielokrotnie manewrowano Omskiem, aby siermiężne portowe dźwigi mogły dostać się do osobliwej zawartości jego luków towarowych. Następnie rakiety przewożono lądem do docelowego miejsca – w okolice miasta Sagua la Grande, leżącego ponad 150 km na północ od Casildy. Konwój musiał jechać krętymi szlakami, pośród gór i bujnej tropikalnej roślinności. Realizację planu utrudniały gwałtowne zmiany pogody – w rejonie Karaibów panowała wówczas pora huraganowa z obfitymi opadami.

 

Spacerując starymi, brukowanymi uliczkami w czarującym Trinidadzie, pośród pastelowych kolonialnych domów krytych czerwoną dachówką, spróbujmy wyobrazić sobie... radzieckie pociski R-12 u wrót tego zabytkowego miasta – mają ponad 22 m długości, każdy waży niemal 42 t... Na szczęście, nigdy tu nie przyjechały. Za to dzisiaj do Trinidadu zjeżdżają się turyści na intensywne zwiedzanie. Większość z nich przybywa w ciągu dnia, aby późnym popołudniem powrócić do komfortowych hoteli, w których wykupili pobyt w formule all inclusive. Gdy już odjadą, robi się luźniej, spokojniej, bardziej swojsko i przyjemnie. 

 

KREW PRZODKÓW

Po zachodzie słońca warto wyskoczyć na Kubie gdzieś na drinka, a potem zajrzeć do pobliskiej dyskoteki. Można popatrzeć na wywijających salseros (tańczących salsę) albo spróbować swoich sił na parkiecie. Jednak konkurencja jest dosyć mocna, czego wyjaśniać nie trzeba. Zresztą kubańska muzyka to prawdziwy żywioł, często gwałtowny i lubieżny, mieszanka wilgotnej zmysłowości i słodkiej pokusy. 

 

Muzyka ta zrodziła się w duszach Kubańczyków z afrykańskim pochodzeniem już dawno temu. Dziś potrzeba, która ją stworzyła, wciąż przenoszona jest w genach i ujawnia się w utalentowanych tancerzach, bębniarzach czy pieśniarzach. Często ten zew natury eksploduje jakimś kinetycznym szaleństwem, balansującym na granicy transu. My, Europejczycy, potrafimy się tą muzyką zainteresować i przetworzyć ją po naszemu, gdyż opanowanie rzemiosła przychodzi nam łatwo. Umiemy obejść się z gorącymi rytmami, ograć te dźwięki do bólu i wydobyć z nich nową jakość. To możemy. Tylko że nie potrafimy odtworzyć pierwotnej, nieokrzesanej energii, autentycznego szału. Nie sposób tego podrobić. To właśnie jest gorąca kubańska krew.

 

DOMINIKANA

PIGUŁKA DOMINIKAŃSKA

Pamiętam, że jeszcze jako dzieciak znalazłem na półce mojego ojca książkę Ciudad Trujillo Andrzeja Wydrzyńskiego (1921–1992). Zaintrygował mnie jej egzotyczny tytuł. Oczywiście niczego mi nie mówił, brzmiał bardziej jak niezrozumiałe zaklęcie. Kiedy po latach odkryłem ją ponownie i po raz pierwszy przeczytałem, okazało się, że zrobiłem w ten sposób znaczący krok w stronę Dominikany. Wtedy zrodziła się moja wielka fascynacja tym krajem. Potem wyruszyłem do niego szukać śladów bohaterów tej powieści. W Santo Domingo, czyli tytułowym Ciudad Trujillo (tak nazywała się dominikańska stolica w latach 1936–1961), wylądowałem dokładnie 30 maja w kolejną rocznicę el tiranicidio, czyli tyranobójstwa. Tego dnia w 1961 r. zgładzono dyktatora Rafaela Leónidasa Trujillę, który sprawował rządy, stosując przemoc i represje, de facto przez 31 lat.

 

Wówczas zakochałem się w urokliwym chaosie dominikańskiej ulicy. Zafascynowała mnie ta niesamowita gęstość zdarzeń na każdym metrze kwadratowym. Miałem przed oczami kawałek żywego mikrokosmosu, ciągle pulsującego, zmieniającego się raptownie. Widziałem ludzi, słyszałem ich historie, poznawałem wszelkie uroki i przekleństwa południa: ryczące klaksony, woń butwiejącej cebuli i dojrzałych ananasów. Jedna prosta ulica w Santo Domingo wydawała mi się nieskończona. Była poligonem dla zmysłów. Wystarczyło stanąć na niej, oprzeć się o mur liczący ponad 500 lat i chłonąć łapczywie wszystko. Czułem, jakbym brał pobudzającą pigułkę o nazwie „Dominikana”.

 

CIĄGŁE POWROTY

Później na dominikańskiej prowincji, w niewielkim Río San Juan, wyczułem zapachy znane mi doskonale z dzieciństwa. Całkiem mnie to rozczuliło. Coś wibrowało tu w powietrzu, było nieuchwytne, lecz tak bardzo swojskie. A znajdowałem się przecież jakieś 8,5 tys. km od domu! Oczywiście zamiast wierzb płaczących widziałem palmy królewskie, zamiast rozłożystych gruszy czy jabłoni – mango i tamaryndowce. Przyroda i klimat były inne, tak jak ludzie. Jednak odnalazłem tutaj ślady czegoś, co mocno osiadło mi w pamięci i za czym faktycznie tęsknię. Karaiby to jakby stan ciągłego zawieszenia między jawą a snem, obszar uwikłany w jakąś wszechobecną magię. W Polsce miejscem, gdzie świat wydawał mi się równie odrealniony, a zarazem inspirujący, była wioska moich dziadków. Ale do niej już nie wrócę; do dziadkowej chaty, która miała cztery sypialnie, każdą na inną porę roku... Dlatego wracam na Karaiby. Zresztą w tego rodzaju powrotach widzę głębszy sens podróżowania.

 

Przeszło 13 lat żyję Dominikaną i staram się, aby wciągnęła każdego, zdobyła go swoim kolorytem, ludzkimi historiami, lokalną kuchnią. Ten kraj zawsze był dla mnie wyznaczoną z rozmysłem odskocznią od regularnej pracy, wszelakiej rutyny, od jesiennego czy zimowego marazmu. Stanowił odniesienie dla innych wypraw i podstawę do niekończących się porównań. Zawsze próbowałem odkrywać go po swojemu, podróżując na własną rękę i w bliskim kontakcie z Dominikańczykami. Czasem przestaję o nim myśleć jak o celu podróży. Moje odczucia dość trafnie oddaje karaibski poeta i dramaturg Derek Walcott, zmarły w marcu 2017 r. noblista z wyspy Saint Lucia. Pisał on, że jeśli podróżnik pokochał jakieś miejsce i ciągle do niego wraca, to przestaje być podróżnikiem i zmienia się w miejscowego.

 

GŁĘBOKIE POŁUDNIE

Ostatnio przemierzyłem w Dominikanie ponad 1,3 tys. km w trakcie wyprawy przez 10 prowincji: od Monte Plata po Pedernales. W końcu dotarłem nad wygiętą w półksiężyc kilkukilometrową Zatokę Orłów (Bahía de las Águilas), znajdującą się na krańcu południowo-zachodniej części kraju. Leży ona w granicach Parku Narodowego Jaragua. Ponoć jej nazwa wzięła się od tego, że w okolicy występuje ponad 130 gatunków ptaków, w tym rybołów zwyczajny – águila pescadora (Pandion haliaetus). Można się tu dostać pieszo, samochodem terenowym (albo osobowym!) czy łodzią. Każdy sposób ma swój urok. Ja wybrałem łódź. Wcześniej odwiedziłem malownicze plantacje kawy w górskich rejonach wokół miasta Jarabacoa, kopalnię błękitnego kamienia półszlachetnego larimar w rejonie łańcucha Sierra de Bahoruco i słoną lagunę Oviedo zadziwiającą fluorescencyjnym żółtym kolorem, gdzie spotyka się m.in. flamingi.

 

Część Dominikany leżąca na zachód od stołecznego Santo Domingo zawsze mnie przyciągała – jest mniej oczywista, rzadziej eksponowana w turystycznych folderach. Tu umysł może w spokoju odpocząć, a człowiek natknąć się na miejscowych, a nie turystów. To rzeczywistość jakby zatopiona w letargu. W tym rejonie wciąż da się odczuć jakieś pierwotne szczęście wynikające z samego podróżowania, przemieszczania się. Jest tu biednie, trzeba to podkreślić, ale to ubóstwo ma w sobie coś... literackiego, nie zostało pozbawione godności. Człowiek nim naznaczony pomaga drugiemu człowiekowi. 

 

Spotkałem w Dominikanie wielu szoferów, lecz tylko David znał na pamięć prawie każdy kawałek puszczany w radio, czy była to bachata, merengue, reggaeton czy salsa. Podśpiewywał sobie, wtórował, wyciągał własne linie wokalne. Gdzieś między wioską Colonia Juancho a Oviedo w prowincji Pedernales, w drodze na dominikańskie Głębokie Południe – El Sur Profundo, odkrywałem nowe wersje znanych piosenek w aranżacjach rozśpiewanego (i zdolnego!) kierowcy. 

