ZOFIA BLIŹNIAK

 

Kiedy turysta podróżujący po Meksyku nasyci się już widokiem piramid Majów i Azteków oraz złocistymi plażami Cancún i Playa del Carmen, nie powinien stracić okazji do poznania innego oblicza tego środkowoamerykańskiego kraju. Centralne stany Michoacán i Querétaro ukazują nam wyjątkową mieszankę kultur i ras. Odkryjemy tu prawdziwą duszę Meksyku.

Te oba stany łączy wiele – ich stolice, Morelię i Santiago de Querétaro, założyli Hiszpanie w pierwszej połowie XVI w., a kolonialne centra historyczne tych miast zostały wpisany na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Górzyste tereny i wioski indiańskie również składają się na obraz tego interesującego rejonu, który odegrał istotną rolę w dziejach Meksyku. 

 

To właśnie przez Michoacán i Querétaro (oraz stany Guanajuato, México, Jalisco, Aguascalientes, Coahuila i Chihuahua) przebiega duża część popularnego „Szlaku Wolności” – Ruta de la Libertad. Pokazuje on przebieg historycznej trasy, którą pokonał katolicki ksiądz i wojskowy Miguel Hidalgo y Costilla (1753–1811), przywódca meksykańskiego powstania narodowego przeciwko Hiszpanom, kierując się we wrześniu 1810 r. z miejscowości Dolores (dzisiaj Dolores Hidalgo) na północ kraju.  

 

Miasto z różowego kamienia

W stolicy stanu Michoacán, 600-tysięcznej Morelii (do 1828 r. znanej jako Valladolid), nazwanej tak na cześć urodzonego tutaj bohatera walk niepodległościowych José Maríi Morelosa (1765–1815), znajdziemy doskonale zachowane prawdziwe skarby kolonialnej architektury. To zabytkowe i niezmiernie atrakcyjne dla turystów miasto wyróżnia się także czystością oraz dużą liczbą pięknie utrzymanych placów, ogrodów i parków.

Zwiedzanie Morelii dobrze jest zacząć nietypowo, bo późnym wieczorem. Na Plaza de Armas, eleganckim placu tuż przy Katedrze, zbierają się grupy, które wyruszają następnie na niezapomnianą wycieczkę starymi uliczkami centrum historycznego, słuchając po drodze krwawych historii i romantycznych legend. Nie należy się dziwić, kiedy przewodnik przebrany za duchownego zapyta konspiracyjnym głosem, czy wśród uczestników zwiedzania znajdują się panny… Wyjaśni on nam potem, że w słynnej restauracji, a jednocześnie galerii i muzeum San Miguelito znajduje się „Kącik Starych Panien” (Rincón de Las Solteronas) – zgromadzone w nim figurki św. Antoniego pomagają podobno w szybkim zamążpójściu.

Całe centrum historyczne Morelii jest przepięknie oświetlone, ale na uwagę zasługuje przede wszystkim barokowo-neoklasycystyczna Katedra z dwiema wysokimi wieżami (66,8 m). Podziwiać w niej można m.in. monumentalne niemieckie organy (największe w Meksyku). Do urokliwego, pięknie podświetlonego akweduktu z XVIII w. dojdziemy kierując się na Fuente de las Tarascas przy Plaza Villalongín. Ta będąca symbolem miasta fontanna przedstawia trzy Indianki z plemienia Purépecha (Tarasków). Już w ciągu dnia warto przespacerować się stąd aleją (calzada) z kamienia prowadzącą do jednego z najpiękniej zdobionych kościołów w całym Meksyku – Santuario de Nuestra Señora de Guadalupe.

Resztę zabytków Morelii, zbudowanych w większości z różowego kamienia, można obejrzeć z przewodnikiem, ale samemu też nietrudno dotrzeć do położonych blisko siebie najciekawszych placówek muzealnych (choćby do fascynującego Muzeum Maski – Museo de la Máscara), świątyń i kompleksów klasztornych. Warto zajrzeć również do mieszczącej się w dawnym kościele jezuickim z XVII w. Biblioteki Publicznej oraz do dostojnego Colegio de San Nicolás de Hidalgo (dzisiejszy Uniwersytet), w którym uczyli się m.in. Morelos i Pascual Ortiz Rubio (1877–1963), prezydent Meksyku w latach 1930–1932 (zresztą obecny prezydent kraju – Felipe Calderón Hinojosa – także pochodzi z Morelii). Nie można przegapić też domu, gdzie urodził się Morelos (Casa Natal de Morelos). Obecnie znajduje się w nim muzeum poświęconego jego pamięci.