 

W podróży, jak wiadomo, należy próbować przede wszystkim tego, co lokalne: owoców, dań, trunków. Warto też zabrać do domu coś miejscowego, a przy okazji wesprzeć ludzi, którzy wkładają w swoją pracę zarówno wysiłek i serce, jak i talent, np. kulinarny. Między Paraíso a Barahoną znajduje się miasteczko La Ciénaga, gdzie działa spółdzielnia De Mí Siembra – w tłumaczeniu na polski Z Mojego Zbioru. Już przy jej bramie wjazdowej bujnie i zapraszająco rozkwita drzewo guanábana (flaszowiec miękkociernisty). Pracujące tu kobiety produkują fantastyczne marmolady o smaku guanábany, mango, gwajawy, marakui z bananem i gorzkiej pomarańczy. Wyroby te idealnie pasują do świeżych polskich drożdżówek popijanych wyśmienitą dominikańską kawą (najlepiej Café Santo Domingo).

 

Dominikana jest fascynującym tropikalnym krajem. Od lat w kampaniach promocyjnych tutejszego Ministerstwa Turystyki pojawia się hasło: República Dominicana, lo tiene todo („Republika Dominikańska ma wszystko”). Nie doszukamy się w nim przesady. Obłędna przyroda, zmieniające się krajobrazy, 500-letnie mury, ciekawa kultura, wspaniali ludzie i ich historie, znakomity rum i rozpierająca każdego karaibska energia – tego trzeba się tu spodziewać. Włóczęga po Dominikanie będzie zawsze pełną wrażeń przygodą.

 

GWADELUPA

PRZY SZKLANECZCE RUMU

Gwadelupa jest zamorskim departamentem Francji, czyli częścią Unii Europejskiej (jej regionem peryferyjnym). Polak może się więc do niej dostać za okazaniem… dowodu osobistego. Połączenie lotnicze z lotniska Paryż-Orly ma status lotu krajowego. Dwie główne gwadelupskie wyspy, położone bardzo blisko siebie, wyglądają jak motyl, który wyrwał się z siatki zapalonego entomologa i z tego powodu nieco uszkodził skrzydła. Jedno z nich, zachodnie, nazywa się Basse-Terre, drugie, wschodnie, to Grande-Terre. Dzieli je jedynie odległość mostu, przerzuconego nad wąską, naturalną cieśniną zwaną Rivière Salée, czyli Słoną Rzeką. Można na nich spędzać czas w rozmaity sposób: uprawiać trekking, degustować świeże kakao lub leniuchować na rajskich plażach. Ja jednak skusiłbym się na wyprawę na mniejsze gwadelupskie wyspy (Marie-Galante, La Désirade czy Les Saintes). Co prawda plażowaniem nudzę się bardzo szybko, lecz gdyby kazano mi leżakować na miałkim piasku w kolorze mąki kukurydzianej, wybrałbym bez wahania morski brzeg w Capesterre na Marie-Galante (Capesterre-de-Marie-Galante).

 

Gwadelupę zwano przed wojażami Krzysztofa Kolumba Karukerą. Rdzenni mieszkańcy widzieli w niej ponoć „wyspę pięknych wód”. Zapewne chodziło w tym przypadku o wodospady – ich łoskot słyszano na statkach nawet w sporej odległości od wybrzeży. Kroniki podają, że przybysze z Europy wypatrzyli tu mnóstwo niezwykłych owoców, których sok wiele lat później stał się jednym z głównych składników koktajlu piña colada. Ananasy, bo o nich mowa, przypominały im przerośnięte, niedojrzałe szyszki rosnące na krzakach podobnych do aloesu. Nazwę Marie-Galante (hiszp. Marigalante) nadał tutejszej wyspie Krzysztof Kolumb (1451–1506), gdyż tak ochrzczono jego flagowy okręt, na którym wyruszył we wrześniu 1493 r. na drugą wyprawę do Nowego Świata. Odkrywca wylądował na niej prawdopodobnie od strony południowo-zachodniej, gdzie zakotwiczył i zszedł na ląd blisko dzisiejszego miasteczka Grand-Bourg, witającego dzisiaj przybyszów fantazyjnym muralem. Na intrygującej i płaskiej jak naleśnik Marie-Galante wciąż uprawia się na dużą skalę trzcinę cukrową. Dawniej, aby wytłoczyć z jej łodyg sok, używano kół młyńskich, do których zaprzęgano woły. Duch postępu usprawnił metody produkcji i później to samo robiły młyny napędzane wiatrem lub parą. Słodkawy, mętny sok fermentował, zmieniając się w białe złoto, czyli cukier, albo tzw. rum rolniczy – rhum agricole. Zdarzyło mi się radośnie ściskać w dłoniach wytwory lokalnych destylarni – butelki z rumem Bielle, Père Labat czy Bellevue. Ten rodzaj trunku cechuje aromat niezwykle wyrazisty. Smakiem różni się on od rumów destylowanych z melasy. Łatwo zatracić się w rumowych koktajlach Ti’ Punch (Mały Poncz). Rhum agricole jest mocny (co najmniej 40 proc. alkoholu, a zazwyczaj 59 proc.). Klientowi podaje się go w butelce na jego własną odpowiedzialność – każdy pijący dozuje sobie ognisty trunek wedle gustu. Potem doprawia się go limonką i szczyptą brązowego cukru i chłodzi kostką lodu. Planowanie, że na Gwadelupie będzie się stronić od alkoholu, nie ma sensu. Dobrego rumu jest na niej za dużo i za szybko łamie on silną wolę.

Plaża Feuillère w Capesterre na Marie­Galante wygląda niczym fragment utraconego przez ludzi raju

© MARCINWESOŁY/WWW.CARIBEYA.PL

GRENADA

WYSPA KORZENNA

Grenada to jedyny kraj w regionie, który dumnie prezentuje na swojej fladze... przyprawę. Poziomem finezji mogłaby jej dorównać co najwyżej Dominika, bo jej flagę zdobi... amazonka cesarska (Amazona imperialis). Tą intrygującą przyprawą jest gałka muszkatołowa, której aromat, rozbudzający marzenia o dalekich, egzotycznych lądach, pamiętamy jeszcze z babcinych piernikowych wypieków. Niewielka Grenada plasuje się w czołówce światowych eksporterów nasion muszkatołowca, a także cynamonu, goździków, imbiru i ziela angielskiego, co sprawia, że wizyta tutaj jawi się jako fascynująca podróż do krainy zapachów niesionych orzeźwiającą karaibską bryzą. 

 

Kroniki podają, że Krzysztof Kolumb ujrzał główną wyspę dzisiejszego kraju w sierpniu 1498 r. podczas trzeciej wyprawy do Nowego Świata (i nazwał ją Concepción), ale nie istnieją dowody na to, że na niej wylądował. Hiszpanie nigdy się w tym miejscu nie osiedlili, a kolonizacja udała się dopiero francuskim osadnikom w połowie XVII w. Przez dziesięciolecia opór stawiali tu Karaibowie, którym dodatkowo przypisuje się praktykowanie ludożerstwa. Potem (w drugiej połowie XVIII stulecia) Grenada trafiła w ręce Brytyjczyków. Niepodległość uzyskała w 1974 r. W październiku 1983 r. wojska USA wysłane przez prezydenta Ronalda Reagana (1911–2004) wylądowały na niej z misją powstrzymania radykalnych ruchów lewicowych w regionie. We wrześniu 2004 r. Grenady nie oszczędził huragan Ivan. Za to w 2007 r. wspólnie z kilkoma karaibskimi sąsiadami gościła ona spotkania Mistrzostw Świata w Krykiecie – mającej długą tradycję grze drużynowej, rozgrzewającej fanów zwłaszcza w byłych koloniach brytyjskich. 

 

Główną siłę ekonomiczną tego kraju, niestety borykającego się z dużym zadłużeniem, stanowi rozwój turystyki. Szczęśliwie wybrzeże Grenady wypełniają idylliczne plaże. Jedna z nich, licząca 3 km Grand Anse, położona w okolicy stołecznego miasta St. George’s, należy do najpiękniejszych na świecie i regularnie trafia do czołówki rozmaitych rankingów. Skarbem Grenady są również ukryte wśród bujnej zielonej roślinności zjawiskowe wodospady, np. Annandale, Concord, Seven Sisters albo Tufton Hall i Royal Mount Carmel. Realizuje się tu też liczne projekty ekoturystyczne, jak choćby zainicjowana w 2014 r. interesująca impreza Grenada Chocolate Fest (najbliższa jej edycja odbędzie się w terminie od 1 do 6 maja 2020 r.), podczas której turyści mogą odwiedzić usytuowane w lasach deszczowych plantacje kakaowców sięgające swoją historią początków XX w. Mieszkańcy kraju to w większości potomkowie francuskich kolonistów, afrykańskich niewolników i imigrantów z Indii. Wpływy przywiezionych przez nich kultur przejawiają się w architekturze, języku, szeroko pojętej sztuce i kuchni. Niezwykle popularnym daniem jest aromatyczny jednogarnkowy gulasz oil down z owoców chlebowca, solonego mięsa, kurczaka, pierożków i rozmaitej zieleniny, duszony w mleku kokosowym z mnóstwem ziół i przypraw. Jego nazwa, czyli „olej na dół”, wzięła się stąd, że mleko kokosowe podczas gotowania odparowuje, w wyniku czego oddziela się tłuszcz. Nie istnieje uniwersalny przepis na tę potrawę. Każda rodzina, uliczna garkuchnia, bar czy restauracja przyrządza ją wedle swoich preferencji.

 

DOMINIKA

TROPEM PIRATÓW

W kwietniu i maju 2005 r. na położnej w archipelagu Małych Antyli (w grupie Wysp Nawietrznych) Dominice, okazałej i pięknej wyspie, zasnutej lasem deszczowym, rozpanoszyła się ekipa kręcąca amerykański film Piraci z Karaibów: Skrzynia umarlaka. Pogoda dopisała, a aktorzy, z Johnnym Deppem, Orlandem Bloomem i Keirą Knightley na czele, oraz statyści odegrali wspaniale swoje role. Nie było to łatwe w parnym tropiku – musieli nosić stroje z epoki, pełne makijaże i piracki ekwipunek. Ta hollywoodzka produkcja stanowi poniekąd efektowną kampanię promocyjną wyspy, bo ukazuje jej niebywałe przyrodnicze i krajobrazowe bogactwo. Dominika pozostaje nadal Karaibami nienaruszonymi, miejscami dzikimi i tajemniczymi. Filmowcy doskonale wiedzieli, gdzie powinni się udać. 

 

Wiele scen zapierających dech w piersiach pod względem wizualnym nakręcono w oszałamiających plenerach w okolicy miasta Portsmouth, dawnej stolicy wyspy (w 1760 r.), na Indiańskiej Rzece (Indian River). Ci, którzy widzieli film, na pewno pamiętają zamglone czeluście bagiennych rozlewisk, gdzie urzędowała zagadkowa (i do tego całkiem seksowna!) wiedźma Tia Dalma (grana przez Naomie Harris). Wyprawa po Indian River jest „miniaturą amazońskiej przygody”, jak miał powiedzieć znany tutejszy historyk i polityk Lennox Honychurch, piewca urody Dominiki, popularyzator jej bogatych dziejów, jeden z najbardziej prominentnych obywateli tego kraju. We wrześniu 2017 r. wyspę spotkała ogromna tragedia. Nad tym kawałkiem karaibskiego raju, wciśniętym między Gwadelupę a Martynikę, rozpętało się piekło huraganu Maria. Straty były ogromne i odbudowa kraju jeszcze potrwa. Jednak ludzie są tu silni. Trudno ich złamać. Starsi pamiętają jeszcze huragan David z końca sierpnia 1979 r. Wówczas także było ciężko, lecz Dominika się nie poddała. Teraz też powoli się odradza. Warto dać jej szansę i odkryć niewymowny urok takich miejsc jak Soufrière, Scotts Head, Pointe Michel, Roseau (15-tysięczna stolica kraju), Castle Bruce, wspomniane już miasto Portsmouth czy Calibishie oraz Terytorium Karaibów (znane również pod nazwą Rezerwat Karaibów lub Terytorium Kalinago).

 

SAINT LUCIA

FIGA Z RYBĄ

Pierwszymi Europejczykami, którzy po zawarciu paktu z Karaibami osiedlili się na stałe na Saint Lucii (Świętej Łucji), byli Francuzi (wcześniej przed nimi, w 1605 r., pojawili się na wyspie Brytyjczycy, ale szybko zostali zmuszeni do jej opuszczenia). Miejscowi zwali ją wówczas Hewanorrą (Ioüanalao), co ponoć odnosiło się do dużej liczby występujących na niej legwanów. Dziś przypomina o tym nazwa międzynarodowego portu lotniczego (Hewanorra International Airport – UVF) działającego na południu Saint Lucii (obok miasta Vieux Fort). Przez długi czas o kontrolę nad wyspą walczyli ze sobą Francuzi i Brytyjczycy. W 1814 r. ostatecznie zwyciężyli ci ostatni. I jedni, i drudzy czerpali olbrzymie korzyści z uprawy trzciny cukrowej, a do ciężkiej pracy na plantacjach wykorzystywali niewolników. Po ostatecznym zniesieniu niewolnictwa, co nastąpiło 1 sierpnia 1834 r., okazało się, że mieszkańców pochodzenia afrykańskiego jest znacznie więcej niż tych z korzeniami europejskimi. W 1979 r. Saint Lucia stała się niepodległa. 

 

W kulturze wyspy łączą się ze sobą elementy afrykańskich, francuskich i brytyjskich zwyczajów i tradycji. Co roku w maju odbywa się Saint Lucia Jazz & Arts Festival (w 2020 r. według wstępnych planów zostanie zorganizowany w dniach od 2 do 10 maja), przyciągający artystów i melomanów z całego świata. Poza muzyką wydarzenie to prezentuje też m.in. sztuki wizualne czy lokalną kuchnię. Z Saint Lucii pochodzą także dwaj laureaci Nagrody Nobla. Są nimi zmarły w 1991 r. ekonomista Arthur Lewis (1979 r.) i wspomniany literat Derek Walcott (1992 r.), którego twórczość pełną karaibskich odniesień poznaliśmy w Polsce dzięki antologii wierszy Mapa Nowego Świata.

 

Kto dotrze na tę czarującą wyspę, skojarzy zapewne bez problemu, dlaczego na fladze państwa widnieją dwa trójkąty – duży i mały, wyłaniające się z tła w kolorze rajskiej laguny. Na południowym zachodzie oczom przybyszy ukazują się dwa sięgające nieba stożki pokryte soczystą, tropikalną zielenią – Gros Piton (ok. 771 m n.p.m.) i Petit Piton (743 m n.p.m.). W 2004 r. te położone w okolicy miasta Soufrière (założonej przez Francuzów w XVIII stuleciu pierwszej stolicy Saint Lucii) cuda natury wpisano na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Oba wulkaniczne szczyty stanowią ogromną atrakcję dla aktywnych turystów, choć większą popularnością cieszy się ten wyższy, a to ze względu na fakt, że zdobycie go nie wymaga korzystania ze specjalistycznego sprzętu. Cała wyprawa (przejście trasy w obie strony) zajmuje mniej więcej 5–6 godz. Ten, kto wybierze się na Petit Piton, przy dobrej widoczności dostrzeże w oddali wyspy Dominika, Martynika, Barbados i Saint Vincent. Komu zabraknie siły i chęci, aby zostać alpinistą na Karaibach, może „zdobyć” oba szczyty w inny sposób – wychylając butelkę lodowatego lokalnego piwa Piton, na którego etykiecie widnieją. Warto też spróbować, choćby na bazarze w Castries, stolicy kraju, narodowego dania green fig and salt fish z gotowanych zielonych bananów (zwanych tu zielonymi figami) i solonej ryby (np. dorsza) duszonej z cebulą, papryką, tymiankiem i innymi aromatycznymi przyprawami. Często podaje się do niego sałatkę z ogórków lub sałaty oraz pomidora i awokado. Poza tym z rozmaitych rosnących na Saint Lucii owoców (od mango po karambole) wyciska się orzeźwiające soki.

 

Większość turystów odwiedza wyspę w trakcie rejsu ogromnymi, luksusowymi statkami wycieczkowymi, zawijającymi do wielu portów karaibskich. Po przybiciu do brzegu spędzają leniwie czas w Castries, Marigot Bay lub Rodney Bay. Bardziej wymagające osoby dotrą z pewnością do Sulphur Springs koło Soufrière, gorących źródeł buchających parą o zapachu... zepsutych jaj. To specyficzne miejsce otrzymało równie osobliwą nazwę – drive-in volcano, czyli „wulkan, do którego da się wjechać”. Poniżej poziomu źródeł, gdzie temperatura wody nieco spada (choć wciąż wynosi ok. 45°C), śmiałkowie mogą zażywać kąpieli błotnych, mających ponoć właściwości lecznicze.

 

WENEZUELA 

PRAWDZIWA PERŁA

Serce na Karaibach można zostawić nie tylko na Wielkich bądź Małych Antylach. Najlepszym na to przykładem są wyspy Margarita, Coche i Cubagua tworzące wspólnie wyjątkowy wenezuelski stan o nazwie Nueva Esparta. Blisko wybrzeża Wenezueli (mniej więcej 130 km na północ od portowego miasta La Guaira) leży także porywający archipelag Los Roques, szczycący się największymi rafami koralowymi na Karaibach (o łącznej powierzchni aż 1,5 tys. km²!). 

 

Margarita została odkryta przez Krzysztofa Kolumba 15 sierpnia 1498 r. w czasie jego trzeciej wyprawy. Nazwał ją La Asunción, gdyż w tym dniu przypadało święto Wniebowzięcia Najświętszej Marii Panny. Później została przemianowana na Margaritę z powodu dużych ilości pereł znajdowanych w jej pobliżu (Margarita to żeńskie imię pochodzące od greckiego słowa margaritari oznaczającego perłę). Niezmiernie zróżnicowana pod względem krajobrazowym wyspa dostarcza wielu niezapomnianych wrażeń miłośnikom dzikiej przyrody. Zadziwia ogromną różnorodnością występującej na niej fauny. Spotyka się tu rozmaite zwierzęta: od pochodzącego stąd mulaka (Odocoileus margaritae, hiszp. venado enano de Margarita), przez będącą symbolem Margarity przepięknie ubarwioną amazonkę wenezuelską (podgatunek Amazona barbadensis rothschildi, hiszp. cotorra margariteña), po legwana zielonego (Iguana iguana, hiszp. iguana verde). Niestety wiele gatunków jest zagrożonych wyginięciem, jak choćby wspomniany legwan, którego populacja drastycznie zmalała wskutek polowań (nie brakuje bezwzględnych smakoszy jaj i mięsa tego majestatycznego gada). Na wyspie występuje również guacharaca, czyli czakalaka rdzaworzytna (podgatunek Ortalis ruficauda ruficauda). Hiszpańska nazwa tego ptaka nawiązuje do dźwięku, jaki w okresie godowym wydaje samica. Przypomina on brzmienie instrumentu guacharaca – kluczowego dla gatunku muzycznego vallenato, pochodzącego z karaibskiego wybrzeża Kolumbii.