Jeżeli przyjechałeś do Morelii i nie spróbowałeś „gazpacho”, nie byłeś w Morelii – głosi znane miejscowe powiedzenie. Bez wątpienia wizyta w tym mieście jest niepełna, jeśli nie skosztuje się specjałów kuchni stanu Michoacán, często bazującej jeszcze na przepisach Indian Purépecha. Koniecznie trzeba też wybrać się na słynny targ słodyczy, który mieści się obok XVII-wiecznego Palacio Clavijero, dawnego kolegium jezuickiego. Po obowiązkowym spróbowaniu tradycyjnych ate (owoców kandyzowanych) i morelianas (pysznych tortilli o smaku kajmaku) możemy wybrać po prostu jakiś przysmak na chybił trafił (uważając tylko, żeby nie miał w sobie za dużo chili).

 

Magia Pátzcuaro

Zostawiamy za sobą różowe kamienie Morelii i jedziemy w stronę biało-czerwonych domów 60-tysięcznego Pátzcuaro… To tutaj właśnie, nad jeziorem o tej samej nazwie, odbywają się najpiękniejsze ceremonie związane ze Świętem Zmarłych, łączące tradycje Indian Purépecha z elementami wiary chrześcijańskiej. Podczas gdy tubylcy z zapalonymi świecami płyną ukwieconymi łodziami na wyspę Janitzio, turyści z całego świata pozostają na brzegu i podziwiają w pobliskich wioskach pieczołowicie przygotowane ołtarzyki. 2 listopada każdego roku Pátzcuaro przeżywa prawdziwy najazd gości… 

Jeśli chcemy zwiedzić wyspę Janitzio w spokoju, bez tłumów ludzi, warto wybrać się na nią innego dnia. Koniecznie trzeba wejść na punkt widokowy znajdujący się we wnętrzu 40-metrowego pomnika José Maríi Morelosa – umiejscowiono go w zaciśniętej pięści tego meksykańskiego bohatera narodowego. Można stąd podziwiać jezioro w całej okazałości, rybaków z wielkimi sieciami oraz malownicze wioski indiańskie, z których każda specjalizuje się w innym rodzaju rzemiosła. W przepięknym, kolonialnym Pátzcuaro kupimy wytwarzane w okolicy oryginalne rękodzieło artystyczne (w pełni warte swojej ceny). Jeżeli zaś, pogryzając słynne tutejsze nieve de pasta (rodzaj lodów), usłyszymy dźwięki muzyki wraz z charakterystycznym stukaniem, to znaczy, że trafiliśmy na pokaz pochodzącego z tradycji Purépecha humorystycznego Danza de los Viejitos, czyli „Tańca Staruszków”.

Pátzcuaro jest jednym z czterech „Magicznych Miasteczek” (Pueblos Mágicos) na terenie stanu Michoacán. Tytuł ten otrzymują od Sekretariatu Turystyki Meksyku (SECTUR) miejscowości, w których w szczególny sposób kultywowane są dawne tradycje indiańskie, słynące ze wspaniałych zabytków kolonialnych oraz interesujących świąt, jak również ważnych wydarzeń historycznych. Tego typu pueblos są naturalnie bardzo atrakcyjne dla turystów, a w całym kraju jest ich dzisiaj 45. Niedaleko od Pátzcuaro znajduje się 15-tysięczne miasteczko Santa Clara del Cobre, słynne z artystycznych wyrobów z miedzi, natomiast w Cuitzeo, położonym nieco na północ od Morelii, wznosi się doskonale zachowany klasztor augustiański z XVI w., a w niewielkiej, sympatycznej miejscowości Tlalpujahua (na granicy ze stanem México), która przez ponad trzy stulecia była bogatym centrum górnictwa złota i srebra, znajdziemy interesujące muzea oraz liczne zabytki. W tym ostatnim Pueblo Mágico możemy też podejrzeć z bliska, jak wygląda proces ręcznego wyrobu bombek.       

 

W stronę Querétaro

Michoacán jest ponad pięć razy większy niż Querétaro (ma 60 tys. km2 powierzchni), nic więc dziwnego, że lista miejsc, które warto tutaj zobaczyć, na szczęście dla turystów, nie należy do krótkich... Można zatem wyruszyć dalej z Morelii na południowy zachód, mijając po drodze drugie co do wielkości miasto w tym stanie – Uruapan (315 tys. mieszkańców), tzw. światową stolicę awokado. Warto stąd zboczyć do niewielkiego Angahuan, gdzie najlepiej widać księżycowy krajobraz, który pozostał po wybuchu wulkanu Paricutín w 1943 r. Na wybrzeżu Pacyfiku czekają na nas natomiast ładne, ciche plaże, a przede wszystkim pyszne jedzenie serwowane w nadmorskich restauracjach.   