 

Ciekawostkę przyrodniczą, tym razem dotyczącą flory, stanowi fakt, że na wyspie rośnie wiele okazów niezwykle toksycznego i niebezpiecznego drzewa manzanilla de la muerte – „jabłuszko śmierci” (Hippomane mancinella). Tę roślinę spotyka się też w innych miejscach w regionie, od Gwadelupy po Florydę. Kontakt z jakąkolwiek częścią tego drzewa może okazać się fatalny w skutkach. Sok wypływający z pnia jest tak trujący, że powoduje powstawanie wysypki i pęcherzy na skórze, a zaaplikowany na oczy potrafi spowodować ślepotę. Nie warto także chronić się pod tym drzewem w czasie deszczu.

 

Margarita, nazywana słusznie Perłą Karaibów (hiszp. Perla del Caribe), stanowi jedną z najważniejszych atrakcji turystycznych w Wenezueli, choć ostatnio bywa rzadziej odwiedzana przez turystów z Europy ze względu na ogromną zapaść ekonomiczną kraju i jego polityczną niestabilność. Jednak wielbiciele surfingu, wind- i kitesurfingu, nurkowania, żeglarstwa i innych sportów wodnych mogą na niej liczyć na doskonałe warunki pogodowe i odpowiednią infrastrukturę. Wyspa przyciąga również zabytkowymi kolonialnymi miastami, takimi jak La Asunción (stolica stanu), oraz wiekowymi hiszpańskimi fortyfikacjami (m.in. Castillo Santa Rosa, Castillo San Carlos de Borromeo czy Fortín La Galera).

 

MEKSYK

PO MEKSYKAŃSKU

Turyści lądujący w meksykańskim Cancún na półwyspie Jukatan marzą zwykle o błogim wypoczynku w luksusowych kurortach z bogatą ofertą all inclusive. Zaciekawiają ich też malownicze ruiny prekolumbijskiego miasta Majów Tulum. Jednak w pakiecie wakacyjnym otrzymują znacznie więcej. Z jednej strony dostają sam barwny Meksyk z archeologicznymi skarbami i szalonymi kulinarnymi rozmaitościami, a z drugiej – Karaiby rozkołysane gorącymi rytmami, rozweselone rumem, odzwierciedlające wyobrażenia o ziemskim raju. 

 

Kilka mil od wybrzeża Jukatanu, tam, gdzie wody Zatoki Meksykańskiej łączą się z Morzem Karaibskim, leży niewielka Wyspa Kobiet – Isla Mujeres (mająca 4,22 km² powierzchni i 13 tys. mieszkańców). W 1517 r. odkrył ją dla Starego Świata hiszpański konkwistador Francisco Hernández de Córdoba (ok. 1467–1517). Przed podbojami Europejczyków stanowiła miejsce kultu, gdzie czczono Ixchel (Ix Chel), majańską boginię, opiekunkę wszystkiego, co kobiece, patronkę miłości, płodności, macierzyństwa, medycyny i tkactwa. Każda młoda dziewczyna zmierzająca ku dorosłości miała obowiązek odbyć tu pielgrzymkę w ramach obrzędu przejścia. Do Ixchel należała jedyna w uniwersum Majów wyrocznia, lecz wszelkie proroctwa mogły odnosić się tylko do spraw kobiet. Kiedy hiszpańscy zdobywcy dostrzegli na plażach wyspy mnóstwo porzuconych figurek ofiarnych o kobiecych kształtach, nadali jej adekwatną nazwę, funkcjonującą i obecnie. Ponoć temu przychylnemu żeńskiemu bóstwu zdarzało się również ujawniać swoją drugą, gniewną i bezlitosną naturę. Przypisywano mu wtedy np. rozpętywanie tropikalnej burzy. Ruiny majańskiego sanktuarium poświęconego Ixchel zachowały się na Punta Sur, przylądku położonym na południowym krańcu wyspy. Za to w jej centrum znajdują się pozostałości wytwornej hacjendy (Hacienda Mundaca), niegdyś należącej do Fermína Antonia Mundaca y Marecheaga (1825–1880), odkrywcy i najemnika pochodzenia baskijskiego, a także niechlubnej sławy handlarza, który podobno dorobił się fortuny na dostarczaniu niewolników z Afryki na Kubę, gdzie mieli pracować na plantacjach trzciny cukrowej. Obecnie tej turystycznej atrakcji przydałaby się gruntowna rewitalizacja, choć spacerującym po niej legwanom jej stan najwyraźniej nie przeszkadza.

 

Ciepłe i przejrzyste wody wokół Wyspy Kobiet przyciągają delfiny, w których towarzystwie można tu popływać (stanowi to lokalną rozrywkę), oraz żółwie morskie. Dla tych ostatnich stworzono specjalny ośrodek rehabilitacji i hodowli (Tortugranja), ponieważ ich populacja gwałtownie spadła z powodu polowań. Obiekt jest dostępny dla zwiedzających. Oprócz tego wyspa sąsiaduje z majestatycznymi rafami, zamieszkiwanymi przez bogatą morską faunę. Leżą one w granicach Parku Przyrodniczego Raf Garrafón (Parque Natural de Arrecifes Garrafón). W okolicy można uprawiać snorkeling i nurkowanie z akwalungiem lub popływać kajakiem. 

 

Gratką dla wędkarzy dalekomorskich, amatorów połowów sportowych i komercyjnych są pobliskie najlepsze na naszym globie łowiska do łapania żaglicy (Istiophorus platypterus), drugiej najszybciej pływającej ryby na świecie (osiągającej prędkość nawet 110 km/godz.), zaraz po ostronosie atlantyckim (rekinie ostronosym). Na wyspie znajduje się wiele punktów gastronomicznych, zarówno prostych barów, jak i droższych, ekskluzywnych restauracji, w których podaje się świeże owoce morza, przyrządzane według lokalnych, tradycyjnych przepisów. Oferta kulinarna jest niezmiernie szeroka – obejmuje różnorodne potrawy: od meksykańskich po tajskie czy żydowskie. Zdarzają się też oryginalne dania powstające zgodnie z dawnymi recepturami jukatańskimi lub wywodzące się z codziennego menu... Majów.

 

Kilkanaście kilometrów od jukatańskiego wybrzeża z klimatycznym miastem o dźwięcznej nazwie Playa del Carmen leży inna zachwycająca karaibska wyspa Meksyku – Cozumel. Jest płaska i utworzona z wapienia pochodzącego z rafy koralowej, w dużej części pokryta lasem namorzynowym. Żyje na niej blisko 30 endemicznych gatunków zwierząt, w tym szop karłowaty (Procyon pygmaeus, hiszp. mapache de Cozumel), którego, jak potwierdzają badania archeologiczne, znali już Majowie. Obecnie na Cozumel przybywają licznie entuzjaści nurkowania zwabieni wielkim bogactwem raf koralowych i zjawiskowym pięknem podwodnego świata. Z kolei doświadczeni nurkowie jaskiniowi wyruszają na eksplorację słynnych cenotów, czyli naturalnych studni krasowych, zasilanych wodami gruntowymi, utworzonych w skałach wapiennych. Znakomitym urozmaiceniem wizyty na wyspie będzie udział w lokalnym karnawale (Carnaval de Cozumel w 80-tysięcznym San Miguel de Cozumel), uznawanym za jeden z najstarszych (świętowanym od 1873 r.) i najbardziej reprezentatywnych dla Meksyku. Wyróżnienie to dzieli on z podobnymi fiestami z miast Veracruz, Mazatlán, Campeche, Mérida, Morelos, Tlaxcala i Oaxaca. Gorące rytmy i taneczne szaleństwo odzwierciedlają kulturę półwyspu Jukatan i Karaibów. Na Cozumel usytuowany jest również najbardziej wysunięty na wschód punkt kraju – Punta Molas.