Z Morelii można też jednak ruszyć w przeciwną stronę – na północny wschód. Podróżując w tym kierunku, zanim przekroczymy granicę z Querétaro, natrafimy na unikatowy Rezerwat Biosfery Motyla Monarcha (Reserva de la Biósfera Mariposa Monarca). Miejsce to zostało wpisane w 2008 r. na prestiżową Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Miliony pomarańczowych motyli pokonują tysiące kilometrów, żeby przezimować w wysoko położonych sosnowo-świerkowych lasach Meksyku. Tworzą tu całe kolonie – w zależności od roku od 8 do 12. Te piękne owady szczelnie pokrywające drzewa można podziwiać od października do marca w czterech tzw. sanktuariach, które są udostępnione do zwiedzania dla turystów: Sierra Chincua koło „Magicznego Miasteczka” Tlalpujahua, La Mesa, El Capulín i El Rosario. Poza tym w najbliższej okolicy zrelaksujemy się na łonie dziewiczej natury, wśród wspaniałych lasów, a także zadbamy o nasze zdrowie w Los Azufres – regionie bogatym w wody termalne o wysokiej zawartości soli i minerałów.

Luksusowe centra SPA oraz parki wodne znajdziemy również w pełnym legend 20-tysięcznym miasteczku Tequisquiapan, leżącym już w stanie Querétaro. Wyróżnia się ono też wspaniałą i doskonale zachowaną architekturą kolonialną. Co roku odbywa się tutaj na przełomie maja i czerwca Narodowy Jarmark Sera i Wina (Feria Nacional del Queso y el Vino), zakłócający spokojne życie mieszkańców i przyciągający zawsze kilkadziesiąt tysięcy turystów. Kierując się wyżej, na północ stanu, dotrzemy do La Peña de Bernal, olbrzymiego monolitu wyrastającego ponadzabytkowe Pueblo Mágico Bernal.

Na osoby lubiące ekoturystykę czekają pełne malowniczych wąwozów, rzek i wodospadów zielone góry Sierra Gorda. W ich południowej części natkniemy się na stanowiska archeologiczne. Miłośnicy historii wyruszą tu z pewnością na wędrówkę po pięciu misjach franciszkańskich z XVIII w., które wpisano w 2003 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. Stanowią one wyjątkowy przykład metysażu w sztuce. Misje w górach Sierra Gorda budowane były wprawdzie przez Indian, ale według europejskich planów, doszukać się więc w nich można elementów obu kultur. Zabytkowe, ponad 20-tysięczne miasteczko Jalpan de Serra, gdzie założono pierwszą misję, Sekretariat Turystyki Meksyku (SECTUR) wyróżnił również zaszczytnym tytułem Pueblo Mágico.

 

Miejsce skał

Querétaro uznane zostało w czerwcu 2011 r. za najpiękniejsze słowo w języku hiszpańskim. Zwyciężyło w plebiscycie zorganizowanym przez hiszpański Instytut Cervantesa z okazji tzw. Dnia E (El Día E), mającego być świętem wszystkich osób mówiących po hiszpańsku. Te słowo zaproponował do konkursu słynny meksykański aktor Gael García Bernal. Według większości źródeł, pochodzi ono z języka purépecha i oznacza „miejsce wielkich skał”. Santiago de Querétaro (popularnie nazywane po prostu Querétaro) to urzekające miasto, w którym mieszka obecnie 630 tys. ludzi. Jego walory turystyczne nie ustępują innym stolicom stanów. Poza tym jest to bezpieczna i niezatłoczona metropolia, przyjazna do zwiedzania. Harmonijnie łączy też piękną architekturę centrum historycznego z bardziej przemysłową częścią miasta.

Querétaro odegrało bardzo ważną rolę w historii Meksyku. To właśnie stąd za sprawą Doñii Josefy Ortiz de Domínguez, zwanej La Corregidora, przekazano sygnał do rozpoczęcia walki o niepodległość we wrześniu 1810 r. Tutaj też podpisano w lutym 1848 r. traktat pokojowy Guadalupe Hidalgo, w wyniku którego Meksyk stracił olbrzymią część swojego terytorium na rzecz Stanów Zjednoczonych. Mowa tu aż o 2 mln km2, m.in. obszarze dzisiejszych stanów Kalifornia, Nevada, Utah, Nowy Meksyk i Teksas! W Querétaro wreszcie zakończyło się w 1867 r. wraz z egzekucją cesarza Maksymiliana I Drugie Cesarstwo Meksyku.