Prekolumbijskie miasto Majów Tulum powstałe na 12 ­metrowym klifie muskanym przez turkusowe fale

 

ANTIGUA I BARBUDA

PLAŻE I FREGATY

Antigua i Barbuda to państwo, w którego granicach leżą dwie większe wyspy (Antigua i Barbuda) i mniejsze wysepki (np. Great Bird, Green, Guiana, Long czy Redonda). Znajduje się na północ od Gwadelupy, na północny wschód od Montserrat i na południowy wschód od Saint Kitts i Nevis. Ponoć Hiszpanie nie skolonizowali Antigui, bo brakowało na niej słodkiej wody oraz dawali im się we znaki agresywni Karaibowie. Krzysztof Kolumb ujrzał tę wyspę podczas swojej drugiej podróży do Nowego Świata w 1493 r. Ochrzcił ją na cześć Matki Boskiej z Antigui, do której w Katedrze w Sewilli (Catedral de Sevilla) modlili się marynarze proszący o pomyślne wiatry. W pierwszej połowie XVII w. osiedlili się tu Brytyjczycy (w 1632 r. na Antigui, a dopiero w 1685 r. na Barbudzie), aby kilka dekad później zacząć czerpać olbrzymie dochody z plantacji trzciny cukrowej prosperujących dzięki pracy niewolników przywiezionych z Afryki. Brytyjskie rządy trwały ponad trzy i pół wieku. Dzisiejsza stolica (jednocześnie największe miasto kraju, blisko 25-tysięczne), St. John’s, była wówczas główną bazą morską i wojskową w regionie. Potężne twierdze chroniły kluczowe zatoki i porty. Obecnie forty Barrington i James są dostępne dla zwiedzających. Antigua i Barbuda uzyskała niepodległość (w ramach Wspólnoty Narodów zrzeszającej dawne brytyjskie kolonie) w listopadzie 1981 r. Kultura tego wyspiarskiego kraju stanowi przede wszystkim mieszankę wpływów Afryki Zachodniej i Wielkiej Brytanii. Karnawał (Antigua’s Carnival) odbywający się co roku na przełomie lipca i sierpnia upamiętnia zniesienie niewolnictwa i sam w sobie jest atrakcją turystyczną.

 

Obie największe wyspy mają charakter nizinny, bardziej wapienny niż wulkaniczny. Są otoczone rafami, a ich linie brzegowe składają się z malowniczych plaż, lagun i naturalnych portów idealnych dla niezliczonych jachtów. Antigua szczyci się wybrzeżem z miałkim, białym piaskiem, oblewanym turkusową, krystalicznie czystą wodą. Nie pozostaje tu nic innego, jak oddać się błogiemu lenistwu z fantazyjnym koktajlem na bazie rumu English Harbour lub lokalnym piwem Wadadli (tak zwali wyspę jej rdzenni mieszkańcy, Arawakowie) w dłoni. 

 

Sugestywnym hasłem zachęcającym turystów do wizyty na Antigui jest to mówiące, że leży na niej 365 plaż, po jednej na każdy dzień roku. Z kolei Barbuda, znacznie spokojniejsza od swojej rozrywkowej siostry, zachęca do obcowania z dziką przyrodą, szczególnie osoby lubiące obserwować tropikalne ptaki w ich naturalnym środowisku. W rezerwacie Frigate Bird Sanctuary nad laguną Codrington znajduje się najliczniejsza na półkuli zachodniej kolonia lęgowa fregaty wielkiej (Fregata magnificens). Gardło ptaka zdobi niesamowity purpurowy worek z nagiej skóry, który gdy wypełni się powietrzem, przypomina rozpięty na wietrze żagiel. Niestety, we wrześniu 2017 r. większa część Barbudy została zniszczona przez huragan Irma. Prędkość wiatru sięgała 257 km/godz. Na skutek przejścia huraganu mocno ucierpiała zabudowa i infrastruktura wyspy oraz jej cenna przyroda.

 

Na Antigui znajdują się uprawy tzw. czarnego ananasa, bardzo słodkiego i soczystego. Dojrzała skóra owocu zachowuje ciemnozielony kolor – stąd wzięła się jego nazwa. Ananasy uprawiali tu w epoce prekolumbijskiej już Arawakowie, podobnie zresztą jak kukurydzę czy słodkie ziemniaki, odgrywające dziś w miejscowej kuchni bardzo ważną rolę. Popularnym daniem na wyspie jest ducana – rodzaj pieroga lub zawijanego naleśnika z tartych słodkich ziemniaków, z kokosem, cukrem, mleczkiem kokosowym, przyprawami i mąką. Masę zawija się w liście bananowe (albo kokkoloby) lub folię i gotuje do stwardnienia. Potrawę tę serwuje się np. z soloną bądź duszoną rybą (głównie dorszem, nazywanym tutaj bacalą) oraz porcją chop-up, czyli najczęściej siekanego szpinaku, bakłażana i okry (piżmianu jadalnego). W okresie świąt Bożego Narodzenia pija się Ponche Kuba Cream Liqueur – gęsty kremowy likier w kolorze jasnobrązowym, bardzo słodki i zawierający na ogół 9 proc. alkoholu.

 

JAMAJKA

„JAMAICA, NO PROBLEM!”

Jamajka uchodzi za esencję karaibskiego luzu, wyspę bajecznych plaż i zrelaksowanych mieszkańców, od których warto nauczyć się cennej sztuki spowolnienia. Kojarzy się z Bobem Marleyem (1945–1981) w typowym scenicznym transie, muzyką reggae i kulturą rastafarian, popalających grube skręty z marihuaną, których słodkawy zapach łatwo rozpoznać w różnych miejscach. Jeśli ktoś nie wie, jak powinien wyglądać standardowy joint, niech zerknie na okładkę Catch a Fire – piątego albumu studyjnego jamajskiego zespołu Bob Marley & The Wailers (wydanego w 1973 r.). Dzięki swojej olbrzymiej charyzmie ten dorastający w Trench Town, slumsach na przedmieściach Kingston, jamajskiej stolicy, Jamajczyk rozsławił małą karaibską wyspę (zajmującą powierzchnię blisko 11 tys. km²) na cały świat, wraz z jej płynącą z serca, rytmiczną, ogrzaną słońcem muzyką i niezmiernie barwnym dziedzictwem kulturowym. 

 

Niewielu kojarzy, że 3 grudnia 1976 r. Boba Marleya miały dosięgnąć kule zamachowców. Wtargnęli oni do jego domu przy Hope Road 56 w Kingston, gdzie mieściło się także studio nagraniowe, i oddali strzały do zgromadzonych w nim osób, lecz artyście udało się ujść z życiem. Kto wie, czy owa nadzieja (hope) w adresie zamieszkania nie okazała się wówczas prorocza. Ten nieudany zamach opisał Marlon James, gwiazda jamajskiej prozy. Jego błyskotliwą, będącą językowym majstersztykiem, ponad 700-stronnicową powieść Krótka historia siedmiu zabójstw możemy przeczytać po polsku dzięki genialnemu tłumaczeniu Roberta Sudoła. Na nasz język przetłumaczono jeszcze dwie inne powieści tego autora: Księga nocnych kobiet i Diabeł Urubu. 

 

Przy Hope Road 56 mieści się obecnie Muzeum Boba Marleya. Fani z całego świata mogą oglądać tu zdjęcia, plakaty z lat 70. XX w., płyty czy też fragmenty opraw scenicznych z jego koncertów. Dla ubogich, walczących o każdy grosz Jamajczyków ten artysta, syn mającego brytyjskie pochodzenie białego nadzorcy plantacji i ciemnoskórej piosenkarki z rodziny o muzycznych korzeniach, stanowi krzepiący duszę symbol niezwykłego awansu społecznego. Marley przez całe swoje życie, szczególnie to sceniczne, starał się dbać o los słabych i pokrzywdzonych, nigdy nie zapominał o najbiedniejszych i był orędownikiem praw czarnoskórych. Zmarł pokonany przez raka w maju 1981 r. Jego przesłanie przetrwało, a takie przeboje jak No Woman, No Cry, Get Up, Stand Up, Could You Be Loved, Is This Love czy Redemption Song (słynna Pieśń odkupienia zagrana pierwotnie w wersji akustycznej) rozbrzmiewają nadal w rozgłośniach radiowych na całym świecie i są chętnie wykonywane w nowych aranżacjach. Na Jamajce warto ruszyć szlakiem bogatej twórczości Boba Marleya, a po drodze posilić się typowo jamajskim daniem – jerk chicken. Obtoczone w przyprawach kawałki kurczaka marynuje się przez noc, a następnie piecze na grillu węglowym z dodatkiem drewna, co nadaje im wyrazisty dymny smak – charakterystyczny dla tej potrawy. Na koniec trzeba pomyśleć o porządnym odpoczynku. Najlepiej urozmaicić go sobie wyśmienitym koktajlem rum punch (ponczem na bazie rumu). Idealnym miejscem na zrelaksowanie się po podróży będzie jedna z oszałamiających karaibskich plaż w okolicy Negril lub Montego Bay. Trudną sztukę odpoczywania na pewno opanujemy bez problemu. W końcu to Jamajka, a to przecież magiczne, wyluzowane Karaiby!

 Bar w luksusowym resorcie Sandals negril, w którym można raczyć się koktajlami nad samym morzem

© SANDALS®NEGRIL

Artykuły wybrane losowo

Filipiny – kraina uśmiechniętych ludzi

ChocolateHills-3

© PHILIPPINE DEPARTMENT OF TOURISM

 

north luzon 23 highres

@ DAVID HETTICH/TOBIAS HAUSER

 

KINGA BIELEJEC

www.gadulec.me

 

Ten kraj, składający się z 7107 wysp, zamieszkuje niemal 104 mln osób. Stanowi on jedno z dwóch państw Azji, w których dominuje katolicyzm (drugim jest Timor Wschodni). Filipiny to wybuchowa mieszanka rajskich widoków, białego piasku, przezroczystej wody, aktywnych wulkanów, tarasów ryżowych i wiecznie zakorkowanych dużych miast. Tę krainę wesołych i niezwykle przyjaznych ludzi idealnie opisuje słowo „różnorodność”.