Poznawanie miasta można rozpocząć od trzech punktów, które uważa się za jego symbole. Pierwszym z nich jest Cerro de las Campanas, czyli Wzgórze Dzwonów. To tutaj właśnie został rozstrzelany cesarz Maksymilian I. Drugim miejscem jest piękny i potężny akwedukt z XVIII w., którego monumentalne łuki ciągną się na długości 1300 m, a trzecim –Convento de la Santa Cruz, klasztor franciszkański o niezwykle ciekawej historii, pierwsze kolegium misjonarzy w Ameryce. Można w nim obejrzeć m.in. kwaterę główną, a następnie dwudniowe więzienie Maksymiliana I (po pojmaniu go w maju 1867 r.). Przewodnik opowie nam także o hodowanym tutaj w ogrodzie przez duchownych cudownym drzewie, które ma kolce w kształcie krzyża (El Árbol de las cruces).

Centralnym punktem miasta jest jednak XVIII-wieczny kościół i dawny klasztor św. Franciszka (templo y ex convento de San Francisco) z charakterystyczną wysoką wieżą. Obecnie zajmuje go Muzeum Regionalne, które prezentuje w swoich kilkunastu salach historię stanu Querétaro. Tuż obok mieści się ukwiecony park, popularne miejsce spotkań szukających wytchnienia mieszkańców.

Starymi uliczkami dochodzimy do Templo de Santa Clara i Templo de Santa Rosa de Viterbo, wspaniałych barokowych kościołów, w których wnętrzach nie sposób oderwać oczu od bogatych złoceń i kunsztownych konstrukcji. Wśród placówek muzealnych Santiago de Querétaro wyróżnia się Museo de Arte (Muzeum Sztuki), na pozór „zwyczajny” zabytkowy budynek, dawny klasztor św. Augustyna (ex convento de San Agustín). Jeśli jednak nie zajrzymy tutaj do środka, to nie odkryjemy prawdziwego skarbu – wielkiego, pięknego patio z barokowymi krużgankami oraz interesującej kolekcji malarstwa meksykańskiego.

Dobrym pomysłem jest odwiedzenie Querétaro w trakcie świąt Bożego Narodzenia. W kościołach odbywają się wówczas uroczyste pasterki, po ulicach jeżdżą wozy, na których dzieci odgrywają scenki z Biblii, a rozbawieni widzowie rzucają im cukierki i zabawki. Na pewno tutaj nie zmarzniemy, gdyż w grudniu klimat jest raczej łagodny (średnia temperatura minimalna to 7,7°C, a maksymalna – 23,8°C). Poza tym otwarte są liczne stragany z gorącą kukurydzą, ciepłymi napojami i słodyczami.

Którąkolwiek jednak porę roku wybierzemy, żeby odwiedzić te strony, Michoacán i Querétaro mają nam wiele do zaoferowania. Te dwa stany w szczególny sposób uświadamiają turystom, na czym opiera się społeczeństwo meksykańskie – na współistnieniu i mieszaniu się kultur, co stanowi o niezwykłym bogactwie tradycji i historii Meksyku.

 


 

Artykuły wybrane losowo

Zanurz się w kulturze na pograniczu Węgier i Austrii

Noémi Petneki

 

Po obu stronach granicy austriacko-węgierskiej i wzdłuż brzegów jeziora Nezyderskiego rozciąga się ten sam region. Dzisiejszy Burgenland (po węgiersku Őrvidék), najbardziej wysunięty na wschód i najmłodszy kraj związkowy Austrii, od XII w. był częścią historycznego Królestwa Węgier, które od XVI stulecia (po bitwie z Turkami pod Mohaczem w 1526 r.) dostało się pod panowanie Habsburgów i Cesarstwa Austriackiego. Dziś, po obaleniu żelaznej kurtyny i wstąpieniu Węgier do Unii Europejskiej w 2004 r., znów (jak za czasów Monarchii Austro-Węgierskiej) praktycznie nie zauważamy, kiedy przejeżdżamy tutaj przez granicę. Węgrzy (nasi bratankowie) i Austriacy nazywają siebie szwagrami – w ten sposób wszyscy jesteśmy ze sobą trochę spowinowaceni…

Więcej…

Japońska droga do doskonałości

VICTOR BORSUK

www.victorborsuk.com

 

<< O Japonii marzyłem już od dziecka. Zaczęło się od japońskiej kreskówki „Dragon Ball” (powstałej na podstawie mangi Akiry Toriyamy), którą oglądałem na kanale telewizyjnym RTL 7. Z pewnością zresztą nie tylko ja nie mogłem się zawsze doczekać godziny 15.00, kiedy to emitowano kolejny odcinek. Gdy myślę o tym wspomnieniu, wydaje mi się całkiem zabawne, że fascynacja często zaczyna się od tak prostych przyjemności, które zaszczepiają w umyśle dziecka pozytywne skojarzenia. >>

 

Góra Fudżi i pagoda Chureito z 1963 r. znajdująca się koło jeziora Kawaguchi

©© FUJIYOSHIDA CITY/JNTO

 

Ten serial animowany zainspirował mnie do zmiany, zacząłem chcieć ciągle się rozwijać. Jego bohaterzy przez setki odcinków ćwiczyli, trenowali, walczyli z najeźdźcami z wszechświata i bronili naszej planety. Być może brzmi to mało oryginalnie, ale właśnie ta chęć nieustannego uczenia się, aby stale zwyciężać, nadała nowy sens mojemu życiu. Oczywiście, nie miałem w planach obrony świata, ale ciągłe stawanie się lepszą wersją siebie. Znakomicie oddaje to japońska praktyka ustawicznego doskonalenia się – kaizen (kai oznacza „zmiany”, a zen– „dobro”, „dobry”).

Kiedy byłem dzieckiem, nie do końca rozumiałem moją fascynację, ale szybko zapisałem się na treningi karate. Na zajęciach w lekkim rozkroku wyprowadzałem ciosy, licząc w języku japońskim (ichi, ni, san, shi…). Czułem dumę płynącą z tego, że wprowadzałem kulturę Japonii w swoje życie. Im więcej czytałem o Kraju Kwitnącej Wiśni, jego mieszkańcach, ich zwyczajach i kulcie pracy, tym bardziej byłem nim zafascynowany. Zrozumiałem, że nie będę mógł spać spokojnie, jeżeli w końcu się tam nie wybiorę. Zajęło mi to 17 lat. W tym czasie stosowałem na co dzień zasady kaizen, polegające na stawianiu małych kroków i nieustannym rozwoju.

 

 

SZUKANIE PASJI

W 14. roku życia zainteresowałem się sportem, który stał się moją prawdziwą pasją. Wcześniej próbowałem swoich sił w lekkiej atletyce, karate, piłce nożnej, kick-boxingu czy akrobatyce, żeby ciągle doskonalić się w nowych dziedzinach i dorównać bohaterom z uwielbianego przeze mnie japońskiego serialu. Pewnego dnia po raz pierwszy zobaczyłem na wodzie kitesurferów, którzy skakali na wysokość nawet 6 m w górę i po prostu wsiąkłem. Nie byłem – niestety – najbardziej utalentowany i opanowanie nowej dyscypliny sportowej zajęło mi prawie pół roku. Jednak systematycznie ćwiczyłem w domu na drążku, oglądałem filmy na komputerze, uczyłem się każdej ewolucji – najpierw rozpisywałem ją sobie na kartce krok po kroku, potem wykonywałem na sucho, a na sam koniec powtarzałem do skutku na wodzie. Po dwóch latach zostałem wicemistrzem Polski, potem siedmiokrotnym mistrzem Polski, zdobywcą pucharów Azji i Europy. W drodze do tych zwycięstw właściwie nieświadomie korzystałem z podstawowych zasad japońskiego kaizen, które mówią, że jeśli chce się osiągnąć sukces w jakiejś dziedzinie, nie wolno stawiać sobie nierealnych celów, mogących osłabiać motywację. Jeżeli pragnie się coś zmienić, trzeba zacząć od małych kroków, ale posuwać się do przodu systematycznie i konsekwentnie.

W ten sposób docieramy do finału tej historii. Przez 17 lat marzyłem o tym, żeby pojechać do Japonii i sprawdzić, czy rzeczywistość sprosta moim oczekiwaniom. Byłem tak zafascynowany kulturą tego kraju, że jej elementy starałem się wprowadzać w swoje życie, więc gdy nadarzyła się okazja, aby osobiście odwiedzić ojczyznę Japończyków, odczuwałem pewnego rodzaju przerażenie. Obawiałem się, że stworzyłem sobie w głowie zbyt wyidealizowany obraz Japonii albo zupełnie błędny. Jednak podobno do odważnych świat należy. Nie mogłem dłużej czekać i wyruszyłem w podróż.

 


Osaka Aquarium Kaiyukan – jedno z największych publicznych akwariów na świecie

©© WWW.VICTORBORSUK.COM

 

SPEŁNIENIE MARZEŃ

Wreszcie nadszedł upragniony dzień, o którym marzyłem od wielu lat. W końcu wsiadłem do samolotu lecącego do Tokio. Byłem tak podekscytowany, że nie potrafiłem usiedzieć w miejscu. Już na pokładzie nasłuchiwałem, czy ktoś obok nie mówi po japońsku. W głowie mnożyłem pomysły, co będę robić w trakcie pobytu w Japonii. Wiedziałem, że nie będzie czasu na sen. Minuty pozostałe do lądowania przeciągały się w nieskończoność. Wreszcie w głośniku nad głową usłyszałem komunikat: Boarding crew, prepare for landing.