Więcej…

Jordania – serce Bliskiego Wschodu

 

Ad_Dier3.jpg

Petra – Ad-Dajr, czyli Klasztor, wykuta w skale budowla z I w. n.e.

© JORDAN TOURISM BOARD

Hanna Sobczuk


Siedzę na tarasie hotelu i popijam słodką arabską herbatę. Podziwiam rude od promieni zachodzącego słońca skały skrywające Petrę, słynne miasto Nabatejczyków. To tylko jeden z moich ulubionych obrazów w Jordanii, która wielu osobom wydaje się nudna, bo sądzą, że na pustyni nie można znaleźć żadnych atrakcji. Ja jednak uważam, że jest to jeden z najciekawszych i najbardziej ekscytujących krajów na świecie. Nieraz już urzekł mnie swoją różnorodnością, otwartością i gościnnością.

Więcej…

Rekordy Singapuru

JĘDRZEJ SAPTOWSKI

www.malyglobtroter.pl

 

<< Niewielka Republika Singapuru uzyskała niepodległość w 1965 r., aby wkrótce stać się jednym z azjatyckich tygrysów, niemal rokrocznie odnotowującym imponujące wzrosty gospodarcze. Dzięki stabilnym fundamentom ekonomicznym i rozwojowi całego regionu należy dziś do najważniejszych centrów finansowych na świecie. Poza tym zalicza się też do najzamożniejszych państw na naszym globie. >>

Ze względu na niewielkie terytorium (ok. 720 km² powierzchni) władze Singapuru od lat 70. XX w. wdrażają w życie nowoczesne koncepcje urbanistyczne. Znaczący budżet pozwala im na zatrudnianie światowej sławy architektów, wśród których znalazł się m.in. Polak Krystyn Olszewski (1921–2004). Jednocześnie dba się tu o zachowanie tożsamości lokalnych dzielnic (Little India czy Chinatown).

 

Taras na szczycie hotelu Marina Bay Sands

© Singapore Touris m Board /Andrew JK Tan

 

Singapur z racji swojego położenia na południowym krańcu Półwyspu Malajskiego sąsiaduje z Malezją i Indonezją. Stanowi więc świetną bazę wypadową na pobliskie wyspy, takie jak indonezyjskie Bintan i Batam w archipelagu Riau, uchodzące za raj dla kitesurferów i miłośników gry w golfa. Zapraszamy na krótką podróż śladami symboli rozkwitu tego wyjątkowego państwa-miasta.

 

NAJLEPSZE LOTNISKO ŚWIATA

Międzynarodowy Port Lotniczy Changi (Changi Airport) to dla większości turystów brama do Singapuru. Jest niczym dawne wrota starożytnych miast i świątyń, które miały za zadanie zadziwiać przekraczających ich progi. W 2018 r. został po raz szósty z rzędu nagrodzony tytułem Najlepszego lotniska świata (World’s Best Airport) w prestiżowym rankingu brytyjskiej firmy konsultingowej Skytrax. Co ważne, podstawę do tego wyróżnienia stanowią oceny osób odbywających tutaj loty.

Pierwsze, co rzuciło nam się w oczy, gdy zawitaliśmy do tego szóstego najruchliwszego międzynarodowego portu lotniczego na świecie (i drugiego w Azji!), który obsłużył w 2017 r. ponad 62 mln pasażerów z całego globu, to zieleń okalająca ściany terminalu przylotów oraz inne obiekty wewnątrz budynku. Poza tym na plus zaskoczyły nas szybka odprawa, doskonałe oznaczenia i bliskość wszystkich niezbędnych punktów, których poszukuje przybywający w nieznane miejsce turysta. Nie czuliśmy zagubienia czy niepewności. Wszystkie etapy podróży po wyjściu z samolotu przebiegały bezproblemowo, bez pośpiechu i opóźnień. Kiedy szliśmy po wygodnej wykładzinie, prostą i krótką drogą prowadzącą do stacji kolejki MRT (Mass Rapid Transit), którą mieliśmy dojechać do centrum, towarzyszyły nam tylko pozytywne emocje. Wszystkie zalety lotniska mogą w pełni docenić osoby spędzające na nim więcej czasu. Dzięki działającemu całą dobę kinu, basenowi, strefie relaksu, salonowi gier, placom zabaw dla dzieci, tematycznym ogrodom czy w końcu setkom sklepów najważniejszych światowych marek kolejne godziny oczekiwania mijają w tych komfortowych warunkach bardzo szybko.

W przyszłym roku (pod koniec marca) planowane jest otwarcie połączonego z terminalami 1, 2 i 3, wielkiego centrum handlowo-rozrywkowego Jewel. Wiszące ogrody i najwyższy na świecie wodospad wewnątrz budynku (40-metrowy) to tylko dwa przykłady atrakcji, jakie znajdą się w tym wspaniałym, oszklonym obiekcie zaprojektowanym przez światowej sławy architekta Moshe Safdiego, autora m.in. koncepcji singapurskiego resortu Marina Bay Sands. Lotnisko Changi pełni również funkcję bazy Singapore Airlines, którym w 2018 r. nadano tytuł Najlepszych linii lotniczych świata (World’s Best Airline według Skytrax). Uruchomione przez tego przewoźnika w październiku br. połączenie pomiędzy Singapurem i Newark koło Nowego Jorku (15 344 km) jest obecnie najdłuższym dostępnym (niemal 19-godzinnym) bezpośrednim lotem komercyjnym.

 

Bussorah Mall – sklepy, restauracje i kawiarnie w dzielnicy muzułmańskiej Kampong Glam

© Singapore Touris m Board

 

HINDUSI I MUZUŁMANIE

Z portu lotniczego do centrum dotarliśmy w ciągu godziny kolejką MRT. Po drodze mieliśmy jedną przesiadkę na stacji Tanah Merah, polegającą na przejściu na drugą stronę peronu do pociągu East West Line, którym dojechaliśmy do Bugis, gdzie przesiedliśmy się znowu, aby dojechać do Little India. W tej hinduskiej dzielnicy, na którą miejscowi mówią Tekka, zarezerwowaliśmy wcześniej noclegi. Po Singapurze poruszaliśmy się zazwyczaj pieszo i pociągami MRT, ale świetnym i niedrogim rozwiązaniem są przejazdy oferowane przez firmy Uber lub Grab. Ze względu m.in. na horrendalne ceny samochodów ruch na tutejszych ulicach jest jak na metropolię bardzo przyjazny, a korzystanie z tego typu taksówek stanowi najszybszy sposób dotarcia do dalej położonych atrakcji.

Ponad 500 tys. Hindusów tworzy trzecią pod względem liczebności grupę narodowościową w tym kraju (po Chińczykach i Malajach). Dzielnicę Little India założyli pierwsi robotnicy przybywający z subkontynentu indyjskiego do Singapuru pod koniec XVIII w. Dystrykt jest niewielki i aby go zwiedzić, wystarczy dwugodzinna przechadzka. Do tego należy zarezerwować sobie nieco czasu na wizytę w jednej z wielu fantastycznych restauracji. Najbardziej znana tutejsza świątynia to poświęcona bogini Kali Sri Veeramakaliamman z 1881 r. Kolorowa budowla, wyglądająca z zewnątrz na niewielką, zaskakuje liczbą zaułków i nisz z wizerunkami hinduskich bóstw. Warto tutaj dotrzeć w trakcie odbywających się cztery razy dziennie modlitw. Podczas spaceru po okolicznych uliczkach zajrzeliśmy na dziedziniec ukończonego w 1910 r. meczetu Abdul Gaffoor (Masjid Abdul Gaffoor). Ta żółto-zielona budowla z wieloma minaretami i ornamentami stanowi przykład architektury łączącej w sobie wpływy mauretańskie, europejskie i południowoindyjskie. Wielobarwna zabudowa dzielnicy nie robi oszałamiającego wrażenia, ale wyróżnia ją spośród innych części państwa-miasta. Ci, którzy znają Indie, uznają, że jest tu wyjątkowo czysto. Osoby oceniające to miejsce z perspektywy Singapuru dostrzegą nieznośny bałagan. Jednak chyba dla wszystkich świetnym kulinarnym doświadczeniem będzie zapoznanie się z tutejszą kuchnią, którą gorąco polecamy.

Aby dostać się do Kampong Glam, położonej po drugiej stronie kanału Rochor dzielnicy muzułmańskiej, można przejechać dwie stacje pociągiem MRT (z Little India do Bugis), ale my proponujemy niedługi spacer i obserwowanie zmieniającego się otoczenia. Do serca dzielnicy prowadzi Arab Street, przekształcająca się z początkowo dużej arterii w znacznie węższą uliczkę otoczoną niską zabudową. Idąc wzdłuż licznych sklepów z tkaninami i dywanami, dochodzimy do skrzyżowania z Baghdad Street, przy której znajduje się wiele polecanych restauracji. Stąd jest już niedaleko do najbardziej rozpoznawalnego rejonu Kampong Glam, czyli deptaków Bussorah i Muscat leżących tuż przy największym singapurskim meczecie – Masjid Sultan. Otwarto go oficjalnie w grudniu 1929 r. w miejscu świątyni z pierwszej połowy XIX w. Co ciekawe, obecną, przykrytą złotymi kopułami budowlę zaprojektował architekt Denis Santry z firmy Swan and Maclaren, która opracowała koncepcję głównego budynku słynnego hotelu Raffles Singapore. Dzielnicę muzułmańską warto odwiedzić ze względu na jej niezliczone kafejki, restauracje i sklepy oraz panującą w niej wieczorami żywą i pełną różnorodności atmosferę.