Gdy tylko opuściłem samolot, złapałem mój plecak i wybiegłem z lotniska. Chciałem jak najszybciej znaleźć się w mieście. Wcale nie przeszkadzało mi, że leje deszcz, woda sięga po kostki, dookoła jeżdżą samochody ochlapujące chodniki, a ja nie mam nawet parasola, który stanowi tak ważne akcesorium w Kraju Kwitnącej Wiśni. Wiedziałem, że to będzie mój wyjazd. Najzabawniejsze jest to, że do tej pory przeleciałem już cały świat, mieszkałem w Australii i Azji, ale Japonia była tym miejscem, na które cały czas nie czułem się gotowy. Miałem pewność, że tej podróży nie mogę potraktować jak zwykłej wyprawy turystyczno-sportowej, musiała być czymś wyjątkowym.

 

OSOBLIWE MIASTO

Miałem 7 dni i 21 zadań do wykonania, więc czekało mnie spore wyzwanie. Zacząłem od stołecznego Tokio, noszącego do 1868 r. nazwę Edo. To właśnie tu można pracować w zawodzie jedynym w swoim rodzaju – jako oshiya („upychacz”) w białych rękawiczkach dopychać ludzi do wagonów w metrze. Nie mogłem sobie odpuścić okazji do podróżowania w godzinach szczytu po jednym z najbardziej zaludnionych miast na świecie. Zaskoczyło mnie jednak to, że pomimo gigantycznych tłumów na stacjach wszędzie panuje porządek. Ludzie stają w równych kolejkach na wyznaczonych pasach, czekają cierpliwie, gdy inni opuszczają wagon. Wbrew pozorom w tym ścisku można się swobodnie obracać. Czułem się, jakbym odwiedzał inny świat. Choć mam buntowniczą naturę, sam zacząłem poruszać się grzecznie według strzałek umieszczonych na peronie.

Jednak ze względu na niesprzyjającą pogodę na początku mojego pobytu w Japonii i fakt, że przemokła mi każda para butów, jeden dzień spędziłem w rejonie położonym wokół stacji Akihabara w tokijskiej dzielnicy Chiyoda. Uchodzi on za znaczące centrum elektroniki, dlatego też nazywa się go często Elektrycznym Miastem Akihabara. W stojących tu budynkach znajdują się liczne automaty do gier, przy których Japończycy potrafią stać godzinami. Niesamowitym doświadczeniem było obserwowanie graczy. Aby dojść do takiego poziomu zaawansowania, musieli spędzać na grze całe dnie, kibicując sobie nawzajem, rywalizując ze sobą i ciągle się rozwijając.

 

DWIE RÓŻNE STOLICE

Tokio to przede wszystkim nowoczesne miasto biznesu i handlu. Kult pracy i konsumpcjonizmu jest w nim widoczny na każdym kroku. Na ulicach spotyka się Japończyków w garniturach i z teczką w ręku udających się do firm, żeby później móc wydawać pieniądze, na co zapragną. To miejsce przypominało mi Londyn, który też pędzi i bywa wypełniony ludźmi. Kiedy zaspokoiłem pierwszą ciekawość, postanowiłem wyruszyć ze stolicy Japonii w podróż do magicznego Kioto. Jego zabytki wpisano w 1994 r. na Listę Światowego Dziedzictwa Ludzkości UNESCO. To naprawdę fascynujące miejsce. Zwiedzałem je wypożyczonym rowerem. W trakcie swojej wizyty odwiedziłem słynny Złoty Pawilon (Kinkaku-ji), spałem w prawdziwym japońskim ryokanie (zajeździe) z 400-letnią tradycją i widziałem gejsze, czyli kobiety, które mają za zadanie bawić gości rozmową i występami artystycznymi. Trudno pomylić je z kimś innym – noszą tradycyjne stroje, włosy układają w misterne koki, a twarze malują na biało. Są specjalistkami od ceremonii parzenia herbaty, zwanej po japońsku chanoyu. Ma ona długą tradycję, a przeprowadza się ją według ściśle określonych zasad obejmujących także zachowanie gości. Napój przygotowany ze sproszkowanej zielonej herbaty (matchy), wymieszany specjalną bambusową miotełką (chasen), pije się z małych czarek powoli, w skupieniu, aby nie burzyć panującego nastroju.

                Obecnie 1,5-milionowe Kioto, dawna stolica Japonii i siedziba cesarza (od 794 do 1868 r.), związane jest też z kulturą samurajów. Kierowali się oni niepisanym kodeksem etycznym bushidō(określenie tłumaczy się jako droga wojownika). Stosowali w życiu reguły podobne do zasad kaizen. Skupiali się na samodoskonaleniu pod względem zarówno fizycznym, jak i duchowym. Do wartości, jakie cenili, należały m.in. lojalność, wierność, skromność, dobroć, współczucie, uprzejmość, prawdomówność, odwaga, wytrwałość w walce i honor, które są bliskie także i mnie.

 

Uroczysta ceremonia przyrządzania herbaty w specjalnym pawilonie w ogrodzie

©© SHIZUOKA CITY/JNT

 

CIAŁO I DUSZA

Japonia jest niezmiernie ciekawa nie tylko ze względu na mnóstwo atrakcji turystycznych. W tych najbardziej obleganych miejscach trudno poznać jej prawdziwe oblicze właśnie z powodu tłumów, a naprawdę warto to uczynić, bo Kraj Kwitnącej Wiśni potrafi zachwycić swoim pięknem. Można w nim przeżyć doświadczenia, które poruszają najwrażliwsze struny duszy.

Ja jestem jednak przede wszystkim sportowcem i uważam, że nic tak nie rozwija i nie relaksuje jak dobry trening. Podczas moich podróży koncentruje się głównie na turystyce aktywnej. Dlatego też zamierzam w tym roku wrócić na Wyspy Japońskie, aby u ich wybrzeży uprawiać kitesurfing. Kiedy brałem udział w Pucharze Azji, spotkałem się z mistrzem Japonii w tej dyscyplinie, pochodzącym z Osaki Hironobu Nakano, z którym walczyłem w finale. Polubiliśmy się i zaproponował mi, żebym odwiedził go na wyspie Okinawa (kolebce karate), gdzie obecnie mieszka i trenuje.

W Kraju Kwitnącej Wiśni większą popularnością niż kitesurfing cieszy się jednak surfing. Ta dyscyplina sportowa, podobnie jak karate, zadebiutuje na XXXII Letnich Igrzyskach Olimpijskich, które w 2020 r. odbędą się w Tokio. Zawodnicy będą walczyć ze sobą na falach Oceanu Spokojnego w rejonie plaży Shidashita w prefekturze Chiba. Mieszkańcy stolicy Japonii najczęściej surfują w regionie Shōnan, Kanagawie (części Jokohamy) i właśnie Chibie. Poza tym amatorzy pływania na desce odwiedzają także Okinawę, Sikoku i Kiusiu (np. Miyazaki). Na półwyspie Izu, usytuowanym na zachód od Tokio, w rejonie plaży Shirahama w miejscowości Shimoda uprawia się również wind- i kitesurfing. Na początku marca woda jest jeszcze zimna, ale w piance, butach i rękawiczkach da się spokojnie wytrzymać cały dzień. W tym okresie w górach zwykle leży jeszcze śnieg, więc podczas wyjazdu można połączyć różne rodzaje aktywności: jazdę na nartach czy snowboardzie ze sportami wodnymi. Najlepsza pogoda panuje w maju, czerwcu i listopadzie. Latem na plaże – niestety – ściągają tłumy ludzi.

Japonia jest też znakomitym miejscem na wyprawy rowerowe. Sami Japończycy często korzystają z jednośladów, więc kierowcy są przyzwyczajeni do obecności rowerzystów na drogach, poza tym starają się jeździć według przepisów. Co ciekawe, na trasach istnieją tu nawet specjalne tunele przeznaczone dla cyklistów. Poza tym w Kraju Kwitnącej Wiśni można także uprawiać kolarstwo górskie. Na wyspie Honsiu idealnie nadaje się do tego górzysty obszar prefektury Nagano. W tej części Japonii znajduje się również popularny ośrodek sportów zimowych Hakuba z kompleksem skoczni narciarskich. Do Nagano przyjeżdża się też na wyprawy trekkingowe i wspinaczkowe. Krajobrazy Alp Japońskich (z najwyższym szczytem Kita – 3193 m n.p.m.) są naprawdę wspaniałe, co sprawia, że takie wycieczki stają się niezapomnianym przeżyciem. Po aktywnie spędzonym dniu można tutaj odpocząć w onsenach – gorących źródłach zamienionych w łaźnie publiczne. Z kąpieli w wodach termalnych chętnie korzystają nawet makaki japońskie, które spotyka się w położonym na wysokości ok. 850 m n.p.m. Parku Małp Jigokudani (Jigokudani Yaen-koen).

W najbliższym czasie zamierzam także złożyć wizytę naszej rodaczce Patrycji Yamaguchi na półwyspie Izu. Ona i jej mąż mieszkają w Shimodzie. Razem prowadzą firmę turystyczną Ryoko. Od kwietnia do listopada uczą tu surfingu, poza tym organizują wyprawy w góry, rowerowe i narciarskie. W ofercie mają również programy podróży w głąb duszy – połączenie turystyki z pobytami w klasztorach i ośrodkach medycyny naturalnej. Dla polskich korporacji przygotowywali też wyjazdy o tematyce kaizen i filozofii perfekcji. W malowniczej okolicy Izu chcę uprawiać surfing. Mam także nadzieję, że wspólnie z Patrycją wybierzemy się na rowerach na najwyższy szczyt Kraju Kwitnącej Wiśni – górę Fudżi (3776 m n.p.m.).