 

OGRÓD POD KOPUŁĄ

W deszczowe popołudnie szybko przemknęliśmy przez Dragonfly Bridge i zielony park wokół Supertree Grove (Gardens by the Bay). Spiesząc się do Kwiatowej Kopuły (Flower Dome) na wyznaczoną godzinę, wskazaną na zakupionym przez internet bilecie, spoglądaliśmy na olbrzymich rozmiarów futurystyczne konstrukcje i zawieszoną nad naszymi głowami kładkę o długości 128 m (OCBC Skyway). Mieliśmy nieodparte wrażenie, że choć na superdrzewach posadzono niemal 163 tys. roślin z ponad 200 gatunków z całego świata, to nadal jest to struktura wykreślona na architektonicznych deskach, dla której środowisko naturalne stanowi jedynie daleką inspirację. Po drodze zaglądaliśmy do ogrodów malajskiego, chińskiego i indyjskiego, aż wreszcie dotarliśmy do górującej nad zielenią Flower Dome. Ta największa na świecie szklana cieplarnia (o powierzchni ponad 1,2 tys. km²!), wpisana w 2015 r. do Księgi rekordów Guinnessa, kryje tysiące gatunków roślin. Podzielono ją na kilka części, prezentujących roślinność charakterystyczną dla obszarów klimatycznych Morza Śródziemnego, Kalifornii, Australii, Ameryki Południowej i Afryki. Zobaczymy tu m.in. gaj oliwny, baobaby, sukulenty, a w strefie kwiatów – niezliczone gatunki storczyków. W ogrodzie stoi też wiele wykonanych z kwiatów, drewna i metalu ciekawych rzeźb i pomników. To miejsce bardzo popularne wśród turystów i trudno w nim niestety znaleźć chwilę spokoju, dlatego warto odwiedzić je w godzinach porannych.

Po wyjściu z Flower Dome przeszliśmy na drugą stronę niewielkiego zadaszonego dziedzińca, żeby zajrzeć do Mglistego Lasu (Cloud Forest). Wewnątrz tej również imponującej szklanej konstrukcji znajduje się 35-metrowy wodospad na sztucznej górze pokrytej tropikalną roślinnością. Pierwsze wrażenie jest niesamowite. Kaskadowo spadająca woda i niezliczone gatunki flory ogląda się przez lekką mgłę unoszącą się wokół. Podczas spaceru wiszącymi kładkami poprowadzonymi naokoło i wewnątrz zielonej konstrukcji można z bliska podziwiać np. orchidee czy rośliny mięsożerne. Na szczycie góry usytuowano Zaginiony Świat (Lost World) – obszar z roślinnością występującą na wysokości ok. 2000 m n.p.m. Roztacza się stąd także piękny widok na zatokę Marina (Marina Bay).

Do wieczornego muzyczno-świetlnego spektaklu Garden Rhapsody w okolicy superdrzew mieliśmy jeszcze trochę czasu, który ku radości dzieci spędziliśmy na położonym tuż obok wodnym placu zabaw. Bieganie z rówieśnikami między podświetlanymi strumieniami tak wciągnęło maluchy, że dopiero dalekie odgłosy muzyki uświadomiły nam rozpoczęcie się widowiska. Pokazy odbywają się codziennie o 19.45 i 20.45 i przyciągają tłumy widzów. Stojąc pod superdrzewami, obserwowaliśmy feerię barw, która wraz z muzyką tworzyła magiczną atmosferę. Trochę żałowaliśmy, że nie jesteśmy na położonej 22 m wyżej kładce (OCBC Skyway), bo widowisko musiało z niej wyglądać spektakularnie. Po zakończeniu spektaklu przeszliśmy rozpiętym tuż nad wodą drewnianym pomostem w stronę słynnej rzeźby Planet. Polecamy taki krótki, wieczorny spacer ze względu na niesamowity widok na oświetlony resort Marina Bay Sands kontrastujący z ciszą i spokojem panującymi wokół. Przez kilkadziesiąt minut minęło nas raptem kilka osób. W pobliskich Gardens by the Bay jest ponad 40 rzeźb stworzonych przez znanych artystów. Szczególnie zależało nam, żeby zobaczyć tę autorstwa Brytyjczyka Marca Quinna. To długa na 9 m i wysoka na 3 m figura z pomalowanego na biało brązu, przedstawiająca dziecko, syna twórcy, Lucasa. Wspierająca się jedynie na dłoni postać sprawia wrażenie wiszącej w powietrzu.

 

HOTEL Z INSTAGRAMA

Marina Bay Sands był w 2017 r. najczęściej fotografowanym obiektem hotelowym na świecie, którego zdjęcia pojawiały się w serwisie Instagram. Wyprzedził m.in. Bellagio czy MGM Grand z Las Vegas. Swoją popularność zawdzięcza niesamowitej architekturze oraz luksusowym warunkom i atrakcjom, które czekają na gości. Jednak na pewno głównym powodem tej sławy jest niemal już ikoniczny basen położony na tarasie Sands SkyPark (na 57. piętrze). Wśród ponad 80 restauracji, które znajdują się w kompleksie, warto wymienić „Waku Ghin”, uważaną za jedną z najlepszych w całej Azji i oznaczoną dwoma gwiazdkami Michelin, serwującą dania kuchni japońskiej i europejskiej. Poza tym działa tu również lokal Wolfganga Pucka „CUT” oraz zajmujące kilka pięter, luksusowe centrum handlowe zdobywające najlepsze oceny wśród odwiedzających je klientów – po przecinającym je kanale można pływać łódką. Całe założenie architektoniczne stało się jedną z wizytówek Singapuru. Zobaczymy je także w niejednej filmowej superprodukcji.

 

MUZEUM W KWIECIE LOTOSU

Do kompleksu Marina Bay Sands należy ArtScience Museum. Budynek zaprojektowany w kształcie kwiatu lotosu gości wiele wystaw czasowych, ale znajduje się w nim też stała ekspozycja Future World: Where Art Meets Science. Ze względu na dużą popularność muzeum wybraliśmy się do niego o poranku, aby jako jedni z pierwszych rozpocząć zwiedzanie.

Wizyta tu jest niesamowitym przeżyciem szczególnie dla dzieci. Kolejne pomieszczenia wprowadzają nas w świat kolorowych, świetlnych iluzji, w których uczestniczymy i które możemy kreować. Na wielkim na całą ścianę ekranie pojawiają się narysowane przed momentem na kartce przez zwiedzających i zeskanowane obrazki. W salach animowane rysunki poruszają się w takt muzyki i reagują na obecność gości. Są tutaj ogromne, świecące piłki do skakania, świetlny wodospad imitujący wodę czy w końcu pomieszczenie roziskrzone maleńkimi diodami LED umocowanymi na długich przewodach zwisających z sufitu i tworzących labirynt. Wszystko to zadziwia i sprawia wspaniałe wrażenie.

Po wyjściu z muzeum warto skierować się w stronę Helix Bridge, skąd z czterech punktów widokowych można podziwiać niesamowitą panoramę Singapuru. Ten przeznaczony dla pieszych most został zaprojektowany na wzór struktury DNA i w roku otwarcia (2010) zdobył główną nagrodę w kategorii transport na największym festiwalu architektury na świecie – World Architecture Festival. Konstrukcja wykonana ze stali i szkła prowadzi nas do trybun przy pływającej na wodach zatoki platformie, na której odbywają się najważniejsze wydarzenia w tym państwie-mieście. Wzdłuż widowni przejeżdżają również bolidy Formuły 1 w trakcie organizowanego rokrocznie Grand Prix Singapuru (na torze Marina Bay Street Circuit) – pierwszego w historii tych zawodów wyścigu rozgrywanego w nocy przy sztucznym oświetleniu. Tu także doszło do niechlubnego incydentu uważanego za największy skandal Formuły 1. W 2008 r. prowadzący bolid Renault Brazylijczyk Nelsinho Piquet na polecenie swojego zespołu rozbił samochód, umożliwiając w ten sposób uzyskanie dogodnej pozycji na torze swojemu partnerowi i późniejszemu triumfatorowi Hiszpanowi Fernandowi Alonso. Po drugiej stronie pobliskich mostów znajduje się najwyższy w Azji diabelski młyn (165 m) – Singapore Flyer. To kolejna atrakcja, która pozwala spojrzeć na państwo-miasto z góry.