Oprócz tego z naszym rodakiem Michałem Grzybowskim z GMTravel – Japonia.travel planuję znów zwiedzać pełne atrakcji Tokio oraz jego okolice. Poza tym pragnę z nim wziąć udział m.in. w ceremonii parzenia herbaty, pokazie sztuki walki mieczem samurajskim (kataną), wycieczce kulinarnej połączonej z degustacją tradycyjnych japońskich potraw, porannym treningu zawodników sumo czy wreszcie kolacji z gejszą. Jego licencjonowane biuro podróży z polskojęzycznymi przewodnikami znajduje się w okręgu specjalnym Shinjuku, który słynie z licznych drapaczy chmur. Wśród nich warto wymienić choćby charakterystyczny wieżowiec zwany Mode Gakuen Cocoon Tower (o wysokości 204 m) czy Tokyo Metropolitan Government Building (242,9 m). W tym ostatnim budynku, będącym siedzibą tokijskich władz, usytuowane są dwa tarasy widokowe dostępne bezpłatnie (po jednym na każdej z dwu wież). Mieszczą się one na 45. piętrze, na wysokości 202 m, i rozciąga się z nich zapierająca dech w piersiach panorama japońskiej metropolii. Dzielnica Shinjuku kojarzy się również z pięknym parkiem – Shinjuku Gyoen. Na wiosnę Japończycy zbierają się w nim, aby podziwiać kwitnące drzewa wiśniowe (sakura). Ten tradycyjny zwyczaj ma nawet swoją nazwę – hanami. Ciekawe miejsce stanowi również obszar Arakichō, niegdyś dystrykt gejszy. Dziś znajdują się tutaj chętnie odwiedzane restauracje, knajpki i bary typu izakaya.

Zresztą kto wie, może uda mi się zobaczyć więcej niż zaplanowałem. W Japonii jest przecież jeszcze m.in. malownicza miejscowość Hakone nad jeziorem Ashi, wspaniałe, zabytkowe kompleksy świątynne w Nikkō czy leżące nad Morzem Japońskim miasto Kanazawa z pięknie odrestaurowanym zamkiem. Za skarb tego ostatniego uchodzi czarujący prywatny ogród założony w latach 20. XVII stulecia – Kenroku-en (jeden z Trzech Wielkich Ogrodów Japonii, obok Kōraku-en w Okayamie i Kairaku-en w Mito). Przed wyjazdem do Kraju Kwitnącej Wiśni warto też wiedzieć, że od 4 stycznia 2018 r. można w nim oprowadzać turystów bez licencji, ale zajmować się turystyką, nawet przyjazdową, bez takich uprawnień już nie wolno.

Kocham Japonię i chciałbym ją poznać z każdej możliwej strony. Myślę, że moja kolejna wizyta, którą chcę spędzić na zwiedzaniu i uprawianiu sportu w połączeniu z doskonaleniem zasad kaizen, będzie prawdziwą podróżą w głąb siebie.

 

Wydanie Wiosna 2018

13 miesięcy w Etiopii

ALICJA KAFARSKA

 

Melkam Addis Amet!, czyli „Szczęśliwego Nowego Roku!”, te radosne słowa rozbrzmiewają w Etiopii zawsze 11 września (12 w roku przestępnym). Wszystko się zgadza, bowiem przysłowiowego sylwestra Etiopczycy obchodzą niemal w środku naszego roku kalendarzowego. Dzieje się tak dzięki kalendarzowi etiopskiemu (opartemu po części na juliańskim). Dzień 11 albo 12 września jest w nim właśnie początkiem nowego roku. Etiopia to w ogóle dziwny kraj… Używa się tu kalendarza mającego 13 miesięcy – pierwsze 12 liczy po 30 dni, a ostatni, zwany Pagumen, tylko 5 dni (6 w roku przestępnym). Nowy Rok obchodzi się pod koniec pory deszczowej, kiedy niemal wszystko tonie w zieleni. Wita się go ze śpiewem na ustach i wielką radością, tak typową dla mieszkańców tego pięknego kraju. Niespodzianką są jednak nie tylko same miesiące, gdyż kalendarz etiopski (w porównaniu z naszym gregoriańskim) jest młodszy o 7–8 lat. Dlatego też początek milenijnego 2000 r. obchodzony był tutaj we wrześniu 2007 r. Natomiast obecny etiopski 2004 r. rozpoczął się kilka dni temu… Jego nadejście świętowano hucznie 12 września.

Więcej…