Stąd Deptak Królowej Elżbiety (Queen Elizabeth Walk) doprowadził nas do przeprawy położonej przy ujściu rzeki Singapur. Wybudowany w 2015 r. Most Jubileuszowy (Jubilee Bridge) jest częścią pieszego traktu upamiętniającego uzyskanie niepodległości przez republikę. Szlak ten (o długości 8 km) łączy historię z nowoczesnością. Podczas spaceru można oglądać budynki i miejsca istotne z punktu widzenia rozwoju Singapuru. My dotarliśmy nim do Merliona, czyli tryskającej wodą statui przedstawiającej pół lwa, pół rybę. Postać tę zaprojektował brytyjski ichtiolog Alec Frederick Fraser-Brunner (1906–1986). Była ona wykorzystywana od 1964 do 1997 r. jako logo Singapore Tourism Board, a konsekwentnie prowadzone działania marketingowe utrwaliły ją w świadomości nie tylko Singapurczyków.

 

NOWOCZESNE ZOO

Aby dostać się do Singapore Zoo, najlepiej skorzystać z taksówki lub usług Ubera. Bilety w cenie 35 i 23 dolarów singapurskich (odpowiednio dla dorosłych i dzieci, czyli ok. 95 i 63 złotych) możemy kupić przez internet (wówczas są ze zniżką i kosztują 29,75 i 19,55 dolarów singapurskich) lub na miejscu. Przy wejściu otrzymaliśmy dokładną mapę ogrodu i ruszyliśmy ścieżką prowadzeni przez świetnie zaprojektowane drogowskazy – zamiast strzałek zakończone są one podobiznami zwierząt, do których wiodą.

Początkowo trasa wiła się wśród roślinności. Przechodziliśmy przez drewniane mostki i ścieżki. W oddali słychać było pokrzykiwania małp. Zgodnie z planem chcieliśmy zdążyć na pierwsze karmienie słoni, bo mogą w nim uczestniczyć goście. Wczesna pora i deszcz sprawiły, że mijaliśmy pojedynczych turystów, a gdy doszliśmy do małej, drewnianej widowni przed wielkim wybiegiem, towarzyszyło nam kilka osób i tyle samo opiekunów zwierząt. Dzieci trzymające w rękach koszyczki z pokarmem stały przy balustradzie. Podeszły pod nią trzy słonie, które chętnie wyciągały trąby, odbierały od maluchów banany i wykonywały polecenia opiekunów równocześnie przybliżających zwyczaje tego gatunku. Oczywiście, radości było co niemiara, a my mieliśmy poczucie, że zwierzęta znajdują się tu pod dużo lepszą opieką niż w cieszących się złą sławą miejscach z innych części Azji.

Ponieważ rozpadało się na dobre i zakończyła się pora karmienia, skierowaliśmy się w stronę amfiteatru, gdzie zaplanowano na 10.30 Splash Safari Show z udziałem uszanki kalifornijskiej. Pierwsze rzędy podczas pokazu zarezerwowane są dla miłośników wodnych atrakcji. Dzieci, lekko już zmoczone ciepłym deszczem, z chęcią wskoczyły na wybrane miejsca, żeby po chwili przemoczyć się zupełnie. Uszanka kalifornijska wykonywała polecenia treserki, co jakiś czas efektownie wskakiwała do przeszklonego basenu i rozpryskiwała wodę, ochlapując roześmianą widownię. Po pokazie mokrzy, ale jeszcze bardziej radośni odwiedzaliśmy kolejne wybiegi. Na szczęście przestało padać.

W zoo znajduje się powyżej 2,4 tys. zwierząt z ponad 300 gatunków, z których ok. 34 proc. to gatunki zagrożone. Ogród, ceniony wśród odwiedzających, ma także renomę placówki dbającej o najwyższe standardy opieki nad zwierzętami, prowadzi doskonałe programy edukacyjne, zapewnia leczenie weterynaryjne i realizuje projekty hodowlane. Łącznie zajmuje powierzchnię 26 ha, a odwiedza go rocznie mniej więcej 1,9 mln turystów. Z każdą godziną podczas naszej wizyty wzrastała liczba gości, ale teren zoo jest tak rozległy, że z łatwością znajdowaliśmy miejsca, w których w samotności podziwialiśmy zwierzęta. Ogromne wrażenie zrobił na nas spacerujący po wybiegu i prezentujący dostojną sylwetkę biały tygrys. Z kolei krążący kilka centymetrów za szklaną przegrodą gepard grzywiasty aż przestraszył dzieci swoim spojrzeniem. W ciszy obserwowaliśmy nieruchome żółwie olbrzymie. Uśmiech na naszych twarzach wywołały lemury i kameleony, hipopotamy karłowate czy pingwiny. W wielu miejscach zwierzęta są tu niemal na wyciągnięcie ręki. Bliskie obcowanie z przyrodą sprawiło nam niesamowitą frajdę, dlatego wszystkim gorąco polecamy singapurski ogród zoologiczny. Szczególnie że jego mieszkańcy mają naprawdę znakomitą opiekę. Po obejrzeniu większości zwierząt i całkowitym wysuszeniu ubrań dzieci znowu chciały się trochę ochłodzić i z radością wskoczyły pod strumienie na tutejszym wodnym placu zabaw.

 

AKWARIUM NA WYSPIE

W czerwcu 2018 r. oczy całego politycznego świata zwrócone były na niewielką wyspę Sentosa (ok. 5 km² powierzchni), gdzie w luksusowym, 5-gwiazdkowym hotelu Cappella Singapore doszło do historycznego spotkania amerykańskiego prezydenta Donalda Trumpa z przywódcą Korei Północnej Kim Dzong Unem. Oby podpisane porozumienie i wymiana grzeczności stały się zapowiedzią trwałych i rewolucyjnych zmian na Półwyspie Koreańskim, równych metamorfozie, jaką przeszła w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat wspomniana Sentosa.

Ten niewielki skrawek lądu był w trakcie II wojny światowej świadkiem udręki wielu australijskich i brytyjskich więźniów z usytuowanego tu japońskiego obozu jenieckiego. Dopiero po odzyskaniu niepodległości władze Singapuru zaplanowały utworzenie na Sentosie kurortu z luksusowymi hotelami i atrakcjami turystycznymi. Wybudowano kolejkę gondolową (Singapore Cable Car) oraz most łączący wyspy. Zaprojektowano sztuczne plaże i powstanie nowoczesnych kompleksów rozrywki. Hasło promujące Sentosę jako The State of Fun w pełni oddaje charakter tego miejsca.

Można się tutaj dostać samochodem, kolejką lub autobusem. My wybraliśmy autokar, który dowiózł nas na podziemny parking w okolicach parku rozrywki Universal Studios Singapore. Po wyjściu na powierzchnię przeszliśmy przez okrągły i otoczony restauracjami plac (The Bull Ring), na którym stoi wirujący globus – symbol wytwórni. W pobliżu znajdują się także drzewa z różnej wielkości lizakami. To obowiązkowy punkt na wykonanie pamiątkowego zdjęcia dla każdego rodzica z dziećmi.

Nasz cel stanowiło S.E.A. Aquarium, w którym mieszka powyżej 100 tys. morskich zwierząt reprezentujących ponad tysiąc gatunków. Kilka lat temu zostało ono uznane przez użytkowników serwisu TripAdvisor za jedno z trzech najlepszych akwariów w Azji. Maluchy po raz kolejny były wniebowzięte, a my również poczuliśmy się niemal jak w bajkowym świecie z polsko-brytyjskiego filmu familijnego Wodne dzieci. Ogromne przeszklone zbiorniki, w których toczyło się życie, zadziwiały i przyciągały jak magnes. Moglibyśmy wpatrywać się godzinami w mureny, płaszczki, skrzydlice, delfiny, setki meduz, ławice kolorowych rybek, wielkie i małe ośmiornice. Stojąc w szklanym tunelu, obserwowaliśmy pływające nad naszymi głowami kilkadziesiąt rekinów, które w porze karmienia szybko pałaszowały wrzucane przez obsługę sporych rozmiarów kąski. W każdej sali odnajdywaliśmy dokładne opisy zwierząt i żałowaliśmy, że z braku czasu nie możemy wziąć udziału w programach edukacyjnych organizowanych przez akwarium. Wyjątkową propozycją jest np. spędzenie nocy w Galerii Otwartego Oceanu (Open Ocean Gallery) połączone ze zdobywaniem wiedzy o zachowaniach tutejszych stworzeń po zmroku.

Oczywiście, kilkudniowy pobyt w tym kraju nie wystarczy, aby poznać wszystkie jego atrakcje. Gdy wyjeżdżaliśmy, mieliśmy przeświadczenie, że to doskonałe miejsce na azjatycką podróż z dziećmi. Jest tu oczywiście bardzo czysto i bezpiecznie, a bary i restauracje z różnorodną kuchnią ułatwiają znalezienie potraw odpowiednich dla naszych pociech. Singapur bije wiele rekordów. Bardzo wysoki poziom edukacji, stałe promowanie innowacyjnych rozwiązań, konsekwentnie prowadzona polityka rozwoju i współpraca z najważniejszymi ośrodkami naukowymi na świecie gwarantują, że wkrótce usłyszymy o kolejnych osiągnięciach tego niewielkiego państwa-miasta. Czy będą to architektoniczne, inżynieryjne, kulturalne czy informatyczne nowości? Nie jest wykluczone, że Singapurczycy zaskoczą w wielu dziedzinach swoją pomysłowością lub umiejętnym wykorzystaniem pomysłów zatrudnionych tutaj specjalistów.

 

Wydanie jesień-zima 2018